Strona główna » Literatura faktu, reportaże, biografie » Adam Wójcik. Rzut bardzo osobisty

Adam Wójcik. Rzut bardzo osobisty

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7924-073-9

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Adam Wójcik. Rzut bardzo osobisty

Co łączy silnego skrzydłowego z mafiami polską i włoską, a co z milicją i CBA? Czy naprawdę polski koszykarz potrafił zesłać deszcz? Czy spotkał Michaela Jordana i Jana Pawła II i gdzie się podziały skarpetki, które przywiózł z NBA? Kto i kiedy rozwalił mu nos, a kto dzięki jego punktom uznał, że Bóg istnieje? Czy naprawdę był Claudią Shiffer polskiej koszykówki? I co na to wszystko wicepremier i wicemarszałek Sejmu RP?

Pierwsza biografia polskiego koszykarza to niezwykła opowieść o karierze i życiu tego wspaniałego sportowca. To „książka – mecz”, zawierający mnóstwo anegdot barwny reportaż, w którym o 30 latach kariery ikony polskiego basketu opowiada sam Adam Wójcik, jego najbliżsi, przyjaciele, kibice, dziennikarze, wspaniali koszykarze i najlepsi trenerzy. To niezwykła, pełna przygód podróż z PRL-u do wolnej Polski, z Oławy do Wrocławia przez Stany Zjednoczone, Hiszpanię, Grecję i Włochy. To dziesiątki opisów dramatycznych meczów, które przeszły do historii, i szczere opowieści o kulisach, wzlotach, triumfach oraz upadkach i porażkach legendy polskiej koszykówki.

O autorze:

Jacek Antczak – reporter, felietonista, autor piosenek, maratończyk. Wrocławianin urodzony w Kaliszu, o kilka miesięcy starszy od Adama Wójcika. Zaczynał w „Gazecie Wyborczej”, był reporterem Radia Kolor, Telewizji Wrocław i „Słowa Polskiego”, obecnie pracuje w „Gazecie Wrocławskiej”. Za swoje reportaże otrzymał wiele wyróżnień, w tym prestiżową nagrodę Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (1999). W 2010 roku został uhonorowany Nagrodą im. Tadeusza Szweda dla Dziennikarza Roku na Dolnym Śląsku, a w 2011 nominowany do nagrody Grand Press. Jego reportaże ukazały się w zbiorze W Radwanicach najlepiej idą romanse (2004). Opublikował też książkę Reporterka. Rozmowy z Hanną Krall (2007). W 2008 roku ukazał się zbiór wywiadów Wrocławianie (współautor Anna Fluder).

Ukończył kulturoznawstwo na Uniwersytecie Wrocławskim, gdzie na wydziale dziennikarskim prowadzi obecnie zajęcia z publicystyki i reportażu. Zanim zajął się dziennikarstwem, pisał poetyckie ballady dla zespołu Wolny Wybór, zdobywając laury na festiwalach piosenki autorskiej. Przebiegł cztery maratony.

Polecane książki

Dave Ramsey i jego córka, Rachel Cruze, uczą rodziców, jak wychowywać Dzieci mądre finansowo w tonącym w długach świecie. W książce Dzieci mądre finansowo ekspert finansowy i autor bestselerów, Dave Ramsey, i jego córka, Rachel Cruze, dają rodzicom narzędzia niezbędne do...
Anglia, XIX wiek Zabójstwo, zdrada, posądzenie o szpiegostwo – skandal z udziałem trzech przyjaciół, angielskich arystokratów, gmatwa losy ich rodzin. Po latach tragiczne wydarzenia powinny odejść w zapomnienie, tymczasem pojawia się tajemniczy prześladowca. Rosalind posługuje się fałszywym nazwiski...
Oddajemy w Państwa ręce zbiór niezwykłych prawniczych opowieści – zawsze śmiesznych, choć czasem strasznych. To wykwintna lektura dla wszystkich chcących poczuć nastrój sali sądowej i poznać galerię ludzkich typów w najdziwniejszych sytuacjach, które – jak się okazuje – zdarzają się nie tylko w film...
Dalekie od stereotypowego spojrzenie na czasy upadającej XVIII-wiecznej Rzeczpospolitej. Bohater, cześnik parnawski Seweryn Soplica wspomina czasy swej młodości, kiedy to Polska jawiła mu się jako pełne harmonii państwo prawa, w którym wszyscy piastują funkcje zgodne ze swymi predyspozycjami,...
Powieść Józefa Tretiaka opublikowana w 1873 roku, pisana w formie nastrojowych, nieco melancholijnych pamiętników. Daniel zwierza się w nich ze swoich rozterek i wątpliwości, opowiada o miłości i przyjaźni, relacjonuje wydarzenia i towarzyszące im refleksje. Józef Tretiak (1841–1923) używał pseudoni...
Rok 1944. Dwóch nastoletnich chłopców podejmuje ucieczkę z transportu na roboty do Rzeszy. Czy uda im się pokonać przeciwności i dotrzeć do domu? Wojna powoli dobiega końca, kiedy dwunastoletni Bronek, w domu nazywany Dzidkiem, zostaje pojmany przez Niemców. Trafia do transportu wiozącego ludzi ...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Jacek Antczak

ROZGRZEWKA

Dlaczego Adam
Wójcik? „Bo po pierwsze nieźle gra, świetnie się fotografuje,
drybluje, strzela karne, a najlepiej wychodzą mu nietakty. A po
drugie ludzie go lubią. Wierzą mu. To człowiek legenda. Claudia
Schiffer koszykówki”.

Poza nietaktami w tej charakterystyce
zaczerpniętej z filmu Sześć dni Strusia,
w której prawdziwy Adam Wójcik zagrał Adama Wójcika, gwiazdę
koszykówki, wszystko się zgadza. No, prawie. Może tylko „nieźle”
warto byłoby zamienić na „znakomicie”, karne na „osobiste,
trójki, bloki, wsady, a zwłaszcza półhaki” i oczywiście
„drybluje” na „kozłuje”. I jeszcze „lubią” na
„uwielbiają”, a czasem nawet „kochają”.

Co prawda Wójcika pewien algiersko-francuski
gracz określił mianem „Zinedine’a Zidane’a polskiej
koszykówki”, inni standardowo nazywali go „profesorem” lub
„królem”, a pewien facet z NBA powiedział nawet, że nie mógł
się z nim spierać, bo to tak, jakby się kłócić z ojcem albo…
z Bogiem. Ale tu już Marcin Gortat po amerykańsku przesadził.

„Claudia Schiffer koszykówki” pasuje chyba
najlepiej. W końcu zdarzało się, że gdy ten silny środkowy wybiegał
na parkiet wrocławskiej Hali Ludowej, kilka tysięcy kibiców śpiewało:
„Nasza Barbie, najlepsza w Polsce jest”. Gdyby iść tym tropem,
to przecież Claudia bywała aktorką, a wraz z Lindą Evangelistą
i Naomi Campbell w latach dziewięćdziesiątych tworzyły tak zwany
„wielki tercet”. Adam też grywał w filmach, a razem z Dominikiem
Tomczykiem i Maciejem Zielińskim byli określani mianem „trzech
muszkieterów” reprezentacji Polski i Śląska Wrocław. Fanów,
a zwłaszcza fanek, ci wielcy faceci mieli w Polsce nawet więcej
niż piękne modelki, choć nie byli chippendalesami, tylko najlepszymi
w kraju koszykarzami.

Czytelnicy pomyślą, że jeśli
o koszykarzu z Wrocławia opowie wrocławianin, to zrobi to na
kolanach. Potwierdzam i zaprzeczam. Przyznaję, że w książce
padną określenia „legenda”, symbol”, „ikona polskiej
koszykówki” a nawet – to zabawne – „bożyszcze”. Ale
przecież to nie ja je wymyśliłem, tak go od dobrych dwóch dekad
określali dziennikarze, kibice, koledzy z parkietów, trenerzy czy
szefowie klubów. Równocześnie w tej opowieści Adam Wójcik będzie
także „popularnym Oławą” i spasionym pogrzebaczem. Będzie Wujem,
Wojem, Wójciorem, Wojcikiem, Vujčiciem i Wójcikauskasem. A raz nawet
Rysiem. Będzie milicjantem i więźniem, chłopakiem z zakrwawionym
nosem i ofiarą mobbingu. Będzie zagubionym nastolatkiem, zakochanym
chłopakiem, synem, mężem i ojcem.

To pierwsza książka o polskim
koszykarzu. Dlaczego jej bohaterem stał się akurat gracz z numerem
10 na koszulce? Przecież Adam Wójcik, choć przez dwadzieścia lat
z hakiem był zawodnikiem światowej klasy, nie spełnił wielu swoich
marzeń: nie był na igrzyskach olimpijskich ani mistrzostwach świata,
nie wygrał Euroligi, nie zagrał w NBA. Nie zrobił wielu rzeczy, które
przypadły w udziale innym legendarnym polskim koszykarzom. Nie zdobył
medalu mistrzostw Europy jak Mieczysław Łopatka, nie rzucił 90 punktów
w meczu jak Mieczysław Młynarski. Zanim obwołano go profesorem, to
miano nosił Dariusz Zelig, a Eugeniusz Kijewski zdobył jednak więcej
punktów w ekstraklasie. Jak to się więc stało, że tak jak każdy
wielbiciel koszykówki w świecie chciał grać jak Michael Jordan,
tak w Polsce wszyscy, z Marcinem Gortatem na czele, marzyli, żeby
być jak Adam Wójcik?

Czy stało się tak dlatego, że jako pierwszego
Polaka testowała go NBA i jako pierwszy zagrał w Eurolidze? Czy
może chodziło o to, że „kto miał Wójcika w drużynie,
ten zdobywał mistrzostwo Polski”? A może z tego powodu, że
grał najefektowniej i był nie tylko „nie do zatrzymania” ale
i niezniszczalny? Przecież w wieku czterdziestu jeden lat wrócił
na parkiet po ciężkiej kontuzji i zakończył karierę dopiero,
gdy zdobył w ekstraklasie dziesięć tysięcy punktów.

Ostrzegam Czytelników, że autor tej książki
nie ma zbyt wielkiego pojęcia o koszykówce (chociaż w trakcie
zbierania materiałów przeszedł przyspieszony kurs prowadzony
przez najlepszych fachowców). Ale kto wie, może sportowa ignorancja
okaże się atutem? Będzie więcej o tym, jak ten skromny, zawsze
uśmiechnięty facet próbował porwać ciężarówkę na Tajwanie,
a mniej, w jaki sposób stosował „rotację w obronie” i dlaczego
przez całą karierę grał z „dziesiątką”, a jako „czwórka”
lub „piątka” lubił rzucać trójki niczym „jedynka”.

Nie zabraknie opisów najważniejszych
spotkań w karierze Adama. Stanowiły lejtmotyw jego życia, będą
więc refrenem niniejszej biografii. Za ich profesjonalne relacjonowanie
dziękuję wielu dziennikarzom sportowym, z których pracy i emocji
czerpałem wielokrotnie. Nad tym, bym nie pomylił slam dunków Adama
z jego alley oopami, czuwał mój kolega z redakcji „Gazety
Wrocławskiej” Paweł Kucharski. To głównie on opracował
niezwykle trudną, jak to z „dogrywkami” bywa, ostatnią
część tej książki. W Dogrywcezawarliśmy
podsumowanie poszczególnych sezonów (pod względem liczby meczów
oraz punktów zdobytych przez Adama), dodając do tego kalendarium
i zestawienie obrazujące to, czego Wójcik dokonał w baskecie. Dla
największych fanów przygotowaliśmy coś ekstra – pod adresem
www.wsqn.pl/wojcik_wypunktowany.pdf znajduje się zestawienie wszystkich
meczów rozgrywanych przez naszego bohatera w poszczególnych sezonach
wraz z liczbą punktów zdobytych podczas każdego spotkania.

Biografia Adama Wójcika ma formę meczu. To
mecz – życie i mecz – reportaż. Są w niej emocje, nagłe
zwroty akcji, reminiscencje, cytaty, przeskoki czasowe. I choć
tablicą świetlną, która wskazuje chronologię wydarzeń, są tytuły
rozdziałów, to, gdyby ktoś się pogubił, niech śmiało w trakcie
lektury zerka do Dogrywki – uporządkowanego
przewodnika po sportowym życiu Adama Wójcika.

Dziękuję moim kilkudziesięciu rozmówcom
i wszystkim, którzy w większy lub mniejszy sposób przyczynili
się do powstania tej książki. Adamowi i jego żonie Krystynie
dziękuję za niezwykłą empatię, a przede wszystkim za to,
że przez ostatnie półtora roku w przeróżnych miejscach
i o różnych porach byli gotowi odpowiadać na moje, często
przedziwne, pytania. A pewnie zadałem ich nie mniej, niż bohater
tej opowieści rzucił punktów w ekstraklasie. Adamowi dziękuję
dodatkowo za skuteczną „zbiórkę”… laptopa, której dokonał
późną nocą z 28 na 29 czerwca 2013 roku ze środka ulicy pewnego
podwrocławskiego miasteczka. Bez tej błyskawicznej akcji czytelnicy
musieliby jeszcze długo czekać na tę książkę. A tak, po solidnej
rozgrzewce, możemy zaczynać – rzut sędziowski, rzut osobisty,
nawet bardzo osobisty.

Jacek Antczak, sierpień
2013

I KWARTA

3 lutego 2010 roku. Sala
Kolumnowa w Sejmie. Stenogram z przesłuchania byłego wicepremiera
rządu Rzeczypospolitej Polskiej.

Poseł Jarosław
Urbaniak (Platforma Obywatelska): Panie premierze, szef CBA, zeznając
przed komisją, mówił, że część gości, która spędzała sylwestra
w pensjonacie Szarotka w Zieleńcu, było zaproszonych przez pańską
małżonkę. Mógłby się pan do tego ustosunkować?

