Strona główna » Sensacja, thriller, horror » As wywiadu

As wywiadu

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-66460-29-4

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “As wywiadu

Najnowsza powieść akcji autora bestsellerów „New York Timesa” okrzykniętego Mistrzem Sensacji (BookReporter.com) i Najlepszym Twórcą Thrillerów („Suspense Magazine”). „W Asie wywiadu Scot Harvath wykazuje się niespotykaną dotąd przebiegłością, determinacją i zabójczą bezwzględnością. Typowe dla Brada Thora zawrotne tempo, dramatyczne zwroty akcji i porywająca narracja, to cechy tego najdoskonalszego thrillera, jaki wyszedł spod jego pióra. Jeżeli nie zetknęliście się jeszcze z twórczością żadnego z „ulubionych pisarzy Amerykanów” (według radia KTTX), powieść Brada Thora będzie idealnym wyborem na początek”. „Nawiązujący do aktualnych wydarzeń, żywiołowy i pełen akcji, której wystarczyłoby na dwie powieści, As wywiadu jest lekturą obowiązkową i najbardziej porywającym thrillerem w kultowym dorobku Brada Thora”. TheRealBookSpy.com Na terenie całej Europy dochodzi do serii tajemniczych zamachów, których ofiarą padają dyplomaci. Sposób działania sprawców przypomina akcje Czerwonych Brygad i Frakcji Czerwonej Armii sprzed pół wieku i wydaje się, że terroryści mają ten sam cel. Jednak w mrocznym świecie międzynarodowego szpiegostwa pozory zawsze są mylące. Wojna wisi na włosku i jedna z najniebezpieczniejszych agencji wywiadowczych świata przygotowuje grunt dla przyszłych batalii. Obniżając morale przeciwnika, może odnieść zwycięstwo, zanim jeszcze rozpocznie się walka. Na swojej drodze napotyka tylko jedną przeszkodę. Scot Harvath wraz ze swoim zespołem wyrusza do Europy, żeby wypełnić misję o krytycznym znaczeniu – przy użyciu wszelkich możliwych środków musi zapobiec uwikłaniu Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników z NATO w konflikt zbrojny. Do akcji wkraczają też polscy agenci. Nie mogąc liczyć na pomoc swojego mentora, Harvath musi przyjąć dodatkową funkcję, której zawsze unikał i do której nigdy nie czuł się należycie przygotowany. Czy najtrudniejsza z jego operacji, która może zadecydować o losach świata, zakończy się powodzeniem?

Polecane książki

Tymoteusz Karpowicz, Utwory poetyckie Wstęp i opracowanie Bartosz Małczyński Zderzanie słów i rozbijanie znaczeń – te dwa sformułowania pojawiają się bodaj najczęściej w pracach poświęconych twórczości poetyckiej Tymoteusza Karpowicza. Nie oddają one jednak złożoności dzieła tego wybitnego twórcy....
Mały biały domek nad morzem, któż o nim nie marzył?Specjalistka od aranżowania nieruchomości na sprzedaż, Matylda Radwan, ma twardy orzech do zgryzienia – tego domu akurat nikt nie chce kupić. W ciągu kilku letnich tygodni musi dokonać całkowitej metamorfozy. Nie spodziewa się, że zmiany dotkną równ...
  Biolog molekularny wyjaśnia, jak samodzielnie uaktywnić potencjał regeneracyjny organizmu, który jest w stanie przywrócić nam młodość i zdrowie. Wyjaśnia, iż podstawą jest post i spermidyna. Poszczenie wywiera bardzo pozytywny wpływ na organizm człowieka, gdyż może łagodzić dolegliwości związane z...
Pierwsze polskie tłumaczenie pism wybitnego historyka i teoretyka sztuki. Na tom składają się jego najważniejsze teksty, poświęcone głównie sztuce włoskiego i niemieckiego renesansu. Warburg przygląda się symbolicznym obrazom Botticellego oraz znaczeniu sztuki dla mieszczaństwa Florencji w epoce...
Isobel opuściła swojego męża, włoskiego arystokratę Constantina De Severino, ponieważ stał się zimny i obojętny. Po dwóch latach Isobel przyjeżdża do niego z dokumentami rozwodowymi. Jednak Constantin potrzebuje stabilnej sytuacji rodzinnej, by otrzymać stanowisko prezesa sieci sklep&oacu...
Nieprawidłowe wystawienie, ujęcie czy przechowywanie faktury VAT naraża podatników na duże kłopoty. Sprawdź, jak nie popełnić błędu w tym zakresie....

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Brad Thor

Spymaster
Copyright © 2018 by Brad ThorCopyright © 2019 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga
Copyright © 2019 for the Polish translation by Radosław Madejski (under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)Projekt graficzny okładki: Mariusz BanachowiczRedakcja: Mariusz KulanKorekta: Izabela Sieranc, Marta ChmarzyńskaISBN: 978-83-66460-29-4Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.Szanujmy cudzą własność i prawo!Polska Izba KsiążkiWięcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.plWYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.
ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice
tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28e-mail: info@soniadraga.plwww.soniadraga.plwww.facebook.com/WydawnictwoSoniaDragaE-wydanie 2019Konwersja:eLitera s.c..TEGO AUTORA:Czarna listaKryptonim AtenaZa ciosemTajny układZanim wybuchnie światŻadnych zasad

Seanowi Fontaine’owi,

przyjacielowi, żołnierzowi, patriocie.

Semper fidelis

Jeden człowiek bardzo niewiele się różni od drugiego,

ale ta niewielka różnica ma ogromne znaczenie.

HENRY JAMES

.

TRAKTAT PÓŁNOCNOATLANTYCKI

WASZYNGTON, 4 KWIETNIA 1949R.

Strony niniejszego traktatu potwierdzają swą wiarę w cele i zasady Karty Narodów Zjednoczonych oraz pragnienie życia w pokoju ze wszystkimi narodami i wszystkimi rządami.

Są zdecydowane ochraniać wolność, wspólne dziedzictwo i cywilizację swych narodów, oparte na zasadach demokracji, wolności jednostki i rządów prawa. Dążą do umacniania stabilizacji i dobrobytu na obszarze północnoatlantyckim.

Są zdecydowane połączyć swe wysiłki w celu zbiorowej obrony oraz zachowania pokoju i bezpieczeństwa. W związku z powyższym uzgadniają one niniejszy Traktat Północnoatlantycki.

Rozdział 1

SØR-TRØNDELAG, NORWEGIA

ŚRODA

Gałęzie strzelistych sosen uginały się pod ciężarem lodu. Kiedy się łamały, suchy trzask niósł się echem po lesie niczym huk wystrzału. Każdy taki odgłos sprawiał, że mały oddział antyterrorystyczny norweskiej policji PST przerywał marsz i zastygał w bezruchu. Dopiero po kilkunastu sekundach – a niekiedy nawet po całej minucie – policjanci na tyle odzyskiwali pewność siebie, by ruszyć dalej.

Nikt się nie spodziewał takiego załamania pogody. Wszystko pokrywał lód i podejście w górę stromego zbocza było prawie niemożliwe. Kilku funkcjonariuszy sugerowało, aby przeczekać burzę, ale dowódca wydał rozkaz do wymarszu. Atak musiał nastąpić tej nocy. Do takiego samego wniosku doszedł oficer dowodzący oddziałem komandosów z jednostki specjalnej FSK, którzy mieli zapewnić wsparcie policjantom. Wprawdzie on również nie palił się do akcji w takich warunkach, ale zmienił zdanie, kiedy przestudiował raport z rozpoznania.

Dwoje ludzi z dowództwa NATO, którzy dotarli na miejsce w ostatniej chwili, nie miało w tej kwestii prawa głosu. Na żądanie władz w Oslo zostali wcieleni do oddziału i wprawdzie Amerykanin wyglądał na kogoś, kto potrafi sobie poradzić w takiej sytuacji i prawdopodobnie ma spore doświadczenie, ale Norwegowie nic nie wiedzieli na temat kwalifikacji jego ani towarzyszącej mu kobiety. Dlatego nie dali gościom broni. Żaden z nich nie chciał przez przypadek dostać kulki w plecy.

Wszyscy członkowie oddziału porozumiewali się przy pomocy zestawów radiowych, które działały na zaszyfrowanej częstotliwości i zapewniały im również łączność z centrum operacyjnym. Poruszali się w ciemności dzięki szerokokątnym goglom noktowizyjnym najnowszej generacji, a ich uzbrojenie składało się z karabinków H&K 416, pistoletów maszynowych MP5 oraz pistoletów glock 17 i H&K USP Tactical. Pod względem wyposażenia i wyszkolenia była to jedna z najlepszych jednostek, którym kiedykolwiek powierzono przeprowadzenie operacji antyterrorystycznej na terenie kraju.

