Strona główna » Sensacja, thriller, horror » Będę Cię szukał, aż Cię pokocham

Będę Cię szukał, aż Cię pokocham

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-949557-7-9

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Będę Cię szukał, aż Cię pokocham

Mijają dwa lata, odkąd Wally odszukał Kesję – miłość swego życia – i razem z Iną pokonał ludzi pracujących dla bezwzględnego koncernu Yeyland-Wutani. Teraz trójka dwudziestolatków obdarzonych niezwykłymi umiejętnościami pracuje dla Międzynarodowej Agencji do Spraw Nadprzyrodzonych, pod okiem Sary Bednarz i Andrzeja Sokoła. W fabryce położonej przy granicy z Niemcami finalizują prace nad niezwykle ważnym wynalazkiem.
Niestety, związek Wally’ego i Kesji przechodzi kryzys. Na domiar złego chłopak zaczyna się interesować Iną, nie zdając sobie przy tym sprawy, że ta od dawna się w nim podkochuje. Jakby tego było mało, fabryka zostaje zniszczona w wyniku katastrofy kolejowej.
Fiasko projektu sprawia, że Sara Bednarz musi walczyć o to, aby dowodzony przez nią europejski oddział Agencji nie przestał istnieć. Problemy dotykają też Wally’ego, który wikła się w uczuciową rozgrywkę z Kesją i Iną. Sokół zaś – nie wierząc w przypadki – podejmuje własne śledztwo w sprawie wypadku kolejowego.
Wkrótce wszyscy stają na drodze spisku, który ma zmienić świat bezpowrotnie.

Polecane książki

Alicja w krainie czarów to książka od dziesięcioleci należąca do ścisłego kanonu literatury światowej - nie tylko tej dziecięcej. Jej znajomość, także dzięki licznym opracowaniom adresowanym dla dzieci - w tym filmom i animacjom - jest powszechna niemal na całym świecie. Główna bohaterka książk...
Ilustrowana solucja gry akcji Chrome, w całości wykonanej przez polskich programistów. Mimo iż sama gra nie jest zbyt skomplikowana, to ciekawa fabuła rodem z science-fiction gwarantuj e wiele godzin doskonałej rozgrywki. Chrome - poradnik do gry zawiera poszukiwane przez graczy tematy i lokacje jak...
KONTYNUACJA BESTSELLERA „Porady na zdrady. KŁAMCY ZDRADZAJĄ, A ZDRAJCY KŁAMIĄ”. Książka zdobyła nagrodę miesiąca Magazynu Literackiego Książki w 2011   Autorzy po raz kolejny poruszają problematykę niewierności. Doświadczony detektyw udziela czytelnikowi szeregu praktycznych porad, jak w kryzysowej ...
Jeśli jesteś „nim” – czy wkroczysz w świat koszmaru, gdy trzeba będzie ratować rodzinę? A co, jeśli rodzina cię za to przeklnie? Jak dowiedziesz, że jesteś prawdziwym mężczyzną? Jeśli jesteś „nią” – co zrobisz, gdy, zawiedziona przez męża, napotkasz swojego mrocznego księcia z bajki? Czy zawsze musi...
Wanda Gertz. Opowieść o kobiecie żołnierzu to książka poświęcona jednej z najdzielniejszych Polek, która w męskim przebraniu wyruszyła na front I wojny światowej. Całe swoje życie oddała temu co najbardziej kochała - wojsku m.in. współtworząc Organizację Przysposobienia Wojskowego Kobiet, blisko ...
„Czarny huzar” to wielowątkowa opowieść o wyprawie do Polski – i jej dalszych konsekwencjach - luterańskich misjonarzy z Institutum Judaicum et Muhammedicum w Halle, mającej na celu nawrócenie na protestantyzm głośnego żydowskiego mistyka i herezjarchy z Podola, Jakuba Lejbowicza Franka. Akcja p...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Krzysztof Koziołek

Redakcja i korekta

Jolanta Paczkowska

Projekt okładki

Kamil Pietruczynik

www.kamilpietruczynik.pl

Zdjęcie na okładce

Andrew Lozovyi

Obraz licencjonowany przez

Depositphotos.com/Drukarnia Chroma

Skład i łamanie

Krzysztof Kokosiński

Copyright © by Krzysztof Koziołek 2019

Copyright © by Manufaktura Tekstów 2019

www.manufakturatekstow.pl

Oficjalna strona internetowa autora

www.krzysztofkoziolek.pl

Wydanie pierwsze

Nowa Sól 2019

ISBN 978-83-949557-8-6

Konwersja do formatów epub i mobi

Tomasz Fiałkowski

Dedykuję

Mamie

Drogie Blogerki!

Drodzy Blogerzy!

Drogie Czytelniczki!

Drodzy Czytelnicy!

Stworzenie powieści z kluczem wymaga od jej autora
wiele poświęcenia i ciężkiej pracy. Wszystko po to, aby ci, którzy będą ją
czytać, dobrze się bawili podczas lektury.

Dlatego gorąco prosimy: uszanujcie to, i w swoich
recenzjach, postach i komentarzach nie zamieszczajcie informacji, które
innym potencjalnym Czytelnikom mogłyby zdradzić wątki istotne dla fabuły.

Prolog

Natan Kostrzewa stanął w rozkroku, próbując zniwelować
kołysanie pociągu tak mocno, jak tylko się dało. Wyciągnął maksymalnie
prawą rękę uzbrojoną w smartfon, wyprostował środkowy palec lewej dłoni,
po czym zrobił jej zdjęcie, uśmiechając się przy tym pod nosem.

Stał samotnie na końcu korytarza ostatniego wagonu,
obmyślając zemstę na dwóch kolegach z klasy. Kwadrans wcześniej poniżyli
go na oczach Darii Witebskiej, w której od roku podkochiwał się, niestety
bez wzajemności. Co prawda nic konkretnego jeszcze w ramach rewanżu nie
wymyślił, ale fuck
you na dobry początek nadawało się wręcz
idealnie.

Kliknął w ekran telefonu, zaklął pod nosem, widząc
komunikat o niewysłaniu wiadomości. Odkąd wjechali w Bory Dolnośląskie,
aparat co chwilę tracił zasięg, przez co praktycznie wszyscy w klasie
zaczęli się denerwować, nie mogąc ze sobą czatować na Facebooku. Może
przez to tych dwóch debili zrobiło mi kawał — zżymał się w myślach.

Spróbował ponownie wysłać fotkę, bezskutecznie. Już
miał odłożyć smartfon do kieszeni, gdy za oknem dostrzegł wielki burzowy
obłok, niezwykle ciemny, tak bardzo, że granatowy kolor praktycznie
przechodził w czerń. Kostrzewa dałby sobie głowę uciąć, że jeszcze chwilę
wcześniej niebo było bezchmurne. Nagle obłok zaczął się w dziwny sposób
rozszerzać. Bez namysłu opuścił okno, wychylił przez nie ręce i zaczął
nagrywać niecodzienny spektakl.

Kiedy z nieba spadły pierwsze krople deszczu,
uśmiechnął się z satysfakcją pod nosem. Jego smartfon był z górnej półki —
można go było wstawić pod silny strumień wody z kranu — ci dwaj debile o
takim sprzęcie mogli tylko pomarzyć.

Pociąg wyjechał z lasu i widok drzew zastąpiło pole
kukurydzy, zaraz potem skład zaczął wjeżdżać w ostry i długi zakręt.
Kostrzewa najpierw zobaczył prowadzącą go lokomotywę, a chwilę później
pierwszy wagon, w oknach którego widać było wychylające się postaci. Nie
musiał wyostrzać wzroku, nawet z tej odległości rozpoznał wściekle żółte
koszulki bliźniaków, jak powszechnie nazywano jego durnych kolegów z
klasy.

W pierwszej chwili pomyślał, żeby im pomachać, tak
szybko jednak, jak wpadł na ten pomysł, tak go porzucił. Nie chodziło
bynajmniej o niechęć do swoich szkolnych prześladowców, lecz o drugą
lokomotywę, która wyłoniła się w oddali zza ściany deszczu, ciągnąc za
sobą sznur cystern. Minęło kilka sekund, zanim mózg chłopaka poradził
sobie z nową informacją i zestawił ją z inną, mianowicie taką, że linia
kolejowa, którą podróżowali, była jednotorowa.

Kiedy to sobie uświadomił, poczuł silne parcie na
pęcherz i musiał mocno ścisnąć nogi, aby nie popuścić. Sekundę później
jego wagonem gwałtownie szarpnęło, a z zewnątrz doleciał przeraźliwy pisk
hamulców.

Ciało Kostrzewy tak bardzo przybrało na wadze, że
jedną ręką nie dał rady przytrzymać się okna. Runął na podłogę,
upuszczając przy tym smartfon.

*

Maszynista pociągu towarowego Stefan Stolarczyk
stracił cenne dwie sekundy, przecierając szybę, jakby chciał sprawić, że
rozciągający się za nią widok, mrożący krew w żyłach, zniknie. Kolejną
zmarnował, próbując przywołać sobie obraz sygnału podawanego przez semafor
na bocznicy, z której wyruszył niespełna kwadrans wcześniej. Typowo
ludzkie zachowanie sprawiło, że hamowanie awaryjne uruchomił poniewczasie.
Zresztą, nawet gdyby zareagował dokładnie w tym w momencie, jak tylko
dostrzegł lokomotywę pociągu osobowego wyłaniającą się z zakrętu, niewiele
by to zmieniło.

Lepszym refleksem popisał się prowadzący drugi skład,
ale i jego zdecydowanie nie mogło uchronić obu pociągów od zderzenia.
Droga hamowania przy ich prędkości i wadze — szczególnie lokomotywy
towarowej ciągnącej za sobą czterdzieści cystern z ropą naftową — była
kilkadziesiąt razy dłuższa niż dzielący je dystans.

*

Sekundę przed uderzeniem Kostrzewie udało się złapać
smartfon i wsunąć do kieszeni. Zaraz potem wyrzuciło go w powietrze. Zanim
z powrotem wylądował na podłodze korytarza, uderzył bokiem w drzwi jednego
z przedziałów, boleśnie tłukąc udo o wystający uchwyt na przesuwanych
drzwiach. Nie zwrócił na to jednak większej uwagi, adrenalina była tak
duża, że nie poczułby nawet złamania.

Pisk włączonych hamulców ustąpił przeraźliwemu
odgłosowi zgniatanej i rozdzieranej blachy. Chwilę później — Kostrzewa nie
był w stanie ocenić, ile dokładnie — nastała cisza, którą szybko wypełniły
okrzyki nawołujących się ludzi zmieszane z jękami rannych.

