Informacja: Serwis ebooky.pl to serwis dla miłośników książek, nie ma tutaj możliwości pobrania ich w nie autoryzowany sposób, wyświetlamy jedynie porównywarkę cen. Nie każda pozycja jest dostępna do zakupienia, jeżeli znalazłeś błąd napisz na adres: kontakt@ebooky.pl. Dokładamy wszelkich starań, aby baza książek była aktualizowana.

Strona główna » Sensacja, thriller, horror » Bestia

Bestia

4.00 / 5.00

Nie widzisz powyżej porównywarki cenowej? To oznacza, że powyższa publikacja jest niedostępna do kupienia.

Znalazłeś błąd? Skontaktuj się nami.

* - klikając w reklamę zostaniesz przekierowany do zewnętrznej strony. Nie mamy wpływu jak działa i co wyświetla zewnętrzny serwis. Mogą pojawić się nieprzyzwoite lub denerwujące reklamy. Zalecamy korzystanie z markowego antywirusa i wtyczek blokujących niechciane treści. Kliknięcie reklamę nie umożliwia pobrania plików chronionych prawem autorskim.

Zgłoś naruszenie praw autorskich

Kilka słów o książce pt. “Bestia

W czasie powrotu z miesięcznej delegacji do kochającej rodziny, Anna Kamińska postanawia pomóc pokrzywdzonym w wypadku samochodowym. Okazuje się, że mężczyzna, który był jedyną osobą w zniszczonym pojeździe, już nie żyje. Jednak coś jest nie tak. Jego twarz i uszy są jakieś dziwne… Nagle coś dostaje się do jej ust. Mdleje. Gdy się budzi, znajduje się w nieznajomym miejscu… gdy tylko zaczyna się dzień, jej świadomość powraca.

Gdy tylko Ernest Kamiński dowiaduje się o wypadku żony, pędzi do szpitala. Niestety na miejscu nikt nie ma dobrych wiadomości. Anna Kamińska nie dociera na lotnisko, gdzie miała być przetransportowana do specjalistycznego szpitala. Od tego momentu zaczynają się poszukiwania. Bliżej nieokreślona agencja wysyła dwóch agentów, aby rozwikłać zagadkę.

Polecane książki

  Mocny głos kobiecy, krytyka współczesności i niewygodne tematy. Antologia esejów laureatki literackiej Nagrody Nobla! Moja sztuka protestu... Efriede Jelinek to zbiór najróżniejszych tekstów, od artykułów i przemówień wygłaszanych na uroczystościach przyznania nagród literackich po felietony. Za r...
„Fundamentals of Polish Business Law" to opracowanie, które w sposób zwięzły i kompleksowy omawia najważniejsze zagadnienia polskiego prawa cywilnego i handlowego. Książka będzie bardzo pomocnym źródłem informacji dla wszystkich osób, które chciałyby zapoznać się z najistotniejszymi przepisami prawa...
Czołgi odegrały pierwszoplanową rolę w niemieckich ofensywach na początku drugiej wojny światowej. Znajdowały się w szpicy atakujących zgrupowań Wehrmachtu podczas błyskawicznego podboju krajów zachodnioeuropejskich w 1940 roku, działań Afrika Korps w Afryce Północnej i potężnego uderz...
Język można nabyć, ale można również stracić. Ludzie zapominają słowa, wyrażenia, nawet całe języki, z biegiem czasu wspólnoty językowe porzucają mowę, którą kiedyś się posługiwały, języki zaś zanikają i ustępują miejsca nowym. Echolalie opowiadają o wielu formach językowego zapominania. Porusza...
  Obszerny wybór bogatej międzywojennej publicystyki literacko-społecznej Ireny Krzywickiej na temat kondycji kobiety współczesnej.  Książka została pomyślana jako wydanie popularne, a więc nie obciążone aparatem przypisów i komentarzy, mające na celu udostępnienie tekstów autorki "Wyznań gorszyciel...
"Prawdziwa historia pary gwiazd południowo-koreańskiego kina porwanych przez władze Korei Północnej. Rok 1978. Przyszły dyktator, Syn Wielkiego Przywódcy i jednocześnie szef Departamentu Propagandy i Agitacji, Kim Dzong-Il zleca porwanie reżysera filmowego Shin Sang-Ok i jego byłej żony, aktorki Cho...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Radosław Lesisz