Świadek
Grzegorz Schetyna: (…) Chodziło o Adama Wójcika, znanego koszykarza,
kapitana reprezentacji Polski, wiele lat grającego w Śląsku
Wrocław. I szkoda, że nikt z CBA nie sprawdził w Google, kto to
jest Adam Wójcik, bo jeżeli spróbowałby to zrobić, toby wiedział,
że to nie jest lokalny polityk, ale może wszystko przed nim. Na razie
jest koszykarzem, który jest bardzo znany, jest najsłynniejszym polskim
koszykarzem.

Poseł Bartosz
Arłukowicz (Lewica): I ten pan Wój… ten koszykarz, on chciał
precyzyjnie jechać do tego ośrodka?

Grzegorz
Schetyna: Adam Wójcik. W związku z tym, że synowie państwa
Wójcików jeździli na nartach, zależało im, żeby być w miejscu,
które jest blisko wyciągu. I dlatego była prośba, że jeżeli
zwolniłoby się miejsce, żeby zadzwonić do Adama Wójcika – to jest
osoba powszechnie znana nie tylko we Wrocławiu, ale w Polsce, znany,
najsłynniejszy polski koszykarz.

Poseł Beata
Kempa (Prawo i Sprawiedliwość): Pani Wójcikowa poprosiła o taką
interwencję, tak?

Grzegorz
Schetyna: Nie jest tak, że ktoś tu coś załatwiał, bo moja
żona poprosiła, powiedziała o sprawie, a Adam Wójcik to
jest…

Poseł
Beata Kempa: No tak, ale pan Wójcik nie interweniował w recepcji
(…).

Grzegorz
Schetyna: Może ja bym powiedział tak, wie pani, Adam Wójcik jest
kultową postacią i kultowym sportowcem…

Poseł Beata
Kempa: To wiemy…

Grzegorz
Schetyna: Ale proszę o jeszcze zdanie, jeśli pani
pozwoli…

Poseł Beata
Kempa: … chylimy czoła.

Grzegorz
Schetyna: Przekażę…

1. RZUT OSOBISTY. URODZONY
KOSZYKARZ (Wołyń, Dolny Śląsk, Oława, 1941–1970)

2 czerwca 1981 roku, Czechosłowacja. Mistrzostwa
Europy, Polska wygrywa z Francją 102:90. Przeciwnicy są bezradni,
Mieczysław Młynarski po prostu dziurawi kosz, zdobywając 33 punkty,
Eugeniusz Kijewski dorzuca 20, Jerzy Binkowski 13, a Dariusz Zelig
6.

Adaśkowi nic te nazwiska nie mówią. Mimo
to, choć w radzieckim rubinie, jak to w rubinie, trochę śnieży,
siedzi przed telewizorem rozemocjonowany i z rozdziawioną buzią. To
pierwszy mecz koszykówki, jaki widzi w życiu.

Podczas tamtych mistrzostw Polska przegrała
z ZSRR, z Jugosławią oraz najważniejsze spotkanie – z Włochami
– a po zwycięstwie z Francją, w meczu, który oglądał
jedenastoletni Adam Wójcik, zajęła siódme miejsce.

Adaśkowi – jak nazywali go kumple
z podwórka bloku przy ulicy Kasprowicza 14 w Oławie –
nawet nie mogło przemknąć przez myśl, że niebawem ci sami
zawodnicy, największe gwiazdy polskiego basketu, będą jego kolegami
z koszykarskich parkietów: w klubach, w reprezentacji czy zespołach
gwiazd. Że wkrótce dla Binkowskiego będzie robił zasłony, Zeliga
blokował (albo Zelig jego) i że z Eugeniuszem Kijewskim najpierw
będzie walczył o mistrzostwo Polski w jego ostatnim meczu w karierze,
a potem przez kilkanaście lat będzie wykonywał jego polecenia
w reprezentacji, Prokomie Treflu Sopot i w końcu w PBG Baskecie
Poznań, gdzie przy nim pobije jego punktowy rekord Polski.

W czerwcu 1981 roku, tuż przed wakacjami,
czwartoklasista z Szkoły Podstawowej nr 2 im. Jakuba Sobieskiego
nie ma nawet pojęcia, że położony trzydzieści kilometrów od
jego domu Wrocław jest stolicą dyscypliny sportu, która tak mu się
spodobała. Nie przypuszcza również, że choć w jego rodzinnej Oławie
nie ma żadnej drużyny koszykówki, to w pobliskiej metropolii grają
najlepsi. Adaśko nie wie, że działa tam Wojskowy Klub Sportowy Śląsk
Wrocław i próbująca mu dotrzymać kroku milicyjna „Gwardia”. Ba,
nie wie nawet, że istnieje wielki, wybudowany w 1913 roku przez
Niemców budynek o nazwie Hala Ludowa – świadek wystąpień Hitlera
i Bieruta, koncertu Marleny Dietrich i popisów Harlem Globetrotters,
a przede wszystkim największego sukcesu koszykówki męskiej –
zdobycia srebrnego medalu mistrzostw Europy w 1963 roku. Adaśko nie
ma pojęcia, że w tej samej Hali Ludowej już niebawem będzie grał
i trenował, za kilka lat, w 1989 roku, po raz pierwszy wysłucha
Mazurka Dąbrowskiego, a przez następne dwie dekady tysiące gardeł
rozentuzjazmowanych kibiców wielokrotnie będzie skandowało jego
imię i nazwisko – nawet wtedy, gdy nie pojawi się na parkiecie,
lecz zasiądzie na trybunach z synkami i żoną. I tak będzie już
zawsze, z apogeum w 2009 roku, gdy wybiegnie na parkiet jako „grająca
legenda koszykówki”, a przy okazji kapitan reprezentacji podczas
kolejnych mistrzostw Europy, rozgrywanych we Wrocławiu.

Ale na razie wciąż jest czerwiec 1981, Adam
Wójcik jest Adaśkiem, a nie „Legendą”, „Air Oławą” czy
„El Proffesore”. Jest Adaśkiem, który z kolegami z podwórka
ogląda w domu mecz z Francją. I wcale nie myśli, że zostanie
koszykarzem. „Zupełnie nie przyszło mi to do głowy. Za to po tym
meczu oświadczyłem wszem i wobec, że mnie też będą pokazywać
w telewizji. Tylko nie zdecydowałem jeszcze, czy jako piłkarza,
kolarza, siatkarza czy może jednak koszykarza”, wspomina Adam Wójcik
trzydzieści jeden lat później.

Jest luty 2012 roku, właśnie wrócił
z treningu i w salonie swojego podwrocławskiego domu, na
pięćdziesięciocalowym telewizorze, który zdecydowanie nie śnieży,
ogląda mecz, a właściwie mecze. Najpierw Śląsk Wrocław – Legia
Warszawa. Wraz z kolegami z koszykarskiego Śląska był zaproszony na
trybuny nowego stadionu wybudowanego na Euro 2012, ale miał intuicję,
że wyjazd nie jest najlepszym pomysłem. Został w domu i nie widział
klęski wrocławian (0:4). A teraz jak zwykle, popijając kawę,
zerka na potyczkę Prokomu Gdynia z Anwilem Włocławek. To silni
skrzydłowi lubią najbardziej. Za chwilę może zagrać z którymś
z tych zespołów w ostatnich w życiu play offach.

Adama w lutym 2012 roku akurat rzadko pokazują
w telewizji, bo Śląsk Wrocław gra o play offy w dolnej połówce
Tauron Basket Ligi, a takie mecze są mało interesujące zarówno
dla stacji telewizyjnych, jak i dla kibiców, o czym „ośmiokrotny
mistrz Polski, stuczterdziestodziewięciokrotny reprezentant Polski”
napisał właśnie na swoim blogu w serwisie Tomasza Lisa. Ale to cisza
przed burzą, bo kolejny, wielki, ale ostatni medialny festiwal Adama
Wójcika rozpocznie się już za kilka dni, gdy będzie przekraczał
granicę 10 000 punktów zdobytych w polskiej ekstraklasie.

Kwiecień 1970 roku. Wybrzeże Gdańsk –
Śląsk Wrocław – 69:68, Spójnia – Śląsk 81:83. Te wyniki
w ostatnich meczach sezonu oznaczają, że wrocławska drużyna po
raz drugi w historii została mistrzem Polski. Świętująca akurat
dwudziestolecie istnienia Gwardia Wrocław kończy ten sezon w połowie
stawki II ligi. Chwilę później reprezentacja Polski stawia duży
opór w meczu towarzyskim z Jugosławią, która zaraz potem zostaje
mistrzem świata.

W tym samym czasie, a dokładniej 20 kwietnia
1970 roku, o godzinie 8:15 w szpitalu powiatowym w Oławie na świat
przychodzi Adam Wójcik. Jego mama, Helena, wówczas dwudziestodwuletnia,
i tato Jerzy, który miał lat dwadzieścia dziewięć, ciepło
wspominają tamten dzień, tym bardziej że, jak wynika z książeczki
zdrowia Adama Wójcika, „przebieg okresu noworodkowego był
prawidłowy”, a „stan dziecka po urodzeniu – dobry”.

„Adam jest oławianinem, ja urodziłam się
1 lipca 1948 roku w wiosce Chwarstnica pod Gryfinem, w województwie
szczecińskim”, opowiada Helena Wójcik, z domu Baraniecka.

Dziadkowie Adama ze strony mamy przenieśli
się tam po II wojnie światowej z miejscowości Obertyn w województwie
stanisławowskim, czyli z Wołynia. „Do dzisiaj się ze mnie śmieją,
że jestem szlachcianką z zagrody, bo, jak często chwalił się
dziadek Adama, pochodzimy ze szlachty zaściankowej”, mówi Helena
Wójcik.

W latach sześćdziesiątych
Baranieccy przenieśli się z Chwarstnicy do podoławskiej wioski
Siedlce. Nastoletnia Hela grała w szkolnej drużynie piłki
ręcznej. „Bez sukcesów, ale jakieś kontakty ze sportem miałam,
nawet przyjeżdżałyśmy z Siedlec na mecze do Oławy”. Kariery
jednak nie kontynuowała.

Bardzo chciała się wyrwać z domu. Ojciec
drugi raz się ożenił, mieli dziewięciohektarowe gospodarstwo i Helę
wciąż gonili do roboty na roli. Chodziła do zawodówki rolniczej,
ale nie widziała przed sobą perspektyw. „Myślałam o kontynuowaniu
nauki, ale to były czasy, kiedy rodzice nie patrzyli na to przychylnym
okiem”, wspomina. W 1965 roku była druhną na weselu kolegi. I wpadł
jej w oko drużba – Jurek Wójcik, chłopak z Oławy. „Przystojny,
wysoki, starszy ode mnie o siedem lat. Na dodatek miał pracę, no
i przede wszystkim był z miasta. Pomyślałam sobie, że się mną
zaopiekuje, zabierze do Oławy i będę panią. Do dzisiaj nie wiem,
czy się zakochał, czy tylko chciał z tych Siedlec wyzwolić. Jurek,
jak było?”, śmieje się Helena Wójcik. „I się zakochał,
i chciał wyzwolić”, odpowiada mąż.

Jerzy, tato Adama, przyszedł na świat 18
lutego 1941 roku w Józefinie, wiosce w gminie Korzec w powiecie
rówieńskim w województwie wołyńskim. Tuż po wojnie jego rodzice
przyjechali na Dolny Śląsk, mieszkał więc w Oławie od czwartego
roku życia.

W listopadzie 1965 roku, czyli pół roku
po ślubie, na którym druhna Hela i drużba Jurek się poznali, sami
zostali małżeństwem. Zamieszkali na sublokatorce, w pokoiku przy
ulicy Nowej 3. Nie było lekko, więc Helena, gdy tylko skończyła
osiemnaście lat, poszła do pracy. Trafiła do Zakładów Przetwórstwa
Chemicznego „Erg”. Jerzy pracował jako spawacz w PKP Oława –
aż do emerytury.

1 lipca 1967 roku urodził im się syn Marian,
a dwa i pół roku później drugi – Adam. Po urodzeniu mierzył 53
centymetry i ważył 3600 gramów.

Kiedy zaczął trenować koszykówkę,
w wieku trzynastu lat, miał 174 centymetry wzrostu. Z założonej
wówczas już we Wrocławiu karty zdrowia sportowca wynika, że co trzy
miesiące przybywało mu około 2 centymetrów. Na wadze przybierał
jednak wolniej. W styczniu 1973 roku był już „metrowym chłopcem”,
a w lipcu 1983, kiedy zaczął grać w koszykówkę, mierzył 175
centymetrów przy wadze zaledwie 48,7 kilograma. W kwietniu 1984,
w dniu swoich czternastych urodzin, osiągnął 180 centymetrów
i był cięższy o 5 kilo, co nadal nie było imponującym
wynikiem. Gdy, jako piętnastolatka, mierzono Adama w Poradni
Sportowo-Lekarskiej przy Alei Olimpijskiej 35 we Wrocławiu, miał już
metr dziewięćdziesiąt. Ważył 64,3 kilograma. „Nie ma co ukrywać,
był z niego straszny patyk”, przyznaje pierwszy trener Adama Krzysztof
Walonis. „I dziwnie przy tym wyglądał, były nogi, a potem głowa,
tułowia prawie nie miał”, dodają koledzy z pierwszej drużyny,
w której grał.

„To fizjologia – mówi doktor
Andrzej Czamara, rektor Wyższej Szkoły Fizjoterapii. – To się
potem przerodziło w idealne jak dla koszykarza proporcje ciała
Adama. Czamara dokładnie wymierzył koszykarza, bo przez dwadzieścia
lat kilkanaście razy czuwał nad jego rehabilitacją i doprowadzał
go do pełnej sprawności po wszelkich urazach i kontuzjach.