Chłopak wyjrzał przez wybite okno. Zobaczył wielką
stertę wymieszanego ze sobą żelastwa, w którym z trudem dało się odróżnić
obie lokomotywy. Zaczął szukać wzrokiem początkowego wagonu, tego, w
którym pierwsze przedziały zajmowali koledzy i koleżanki z klasy. Dopiero
po dłuższej chwili dotarło do niego, że jego sprasowana większość znajduje
się pod wrakiem spalinowozu. Na myśl o tym, co spotkało kumpli ze
szkolnych ław, żółć podeszła do gardła, chwilę potem upadł na kolana i
zwymiotował.

Właśnie wtedy pokiereszowanym wagonem targnął podmuch
wybuchu pierwszej cysterny. Moment słabości uratował Kostrzewie życie,
jako że miejsce, w którym nie tak dawno znajdowała się jego głowa,
przeciął kawałek ostrej blachy.

On jednak nie zdawał sobie z tego nawet sprawy. Pod
wpływem adrenaliny przeszedł do działania: nie bez trudu odsunął drzwi
najbliższego przedziału, po czym zaczął ratować matkę z trójką
poturbowanych dzieci. Kobieta miała połamane obie ręce i nie była w stanie
otworzyć okna. Kostrzewa zrobił to za nią.

Pomógł jej wydostać się na zewnątrz, opuścił na ziemię
płaczące maluchy i kazał wszystkim uciekać jak najdalej od pociągu. Już
miał ruszyć do sąsiedniego przedziału, kiedy doszło do kolejnej eksplozji,
zaraz po niej do następnej. Nie namyślając się wiele, chłopak wyskoczył
przez okno, chwycił dwójkę najmniejszych dzieciaków pod pachy i zaczął
biec za kobietą i jej najstarszą pociechą.

Kiedy przedzierali się polem między ciasno rosnącymi
wysokimi łodygami, obijani przez dojrzałe kolby, Kostrzewa zaczął odnosić
absurdalne wrażenie, że wcale nie uciekają przed potężnymi eksplozjami, tylko małymi mordercami z „Dzieci kukurydzy”.

*

Już pierwsi strażacy, którym udało się dotrzeć na
miejsce wypadku, zorientowali się, że nie mają do czynienia ze zwykłymi
wybuchami, tylko takimi, które w fachowym języku nazywa się z
angielskiego: BLEVE1. Dochodziło do nich wtedy, gdy powłoka
cysterny z łatwopalnym paliwem ciekłym została nagle uszkodzona na dużej
powierzchni, przez co gaz znajdujący się w górnej części zbiornika
rozprężał się, gwałtownie obniżając ciśnienie panujące nad poziomem
cieczy. Ta z kolei przechodziła w stan wrzenia, ulatujące opary zapalały
się, dodatkowo ogrzewając cysternę i zwiększając ciśnienie. Po
przekroczeniu jego krytycznego poziomu zbiornik rozrywał się, paliwo
płynne zamieniało się w parę i mieszało z powietrzem, zwiększając objętość
nawet kilkaset razy i stwarzając śmiertelnie niebezpieczną miksturę. Po
zapłonie takiego obłoku następowała eksplozja wyglądem przypominającą
wybuch małej bomby atomowej. Także niszczycielskie efekty były podobne:
pochłaniała wszystko, co tylko napotkała na swej drodze.

Skala tragedii byłaby znacznie mniejsza, gdyby nie
zbieg niekorzystnych okoliczności. Przedostatni wagon pociągu osobowego
zatrzymał się na przejeździe kolejowym prowadzącym do starej fabryki
cegieł znajdującej się nieopodal, blokując tym samym przejazd wozom
strażackim. Kolejna przeprawa przez torowisko znajdowała się w odległości
ponad dwóch kilometrów. Jakby tego było mało, prowadziła do niego wyboista
polna droga, przez co służby ratunkowe straciły kolejnych kilkanaście
cennych minut. Jak na ironię losu: w momencie, kiedy oba pociągi się
zderzyły, ulewny deszcz ustał, jak ręką odjął.

To wszystko wystarczyło, aby pożar objął połowę
cystern, cały skład osobowy oraz stojące obok zabudowania przemysłowe.
Początkowo strażacy tymi ostatnimi nie zawracali sobie głowy. Dopiero,
kiedy któryś z nich zorientował się, że w dawnej cegielni nadal trwa
produkcja i zostali w niej uwięzieni ludzie, część sił przerzucono pod
płonące hale.

Dla większości pasażerów pociągu osobowego było już
jednak za późno na ratunek. Akcji nie ułatwiały zapadające ciemności, jak
też fakt, że mimo wysiłków strażaków, którzy starali się schładzać ocalałe
zbiorniki, cały czas istniało realne niebezpieczeństwo ich wybuchu.

Dopiero nad ranem następnego dnia udało się dokonać
bilansu ofiar. W zderzeniu pociągów i pożaru, jaki w jego wyniku wybuchł,
śmierć poniosło siedemdziesiąt pięć osób, kolejnych osiemnaście uznawano
za zaginione. Prawie dwustu pasażerom — w tym Natanowi Kostrzewie — udało
się uratować, ale wiele osób zostało rannych, kilkanaście ciężko.

Rozdział 1

Centrum Treningowe wybudowano w ekspresowym tempie na
peryferiach Cottbus, drugiego co do wielkości miasta Brandenburgii, zaraz
po Poczdamie. Lokalizacja nie była przypadkowa, kilka kilometrów na północ
działała jedna z największych niemieckich elektrowni: Jänschwalde,
korzystająca z lokalnych złóż węgla brunatnego. Zakład produkował energię
wystarczającą na roczne zużycie dla pięciu milionów osób, dzięki temu
Centrum Treningowe miało zapewnioną ciągłość dostaw. Nie do przecenienia
był też fakt, że przy takiej skali jego ogromny pobór mocy nie rzucał się
w oczy.

Wielki kompleks tworzyło osiem przestronnych hal,
potężna serwerownia oraz zaplecze mieszkalno-użytkowe. W tym ostatnim
mieściło się kilka apartamentów, jeden z nich zajmowała Ina. Lokal składał
się z łazienki, pokoju dziennego, salonu połączonego z aneksem kuchennym i
sypialni. Poza łazienką wszystkie pomieszczenia były wyposażone w okna,
mimo to dziewczyna zwykła była utrzymywać w nich stan półmroku. Z tego
powodu wybrała mieszkanie usytuowane po północnej stronie, nie bacząc na
to, że miała do dyspozycji o wiele lepiej doświetloną część wschodnią i
zachodnią — południową jako pierwszy zarezerwował sobie Wally.

Także teraz, kiedy leżała na łóżku w sypialni, ta
skąpana była w ciemności. Ina niezwykle rzadko korzystała z żyrandoli
wyposażonych w mocne żarówki, podobnie jak nieczęsto rozsuwała szczelnie
zaciągnięte grube kotary. Mrok rozświetlała zwykle jedynie nocną lampką.

Dziewczyna wbiła wzrok w sufit, wsłuchując się w
odgłosy kropel deszczu leniwie uderzających w okno, próbując zmusić się do
pójścia do łazienki. Dzisiejszy trening był potwornie wyczerpujący, przede
wszystkim za sprawą dodatkowego obciążenia, które dołożono w ostatniej
chwili, nie uprzedzając żadnego z trojga biorących w nich udział Mediów. I
chociaż Ina nie bała się ciężkiej pracy, to jednak każda zmiana misternie
zaplanowanego harmonogramu działała na nią deprymująco.

Jakby tego było mało, właśnie dziś Wally wypachnił się
nowymi perfumami, co totalnie rozbiło ją psychicznie. Minusem była
reprymenda ze strony operatora systemu — pierwsza od bardzo długiego czasu
— plusem dużo większa intensywność zapachu, dzięki czemu przez cały
trening czuła, jakby chłopak znajdował się tuż obok niej, na wyciągnięcie
ręki, a nie po drugiej stronie hali, w jednej z trzech identycznych kadzi,
jakich używali razem z Kesją.

Kesja… Na myśl o dziewczynie Wally’ego poczuła
niemiłe ukłucie w okolicy serca. Świat nigdy nie był i nigdy nie będzie
sprawiedliwy — westchnęła w myślach. Wiedziała o tym już jako dziecko, w
czasie, kiedy razem z przybranymi rodzicami — biologiczna matka wtedy nie
żyła, a ojca nigdy nie poznała — co rusz musiała zmieniać miejsce
zamieszkania. Wystarczyło, że ktoś dziwnie spojrzał na nią w autobusie czy
markecie, a opiekunowie zarządzali ciche pakowanie dobytku i nocną
przeprowadzkę tak, aby umknąć ciekawskim spojrzeniom sąsiadów. Bywało, że
w nowym mieście zagrzewali miejsca na rok, dużo częściej jednak było to
jedynie kilka miesięcy, a zdarzało się, że tylko tygodni.

Była dzieckiem, nie rozumiała, dlaczego musi zostawiać
szkołę, przyjaciółki oraz panie nauczycielki i przenosić się w nieznane,
obce miejsce. Pytania, którymi zasypywała rodziców, pozostawały bez
odpowiedzi. Wieczorami naciągała więc na siebie kołdrę i godzinami
płakała, użalając się nad nieszczęsnym losem, tęskniąc za nawiązanymi
przyjaźniami.

Całe życie uciekała, aż do momentu, w którym przyszli
oni i jej smutne życie zamienili w koszmar. Wtedy szybko zatęskniła za
przeprowadzkami, wówczas wydały się jej tylko nic nieznaczącymi epizodami.
Nawet te nikłe przyjaźnie i krótkie zakochania zaczęły nabierać innego
wymiaru.

Miłość… — westchnęła ponownie, wierzchem dłoni
ocierając łzy z policzków. Nie ma sprawiedliwości… Jedni mają wszystko,
drudzy nic. To, czego niektórym tak bardzo brakuje — i za co oddaliby
wszystkie skarby świata — inni mają w nadmiarze, często nie potrafiąc tego
nawet docenić. Syty nie zrozumie głodnego, a bogaty biedaka. Nie musiała
nawet daleko szukać, wystarczyło spojrzeć na Kesję. Przecież Wally
zapatrzony był w nią jak w obrazek, zakochany po uszy, świata poza nią
niewidzący. A ona?

Ina chwyciła obiema dłońmi za kapę narzuconą na
pościel, zacisnęła je z całych sił. Puściła dopiero wtedy, gdy zdała sobie
sprawę, że w materiale zrobiła dziury. Przygryzła wargę, walcząc ze
wzbierającą na nowo złością. Nie mogła zrozumieć, dlaczego Kesja tak
często odtrącała zaloty ukochanego. Czyżby krępowała się tym, że niby
przypadkowo ją dotykał, szykując do wejścia do kadzi? Że skradał całusa na
stołówce, gdy stali w kolejce, przekomarzając się i rzucając na siebie
nitki makaronu?