Cel ataku znajdował się na odludziu, w głębi gęstego lasu. Była to nadgryziona zębem czasu chata o spadzistym dachu, z którego sterczał osmalony blaszany komin. Wzdłuż ściany ciągnęła się równa sterta szczap przygotowanych na opał.

Nawet przy sprzyjającej pogodzie nie dałoby się przeprowadzić rozpoznania z powietrza. Gęsto rosnące drzewa i porywisty wiatr sprawiały, że miniaturowy dron, którym dysponowali komandosi, również był bezużyteczny. Nie mieli innego wyjścia, jak iść „w ciemno”.

Kiedy wolno posuwali się przez las, niesione mroźnymi podmuchami bryły śniegu i lodu uderzały w nich jak odłamki stłuczonej szyby. Najgorsze było ostatnie pięćset metrów. Chata stała na dnie szerokiego wąwozu i kilku członków zespołu schodząc w dół, straciło równowagę na śliskim podłożu. W zalesionym terenie snajperzy nie mogli zająć dogodnych pozycji, które umożliwiłyby oddanie czystego strzału. Atakujący musieli podejść do celu bliżej, niż nakazywał zdrowy rozsądek. Wszystko wskazywało na to, że cała operacja jest jedną wielką pomyłką. Nie zważając na wyraźne oznaki niepewności w zachowaniu swoich ludzi, dowódca antyterrorystów parł naprzód.

W odległości trzystu metrów od chaty w mroku zamajaczyły wąskie smużki światła sączące się przez szczeliny w okiennicach. Dwieście metrów od chaty dała się wyczuć woń dymu z komina. Kiedy do celu zostało sto metrów, oddział zatrzymał się i zajął pozycje.

Coś było nie tak. Wszyscy to czuli. Ich serca uderzały coraz szybciej, dłonie trzymające broń zaciskały się kurczowo.

A potem rozpętało się piekło.

Rozdział 2

Rozbrzmiała seria eksplozji i grad stalowych odłamków uderzył w stojących najbliżej chaty ludzi. Kiedy przymocowane do pni drzew miny zaczęły wybuchać, Scot Harvath powalił swoją towarzyszkę na ziemię i przykrył ją swoim ciałem.

– Nie mogę oddychać! – zaprotestowała kobieta.

– Nie ruszaj się.

Znajdowali się na końcu kolumny, co dawało im pewną przewagę, ale tak naprawdę to błyskawiczna reakcja Harvatha ocaliła im życie. Inni nie mieli tyle szczęścia. Śnieg dookoła pokrywały bryzgi krwi i kawałki oderwanych kończyn. Kiedy eksplozje ustały, ci, którzy byli w stanie się poruszać, wycofali się na osłonięte pozycje, ciągnąc za sobą ciężko rannych. Między drzewami zostały tylko ciała zabitych.

Jako były komandos Navy SEALs Harvath wiedział, co zaraz nastąpi. Nie mieli wiele czasu. Przetoczył się na bok i szybko sprawdził, czy jego towarzyszka nie oberwała.

– Jesteś ranna?

Monika Jasińska pokręciła głową.

Harvath wyciągnął spod kurtki sig sauera i skinął ręką w stronę głazu, za którym znalazło schronienie dwóch antyterrorystów.

– Biegnij tam. Szybko – rozkazał. – Będę cię osłaniał.

Kobieta spojrzała na niego zaskoczona. W jej głowie kotłowały się setki pytań. Przede wszystkim intrygowało ją, skąd ten facet wytrzasnął broń i dla kogo tak naprawdę pracuje. Ale nie był to odpowiedni moment na takie dociekania. Poderwała się z ziemi i popędziła ile sił w nogach. Kiedy dobiegła do kryjówki, Harvath ruszył w ślad za nią i również przykucnął za głazem. Obaj Norwegowie poważnie ucierpieli podczas eksplozji i jeden z nich mocno krwawił. Harvath wyciągnął z kieszeni na jego piersi opaskę uciskową i rzucił ją Monice.

– Załóż ją tutaj – powiedział, wskazując miejsce na nodze rannego, po czym chwycił jego karabinek i zwrócił się do drugiego policjanta. – Dasz radę strzelać?

Mężczyzna skinął głową, chociaż krzywił się z bólu, a jego lewa ręka wyglądała tak, jakby spadł z rozpędzonego motocykla i szorował nią po asfalcie. W tej samej chwili od strony chaty dobiegł terkot broni maszynowej. Serie pocisków siekły pnie drzew, wbijały się w ziemię i uderzały w głaz, odłupując jego wielkie kawałki.

Jako żołnierz i tajny agent Harvath brał udział w niejednej strzelaninie. Nie cierpiał walczyć w ten sposób. Wymiana ognia oznaczała, że atakujący stracił element zaskoczenia. Nie podobało mu się to jeszcze bardziej, kiedy po jego stronie byli ranni, a przeciwnik zajmował umocnioną pozycję.

Pośpiesznie wsunął sig sauera z powrotem pod kurtkę i wyszarpnął z ucha słuchawkę – zawisła na kablu nad jego ramieniem. Gorączkowe rozmowy Norwegów w radiu tylko potęgowały chaos. Upewniwszy się, że karabinek jest załadowany, przestawił selektor na ogień pojedynczy i wyjrzał zza osłony.

W ścianie parterowego budynku znajdowały się trzy okna. Ludzie, którzy bronili się w środku, nie byli amatorami. Ukryci w głębi pomieszczeń strzelcy prawdopodobnie leżeli na blatach stołów albo jakichś innych meblach, a to oznaczało, że nie będzie łatwo ich wykurzyć. Jednak oznaczało również, że mieli oni ograniczone pole ostrzału.

Harvath wziął na cel najbliższe z okien i kilka razy nacisnął spust. Policjant z pokiereszowaną ręką zrobił to samo. W ich stronę natychmiast posypał się grad kul i musieli się ukryć. Norwegowie, którzy schronili się w pobliżu, również zaczęli ostrzeliwać chatę, ale niewiele to dało. Nie dysponowali wystarczającą siłą ognia. Znaleźli się w potrzasku.

Kiedy pociski przestały uderzać w głaz, Harvath znów się wychylił zza osłony. Jego uwagę przyciągnął komin, z którego wydobywało się teraz znacznie więcej dymu niż wcześniej. Wyglądało na to, że tamci palą nie tylko drewnem. Prawdopodobnie niszczyli właśnie obciążające ich dowody.

Wycelował w to samo okno i strzelał tak długo, aż skończyła mu się amunicja. Potem znów przykucnął za głazem i dał znak Monice, żeby podała mu nowy magazynek z kamizelki taktycznej rannego policjanta. Usiłował wymyślić naprędce jakiś plan działania, ale okazało się, że ubiegli go komandosi.

W przeciwieństwie do antyterrorystów z PST – norweskiego odpowiednika FBI – jednostka specjalna FSK należała do norweskiej armii i dysponowała wojskowym wyposażeniem. Dlatego kilku członków oddziału miało granatniki M320 zamontowane pod lufami karabinków. W końcu ktoś zdecydował, żeby zrobić z nich użytek i przełamać impas.

Ostrzeliwując się spomiędzy drzew, jeden z komandosów ściągnął na siebie ogień przeciwnika, tymczasem dwaj jego koledzy zajęli dogodne pozycje i każdy z nich posłał w stronę chaty po jednym granacie. Wystarczyłoby tylko jedno trafienie, ale w tym wypadku oba czterdziestomilimetrowe pociski dosięgły celu i eksplodowały, zasypując wnętrze chaty gradem odłamków. Chwilę później wybuchł pożar i w oknach pojawiły się kłęby gęstego czarnego dymu.

Harvath nie zamierzał tracić ani chwili. Wepchnął do kieszeni kurtki parę zapasowych magazynków, chwycił celownik termowizyjny rannego policjanta i ruszył biegiem w stronę chaty. Słyszał za plecami krzyki Norwegów, którzy kazali mu się zatrzymać i czekać na wsparcie. Ani myślał ich słuchać. Miał nadzieję, że jeszcze nie wszystkie dowody uległy zniszczeniu, i chciał ocalić przed płomieniami co tylko się da.

Klucząc między drzewami, Harvath podszedł do chaty. Kiedy znalazł się na wysokości frontowego wejścia, uniósł broń i ruszył ku niemu po oblodzonej ziemi. Zdjął rękawiczkę i zbliżył rękę do drzwi – były już tak gorące, że nie dało się ich dotknąć. Przewiesił karabinek przez ramię, zdjął drugą rękawiczkę i wyjął sig sauera spod kurtki, a potem odchylił do góry gogle noktowizyjne.