Dwumetrowym dryblasem Wójcik stał się
jeszcze przed osiemnastymi urodzinami. Myli się jednak ten, komu wydaje
się, że w końcu zatrzymał się przy najczęściej podawanych 208
centymetrach. W zależności od ustaleń klubów, w których akurat
grał, Wójcik później malał – najczęściej do 206 centymetrów, ale
czasem aż do 204 – lub rósł do 209 (wystarczy spojrzeć choćby na
oficjalną stronę reprezentacji lub sprawdzić w Wikipedii). W ostatnim
roku, gdy grał w Śląsku Wrocław, na papierze mierzył aż 210
centymetrów. „Czyli po amerykańsku, bo w NBA mierzą w butach i to
jest oficjalny pomiar. Ale na boso, czyli według polskich przepisów, mam
jednak dwa osiem”, przyznaje Wójcik. Jego żona Krystyna poznała Adama
w 1990 roku jako młodzieńca o oficjalnym wzroście 201 centymetrów,
ale po paru miesiącach na obozie kadry ustalono, że ma 204 i tak
właśnie przez kilka lat wpisywano w protokoły, chociaż Adam nadal
rósł, by osiągnąć swój dzisiejszy wzrost w wieku dwudziestu trzech
lat.

Adam chodzi w butach o europejskim numerze 50
i nosi ubrania w rozmiarze XXL. Z biegiem czasu wreszcie „przytył”
i przez prawie dwie dekady, aż do końca kariery, bez problemu trzymał
wagę między 105 a 110 kilogramów. I to mimo że zawsze jadł, co
chciał. Nie tył nawet, gdy objadał się jednym ze swoich ulubionych
dań: frytkami z majonezem.

2. PODWOJENIE. OŁAWÓW DWÓCH
(Oława, Wrocław, 1970–1987)

11
stycznia 2012 roku, Wrocław, hala Orbita. Mecz Śląska z Treflem
Sopot. „Licznik Oławy: 84 punkty do 10 000”

Gdy Adam Wójcik wrócił na parkiet po
najpoważniejszej w karierze kontuzji, wrocławscy kibice wymyślili
licznik odmierzający liczbę punktów brakujących ich idolowi
do przekroczenia rekordowej bariery. Na mecze Śląska przynosili
więc baner, na którym po każdym celnym rzucie Adama zmieniali
cyferki. Widniała na niej również nazwa jego rodzinnego miasteczka,
któremu Wójcik zawdzięcza pierwszy sportowy pseudonim, nadany mu
przez kolegów, gdy był jeszcze w młodzikach MKS MDK Gwardii Wrocław,
a później używany przez przyjaciół koszykarzy w czasach, gdy grał
w Gwardii i Śląsku. Koszykarz wprawdzie za tą ksywą nie przepada,
ale nigdy przeciw niej nie protestował i dawno temu pogodził się
z tym, że spodobała się kibicom, a zwłaszcza dziennikarzom,
najczęściej piszącym o nim „popularny Oława”.

„»Oławą« zostałem, bo to było przezwisko
proste, szybkie i jako jedyny w grupie dzieciaków rozpoczynających
przygodę z koszem byłem spoza Wrocławia. Chociaż zaraz, nie jedyny,
przecież pseudonim wymyślił mi Paweł Karwat, który sam pochodził
z Oleśnicy. To niesprawiedliwe, bo na niego wołaliśmy »Krawat«,
a powinniśmy »Oleśnica«”, śmieje się Adam, zwany też często
„Wojem”, „Wujem” czy „Wójciorem”. Z kolei Filip Dylewicz
mówił do niego „Rysiu” – pewnie dlatego, że „wszystkie Ryśki
to fajne chłopaki”. „A teraz, na koniec kariery, koledzy z drużyny
Śląska wreszcie mówią na Adama na boisku po prostu Adam – cieszy
się Krystyna Wójcik. I dopytuje: – Prawda, Adaś?”. „No nie
bardzo, mówią »Legenda«”, śmieje się Adam, który znów nie może
nic poradzić na żarty kolegów. Piętnaście lat wcześniej, kiedy ze
Śląskiem święcił największe triumfy, gdy autokar w drodze na mecz
przejeżdżał przez Oławę, za każdym razem Dominik Tomczyk i Maciej
Zieliński z zaintrygowaniem przykładali nosy do okien i wskazywali
amerykańskim koszykarzom na postument papieża. „Oława, to jest ten
pomnik, który ci wybudowali w Oławie?”, pytali, a Adam zapadał się
w fotel, bo musiałby tłumaczyć żartownisiom, że pomnik wprawdzie nie
jego, ale święcił go ten sam kardynał, który go bierzmował, i że
Oława jako jedyne miasto w Polsce ma dwa identyczne pomniki Jana Pawła
II, a także że pochodzi stąd dwóch znanych ludzi o pseudonimie
„Oława”, o których było wtedy głośno w całej Polsce. Choć ten
drugi „Oława” okryty był złą sławą. Pech chciał, że gangster
Mieczysław M., o którym mowa, działał we Wrocławiu aktywnie w tych
samych czasach, gdy Adam grał w Śląsku. Nie wiadomo, czy „Oława
2” chodził na mecze, ale zasłynął z uczestnictwa w wojnach gangów
i spektakularnych ucieczek z wrocławskiego sądu. Po jednej z nich
przysłał nawet pocztówkę z pozdrowieniami do prokuratora. „Kiedyś
w wiadomościach podano, że w strzelaninie we Wrocławiu uczestniczył
mężczyzna znany wszystkim pod pseudonimem »Oława«. Na drugi dzień
koledzy ze Śląska mieli straszny ubaw i pytali mnie, jak ja to robię,
że po ciężkich treningach mam jeszcze siłę wieczorami biegać po
mieście z giwerą i dokonywać rozbojów”, opowiada „popularny
Oława”.

Oława to liczące około
trzydziestu tysięcy mieszkańców podwrocławskie miasteczko. W epoce
Gierka, gdy Adam był dzieckiem, słynęło z działającej tam
do dziś Huty Oława, Centrozłomu, Zakładów Tworzyw Sztucznych
„Erg”, w których pracowała mama Adama, czy Zakładów Naprawy
Taboru Kolejowego, gdzie zawodowe życie spędził jego ojciec. Wielu
oławian pracowało też w słynnej fabryce autobusów w pobliskim
Jelczu, który był największym peerelowskim „sponsorem” lokalnego
sportu. W dzieciństwie Adam wyprawiał się na niedzielne mecze
Moto Jelcza Oławy, w którym na przełomie lat sześćdziesiątych
i siedemdziesiątych grał zawodnik o nazwisku Orest Lenczyk,
późniejszy trener mistrzowskiego Śląska Wrocław. Gdy Adam był
nastolatkiem, Andrzej Serediuk z Oławy zdobył brązowy medal
mistrzostw świata i etatowo jeździł w Wyścigu Pokoju. W latach
osiemdziesiątych „potęgą” oławskiego sportu była sekcja
siatkarska, w której przez wiele lat z sukcesami grał Marian
Wójcik zwany „Saszą”, czyli brat Adama, który do dziś mieszka
w Oławie. W 2000 roku zajął nawet ósme miejsce w plebiscycie na
najpopularniejszego sportowca powiatu oławskiego. Wygrał urodzony
w Oławie Szymon Kołecki, jeden z najlepszych sztangistów
w historii. Za czasów dzieciństwa Adama oławianie grali więc
w nogę, siatkę, biegali, szybko jeździli na rowerach i podnosili
ciężary, ale sekcji koszykówki nie było. W kosza grało się tylko
w szkołach. Na przykład w tej numer 2 im. Jakuba Sobieskiego przy
ulicy Rybackiej i tej numer 5 im. Partyzanckiej Brygady Grunwald,
do której Adam przeniósł się po skończeniu szóstej klasy,
po przeprowadzce z bloku przy ulicy Kasprowicza do bloku przy 3
Maja. Tu do dziś mieszkają jego rodzice, a w pokoju na meblościance
wciąż stoją pierwsze medale, które przywoził ze szkolnych zawodów
i spartakiad młodzieży.

„Ja wiem, dlaczego te drużyny,
w których gra Adaś, zawsze wygrywają. Bo on wszystkim przynosi
szczęście. Nam już w dniu urodzin przyniósł”. Nie tylko
Helena Wójcik ma taką teorię. Dzień po jego przyjściu na świat
państwo Wójcikowie dowiedzieli się, że dostali przydział na
mieszkanie. Z kilkunastometrowego pokoiku przy Nowej, bez wody (nosiło
się z piwnicy) i ogrzewania (dziadkowie Adama przywieźli piecyk) po
tygodniu przeprowadzili się do bloku przy ulicy Kasprowicza 36. W trzydziestometrowym, dwupokojowym M3 z ciemną
kuchnią przemieszkali we czworo do 1984 roku.

Druga przeprowadzka też była związana
z Adamem, a dokładniej z jego wzrostem. To on był argumentem dla
komisji mieszkaniowej. Pokoik braci Wójcików był mikroskopijny,
jakieś dwa metry na cztery. Łóżko i tapczan ledwo się
tam mieściły, więc nogi chłopców wystawały do przedpokoju
i rodzice się o nie potykali. Niewielki metraż sprawiał też,
że dochodziło do konfliktów między braćmi, w których zawsze
górą był Marian. Adam po prostu obrywał po uszach i żeby był
spokój, często spał w przedpokoju, w którym rodzice zapobiegliwie
umieścili składaną „łóżkoszafę”. Komisja zdecydowała
o przydziale większego lokalu, kiedy zobaczyła śpiącego w korytarzu
trzynastolatka. Mieszkanie na trzecim piętrze w bloku przy 3 Maja
jest większe, czterdziestometrowe. „Chłopcy byli tak szczęśliwi,
że gdy tylko dostaliśmy klucze, to wzięli dywan, żeby mieć na czym
spać, i od razu się tam przenieśli”, wspomina Helena Wójcik. Ale
przecież mieli czternaście i szesnaście lat, nadal rośli, więc
spory nastolatków o przestrzeń życiową wciąż trwały. Adam,
z racji bezkonfliktowego charakteru, stał na straconej pozycji i dla
świętego spokoju znowu często lokował się wieczorami na leżance
w przedpokoju.

„Nasze relacje, jak to między braćmi bywa,
przez długi czas nie były najlepsze. Sasza był starszy, miał swoich
przyjaciół, a ja chciałem do nich dołączać. No i mnie ostro
przeganiał, a czasem dostawałem baty – przyznaje Adam Wójcik. –
Najbardziej oberwałem, gdy mama poprosiła, żebym wyśledził, gdzie
Marian idzie. Marny był ze mnie szpieg, więc dorwał mnie przy kiosku
i tak zlał, że aż interweniował przechodzień, myśląc, że dopadł
mnie jakiś łobuz”.

Dzieciństwo Adama nie było usłane
różami. Tym bardziej że jego dorastanie przypadło na czasy stanu
wojennego i permanentnego kryzysu gospodarczego. Każdy dzisiejszy
czterdziestolatek pochodzący z rodziny robotniczej, na dodatek
z małego miasteczka, doskonale zrozumie, jaką drogę przechodzili
młodzi ludzie, którzy marzyli, by coś w życiu osiągnąć. Zwłaszcza
gdy nie byli przebojowi, cyniczni, bezwzględni i cwani, ale skromni
i prostolinijni, a nawet nieco zahukani i zagubieni – a taki był
nastoletni Adam Wójcik.

„Adaś jako dziecko miał cechy charakteru,
które zostały mu do dziś. Był spokojny, małomówny i bardzo
grzeczny. To było i dla mnie nadal jest po prostu słodkie, kochane
dziecko, które nigdy nikomu nie sprawiało żadnych problemów”, mówi
pani Helena. Oczywiście nie ma na myśli jego rywali z koszykarskich
parkietów. I z sąsiednich bloków. „Bo w sytuacjach, o których
rodzice nie wiedzieli, byłem jednak dość walecznym dzieckiem”,
odpowiada lekko speszony koszykarz i ujawnia tajemnice podwórek
przy Kasprowicza i 3 Maja. Jak lew walczył bowiem ze swoją paczką
o terytorium. „Czasem w ruch szły kamienie, butelki i kije. To nie
była zabawa, myśmy się naprawdę tłukli. No i przez nasze podwórko
chłopaki z innych bloków nigdy nie przechodzili”. Słowem Adam
Wójcik uczestniczył w stworzeniu strefy demarkacyjnej w centrum
Oławy.

Zresztą tuż obok taka była
– prawdziwa. Kilkaset metrów od domu Adama stacjonował
jeden z największych na Dolnym Śląsku garnizonów wojsk
radzieckich. „Chodziliśmy tam na handel. My im przynosiliśmy jakieś
jabłka podwędzone z działek, a oni dawali nam konfiety albo
znaczki, które wtedy zapamiętale zbierałem. Miałem tych ruskich
znaczków od groma, do dzisiaj chyba gdzieś mam te klasery. Kiedyś
nawet dostałem od ruskich sołdacką czapkę. Przydała się, gdy
bawiliśmy się w »Czterech pancernych«. Do tego był jeszcze hełm
Wojska Polskiego, który dostałem od dziadka, jakiś zardzewiały bagnet,
który odkopaliśmy pod oławską fontanną, i najmodniejszy krzyk mody,
czyli moro. Ale ja miałem prawdziwe, zrobione z wojennego munduru
dziadka – no i dzięki takim gadżetom byłem dla rówieśników
spoko gościem”.

