Strona główna » Dla dzieci i młodzieży » Artyści dzieciom

Artyści dzieciom

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7778-883-7

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Artyści dzieciom

Wzruszają, bawią, rozśmieszają, zaskakują… Przenoszą w zaczarowany świat pełen niezwykłych zdarzeń i przygód… Takie są bajki zebrane w książce „Artyści dzieciom”. Osoby znane i lubiane zapraszają najmłodszych na spotkanie z Królewną, co rozsiewała złoto, z Wojtusiem i śpiącymi rycerzami czy Marysią–praczką. Każda historia jest opowiedziana przez innego artystę i każda pięknie zilustrowana rysunkami Anety Dmowskiej. Czas poświęcony ich lekturze to mogą być najwspanialsze chwile dnia, zarówno dla dziecka, jak i opiekuna.


Autorzy bajek:
Małgorzata Kożuchowska, Monika Osiecka, Jacek Bonecki,
Sebastian Karpiel Bułecka, Grażyna Wolszczak + Cezary Harasimowicz,
Robert Kochanek, Piotr Rubik, Anna Cieślak, Renata Przemyk,
Agnieszka i Jan Benedek, Halina Młynkowa, Krzysztof Antkowiak,
Konrad Jankiewicz, Anna Dereszowska i Egurrola Agustin

Polecane książki

Gdy pracodawca wygra sprawę sądową z pracownikiem, może oczekiwać zwrotu kosztów na identycznych zasadach jak pracownik. W przypadku jednak przegranej pojawia się konieczność zwrotu kosztów procesu poniesionych przez pracownika (m.in.: koszty dojazdów do sądu, utracone zarobki, wynagrodzenie pełnomo...
Nie ma już czasu... Zawsze jest czas... Trevor Gray stracił dowodzenie nad lotniskowcem kosmicznym „Ameryka” i nie wie, co ze sobą począć. Wiedział, że zastosowanie się do rad super-AI zwanej Konstantinem może mieć poważne konsekwencje. Nie myślał jednak, że zostanie przez to wyłączony z walki. Ziem...
 Historia Palestyny zbyt długo koncentrowała się na Jerozolimie i była opowiadana przez pryzmat wygnania – jak gdyby znaczenie Gazy było marginalne. Tymczasem to właśnie ten obszar o powierzchni 360 km² jest kluczowy dla tej opowieści – to stamtąd pochodzi wiele pierwszoplanowy...
Niemożliwym jest oddzielać Boskiego Zbawcy duszy naszej Jezusa Chrystusa od Kościoła: trudno ich od siebie oddzielać, gdyż się nawzajem przypuszczają i podtrzymują. Albowiem, czym jest Kościół, jeżeli nie przedłużeniem Jezusa Chrystusa? Kościół – to Jezus Chrystus ciągle nauczający i podnoszący dusz...
Najlepsza książka 2013 roku według "School Library Journal"! Historia, która złamie ci serce i sklei je na nowo. Żyję w świecie, pozbawionym magii i cudów. W tym miejscu nie ma jasnowidzów ani zmiennokształtnych, nie przybędą ci na pomoc anioły ani chłopcy, obdarzeni ponadnaturalnymi mocami. W tym m...
Poradnik do gry Microsoft Train Simulator zawiera szczegółowy opis wykonania 50 zadań w trybie Drive a Train na sześciu trasach przebiegających przez tereny Japonii i USA. Microsoft Train Simulator - poradnik do gry zawiera poszukiwane przez graczy tematy i lokacje jak m.in. Isaburo (Hisatsu Line)Se...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Opracowanie zbiorowe

Krzysztof Antkowiak i Konrad Jankiewicz

Bajka o Wiewiórze, Lisie i kurach, co w niewolę popadły

pięknym i gęstym lesie, gdzie rosły sosny i dęby, żył sobie rudy Wiewiór, miał puszysty ogon i dwa duże zęby.

Zbierał orzeszki, kicając po lesie całym,

bo ich zapas na zimę miał bardzo mały.

W schowku orzeszków miał sporo, gdy sprawdzał dnia poprzedniego, lecz rankiem wszystkie zniknęły i Wiewiór nie wiedział dlaczego.