Zrobił krok w tył i trzymając pistolet gotowy do strzału, kopniakiem otworzył drzwi. Świeża dawka tlenu podsyciła płomienie, które buchnęły na zewnątrz, ale Harvath natychmiast uskoczył w bok. Spodziewał się przykrych niespodzianek, i nie chciał, żeby dosięgły go jęzory ognia albo kul. Jednak nikt do niego nie strzelał, więc ostrożnie wychylił się zza futryny i zajrzał do środka przez celownik termowizyjny. Dzięki temu urządzeniu mógł zobaczyć, co kryje się za kłębami dymu, gdyż w płonącym budynku gogle noktowizyjne były bezużyteczne. Zauważył kilku leżących nieruchomo ludzi. Przypuszczał, że zabiły ich granaty, ale nawet jeśli nie zginęli od razu, i tak czekała ich niechybna śmierć w pożarze.

Harvath wiedział, że nie dostanie się do środka przez frontowe drzwi. Płomienie, które zagradzały mu drogę, były zbyt wielkie. Postanowił poszukać innego wejścia. Przykucnął i wyjrzał zza rogu, licząc, że jeśli ktoś czai się po tamtej stronie chaty, nie będzie celował tak nisko. Jednak nikogo tam nie było. Dostrzegł za to otwarte okno, z którego buchały kłęby dymu. Przyłożył do oka termowizor i skierował go na ziemię. Od chaty w stronę lasu biegły świeże ślady butów. Zgięty wpół zakradł się do okna i zajrzał ostrożnie do środka. Prawie całe wnętrze stało w płomieniach. Nie miał szans niczego tam znaleźć, a tym bardziej uniknąć ciężkich poparzeń. Choć bardzo zależało mu na zabezpieczeniu dowodów, nie warto było aż tak ryzykować. Zamiast tego ruszył w pościg po śladach.

Rozdział 3

Zbocze po przeciwległej stronie wąwozu było tak samo strome i zdradliwe jak to, po którym zeszli na dół. Ślady wciąż się jarzyły w obiektywie termowizora, co oznaczało, że uciekinier nie ma zbyt dużej przewagi. Z rozmiaru buta i długości kroków Harvath wywnioskował, że to mężczyzna o wzroście około metra osiemdziesięciu. Wyglądało na to, że bardzo się śpieszył, ale nie poruszał się z gracją. W wielu miejscach tracił równowagę na śliskim podłożu i upadał. Ale dokąd biegł?

Przed akcją Harvath zapoznał się z terenem, notując w pamięci wszystkie szczegóły widoczne na mapach i zdjęciach satelitarnych. W odległości trzech kilometrów od chaty biegła przez las stara gruntowa droga. Kawałek dalej znajdowała się nieużywana linia kolejowa. Harvath domyślił się, że facet najprawdopodobniej ukrył w tej okolicy samochód i kieruje się w stronę leśnego traktu.

Harvath co kilkadziesiąt metrów przystawał, odchylał do góry gogle noktowizyjne i obserwował ślady termiczne przy pomocy monokularu termowizyjnego. Spowalniało go to i utrudniało pościg, ale tylko w taki sposób mógł podążać tropem uciekającego mężczyzny. Starał się zwiększyć tempo, żeby nadrobić straty, ale im szybciej się poruszał, tym bardziej narażał się na upadek. Nie miał najmniejszego zamiaru pośliznąć się na lodzie i stłuc sobie kolana, łokcie albo głowę. Ale nie zamierzał również pozwolić, aby tamten facet mu się wymknął. Śledził tych ludzi od wielu miesięcy. Uganiał się za nimi po Grecji, Hiszpanii i Portugalii, ale zawsze wyprzedzali go o kilka kroków. Aż do dziś.

Teraz to on był o krok przed nimi. Przybył na miejsce, zanim zdążyli przeprowadzić kolejny zamach. Wprawdzie sytuacja nie odwróciła się całkowicie na jego korzyść, ale los zaczynał się do niego uśmiechać. To musiało wystarczyć. Stawka w grze była tak wysoka, że Harvath doceniał wszystko, co udało mu się osiągnąć.

Znów spojrzał przez monokular – ślady znikały za najbliższym zakrętem. Uciekający doskonale orientował się w terenie i unikał wytyczonych ścieżek, przedzierając się przez las sobie tylko znaną drogą. Harvathowi to nie przeszkadzało. Miał już na swoim koncie trudniejsze polowania. Nie zważając na lód, przyśpieszył kroku i po kilku minutach zobaczył wreszcie ściganego. Dżinsy, trapery, kurtka z kapturem. Plecak przewieszony przez ramię.

Uniósł karabinek i wycelował, ale zanim zdążył nacisnąć spust, mężczyzna znikł. Przeklinając w duchu, zaczął przesuwać lufą w prawo i w lewo. Nikogo. Jego cel rozpłynął się w powietrzu.

Harvath znów musiał skorzystać z monokularu. Potrzebował wolnej ręki, więc opuścił karabinek, wyjął sig sauera i ruszył dalej przez las, obserwując ślady termiczne. Wciąż musiał uważać, żeby się nie pośliznąć, ale jego buty coraz częściej znajdowały pewne oparcie w śniegu.

Kiedy przeszedł pięćdziesiąt metrów, rozległ się huk wystrzału. Harvath padł na ziemię i usłyszał świst kuli przelatującej nad głową. A więc facet jest uzbrojony, pomyślał. Tylko gdzie on, do cholery, się ukrywa?

W obiektywie termowizora zobaczył prześwit między drzewami, a w nim białą sylwetkę człowieka z bronią w ręku, który oddalał się pośpiesznie w kierunku leśnego traktu. Harvath uniósł pistolet, napiął spust i wystrzelił trzy razy.

Mężczyzna upadł.

Przez kilka sekund Harvath patrzył w jego stronę, ale nie zauważył żadnego ruchu. Wstał i ostrożnie podszedł do niego. Obok leżącego na śniegu ciała zobaczył ciemną kałużę krwi. Jeden z pocisków trafił mężczyznę w szyję. Harvath kopnięciem odrzucił jego broń i przyklęknął. Nie wyczuł pulsu. Sięgnął po plecak, odsunął zamek błyskawiczny i zaczął przeglądać jego zawartość.

W środku znalazł koperty z gotówką, prawa jazdy i kilka telefonów komórkowych. Najwyraźniej facetowi zależało, aby żaden z tych przedmiotów nie wpadł w niepowołane ręce. Harvath zostawił pieniądze w plecaku, ale zabrał wszystkie telefony i podrobione prawa jazdy, które przedtem szybko sfotografował. To samo zrobił z dokumentami, które znalazł w portfelu zabitego. Przeszukując trupa, dokładnie sprawdził każdą kieszeń, zabrał również jego komórkę.

Potem ruszył w stronę leśnego traktu. Chciał jak najszybciej wysłać zdjęcia do Stanów i miał nadzieję, że w przesiece uda mu się złapać zasięg. Dotarłszy do drogi, wyjął telefon satelitarny, uruchomił go i połączył ze swoją komórką. Korzystając ze stworzonej specjalnie dla wojska aplikacji szyfrującej XGate BLACK, przeformatował i skompresował załączniki, żeby skrócić czas ich ładowania. Wiedział, że im szybciej uda się zidentyfikować ludzi, którzy przebywali w chacie, tym lepiej. Kiedy aplikacja przygotowała pliki do transferu, napisał krótki mejl zawierający raport z misji.

Wiking +1, Eagles Oscar.

„Wiking” był kryptonimem Harvatha, pod „plus jeden” kryła się Jasińska, a kod „Eagles Oscar” oznaczał, że obydwoje wyszli z operacji bez szwanku. Ponieważ nie mógł liczyć na uzupełnienie ekwipunku, pominął rutynowe informacje dotyczące zapasu amunicji i stanu technicznego broni. Od razu przeszedł do meritum:

Zasadzka. Miny przeciwpiechotne 100 metrów od celu. Co najmniej 4 Norwegów zginęło. Wielu rannych, niektórzy ciężko. W budynku co najmniej 3 strzelców, ogień z broni maszynowej. Norwegowie użyli granatników. Obiekt zniszczony. Wszyscy przeciwnicy zabici. Jeden próbował ucieczki. Podjął walkę i zginął. Przesyłam zabezpieczone materiały.

Kiedy wszystkie zdjęcia były już skompresowane, Harvath upewnił się, czy sygnał z satelity jest wystarczająco mocny, po czym przejrzał wiadomość i ją wysłał. Po niecałej minucie telefon satelitarny zawibrował, sygnalizując nadejście odpowiedzi.

Wiadomość odebrana. Stop. Z ostatniej chwili: ze Starym coraz gorzej.