Ra­do­sław Le­sisz

Be­stia

© Co­py­ri­ght by Ra­do­sław Le­sisz 2013

Pro­jekt okład­ki: Ra­do­sław Le­sisz

ISBN 978-83-272-4031-6

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Roz­po­wszech­nia­nie i ko­pio­wa­nie ca­ło­ści lub czę­ści pu­bli­ka­cji za­bro­nio­ne bez pi­sem­nej zgo­dy au­to­ra.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

„Moż­na so­bie wy­bie­rać dro­gę,ale nie lu­dzi, któ­rych się spo­ty­ka”

(Ar­thur Schnit­zler)

Jeden

Gdy wie­czo­rem Ma­riusz Gal­ter wy­jeż­dżał swo­im sa­mo­cho­dem, aby do­je­chać na czas do miej­sca, w któ­rym mie­ści­ła się jego fir­ma i aby póź­niej szyb­ko roz­wieść ma­te­ria­ły bu­dow­la­ne na bu­do­wę, nie przy­pusz­czał, że rano za­sko­czy go po­twor­nie gę­sta mgła, któ­ra zmniej­sza­ła wi­docz­ność za­le­d­wie do kil­ku me­trów, to­też mą­drym było zre­du­ko­wa­nie pręd­ko­ści do mi­ni­mum. Lecz ta­kie wła­śnie było jego ży­cie i pra­ca. Gdy ka­za­no mu coś ro­bić, na­wet je­śli miał­by ru­szać się z domu w nocy, mu­siał to po pro­stu wy­ko­ny­wać, gdyż i tak pła­co­no mu wy­star­cza­ją­co dużo, a po dru­gie – strasz­nie lu­bił pro­wa­dzić sa­mo­chód. Za­wsze w taką po­go­dę zdo­by­wał więk­sze do­świad­cze­nie. Pa­mię­tał, że ja­dąc ja­kiś mie­siąc temu w po­dob­ną do tej po­go­dę, ja­kiś kre­tyn, któ­re­mu wi­docz­nie się bar­dzo spie­szy­ło, o mały włos nie spo­wo­do­wał wy­pad­ku w po­sta­ci zde­rze­nia czo­ło­we­go. Gal­te­ro­wi wte­dy całe ży­cie prze­le­cia­ło przed ocza­mi. Fa­cet wszedł w za­kręt z nad­mier­ną pręd­ko­ścią i wy­cho­dząc z nie­go za­jął cały pas Gal­te­ra. Tyl­ko przy­tom­ność do­staw­cy przy­czy­ni­ła się do unik­nię­cia fa­tal­nej w skut­kach stłucz­ki. Pa­mię­tał rów­nież, że ów fa­cet pro­wa­dził w sta­nie wska­zu­ją­cym na spo­ży­cie al­ko­ho­lu i nie był chy­ba świa­do­my tego, co czy­nił. Gdy już mi­nął się z nim, we wstecz­nym lu­ster­ku zo­ba­czył, jak fa­cet da­chu­je, po­su­wa­jąc się w kie­run­ku po­bli­skich drzew.

Mi­ja­jąc ja­kąś wio­skę przy­po­mniał so­bie rów­nież, jak wje­chał kie­dyś w gro­ma­dę prze­cho­dzą­cych gęsi. Nie­ste­ty nic nie miał na swo­je uspra­wie­dli­wie­nie, po­nie­waż była wte­dy pięk­na po­go­da, a co za tym idzie wy­śmie­ni­ta wi­docz­ność. Z gęsi nic nie zo­sta­ło, a że w po­bli­żu zda­rze­nia był wła­ści­ciel roz­je­cha­ne­go mie­nia, to­też przy­zwo­itość na­ka­zy­wa­ła mu za­pła­cić za spo­wo­do­wa­nie szkód w ho­dow­li. Oczy­wi­ście w tym dniu spóź­nił się do pra­cy i bu­do­wa, na któ­rą miał za­wieść nie­zbęd­ne na­rzę­dzia, nie ru­szy­ła. Owe bu­do­wy nie były aż tak wiel­kie. Spro­wa­dza­ły się je­dy­nie do po­je­dyn­czych po­miesz­czeń przy­szłych te­atrów lub kin.