Z walk ulicznych Adam do dziś ma pamiątkę
– bliznę na dłoni w kształcie litery „W”. Został ranny
w bitwie międzypodwórkowej przy poniemieckim bunkrze – przewrócił
się na porozbijane butelki. Nikt wtedy nie myślał, by takie rany
zszywać – wystarczyło trochę wody utlenionej, plaster i wracało
się do partyzanckich wojenek. W tych bitwach uczestniczył też inny
urwis z Kasprowicza, siedem lat młodszy od Adama Robert Szczerbaniuk,
potem jeden z najlepszych w Polsce siatkarzy, który karierę
rozpoczynał w Moto Jelczu Oława. Dwadzieścia lat później, 22
stycznia 2003 roku, w domu Adama w Maladze przez parę godzin wspominać
będą te dziecięce zabawy. Przedtem koszykarz drużyny Unicaja Malaga
oklaskiwał Roberta, siatkarza Mostostalu Kędzierzyn-Koźle, który
zlał Malagę w siatkarskiej Lidze Mistrzów.

To, że Adaśko zostanie koszykarzem, nie było
wcale oczywiste – w grę wchodziło też kolarstwo i oczywiście
piłka nożna, bo na oławskich podwórkach oprócz zabaw militarnych
popularne były też sportowe. Adam Wójcik od najmłodszych lat
łapał się do pierwszych składów rozgrywek piłkarskich. Choć na
nie najwyższym poziomie – raczej przedszkolnym. „Mama pracowała
w żłobku, a potem w przedszkolu. Gdy kończyła pracę o czwartej,
spotykaliśmy się na placu przed tym przedszkolem i rozgrywaliśmy mecze
podwórko na podwórko. Pierwsze, jakie zapamiętałem, rozgrywaliśmy
po mundialu w 1978 roku, kiedy każdy chciał być Szarmachem. A po
1982 roku Bońkiem. Wtedy już mieliśmy w domu kolorowego rubina,
bo pamiętam, że przed meczami trzeba było podejść do telewizora
i ustawić kolory. No i śpiewaliśmy »Entliczek pentliczek, co
zrobi Piechniczek« – wspomina koszykarz, który już jako kilkulatek
miał intuicję, że lepiej mu się trzyma piłkę w rękach niż przy
nodze. Był bramkarzem. – Ojciec przyniósł mi rękawice spawalnicze,
a ja oderwałem gumę z rakietek do ping-ponga i przyszyłem do tych
rękawic, żeby się piłka lepiej trzymała”.

Nie był wtedy zbyt wysokim golkiperem, ale
wszyscy zwracali uwagę, że ma bardzo długie ręce i nogi. Posturą
– przeraźliwego chudzielca – też się wyróżniał. Żarty
rówieśników nie były zbyt wybredne: „Adaśko, tylko się nie
rozbieraj, bo się psy na kości rzucą”.

W tamtych czasach wcielanie się
w ulubionych sportowców nie było łatwe. Rolę dzisiejszych konsol
i komputerowych gier typu FIFA czy NBA pełniły kapsle od butelek,
niezbędne, by poczuć się jak Szurkowski albo Zdzisław Wrona,
przejeżdżający codziennie przez miasto słynny kolarz Moto Jelcza
Oława. „Brało się wosk i szkolny atlas, gdzie na końcu były
małe flagi. Zalewało się kapsle woskiem, rysowało trasę kredą na
asfalcie i już się było Aavo Pikkuusem albo Olafem Ludwigiem”,
opowiada Adam o swoim uczestnictwie w „Wyścigu Pokoju”, kultowym
„Tour de PRL/CSRS/NRD” organizowanym przez peerelowską „Trybunę
Ludu”, enerdowskie „Neues Deutschland” i czechosłowackie „Rudé
právo”, czyli gazety, które dekadę później bezpowrotnie przeszły
do historii, choć „Trybuna” jeszcze zdążyła napisać o Adamie
Wójciku, utalentowanym koszykarzu Gwardii Wrocław i reprezentacji
Polski.

Adam Wójcik był zresztą ostatnim
w polskiej ekstraklasie koszykarzem, który pograł sobie w meczach
z Czechosłowacją, ZSRR czy NRD oraz jeździł na turnieje do
nieistniejących już krajów demokracji ludowej.

Jako nastolatek próbował nawet na domowy
sposób zostać kolarzem (serwis techniczny miał zapewniony, bo przy
awariach tato spawał w ZNTK pęknięte ramy jego składaka), ale
„kolarzówkę”, którą kupił za pieniądze otrzymane w prezencie na
rocznicę komunii, po tygodniu mu ukradziono. Według jego mamy dla Adama
była to jedna z większych traum dzieciństwa. Pocieszeniem był tandem,
na którym pomykali z Saszą po całej Oławie. Rower zwinięto Adamowi
spod kościoła, kiedy był na religii. Wójcik jest wierzący, chodził
na religię, a gdy miał piętnaście lat, sakramentu bierzmowania
udzielił mu najsłynniejszy kapłan na Dolnym Śląsku, przyjaciel
Jana Pawła II, wówczas arcybiskup wrocławski Henryk Gulbinowicz
– od 2000 roku pierwszy i jak na razie jedyny Honorowy Obywatel
Oławy. Ani rodzice, ani Adam nie pamiętają, jak to się stało, że
piętnastolatkowi sakramentu dojrzałości chrześcijańskiej udzielał
metropolita wrocławski. Być może Adam miał fory ze względu na
koligacje rodzinne z pewnym biskupem z Argentyny.

Kiedyś w pobliżu jego bloku zatrzymała
się taksówka. „Powiedzcie, chłopcy, gdzie jest Kasprowicza
36?”, zapytał duchowny w sutannie z fioletowymi lamówkami
i biskupim pierścieniem na palcu. Adaś zorientował się, że to jego
adres. Niecodzienny gość, o którego wizycie mówiło całe osiedle,
okazał się jego wujkiem – biskupem diecezji w Argentynie. Gościł
u nich parę dni, a potem, w biednych latach osiemdziesiątych,
od czasu do czasu wspomagał, podobnie jak wszystkich krewnych
z Oławy. Kilka lat później zginął w wypadku samochodowym w Buenos
Aires.

W Oławie czasów stanu wojennego, poza
słynną na cały kraj działką i altanką niejakiego Kazimierza
Domańskiego, na której objawiła się mu Matka Boska do spółki
z Jezusem Chrystusem i na której później wybudował sanktuarium,
dla ówczesnych nastolatków było inne kultowe miejsce – Pewex.

Sklep „Przedsiębiorstwa Eksportu
Wewnętrznego” był wtedy dla wszystkich Polaków oknem, a właściwie
witryną sklepową na świat. Tylko w tym miejscu można było kupić
produkty znanych zagranicznych marek i eksportowe towary niedostępne
w zwykłych sklepach. Adam Wójcik wspomina: „Pewex był niedaleko od
mojego domu, więc z chłopakami często chodziliśmy popatrzeć na te
czekolady, ubrania, wieże Sony czy telewizory Philipsa. Mama miała
jeszcze ciocię w Austrii, więc parę razy z bratem udało się
nam coś sobie kupić za bony lub dolary. Ale na prawdziwe jeansy nie
starczyło, no i najczęściej chodziło się w sztruksach”.

30 kwietnia 2012 roku,
Wrocław, hala Orbita. Dziesięć dni po czterdziestych drugich
urodzinach. Czwarty mecz ćwierćfinału play offów mistrzostw
Polski w koszykówce i sześćset pięćdziesiąty Adama Wójcika
w ekstraklasie, przedostatni w karierze. Zawodnik Śląska
z numerem 10 przepycha się i łapie faule na znakomicie grającym
Johnie Turku, amerykańskim centrze Trefla, który marzy o polskim
paszporcie.

To właśnie Turek odkrył talent
Adama. Mieczysław Turek. To on pierwszy pokazał Adamowi, jak się robi
dwutakt, i powołał go do reprezentacji Szkoły Podstawowej numer 2
w Oławie. Był nauczycielem wf-u i sąsiadem rodziny Wójcików –
z tej samej klatki schodowej bloku przy Kasprowicza. Do dziś przyjaźni
się z rodzicami Adama.

Minęło trzydzieści lat, a emerytowany
wuefista, a także student Uniwersytetu Trzeciego Wieku, przynosi
na spotkanie do domu rodziców Adama plik dokumentów z wynikami
sprawdzianów ucznia klasy 6 B:

Rok szkolny 1982/83. Klasa 6 B,
chłopcy. Adam Wójcik: 60 m – 9,1 sekundy, 100 m – 17,3 sekundy,
300 m – 51 sekund, 1000 m 3:35,7 sekundy, skok w dal – 4,30 m,
pchnięcie kulą – 7 m, rzut piłką lekarską – 5,05 m.

Akurat w „rzucie”
Adam jest w połowie stawki dziewiętnastu uczniów z grupy, ale
w pozostałych konkurencjach w pierwszej trójce, a w skoku
w dal i biegu na 300 metrów najlepszy. Jedzie więc na zawody
międzyszkolne. I w dniu swoich trzynastych urodzin, 20 kwietnia
1983 roku, zdobywa pierwsze trofeum w życiu: dyplom za zajęcie
II miejsca w biegu na 300 metrów w Miejskich Szkolnych Igrzyskach
Sportowych. Odnotowuje wówczas pierwszą „stratę”, bo rozwala
kolce.

Trzydzieści lat później Adam Wójcik
tłumaczy, dlaczego zajął drugą lokatę: „300 metrów, odpowiednik
dorosłego biegu na 400, to najcięższa konkurencja biegowa, bo trzeba
całe okrążenie biec prawie na jednym wdechu i długu tlenowym. Ale że
miałem długie nogi, to jakoś dawałem radę. Byliśmy wyróżniającą
się sportowo szkołą i mieliśmy dyżurne kolce, które dostawaliśmy
tylko na zawody. Były strasznie zjechane, więc pięćdziesiąt metrów
przed metą zaczęła mi się odrywać podeszwa, na tym żwirze było
ciężko i dlatego nie wygrałem”.

Z siatkarskiego serwisu, odbicia palcami
i „sposobem dolnym” też miał same piątki. A ponieważ starszy
brat już trenował siatkówkę, więc i Adam po lekcjach zaczął
z nim chodzić „na SKS-y”.

„Trochę pochodziłem, próbowałem
odbijać, ale czułem, że to jednak nie to. Najbardziej mi się nie
podobało rzucanie się po parkiecie, czyli te pady siatkarskie. Od razu
pozdzierałem sobie skórę i odeszła mi chęć na siatkówkę na całe
życie”, mówi Adam. Trafił na nauczyciela, który był dyplomowanym
trenerem siatkówki, ale maniakiem wielu dyscyplin.

„Na baskecie też się znałem,
bo przeprowadziłem się do Oławy spod Warszawy, gdzie w mojej
pierwszej szkole zrobiłem drużynę koszykarską. Mój najwyższy
chłopak miał 182 centymetry, a walczyliśmy z prawie dwumetrowymi
dryblasami ze Znicza Pruszków jak równy z równym”, opowiada
Mieczysław Turek, który wraz z drugim wuefistą z „dwójki”,
Stanisławem Konopackim, miał ambicję żeby być najlepszymi
w Oławie we wszystkich dyscyplinach. W piątych klasach wyszukali
chłopaków, którzy mieli „ciąg na kosz”, i stworzyli szkolną
drużynę koszykówki. Trafił do niej Adam. „Byłem nowy w szkole
i dostałem słabsze w sporcie klasy A i B. I co? I wśród tych
niby gorszych wyłowiłem Adama Wójcika, największy brylant polskiej
koszykówki”, mówi z dumą nauczyciel. Równocześnie prosi Helenę
i Jerzego Wójcików, żeby oderwali się od sernika, który zrobili
na jego cześć, i stanęli na środku pokoju gościnnego. Tłumaczy,
że nie 168 centymetrów wzrostu mamy Adama i 182 ojca, lecz budowa
ciała, zwłaszcza długie nogi, wpłynęły na to, że syn wyrósł na
takiego olbrzyma. Dodaje, że ważniejsze były geny poprzednich pokoleń
Baranieckich i Wójcików. A dziadkowie koszykarza, zarówno ze strony
mamy, jak i ojca, mieli powyżej 180 centymetrów wzrostu.

W całej Europie mecze dorosłej koszykówki
rozgrywano wtedy systemem 2 x 20
minut, ale w polskiej szkolnej minikoszykówce od zawsze było prawie
jak w NBA: cztery kwarty po 10 minut. Tyle że piłki są mniejsze,
a kosze niżej zawieszone. W latach osiemdziesiątych grało się
trzech na trzech. „W mojej drużynie w każdej kwarcie grali inni
chłopcy, ale zawsze tak kombinowałem, by w pierwszej i ostatniej
na parkiet wychodził Adaś – opowiada Turek o szkolnej drużynie
z Adamem w składzie z sezonów 1982 i 1983, które koszykarz ledwie
pamięta. – Wtedy w Oławie były cztery szkoły, więc pierwszy
mecz w życiu Adam musiał rozegrać z podstawówką numer 1 albo
z »piątką« czy »szóstką« na turnieju międzyszkolnym w maju 1982
roku. W każdym razie na pewno było to wygrane spotkanie, bo ograliśmy
wtedy wszystkich w mieście, potem w powiecie i dwa lata z rzędu
dostaliśmy się do finałów rozgrywanych już we Wrocławiu”.

„Koszykówka wyjątkowo mi podpasowała
i biegałem na te SKS-y sobie porzucać, bo graniem tobym tego jeszcze
nie nazwał”, mówi Adam Wójcik, który do dziś pamięta turniej
rozegrany w połączonej szkole numer 105 i 106 przy ulicy Grochowej
we Wrocławiu w styczniu 1983 roku. Dyplom za drugie miejsce dla jego
zespołu niestety gdzieś mu się zawieruszył.