Kryptonimu „Stary” używał Reed Carlton, szef, mentor i serdeczny przyjaciel Harvatha. Ostatnio ciężko chorował. To nie były pomyślne wieści. Harvath odpisał krótko i zwięźle.

Przyjąłem. Odezwę się wkrótce.

Po wysłaniu wiadomości wyłączył telefon satelitarny, odpiął od niego swoją komórkę i ruszył z powrotem w kierunku płonącej chaty. W połowie drogi spotkał Monikę. Zdjął hełm, odsłaniając krótko ostrzyżone włosy w kolorze piasku.

– Co się stało? – zapytała kobieta. – Słyszałam strzały.

Harvath nie odpowiedział od razu. Wciąż rozmyślał o Carltonie i próbował się przygotować na to, co przyniosą najbliższe dni.

– Jeden z nich uciekł – odezwał się wreszcie.

– Żyje?

Harvath pokręcił głową.

– Niech to szlag. Wzywałam cię przez radio. Czemu nie odpowiadałeś? – Jasińska zgromiła Harvatha wzrokiem, kiedy pokazał jej dyndającą nad jego ramieniem słuchawkę. – Mogłeś zaczekać. A przy okazji, kto ci pozwolił nosić broń?

Harvath nie miał ochoty na przesłuchanie.

– Nie teraz – odparł.

Jego odpowiedź jeszcze bardziej zirytowała Monikę. To ona kierowała tym śledztwem, a jednak z jakiegoś niewiadomego powodu zmuszono ją, aby przyjęła pomoc konsultanta. Działo się coś bardzo dziwnego i zamierzała wyjaśnić, o co chodzi. Za wszelką cenę.

Rozdział 4

RESTON, WIRGINIA, STANY ZJEDNOCZONE

Lydia Ryan nie chciała zajmować ogromnego narożnego gabinetu, ale Reed Carlton był nieustępliwy. Jako nowa dyrektorka Carlton Group nie miała innego wyjścia, jak ulec jego naleganiom. Ze względu na wszystkie obowiązki wynikające z tak odpowiedzialnego stanowiska przysługiwały jej także pewne przywileje.

Nawet w nocy widok z okien zapierał dech w piersi. Carlton Group zajmowała najwyższą z dwudziestu pięciu kondygnacji biurowca o szklanych ścianach, oddalonego tylko o dziesięć minut jazdy od portu lotniczego Dulles International.

Firma miała do dyspozycji osobną windę, która zjeżdżała na podziemny parking i umożliwiała dyskretny dostęp do biura bez konieczności przechodzenia przez hol recepcyjny – rzecz nieodzowna w przypadku prywatnej agencji wywiadowczej, zwłaszcza że CIA zlecała jej niektóre z najbardziej delikatnych zadań. Ponieważ Carlton Group miała do czynienia ze ściśle tajnymi informacjami, cała jej siedziba spełniała wymogi bezpieczeństwa zgodne z najsurowszymi normami. Przeznaczona do ochrony przed „emisją ujawniającą” aparatura klasy TEMPEST kontrolowała sygnały elektryczne i mechaniczne pochodzące ze wszystkich urządzeń, które służyły do przesyłania, szyfrowania i analizowania danych. Podjęto wszelkie możliwe kroki, aby zapobiec wyciekowi poufnych wiadomości. Firma chroniła skrupulatnie zarówno swój system komputerowy, jak i sieć łączności. W zasadzie gdy tylko było to możliwe, ludzie Carltona przekraczali standardy, pozostawiając daleko w tyle wszystkie agencje rządowe. Kosztowało to fortunę, ale Stary chętnie inwestował w nowatorskie technologie. Jego firma przecierała zupełnie nowy szlak w branży i dlatego musiała nadążać za innowacjami.

Dzięki wrodzonemu talentowi Reed Carlton potrafił zwietrzyć zagrożenie, zanim jeszcze pojawiło się na horyzoncie. Był również obdarzony nieprzeciętną inteligencją, która pozwalała mu zawsze wyprzedzać wszystkich o kilka kroków. W ciągu trzydziestu lat pracy w CIA podróżował po świecie, stawiając czoło, różnym przeciwnikom, od komunistów po islamskich terrorystów. Jednak największym jego osiągnięciem było utworzenie Wydziału Operacji Antyterrorystycznych. Kierując nim, zaplanował i przeprowadził kilka niezwykle ryzykownych akcji.

Kiedy nadszedł czas, próbował się odnaleźć w roli emeryta, ale to nie licowało z jego naturą. Brakowało mu „wielkiej gry” i w głębi ducha czuł się urażony faktem, że wszyscy radzą sobie bez niego. Co gorsza, niebezpieczeństwa zagrażające Ameryce nie osłabły. Wręcz przeciwnie – rosły w siłę. Tymczasem w Langley zachodziły zmiany i nie były to zmiany na lepsze.

Biurokraci podkopywali od środka jego ukochaną CIA, ograniczając albo całkowicie blokując jej działania. Kierownictwo popadło w manię na punkcie minimalizowania strat. Niechlubna maksyma wisząca w gabinecie jednego z dyrektorów głosiła: „Wielkie akcje, wielkie problemy. Małe akcje, małe problemy. Zero akcji, zero problemów”.

Agencja straciła swoją prężność i dynamikę, z jaką przeprowadzała najbardziej niebezpieczne misje w interesie narodu. Biurokracja niczym złowrogie pnącze oplotła jej szyję i dusiła nieubłaganie. Nie wróżyło to niczego dobrego.

Carlton był przerażony tym marazmem. Zdawał sobie sprawę, że pozbawiony sprawnej służby wywiadowczej kraj znalazł się w tarapatach. W takiej sytuacji pozostało mu tylko jedno. Dlatego porzucił wygodny żywot emeryta i założył własną agencję.

W przeciwieństwie do firm najemniczych Carlton Group miała do zaoferowania znacznie więcej niż tylko prywatną armię – zajmowała się zdobywaniem i analizą danych wywiadowczych. Wybrani klienci mogli liczyć na jeszcze szerszy zakres usług, obejmujący tajne operacje z prawdziwego zdarzenia. W gruncie rzeczy Stary stworzył mniejszą i bardziej energiczną wersję CIA, a rząd Stanów Zjednoczonych wkrótce stał się jednym z jego najpoważniejszych zleceniodawców. Pod względem organizacyjnym wzorował się na poprzedniku CIA, czyli OSS, którego założycielem był „Dziki Bill” Donovan. Podstawowe zasady były takie same – jeśli upadasz, zrób z tego użytek dla misji. Tylko to się liczyło. Idąc za przykładem Donovana, Carlton werbował pracowników o określonym typie osobowości. Zależało mu na odważnych i przedsiębiorczych ludziach z własną inicjatywą, którzy nie brali pod uwagę możliwości porażki. Skupiał się na elicie wojska i wywiadu. Wybierał takich, którzy dowiedli swojej wartości, wypełniali niemal straceńcze misje w najmroczniejszych zakątkach świata, dokonywali niemożliwego i ze wszystkiego wychodzili cało. Miał wyjątkowe oko do talentów.

Stojąc na progu swojego gabinetu, Lydia Ryan widziała drzwi po przeciwległej stronie holu. Scot Harvath nie miał tak dużego biura jak ona, ale sam podjął taką decyzję. Mógł objąć stanowisko dyrektora firmy, ale odrzucił propozycję. Sprawił tym zawód swojemu mentorowi.

Mądrość, z trudem zdobyta wiedza i globalna sieć kontaktów były największymi atutami Starego – fundamentem, na którym zbudował swoją firmę. Carlton wydobył esencję z przeszło trzydziestu lat doświadczenia w branży szpiegowskiej i zaszczepił ją najgłębiej, jak potrafił, w umyśle Harvatha. Przeobraził go w jedną z najskuteczniejszych broni w arsenale Stanów Zjednoczonych. Wprowadził go również w tajniki zarządzania i prowadzenia firmy – a konkretnie Carlton Group. Jednak ilekroć pojawiał się temat „przejęcia sterów”, Harvath dawał jasno do zrozumienia, że nie jest zainteresowany. Wolał zadania w terenie. To był jego żywioł.

Kiedy zdiagnozowano u niego chorobę Alzheimera, Stary uświadomił sobie, że musi dać z siebie wszystko. Harvath był dla niego zbyt cenny i nie powinien już zajmować się działaniami operacyjnymi. Carlton chciał go uczynić swoim następcą i jak na dobrego agenta wywiadu przystało, był gotów wykorzystać wszystko, nawet własną tragedię, żeby osiągnąć zamierzony cel. Grał na emocjach swojego protegowanego, zwłaszcza na jego poczuciu obowiązku. Wzbudzał w nim wyrzuty sumienia, odwołując się do ojcowsko-synowskich relacji, które ich łączyły. Próbował nawet go zawstydzić, sugerując mu, że powinien ograniczyć misje zagraniczne, żeby więcej czasu poświęcić rodzinie, którą planuje założyć.