Gal­ter lu­bił swo­ją pra­cę. Nie miał ro­dzi­ny, więc noc­ne wy­pa­dy nie prze­szka­dza­ły mu zbyt wie­le. Jego ko­le­dzy po fa­chu za­zdro­ści­li mu tro­chę pod tym wzglę­dem. Pła­ca, jaką do­sta­wał, wy­star­cza­ła mu w zu­peł­no­ści, lecz ktoś, kto po­sia­dał przy tym tro­je dzie­ci, mógł i miał pra­wo skar­żyć się, że jed­nak te za­rob­ki są zbyt małe. Jed­nak na ten te­mat Gal­ter nie wy­po­wia­dał się za czę­sto. Uwa­żał, że czło­wiek jest je­dy­nie wte­dy szczę­śli­wy, je­śli pra­ca spra­wia mu przy­jem­ność, a spra­wy zwią­za­ne z pie­niędz­mi trak­tu­je jak spra­wy dru­go­rzęd­ne. Oprócz pra­cy lu­bił przy­ro­dę. Nie był fa­na­ty­kiem przy­ro­dy, jak okre­ślał eko­lo­gów, ale za­wsze czuł, że le­piej jest, gdy w po­bli­żu sły­chać ja­kieś pta­ki, bo i le­piej robi się czło­wie­ko­wi, gdy ma on po­czu­cie, że na tej pla­ne­cie ist­nie­ją jesz­cze inne or­ga­ni­zmy, któ­re uroz­ma­ica­ją ży­cie i spra­wia­ją, że nie jest ono ta­kie mo­no­ton­ne i nud­ne, jak co­raz czę­ściej jest po­strze­ga­ne.

W swo­jej ka­rie­rze do­staw­cy na­po­tkał się kie­dyś na blo­ka­dę dro­go­wą, spo­wo­do­wa­ną przez eko­lo­gów prze­ciw bu­do­wie au­to­stra­dy. Wte­dy to już cał­kiem po­waż­nie spóź­nił się do pra­cy i otrzy­mał na­ga­nę. Od tej pory uni­kał wszel­kich blo­kad, wszel­kich starć po­li­cji i służb po­rząd­ko­wych z fa­na­ty­ka­mi przy­ro­dy. I tak miał wie­le spraw na gło­wie, nie­po­trzeb­ne mu były jesz­cze ja­kieś do­dat­ko­we po­wo­dy do zmar­twień i stre­sów.

Je­chał te­raz sam jak pa­lec, nie wi­dząc w po­bli­żu sie­bie żad­ne­go po­jaz­du. Lecz co miał zo­ba­czyć, do­cho­dzi­ła trze­cia rano i inni o tej po­rze zwy­czaj­nie jesz­cze spa­li. My­ślał, że i on mógł­by jesz­cze spać, ale wte­dy nie za­siadł­by za kie­row­ni­cą, za tym, za czym lu­bił za­sia­dy­wać naj­bar­dziej. O ja­kiej go­dzi­nie nie mia­ło­by to być, on za­wsze chęt­nie wsia­dał w sa­mo­chód i wy­ru­szał w swo­ją tra­sę. Za­zwy­czaj nie czuł zmę­cze­nia i mógł je­chać na­wet całą dobę bez chwi­li snu, lecz dzi­siaj było in­a­czej. Dzi­siaj był ja­kiś zmę­czo­ny, a przy tej po­go­dzie jego zmę­cze­nie wzra­sta­ło dwu­krot­nie. Dzi­wił się so­bie, gdyż już nie­raz pro­wa­dził w ta­kich wa­run­kach at­mos­fe­rycz­nych i nic mu nie było, ale dzi­siaj po pro­stu chcia­ło mu się spać. Im wię­cej o tym my­ślał, tym jego cier­pie­nia sta­wa­ły się co­raz więk­sze, tym bar­dziej nie mógł uwie­rzyć, że jest wła­śnie w ta­kim sta­nie.