„O, widzi pan, typowi wrocławiacy, wstyd im
było, że im daliśmy popalić. Napisali tylko, że Szkoła Podstawowa
numer 2 z Oławy zajęła drugie miejsce, ale już wśród najlepszych
zawodników wymienili tylko tych z wrocławskich podstawówek, o naszych
ani słowa – Mieczysław Turek wskazuje na notkę w dzienniku
»Wieczór Wrocławia«. – A my, z Adasiem w składzie, z nimi
wygrywaliśmy, choć naprzeciwko byli chłopcy, którzy już przecież
trenowali w Gwardii Wrocław”. Z pożółkłego wycinka odczytujemy:
„Krzysztof Mila, Mirosław Czerniakiewicz, Robert Kościuk”.

„Kostek zrobił na mnie niesamowite
wrażenie. Nigdy nie widziałem chłopaka, który byłby tak szybki i tak
genialnie kozłował”. Ze słów Adama wynika, że jego pierwszym
idolem był starszy o rok kolega, który przez następne dwadzieścia
lat będzie mu podawał i asystował przy rzutach w Gwardii, Śląsku
oraz reprezentacjach Polski kadetów, juniorów i seniorów. Adam miał
nosa – Robert Kościuk stał się jednym z najlepszych rozgrywających
lat dziewięćdziesiątych w Polsce. Po zakończeniu kariery założył
we Wrocławiu Gimbasket – niepubliczne gimnazjum dla późniejszych
koszykarzy, które z sukcesami wyszukuje, uczy, trenuje i wychowuje
następców Zielińskiego, Wójcika czy Tomczyka.

Styczeń 1983 roku, sala Szkoły Podstawowej
numer 105 we Wrocławiu. Rewelacja międzyszkolnego turnieju
minikoszykówki, drużyna Szkoły Podstawowej numer 2 z Oławy
z dwunastoletnim Adamem Wójcikiem w składzie, dociera do finału,
gdzie przegrywa z wrocławską „dwudziestką dziewiątką”.

„Chłopcy, jestem trenerem koszykówki,
kompletuję we Wrocławiu drużynę, możecie mi podać swoje adresy?”
Do trzech przestraszonych uczniów oławskiej podstawówki podchodzi
siwowłosy mężczyzna w dresie. I tak dobrze, że nie zaczepił ich na
ulicy, jak to mu się zdarza do dziś, gdy dostrzeże kogoś o wyjątkowo
długich nogach. „Przepraszam, jestem trenerem koszykówki, mają
państwo dzieci albo wnuki? Nieważne, że nie grają, grać to my już
ich nauczymy…” – Krzysztof Walonis, wówczas początkujący trener
grup młodzieżowych Gwardii Wrocław, a dziś koordynator wrocławskiej
Basketmanii, czyli zajęć i turniejów koszykówki dla uczniów
podstawówek, wciąż w ten sam sposób wyłapuje talenty. I choć
ma pod opieką dwa tysiące dzieciaków, nadal nie jest pewien, czy
przyszły center lub skrzydłowy reprezentacji albo gwiazda Euroligi
nie chodzi do jakiegoś przedszkola lub podstawówki i nie ma pojęcia,
że istnieje coś takiego jak piłka do kosza.

W chwili gdy podchodzi do chłopców z Oławy,
jest zafiksowanym na punkcie basketu trzydziestopięciolatkiem. Zaczął
siwieć jeszcze gdy biegał za piłką po parkietach Gwardii, nic więc
dziwnego, że już jako młody trener miał ksywę „Dziadek”. Bakcylem
basketmanii zaraził się dokładnie dwadzieścia lat wcześniej –
w 1963 roku był na meczach Łopatki i spółki w Hali Ludowej,
w których Polacy przegrali tylko z ZSRR, zdobywając wicemistrzostwo
Europy. Od razu zapisał się do sekcji koszykówki Śląska Wrocław,
a po kilku miesiącach przeniósł do Gwardii, w której grał
następne szesnaście lat. Zrobił papiery trenerskie na Akademii
Wychowania Fizycznego, a w 1979 roku, gdy kończył karierę, został
koordynatorem grup młodzieżowych swojego klubu.

Z trenerami Jerzym Hajnszem i Adamem
Chłopkiem szukali talentów, gdzie mogli – na ulicach, w szkołach,
na turniejach dla dzieci. W 1983 roku Walonis wynajdywał akurat
chłopaków z rocznika 1970, który miał poprowadzić.

Wrocław, 27 I 1983

Adam,

Jak macie czas w ferie, przyjedźcie na trening
do Gwardii. Ul. Nowotki 15 we wtorek (1 II 83) i piątek (4 II 83)
o godzinie 14. Przyjedźcie razem z Jarkiem i Tomkiem. Chciałbym
jeszcze raz z Wami porozmawiać.

Trener Walonis Krzysztof

To najważniejszy list
w życiu Adama. Przychodzi do Oławy kilka dni po jego powrocie ze
szkolnego turnieju we Wrocławiu. Chłopiec decyduje się od razu. Nie
może spać. We Wrocławiu był przecież ze dwa razy w życiu. Godzinami
męczy rodziców, wypytując o drogę do hali Gwardii przy ulicy Nowotki
(dziś Krupnicza). Ustalają, że pojedzie pociągiem z bratem i jego
kolegą Łukaszem Kotapskim, dziś lekarzem weterynarii w Oławie,
którzy akurat wybierali się na basen. W przedziale jedyną
znajomą twarzą jest rok młodszy kolega z klarnetem w futerale,
który nuci coś pod nosem, wpatrując się w zeszyt z nutami. To
Paweł Mykietyn, dziś jeden z najwybitniejszych kompozytorów muzyki
współczesnej.

Około godziny 9:00 są we Wrocławiu. Na
dworcu Sasza z Łukaszem wskazują Adamowi kierunek i idą na
basen. Adam dopytuje o drogę przechodniów i tak jak tłumaczyła mama,
przechodzi przez park obok fosy. Po pół godzinie dociera do celu –
wielkiego, dziewiętnastowiecznego budynku w stylu gotyku Tudorów,
gdzie przed wojną mieściła się wrocławska giełda. Przycupnął
na korytarzu i czeka. Prawie pięć godzin. Obok niego przechodzą
koszykarze, bokserzy, siatkarki, judocy… – Gwardia była klubem
wielosekcyjnym.

W ten sposób 1 lutego 1983 o godzinie 14:00,
niespełna trzy miesiące przed trzynastymi urodzinami, rozpoczęła
się koszykarska kariera Adama Wójcika, która trwała dwadzieścia
dziewięć lat, trzy miesiące i dwa dni. Zakończyła się 3 maja
2012 roku w Sopocie, tuż przed godziną 22:00, trzynaście dni po
jego czterdziestych drugich urodzinach. Wójcik objął wpół Łukasza
Koszarka, rozgrywającego Trefla Sopot i reprezentacji Polski. To
był jego piąty faul. Przy aplauzie sopockiej publiczności zszedł
z parkietu. Później odnotował na swoim blogu: „Polska koszykówka
jest fascynująca (…) i uważam, że zszedłem z parkietów za
wcześnie. O kilka minut za wcześnie. Oczywiście przez sędziów,
którzy nie znają się na czułościach okazywanych sobie przez dużych,
zaprzyjaźnionych facetów. (…) Nie zrozumieli, że to gest sympatii,
i ściągnęli mnie z parkietu. Na zawsze”.

Tymczasem jednak jest wtorek, 1 lutego 1983
roku. Adam staje w drzwiach mieszkania: „Mamo, pan trener chce,
żebym grał w jego drużynie. Będę koszykarzem”, oznajmia i idzie
do pokoju szykować się na kolejny trening, który odbędzie się już
za kilka dni.

Kilkanaście miesięcy później Helena
Wójcik kupuje zeszyt formatu A4. Na pierwszej stronie zapisuje dużymi
literami: „Kronika Rodziny Wójcików. Niektóre wydarzenia z życia
Jerzego, Heleny, Adama i Mariana” i zamieszcza wpis antydatowany
na 27 stycznia 1983 roku: „Adam uczęszczał do SP nr 2. Drużyna
chłopców Pana Turka pojechała na zawody szkolne do Wrocławia. Trener
z Wrocławia Pan Walonis zainteresował się chłopcami. Na treningi
zaczęli uczęszczać również koledzy, ale szybko zrezygnowali. Adam
postanowił trenować i dojeżdżać do Wrocławia, pogodzić szkołę
z treningami. Cieszył się bardzo, że może trenować w dobrym
klubie »Gwardia Wrocław«. Ma dużo pracy, wrażeń i dobrego trenera,
który bardzo osobiście opiekuje się Adamem”.

Pani Helena nie wytrwała w prowadzeniu
kroniki – w ciągu dziesięciu lat zawarła w niej zaledwie
kilkanaście wpisów, w większości poświęconych Adamowi. Wśród
nich znajduje się wycinek ze „Słowa Polskiego” z 1987 roku,
w którym trener Walonis mówi, że Adam Wójcik z jego złotej
drużyny MKS MDK Gwardia Wrocław – która po raz drugi z rzędu
zdobyła mistrzostwo Polski juniorów młodszych, najpierw w Prudniku
pokonując Śląsk Wrocław, a teraz w Kwidzynie Znicz Pruszków –
został powołany do kadry juniorów. Do kroniki wkleja też intymną
pocztówkę świąteczno-imieninową, którą 24 grudnia 1986 roku
przysłała do jej syna koleżanka Asia, życząc Adamowi fajnego
sylwestra na obozie sportowym w Rumunii.

„Nikomu o tym nie mówiłam, ale jak Adam
zaczął trenować, poszłam na pielgrzymkę do Częstochowy w intencji,
by moi chłopcy spełnili życiowe marzenia. Kto wie, może to troszkę
Adamowi pomogło”, zastanawia się po latach Helena Wójcik.

Adam przez całe zimowe ferie 1983 roku
zapamiętale trenował, a w wakacje, po zakończeniu szóstej klasy,
pojechał z MKS-em na pierwszy obóz do Oleśnicy. Jarek i Tomek,
czyli jego koledzy z reprezentacji szkoły, nie mieli tyle zapału. Po
kilku treningach przestali przyjeżdżać do Wrocławia. Tomek został
jednak niezłym piłkarzem i przez wiele lat grał w drużynie MKS
Oława, nawet tej drugoligowej. „Drugiego z kolegów nazywaliśmy
»Pińdziuś«, bo był bardzo delikatny i nie chciał grać, bo mu
pękały skórki na dłoniach”, wspomina Adam. Nie został więc
sportowcem, ale nauczycielem – dziś jest dyrektorem szkoły.

Pierwszy oficjalny mecz w MKS-ie Adam do dziś
rozgrywa w głowie. A właściwie na głowie. Był tak podekscytowany,
gdy załapał się do drużyny, która wyjeżdżała na pierwszy turniej,
że postanowił na klatce schodowej pokazać kolegom z podwórka, jak
będzie walczył pod koszem. Podskoczył tak wysoko, że rozwalił sobie
głowę o futrynę bramy – nie pojechał więc na turniej, tylko na
pogotowie. Blizna została mu do dziś, tak jak w pamięci rodziców
widok zakrwawionego trzynastolatka, który stanął w drzwiach.

Adam zmartwił się wtedy, że to koniec
jego kariery, tym bardziej że po kilku miesiącach trener robił
przegląd kadr i tym chłopcom, którzy nie rokowali, grzecznie
dziękował. „A ja niewiele potrafiłem, a na dodatek byłem jednym
z najmniejszych zawodników w drużynie”, wspomina Wójcik.

Ale Walonis od pierwszego wejrzenia wiedział
i wierzył, że Adam będzie wysokim i „wielkim” graczem. Choć,
jak przyznaje, „na tym turnieju szkolnym, gdzie go wyłapałem, to
koszykarsko był cieniutki”. Umiejętności nie miały jednak znaczenia,
gdyż wśród dzieci nie szukał „aktualnych gwiazd koszykówki”,
tylko wpatrywał się w ich stopy, kolana i tułów. „Adam miał tylko
172 centymetry wzrostu, ale przy tym taaaką stopę – trener szeroko
rozkłada ręce. – Kolano też było bardzo duże, a to świadczyło,
że chłopak wyrośnie na wysokiego człowieka. Przy niewielkim wzroście
miał bardzo długie kończyny dolne, które szybciej rosną, i bardzo
krótki tułów, który się z czasem wyciąga”.

Na turnieju przy Grochowej trener najmłodszych
koszykarzy Gwardii był nieco zdesperowany, gdyż zawodnicy z rocznika
1970, których już miał w drużynie, na razie grali słabo. A Gwardia
miała ambicje. We Wrocławiu rywalizowała we wszystkich kategoriach
wiekowych ze Śląskiem. Walonis i pozostali trenerzy postanowili więc,
że stworzą z najmłodszych drużynę, z którą spróbują zawojować
Polskę. Udało się. „Z tamtej ekipy wielu chłopców trafiło potem
do reprezentacji Polski seniorów, ale trójka – Robert Kościuk,
Adam Wójcik i Dominik Tomczyk – przez następne piętnaście lat,
a Adam jeszcze dłużej, po prostu rządziła polską koszykówką
i rozsławiała ją w całej Europie. Bo w swoich klubach i kadrze
byli niezastąpieni”, podkreśla Walonis.

Sam Adam nigdy nie zapomina o roli, jaką
pierwszy trener odegrał w jego życiu i karierze. Na pytanie, kiedy
pierwszy raz uwierzył, że może się stać koszykarzem europejskiego
formatu, odpowiada: „Po jednej z rozmów z trenerem Walonisem. Wziął
mnie do pokoju trenerów i powiedział: »Masz, chłopcze, talent,
możesz być wielkim koszykarzem. Ale czy nim zostaniesz, czy nie,
zależy tylko od ciebie. Bardzo bym chciał przychodzić kiedyś
na twoje mecze i chwalić się wszystkim: to jest mój wychowanek,
ja go wszystkiego nauczyłem«. I rzeczywiście, zawsze tak robi,
a ja się cieszę, że jego marzenia się spełniły”.