Tą ostatnią kwestią uderzył w wyjątkowo czuły punkt. Harvath spotykał się z kobietą, w której był szaleńczo zakochany i która miała małego synka. Taka „gotowa” rodzina stanowiła idealne rozwiązanie dla kogoś, kto większą część dorosłego życia poświęcił na ściganie terrorystów. Skoro Carlton posunął się do takiego argumentu, musiał być bardzo zdesperowany, a może nawet obawiał się o przyszłość. I chodziło mu nie tylko o przyszłość firmy, ale także całego kraju.

Z sympatii do Starego, jak czule nazywał swojego mentora, Harvath poszedł na kompromis. Zgodził się podzielić swój czas między akcje w terenie i pracę biurową, jednak wymógł na Carltonie, aby ten zatrudnił pełnoetatowego dyrektora.

Po długiej naradzie w Gabinecie Owalnym Carlton, prezydent i dyrektor Wywiadu Narodowego zaaprobowali na to stanowisko Lydię Ryan.

Do tego momentu Ryan była zastępczynią dyrektora CIA. Prezydent osobiście wybrał ją i jej szefa, Boba McGee, powierzając im zaprowadzenie porządku w Agencji i przywrócenie jej dawnej świetności. Była to misja iście Herkulesowa – jak oczyszczenie stajni Augiasza – i wkrótce obydwoje zdali sobie sprawę, że zajmie im więcej czasu, niż przewidywali. Musieli wyplenić głęboko zakorzenioną biurokrację, co wcale nie było łatwe, gdyż na każdym kroku napotykali zaciekły opór.

Podczas gdy McGee nadal próbował opanować sytuację w Langley, Lydia Ryan zasiadła na dyrektorskim stołku w Waszyngtonie. Carlton Group była swego rodzaju graczem rezerwowym – brała na siebie operacje o krytycznym znaczeniu, dyskretnie wyręczając CIA, która jeszcze nie stanęła na nogi.

Pochodzący z Nowej Anglii Reed Carlton, przystojny mężczyzna o wydatnym podbródku i siwej czuprynie, był asem wywiadu i w środowisku szpiegowskim uchodził za legendę. Cechowała go nieprzeciętna inteligencja. Skazanie takiego umysłu na otępienie było szczytem okrucieństwa.

Ameryka traciła jeden ze swoich największych skarbów. Carlton znał dosłownie wszystkie sekrety – nazwiska, daty, numery kont, hasła i adresy; wiedział, kto kogo wrobił i kto na kogo ma haka. Był chodzącą encyklopedią informacji wywiadowczych – a teraz cała jego wiedza zanikała w zastraszającym tempie. Harvath i Ryan rozpoczęli wyścig z czasem, żeby ocalić, co się da. Na zmianę odwiedzali Starego, chociaż nigdy nie mogli przewidzieć, w jakiej formie go zastaną. W niektóre dni czuł się lepiej. Pogrążał się w demencji, potem odzyskiwał jasność umysłu, a potem znów mu się pogarszało. Serce Harvatha pękało z żalu, choć także Ryan ciężko to przeżywała.

Aż wreszcie pewnego dnia ni stąd, ni zowąd nastąpił groźny kryzys.

Rozdział 5

Lydia Ryan przyjechała do domu Carltona, żeby spędzić z nim trochę czasu. Siedząc przy nim, zawsze miała pod ręką notes na wypadek, gdyby okazał się skłonny do rozmowy. Zastała go w trakcie ożywionej dyskusji z jedną z pielęgniarek, które czuwały przy nim przez całą dobę. Taki przypływ elokwencji byłby powodem do radości, gdyby nie fakt, że Stary właśnie dzielił się ze swoją opiekunką poufnymi informacjami na temat powiązań Stanów Zjednoczonych z Arabią Saudyjską. Niedobrze…

Ryan wyciągnęła komórkę i najpierw wybrała numer Harvatha, który siedział właśnie w biurze i obiecał jak najszybciej przyjechać na miejsce. Potem zadzwoniła do swojego byłego szefa w Langley i zasugerowała, żeby radca z Departamentu Sprawiedliwości przygotował dla pielęgniarki i wszystkich jej zmienniczek oświadczenie o zachowaniu tajemnicy państwowej, które powinny podpisać. Było to tymczasowe rozwiązanie, środek doraźny, ale należało jak najszybciej go zastosować. Nie miała pojęcia, ile Carlton zdążył już ujawnić.

Potem wróciła do salonu i kazała pielęgniarce zająć się przygotowaniem lanczu, a sama została ze Starym, który natychmiast zaczął jej mówić, jaka jest piękna. Nie dało się temu zaprzeczyć. Lydia była córką Greczynki i Irlandczyka, po których odziedziczyła urodę – miała smukłą sylwetkę, długie ciemne włosy, zielone oczy, pełne usta i wydatne kości policzkowe. Jednak Reed Carlton nie prawił jej ugrzecznionych słodkich komplementów. Puszczały mu hamulce i wyrażał opinie, które inni być może podzielali, jednak nigdy nie ośmieliliby się wypowiedzieć ich na głos. Lekarz uprzedzał, że takie objawy mogą nastąpić, jednak nikt nie spodziewał się ich w tak krótkim czasie.

Ryan postanowiła wykorzystać sytuację i zaczęła drążyć tematy, które w umyśle Starego zbyt szybko zasnuwały się mgłą. Zanim przyjechał Harvath, zdążyła już zapisać kilka stron w notesie. Nie miała pojęcia, na ile wiarygodne są te informacje. Musiała je zweryfikować, niemniej jednak uważała, że ich rozmowa nie była całkiem bezproduktywna.

– Jak on się czuje? – zwrócił się do niej Harvath.

– On czuje się świetnie – odparł Carlton.

Zdarzało się, że sprawiał wrażenie, jakby jego umysł funkcjonował bez zarzutu. Niestety często się gubił, kiedy padały szczegółowe pytania. W gruncie rzeczy potrafił nieźle blefować i dzięki nieprzeciętnej inteligencji udawało mu zamydlić oczy niejednemu rozmówcy.

Jakby na zawołanie do salonu weszła pielęgniarka, aby sprawdzić, jak się ma pacjent. Harvath podał jej tacę z resztkami lanczu i oświadczył uprzejmie, że potrzebują odrobiny prywatności. Następnie odprowadził ją do wyjścia, zamknął za nią drzwi i wrócił do Ryan, a ona zrelacjonowała mu przebieg wizyty.

– Nie wiem, jak to inaczej określić – rzekł Harvath, uśmiechając się do swojego mentora. – Jesteś jak tykająca bomba. Nosisz w głowie cały zestaw tajemnic, które powinniśmy chronić przed wyciekiem.

Stary lekceważąco machnął ręką.

– Nie dramatyzuj. Ze mną wszystko w porządku.

Nie było w porządku. Stał się zagrożeniem dla bezpieczeństwa narodowego.

Na szczęście Harvath nie tracił czasu i miał już w zanadrzu plan awaryjny. Na niewielkiej wysepce pośrodku malowniczego jeziora w New Hampshire stało kilka domków letniskowych. Jeden z nich zbudował dziadek Carltona, który spędzał tam wakacje jako chłopiec. Ponieważ w jego umyśle najodleglejsze wspomnienia zachowały się najlepiej, dobrze znane z dzieciństwa miejsce było teraz dla niego idealne.

Harvath wynajął domek od obecnego właściciela i za zgodą Departamentu Obrony skompletował oddział żołnierzy, którzy mieli zapewnić Staremu opiekę i ochronę. Nikt nie chciał, żeby tykająca bomba przypadkowo eksplodowała. Gdyby ktoś niepowołany dostał Carltona w swoje ręce, nie sposób było przewidzieć, jakie informacje mógłby z niego wyciągnąć. Dlatego nie szczędzono pieniędzy i wysiłków, żeby ukryć go w bezpiecznym miejscu.

Przeprowadzka odbyła się pod osłoną nocy. W trosce o komfort psychiczny swojego mentora Harvath towarzyszył mu przez całą drogę i spędził dwa dni na wyspie, żeby się upewnić, czy wszystko zostało zorganizowane jak należy.

Carlton był zachwycony, kiedy rozpoznał miejsce, w którym bywał za młodu. Nie podobał mu się nowy wystrój, ale zwalił winę na swoją babkę, która nigdy nie czuła się zadowolona, dopóki wszystkiego nie poprzestawiała. Nie potrafił pojąć, kim są przydzieleni do jego ochrony żołnierze i co tam robią. Harvath próbował mu to wyjaśniać, ale w końcu dał za wygraną. Doszedł do wniosku, że nic więcej nie wskóra. Chociaż nie mógł sobie na to pozwolić, został ze Starym jeszcze jeden dzień. Smażyli steki na grillu, palili cygara i wypili tyle bourbona, że nie było to dobre dla ich zdrowia.