Gdyby tak podszedł do niej… Musnął jej kark
palcem… Szepnął coś miłego do ucha… Nie obrażałaby się, nie strofowała,
nie piekła raka i w końcu nie hamowała, tylko rzuciła mu się na szyję,
zupełnie nie przejmując się tym, że ktoś jest tego świadkiem!

Kesja tego nie potrafiła. Może dlatego, że nie umiała
docenić szczęścia danego jej przez los? Nawet, kiedy zmuszona
okolicznościami, zniknęła na rok, Wally cały czas kochał ją nieustannie. I
szukał tak długo, aż odnalazł.

Takiego chłopaka mogłaby pozazdrościć jej niejedna
dziewczyna w ich wieku. Całkowicie oddany w miłości i szalenie przystojny.
I te szerokie bary, umięśnione tak, jak należy, nieprzesadnie, na tyle,
żeby — kiedy trzeba — móc wziąć ukochaną na ręce i przenieść przez kałużę,
leśną rozpadlinę czy górską przepaść…

Ina uśmiechnęła się sama do siebie, czując ciepło
rozlewające się wewnątrz ciała, gdy przypomniała sobie przygotowania do
dzisiejszego treningu. Już dawno temu zorientowała się, że męską szatnię
można podejrzeć za pomocą niewielkiego kanału wentylacyjnego, który
znajduje się w przebieralni zajmowanej przez nią i Kesję. Wystarczyło
tylko wspiąć się na krzesło, zdjąć kratkę i wbić spojrzenie w lustro,
uważając przy tym na towarzyszkę.

Zaraz po tym, jak dziewczyna przywołała widok
Wally’ego wyginającego się i prężącego muskulaturę, na jej twarzy rozlała
się błogość. Trwało to kilkanaście sekund, może pół minuty, było krótkie
jak mgnienie oka, ale wystarczyło, by móc przenieść się w krainę marzeń.

Bo ona umiała cieszyć się z najmniejszego drobiazgu,
jaki życie dawało jej w prezencie. Nauczyła się tego. Musiała. Nie miała
innego wyjścia. Inaczej nie poradziłaby sobie z traumą tych wszystkich
straconych lat, kiedy, zamknięta przez Nadzorcę w Lodówce, służyła tylko
za armatnie mięso.

Na wspomnienie tamtych czasów wzdrygnęła się nerwowo.
Momentalnie przywołała się jednak do porządku, zaczęła głęboko oddychać,
odświeżając w pamięci widok idealnie ogolonej klatki piersiowej Wally’ego
chwilę potem skrytej pod nową koszulką.

Tej samej, o którą dzisiaj rano, w wejściu na
stołówkę, niby przypadkowo się otarła.

Tej samej, która uwodziła nowym zapachem.

Tej samej, którą — gdyby tylko miała okazję —
zerwałaby z niego, aby móc obsypać pocałunkami jego piękne ciało.

Tej samej, którą ukradła z męskiej szatni.

Rozwarła prawą dłoń, nie bez problemu uwalniając palce
ze strzępów materiału. Delikatnie chwyciła za t-shirt, przesunęła go
bliżej głowy. Ostrożnie, niemal z nabożną czcią, przyłożyła do twarzy,
chłonąc woń liści cedrowych, jaśminu i zielonego jabłka mieszających się z
silnym aromatem piżma.

Wciągnęła głęboko powietrze. Nie wypuszczając go,
odłożyła koszulę na bok — nie chciała zużyć całego bukietu od razu — po
czym zamknęła oczy.

Chwilę potem stanęła w drzwiach męskiej szatni,
patrząc na dynamiczne ruchy Wally’ego zakładającego koszulkę. Pozwoliła,
aby materiał opadł na jego umięśnione ciało, dopiero wtedy podeszła
bliżej, stając za nim tak, aby zobaczył ją w lustrze.

Zbliżyła głowę do jego karku, koniuszkami ust
delikatnie dotknęła skóry. Wyczuła, jak zadrżał, w tej samej sekundzie i
jej ciałem wstrząsnął dreszcz rozkoszy.

Położyła swoje dłonie na barczystych ramionach
chłopaka, następnie przylgnęła do jego ciała swoim.

Wtedy się odwrócił.

Zobaczyła, jak głęboko oddycha.

Zbliżył się do niej, przywierając ciałem.

Poczuła jego naprężoną męskość.

Wsunął prawą dłoń pod jej włosy, odsunął niesforny
kosmyk za ucho, tuż obok miejsca, w którym skórę zdobiła mała blizna, po
czym pocałował ją w usta.

W brzuchu poczuła przyjemne ciepło. Jęknęła w
ekstazie.

Drugą rękę wsunął pod jej bluzkę.

Kiedy aksamitna skóra jego palców dotknęła jej
brzucha, nogi się pod nią ugięły.

Śmiało ruszył w górę.

Przez koronkowy materiał biustonosza wyczuła ciepło
jego ciała. Nagle chwyciła Wally’ego za przeguby i zrobiła pół kroku do
tyłu, mrucząc przy tym w miłosnym uniesieniu. Chwyciła palcami za koszulkę
i jednym gwałtownym pociągnięciem zdarła ją z niego.

Rozdział 2

— Gdzie lezie?! — Głos policjanta z twarzą
ubrudzoną sadzą nie pozostawiał złudzeń, jeśli chodzi o nastrój
właściciela. — Ślepy jest?! — Ręką pokazał na taśmę ogradzającą teren
dawnej fabryki cegieł. — A może nie umie czytać?!

— Ja to po prostu uwielbiam. — Andrzej Sokół
zmarszczył nos po tym, jak doleciała do niego nowa porcja spalenizny. —
Komuna upadła prawie trzydzieści lat temu, ale jej duch wiecznie żywy! —
Spojrzał porozumiewawczo na towarzyszącą mu piękną kobietę. Od momentu, w
którym wysiedli ze śmigłowca, Sara Bednarz nie odezwała się słowem, ale i
tak widział po niej, jak bardzo wstrząsnęło nią to, co zobaczyli. Stresu
dołożyło też bezproduktywne oczekiwanie na lotnisku w Londynie. W
promieniach wschodzącego słońca, które właśnie zaczęło nieśmiało wyglądać
zza horyzontu, zgliszcza wyglądały jeszcze bardziej makabrycznie. — Pan
zestresowany ciężką pracą w policji czy może ma focha, bo ktoś mu kazał
pilnować dobytku? — Pokazał głową na zabudowania.

— Powiedziałem: won! — Policjant nie miał zamiaru
wdawać się w dyskusję.

— Won? — Sokół prowokacyjnie zrobił krok w
kierunku taśmy.

— Nikomu nie wolno wchodzić! — Funkcjonariusz
zareagował natychmiast, zastawiając sobą dojście.

— Nam wolno. — Sara Bednarz sięgnęła do kieszeni.

— Jak nikomu, to nikomu… — Na widok kobiety o
urodzie modelki policjant nieco złagodniał.

— Nam wolno — powtórzyła, wyjmując legitymację.

— A kim wy jesteście? — Otaksował wzrokiem figurę
rozmówczyni.

— Agent Fox Mulder i Dana Scully — wyparował
Sokół. Z jednej strony schlebiało mu, że jego partnerka robiła tak wielkie
wrażenie na innych mężczyznach, z drugiej jednak w takich sytuacjach nie
mógł pozbyć się ukłucia zazdrości.

— Sara Bednarz, Krajowy Instytut Nasiennictwa. —
Pokazała legitymację, zmroziwszy Sokoła spojrzeniem.

— A ty już się nie wygłupiaj — poleciła tonem
nieznoszącym sprzeciwu. — Gdzie są moi ludzie? — skierowała pytanie do
strażnika.

— W tamtym namiocie. — Policjant kiwnął głową,
nie odrywając przy tym oczu od bluzki ciasno opinającej kształtne piersi.
— Długo jeszcze będę musiał pilnować tego burdelu?

— Burdelu? — Wbiła w niego spojrzenie.

— Tej rudery — poprawił się natychmiast. — Całą
noc tutaj waruję… — tłumaczył się jak strofowany uczniak.

— Podobnie jak pół mojej komendy… Jakby nie było
ważniejszych rzeczy do robienia niż pilnowanie kupy złomu — dodał,
szukając zrozumienia.

— Jeszcze chwilę. — Nie patrzyła na
funkcjonariusza, tylko na wojskową ciężarówkę, która zamajaczyła właśnie
między drzewami. Nie zająknęła się przy tym słowem, że to ona — zaraz po
tym, jak dowiedziała się o katastrofie kolejowej i pożarze fabryki —
nakazała separację zabudowań od osób postronnych, strażaków, a nawet
policji. Normalnie zabudowań pilnowała grupa świetnie wyszkolonych
najemników — w większości byłych komandosów zadowolonych z ciepłej posadki
— teraz jednak potrzebne było wsparcie, chociażby z tego prozaicznego
powodu, że wielu pracowników podtruło się dymem.

— Świetnie! — Mundurowy zatarł dłonie.

— Zobacz, co z naszymi — rzuciła Sara Bednarz w
stronę Sokoła, nie zwracając uwagi na policjanta. — Ja rozlokuję chłopaków
ze Świętoszowa.

— Okay — rzekł Sokół. Nagle zamknął oczy, palcami
dłoni zaczął pocierać skronie.

— A tobie co znowu? — niecierpliwiła się.

— Łeb mi pęka — wyjaśnił, krzywiąc się mocno. —
Pewnie z niewyspania…

— Przecież spałeś cały lot.

— W takim hałasie? Co to za spanie… — Machnął
zrezygnowany ręką. Ruszył do namiotu, cały czas przypatrując się przy tym
ukochanej zmierzającej w stronę nadjeżdżającej ciężarówki. Odkąd ponad dwa
lata temu ściągnęła go do pracy u siebie, ich związek odżył na nowo,
wybuchając ze zdwojoną siłą.

Wojskowy pojazd zahamował, wzbudzając tuman kurzu.
Chwilę potem zaczęli z niego wyskakiwać żołnierze. Sara Bednarz podeszła
do najwyższego rangą, przywitała się, po czym zaczęła pokazywać miejsca do
obstawienia.

Sokół patrzył na nią jak zahipnotyzowany. Stanowczość
była jedną z cech, które tak w niej hołubił, szczególnie w łóżku,
aczkolwiek bywały momenty, kiedy irytowała go tym do granic możliwości.

Na wspomnienie miłosnych igraszek spojrzał na tyłek
partnerki, wyobrażając sobie, jak zdziera z niego spodnie na pace
ciężarówki, w środku pobliskiego lasu.

Właśnie wtedy Sara Bednarz się odwróciła. Widząc, jak
Sokół stoi bezczynnie, wymownym ruchem ręki wskazała namiot.

