Strona główna » Obyczajowe i romanse » Apokalipsa czyli sport motorowodny

Apokalipsa czyli sport motorowodny

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-938861-4-2

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Apokalipsa czyli sport motorowodny

Wybór najlepszych opowiadań sensacyjno - obyczajowych z bestsellerowego tomu ,,Kompot ze świeżego nieboszczyka" i niepublikowanych z lat 1999-2001. Sceneria schyłkowej komuny i lat 90. minionego wieku, kiedy miliarderzy stawali się milionerami, telefon komórkowy był jeszcze wynalazkiem, a polonez powszechnym, nieobciachowym środkiem transportu. Bezbarwni bohaterowie z ulicy zmuszeni do uporania się z fortuną wygraną w totolotka, poszukiwania żony znikającej w toalecie czy dźwigania walizy z poćwiartowanymi zwłokami. Wspólnym mianownikiem opowiadań jest zaskakująca puenta i szczypta wariactwa, które objawia się wisielczym humorem, groteską i skłonnością do makabry.

Polecane książki

Jak wyglądało życie codzienne w starożytności? Czy dzieci chodziły do szkoły? Czym zajmowali się dorośli? Poznaj starożytne cywilizacje! Wybierz się w podróż w czasie do starożytnym Egipcie! Egipcjanie, kustosze tajemnic, stworzyli imperium, które przetrwało trzy tysiąclecia. Ich budowle, stworzone,...
„– Pójdziesz z nami.– Myślę, że szybko się nauczysz, kapitanie, że nie lubię, gdy ktoś mi mówi, co mam robić.”Wysłana na misję, by odnaleźć starą mapę stanowiącą klucz do legendarnego skarbu, siedemnastoletnia piratka Alosa, celowo pozwala się uprowadzić, aby móc przeszukać statek konkurenta.Dziewcz...
Jednostki gospodarcze podczas swojej działalności nabywają materiały, towary i usługi aby realizować cele do jakich zostały powołane tj. prowadzić działalność produkcyjną, usługową lub handlową. Każda transakcja związana z nabyciem materiałów, towarów czy usług powinna być rozpatrywana zarówno pod ...
Stan prawny na 7.01.2010 r.W książce kompleksowo omówiono problematykę zawierania umów - zarówno ogólne, jak i szczególne regulacje polskiego prawa znajdujące zastosowanie do przedsiębiorców. Przepisy prawa polskiego - zwłaszcza kodeksu cywilnego - przedstawione zostały na tle uregulowań o charakter...
Książka podejmuje temat odbudowy najcenniejszych zabytków architektonicznych Gdańska po drugiej wojnie światowej. Powojenne dzieje kilkudziesięciu częściowo zniszczonych lub zaledwie uszkodzonych monumentalnych budowli (gotyckich kościołów, ratuszy, średniowiecznych bram miejskich i nowożytnych fort...
Tessa O’Connel jest dziewczyną o silnym temperamencie, który pozwala jej pokonać wszelkie przeciwności losu. Podczas pierwszego roku w college’u musi poradzić sobie sama w Nowym Jorku, wykazać się w nowej pracy oraz poradzić z tęsknotą za chłopakiem. Niepewności i lęki niszczące kiedyś ich re...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Hannibal Smoke

HANNIBAL SMOKE

APOKALIPSACZYLI SPORT MOTOROWODNY

Hannibal Smoke

APOKALIPSA CZYLI SPORT MOTOROWODNY

© Copyright 2014 by Hannibal Smoke

Opracowanie graficzne: Hannibal Smoke

Korekta: Dobry Duch Jadwiga Niwińska

Wydanie I 2014

ISBN: 978-83-938861-4-2

Wydawca: Andrzej Rąkowski

Wszelkie prawa zastrzeżone

Kopiowanie, rozpowszechnianie części

lub całości bez zgody wydawcy zabronione

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Cioci Grażynce

z czułym pocałunkiem do nieba

OD AUTORA

Wiecie jakie to uczucie, przeczytać siebie samego po 15 latach? Straszne. Po pierwsze nie możesz uwierzyć, że to ty napisałeś. Po drugie masz ochotę wszystko poprawić. Wreszcie po trzecie… Zaczynasz się z trudem rozpoznawać, oswajać z tym niepoważnym facetem z tamtych lat, który dla draki nie jedno dałby sobie uciąć…

W latach 90. napisałem kilkaset reportaży kryminalnych. Ostatnie w poczuciu całkowitego znudzenia tępotą rodzimych przestępców. Zamiast to rzucić, zadałem sobie pytanie: Co by było gdyby…? I zacząłem te same historie pisać od nowa, zmuszając bezbarwnych bohaterów z ulicy do uporania się z fortuną wygraną w totolotka, poszukiwania żony znikającej w toalecie czy dźwigania walizy z poćwiartowanymi zwłokami. Tak powstał Kompot ze świeżego nieboszczyka (1999),zbiór 21 opowiadań sensacyjno – obyczajowych z zaskakującą puentą.

Powodzenie książki zachęciło mnie do kontynuacji, czego efektem było pięć opowiadań. Szóste nieoczekiwanie rozrosło się do rozmiarów 450-stronicowej powieści. Tak powstało Tusculum, pierwszy z cyklu magicznych kryminałów, które na lata ostudziły mój nowelistyczny zapał.

Apokalipsa czyli sport motorowodny to wybór  najlepszych opowiadań z Kompotu i owe pięć dotąd niepublikowanych, osadzonych w scenerii schyłkowej komuny i lat 90. Miliarderzy stawali się wówczas milionerami, telefon komórkowy był jeszcze wynalazkiem, a maluch lub polonez powszechnym, nieobciachowym środkiem transportu. Wspólnym mianownikiem opowiadań jest zaskakująca puenta i szczypta wariactwa, która objawia się wisielczym humorem, groteską i skłonnością do makabry.

H. Smoke

APOKALIPSA CZYLI SPORT MOTOROWODNY

1.

Zaparkowałem auto przed domem i wysiadłem z pokaźnym pakunkiem gazet pod pachą. Tymczasem od strony trzepaka z dywanem na ramionach nadszedł sąsiad z sąsiadką. Skinąłem im głową na powitanie.