Harvath nie mógł przewidzieć, ile czasu spędzi za granicą na kolejnej misji, dlatego starał się uchwycić jak najwięcej przyjemnych chwil podczas pobytu na wyspie.

Następnego dnia rano, kiedy nadszedł czas pożegnania, uścisnął swojego mentora i trzymał go w objęciach dłużej niż kiedykolwiek wcześniej. Stary jakby zdawał sobie sprawę, że sytuacja jest poważna i być może już nigdy więcej się nie zobaczą, bo odwzajemnił serdeczny uścisk. Potem położył dłoń na ramieniu Harvatha i spojrzał mu w oczy.

– Zawsze byłeś dobrym synem – powiedział, po czym się odwrócił i wszedł do domu.

Gdyby nie jeden z żołnierzy, który stał dosyć blisko i wszystko słyszał, Ryan nigdy nie dowiedziałaby się o tym pożegnaniu. Nie przypuszczała, aby Harvath był skłonny opowiadać komukolwiek o takich rzeczach.

Po tym, jak Harvath zrezygnował ze studiów, żeby poświęcić się karierze sportowca, jego rodzony ojciec przestał się do niego odzywać. Gdyby nie matka, w ogóle by się ze sobą nie porozumiewali. Śmierć ojca, instruktora Navy SEALs, który zginął w wypadku, sprawiła, że świat Harvatha legł w gruzach. Z tego, co Ryan dowiedziała się od ludzi, którzy dobrze go znali, albo coś w nim wtedy pękło, albo wskoczyło na swoje miejsce. Stracił zainteresowanie sportem zawodowym i porzucił reprezentację narciarską kraju. Na nowo podjął studia, a potem, idąc w ślady ojca, zaciągnął się do marynarki i wkrótce go prześcignął jako świetny komandos.

Upłynęły prawie dwa miesiące od tamtego ranka, kiedy Harvath i Stary pożegnali się przed domkiem letniskowym w New Hampshire. Wiele się wydarzyło w tym czasie. Ludzie pytali o Carltona i jego nazwisko coraz częściej przewijało się w rozmowach. Sytuacja stawała się niebezpieczna, dlatego Ryan postanowiła rozpocząć kolejną fazę planu Harvatha.

Rozdział 6

BAZA LOTNICZA VÆRNES

STJØRDAL, NORWEGIA

Nawet gdyby strażakom udało się przedrzeć przez las i dotrzeć do płonącej chaty, nie zdołaliby jej uratować. Pozostawało jedynie sprowadzić ekipę techników kryminalistycznych, choć nadzieja na znalezienie czegokolwiek w zgliszczach była nikła.

Przed powrotem do Stanów Harvath chciał jeszcze doprowadzić do końca kilka spraw i kiedy na miejsce strzelaniny przybyły posiłki, dyskretnie się ulotnił. Za kolumną pojazdów ratowniczych czekał na niego samochód. Jasińska dopiero po półgodzinie zorientowała się, że zniknął. Minęło kolejne czterdzieści pięć minut, zanim znalazła kogoś, kto zawiózł ją z powrotem do Værnes.

Baza lotnicza Værnes należała do Królewskich Norweskich Sił Powietrznych, ale jednym z największych jej użytkowników był Korpus Piechoty Morskiej Stanów Zjednoczonych. Właśnie tam lądowały samoloty transportowe z ogromnymi ilościami amerykańskiego sprzętu wojskowego, który rozlokowywano w specjalnie przygotowanych jaskiniach skalnych w okolicy Trondheim. Kontyngent marines stanowił zabezpieczenie na wypadek rosyjskiej inwazji na Norwegię i konieczności interwencji NATO. Nocna akcja w głębi lasu miała na celu udaremnienie ataku terrorystycznego na owe jaskinie. Ukryty w nich sprzęt miał wielkie znaczenie strategiczne i jego zniszczenie byłoby druzgocącym ciosem dla sojuszu, który się rozwijał od tylu lat.

Do utworzonego po II wojnie światowej Paktu Północnoatlantyckiego należały początkowo Belgia, Dania, Francja, Holandia, Islandia, Kanada, Luksemburg, Norwegia, Portugalia, Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Włochy. W ciągu kolejnych dziesięcioleci do organizacji przystąpiły Grecja, Turcja, Niemcy, Hiszpania, Czechy, Polska, Węgry, Bułgaria, Estonia, Litwa, Łotwa, Rumunia, Słowacja, Słowenia, Albania, Chorwacja i Czarnogóra. NATO powstało jako struktura militarna, która miała zapewniać wspólną obronę i zniechęcać przeciwników do agresji. Artykuł piąty traktatu głosił, że zbrojna napaść na jednego z członków będzie uznana za atak na całą organizację i wszyscy członkowie zobowiązują się do udzielenia pomocy zaatakowanemu. Tylko raz w historii Paktu Północnoatlantyckiego powołano się na to postanowienie – po 11 września 2001 roku państwa członkowskie NATO połączyły swoje siły, angażując się w wojnę w Afganistanie. Ale podczas gdy zamachy na World Trade Center i Pentagon odsłoniły nieprzewidywalne oblicze islamskiego terroryzmu, na horyzoncie pojawiło się nowe, o wiele potężniejsze zagrożenie – Rosja, która zamierzała odzyskać wszystkie swoje dawne terytoria. Po zagarnięciu Krymu ostrzyła sobie zęby na państwa bałtyckie – Litwę, Łotwę i Estonię – i tylko Pakt Północnoatlantycki stał jej na przeszkodzie. Jednak moskiewscy stratedzy już zaplanowali, jak rozbić NATO.

Harvath również opracował swój plan. Stany Zjednoczone nie kwapiły się do udziału w kolejnej wojnie światowej i nie zamierzały również dopuścić do rozpadu największego sojuszu wojskowego w historii, więc Harvath musiał za wszelką cenę przeszkodzić Rosjanom.

Przydzielono mu kwaterę oficerską po północnej stronie lotniska w garnizonie Værnes. Jego pokój, w którym unosiła się woń stęchłej wykładziny, wyglądał tak, jakby na całe jego umeblowanie ktoś wydał sto dolarów w miejscowym sklepie IKEA.

Usłyszał dobiegające z korytarza kroki Jasińskiej. Wsunął telefon do tylnej kieszeni spodni i otworzył drzwi.

– Norwegowie cię szukają – zaczęła Monika bez ogródek. – Chcieliby porozmawiać o tym zabitym facecie. Może wypadałoby się odmeldować przed opuszczeniem miejsca akcji?

Harvath otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale nie pozwoliła mu dojść do słowa.

– Byłbyś łaskaw mi wyjaśnić, co tam się stało? Powiedziano nam wyraźnie, że nie możemy tutaj nosić broni. Skąd wytrzasnąłeś ten pistolet?

– Nie ma za co – odparł.

– O czym mówisz? – spytała Monika, zaskoczona jego słowami.

Harvath wskazał palcem rozdarcie na jej kurtce – ślad po odłamku, który przeleciał zaledwie parę centymetrów od szyi.

– Ocaliłem ci życie – wyjaśnił.

Nie wiedział, czy rumieńce, które pojawiły się na jej policzkach, są objawem zakłopotania, czy wzbierającej złości.

– Dziękuję – mruknęła kobieta, odwracając głowę.

Harvath odsunął się na bok, żeby wpuścić ją do pokoju. W środku przy małym stoliku siedział siwowłosy mężczyzna z cienkim wąsikiem. Miał na sobie czarny golf i szare spodnie, a w stojącej przed nim popielniczce tkwił papieros, z którego sączyła się smużka błękitnego dymu. Monika zmierzyła go wzrokiem.

– Kto to jest?

Harvath obcasem zatrzasnął drzwi pokoju.

– Poznaj Carla Pedersena – powiedział. – Carl, oto Monika Jasińska. Carl jest agentem NIS, norweskiej Służby Wywiadowczej.

– Wiem, co to NIS – odparła Monika.

Pedersen wstał i wyciągnął rękę na powitanie.

– Scot mówił mi, że jesteś z polskiego wywiadu wojskowego. Oddelegowali cię do NATO?

Jasińska pokiwała głową.

– Do sekcji zwalczania terroryzmu. Ale nie rozumiem, jaki udział ma w tym wszystkim norweski wywiad.

– Carl jest naszym łącznikiem – wyjaśnił Harvath.

– Nie, to jest natowskie śledztwo – zaprotestowała kobieta. – Współpracujemy tylko z naszymi lokalnymi agentami.