„I co ja biedny jeść będę, kiedy śnieg biały spadnie?

A może jest w lesie zwierzątko, co mi orzeszki

kradnie?”.

I kiedy rudy Wiewiór po lesie, szukając, kicał, spotkał ryżego swego kolegę Lisa.

Ten rzekł: „Witaj Wiewiórze!, witaj mój Przyjacielu!

Po lesie się wieść rozeszła, że nie masz orzeszków zbyt wielu.

Chętnie pomogę ci w biedzie, ja Twój przyjaciel najlepszy,

a wnet ilość orzeszków w schowku twym się powiększy”.

„Dziękuję ci, Lisie rudawy, żeś skory mi do pomocy”.

„Ja wszystkim wokoło pomagam codziennie od rana do nocy!

Warunek jest tylko jeden, pomożesz mi najpierw, Wiewiórze,

pewien problem rozwiązać i pomóc niejednej kurze.

Otóż, na farmie pobliskiej kury są uwięzione,

kurnik solidnie zamknięty, a ptaki chcą być uwolnione.

Jest jednak w jednej ścianie niewielka dziurka,

przez którą może wejść tylko i wyłącznie mała wiewiórka.

Wejdziesz przez nią do środka i zdejmiesz z drzwi blokadę,

leciutko mi je uchylisz. Na pewno,

Wiewiórze, dasz radę!

I wtedy, gdy wszystko wykonasz – uciekniesz jak szybko się da,

a kiedy już kury uwolnię, to wówczas pomogę ci ja!”.

Wiewiór chętnie się zgodził:

„Chodźmy, bo nagli nas czas!”.

Lis ucieszył się zgodą, pobiegli więc razem przez las.

Dotarli na farmę niewielką, słońce już zaszło na niebie,

na farmie krowy i świnie, a kury w kurniku – w potrzebie.

Wiewiór wskoczył przez dziurkę, drzwi kurom lekko uchylił

i wtedy zdał sobie sprawę, jak bardzo się jednak pomylił.

Bo kury wcale nie miały ochoty na ewakuację,

chodziło po prostu o to, by Lis miał co zjeść na kolację!

W kurniku hałas, harmider, pióra dokoła fruwają,

lecz kury uciec nie mogą, gdyż kury nie latają.

Wnet przybiegł farmy właściciel, by pomóc kurom w niedoli,

pochwycił Lisa do klatki i to Lis teraz będzie w niewoli.

Wiewiór ucieka do lasu, do dziupli swojej pomyka,

gdy nagle napotkał kolegę – brązowordzawego Słowika:

„Słowiku, słyszałeś? Lis został w klatkę złapany!

Jaki ja byłem naiwny, zostałem przez Lisa oszukany! 

Obłudnik, miał mi pomóc na zimę orzeszki nazbierać,

a teraz bieda i głód będą mi doskwierać”.

„Wiewiórze, ja ci pomogę, mam całkiem spore zapasy,

może to nie są orzeszki ani też rarytasy,

ale się z tobą podzielę, zimę jakoś przetrwamy,

a kiedy nadejdzie wiosna, orzeszków ci poszukamy”.

Pokicał Wiewiór radośnie do słowiczej, malutkiej chatki,

a Lis na farmie więziony ogląda świat teraz zza kratki. 

I to już koniec historii, więc czas na bajki morały,

o których przez całą wiosnę

ptaki w lesie śpiewały:

Gdy będziesz kiedyś w potrzebie, gdy problem ci jakiś doskwiera,

gdy zwrócisz się z prośbą o pomoc do przyjaciela

– pamiętaj, że fałszywych wkoło jest istna plaga,

a prawdziwy przyjaciel bez przysług w zamian pomaga.

Agnieszka i Jan Benedek

O chłopcu, który bał się Ziemskich Obowiązków

ył sobie kiedyś mały chłopiec, którego imię, niestety, zapomnieliśmy, ale na pewno był. Działo się to w roku 2854, to akurat pamiętamy dokładnie. Dlatego nazwiemy go po prostu Chłopcem. Miał prawie dziesięć lat i chodził już do trzeciej klasy. I tu pojawił się pierwszy problem. Otóż Chłopiec

nie lubił obowiązków.