– Przeczyta pan te wszystkie gazety? – spytał sąsiad. W twarzach obojga malowało się politowanie.

– Od deski do deski, panie Banasiak – zażartowałem.

– I na co to panu?

– Cóż, zwykła ciekawość – odparłem.

– A o końcu świata tam coś piszą? – spytał z nadzieją.

– Chyba nie.

– No to niech pan sam napisze – rozkazał.

– Po co?

– Niech ludzie zrobią jeszcze jakiś porządek wokół siebie. Na przykład dywan można wytrzepać.

– Koniecznie dywan?

– Niekoniecznie, jeszcze podłogi można pomyć, firanki wyprać. Nie ma się dokąd spieszyć, a można jeszcze trochę przyjemnie pobyć – powiedziała sąsiadka takim tonem, jakby zmierzch ludzkości oznaczał zakończenie turnusu na wczasach.

– Warto martwić się o takie drobiazgi przed końcem świata?

– Jest jeszcze parę miesięcy, przecież ludzie nie będą siedzieć po próżnicy aż do sylwestra i czekać aż wszystko dupnie – powiedział sąsiad.

– Nie w tym rzecz – stwierdziła stanowczo sąsiadka. – Pan wie, co w końcowym rozrachunku będzie się liczyło?

– Firanki? Pani Banasiakowa… – Zaśmiałem się.

– Czego rży ni z gruchy ni z pietruchy, może i firanki?

Wkurzyłem ją nie na żarty. W jej oczach dostrzegłem gniew.

– Firanki nie są takie ważne. Kluczem do sprawy jest częsta zmiana bielizny – powiedziałem.

– Bielizny… Wariatów pan z nas struga, przyznaj się pan. – Sąsiad badawczo przekrzywił głowę.

– Nie, sam siebie pocieszam. Ciężko rozstawać się z tym padołem.

– Pewnie, pewnie – powiedziała sąsiadka. – My też się boimy, przecież to ludzka rzecz. Ale z pana podwójny biedak. Redaktorek, inteligencik, to i niedowiarek. Mętlik w głowie, nie wiadomo, co zrobić. Rżnie ważniaka, ale galotami trzęsie. Na koniec dopadnie pana zwiniętego w kłębek ze strachu.

– W ustępie albo pod tapczanem – prychnął sąsiad.

– Że niby co mnie dopadnie? – spytałem, podnosząc brwi.

Nadęli się, żeby mnie skrzyczeć, ale sąsiadka tylko westchnęła z miłosierdziem dla idioty:

– Ej, magister, magister…

Zmęczyli się dźwiganiem dywanu i dla odpoczynku zrzucili go na trawnik.

– Niech pan pokaże, co oni tam piszą – powiedział sąsiad i wyjął mi pakunek spod pachy.

– O, widzi pan?

– Co?

– Dynia.

– I co z tego?

– Niech pan popatrzy, jakiś gość w Stanach wyhodował dynię. Dali mu za to 10 tysięcy dolarów i wysłali na wycieczkę do Szwajcarii. Prawie pół tony waży ta dynia. Metr średnicy. Dynia jak świnia.

– Jak krowa – poprawiła go sąsiadka.

– A więc? – Byłem pewien obwieszczenia kataklizmu w następstwie dyniowego plonu.

– To chyba jasne – powiedziała sąsiadka. – Taka dynia, to znak. Widział pan kiedyś taką dynię? Albo ta bomba, z którą chodziła moja kuzynka.

– Z niewypałem?

– A tam, z bąblem wielkim jak bomba. Pszczoła ją użądliła. Kiedyś to trochę pobolało i wszystko, a teraz człowiek chodzi z twarzą jak ta dynia. Kiedyś pszczoła to była pszczoła, dynia to dynia. A teraz wszystko się pokręciło. Zamieszanie. Normalka, jak to przed końcem świata.

– Trzęsienia ziemi, tajfuny, katastrofy kolejowe, lotnicze, powodzie. Telewizji pan nie ogląda? – spytał mnie sąsiad.

– Oglądam. I co, mam sobie kupić trumnę?

– A na co te koszty, coś pan głupi? – Sąsiad miał praktyczne podejście do końca świata. – To wszystko pieprznie nagle, ciach prach i gotowe. Nie będzie komu zapakować pana do trumny i zanieść na górkę. Wszystko w proch się obróci. – Sąsiad rozłożył ręce i objawionym spojrzeniem objął sklepienie niebieskie.

– Nie wypada zapominać o sądzie ostatecznym – powiedziałem.

– A co ja panu cały czas tłumaczę? – powiedziała sąsiadka. – Nie zawadzi jakiś dobry uczynek, parę groszy dla żebraka albo pismo do administracji, żeby ten cholerny blaszany garaż usunęli nam z podwórka. Niech się pan nie zapomni wyspowiadać, to spotkamy się w lepszym świecie.

– A co my tam będziemy robić? – spytałem.

– Niech się pan nie martwi – powiedział sąsiad. – Pewnie wódki nikt nam nie będzie pod nos podstawiał, ale jak Najwyższy coś wykombinuje…

Poklepał mnie po ramieniu, na własne zarzucił dywan.

– Poczekaj na mnie, fujaro – ofuknęła go sąsiadka, bo na jednym punkcie podparcia dywan zaczął się deformować.

Żonę zastałem przy myciu podłogi na klatce schodowej, co obudziło we mnie oczywiste skojarzenia. Syn nakarmił świnkę morską, po chwili wyczyścił kocią kuwetę. Robił to bez przymusu, spontanicznie, co zdziwiło mnie nie bardziej niż ogromna dynia amerykańskiego farmera. Kot zamiast rzucić się na muchę przelatującą mu przed nosem, podarował jej życie i nawet nie machnął ogonem.

– Wiesz, podobno już nigdzie nie ma biletów na bal sylwestrowy – powiedziała żona.