Helena i Jerzy Wójcikowie przyznają,
że Walonis przez lata opiekował się ich synem nie tylko jako
trener. Wiedział o Adamie wszystko, nawet o niektórych najbardziej
osobistych sprawach, o których oni nie mieli pojęcia. „Opowiadali,
że śledziłem, jak się rozwija fizycznie, nawet pod prysznicem? –
śmieje się trener. – Nie, nie podglądałem go, ale rzeczywiście,
kiedyś im powiedziałem, że jak młody człowiek nie ma zarostu na
nogach i w intymnych miejscach, to są to symptomy, że jest tak
zwanym »typem późnorozwojowym biologicznie« i może jeszcze dużo
urosnąć. Nie pomyliłem się”.

„Hela, chodź, trener dzwoni!”,
„Proszę pójść na pocztę, jest telegram od trenera”, „Helciu,
trener prosi o kontakt” – tak właśnie dyrektorka przedszkola,
w którym pracowała mama Adama, listonosz i jej krewna z poczty
przez całą połowę lat osiemdziesiątych pośredniczyli w kontaktach
na linii trener – mama – zawodnik. Walonis słał telegramy do
Oławy albo dzwonił do przedszkola przy Kasprowicza z sekretariatu
klubu. Po kilku latach tej udręki musiała interweniować milicja…
Do telekomunikacji w Oławie przyszło pismo podpisane przez jakiegoś
pułkownika i sformułowane w takim tonie, jakby zainstalowanie telefonu
u rodziców Adama Wójcika było sprawą wagi państwowej. „I tak,
znów dzięki Adasiowi, podłączyli nam w domu telefon”, przypomina
sobie Helena Wójcik, która przez lata przechowywała telegramy
z Gwardii takiej na przykład treści: „Adam, dostałeś powołanie
do reprezentacji. Stop. Ale my też mamy ważny mecz. Stop. Przyjedź
na dodatkowy trening. Stop. W piątek o szóstej rano. Krzysztof
Walonis”.

Rok 2012. Adam wysyła maila do posła Macieja
Zielińskiego ze swojego iPhone’a i wspomina sposoby komunikacji
z pierwszych lat kariery: „Poczta i gabinet pani dyrektor przedszkola
w Oławie, sekretariat internatu Gwardii, budka przy placu 1 Maja,
ta w podziemiach, bo nie wiało, i przy placu Kościuszki, w ogóle
wszystkie wrocławskie budki, bo wciąż dzwoniłem do Krysi, gdy
mieszkała w akademiku w Warszawie. I zbieranie monet, bo trochę to
kosztowało, ponieważ najpierw łączyłem się z portiernią, a potem
ktoś, kto odebrał na korytarzu, szedł zawołać Krystynę. Pierwszy
telefon zamontowali nam w mieszkaniu dopiero w 1995 roku, choć
pismo do telekomunikacji złożyłem w 1991, od razu, gdy się
wprowadziliśmy”.

Przez całą siódmą i ósmą klasę
podstawówki Adam dojeżdżał na treningi z Oławy. „Nigdy nie
byliśmy zamożną rodziną i pewnie nie byłoby nas stać na bilety,
dlatego bardzo ucieszyliśmy się, gdy trener załatwił zwrot kosztów
podróży”, mówi Adam. Bilety na PKS i PKP z całego miesiąca
przyklejał na kartki A4 i przywoził do klubu. Księgowe Gwardii
były zadowolone, gdy chłopiec przyjeżdżał pociągiem, bo jego
tata pracował w PKP i Adam miał legitymację uprawniającą do
osiemdziesięcioprocentowej zniżki. Z połączeniami było jednak
krucho, więc najczęściej wybierał PKS.

Kiedyś trening się przedłużył, musiał
więc jechać wieczornym pociągiem. Pasażerowie powiedzieli chłopcu,
że ten do Brzegu zatrzymuje się w Oławie. Nie zatrzymywał
się. Adam bez grosza przy duszy utknął więc w Brzegu. Chodził
po dworcu, pożyczał od ludzi drobne kwoty, aż w końcu kupił
bilet i o północy dotarł do Oławy. Na peronie natknął się na
zdenerwowanego ojca, który właśnie wsiadał do pociągu i wyruszał
do Wrocławia na poszukiwania zaginionego syna.

„Dla tego chłopca to była
męczarnia. Przychodził ze szkoły, brał dresy i jechał do
Wrocławia. Wracał wieczorem i mówił: »Mamo, muszę się jeszcze
nauczyć wiersza na pamięć, odpytasz mnie?«. I zasypiał z nosem
w książce”.

„No tak, a potem odpisywał ode mnie zadania
domowe. Nie był orłem w nauce, ale sympatycznym, spokojnym chłopakiem,
więc nie było problemu”, wspomina Renata Duda, oławianka, która
dziś pisze pracę habilitacyjną na Uniwersytecie Wrocławskim,
a trzydzieści lat temu chodziła z Adamem do klasy. Rodzice, widząc,
że chłopiec ma wielką pasję, a w szkole jakoś sobie radzi,
nie przymuszali go do nauki, więc przechodził z klasy do klasy na
trójach – oczywiście z wyjątkiem wf-u.

Walonis, który często odprowadzał swojego
podopiecznego na dworzec, a czasami wsiadał w autobus i odwoził do
samej Oławy, chciał mieć go w końcu pod ręką we Wrocławiu. Gdy
Adam kończył podstawówkę, zaproponował, by przeniósł się do
szkoły z internatem.

„I w ten sposób zostałem mechanikiem
samochodowym”, śmieje się Adam, który swych umiejętności
zawodowych nigdy nie miał okazji wykorzystać w praktyce. Zarzeka
się jednak, że na samochodach się trochę zna, zwłaszcza na
ciężarówkach i autobusach, bo przez trzy lata dwa razy w tygodniu
jego ręce były umaźgane smarem, a nogi wystawały spod podwozi jelczy
i starów. Uczniowie Zespołu Szkół Mechanicznych nr 1 we Wrocławiu
praktyki odbywali w zajezdni i warsztatach przy dworcu PKS-u.

Na pierwszym świadectwie
z samochodówki, z 1986 roku, jego zachowanie oceniono jako
„nieodpowiednie”. Opuścił 211 godzin w roku szkolnym, a połowy
klub nie usprawiedliwił. Dyrekcja szkoły narzekała, że co to za
uczeń, który zamiast na lekcjach rosyjskiego czy fizyki, wciąż jest
na jednym wielkim wf-ie, i to poza szkołą. Rok później zachowanie
Adama się „poprawiło”. W 1987 roku nie było go na 87 lekcjach,
ale wśród „szczególnych osiągnięć ucznia” na świadectwie
pojawiła się adnotacja, świadcząca o tym, że szkoła już wie,
czyje nogi wystają spod zdezelowanych pekaesów: „Reprezentant PRL
w koszykówce. Złoty medalista Ogólnopolskiej Spartakiady Młodzieży
1987”.

W tym czasie Wójcik wyprowadził się
z internatu przy ulicy Zachodniej i zamieszkał w siedzibie
klubu. Czuł się, jakby trafił z piekła do raju. Traumatyczne
przeżycia w internacie były dla wrażliwego, spokojnego chłopaka
z Oławy prawdziwą szkołą życia w wielkim mieście. Dla większości
jego współlokatorów – prostych typów z podwrocławskich wiosek –
ulubioną rozrywką było prześladowanie pierwszaków. Adam stał się
jedną z ofiar szkolnej „fali”: weterani z internatu konfiskowali
jedzenie, które „koty” przywoziły z domu, robili sobie z nich
szafy grające (czyli kazali wchodzić do szafy, wrzucali złotówkę
i kazali śpiewać), sprawiali im także regularne manto. Nie było
szans na zastosowanie obrony indywidualnej czy strefowej, gdy na jednego
piętnastolatka przypadało ośmiu starszych osiłków. Bali się ich
nawet nauczyciele. Na dyżurach w internacie wychowawcy zamykali się
w pokojach i udawali, że nie wiedzą, co się dzieje. Poobijany Adam
czasem wstydził się rozebrać na treningu i ćwiczył w dresach. Ale
miesiącami nikomu o tym nie mówił. W końcu miał dosyć i postawił
się trenerowi. „Albo mi załatwicie pokój na Gwardii, albo kończę
z koszykówką” – tym razem był stanowczy i zdesperowany. Walonis
załatwił. Adam mieszkał w gościnnym pokoju w sportowym internacie
przy Nowotki od 1987 do 1992 roku. Następnie klub, należący już
do Aspro, najpierw na krótko wynajął mu pięćdziesięciometrowe
mieszkanie przy Kwiskiej, a potem, w ramach nowego kontraktu,
przydzielił mieszkanie w nowym bloku w centrum Wrocławia przy
ulicy Grabskiego. W 1995 roku Adam z Krystyną ostatecznie wykupili
mieszkanie. Pięć lat później przeprowadzili się do własnego domu,
jakieś pięćset metrów za granicami Wrocławia.

Marzec 2012, Śląsk gra w play offach. Na
trybunach Orbity siedzą trzy wysokie, ładne dziewczyny.

Dwie przyjechały ze Stanów Zjednoczonych,
trzecia jest wrocławianką. Kilkanaście lat wcześniej nie opuściły
niemal żadnego ważnego meczu Adama. W latach 1986–1992 Gosia
Raubo, Iwona Wojno i Magda Kołodziejczyk były koszykarkami Ślęzy
Wrocław. Poznały się z Adamem w Wałczu, na obozie reprezentacji
Polski kadetek i kadetów. Był od nich starszy – miał szesnaście
lat, one trzynaście i czternaście.

„Z Magdą, Adamem, Krzyśkiem Milą,
Piniem – Piotrem Traczyńskim – czyli kolegami Adama z drużyny,
przez ładnych kilka lat stanowiliśmy nierozłączną paczkę
przyjaciół”, wspomina Margot Raubo-Elsner, która w maju 2012 roku
z ojczyzny NBA przywitała Adama na facebooku „w gronie emerytów
basketu”. Zapewniła też, że „po drugiej stronie życia nie jest
tak źle, bo wreszcie nikt nie będzie na ciebie krzyczał (co najwyżej
żona)”.

„To były bardzo trudne, biedne czasy,
ale to, że nie mieliśmy kasy, nie miało znaczenia. Przecież poza
tym, że graliśmy w koszykówkę, byliśmy zwykłymi, beztroskimi
nastolatkami, którzy czerpali radość z życia garściami –
opowiadają koszykarki. – Tyle że wtedy nie imprezowaliśmy w klubach
i pubach, bo ich nie było, a w kawiarniach nie było nas stać nawet
na kawę, tylko przesiadywaliśmy w domach, najczęściej u mnie”,
wspomina Magda Stanioch, dziś Kołodziejczyk.

Adaś był ulubieńcem rodziców Magdy, więc
młodzi koszykarze często gościli w domu Staniochów do późnej
nocy. Kiedy domówka odbywała się pod nieobecność rodziców,
młodzi zaczynali od obowiązkowego ściągania kloszy z lamp – żeby
zminimalizować straty.

Adam nie ma na sumieniu zbyt wielu zniszczeń
i wybryków, może poza wzięciem za fraki i uciszeniem dobijającego
się do drzwi sąsiada, któremu przeszkadzała głośna muzyka, oraz
pozostawieniem śladów, świadczących o jego umiejętnościach
akrobatycznych. Pewnego razu mama Magdy po powrocie do domu
była zdumiona: „Wiedziałam, że zawsze coś poprzewracacie
i pozbijacie. Że znajduję kiepy w doniczkach – wiadomo,
makatka połamana – okej, ale, Chryste Panie, kto tu chodził po
ścianach”. Po analizie rozmiaru stopy okazało się, że Adam
Wójcik.

„Ale poza tym to był spokojny, pogodny
chłopak, którego nic nie wyprowadzało z równowagi. Bodaj raz
widziałyśmy, że miał łzy w oczach. Kiedy z racji niezbyt
imponującej postury koledzy z zespołu seniorów zaczęli mówić
o nim per »Długopis«. Był załamany tym przezwiskiem”, ujawnia
Małgorzata Raubo, która była wyższa od Adama i w seniorach Ślęzy
zadebiutowała w wieku piętnastu lat, a gdy miała dwadzieścia
jeden, wyjechała do Stanów, gdzie grała w amerykańskiej lidze
uniwersyteckiej.

Ulubioną rozrywką paczki Adama po treningach,
które gwardziści i ślęzanki odbywali przez jakiś czas w wielkiej
Hali Ludowej, były wypady na kultowe rurki z kremem, serwowane przy
placu Grunwaldzkim. Do tego piło się wodę z sokiem z saturatora,
czasem, zwłaszcza po wielkich sukcesach, coś mocniejszego.

„Pamiętam, że w 1986 roku mieliśmy wracać
razem ze spartakiady, oni z Kwidzyna, my z Elblaga. Patrzymy – idzie
Gwardia i chłopaki mają na szyjach złote medale. No to my do plecaków
i szybko wyciągamy swoje, żeby pokazać, że Ślęza nie gorsza
i też jesteśmy najlepsze w Polsce. Oj, wesoło było w tym pociągu
do Wrocławia”, wspominają Wojno, Kołodziejczyk i Raubo.