*

Kwadrans później posterunki strażnicze były
rozstawione, a Sokół przełożonej i kochance w jednej osobie zdawał już
raport o stanie zdrowia pracowników fabryki. Na szczęście nikt nie zginął,
jedynie dwie osoby zostały ranne podczas ewakuacji — jedna złamała ręką,
druga nogę w kolanie — a kilkanaście innych zatruło się dymem.

Chwilę potem doszło do małego zamieszania, a to za
sprawą komendanta miejscowej policji, który nie mógł pogodzić się z
zakazem wejścia na teren fabryki swoich ludzi z dochodzeniówki. Na Sarę
Bednarz nie działały jednak ani prośby, ani tym bardziej groźby, tak samo
jak nie robiła sobie nic z jurysdykcji. To ona była tu szefem i tylko ona
miała władzę nad tym, kto może wejść do środka, a kto nie. Co prawda, jak
wynikało z relacji pracowników, wyposażenie zakładu uległo zniszczeniu,
ale i tak nie wolno jej było pozwolić, aby postronne osoby zobaczyły, co
jest w środku. Sprawy nie ułatwiał też fakt, że oficjalnie występowała
jako inspektor Krajowego Instytutu Nasiennictwa, podczas gdy tak naprawdę
była dyrektorem europejskiego oddziału Międzynarodowej Agencji do spraw
Nadprzyrodzonych — International Agency for Supernatural Matters —
działającej przy Interpolu. Ci, którzy wiedzieli o jej istnieniu,
aczkolwiek było to grono nieliczne, w skrócie nazywali ją Super-Agencją.

Sama fabryka z zewnątrz faktycznie wyglądała tak,
jakby miała się zaraz zawalić pod własnym ciężarem. Było to celowe działanie, element kamuflażu, jaki
zastosowano przy tym tajnym projekcie.

— Dwóch naszych zdążyło włączyć awaryjny przekaz
danych na serwery centrali, dzięki czemu uratowano wszystkie dane —
relacjonował Sokół, kiedy ruszyli do głównego wejścia. — Niestety,
prototyp Maszyny uległ kompletnemu zniszczeniu.

— Jedyny plus jest taki, że pismaki dadzą nam
spokój. — Sara Bednarz spojrzała na drugą stronę torów, na namiot, w
którym sztab kryzysowy powołany przez wojewodę co godzinę organizował
konferencje prasowe, z trudem mieszcząc dziennikarzy z całej Europy. W
kraju ogłoszono żałobę narodową, flagi opuszczono do połowy masztów, a z
całego świata przyjmowano depesze kondolencyjne. Młodzież z
zielonogórskiego liceum, z którego klasa maturalna zginęła w katastrofie,
objęto opieką psychologiczną, w tym jedynego ocalałego ucznia, Natana
Kostrzewę.

— Mają swoje krwawe newsy, to nas nie tkną —
zauważył Sokół. — Ale i tak powinnaś tam pójść.

— Po jaką cholerę? — zdziwiła się niepomiernie.

— Któregoś inteligentniejszego żurnalistę może
zdziwić obecność wojska przy fabryce kukurydzy — wyjaśnił. — Nawet
wziąwszy pod uwagę fakt, że oficjalnie jest to zakład eksperymentalny.

— Oceniasz innych swoją miarą? — Obdarzyła go
zalotnym spojrzeniem. — Masz rację, trzeba tak będzie zrobić — dodała po
chwili. — Ale najpierw zobaczmy, jak wygląda sytuacja wewnątrz.

Ta przedstawiała się gorzej, niż wskazywały na to ich
dotychczasowe przypuszczenia. Owszem, pierwsze raporty, jakie spłynęły do
nich z centrali, przygotowywały na najgorsze, ale co innego czytać suche
opisy, co innego zobaczyć wszystko na własne oczy.

I poczuć, bo równie wielkie wrażenie, jak widok
dziesiątek stopionych maszyn i urządzeń, robił potworny smród plastiku
strawionego przez ogień. Mimo że wnętrze fabryki nie przywodziło na myśl
nowoczesnego zakładu, jakim było jeszcze niecałą dobę wcześniej, to jednak
nadal gołym okiem było widać, że zgromadzony tu sprzęt nie harmonizował z
zewnętrznym stanem fabryki. Nawet teraz każdy przypadkowy gap dostrzegłby
od razu, iż pozorna wydmuszka skrywała w sobie prawdziwy technologiczny
skarb.

— I cały misterny plan w pizdu… — Sokół
zacytował jedną z ulubionych kwestii z „Kilerów 2-óch”.

— A czyj to był pomysł, żeby naszą najcenniejszą
fabrykę zlokalizować w tej leśnej głuszy? — Sara Bednarz była wyraźnie
przybita. Maszyna była oczkiem w jej głowie, podobnie zresztą jak w
przypadku większości naukowców oraz techników pracujących nad projektem, i
zarazem trampoliną mającą wybić ją na jeszcze wyższe stanowisko.

Sokół udał, że nie dosłyszał. Wbił spojrzenie w
stopioną konstrukcję, która wyglądała jak skrzyżowanie budowli obcych z
filmów science fiction i barcelońskiego kościoła Sagrada Familia. Mimo
bogatej wyobraźni trudno było w tej hybrydzie rozpoznać cudo zaawansowanej
techniki, którego stworzenie pochłonęło już blisko miliard euro.

— Niech sięgnę pamięcią do dnia, w którym
wybieraliśmy lokalizację… — Sara Bednarz nie zamierzała odpuścić. — Jeśli
się nie mylę, była taka jedna osoba pod niebiosa wychwalająca miejsce na
obrzeżu Borów Dolnośląskich, blisko mało ważnej linii kolejowej…

— A ile dzięki tej mało ważnej linii kolejowej
zaoszczędziliśmy na transporcie? — Sokół też nie planował poddawać się bez
walki. — Stara opuszczona cegielnia idealnie nadawała się do naszych
celów…

— Podobnie jak setki innych fabryk w tej części
Europy — westchnęła. — I nie ona jedna ma bocznicę kolejową prowadzącą do
rzadko uczęszczanej trasy…

— A oddalenie od siedzib ludzkich i jednocześnie
bliskość jednostki wojskowej? — bronił się dalej. — Mogliśmy działać po
cichu, a przy tym mieć na zawołanie całą brygadę pancerną…

— I co nam z tego wszystkiego przyszło? — spytała
retorycznie. — Pół roku w plecy, o ile nie więcej. Dobrze wiesz, że nie
wszystkie części wyprodukowaliśmy w podwójnej ilości.

— A to już nie moja wina…

— Ale za to wybór tej lokalizacji już tak! —
zezłościła się.

Spojrzał na nią uważnie. Zwykle lubił, kiedy się
irytowała, ale bywały momenty, gdy przypominała rozjuszonego byka chcącego
stratować wszystko i wszystkich na swojej drodze, nawet jeśli był to ktoś
tak bliski jak on. Właśnie teraz przyszła chwila, że najchętniej zszedłby
jej z pola rażenia. Dzięki temu, że pracowali razem, spędzając ze sobą
mnóstwo czasu, jeśli nie w zielonogórskim mieszkaniu, to w pokojach
hotelowych całej Europy, łączący ich związek przeżywał prawdziwy renesans.
Ale zdarzały się i takie dni — ten niewątpliwie do nich należał — że
zapominała o tym, iż są razem i stawała się wyłącznie jego szefową. Sokół
nie znosił takich momentów, zdając sobie sprawę, jak fatalnie wpływają na
jego poczucie męskości. Chcąc jednak być z Sarą, nie miał wyjścia. Mógł
się założyć, że gdyby postawił jej ultimatum: albo praca, albo związek,
wybrałaby tę pierwszą.

— Daj mi spokój… — Dłonią przejechał po
fragmencie obudowy, który jeszcze nie tak dawno krył pod sobą nowatorski
układ chłodzenia.

— Gdybyś się tak nie upierał, Maszyna nie
zostałaby zniszczona — zżymała się. — I to na dwa tygodnie przed
rozpoczęciem najważniejszego testu! — Zacisnęła pięści. — To twoja wina!

— To nie moja wina — rzekł cicho. — Przecież
dobrze wiesz, że poświęciłem temu projektowi tak samo dużo czasu, jak ty —
dodał. — To nie moja wina… — powtórzył po chwili.

— Przepraszam — szepnęła. — To rzeczywiście nie
twoja wina… To tylko pechowy zbieg okoliczności…

— Może tak, może nie… — rzucił filozoficznie
zaraz po tym, jak przez głowę przebiegła bliżej niesprecyzowana myśl.

— Mówisz o czymś konkretnym? — zaciekawiła się
Sara Bednarz.

— Wpadek, który niszczy dwuletni projekt na
chwilę przed jego ukończeniem musi rodzić pytania. — Próbował odnaleźć
koncepcję w pokładach podświadomości, ale bez rezultatu. — Na przykład
takie: czy to rzeczywiście był wypadek?

— Już myślałam, że wpadłeś na jakiś poważny trop,
a ty jak zwykle dajesz upust swojej podejrzliwości i tendencji do szukania
dziury w całym! — nie kryła irytacji.

— Ale…

— Żadne: ale! — strofowała. — Mamy większy
problem niż twoje czarnowidztwo.

— To nie żadne czarnowidztwo, tylko rozpatrywanie
wszystkich możliwych rozwiązań…

— Przestań! — wrzasnęła.

— O co ci chodzi? — Sokół zmarszczył brwi.

— Do tej pory ci tego nie mówiłam, bo… —
wstrzymała głos. — Liczyłam, że karta jeszcze się odwróci.

— Jaka karta?

— Wiesz dobrze, że działalność Super-Agencji nie
wszystkim jest w smak. Od momentu, w którym szef centrali odszedł na
emeryturę, pozycja naszego oddziału zaczęła słabnąć…

— Nic nowego. Powtarzasz to od roku… — zauważył.

— Kto tu komu zarzuca defetyzm?

— Podobno na najbliższej sesji kilku
najważniejszych sygnatariuszy porozumienia zgłosi wniosek o likwidację
sekcji europejskiej i przeniesienie jej do Rosji.

— Do Rosji?! — Sokół był przerażony. — Co za
debil zaproponował taki ruch?

— A jak myślisz? — odpowiedziała pytaniem na
pytanie. — Amerykanie. Administracja nowego prezydenta ma inne priorytety.

— Tak, klepanie lasek po tyłkach… — rzucił
kąśliwie. — A co z Maszyną? — zaniepokoił się nagle. —
Przejmą ją Rosjanie?!

— Nie — odparła. — Cała linia produkcyjna ma
trafić za ocean. Amerykanie podobno szykują już nawet wstępną lokalizację.

— Nie wierzę… — Zerknął na zgliszcza kryjące
coś, czemu poświęcił prawie dwa lata życia. Nawet teraz, gdy Maszyna była
już tylko karykaturą samej siebie, nie oddałby jej za żadne skarby świata.