– Nic dziwnego. Ludzie chcą się zabawić jeszcze ten jeden raz – powiedziałem. Położyłem się na kanapie, pilotem włączyłem telewizor i uciąłem sobie drzemkę. Nic szczególnego mi się nie śniło. Tylko gołe baby jak zwykle przed przebudzeniem.

2.

Obudziłem się jeszcze w świetle dnia. Właściwie nawet nie zapadł wieczór, a słońce paliło jak przedtem. Spociłem się przed telewizorem, który nadal grał w najlepsze. Wprawdzie zegarek wskazywał dziwną godzinę, ale pomyślałem, że stanął. Zawołałem żonę i syna, nikt się nie odezwał. Nie zdziwiłem się – po południu mały chodził na lekcje angielskiego, żona na siłownię.

Leżałem bez sensu, wodząc oczami po zaplątanych wzorach na firance. Zerknąłem na telewizor, ale program, chyba popularnonaukowy, uznałem za irytujący. Nie dociekałem, dlaczego wstrząśnięty reporter wywija mikrofonem, pokazując osobliwe otwory w budynkach mieszkalnych. Pokaźne, ostrokrawędziste dziury w sufitach wiodły z różnych pięter aż po przebity dach lub w drugą stronę – jakby ktoś starał się ogromnym wiertłem skrócić sobie drogę do piwnicy. Ziewnąłem, a gość wrzeszczał i wrzeszczał, był przerażony. Przeskakiwałem z kanału na kanał, ale chyba kablówka zaczęła szwankować – wszędzie migotało mrowie białych kropek. Tylko na jednym kanale uporczywie omawiano sprawę tajemniczych dziur w sufitach i podłogach. Potem nastąpiło ciche ,,puch” i odbiornik wysiadł. Przewróciłem się na drugi bok i spojrzałem na chmury zastygłe na niebie. Pomyślałem, że jeszcze sobie poleżę po ciężkim dniu. I wtedy padł strzał.

Huk na podwórku pognał echem po zmurszałych tynkach w czworokącie kamienic i zamilkł. Nasłuchiwałem przekonany, że w ślad za tym dojdzie do paniki, jakiejś bezładnej bieganiny, ludzie zaczną krzyczeć albo lamentować. Za często miałem z tym do czynienia, żeby spodziewać się czegoś innego. Zamiast tego usłyszałem miarowy odgłos trzepania dywanu. Pomyślałem, że musi to być bardzo brudny dywan, bo ktoś okładał go z niebywałym impetem. Potem znów padł strzał. Już mi się nie chciało leżeć – podbiegłem do okna.

Banasiak stał w rozkroku przed trzepakiem. W jednej ręce miał trzepaczkę, w drugiej rewolwer, którym mierzył w dywan. Najwyraźniej nie mógł się zdecydować, czy dywan zatłuc, czy zastrzelić.

3.

– Pan oszalał? – spytałem.

– Dlaczego? – zdziwił się.

– Strzelasz człowieku do dywanu.

– Co w tym złego?

– Panie Banasiak, tu mieszkają ludzie, zaraz pan kogoś zabije.

– Niby gdzie mieszkają? – Skierował rewolwer w moim kierunku i czekał na odpowiedź.

– Wszędzie.

Zatoczył się ze śmiechu.

Ostrożnie wycofałem się w głąb mieszkania i zadzwoniłem na policję. Odpowiedziała mi głucha cisza. Tymczasem sąsiad wykonywał egzekucję na dywanie, strzelając bez opamiętania.

Kiedy znów wyjrzałem przez okno, Banasiak stał z rewolwerem jak nieprzytomny, spoglądając na mężczyznę, który podszedł do niego z ręką wyciągniętą do broni. Banasiak oddał mu rewolwer, wybałuszył oczy i rzucił się do obmacywania nóg przybysza. Schowałem się za firanką, ale Banasiak krzyknął w moim kierunku.

– E, redaktor, widzisz?!

– Co?

– Nogi!

– Aaa, nogi. Pierwszy raz widzę – palnąłem.

– Durny ty, nogi pana Marczyka! – krzyknął Banasiak, cały czas obmacując mężczyźnie łydki.

– Gratuluję, panie Marczyk, ma pan ładne nogi – pomachałem zdawkowo mężczyźnie i powziąłem niejasne przypuszczenie, że skądś go znam.

Banasiak nie wytrzymał, podbiegł pod okno i wrzasnął do mnie z całej siły:

– To Marczyk, Marczyyyk!!!

Patrzyłem zbaraniały na Banasiaka, który szurnął w górę swój znoszony kaszkiet, jakbyśmy właśnie wygrali wojnę. Dziwne. Czułem, że jednak nie zwariował. Spojrzałem na tamtego z podwiniętymi nogawkami i nagle przyszło mi do głowy, że to chyba ten sam facet, którego od wielu lat widywałem na wózku inwalidzkim. Nie byłem tego pewien, ale wyrwało mi się:

– Kurde, cud.

– A cud, cud – powiedział Banasiak i zastygł w bezruchu. Zerknął na Marczyka, potem na mnie, podbiegł do garażu i zaczął grzmocić głową w falistą blachę. Mężczyzna otoczył go ramieniem, próbował uspokoić.

Ubrałem buty, złapałem za dyktafon i wybiegłem na podwórko. Banasiaka uspokajały już dwie osoby. Starsza kobieta w fartuchu gładziła go po włosach i szeptała coś do ucha, a ten szlochał jak dziecko. Poczułem się niezręcznie, bo jakoś nie potrafiłem dołączyć do wianuszka pocieszycieli. Banasiaka nie lubiłem, tak jak każdego głąba i prymitywa, więc traktowałem z pobłażliwym dystansem. Nie wyobrażałem sobie, że mógłbym go teraz obejmować albo podawać chamowi chusteczkę.

– To pani Karolkowa – Marczyk przedstawił kobietę w fartuchu, jakby chciał zaradzić mojej konsternacji i zaspokoić ciekawość. Uwolnił Banasiaka z uścisku, a ten padł kobiecie w ramiona.

– Dzień dobry – powiedziałem do nieznajomej.

– Dobry – odpowiedziała. – Banaś, ciiicho, ciiicho, będzie dobrze – szeptała do chlipiącego narwańca.