– Doskonale mówisz po angielsku – wtrącił Pedersen, zmieniając temat. – Ani śladu obcego akcentu.

– Jestem Polką, ale wychowałam się w Chicago. Wróciliśmy do Krakowa, kiedy miałam dwanaście lat – odparła agentka, a jej wzrok padł na stertę telefonów komórkowych leżących na stoliku. – Skąd to macie? – zapytała. – Tylko nie mówcie, że od tego faceta, który uciekł z chaty.

– Uprzedzałem cię, że jest bystra – zwrócił się Harvath do Norwega i sięgnął po butelkę nalewki kminkowej.

Monika pokręciła głową, kiedy przesunął w jej stronę szklaneczkę.

– Nie, dziękuję – powiedziała.

– Napij się – zachęcił ją Pedersen. – Lepiej się poczujesz.

– Wybacz, ale nawet jako szpieg nie masz zielonego pojęcia, jak się…

Harvath odkorkował butelkę.

– To nie była nasza wina – powiedział, napełniając trzy szklanki. – Norweska policja namierzyła w tej chacie wszystkie grube ryby i decyzja o przeprowadzeniu akcji już zapadła. Nasza obecność nie miała na nic wpływu.

Polka oparła się o ścianę, zamknęła oczy i ciężko westchnęła.

– Można było przynajmniej ich ostrzec, żeby nie wpakowali się w zasadzkę. To była rzeź.

– Dostaliśmy ostrzeżenie – odezwał się Pedersen.

Kobieta spojrzała na niego z niedowierzaniem.

– Od kogo?

– Ode mnie – odparł Harvath.

– Od ciebie? Nic nie rozumiem. Podobno nie możemy z nikim rozmawiać o innych zamachach. Co tu się dzieje?

Harvath odstawił butelkę na stół, odsunął krzesło i gestem zachęcił Monikę, żeby usiadła.

Rozdział 7

Chciał jej powiedzieć wiele rzeczy – dla kogo tak naprawdę pracuje, jaki jest cel jego misji i dlaczego wybrał akurat ją – ale jeszcze nie mógł wszystkiego ujawnić.

Wcześniej dokładnie przestudiował jej akta. Miała świetne referencje i wiedział o niej praktycznie wszystko.

Monika Amelia Jasińska. Trzydzieści jeden lat. Metr siedemdziesiąt wzrostu. Jasne włosy i duże orzechowe, niemal sarnie oczy. Jej ojciec był pracownikiem Polskiej Izby Handlowej w Chicago. Ukończyła liceum w Krakowie i dostała się do Akademii Obrony Narodowej. Po studiach wstąpiła do wojska, gdzie dała się poznać jako doskonała agentka wywiadu podczas licznych tur w Iraku i Afganistanie.

Kiedy NATO powołała do życia Połączony Pion Wywiadu i Kontrwywiadu przy Naczelnym Dowództwie Sojuszniczych Sił Europy – SHAPE – Polka otrzymała stanowisko śledczej w sekcji zwalczania terroryzmu. Nieraz dowiodła, że nadaje się do tej roboty jak mało kto.

– Co się tutaj dzieje? – powtórzyła pytanie.

– Miałaś rację – odparł Harvath.

– W jakiej kwestii?

– W każdej. Trzy zamachy i trzech zabitych dyplomatów. W Portugalii snajper, w Hiszpanii bomba, w Grecji zabójca na motocyklu. Wszystko to łączy się w większą całość. A kolejnym elementem jest Norwegia.

Monika wypiła łyk mocnego alkoholu. Czuła się usatysfakcjonowana, słysząc, że ktoś potwierdza trafność jej przypuszczeń, ale jeszcze bardziej nurtowało ją to, dla kogo pracuje Harvath.

Poznała go na lotnisku przed niespełna dwunastoma godzinami. Podobno przyleciał do Norwegii na rozkaz naczelnego dowództwa NATO. Sojusznicze Dowództwo do spraw Transformacji – SACT – miało siedzibę w Norfolku w stanie Wirginia, a jego zadanie polegało na opracowywaniu nowych rewolucyjnych doktryn strategicznych, które zapewniały ciągłą przewagę siłom Paktu Północnoatlantyckiego. Jasińska wiedziała, że jest to po prostu renomowany think tank, ale ubrany w dżinsy i podkoszulek Harvath nie wyglądał jej na akademickiego mózgowca, który spędza cały dzień za biurkiem. Był zbyt wysportowany. Sprawiał wrażenie kogoś, kto przywykł do wyzwań fizycznych. Miał w sobie surowość i powagę człowieka, który widział w życiu wiele drastycznych scen i prawdopodobnie także w nich uczestniczył.

Był również odrobinę zbyt przystojny. Miał twarde męskie rysy, ale nie potrafiła oderwać wzroku od jego przenikliwych niebieskich oczu. Wiedziała, że to płytkie rozumowanie, lecz była skłonna się założyć, że ten facet nie pracuje w takim miejscu jak SACT. Po prostu nie ten typ.

Niepokoił ją również fakt, że odkąd się poznali, Harvath nie tylko przemycił broń przez granicę, naruszył procedury, zabił jednego z podejrzanych i ukradł dowody, ale jeszcze coś przed nią ukrywał. Była pewna, że nie dzielił się z nią wszystkimi informacjami.

– Coś nie tak? – zapytał Harvath, który chyba wyczytał z jej twarzy, że coś ją gnębi.

Pokręciła głową.

– Nie przyleciałeś tu dlatego, że miałam rację, kiedy skojarzyłam tamte zamachy z większym spiskiem.

– Nie?

– Jesteś tutaj, bo Stany Zjednoczone mają teraz zbyt wiele do stracenia. Poprzednie zamachy nie godziły w ich interesy, ale kiedy terroryści postanowili wysadzić magazyny pełne amerykańskiego sprzętu wojskowego, nagle zrobiło się gorąco.

Harvathowi podobało się jej rozumowanie. Oczywiście w grę wchodziły wielkie inwestycje, ale Monika jeszcze nie o wszystkim wiedziała.

– Zaufaj mi – powiedział. – Ty i ja gramy w tej samej drużynie.

– Naprawdę? A co to za drużyna?

– Obydwoje chcemy powstrzymać tę organizację.

– Myślę, że mamy w tej kwestii całkiem odmienne zapatrywania – odparła Jasińska, wskazując na stertę telefonów komórkowych.

– W tej chwili? Być może. Ale pozwolisz, że o coś cię zapytam. Chcesz ich pokonać?

– Co?

– To, co słyszałaś. Chcesz ich pokonać? – powtórzył Harvath. – To proste pytanie.

Kim jest ten facet? – pomyślała.

– Oczywiście, że chcę. Nie przyleciałam tutaj, żeby ponieść klęskę.

– Świetnie. Ale jeśli chcemy to osiągnąć, musimy działać razem.

– Razem? Nawet nie wiem, dla kogo pracujesz i czemu się do mnie przyczepiłeś.

– Jestem tym, kto pomoże ci wygrać.

Jasińska zmierzyła go wzrokiem.

– Pomożesz mi? – zapytała z przekąsem. – Jak? Kradnąc dowody? Zabijając podejrzanych?

– Moniko, mamy do czynienia z przeciwnikiem, który łamie wszelkie zasady. Jeżeli chcemy się z nim rozprawić, musimy postępować tak samo.

– Obawiam się, że Norwegowie mogą nie podzielać twojego stanowiska w tej kwestii.

Harvath spojrzał na Pedersena.

– Czy tutejsze władze będą mi robić problemy?

Siwowłosy agent uniósł rękę i nakreślił w powietrzu znak krzyża.

– Jesteś rozgrzeszony – oświadczył.

– Czy ktoś mi wreszcie powie, co tu się, do cholery, dzieje? – zapytała Jasińska, spoglądając badawczo na swoich rozmówców.

– Posuwamy się o krok do przodu. Oto co się dzieje.

– Do przodu? A kogo wyprzedziliśmy? Wszyscy, którzy byli w tej chacie, nie żyją.

Harvath odstawił szklankę na stolik.

– Oni się nie liczą. Mam na myśli ludzi, którzy tym wszystkim sterują. Tych, którzy zaplanowali i koordynowali zamachy na natowskich dyplomatów w Portugalii, Hiszpanii i Grecji.

– Mówisz o czymś w rodzaju kierownictwa? – upewniła się Monika. – A czy wiesz, kim są ci ludzie? Albo przynajmniej gdzie ich szukać?

– Pracujemy nad tym.

– No więc jaki macie plan? Uganiać się z pistoletem po Europie, dopóki ich nie znajdziecie?

– Przeszkadza ci to?

– Przeszkadza mi łamanie prawa.