— To nie wszystko — kontynuowała Sara Bednarz
załamana. — Plotka głosi, że Jankesi chcą zaangażować do projektu sektor
prywatny. — Ruszyła w kierunku drzwi.

— Co? — Miał wrażenie, że się przesłyszał. — Tyle
czasu walczyliśmy o to, aby efekty jej działania trafiły do domeny
publicznej i służyły całej ludzkości, a nie tylko wybranym… Jeśli wejdzie
w to jakaś korporacja, nasz sen pryśnie jak mydlana bańka!

— Wiem — rzekła. — Od kilku tygodni działam na
polu dyplomacji z nadzieją, że uda nam się uzyskać na tyle duże poparcie,
żebyśmy uciekli spod gilotyny. Ale taka porażka tuż przed uruchomieniem
największego wynalazku ludzkości od czasu wymyślenia koła stawia nas na z
góry przegranej pozycji.

— Przecież to nie nasza wina — zauważył
przytomnie, mrużąc oczy przed słońcem. — To wypadek!

— Ty to wiesz. Ja to wiem — westchnęła głęboko. —
Ale to nie ty będziesz podejmować decyzję: likwidować oddział czy nie
likwidować. Ja też nie — przygryzła wargę. — Fakt, że zniszczenie Maszyny
nie jest naszą winą, nie ma tu żadnego znaczenia.

— A jeżeli jednak nie mamy racji? — Sokół
powiedział to, patrząc w dal, na zerwane tory pokryte plątaniną żelastwa.

— Nie mamy racji w sensie, że to nie nasza wina?

— Spojrzała na niego niepewnie.

— Bynajmniej — odparł, cały czas wpatrując się we
wciąż dymiące pobojowisko. — A jeśli to rzeczywiście nie był wypadek?

Rozdział 3

Marty leżał na więziennej pryczy, ze wzrokiem wbitym w
sufit, w ciemną plamę, która — przy odrobinie chęci — kształtem
przypominała mu stan Wirginia, z którego pochodził. Zmrużył oczy, próbując
odnaleźć miejsce, w którym leżały Appalachy, kiedy do jego uszu dobiegł
odgłos kroków Richmonda, jednego z niewielu strażników, którego nie musiał
się bać, bo jak na klawisza był całkiem przyzwoitym człowiekiem.
Oczywiście w zamian wymagał, aby czasem podzielić się z nim jakąś cenną
informacją, dla Marty’ego jednak nie było to problemem, już dawno temu
dotarło do niego, że aby przeżyć za kratkami, trzeba chwytać się każdego
sposobu. Jedynym warunkiem było przy tym, by na donoszeniu nie dać się
złapać.

— Marty, wstawaj. — Richmond otworzył drzwi celi.

— Idziemy.

Więzień usiadł na łóżku. Spuścił nogi, wsunął je w
klapki, ruszył w stronę strażnika.

— A ty dokąd? — Funkcjonariusz zagrodził sobą
wyjście.

— Miałem iść…

— Zabieraj swoje fanty. — Pokazał na szafkę
stojącą obok muszli klozetowej.

— Przeszukanie celi? — zdziwił się Marty. Akurat
po Richmondzie by się tego nie spodziewał.

— Nie. — Wyszczerzył zęby. — Wychodzisz!

— Wychodzę? — Sens słów jeszcze do niego nie
dotarł.

— Zbierasz się czy nie? — Dalej bawił się w
najlepsze.

Marty’emu nie trzeba było więcej powtarzać. Zgarnął
kilka fatałaszków, pudełko szachów wystruganych w więziennej stolarni i
dwa plakaty z piersiastymi króliczkami Playboya, po czym ruszył za
strażnikiem.

W drodze do wyjścia z bloku C towarzyszyły mu głośne
wyzwiska. Jedynie dwóch czy trzech znajomych wykrzyczało autentyczne
życzenia powodzenia, nie był pewien, w tumulcie nie dało się nawet słyszeć
własnych myśli.

— Jeszcze tu wrócisz! — Z ostatniej celi dobiegł
dziki pisk. — Jeszcze tu wrócisz! A wtedy się zabawimy!!!

Marty machinalnie się skulił, ale szybko przywołał do
porządku, zmuszając do wyprostowania i uniesienia wyżej głowy. Tutaj
takich, którzy bali się własnego cienia, nie czekało nic dobrego, nauczył
się tego już pierwszego dnia pobytu.

A teraz, wreszcie, po prawie dwóch latach, szykował
się do wyjścia na wolność! Nagle potknął się, jakby przestraszony tym, co
miało za chwilę nastąpić. Mimo że od czasu niespodziewanego widzenia z
agentem FBI tliła się w nim nadzieja na opuszczenie więziennych murów, to
jednak nie pozwolił jej zakiełkować na dobre. Bał się, iż uleci jak
papierosowy dym, że okaże się tylko czyimś perfidnym zagraniem mającym
zmusić go do uległej współpracy.

— Wypiska — rzucił Richmond w kierunku strażnika
siedzącego za kontuarem, z twarzą pooraną bliznami po przebytej ospie.

Marty poczuł, jak serce zaczyna szybciej bić. Zatem to
jednak nie senna mara? Żaden dowcip? Za chwilę naprawdę stąd wyjdzie?!

— Zobacz, czy wszystko się zgadza. — Magazynier
postawił na ladzie niewielki karton.

Marty otworzył go, otaksował wzrokiem zawartość
— sprawdzając jedynie, czy zdjęcie Iny nadal jest w środku — po czym
podpisał podsunięty pod nos dokument. Potem wszedł do przebieralni,
więzienny uniform zamienił na prywatne ubranie. Wisiało na nim jak na
strachu na wróble, nic dziwnego, skoro schudł prawie osiemnaście
kilogramów.

Wyjął fotografię dziewczyny z pudełka, wsunął do
kieszeni marynarki, wcześniej delikatnie całując.

Otworzył drzwi, wyszedł na korytarz i się zawahał.
Wciąż jeszcze nie wierzył, że to się dzieje. Podświadomie czekał na
moment, w którym któryś ze strażników położy mu rękę na ramieniu i każe
zawrócić do celi.

Ale Richmond czegoś takiego by mi nie zrobił —
pocieszał się w myślach.

— Ja go zaprowadzę. — Jakby na potwierdzenie
ulubiony klawisz rzucił w stronę funkcjonariusza mocującego się z drzwiami
prowadzącymi na dziedziniec.

Minuta, jaką zabrało im dojście do bramy była
najdłuższą w życiu Marty’ego. Przy każdym kolejnym kroku żołądek ściskała
żelazna pięść, a on sam oczami wyobraźni widział moment, w którym strażnik
kładzie rękę na przycisku zwalniającym blokadę drzwi, następnie — nie
naciskając go — zabiera ją z powrotem, każe mu spierdalać, po czym zaczyna
śmiać się do rozpuku.

Przez trzy poprzednie noce — odkąd dowiedział się o
przedterminowym zwolnieniu — miał dokładnie takie właśnie sny. Tej
ostatniej doszła jeszcze jedna scena: kiedy ze spuszczoną głową wraca na
blok C i zmierza do celi w akompaniamencie śmiechu innych więźniów
wyciągających ręce przez kraty, jakby chcieli go chwycić za włosy,
przyciągnąć i zacząć tłuc łbem o metal.

Machinalnie przejechał po głowie. Była łysa jak
kolano. Po bujnej czuprynie — zwykle niemytej przez długi czas, utrzymanej
w nieładzie, posklejanej i przetłuszczonej — nie było śladu, zniknęła
zaraz pierwszego dnia po tym, jak tutaj trafił. Więzienne mury nie
sprzyjały pielęgnowaniu tak wyszukanej fryzury. Od walorów estetycznych
bardziej liczyły się kwestie bezpieczeństwa: gdy nie masz włosów na łbie,
nikt nie da rady cię za nie chwycić.

*

Kiedy drzwi zatrzasnęły się za nim z tym potwornym,
charakterystycznym szczękiem towarzyszącym mu od ich przekroczenia niemal
dwa lata temu, wzdrygnął się nerwowo. Potem — wciąż nie dowierzając
własnemu szczęściu — obejrzał się za siebie panicznie, jakby spodziewał
się, że któryś z klawiszy wyskoczy za nim i każe wracać.

Dopiero, kiedy wszedł do zakurzonego autobusu z
zaledwie kilkoma pasażerami, usiadł w ostatnim rzędzie foteli i
odprowadził wzrokiem wysokie ogrodzenie zakończone drutem kolczastym,
dotarło do niego, że jest wolny.

Jednak nie potrafił się cieszyć. Zamiast radości, czuł
ogromny smutek. Żal za straconymi latami życia. Za tymi wszystkimi
miesiącami spędzonymi za kratkami. Za każdym dniem ciągnącym się w
nieskończoność.

Od momentu, w którym zawiódł sprzęt mający sterować
Mediami, a chwilę później tysiące okien biurowca mieszczącego siedzibę
Komisji Europejskiej eksplodowały, zaczął odnosić wrażenie, że jego życie
toczy się niczym film oglądany w zwolnionym tempie.

Najpierw było zatrzymanie przez belgijskich
antyterrorystów. Potem wielogodzinne przesłuchania trwające przez prawie
dwa tygodnie. Później ekstradycja do Stanów Zjednoczonych i szok, kiedy
prokurator przedstawił mu zarzuty. To było jednak nic w porównaniu do
ogromu zaskoczenia, gdy na spotkaniu z adwokatem ten powiedział wprost, że
korporacja Yeyland-Wutani nie zamierza nawet palcem kiwnąć w jego obronie,
nie po tym, jak brukselskiej policji powiedział o wszystkim, co wydarzyło
się na Farmie w Ruckersville.

Nawet dzisiaj wystarczyło, żeby Marty zamknął oczy i
natychmiast mógł przenieść się do sali, w której wówczas rozmawiali,
opisać w najdrobniejszym szczególe ubiór prawnika, włącznie z kształtami
plam na jego przepoconej koszuli. Potrafił drobiazgowo odtworzyć moment,
w którym adwokat informował go o żądaniu prokuratora — ośmiu lat więzienia
o zaostrzonym rygorze — i myśli samobójcze, jakie pojawiły się wtedy w
głowie.

Nie pomogły żadne tłumaczenia, że wykonywał tylko
swoje obowiązki i tak naprawdę dbał o Inę, jak nikt inny. Okazało się, że
zarówno Nadzorca, jak i grubas oraz bliźniacy odmówili składania zeznań
już podczas pierwszego przesłuchania. A potem, kiedy trafili do kraju,
pracodawcy — z wdzięczności za lojalność — roztoczyli nad nimi parasol
ochronny.

Na tyle skuteczny, że za kratki trafił tylko Marty,
pozostali wykpili się wyrokami w zawieszeniu i pracami społecznymi. Na
myśl o tym, że pod nadzorem kuratora poświęcali kilka godzin w tygodniu na
pracę z upośledzonymi dziećmi, podczas gdy on każdego dnia walczył o przetrwanie, jęknął w duchu. Chwilę potem
zaczął cicho szlochać.