– Pani Karolkowa mieszka… o, tam – Marczyk wskazał przeciwległy kraniec podwórka. – Też doznała cudownego uzdrowienia.

Odruchowo spojrzałem na jej nogi, nalane i zdeformowane przez guzły żylaków.

– Nie, pani Karolkowa zaczęła widzieć – pouczył mnie Marczyk. Na dowód tego spojrzała na mnie badawczo i zamrugała powiekami.

– To skąd pani wie, że to Banasiak? – spytałem.

– To mój kuzyn – odparła spokojnie, lekceważąc moje niedowierzanie.

– Jak to się stało?

– A, jakoś tak, obudziłam się w nocy i zobaczyłam księżyc.

– I jak pani ocenia to, co teraz widzi?

Rozejrzała się po podwórku z garażami, kontenerem na śmieci i rzędem cuchnących komórek na węgiel.

– Tak sobie – powiedziała.

– Wyszedłem ze szpitala! – przestraszył ją pan Michalik, właściciel pobliskiego sklepu. Akurat wychynął zza garażu, w wymiętej pidżamie, zdziwiony, jakby na wpół obłąkany. – Leżałem dwa tygodnie ze strzaskanym kręgosłupem, mówili, że już po mnie. I proszę.

– Starczy tego – burknął gniewnie Banasiak. – Poszedł won!

Michalik go nie słuchał. Stanął w rozkroku na wyprostowanych nogach i bez trudu dotknął palcami czubków pantofli. Był z niego kawał grubasa. Gimnastyczny wyczyn zrobił na mnie spore wrażenie.

– Jak pan wyszedł ze szpitala? – spytałem Michalika.

– Zwyczajnie – powiedział. – Wstałem, znalazłem jakieś łapcie i wyszedłem.

– Nikt pana nie zatrzymywał, szedł pan przez miasto w samej pidżamie?

– Nikogo już nie było, ani w szpitalu, ani na ulicy.

– Gdzie się podziali?

– No, przepadli, wie pan…

– Jasne – powiedziałem. – Miał pan poważny uraz kręgosłupa, a teraz czuje się dobrze, tak?

– Dobrze.

– Co dobrze, co dobrze! – Banasiak rzucił się do niego. – Nie za dużo tych cholernych cudów? I co wy teraz zrobicie z tym dobrym zdrowiem?! Na nartach wodnych będziecie jeździć? Przecież nikt nas nie chce. Nikt…

Pomyślałem, że Banasiak jest jednak definitywnie szurnięty. Ale jego obłęd nie tłumaczył zachowania pozostałych.

– Ile lat była pani pozbawiona wzroku? – spytałem Karolkową.

– Odkąd dostałam kamieniem w czoło… Czterdzieści będzie – odparła, jakbym pytał o rocznicę ślubu.

– Ja nie chodziłem od podstawówki – dodał Marczyk.

– No i… – Przebierałem palcami, dając im do zrozumienia, że powinni tańczyć z radości.

– Nie ma powodu – powiedział Marczyk.

– Przecież pan chodzi, nie cieszy się pan?

– A dokąd mam pójść? – zapytał.

4.

– Trochę już mnie nogi bolą – pożalił się Marczyk.

– Może gdzieś usiądziemy? – zaproponowałem.

Banasiak wzruszył ramionami, ale Karolkowa zaczęła się rozglądać po podwórku, którego nie widziała od czterdziestu lat.

– Nigdy tu nie siedziałam – powiedziała.

– Jest tylko karuzela – Michalik kiwnął głową w stronę kilku metalowych krzesełek uczepionych wygiętych ramion.

Banasiak usiadł pierwszy i przebierając nogami, zrobił jedno okrążenie. – Można tylko w kółko. Bez sensu – powiedział zawiedziony.

– Racja – mruknął Michalik.

– To chodźmy na huśtawki, można w górę i w dół – zaproponowałem.

– Idź pan w cholerę. Żarty się go trzymają – zbeształ mnie Banasiak.

Miałem ogromną ochotę odpyskować żłobowi, ale potulnie dosiadłem się na karuzelę. Karolkowa i Michalik zrobili to samo i pospuszczali głowy. Siedzieli w milczeniu i gapili się na trawnik. Obmyślałem jakieś dobre pytanie, gdy odezwała się Karolkowa.

– Córka i zięć – powiedziała.

– Góra czy dół? – zapytał Marczyk.

– Córka góra, zięć dół.

– Co robili?

– Córka myła schody, a zięć się upił, zbił ją.

– Kawał drania – westchnął Michalik.

– To był zły człowiek, w gazowni pracował – powiedziała Karolkowa.

– To nie wystarczy, że pił i bił? – zapytał Banasiak.

– Mówią, że niekoniecznie, ale gaz to źle – odparła Karolkowa.

– No tak – powiedział Banasiak. – A pana syn? – spytał Marczyka.

– Góra.

– Jak?

– Bo ja wiem… Przyszedł z pracy, wypełnił kupon totka, telewizję pooglądał…

– Telewizję? Niech pan sobie przypomni! – Banasiak szybko tracił cierpliwość.

– Bo ja wiem… Aha, psu płuca ugotował, nakarmił.

– A! – wrzasnął Banasiak. – O, rrrany! Psa ugotował!

– Nakarmił – poprawił go Marczyk.

– Nakarmił, nakarmił. To jest to! Dlaczego ja tego nie zrobiłem? Boże… Żona dała psu, Krysia moja kochana – Banasiak znowu się rozpłakał.

– Pani Krysia góra? – spytała Karolkowa.

– Dół! – zabiadolił Banasiak.

– Coś takiego. Wierzyć się nie chce, to była taka dobra kobieta – powiedziała Karolkowa. – Ale jak dała psu, to powinna być góra, nie?

– Od rana robiła coś pożytecznego – tłumaczył Banasiak. – Sprzątała, gotowała, firanki prała, poszła podlać grządki na działce, razem ze mną trzepała dywan.

– I dała psu – powiedziałem.