Nietrudno też się domyślić, dlaczego
w przypadku Adama klub nic nie wiedział o „nieusprawiedliwionych
nieobecnościach” w szkole. „Były wagary, były – opowiadają
koszykarki. – Jechało się na przykład z Adasiem na wyprawę
po jeansy do Pewexu w Oławie albo zamiast do szkoły szło się
słuchać muzyki u niego w pokoju na Gwardii”. Adam był atrakcyjnym
chłopakiem, ale miał też dodatkowy atut w postaci wieży Technicsa,
którą za pierwsze zarobione pieniądze kupił sobie w Pewexie. Jego
koleżanki przypominają sobie nawet, że jako pierwszy był szczęśliwym
posiadaczem ówczesnego cudu techniki – odtwarzacza wideo. „Ale
z tym słuchaniem muzyki i oglądaniem filmów było coraz trudniej, bo
spóźniał się na treningi – żali się Margot Raubo – a ponieważ
mieszkał nad salą, trener po niego przychodził i dobijał się do
pokoju. Zgadali się więc z naszym trenerem i wprowadzili dla nas
zakaz wstępu na Gwardię. Powiedzieli, że nie pozwolą, by dziewczyny
rozłożyły karierę Adama na łopatki”.

W salach Gwardii nie dało się jednak
wprowadzić zakazu wstępu dla wszystkich ładnych sportsmanek –
miały tam przecież treningi między innymi siatkarki Gwardii. Na jednym
z nich Adam wypatrzył Kasię, młodszą od niego o rok. Chodzili ze
sobą dwa lata. Ale wielka, prawdziwa miłość wybuchła, gdy miał
dziewiętnaście lat. Wtedy pojawiła się Krystyna.

W 2012 roku dziewczyny z dawnej Ślęzy razem
z publicznością skandują „A-dam Wój-cik, A-dam Wój-cik” –
zupełnie jak ćwierć wieku wcześniej. „Zawsze mu kibicowałyśmy,
choć wtedy dla nas to był Adaś, kumpel i przyjaciel, a nie idol. Ale
już było widać, że się wybija, ma ogromny talent i będzie wielkim
koszykarzem. Wszyscy to widzieli. A my byłyśmy młodymi dziewuszkami,
siedziałyśmy na trybunach na meczach Gwardii czy reprezentacji
i byłyśmy strasznie dumne, że nasz kumpel zawsze gra pierwsze
skrzypce na parkiecie. No i chwaliłyśmy się wszystkim, że »Adam
Wójcik to nasz kolega«. Koleżanki nam strasznie zazdrościły, kiedy
z Krzyśkiem Milą przychodzili do nas na treningi. Nawet byłyśmy złe,
bo jak przychodził na imprezę, to wszyscy mówili: »O, przecież to
Adam Wójcik«, obsiadali go dookoła i na nikogo innego nie zwracali
uwagi. A potem, jak już grał w Śląsku, to dzieci Magdy biegały za
nim po meczu, krzycząc: »Adam Wójcik to mój wujek« – opowiadają
Małgorzata, Iwona i Magda. – Ale z drugiej strony jak miałyśmy
szesnaście lat, to się zastanawiałyśmy, czy jak będziemy wyprawiać
osiemnastkę, to nie będzie za stary, żeby go zaprosić. Okazało się,
że nie, i do mnie przyszedł, choć miał już dwadzieścia lat”,
wspomina Margot Raubo. Na studniówkę Iwony Wojno i Magdy Kołodziejczyk
też przyszedł, choć nie mogą sobie przypomnieć osiemnastki samego
Adama. „Bo to była męska impreza, dziewczyn nie zapraszałem”,
usprawiedliwia się Adam, który po meczu wyszedł przed Orbitę
i prosił, żeby dziewczyny go nie kompromitowały.

3. PIERWSZY RZUT. „DZIEŃ
DOBRY, PRZYNIOSŁEM WODĘ” (Wrocław, 1987–1993)

12 grudnia 1987 roku, Wrocław, Hala Ludowa,
16. kolejka I ligi. Ostatnie minuty meczu Gwardii Wrocław z AZS
Koszalin. Wrocławianie zdecydowanie prowadzą. „Adam, szykuj się,
wchodzisz”, mówi trener Walonis. Wójcik w jakieś cztery minuty
zdobywa 4 punkty. To pierwsze w jego dorosłej koszykówce, potem
dorzuci jeszcze 10 083 w ekstraklasie i 17 714 w ogóle.

„Nawet nie pamiętam, w jaki sposób
je rzuciłem, kto mi podał, a nawet że to było w tym meczu”,
dziwi się Adam. Ale to pewne – pierwsze punkty siedemnastoletniego
zawodnika w jego drugim meczu w I lidze odnotował bowiem „Przegląd
Sportowy” i wrocławskie gazety, choć wyłącznie w tabelce ze
składem i statystyką. Uczestnikami tego wydarzenia na parkiecie
i ławce Gwardii był weteran zespołu, trzydziestopięcioletni Jacek
Kalinowski, a także Jerzy Binkowski, Mirosław Boryca, Jarosław
Zyskowski, Marek Olesiewicz i aż czterech Dariuszów: Garstka, Czerniak,
Rekun i Boryca. Trzech z nich zostało potem trenerami lub asystentami
trenerów Adama – Kalinowski w Aspro i reprezentacji, Binkowski
w Śląsku, a Olesiewicz w WKK. Za to z Jarkiem Zyskowskim juniorem
(dziewiętnastoletnim synem Jarosława Zyskowskiego) Adam grał jeszcze
w 2012 roku w Śląsku Wrocław.

Krzysztof Łaszkiewicz w monumentalnym
opracowaniu Polska koszykówka męska 1928–2004
pisze, że Adam zadebiutował dzień później, 13 grudnia 1987 roku,
podczas meczu z prowadzącym w tabeli Lechem Poznań, osłabionym
tego dnia brakiem kontuzjowanych i zawieszonych gwiazd ówczesnej
koszykówki – Eugeniusza Kijewskiego, Mieczysława Młynarskiego
i Tomasza Torgowskiego. W rzeczywistości był to już trzeci mecz
Adama w I lidze. Dociskany przez lata przez dziennikarzy szukał
w pamięci i upierał się, że zadebiutował albo w Wałbrzychu,
albo w Krakowie. I właściwie w obu przypadkach miał rację –
sprawdziliśmy, chociaż oficjalne protokoły zaginęły. Skąd więc
te nieścisłości?

„W tamtych czasach godzinę przed meczami
ligowymi rozgrywały swoje spotkania drugie drużyny, na ogół złożone
z juniorów – wspomina Adam. – A u nas jak ktoś grał w meczu
rezerw dobrze, to trener Walonis brał go do składu meczu ligowego
i czasem wypuszczał na minutkę, dwie, a nawet na kilkadziesiąt
sekund, żeby się ogrywał z dorosłymi. I tak było z moimi
pierwszymi meczami w seniorach. To zresztą było niesamowite, bo po
rozegraniu całego meczu trzeba było otrzeć pot, przebrać koszulkę
i za pół godziny znów wybiegało się na parkiet. A mecz z Lechem
Poznań wbił mi się w pamięć, bo Torgowski i Młynarski byli
zdyskwalifikowani, ale przyjechali do Wrocławia i grałem przeciw nim
właśnie w meczu rezerw, chyba nieźle, bo potem zagrałem też drugi
raz w meczu z Lechem”.

Dziennikarz z Inowrocławia, historyk
koszykówki, który omyłkowo wspomniał o tym spotkaniu jako
o debiucie, zawarł w swojej ośmiusetpięćdziesięciostronicowej
książce wszystkie wyniki meczów I, II ligi juniorów oraz reprezentacji
Polski we wszelkich kategoriach wiekowych. Na okładkę wybrał efektowne
zdjęcie… Adama Wójcika, chyba faulowanego akurat przy rzucie przez
Krzysztofa Dryję, podczas meczu Zeptera Śląska Wrocław z Mazowszanką
Hoop Pruszków w wypełnionej po brzegi Hali Ludowej. W tle stoi kumpel
Adama, Dominik Tomczyk, wyraźnie niezadowolony z obrotu spraw. W maju
1998 roku, po siedmiu pasjonujących spotkaniach, Śląsk pokonał bowiem
Mazowszankę, której największą gwiazdą był wtedy „Domino”,
i został mistrzem Polski po raz czternasty – a zarazem pierwszy
z Wójcikiem w składzie i Maciejem Zielińskim jako kapitanem. Trzej
przyjaciele z parkietów, którzy od lat połowy lat osiemdziesiątych
do połowy ubiegłej dekady grali ze sobą – i przeciwko sobie –
w reprezentacjach i klubach: Gwardii, Śląsku, Mazowszance i Prokomie,
do dziś wspominają te mecze na wspólnych grillach. Trwającą od lat
wśród wielbicieli koszykówki w całej Polsce zażartą dyskusję,
który z „trzech muszkieterów z Wrocławia” był najlepszym
polskim koszykarzem ostatnich dwudziestu lat, najczęściej kwitują
żartami, a pytani wprost uciekają od odpowiedzi, twierdząc, że
nie da się tego porównać, gdyż grali na innych pozycjach, podobnie
jak nie da się wybrać polskiego koszykarza wszech czasów. Nie można
przecież porównać ich z Jurkiewiczem, Łopatką czy Zeligiem, gdyż
była to zupełnie inna koszykówka, niemal inna dyscyplina sportu. To
jakby ktoś porównywał Gerarda Cieślika z Bońkiem a Lubańskiego
z Lewandowskim.

Kiedy Adam zdobywał pierwsze punkty
w ekstraklasie, był już mistrzem Polski kadetów, miał za sobą
kilkadziesiąt meczów w reprezentacjach juniorskich i pierwsze wyjazdy
za granicę: na Węgry, do Czechosłowacji czy Niemiec. Do Rumunii na
pierwszy obóz kadry, turniej i sylwestra w 1986 roku, o którym
pisała do niego koleżanka Asia, nie dotarł.

„Zdobycie służbowego paszportu i wizy to
była cała procedura na linii klub – Polski Związek Koszykówki –
wydział paszportowy urzędu wojewódzkiego. I wtedy, już w Warszawie,
okazało się, że paszporty nie dotarły do stolicy z Wrocławia. No
i z Krzyśkiem Milą wróciliśmy do domów z niczym”, opowiada
koszykarz.

Nie do końca z niczym – Adam miał
cały „wagon” kentów, które, jak mu powiedzieli doświadczeni
zawodnicy, w całym bloku socjalistycznym szły jak woda, lepiej niż
marlboro. Wszyscy polscy sportowcy, którzy mieli szansę na jakikolwiek
wyjazd zagraniczny, zarabiali wtedy na „ulicznym handlu”. Gdyby wyjazd
był na przykład do NRD, Adam mógłby się zaopatrzyć w wiklinowe
koszyki, do których wkładało się ogrodowe krasnale – ulubione
produkty enerdowców – a w Turcji mógłby wymienić swoje kenty na
swetry w kratkę i nieźle na tym zarobić.

A co się stało z tymi kentami z Pewexu,
na które wyprosił od mamy trochę bonów-dolarów? Adam zastanawia
się, czy ujawnić wstydliwą tajemnicę, i w końcu przyznaje:
„Wypaliłem. Ale nie sam, z kolegami. Przecież miałem cały
wagon”.

Z wyjazdu, który nie doszedł do skutku,
przywiózł też do domu pierwszy w życiu dres i koszulkę
z orzełkiem na piersi. „Tak się cieszyłem, że prawie w nich
spałem”, opowiada koszykarz, który w reprezentacji seniorskiej
zadebiutował trzy lata później. Czarno-białe zdjęcia z 1986 roku
przedstawiają Adama w stroju kadry i jego rodziców stojących na
tle choinki. Pani Helena wspomina: „Adaś był bardzo smutny, że nie
pojechał na ten turniej, a nam było go tak żal, że zrobiliśmy sobie
w święta sesję zdjęciową. Wypstrykaliśmy cały film”.

„Koszykarze grają
piłkami firmy Spalding, który jest oficjalnym partnerem PLK”, ogłasza
spiker na każdym meczu Tauron Basket Ligi w 2012 roku. Dziś spaldinga,
którym NBA gra od 1983 roku, można kupić w każdym sklepie sportowym
i już kilkulatki mogą porzucać do kosza zaopatrzeni w sprzęt
podobny do tego, którego używają gracze Euroligi.

Adam na początku nie miał nawet własnej
piłki, o butach nie wspominając. Na treningach grał gumową,
w normalnych pepegach, jak zwano wówczas zwykłe tenisówki. „Takie
trzy czwarte, jeszcze pod kostkę. Jak dostałem chinki, białe
z zieloną podeszwą, to już był kosmos – świetnie się w nich
skakało. Jak się przybrudziły, to brałem ze szkoły kredę
i »czyściłem«, to znaczy zamalowywałem te rysy na trampkach”,
opowiada.

Jak widać, Adam od zawsze dbał o sprzęt
sportowy za pomocą wszelkich możliwych sposobów. Kiedy znajomy
przywiózł mu ze Stanów pierwsze skórzane conversy, smarował je kremem
Nivea, by skóra się nie rozeschła i szybko nie rozwaliła. Przy
okazji smarował nim też swoją pierwszą skórzaną piłkę. „Ale
to już później, bo na początku graliśmy mecze chińskimi, gumowymi
piłkami – mówi Adam. – Większość to były takie jajka, jakbyśmy
nie grali w kosza, tylko w rugby. Odbijały się w każdą stronę
i żeby kozłować, to naprawdę trzeba było się namęczyć. Kto
wie, może w latach młodzieńczych to było i dobre, żeby lepiej
opanować kozioł. Na poważnych zawodach grało się skórzanymi
moltenami i mikasami. Wrocławski klub co sezon dysponował kilkoma
piłkami japońskiej i amerykańskiej firmy. Szybko się zużywały –
z czasem jedna stawała się cięższa, druga lżejsza, za to wszystkie
były równo pościerane i zupełnie czarne od potu i kurzu. Ale
i tak były ekstra, bo z prawdziwej skóry. Gdy pojechaliśmy kiedyś
na turniej do RFN-u z kadrą juniorów, a Niemcy wyciągnęli nowe
piłki i dali nam nimi porzucać, to byliśmy w szoku, że u nich
młodzi zawodnicy skórami trenują. A potem wracaliśmy do Polski
i dalej tymi chińskimi gumami graliśmy…”, wspomina ówczesny
koszykarz MKS MDK Gwardia Wrocław.