Można by nawet rzec, że kiedy tylko coś mu kazano zrobić, to tak się burzył w środku, że aż potrafił cały spocić się ze złości. Co innego zabawa z kolegami, piłka nożna, ludziki Lego i tym podobne sprawy, a co innego lekcje, wyrzucanie śmieci, opróżnianie zmywarki, mycie zębów czy chociażby wiązanie butów. To ostatnie, każdy miłośnik rzepów to przyzna, było prawdziwą mordęgą i katastrofą. Nic dziwnego, że w szkole Chłopiec nigdy nie był na czas.

Pewnego dnia, a była to sobota, czyli perspektywa odrabiania zadań domowych i takich tam różnych rzeczy zwanych „nudą”, Chłopiec przeczytał w gazetce internetowej, że na Księżycu Król szuka kandydatów do Młodzieżowego Klubu Piłkarskiego, w skrócie MKP, sławnego w całej Galaktyce. Chłopiec od razu sobie pomyślał, że to byłoby coś. Bo czy nie był najlepszy w ataku? Bo czy nie najlepiej kiwał? Czy nie grał zawsze fair ? Jednym słowem, doskonale nadawał się na kandydata, a nawet na członka zespołu.

Rodzice jeszcze spali, gdy on cichaczem wyciągnął z garażu swoją rakietę, szybko sprawdził stan paliwa, wsiadł i odpalił.

Były to bowiem czasy, kiedy podróże międzyplanetarne nikogo nie dziwiły i każdy miał rakietę zamiast roweru. Maszyna rzęziła przez dobrych kilka minut, bo oczywiście od czasu, kiedy zdobył kartę rakietową, Chłopiec ani razu rakiety nie przeczyścił. Ale na szczęście silnik uspokoił się i RP4 model 586 odleciał z Chłopcem pełnym marzeń prosto na Księżyc.

Na Księżycu, w przeciwieństwie do Ziemi, panowała monarchia, co oznaczało, że rządził tam Król. Postanowił stworzyć drużynę marzeń dla swojego syna. Królewicz z racji urodzenia miał być Księżycowym Trenerem, chociaż w zamku szeptano, że tak naprawdę kompletnie się do tego nie nadaje. No ale cóż – był Królewskim Synem i miał wszystko, co chciał.

Kiedy Chłopiec wylądował przed Stadionem Księżycowym, zobaczył tłumy rodziców z dziećmi w różnym wieku, nawet dziewczynki, które nie przyszły tu po to, by kibicować braciom, ale by stać się członkiniami drużyny. Przecież tak fajnie było zostać piłkarzem! Chłopiec nie bardzo miał gdzie zaparkować, w końcu udało mu się usiąść ogonem rakiety na niewielkiej chmurce. Był to bowiem parking powietrzny, a miejsca parkingowe wyznaczały chmury. Chłopiec rozpiął skafander, który zmienił się w spadochron, i bezpiecznie zeskoczył na Księżyc. Stanął w kolejce wraz z innymi dziećmi. Czas ciągnął się nieubłaganie. Biedaka dopadła wielka senność i takie znużenie, że na chwilę nawet zapomniał się i zaczął ukradkiem dłubać w nosie, co było nie do pomyślenia, bo przecież zaraz miał stawić się przed najprawdziwszym Królem i Królewiczem.

Wreszcie doczekał się. Wraz z 21 chłopcami wszedł na boisko stadionu.

Nadworny Minister Edukacji Fizycznej podzielił ich na dwie drużyny, zadął w gwizdek w kształcie księżyca i rozpoczęła się gra.

Chłopiec dał z siebie wszystko. Miliony razy przecież analizował triki swojego ulubieńca – Futbolowego Mistrza Galaktyki Andreasa Boskiego – i teraz wykorzystał jego sztuczki, by zauważyła go królewska para i ich syn, który grubym paluchem wskazał na Chłopca, krzycząc:

„TEEEEEEN”.