– I psu dała. I co? Wszystko na próżno. Wszystko przespałem, nic nie zrobiłem. Dół! Koszmar.

– Pierwszy raz w życiu mi lżej – wtrącił Michalik.

– Bo co?! – wrzasnął Banasiak.

– Bo jestem sam.

– Aha. – Banasiak wyjął chusteczkę i zaczął siarczyście smarkać. – Pies z kulawą nogą do pana nie przychodzi, wystarczy, że widzą pana w sklepie. A do nas jak nie sąsiadka, to krewny, jak nie krewny, to koledzy z klubu działkowca, dziewczyny z kółka parafialnego. Ruch jak na dworcowej poczekalni. Wczoraj kominiarze…

– Rano ich pogoniła – powiedziałem.

– Właśnie. Sadza nam wypadła przez kratkę w kuchni, a ona… Jasne! Durrrna baba!

– Sadza, czerń, to źle – powiedziała Karolkowa.

– Oj, źle – jęknął Banasiak.

– Strzelał pan do dywanu – powiedziałem.

– To co?

– Broń palna, dziurawy dywan, to źle.

– Poważnie? – Banasiak najwyraźniej tego nie przewidział. Rozważał to w myślach, po czym spojrzał na mnie spode łba.

– Odkąd się tu wprowadził, tylko drwi i drwi. Zafajdany redaktorek! Nienawidzę cię, padalcu, wiesz?! Chętnie bym cię ukatrupił, ty…

– A my w ogóle żyjemy? – zapytał melancholijnie Marczyk.

5.

Kiedy Karolkowa zaczęła pochlipywać, wyłączyłem dyktafon.

– Pan nas nagrywał? – spytał Marczyk.

– Oczywiście. Facet strzelający do dywanu, troje cudownie uzdrowionych. To dobry materiał prasowy nawet jeśli to lipa – powiedziałem cynicznie.

Karolkowa przestała beczeć, za to Banasiak z cicha zarechotał.

– Rozszyfrował nas pan – powiedział Marczyk. – Ale zabawa była pyszna, nie? No, proszę powiedzieć, czy kiedykolwiek spotkał się pan z czymś równie nieprawdopodobnym?

– Żałuję, że aż tak nieprawdopodobnym.

– Ani przez moment pan nam nie wierzył?

– Mimo wszystko był to niezwykły spektakl – pochwaliłem ich i wstałem, zabierając się do odejścia.

– Proszę pozdrowić żonę, przemiła kobieta – powiedział Banasiak. – I syna. Ma pan fajnego chłopaka, czego nie można powiedzieć o jego ojcu.

– Nie omieszkam – odparłem i skierowałem się do bramy. Dobiegły mnie żałosne piski zardzewiałej karuzeli. Pędziła coraz szybciej. Troje kopniętych przypominało sobie szczeniackie czasy. Pokręciłem głową i dopiero wtedy zobaczyłem, że coś naprawdę jest nie tak. Wokół było pełno połamanych dachówek. Zadarłem głowę i rzuciłem okiem na dachy. Co do jednego rozbebeszone, jakby na strychach ktoś podłożył ładunki i nie wiadomo, kiedy cichcem je zdetonował.

Przed oczami zobaczyłem mrowie białych kropek, jak w telewizji. Zacząłem żarłocznie obgryzać pazury, z nagła zaszumiało mi w głowie. Na nogach z waty pobiegłem do domu, a potem wydarłem się na całe gardło.

– Co pan tak drzesz japę, przecież tu mieszkają ludzie! – ironizował Banasiak, przebierając nogami. Chciał uruchomić karuzelę, ale tym razem tylko zaskrzypiała żałośnie jak zarzynane zwierzę.

– Zamknij się pan – rzucił Michalik. – Zobaczył, więc mu teraz huczy w głowie.

– A mnie nie huczy? – rzucił zaczepnie Banasiak.

– Pewnie, pańskie huczenie jest najważniejsze – powiedział Marczyk.

– Na pewno nie najgorsze! – upierał się Banasiak.

– Na początku było strasznie, jakby do mózgu wjeżdżał pociąg towarowy – szepnęła Karolkowa. – Myślałam, że mi łeb pęknie, chciałam wyskoczyć przez okno.

– Na górze coś potwornie wyło, zdawało mi się, że ktoś tam ćwiartuje ludzi i wali młotem w blachę. A na dole… jakby wóz asenizacyjny siorbał nieczystości z kanału – powiedział Marczyk.

– A nie odwrotnie? – zastanawiała się Karolkowa.

– Raczej nie – powiedział Marczyk.

– Ulżyło mi, nie rzeźnia tylko gówna. No, to moja Kryśka na pewno się nie nudzi. – Banasiakowi stanęły łzy w oczach. – Wszystko, wszystko dokumentnie popieprzone.

Nie zdążyli tego rozważyć, bo właśnie wyskoczyłem przez okno.

– Nie odczepi się ten wrzód na dupie – warknął Banasiak.

6.

Straciłem przytomność, ale upadek z parteru był jak pocałunek dobrej wróżki wobec bólu, który skłonił mnie do skoku. Miałem wrażenie, że ktoś wbił mi w głowę długi zardzewiały gwóźdź i gwizdnął w ucho tak radośnie, jak to tylko potrafi parowa lokomotywa.

Banasiak zyskał możliwość wytrzaskania mnie po twarzy bez obawy, że mu oddam. Najpierw zobaczyłem zamglony kształt jego kwadratowej gęby, potem żegnającą się Karolkową. Porażony słońcem, poruszyłem powiekami.

– On widzi – powiedziała.

– Cud – zarżał Banasiak.

Michalik i Marczyk starannie mnie obmacali i pewni, że niczego nie złamałem, złapali pod ramiona, powlekli pod brzozę i oparli o pień.

– Ale mu czacha dymi – powiedział Banasiak. – Ma za swoje.

– Zamknij się pan! – wrzasnął Michalik.

Banasiak aż podskoczył i wszyscy na kilka minut zamknęli się na dobre. Mężczyźni oparli się łokciami o trawę i z zamkniętymi oczami wystawili twarze do słońca. Tylko Karolkowa rozglądała się po okolicy.