Minęło kilka minut, zanim udało mu się przywołać do
porządku. Wierzchem dłoni otarł łzy cieknące po policzkach, po czym
sięgnął do kieszeni marynarki, aby wyjąć zdjęcie Iny. Nie trzymał go przy
sobie w celi, bał się, że któryś z więźniów mu je zabierze. Miał je za to
w pamięci, każdy szczegół jej nagiego ciała, każdy jego zakamarek, który —
kiedy opiekował się nią w Lodówce, jak nazywali główną halę z kadziami —
pieścił wzrokiem i dłońmi, gdy byli jeszcze razem.

To Ina przez te wszystkie straszne dni trzymała go
przy życiu. Ona i nadzieja, że przyjdzie jeszcze taki czas, iż znów będzie
mógł ją zobaczyć, czule dotknąć, musnąć kształtne piersi, szepnąć na ucho,
że ją kocha i nigdy nie opuści.

Gdyby tylko mógł, pojechałby teraz do niej. I
przeprosił za to wszystko złe, co jej zrobił. Błagałby na kolanach, byle
tylko pozwoliła mu przy sobie być.

Zamknął oczy, zaczął ją sobie przypominać. Liczył, że
stanie się teraz to, z czym miał do czynienia kilka razy podczas pobytu w
więzieniu: Ina wyczuje jego myśli, zakradnie się mu do głowy, a on zacznie
śnić. Zwykle oddawała mu się bezgranicznie, chociaż raz czy dwa zamiast
miłosnego uniesienia Marty’ego spotkały tortury. Domyślał się, że to kara
za wszystko to, co jej zrobił, kiedy była uwięziona w Lodówce.

Nieistotne jednak, czy pozwalała mu się z nią kochać,
czy też wbijała ostrze noża w oczy, ważne było jedynie to, iż mógł wtedy przy niej być.

*

Tym razem przyszła do niego ubrana jedynie w koronkową
bieliznę, uśmiechnięta, pełna radości. Zanim autobus dojechał do końcowej
stacji i kierowca wrzasnął na niego, żeby zabierał swoje brudne dupsko,
Marty kochał się z nią dwa razy.

Do mieszkania w odrapanej kamienicy miał prawie pięć
kilometrów. Szedł pieszo, skorzystanie z taksówki nie wchodziło w grę,
pieniędzy otrzymanych przy wyjściu z trudem wystarczyło na bilet. Kiedy
tylko uporał się z zamkiem i otworzył drzwi, uderzył go zapach
stęchlizny. Najpierw odsłonił kotary i jedyne dwa okna uchylił na oścież.
Potem z podłogi przed wejściem zgarnął plik kopert i rzucił je na stół,
wzbudzając przy tym obłok kurzu.

Puścił wodę z kranu, odczekał chwilę, aż zmieniła
kolor z czerwonawego na naturalny, napełnił czajnik i postawił go na
gazówce. Czekając, aż się zagotuje, przejrzał korespondencję, w duchu
gratulując sobie ustawienia stałych przelewów za czynsz i media, dzięki
czemu podczas nieobecności odcięto mu jedynie kablówkę. Wcześniej nie
potrafił się bez niej obejść, teraz nie stanowiło to już kłopotu.
Więzienie nauczyło go radzić sobie z problemami różnej natury. Brak
dostępu do telewizji i internetu był najmniejszym z nich.

Nagle zza ściany dobiegły do niego odgłosy kłótni.
Męski głos — o wiele głośniejszy od drugiego — przypominał nieco wrzaski
Nadzorcy, których tyle nasłuchał się na Farmie.

Na myśl o niegdysiejszym szefie Marty’emu zrobiło się
niedobrze. Zgodnie z tym, co obiecywał prawnik na samym początku sprawy, w
zamian za pogrążające kolegów zeznania on sam miał mieć maksymalnie
złagodzoną karę. Adwokat wspominał coś o zawiasach, a nawet krótkim
areszcie domowym. Rzeczywistość okazała się zgoła odmienna: mimo
współpracy z prokuraturą Marty dostał wyrok trzech i pół roku. Jedyny plus
był taki, że nie trafił do więzienia o zaostrzonym rygorze, tylko do nieco
lżejszego.

Ale i tak miał wrażenie, że znalazł się w piekle…

Dopiero poniewczasie zorientował się, że przydzielony
mu prawnik tak naprawdę reprezentował interesy korporacji, a jego zadaniem
było poświęcenie Marty’ego w zamian za oddalenie zarzutów wobec
pozostałych. To dlatego jako jedyny wylądował za kratkami, pozostawiony
samemu sobie.

Woda jeszcze się nie zagotowała, wstał więc od stołu i
poszedł do łazienki. Przetarł lustro, spojrzał na swoje odbicie, po czym
zaciśniętą pięścią uderzył w szkło, tłukąc je na niezliczoną ilość
kawałków.

Nie miał jeszcze skończonych dwudziestu pięciu lat, a
wyglądał na czterdziestolatka!

Wtem z kuchni dobiegł gwizd czajnika. Zaparzył
herbatę, rezygnując z dodania cukru — kolejny plus odsiadki — usiadł z
parującym kubkiem przy stole. W brzuchu mu burczało, ale wiedział, że w
domu nie znajdzie nic do jedzenia: lodówka była pusta i odłączona, a
wszystkie żarcie z szafek wyrzucił przed rozpoczęciem kary, nie chcąc,
żeby się zepsuło i przyciągnęło szczury.

Nagle poczuł zapach świeżo upieczonej pizzy. W
pierwszym momencie uznał, że wyobraźnia płata mu figla, ale gdy wciągnął
powietrze raz jeszcze, zyskał pewność, iż się nie myli. Woń pepperoni
rozpoznałby zawsze. Co prawda w więzieniu co jakiś czas serwowano pizzę,
jednak nijak miała się ona do oryginału.

Przełknął ślinę, złoszcząc się przy tym na bogu ducha
winnego sąsiada, który najwyraźniej zamówił danie na wynos. Jeszcze raz
odetchnął głęboko, dziwiąc się, że przyjemny zapach wciąż jest tak silnie
obecny. Nastawił uszu, czekając na dźwięk otwieranych lub zamykanych
drzwi, ale kiedy to nie nastąpiło, zaczął się zastanawiać, co się dzieje.

A jeśli ktoś zapłacił za zamówienie, a dostawca
pomylił adresy i zostawił przesyłkę pod jego drzwiami?

Nie zważając na absurdalność takiego toku rozumowania,
Marty zerwał się z krzesła — przy okazji rozlewając herbatę — i podszedł
do drzwi. Już miał chwycić za klamkę, gdy usłyszał pukanie.

Zamarł. Tego kompletnie się nie spodziewał.
Najchętniej sprawdziłby, kto czai się na korytarzu, ale wizjer od
niepamiętnych czasów był pobrudzony jakimś paskudztwem, które za nic nie
chciało zejść.

Otworzyć czy nie? — Marty się zawahał. Decyzję podjął
za niego żołądek, głód okazał się silniejszy od strachu.

Kiedy uchylił drzwi i zobaczył znajomą twarz,
zakręciło mu się w głowie.

— Cześć, Marty. — Mężczyzna stojący na korytarzu
trzymał w rękach olbrzymi karton z pizzą. — Jak żyjesz?

Gospodarz mieszkania nie odpowiedział, za to
zadygotał, bynajmniej nie z zimna.

— Mogę wejść? — Niespodziewany gość zrobił krok
przed siebie.

— Właśnie… Właśnie wychodziłem… — jąkał się
Marty. — Mam spotkanie… Mam spotkanie z… Z kuratorem…

— Z kuratorem? — Wepchnął się między futrynę a
niedawnego więźnia. — O ósmej wieczorem?

— Nie wiedziałem, że jest już tak późno… — Brnął
dalej. — Dopiero co przyjechałem… Jestem zmęczony… Chciałbym odpocząć…

— Moje towarzystwo cię męczy? — spojrzał
wymownie.

Na widok gromów ciskanych z oczu Marty się poddał.

Wiedział, że przegrał, zanim jeszcze rozgrywka zaczęła
się na dobre. Nagle przed oczami stanęła mu scena z pogrzebu, kiedy to
żegnali jednego z kolegów, informatyka pracującego w Mikrofali — jak
nazywali centrum komputerowe — którego zmasakrowane ciało znaleziono na
opuszczonej plaży niedługo potem, gdy zaczął przebąkiwać o rzuceniu pracy.
Policja przyjęła wersję o wpadnięciu pod śrubę bliżej niezidentyfikowanej
łajby lub spotkaniu z rekinem, jednak żaden szeregowy pracownik Farmy nie
dawał temu wiary. Wszyscy wiedzieli, że Nadzorca nie wybaczał braku
lojalności.

— Zamknij drzwi — polecił mężczyzna, kładąc
karton na stole.

Gospodarz wykonał polecenie bez mrugnięcia okiem.

— Więc wyszedłeś, Marty… — Nadzorca otworzył
opakowanie, przyjrzał się zawartości, po czym wyjął największy trójkąt.

— Już pan wie? — nie krył zdziwienia.

— Wiem, Marty, wiem… — Włożył pizzę do ust.

— Wiem, bo to ja załatwiłem twoje przedterminowe
zwolnienie.

— Pan? — Na twarzy Marty’ego malowało się
bezgraniczne zdumienie. — Przecież… — przerwał w pół zdania,
przypomniawszy sobie zdjęcia skatowanej twarzy owego informatyka.

— Przecież zdradziłeś mnie, składając obciążające
zeznania przed prokuratorem? — Nawet nie patrzył na rozmówcę, zajęty
wybieraniem kolejnego kawałka. — Dziwisz się, że o tym też wiem?

— Ja… — Poczuł, że łzy napływają mu do oczu. Z
bezsilności zacisnął pięści.

— Co było, to było, Marty. — Odgryzł następny
kęs.

— Pyszna! — ocenił, mlaskając wymownie. — Nie
spróbujesz?

— Dopiero jadłem. — Był potwornie głodny, ale
duma nie pozwalała przyjąć poczęstunku z rąk znienawidzonego człowieka.

— Nie kłam. — Oblizał palce. — Wróciłeś do
mieszkania pół godziny temu, nie masz tu nic do jedzenia, a po drodze z
dworca autobusowego nie wchodziłeś do żadnego sklepu. A nawet, jakbyś
wszedł, to i tak nie miałbyś za co zrobić zakupów. Może się mylę?

Marty nic nie odpowiedział.

— To żryj. — Nadzorca sięgnął po nowy trójkąt.
— Bo wystygnie. A nie ma nic gorszego niż zimna pizza! — zaśmiał się.