– Kwestię zgodności z prawem zostaw mnie – odparł Harvath i gdy w odpowiedzi kobieta pokręciła głową, dodał: – No co?

– Nawet nie wiem, dla kogo tak naprawdę pracujesz.

– Mówiłem ci – zaczął, powtarzając od nowa swoją legendę. – Jestem konsultantem…

– Z dowództwa strategicznego NATO, który w tajemniczych okolicznościach przyleciał tutaj ze Stanów. Nawet gdybym w to uwierzyła, pozostaje jeden problem.

– Jaki?

– Nie lubię tajemnic.

Harvath spojrzał jej w oczy.

– Postawmy sprawę jasno. Sama się zgłosiłaś do tej misji.

Polka parsknęła śmiechem.

– Kiedy dowódca sił sojuszniczych wzywa cię osobiście do swojego gabinetu i powierza ci zadanie, to je przyjmujesz. Zgadzasz się na wszystko.

– Mogę go poprosić, żeby poszukał mi kogoś innego.

– Kogoś tak dobrze wtajemniczonego jak ja? Powodzenia. Musielibyście wszystko zacząć od zera. W całym dowództwie nie znajdziecie nikogo na moje miejsce – odparła Jasińska.

Nawet nie zdawała sobie sprawy, jak trafnie oceniła sytuację.

– A więc wchodzisz w to? – zapytał Harvath.

– Wchodzę, ale musisz coś przyjąć do wiadomości. Jedyną rzeczą, której nie znoszę bardziej od tajemnic, są niespodzianki.

Harvath skwitował jej odpowiedź uśmiechem. On również nie znosił niespodzianek, ale niestety to był dopiero ich początek – dla nich obojga.

Rozdział 8

OKOLICE WARSZAWY, POLSKA

Złodzieje działali szybko, ale z rozwagą. Byli ubrani na czarno, a na głowach mieli bejsbolówki, które zakrywały ich twarze przed kamerami monitoringu. Kiedy skradziony z ciężarówki towar znalazł się w furgonetce, wyjechali z parkingu i pośpiesznie się oddalili.

Nie sądzili, aby ktokolwiek zauważył ich obecność – nawet amerykańscy żołnierze, których właśnie okradli. Mimo to jakiś przypadkowy świadek mógł zadzwonić na policję, dlatego musieli zachować szczególną ostrożność. Żeby nie zwracać na siebie uwagi, postanowili unikać głównych arterii komunikacyjnych i jechali bocznymi wiejskimi drogami. Trwało to dłużej, ale było bezpieczniejsze. Gdyby zostali schwytani, skończyłoby się to wielką aferą na skalę międzynarodową.

Kradzież amerykańskiego sprzętu wojskowego byłaby niezwykle kłopotliwa dla polskich władz, zwłaszcza że zdarzały się takie incydenty. Jesienią przed manewrami sił NATO z kontenera w porcie w Gdańsku zniknęły noktowizory i inne elementy wyposażenia warte ponad pięćdziesiąt tysięcy dolarów.

Tym razem jednak zawartość ładunku była o wiele bardziej wyszukana, a jego zniknięcie pociągało za sobą znacznie poważniejsze konsekwencje. Już sama wzmianka o tym, co przewozili amerykańscy żołnierze, mogłaby wywołać chaos w regionie, a nawet zachwiać całym geopolitycznym układem sił.

Ludzie, którym zlecono tę kradzież, nie mogli wykonać zadania od początku do końca. Nie tym razem. Mieli tylko przetransportować ładunek w ustalone miejsce i wystrzegać się po drodze spotkań ze stróżami prawa. Rzecz o wiele prostsza w teorii niż w praktyce, zwłaszcza w Polsce, gdzie zazwyczaj gliniarze pojawiali się w najmniej odpowiednim miejscu i czasie, często wykazując nadmierne zainteresowanie każdym, nawet całkiem niepozornym szczegółem.

Choć zachowanie takie prawdopodobnie wynikało po części ze zdrowej podejrzliwości typowej dla wszystkich sił porządkowych, to tutaj w dodatku była Polska. Całe pokolenia mieszkańców tego kraju, który zaledwie przed trzydziestu laty zrzucił jarzmo komunistycznej tyranii, miały podejrzliwość zakodowaną w genach. Ci, którzy wtedy patrolowali ulice, teraz byli instruktorami w szkole policyjnej lub nawet piastowali kierownicze stanowiska w organach bezpieczeństwa. Wciąż dało się tutaj zauważyć pozostałości dawnych czasów.

Żeby nie pozostawić cyfrowego tropu w mijanych stacjach przekaźnikowych, dwaj złodzieje wyjęli baterie i karty ze swoich telefonów komórkowych, a następnie umieścili je w specjalnym etui tłumiącym sygnał. Z tego samego powodu wybrali starszy samochód i nie korzystali z nawigacji satelitarnej. Pod względem technologicznym cofnęli się w czasie. Siedzący w fotelu pasażera mężczyzna wpatrywał się w szczegółową mapę, którą oświetlał sobie latarką z czerwonym filtrem, i uprzedzał swojego kolegę o zbliżających się skrętach albo rozwidleniach. Zgodnie z wpojonym podczas szkolenia wojskowego nawykiem mówił wszystko dwa razy, a kierowca powtarzał każdą informację.

Minęło kilka godzin, zanim dojechali do miejsca przeładunku. Znajdowali się na wsi. Na bezchmurnym niebie skrzyły się gwiazdy, a zimny wiatr niósł woń obornika. Pasażer wyjął spod kurtki pistolet WIST-94, upewnił się, czy nabój tkwi w komorze, i wysiadł z samochodu. Szybko rozejrzał się po okolicy, a potem otworzył drewniane wrota starej rozpadającej się stodoły. Jego kolega wjechał do środka. Czekała tam na nich srebrna skoda kodiaq.

Mężczyźni wytarli starannie kabinę, usuwając odciski palców, i wyjęli z furgonetki skrzynie, które ukradli amerykańskim żołnierzom. Potem ułożyli ich zawartość w bagażniku SUV-a, w którym ktoś wcześniej złożył już tylne fotele. Gdy cały ładunek znalazł się w środku, nakryli go kocami i kierowca wyprowadził skodę ze stodoły.

– Gotowy? – zwrócił się do kolegi, który zamknął wrota i dołączył do niego.

Drugi mężczyzna pokiwał głową, po czym uruchomił GPS i wyznaczył trasę na Białoruś.

Rozdział 9

KALININGRAD, FEDERACJA ROSYJSKA

Zanim Oleg Tretiakow otworzył oczy i spojrzał na wyświetlacz komórki, już wiedział, kto go wyrwał z głębokiego snu. Rozpoznał go po dzwonku.

Tylko nieliczni znali jego numer. Teraz jednak nie miało znaczenia, kto chciał z nim rozmawiać. Na pewno miał do przekazania jakąś złą wiadomość, w przeciwnym razie nie dzwoniłby o tej porze. Oleg sięgnął do stolika nocnego i wyłączył telefon, odrzucając połączenie. Dzwonek natychmiast umilkł.

Odrzucił kołdrę i wstał z łóżka. W mieszkaniu panował chłód. Założył szlafrok i z laptopem pod pachą skierował się do kuchni.

Zegar na ekspresie do kawy pokazywał piątą nad ranem. Oleg przestawił go na sterowanie ręczne i rozpoczął parzenie. Nie potrafiłby już zasnąć. Jakikolwiek problem sprawił, że ktoś zdecydował się go obudzić w środku nocy, chciał stawić mu czoła z jak największą przenikliwością umysłu.

Kiedy z ekspresu dobiegło bulgotanie, odsunął krzesło, usiadł przy stole i włączył komputer.

Pod względem liczby użytkowników internetu Rosja zajmowała pierwsze miejsce w Europie i szóste na świecie. Dlatego dokładne monitorowanie każdego ze stu dziewięciu milionów internautów było praktycznie niemożliwe. Do śledzenia dysydentów i zapobiegania potencjalnym problemom władze używały wysoce zaawansowanych algorytmów wyłapujących tysiące kluczowych słów i wyrażeń. Jednak mimo swego wyrafinowania programy te wychwytywały mnóstwo komunikatów, które nie zawierały niczego, co mogłoby stanowić zagrożenie dla Federacji Rosyjskiej.

Jako pułkownik GRU, osławionej agencji rosyjskiego wywiadu wojskowego, Tretiakow potrafił zacierać za sobą ślady pozostawione w sieci. Przed swoimi zwierzchnikami nie miał nic do ukrycia, ale zachowanie tajemnicy było w jego branży sprawą najwyższej wagi. Ponieważ wrogie mocarstwa nie dawały za wygraną, zawsze należało się liczyć z ewentualnością, że w rosyjskim aparacie bezpieczeństwa działa jakiś kret.