– Dzień jest – zamamlałem, jakbym wypluwał z ust sztuczną szczękę.

– A dzień, dzień – ożywiła się Karolkowa.

– Ciągle… Nigdy się nie skończy?

– Chyba majaczy – zaniepokoiła się.

– Wcale nie – zdumiał się Michalik. – Jest dwudziesta trzecia…

– …a słońce stoi wysoko jak w południe – dokończył Marczyk. – Coś się dzieje.

– A to ci nowina – parsknął Banasiak. – I bez tego wiem, że to najdłuższa, cholerna, spaprana, najbardziej porąbana środa w dziejach.

– Wtorek – powiedziałem.

– Środa. Jest środa – powiedziała Karolkowa i przeżegnała się.

– Nie wtorek? – zdziwiłem się.

– Wtorek był wczoraj.

– Jak wróciłem z pracy był wtorek. Zdrzemnąłem się i…

– Wszystko pan przespał.

– Aha. Więc w nocy?

– W nocy, rano. Żona i syn?

– No.

– Góra?

– Oboje góra.

– Dobre i to. Skąd ich zabrało?

– Żonę z kuchni, syna z łazienki, kota z przedpokoju. Taką malutką dziurkę zrobił w suficie – zamiauczałem. Usiłowałem pokazać tę dziurkę palcami, ale zabrakło mi zdolności i zakręciło mi się w głowie.

– Jeszcze mu chyba białe płaty latają przed oczami. – Banasiak spojrzał na mnie badawczo i zamachał mi rękę przed twarzą.

– Latają! – warknąłem, z nagła odzyskawszy głos.

– No, nie martw się pan, przecież nie cierpieli – powiedział Banasiak.

– Nie?

– Pewnie – szepnęła Karolkowa tak ciepło, jakby zamierzała utulić mnie do snu. – Sama widziałam, jak moją córkę zabrało. – Zabrzmiało to jak kołysanka.

– Widziała pani? Jak?!

– No, moja córka była w koszuli nocnej, włosy miała rozpuszczone. Właśnie zaczęłam widzieć, więc krzyknęłam i obudziłam ją.

– No, no – ponaglał ją Banasiak.

– Więc… Podbiegła do mnie… Zdawało mi się, że wiatr ją przywiał. Księżyc był w pełni, a on płynęła w przezroczystej koszuli. Wszystko jej było widać…

– Co ty tu pornosy opowiadasz? – powiedział zaczepnie Banasiak.

– Morda w kubeł! – wrzasnął na niego Michalik.

– Więc… Powiedziałam do niej, że widzę, a ona mi na to głosem uniesionym: ,,Mamusiu, wiedziałam, że tej nocy odzyskasz wzrok. I widziałam nowe światy, szafirowe, szmaragdowe, perły rozsypane po niebie. Nie było mórz ani lądów, ani udręki, ani przemocy i bólu. Nikt nie złorzeczył, nie krzyczał ani nie płakał…” I dalej słabo pamiętam. Coś o mieście świętym mówiła… Aha. ,,Wszystko co było, nareszcie przeminęło, a błogie ciepło i jasność wypełniły wszechświat od początku do końca”. Jakoś tak powiedziała. Szczęśliwa, promienna była jak nigdy. A potem spojrzała w górę i akurat z sufitu wychynęła po nią ręka w szerokim, lnianym rękawie.

– Chryste, co za kosmiczne pierdoły – Banasiak pokręcił głową. – A gdzie to walenie młotem w blachę, ćwiartowanie, siorbanie, hę? I te lniane łachy. Przecież len to kompletna beznadzieja.

– Len to źle? – Karolkowa nie mogła uwierzyć.

– Ma rację – powiedział Michalik. – Z tym lnem to pani przesadziła.

– Len czy nie, jest nie do pomyślenia, żeby porwało ich brutalnie – powiedział rzeczowo Marczyk. – Dziury są potworne, można pomyśleć, że wyżłobiły je spadające bomby. Ale nikt nie odniósł obrażeń. Przecież nie ma żadnych śladów krwi, resztek ubrań. Nikt nie krzyczał.

– Bez dwóch zdań – zgodził się Michalik. – To wygląda raczej na zniknięcie niż krwiożercze porwanie.

– Chyba że coś wszystkich pożarło z kopytami. Wtedy też nie ma śladów. – Banasiak nie był optymistą.

– Co pożarło, krety, wróble pożarły? – Karolkowa oburzyła się.

– Od rana nie słyszałem żadnego ćwierkania – poskarżył się Michalik. – Chodziłem po całym mieście, nic się nie rusza, nawet wiatr nie wieje. Krety tak zrobiły, że słońce nie zachodzi, że jestem zdrów, pan Marczyk chodzi, a pani Karolkowa widzi?

– Dobra, dobra – burknął Banasiak. – Przecież i tak wszystko dokumentnie popieprzone. Nawet ta brzoza.

Zadarłem głowę na drzewo, które od kwadransa dawało mi oparcie. Brzoza była ogromna, strzelista, o idealnie gładkim, białym pniu. Wszyscy zaczęli gapić się na ten pień, jakby chcieli się wdrapać po zawieszoną na gałęzi kiełbasę.

– Jeszcze wczoraj cholera tu nie rosła – powiedział Banasiak. – Niech to szlag, tu była moja komórka na węgiel!

– Krety, krety pożarły opał – zaśmiał się gorzko Michalik.

– A to nie jest jakiś znak? – spytała Karolkowa.

– Brzoza symbolizuje życie i śmierć, wiosnę, miłość i początek – powiedział Marczyk. – Może coś w tym jest. Czytałem też…

– Chodźmy coś zjeść – powiedziałem.

7.