Gospodarz rzucił się na jedzenie, pakując od razu do
ust cały kawałek. Potem sięgnął po kolejny i następny, jadł łapczywie,
popijając herbatą.

W tym czasie Nadzorca bawił się kopertami leżącymi na
stole, co którejś przyglądając się uważnie. Potem spojrzał na gospodarza,
wbił w niego wzrok i zaczął mówić:

— Stałej roboty nie masz i na razie nie
znajdziesz, nie z takimi papierami. Kurator też gówno ci załatwi, bo
generalnie kuratorzy mają w dupie to, czy ich podopieczni pracują czy nie.
— Paznokciem prawego kciuka zaczął dłubać między górnymi jedynkami. — A
już ten twój to podobno wielki skurwysyn. — Nie dodał, że sam go wybrał.

Marty przestał jeść.

— Tymczasem rachunki płacić trzeba — kontynuował
Nadzorca. — Żreć za coś też. Ta kasa, która została ci na koncie, na długo
nie wystarczy.

Dokładnie na miesiąc i jeden tydzień — szepnął Marty w
myślach. Reszta nie najmniejszych przecież oszczędności poszła na
adwokata, który tak go potem załatwił.

— Mówiąc krótko: potrzebujesz pracy. — Mężczyzna
beknął głośno. — Prawda?

Były już więzień skinął w milczeniu głową.

— Świetnie! — Nadzorca uśmiechnął się szeroko. —
Tak się składa, Marty, że mam dla ciebie pewną propozycję.

Rozdział 4

Sara Bednarz zrobiła tak, jak proponował Sokół:
naprędce zorganizowała krótką konferencję prasową, srodze się
rozczarowując, bowiem już po minucie pierwsi dziennikarze zaczęli zamykać
swoje kajety, a jeden operator kamery — najwyraźniej nie bawiąc się w
konwenanse — zdjął sprzęt ze statywu i zniknął w wyjściu.

Pytań z sali nie było wcale, tak więc po krótkim
monologu zakończyła spotkanie.

— To twoja wina — burknęła w stronę partnera, gdy
tylko namiot opustoszał.

— Niby co? — Sokół autentycznie nie rozumiał, o
co jej chodzi.

— Nagadałam się, jak głupia, a oni mieli to w
dupie — rzuciła ze złością.

— Powinnaś się cieszyć! — zauważył. —
Pierwszorzędnie zanudziłaś ich tymi kilkoma szczegółami o wymaganiach
glebowych. Po takim przygotowaniu nie spojrzą na naszą fabrykę nawet
wtedy, gdyby obok zaczęły tańczyć baletnice ubrane w rycerskie zbroje.

— Nabijaj się, nabijaj — wycedziła Sara Bednarz.

— Kiedy ja mówię poważnie.

— Tak samo na serio, jak godzinę temu, kiedy
roztaczałeś przede mną wizję kolejnej spiskowej teorii dziejów? — cięła
słowami jak świeżo naostrzoną brzytwą.

— Czepiasz się!

— W tym to jednak ty jesteś mistrzem. — Ruszyła
do wyjścia. — W jakim stanie jest Robert?

— Czemu pytasz? — Nie krył ciekawości. Robert
Szatan był jednym z ich najbardziej zaufanych ludzi, często dopuszczali go
do największych tajemnic. Potrafił odwdzięczyć się za to całkowitą
lojalnością.

— Jest na chodzie? — odpowiedziała pytaniem na
pytanie.

— Trochę nawdychał się dymu, ale jest okay.
Dlaczego pytasz? — powtórzył.

— Niech zbierze kilka osób. Na tyle sprytnych,
żeby poradzili sobie z opieką nad policjantami.

— Chcesz wpuścić dochodzeniówkę do środka? — zdziwił się Sokół. — Nagle zmieniłaś zdanie?

— Uświadomiłam sobie, że zarzuty o utrudnianie
śledztwa na pewno nie pomogą w rozmowach ostatniej szansy na temat
ratowania oddziału — zauważyła kwaśno. — Robert i jego ekipa przypilnują,
żeby mundurowi niczego nie wynieśli i za mocno się nie rozglądali.

— A Maszyna i inne urządzenia?

— Niech załatwi folię i wszystko przykryje —
komenderowała.

— Sama mu to powiedz — rzekł półgębkiem.

— A ty nie możesz?

— Ja chcę się rozejrzeć. — Pokazał na szczątki
obu pociągów. — Pogadam też ze strażakami i ludźmi ze sztabu kryzysowego.
Może ktoś będzie coś wiedział?

— Niby co? Że przed wypadkiem wylądował tu statek
kosmiczny? — nie kryła irytacji.

— Zasięgnę tylko języka. — Nie dał się
sprowokować.

— Informacji nigdy za wiele…

— Za to przesady i owszem — warknęła. — Rób, co
chcesz, ja w tym czasie poinstruuję Roberta. Masz pół godziny.

*

— Tyle lat jesteśmy razem, ale czasami mnie po
prostu zadziwiasz — rzekła Sara Bednarz, gdy tylko wsiedli do terenówki.

— Czym? — zadał pytanie z czystej uprzejmości,
spodziewał się bowiem, co będzie dalej.

— Szukaniem dziury w całym — prychnęła
lekceważąco.

— Nie szukam dziury w całym. — Sokół machnął ręką
Szatanowi, który właśnie rozmawiał z komendantem miejscowej policji.

— To po jaką cholerę tracisz czas na próbę
udowodnienia tezy, że ta katastrofa kolejowa to nie był wypadek? — Złapała
się uchwytu nad oknem, jako że wjechali na wyboistą leśną drogę.

— Na wszelki wypadek. — Zmienił bieg na wyższy i
przyśpieszył.

Kiedy samochód wjechał w wielką dziurę, Sara Bednarz
podskoczyła. Niewiele brakowało, a uderzyłaby głową w podsufitkę.

— Jesteś złośliwy… — Pogroziła mu palcem.

— Przepraszam. — Zwolnił natychmiast.

— Masz jakiekolwiek podstawy, żeby coś
podejrzewać? — powiedziała to już bez cienia nagany w głosie.

— Przeczucie.

— Uhm…

— Nie śmiej się ze mnie — rzekł twardo. — Sama
doskonale wiesz, że moja intuicja kilka razy nam dupy uratowała.

— Raz to ja ratowałam twój tyłek — zauważyła.

— No. — Wzdrygnął się na samo wspomnienie
strzelaniny we wrocławskiej kawiarni Literatka.

— A tak na marginesie, jest bardzo zgrabny. —
Uśmiechnęła się figlarnie.

— Kto? — Sokół nie załapał, w czym rzecz.

— Nie: kto, tylko: co. — Zaśmiała się. — Twój
tyłek.

— Tak uważasz? — Obdarzył ją czułym spojrzeniem.

— Oczywiście!

Uśmiechnął się, zadowolony. Otaksował wzrokiem jej
jędrne piersi skryte pod bluzką, żałując, że dekolt jest tak skromny. Z
powodu jego wyjazdu do Australii nie widzieli się prawie dwa tygodnie.
Stęsknił się ogromnie!

— Może zrobimy jakiś krótki postój? —
zaproponował, wjeżdżając na asfaltową drogę skrytą między drzewami. — Do
Cottbus mamy godzinkę, kwadrans dłużej nas nie zbawi.

— Chciałabym, ale nie ma na to czasu —
odpowiedziała z żalem. — Zamówiłam śmigłowiec do Berlina. Tam mam już
zabukowany lot do Londynu. Wieczorem spotykam się z wicedyrektorem.

— Z Brolinem?

Potaknęła nerwowo.

— Jakie jest jego stanowisko w sprawie
likwidacji? — spytał Sokół.

— Tego właśnie chcę się dowiedzieć — odparła
cicho.

— Dobrze byłoby mu zawieźć garść dobrych
informacji, ale na to się nie zanosi.

— Co masz na myśli? — Uświadomił sobie, że w
czasie jego nieobecności zaplanowano testy nad ITCS. Od momentu, w którym
wylądował śmigłowcem, Sara nic o tym nie wspominała. Do tej pory uznawał,
że to z powodu zniszczenia fabryki, teraz jednak dotarło do niego, iż
powód mógł być inny.

— Dzieciaki wciąż trenują przesyłanie danych —
wyjaśniła. — Na sucho.

— Jeszcze? — Nie krył zawodu.

— Jeszcze — cmoknęła z dezaprobatą.

— Zgodnie z harmonogramem mieliśmy przystąpić już
do testów.

— Jak mamy wejść w drugą fazę, skoro nie
przeszliśmy pierwszej? — złościła się. — Cały czas coś idzie nie tak, bo
za każdym razem pali się stacja przekaźnikowa… Jakby któreś z nich
emitowało za silne pole energetyczne… Nasi spece od elektroniki
podejrzewają, że to wina chłopaka.

— Wally torpedowałby swój sztandarowy projekt?

— Sokół nie mógł w to uwierzyć. — Ma na tym
punkcie kompletnego kręćka!

— Przecież nikt mu nie zarzuca, że robi to
specjalnie. Ale… — Zrobiła krótką pauzę. — Ostatnio jest jakiś nieswój.

— Co masz na myśli? — zaciekawił się.

— Nic konkretnego. — Uśmiechnęła się pod nosem.
Sokół odniósł wrażenie, że Sara Bednarz coś przed nim ukrywa, ale na razie postanowił nie drążyć tematu.

— Centrala dała nam tydzień na dojście do fazy
testów — rzekła nagle.

— Tydzień? — wytrzeszczył oczy. — A co potem?

— Mamy przetestować separację.

— Co?! — nie dowierzał. — Powiedz, że to jakiś
żart!

— A wyglądam, jakby mi było do śmiechu? —
zerknęła na niego.

Spojrzał na nią. Zawsze, kiedy nad czymś intensywnie
myślała, marszczyła lekko brwi i mrużyła nieco oczy. Lubił wtedy przypatrywać się jej w milczeniu i
podziwiać piękną twarz.

— Uważaj! — krzyknęła nagle.

Zanim zdążył się odwrócić i zobaczył sarnę wyłaniającą
się zza drzew, instynktownie wcisnął hamulec. Niemal od razu, gdy tylko
zadziałał, dotarło do niego, że auto nie zatrzyma się w porę. Puścił zatem
pedał i szarpnął kierownicę w lewo. Szybko wyczuł, że wykonał unik zbyt
gwałtownie, dlatego od razu skontrował. Mimo błyskawicznej reakcji
terenówka i tak wpadła w poślizg. Był jednak na to przygotowany,
zredukował bieg i dodał gazu, odzyskując panowanie nad pojazdem.
Przejechawszy kilkadziesiąt metrów, zjechał na pobocze, zatrzymał się i
zgasił silnik. Otarł pot z czoła.

— Mało brakowało — rzekła Sara Bednarz, głęboko
oddychając.