I tym sposobem nasz bohater dostał się do drużyny. Czekało go życie pełne zabawy, fikołków i braku obowiązków.

Tymczasemrzeczywistośćspłatała mu figla.

Nie zdążył nawet pomyśleć o Mamie, która pewnie zachodziła w głowę, gdzie poleciał jej syn, ani wysłać jej swojej myśli (SMS przyszłości), by była spokojna, a już zaczęły się mordercze treningi. Królewicz okazał się prawdziwym tyranem. Sam machał tylko berłem i objadał się żelkami, podczas gdy Księżycowa Drużyna harowała. Rano siłownia, basen, gimnastyka artystyczna (bo gole miały być piękne i pełne elegancji), przed południem pierwszy mecz, po południu maraton, wieczorem biegówki, a przed zaśnięciem tysiąc pompek. Zero słodyczy, zero przysmaków, tylko witaminy na siłę, na kolor skóry, na mięśnie, na zakwasy, na szybkość, na giętkość.

Chłopiec znalazł się w sytuacji nie do pozazdroszczenia, a obowiązków miał tyle, że głowa go bolała od samych prób spisywania ich w myślach. Życie piłkarza nie było zatem usłane różami, na pewno nie na Księżycu. Nic dziwnego, że Chłopiec wykradł się podczas zajęć z medytacji, kiedy Księżycowy Jogin zamknął oczy. Wsiadł w rakietę, wyznaczając kierunek Ziemia. W poniedziałek z ulgą poszedł do szkoły, odrobił lekcje, podlał kwiaty, a nawet wyprowadził psa i umył akwarium swoim złotym rybkom.

Poczuł, że kocha Ziemię.

Jednak pewnego dnia, i to znów było w sobotę, w internetowej gazetce Chłopiec przeczytał informację, że na Słońcu sam Prezydent Słonecznej Demokracji szykuje się do nowej kampanii wyborczej i robi casting na drugiego syna. Badania sztabu wyborczego bezwzględnie wskazywały, że tylko duża rodzina jest w stanie poprawić wizerunek Prezydenta.

Chłopiec miał być blondynem o niebieskich oczach, by pasować do owego wizerunku.

I mieć około dziesięciu lat.

Nasz bohater doskonale spełniał te wymagania. Może życie zawodowego sportowca nie jest usłane różami, ale życie Syna Prezydenta? To było coś.

Nie zastanawiając się zbyt długo, Chłopiec odpalił rakietę, popatrzył na dom, który być może widział po raz ostatni, pomyślał o Mamie, Tacie, psie Ogonie oraz bezimiennych złotych rybkach, otarł łzę i odważnie połknął tabletkę Anty-rays zapewniającą mu przeżycie na Słońcu bez poparzeń i tego typu nieprzyjemności. Odleciał. Rakieta pędziła sprawnie. Chłopiec ustawił ją na autopilota, by móc się przespać i wylądować w dobrej formie. Pod oczy wklepał krem, który zabrał Mamie, nałożył maseczkę regenerującą na twarz i szyję, po czym zasnął. Chciał, by skóra mu jaśniała i była świeża. Chodziło w końcu o casting!

Kiedy się obudził, rakieta już zaparkowała i dawała sygnał zakończenia lotu.

Chłopiec wyszedł na zewnątrz i rozejrzał się po Słońcu.

Nigdy tu nie był. Jego koledzy spędzali tutaj wakacje, ale jego Tata wolał planetę Mars. A szkoda, bo Słońce było wyjątkowo piękne. Wszędzie błyszczały promienie i unosił się Słoneczny Pyłek. Chłopiec był zachwycony. Pospiesznie udał się na casting. Musiał zaśpiewać, zatańczyć, zagrać na fortepianie, wyrecytować wiersz z idealną dykcją. Jak dobrze, że uczestniczył w tych wszystkich znienawidzonych lekcjach! Najlepiej poszły mu fikołki i podskoki, najgorzej pozowanie z Prezydentem, bo głupio się czuł, przytulając się do obcego Pana. Tego jednak wymagała kampania oraz casting, który Chłopiec w rezultacie wygrał.

Następnego