Było tak, jak mówił Michalik. Wszystko stało na swoim miejscu, budynki, słupy oświetleniowe, auta zaparkowane przy krawężnikach i ani żywego ducha, cisza. Widziałem w paru filmach miasta opuszczone na skutek jakiegoś kataklizmu, ale po ulicach fruwały papiery, coś tam jeszcze terkotało popychane resztką energii. A tu nic. Tylko potłuczone dachówki zdawały się zastępować obwieszczenie: stało się. Wszyscy mogliśmy rozejść się do domów, ale było jasne, że nikt nie ma takiego zamiaru. Szliśmy tyralierą środkiem ulicy, na której co parę dni dochodziło do kolizji, wyły syreny karetek, a uliczny zgiełk nie cichł nawet w nocy. Ale tym razem echo niosło jedynie odgłosy naszych kroków. Nasłuchiwaliśmy. Banasiak położył się na asfalcie i przyłożył ucho do torów tramwajowych. Daremnie. Człapaliśmy więc dalej.

– Gdzie idziemy? – spytał w końcu Michalik.

– Do pańskiego sklepu – odparł Banasiak.

– Chyba nie ma po co. Jestem bankrutem – powiedział gorzko Michalik.

– Jakie to ma teraz znaczenie? – Banasiak wzruszył ramionami.

– Dwa tygodnie mnie nie było, chyba tylko szczury tam rajcują – powiedział Michalik i zatrzymał się.

– To złapmy jakiegoś. Skoro nie ma prądu, padły lodówki, prędzej czy później takie jedzenie nas czeka – stwierdził Banasiak.

– Po co łapać szczury na zapas, skoro padły lodówki? – zauważył trzeźwo Marczyk.

– Ohyda – wzdrygnęła się Karolkowa. – Po co o tym rozmawiać, kiedy nie ma żadnych szczurów? Na pewno znajdzie się coś świeżego.

– Pan sprzedawał artykuły spożywcze? – spytałem Michalika.

– Nie, miałem dobry wybór krawatów – odparł zaskoczony.

– Krawaty, Boże, wszystko dokumentnie popieprzone – jęknął Banasiak.

– Chodźmy do tego supermarketu koło dworca – powiedziała Karolkowa. – Słyszałam, że najtańszy.

8.

Przed sklepem zacząłem odruchowo grzebać po kieszeniach, szukając monet na koszyk, ale Banasiak rozbił szybę jakimś drągiem znalezionym po drodze. Pobiegł do stoiska z wędlinami, obwąchał je i zaczął pałaszować. Wszystkim kiszki marsza grały – zrobiliśmy to samo. Tylko Karolkowej nie spieszyło się zbytnio – urzeczona olbrzymim marketem, którego nigdy nie widziała, szła tanecznym krokiem, rozglądając się po stoiskach. Wypatrywała wszystkich promocji, dotykała sflaczałych mrożonek i stwardniałych na kamień bagietek. W końcu podeszła do nas z kilkoma bochenkami krojonego chleba w folii i z dużą butlą coca coli.

– Dobra – Banasiak z pełnymi ustami pochwalił długie pęto kiełbasy jałowcowej.

– No. – Michalikowi uszy się trzęsły i patrzył po półkach z tajemniczą miną. – Wiecie, w gruncie rzeczy to tu są tony żywności z bardzo długim okresem przydatności do spożycia. Mleko pół roku, piwo chyba też, chrupki, czekolady, ho, ho.

– Tak łatwo szlag nas nie trafi, nieprędko będziemy żreć trawę. – W głosie Banasiaka zabrzmiał ton pogróżki i nutka optymizmu. – Mięsa chyba już nie ruszymy, ale masło jeszcze wytrzyma w piwnicy. Najlepiej je włożyć do wiadra z wodą. Tylko z wędliną trzeba szybko.

– Wędlina bardzo źle – powiedziała Karolkowa.

– Jesteś pewna? Zresztą, nie wiem… Myślisz, że to jeszcze ma znaczenie? – spytał Banasiak.

– Zatrzymało się, ale skąd wiadomo, że znowu nie ruszy? – zastanawiała się Karolkowa.

Zwolniliśmy z tym objadaniem się.

– Może nawet się cofnie?… – kombinował Banasiak.

– Chleb, to dobrze? – spytałem.

– Nie wiem – powiedziała Karolkowa.

– Cofnie się? – nie ustawał Banasiak.

– Może… Pomódlmy się – zaproponowała Karolkowa.

– Chodźmy lepiej na dział z czasopismami – zaproponował Michalik. – Zaraz wszystko się wyjaśni. – I pobiegł pierwszy.

– Jasne! – Banasiak otwartą dłonią palnął się w głowę.

– Że też wcześniej o tym nie pomyślałem – rzucił Marczyk, któremu bieganie, jak się okazało, sprawiało większą radość niż trudność.

Regały z gazetami ciągnęły się przez kilkadziesiąt metrów. Michalik nie zajrzał do żadnej, a już lamentował. – Nie ma! Nie ma! Tu. – Pokazywał palcem puste miejsce na półce.

– Czego nie ma? Czego? – Nie rozumiałem tego rozczarowania.

– Wszystko wykupili, drrranie! – warknął Banasiak. – Czytaliście ostatni numer?

Zaprzeczyli ruchem głowy, ja też.

– Kupowałem i kupowałem, Kryśka kupowała, codziennie staliśmy w ogonku do kiosku. Rano trzeba było wstawać! I gówno! – pieklił się Banasiak. – Raz jeden zapomnieliśmy, no… Ale kto, no kto do cholery mógł przewidzieć, że to walnie akurat w tę środę!

– Co robimy? – spytał Michalik.

– Może… Może przeszukamy wszystkie kioski w mieście? – doradził Michalik, ale sam machnął ręką, uznając pomysł za beznadziejny.

– To proste – powiedziałem.

– Pomódlmy się – wtrąciła Karolkowa, przeżegnała się i zaczęła mamrotać pod nosem.

– Nie przerywaj redaktorowi, ślepoto – burknął Banasiak.

– Jeśli towar został kupiony, to nie należy go szukać w punktach sprzedaży tylko u konsumentów – wygłosiłem.

– Jasssssny gwint – zasyczał Michalik i gwizdnął jak parowóz.

Znowu poczułem w głowie ostrze gwoździa. Zachwiałem się, ale Banasiak nie pozwolił mi upaść.

– Karolcia, pilnuj redaktora, a my idziemy na piętro przeszukać biura – rozkazał. – Tam na pewno coś się znajdzie.