11 maja 1997 roku, sześć i pół tysiąca
kibiców w hali Spiroudome w Charleroi oklaskuje Adama Wójcika,
zdobywcę 14 punktów w ostatnim finałowym meczu Mistrzostw Belgii
(więcej rzucił tylko Amerykanin Ron Ellis). Po zakończeniu
szampan leje się na koszulki zawodników z wielkim napisem Pepsi
i wizerunkiem Spirou, bohatera legendarnego komiksu, który ukazuje się
od sześćdziesięciu lat. W Belgii najlepszych koszykarzy sponsorują
ulubieńcy dzieci i nastolatków.

Rok 1984, Wrocław. Gwardia stworzyła
Międzyszkolny Klub Sportowy, a „sponsorem” został Młodzieżowy
Dom Kultury „Śródmieście”. Ówczesny dyrektor MDK-u Tadeusz
Dzierżek był wielkim kibicem koszykówki, więc rozpierała go duma,
że najmłodsze grupy gwardzistów odnoszą zwycięstwa w koszulkach
z napisem „MKS MDK Gwardia Wrocław”. Pierwsze lata kariery Adam
spędził więc w „Międzyszkolnym Klubie Sportowym Młodzieżowego
Domu Kultury”.

Dzięki współpracy z MDK-iem chłopcy
z Gwardii mogli trenować w przyszkolnych salach gimnastycznych
w całym Wrocławiu, bo przy Nowotki nie zawsze mieścili się
w grafiku. Pierwszeństwo mieli bokserzy, siatkarki i koszykarscy
seniorzy.

„Jak Adam zaczął u mnie trenować, to
grał po trzydzieści minut w każdym meczu, mimo że nie dawał do
zespołu żadnych korzyści, ani indywidualnych, ani zespołowych –
przyznaje Krzysztof Walonis. – Ale wiedziałem, że ten chłopak ma
szansę w przyszłości być motorem wielkich sukcesów klubu i zostać
gwiazdą. Grał więc na wielkim kredycie, bo samym treningiem młodego
człowieka się nie rozwinie, musi grać”.

Przyniosło to efekty szybciej, niż się trener
spodziewał. W 1986 roku Adam został uznany za najlepszego zawodnika
Półfinałów Mistrzostw Polski Szkolnych Związków Sportowych.

Zielona Góra, rok 1989. Juniorzy Gwardii po
zwycięstwach 21 punktami z Pruszkowem, 51 z Warszawą, 64 ze Stalową
Wolą i 52 z Bydgoszczą w finale pokonują Zastal Zielona Góra
88:82 i drugi raz z rzędu mogą się cieszyć tytułem mistrza
Polski. Osiemnastoletni Adam Wójcik zostaje najskuteczniejszym
i najlepszym koszykarzem turnieju.

Krzysztof Walonis proponuje, by
któregoś z młodych gwardzistów z rocznika 1970 zapytać
o obóz w Kołobrzegu, latem 1987 roku. Pytam zatem Adama: „To
był najdłuższy obóz w moim życiu. Przez miesiąc trenowaliśmy
trzy razy dziennie, dzień w dzień. Niezależnie od tego, czy padał
deszcz, czy z nieba lał się żar, to zawsze najpierw biegaliśmy po
lesie albo plaży na salę. Z tygodnia na tydzień byliśmy coraz
bardziej wściekli. Ludzie idą się wykąpać i zrelaksować,
a my brzegiem morza przebiegamy obok na halę, gdzie zaczynaliśmy
trening. I nie było zmiłuj. Jak Arek Osuch powiedział, że nadepnął
na jakąś gałąź i go noga boli, to Walonis do niego, żeby nie
udawał i biegał dalej. Dopiero jak już Osa nie mógł chodzić,
to pojechał z nim do szpitala. Wrócił w gipsie, bo się okazało,
że miał pękniętą kość śródstopia. Warunki życiowe nie były
komfortowe, mieszkaliśmy w domkach kempingowych, natryski i toalety
były na zewnątrz i wciąż staliśmy do nich w kolejkach i z nudów
robiliśmy na złość Walonisowi, który miał ksywę »Waldek«. A że
mieliśmy po siedemnaście lat, to nie były subtelne żarty. Na przykład
co dziesięć minut na zmianę chodziliśmy do niego po papier toaletowy,
a jak wychodził na miasto i dawał parę godzin wolnego, to rządkiem
chodziliśmy za nim i śpiewaliśmy przebój zespołu Mr. Zoob: »Nie
gniewaj się, Waldek, ten tramwaj jest naprawdę twój, a reszta
moja«. Już nam z tej monotonii kompletnie odbijało”.

Walonis przyznaje, że dał chłopcom niezły
wycisk, ale przecież „co trzy dni mieli pół dnia wolnego”,
a czasem między treningami wyskakiwali razem nad morze. Nieważne,
że na piętnaście minut. Potem siedzieli na schodach koło jadalni, bo
między treningiem popołudniowym a wieczornym nie opłacało się nawet
rozchodzić do pokojów.

Ale efekty tego zgrupowania były niezwykłe
i być może zaważyły na przyszłych karierach młodych zawodników. Po
kilku miesiącach, gdy juniorzy młodsi pojechali na mistrzostwa
Polski, wygrywali mecze z rówieśnikami różnicą 50–60 punktów,
a w finale odprawili Znicz Pruszków 25 punktami, z czego najwięcej
zdobył Wójcik. Rok później, w 1989, w Zielonej Górze zrobili to
samo, ale już jako juniorzy.

„Jak się rozkręciliśmy, byliśmy nie do
powstrzymania. Inne zespoły miały jednego, dwóch dobrych zawodników,
a my siedmiu, ośmiu bardzo dobrych i przewagę na każdej pozycji”,
opowiada podekscytowany Adam.

Nic dziwnego, że gdy w 1987 roku Walonis
został trenerem seniorów Gwardii, zaczął swoich złotych chłopaków
wprowadzać do drużyny, która walczyła wtedy o mistrzostwo
Polski. Zresztą prawie wszyscy jego podopieczni trafili później do
pierwszoligowych klubów i grali w nich pierwsze skrzypce.

Wejście do seniorów nie było jednak
takie proste jak dziś. Talent, nie talent, szkołę życia musiał
przejść. Adam wspomina: „Trenowaliśmy w juniorach, ale
Walonis czasem zabierał nas na popołudniowe treningi z pierwszą
drużyną. Na początku mówiło się: »Dzień dobry, czy mogę się
rozebrać w szatni?«. »Dzień dobry« musiało być, nie mówiło
się »się ma« czy »cześć« – to już był wyższy stopień
wtajemniczenia. I to »dzień dobry« to były jedyne słowa, jakie się
wypowiadało. Młodzi nie mieli co się odzywać. Nie wolno było. Wolno
było słuchać, a jak się wtrąciłeś do rozmowy, to mogłeś dostać
butem. No i czasem latały. I nikt z tym nie dyskutował, takie były
zasady i hierarchie. Starsi koledzy – Rekun, Boryca, Olesiewicz czy
Kalinowski – zawsze mieli we wszystkim pierwszeństwo. Czekało się,
aż się wykąpią, i dopiero przychodziła pora na młodych. Za
to my mieliśmy pierwszeństwo w przynoszeniu im wody i piłek na
trening. W Hali Ludowej był taki kantorek, kawał drogi od naszej
szatni, i po treningu szło się po dwie skrzynki wody mineralnej,
a potem odnosiło puste. Ale napić się od razu nie było można,
najpierw starsi. No bo było nas czternastu chłopa, a buteleczki,
szklane oczywiście, miały po trzysta mililitrów (w lepszych czasach
to nawet soczek do tego był). Wtedy się piło tylko gazowaną, a potem
było ogólne bekanie. Niegazowanej jeszcze nie produkowali. Jak się
pierwszy raz pojawiła, to byliśmy oburzeni, że nam ktoś kranówę
do butelek podłożył”.

Październik, rok 1987, Wrocław, okolice ulicy
Zachodniej. Scena jak z Popiołu i diamentu, w której ginie Maciek Chełmicki. Tę sekwencję ze Zbyszkiem Cybulskim
trzydzieści lat wcześniej kręcono zresztą właśnie przy tym samym
nasypie kolejowym we Wrocławiu, jakiś kilometr dalej.

Tym razem nie ma ani kamer, ani świadków. Adam
wraca wieczorem z treningu do internatu. Skraca sobie drogę,
idzie torami. Nie zauważa pociągu. Ale maszynista akurat patrzy
przed siebie i widzi „samobójcę”. Trąbi. Chłopak zeskakuje
z torów w ostatniej chwili. Potyka się, turla i koziołkuje
z nasypu. Poobijany doczłapuje do internatu. Na drugi dzień zauważa,
że jego stopa nie mieści się do buta. Jest problem – ze złamanym
palcem nie będzie mógł zadebiutować w seniorskiej drużynie
pierwszoligowej. Za kilka dni mecz z Górnikiem w Wałbrzychu,
a trener Walonis po raz pierwszy umieścił Wójcika w składzie
Gwardii Wrocław. Zakładają mu gipsowy opatrunek na palec, ale
taki sprytny, że może włożyć nogę do buta. 23 października
w meczu siódmej kolejki siedzi więc na ławce rezerwowych w hali
wałbrzyskiego OSiR-u. Kibice – górnicy – wrzeszczą i… plują
na wrocławian, a Adam już widzi, że w tej „ekstraklasie” to nie
będzie lekko, nie tylko pod względem sportowym. Po tym meczu następuje
trzytygodniowa przerwa w rozgrywkach. Palec szczęśliwie się zrasta
i trener zabiera Adama na następny mecz, tym razem do Krakowa. 14
listopada 1987 roku w ósmej kolejce po raz drugi w życiu Wójcik
zasiada na ławce seniorskiej drużyny. Jest kulturalniej, nikt nie
pluje, a po parkiecie biegają wielkie legendy – Krzysztof Fikiel,
Zbigniew Kudłacz i Marek Sobczyński. „Adam, gotowy, na boisko”,
mówi nagle Krzysztof Walonis. Adam gra przez dobre pięć minut. Nawet
coś rzuca, chociaż nie trafia. Zadebiutował. W sumie w debiutanckim
sezonie, zanim skończył osiemnaście lat, zagrał w sześciu meczach,
w tym w jednym w ćwierćfinale play offów. Mistrzem Polski został
Górnik Wałbrzych, Gwardia zdobyła srebrny medal, ale Adam miał
minimalny wkład w ten sukces – w pierwszym sezonie w seniorach
zdobył 15 punktów.

TIME OUT PRYWATNY PSYCHOANALITYK
W INTERNACIE

Wrocław,
Hala Ludowa, rok 1992. Trwa trzeci mecz finałowego play offu Aspro
Gwardia – Śląsk. Zelig wyprowadza Śląsk na prowadzenie 101:100. Dwie
sekundy przed końcem rzuca Piotrek Traczyński, a kręcącą się
nad koszem piłkę trąca jednym palcem jego kumpel z gwardyjskiego
internatu, Adam Wójcik. Jest 2:1 dla Aspro.

„Chwilę potem zaczęło się szaleństwo. Adaś
zaczął iść w moim kierunku, ale dobiegł już bez koszulki, którą
rozszarpały na nim fanki, normalnie jak w kinie”, przynajmniej
tak to pamięta Kazimierz Szczerba, bo w relacjach dziennikarskich
ostatnią akcję meczu przypisuje się Litwinom: Algirdasowi Brazysowi
i Arunasowi Vysockasowi. Ale być może to psychologiczna „projekcja”
z innej akcji albo meczu Adama, których Szczerba, znakomity psycholog
i seksuolog, współautor ze Zbigniewem Lwem Starowiczem książki
W kręgu Erosa i Psyche, pamięta setki. Wójcik
przed każdym swoim spotkaniem przybijał z nim piątkę albo pytał:
„Jest Kazio?”. I jak Kazio był na trybunach, tuż za trenerem,
to Adam od razu czuł się silniejszy. Kazimierz Szczerba jest więc
od ćwierć wieku nie tylko jego przyjacielem, ale także swego rodzaju
osobistym psychoanalitykiem, a nawet żywym koszykarskim amuletem.

„Adam, słuchamy najnowszej płyty Nalepy,
idziesz do mnie?” – Kaziu Szczerba pojawia się w drzwiach pokoju
Wójcika. Jest rok 1988 i dobiegający wówczas czterdziestki psycholog,
pracownik szpitala MSW, znalazł się na życiowym zakręcie –
zostawił mieszkanie byłej żonie i dzięki znajomym na kilkanaście
miesięcy trafił do pokoi gościnnych Gwardii Wrocław. Szybko
złapał wspólny język z młodymi współmieszkańcami: bokserami,
siatkarzami i koszykarzami. „Ponieważ byłem od nich sporo starszy,
to w moim pokoju było centrum dowodzenia. Zbieraliśmy się na nocne
gwardzistów rozmowy, na tematy wszelkie, często niesportowe. Ponieważ
wszyscy interesowaliśmy się muzyką, zwłaszcza bluesem, stworzyłem
w internacie fanklub Nalepy.Do
dzisiaj mam wszystkie jego nagrania. W moim pokoju robiliśmy
wieczory Nalepy z Adasiem, jego przyjacielem z pokoju i drużyny
Piotrkiem Traczyńskim, Tomkiem Grzechowiakiem i Tomkiem Toporkiem,
kapitanem drużyny siatkarskiej. Słuchaliśmy, gadaliśmy, czasami się
napiliśmy. Oni mniej, mi było wolno więcej, bo nie miałem żadnych
trenerów i treningów, a chłopaki były nieźle pilnowane”,
opowiada Szczerba.

Jego