— No. — Sokół skierował na nią spojrzenie. Wzrok
od razu przyciągnęły jej falujące piersi. — Pięknie dziś wyglądasz —
rzucił cicho.

— Nie żartuj.

— Nie żartuję. — Położył dłoń na jej kolanie,
zaczął ją wolno przesuwać w górę.

— Świetny manewr — szepnęła.

— Tak? — Delikatnie ścisnął ręką udo.

— Miałam na myśli reakcję na drodze — zaśmiała
się cicho. — Ale to też mi się podoba… — mruknęła.

— Tak? — Zaczął wędrować dłonią jeszcze wyżej,
pieszcząc na zmianę obie nogi.

— Bardzo… — jęknęła, w duchu złoszcząc się, iż ma
na sobie jeansy. — Nabieram ochoty na więcej…

— Teraz? — Chciał ją wziąć tutaj, w samochodzie,
w lesie pośród drzew!

— Tak!

— Jesteś pewna? — Wsunął palce pod bluzkę,
jednocześnie kąsając ucho.

— Pocałuj mnie w szyję. — Dotknęła palcem
niewielkiego zagłębienia w skórze. — O, tutaj.

Odpiął pas, nachylił się niezdarnie, musnął ustami
kark.

Nagle obok nich przemknęło jakieś auto. Pęd powietrza
zakołysał samochodem.

— Poszukam jakiegoś bardziej ustronnego miejsca.
— Sokół włączył silnik, ruszył gwałtownie, buksując lewymi kołami piach.

— Byle szybko. — Położyła dłoń na jego kroczu,
zaczęła je masować.

Sokół zmusił się do tego, aby spojrzeć w lusterko i
sprawdzić, czy z tyłu nikt nie nadjeżdża. Dopiero wtedy skręcił w lewo.

Sara Bednarz cały czas go pieściła. Terenówka
podskakiwała na leśnej drodze, jeszcze bardziej potęgując doznania. Kiedy
wreszcie zniknęli za małym pagórkiem, Sokół zatrzymał samochód, ściągnął
koszulkę.

Palcami drugiej dłoni zaczęła przesuwać po owłosionym
torsie.

— Skarbie, mieliśmy długą przerwę — szepnął, po
czym delikatnie ugryzł ją w płatek ucha. — Zdecydowanie za długą. — Musnął
go językiem.

— Też tak myślę — mruczała zadowolona. Rozpięła
guzik jego spodni, rozsunęła rozporek, wsunęła dłoń w slipy.

Przywarł swoimi ustami do jej, jednocześnie błądził
rękoma pod bluzką, sycąc się dotykiem aksamitnej skóry i delikatnego
koronkowego stanika. Chwilę potem pozwoliła mu się rozebrać, drżąc przy
tym z rozkoszy.

— Całuj mnie… — szepnęła. — Bądź jeszcze bliżej…

Położył dłonie na jej piersiach, zaczął je pieścić
delikatnymi ruchami, co chwilę zmieniając tempo. Wiedział, że tak właśnie
lubi najbardziej.

Jęknęła raz, drugi, trzeci.

— Chodź do mnie… — Jedną ręką brutalnie zdjęła mu
slipy, drugą zaczęła odchylać oparcie siedzenia.

— Tak… — rzucił w odpowiedzi, mocując się z jej
pasem bezpieczeństwa, który właśnie teraz nie chciał się otworzyć. —
Cholera! — zaklął, poirytowany złośliwością rzeczy martwych. Czuł rosnące
napięcie, miał wrażenie, że za chwilę rozsadzi go od środka. Wreszcie dało
się słyszeć charakterystyczne trzaśnięcie i sprzączka puściła.

— Chodź! — Rozsunęła nogi.

Pochylił się nad nią i już po chwili była jego.
Spojrzał jej prosto w oczy, po czym zaczął się poruszać, najpierw powoli,
miarowo, potem zwiększył tempo, by po chwili znów zwolnić.

Chwyciła go zębami za dolną wargę i ugryzła, jęcząc
przy tym głośno.

— Więcej! — krzyknęła. — Chcę więcej!!!

Przyśpieszył.

*

Sokół wciągnął spodnie, zapiął guzik, zaczął mocować
się z rozporkiem. Zrezygnował z założenia koszulki, najpierw wytarł nią
zaparowaną boczną szybę.

— Włącz nawiew, bo nic nie będziesz widział —
podpowiedziała Sara Bednarz, sięgając po majteczki leżące na kierownicy.

— Seksowne… — rzucił zalotnie.

— Ach, wy, mężczyźni… — westchnęła. — Potraficie
myśleć tylko o cipkach.

— Przeszkadza ci to? — spytał zaczepnie. — Chwilę
temu jakoś tego nie zauważyłem…

Uśmiechnęła się przebiegle.

— Nie było ci przyjemnie? — prowokował Sokół
dalej.

— Było… — Przymknęła oczy na samo wspomnienie.

— I to chyba niejeden raz…

— Przestań! — Szturchnęła go w ramię, udając
oburzoną.

— Poza tym: to nieprawda — rzekł, przybierając
poważny ton.

— Niby co takiego? — spojrzała podejrzliwie.

— Że mężczyźni myślą tylko o cipeczkach — odparł.

— Są jeszcze cycuszki i tyłeczki.

— Jeszcze lepiej! — zaśmiała się.

— Przecież kobiety chcą się podobać mężczyznom,
prawda? — Pytanie było z gatunku retorycznych.

— A skoro tak, to muszą się liczyć z tym, że
będziemy im się bacznie przyglądać.

— Uhm.

— Z ostatnich wyliczeń naukowców wynika, że
faceci myślą w ciągu dnia prawie dwadzieścia razy o seksie.

— Niektórzy pewnie więcej — zamyśliła się Sara
Bednarz.

— Co masz na myśli?

— Nic. — Próbowała ukryć speszenie, ale nie do
końca się jej udało. — Lepiej ruszajmy, bo przed startem muszę jeszcze
zlecić separację.

— Nie powinnaś tego robić — zaoponował.

— Już o tym rozmawialiśmy — odpowiedziała,
krzywiąc się przy tym.

— Właśnie dlatego nie powinnaś godzić się na
separację — podkreślił. — Wiesz, że mi się to nie podoba.

— Wiem. — Sara Bednarz sama też nie była do końca
przekonana co do słuszności planu, jaki wykluł się w centrali kilka
miesięcy wcześniej.

Zgodnie z nim zamierzano wdrożyć specjalne szkolenie
pozwalające Mediom na samodzielną pracę nad różnymi projektami. Analitycy
oceniali, że w ten sposób uda się zwiększyć ich łączną moc nawet
dwukrotnie. Kolejnym argumentem przemawiającym za takim rozwiązaniem było
uniezależnienie się Super-Agencji od nieprzewidzianych zdarzeń losowych,
czy też zwykłej niedyspozycji któregoś z dzieciaków.

Była też ciemna strona takiej koncepcji, a mianowicie
utrata wyłącznika bezpieczeństwa, którym było wzajemne monitorowanie się
Mediów. Szczególnie Sokół alarmował, że może się to źle skończyć, a
potencjalne korzyści są okupione zbyt dużym ryzykiem.

— Nie podoba mi się to — powtórzył jak echo.
Zdawał sobie sprawę, że nie ma takiej władzy, aby wstrzymać realizację
projektu, ale bezsilność tylko potęgowała uczucie złości. — Stąpacie po
kruchym lodzie.

— Przecież ich połączona moc też nie jest do
końca bezpieczna — skontrowała. — Pamiętasz, co się wydarzyło w Chorwacji?

— To działo się wieki temu! — zauważył Sokół,
przypominając sobie, co udało mu się ustalić na temat tamtego wydarzenia.
Wally, Kesja i Ina byli wtedy jeszcze dziećmi. Rodzice co roku zabierali
ich na wakacje w to samo miejsce, do Zadaru. Pewnego razu dzieci zaczęły
ze sobą tańczyć, trzymając się za rączki. Chwilę później miasto nawiedziła
potężna nawałnica, siejąc spustoszenie. — Wówczas nie panowały nad swoimi
zdolnościami. Teraz jest inaczej.

— Nic się nie stanie — próbowała przekonywać.

— Jak zwykle przesadzasz.

— Zrobiliście symulacje komputerowe? — nie dawał
za wygraną. — Przeliczyliście wszystko? Sprawdziliście zagrożenia?

— Pierwsza część testów została przeprowadzona.
Analitycy uważają, że nie ma żadnego zagrożenia.

— Bo nie widzieli dzieciaków w prawdziwej akcji! — rzekł ze złością.

— Słuchaj, nie spierajmy się o coś, na co nie
mamy wpływu, okay? — zniecierpliwiła się Sara Bednarz.

— Po tym, jak straciliśmy Maszynę, zostały nam
tylko dwie rzeczy: ITCS i separacja. Innej karty przetargowej nie mamy.

— Tym bardziej powinniśmy przyjrzeć się
okolicznościom zniszczenia fabryki — rzekł nagle.

— Nie mam na to czasu. — Potarła dłonią zmęczoną
twarz. — Muszę ratować oddział. Zapomniałeś?

— Spotykasz się z kimś jeszcze oprócz Brolina? —
Sokół gorączkowo analizował coś w myślach.

— Jeśli tylko będzie taka konieczność.

— Będę ci do tego potrzebny?

— Ty? — zdziwiła się — Przecież działania na
szczeblu dyplomacji są ci całkowicie obce.

— Czyli: nie? — upewnił się.

Zaprzeczyła zdecydowanym ruchem głowy.

— Świetnie. — Sokół uśmiechnął się, ale bardziej
sam do siebie niż do partnerki. — To ty zajmij się spotkaniami na wysokim
szczeblu, a ja w tym czasie podrążę w temacie katastrofy kolejowej. Pasuje
ci taki układ?

— Może być.

— W takim razie zawiozę cię do Cottbus i wracam.

— Jak chcesz — powiedziała, poprawiając włosy.

— Sara… — spojrzał na nią.

— Tak?

— Obyś miała rację — powiedział cicho, po czym
odwrócił się z powrotem. — Obyś miała rację, że to był tylko wypadek.

Rozdział 5

Wally’ego obudził ból w klatce piersiowej. Usiadł na
łóżku, otarł pot z czoła. Spojrzał na górną część piżamy i zaklął pod
nosem, widząc, że praktycznie zostały z niej tylko strzępy.

To już trzecia koszulka w tym tygodniu — zafrasował
się.

Ściągnął ją, spojrzał na spodenki i uśmiechnął się na
widok potężnego wzwodu. Pal licho piżamę, to była niewielka cena za takie
sny, jakich ostatnio doświadczał. Na wspomnienie tego, co wyczyniali z
Kesją, poczuł przyjemne mrowienie na karku.

Tylko szkoda, że nie jest tak w realu — westchnął.