9.

Pismo nazywało się ,,Medium”. Wydrukowane na szmatławym papierze nie zawierało reklam i fotografii, ilustrowały je tylko wyzywające rysunki przywodzące na myśl magazyn kryminalny zakrapiany sporą dawką seksu i przemocy. Publikacje dotyczyły jednak prywatnego życia gwiazd filmu i estrady, polityków i milionerów. Znalazłem też szereg relacji z rozmaitych katastrof, reportaże o pożarach, suszy i powodziach. Przedziwne, ale w tym wybuchowym koktajlu znalazły się również porady dla gospodyń domowych. Dość oryginalne – niemal za każdym razem zaczynające się od słowa „źle”. Jedyne, co przykuło moją uwagę, to cena. Właściciel pisma, który określał się niejasnym skrótem, najwyraźniej zdrowo do wydawnictwa dopłacał. Można było przypuszczać, że owładnęła nim jakaś obłąkańcza moralizatorska misja. O biznesie nie było mowy.

– Kompletna kiszka – powiedział Michalik. – Wędlin nie wolno.

– Ale biała kiełbasa może być – ucieszył się Basiak.

– Lepiej nie, już zaczyna śmierdzieć – powiedział Marczyk.

Siedzieliśmy na ławce przed supermarketem otoczonym pustkowiem ogromnego parkingu. Jedyny samochód wyglądał jak łódka uczepiona kotwicy pośrodku oceanu. Miał wyrwę w dachu pasującą do rozmiarów ludzkiego tułowia. Poszedłem ją zobaczyć, podczas gdy pozostali wertowali gazetę.

– Piwo źle – powiedział Marczyk, a mnie przyszło do głowy, że miał rację dowodząc, że nikt nie odniósł obrażeń. Rozbebeszony pojazd budził makabryczne skojarzenia, z pewnością jednak nikt nie został ranny. Nie było najmniejszych śladów przemocy. W pierwszej chwili pomyślałem, że właściciel auta rozstawał się z tym padołem bez przerażenia. Wszak na fotelu leżały równo ułożone buty z wepchanymi do środka skarpetkami, a na zagłówku starannie zawiązany krawat. Po co jednak zdejmował buty i krawat? Potem zobaczyłem otwarte czasopismo na tylnym siedzeniu i dziurę w podłodze. Zajrzałem pod samochód – była również w asfalcie.

– Wszystko dokumentnie popieprzone – szepnąłem.

– Do jasnej cholery, wszystko dokumentnie…

– Wiemy, wiemy, popieprzone – Michalik przerwał Banasiakowi.

– Kiełbacha źle, pieczywo źle, warzywa źle, owoce do bani. Co to jest? Mam zdechnąć na dietę? – Banasiak był wściekły. – Chrzanić to wszystko. Nie lepiej od razu się powiesić?

– Sznur źle – wyczytał Marczyk.

– Rower źle, kwiaty podlewać, mleko pić, grabić siano, uprawiać ziemię, strzyc włosy… też źle – powiedział Michalik. – Niech to diabli, nigdy wcześniej tak nie ostrzegali. Nawet Robinson Kruzoe nie miałby szans. O, alkohol …fatalnie.

– Teraz już wiadomo, dlaczego to wszystko musiało walnąć – powiedział Banasiak.

– Można się myć i kąpać – pocieszała go Karolkowa.

– I co potem?! – warknął. – Będziemy uprawiać seks?

Karolkowa pokazała mu palcem billboard reklamujący środek owadobójczy z wielkim napisem ,,Koniec bzykania”. I po raz pierwszy blado się uśmiechnęła.

10.

– Siedzę i nie wiem, czy dobrze robię – powiedział Michalik. – Obłęd. Może powinienem wstać, ale nie wiem, czy to lepiej, czy gorzej. Zapomniało o nas, wszystko poplątało…

– Porzuciło jak śmieci, umrzemy i nikogo to nie obejdzie – mruczał Banasiak.

– I pomyśleć, że akurat dało nam zdrowie. Co za okrutny żart – powiedział Marczyk.

– Zdechniemy, zeżrą nas robaki… – wieszczył Banasiak.

– Gdzie ty masz te robaki… – westchnął Marczyk.

– Widzisz, widzisz? Wszędzie dziadostwo, jak za komuny – biadał Banasiak. – I to ma być apokalipsa? Bubel, jak te dzisiejsze pompki rowerowe.

– Pompki rowerowe… – Michalik szukał ich w piśmie. – Jest…

– Wiem, wiem, pompki też źle – przerwał mu Banasiak. – Pewnie czytać też źle, nawet mówić ,,źle”, to źle. Aaaach! – wściekał się, jakby coś ciężkiego spadło mu na palec. A potem prowokacyjnie drwił, wytykając kłębiasty obłok wiszący nad supermarketem: – E, ty tam, słyszysz?! Partanina! Knot! Tandetaaa!

– Banaś, przestań! Boga się nie boisz? – nalegała Karolkowa.

– Coraz mniej! A może to ten rogaty brakorób?! – Banasiak zdawał się przeszywać wzrokiem asfalt. Wstał i splunął na właz kanału, jakby diabeł akurat wystawił głowę. – Dyscyplinarka, wiesz?! Poszedł na kuroniówkę, pierrrdoła!

– Proszę, pomódlmy się – jęczała Karolkowa.

– A wolno? – W pytaniu Marczyka zabrzmiał cynizm.

– Wolno – powiedziałem, znajdując odpowiedni ustęp w ,,Medium”.

Chyba przyjemnie ich to zaskoczyło, ale tylko Karolkowa podjęła pod nosem cierpliwą mamrotaninę.

– Pokaż pan – zaciekawił się Banasiak. – Faktycznie… No to co?… – Był bliski płaczu, ale pozbierał się. – Chodźmy… nad zalew, możemy się nawet wykąpać.

– Nie chce mi się! – krzyknął Michalik. – Zresztą, po co?

– Bo wolno – powiedział Marczyk, jakby miał zamiar zaraz się utopić.

11.

Do