Jego sa­mo­chód po­ru­szał się spo­koj­nie. Spo­kój, któ­ry pa­no­wał rów­nież na dro­dze, przez nic nie mógł być za­kłó­co­ny. Lecz było jesz­cze coś nie­po­ko­ją­ce­go, coś, co jak­by ob­ser­wo­wa­ło prze­jeż­dża­ją­cy sa­mo­chód, coś, co było praw­do­po­dob­nie od­po­wie­dzial­ne za to, w ja­kim sta­nie był Gal­ter. I chy­ba wła­śnie to coś spo­wo­do­wa­ło, że na­gle auto do­staw­cy za­czę­ło się nie­po­ko­ją­co za­cho­wy­wać i po­wo­li zmie­rzać w kie­run­ku przy­droż­nych drzew. Po­jazd, któ­ry prze­cież jesz­cze pięć mi­nut temu po­ru­szał się bez za­rzu­tów, te­raz zwa­rio­wał. Gnał, ni­czym tor­pe­da i nic nie było w sta­nie go za­trzy­mać, po­ko­nał szczę­śli­wie ja­kiś za­kręt, lecz to, co mia­ło się za­raz stać, było do prze­wi­dze­nia. Po­ru­sza­jąc się już bar­dzo cha­otycz­nie, sa­mo­chód wje­chał z ca­łym roz­pę­dem w wy­so­kie drze­wo-po­mnik przy­ro­dy, któ­re w ułam­ku se­kun­dy utra­ci­ło swą mu­ze­al­ną war­tość. W mo­men­cie zde­rze­nia Gal­ter, któ­ry nie wie­dząc, cze­mu nic nie ro­bił, by za­po­biec wy­pad­ko­wi, wy­strze­lił przez przed­nią szy­bę i za­trzy­mał się na niej. Po­dusz­ka po­wietrz­na i za­pię­te pasy być może ura­to­wa­ły­by mu ży­cie, lecz na ta­kim od­lu­dziu nie było chy­ba ni­ko­go, kto by go uwol­nił od krę­pu­ją­cej uwię­zi. Zo­ba­czył wpraw­dzie ja­kieś świa­tło, ale świa­do­mym był tego, że mo­gła to być jego wy­obraź­nia spo­wo­do­wa­na szo­kiem po­wy­pad­ko­wym. Zo­ba­czył jesz­cze coś. Wi­dział to już nie­wy­raź­nie, gdyż po­wie­ki sta­wa­ły się co­raz cięż­sze. Było to coś la­ta­ją­ce­go, da­ją­ce­go ja­skra­wo­zie­lo­ną łunę, lecz czy wi­dział to na­praw­dę, nie był pe­wien, gdyż mu­siał za­mknąć oczy, po­nie­waż krew za­czę­ła draż­nić jego tę­czów­kę. Po­czuł, że coś za­da­je mu ból w uchu, że coś wcho­dzi mu do ucha. Miał za­krwa­wio­ne czo­ło, więc mo­gła to być zwy­czaj­nie krew, ale czy na pew­no? Nie mógł być prze­cież w tej chwi­li pe­wien, nie mógł być ni­cze­go pe­wien, może za wy­jąt­kiem tego, że za­czy­nał tra­cić przy­tom­ność. Świa­tło, któ­re wi­dział, za­nim za­mknął oczy, wciąż się zbli­ża­ło.

Dwa

Była pią­ta rano. Anna Ka­miń­ska wra­ca­ła wła­śnie z de­le­ga­cji, na któ­rej spę­dzi­ła cały mie­siąc i nie mo­gła się do­cze­kać, kie­dy wresz­cie zo­ba­czy swo­ich pię­cio­let­nich bliź­nia­ków. Ko­cha­ła je bar­dzo, lecz je­dy­nym kon­tak­tem z nimi był kon­takt te­le­fo­nicz­ny. Pła­ka­ła z roz­pa­czy, gdy od­kła­da­ła słu­chaw­kę i nie mo­gła już sły­szeć ich gło­su. I wła­śnie dla­te­go nie lu­bi­ła tego typu wy­jaz­dów. Za­wsze trze­ba było prze­by­wać da­le­ko od bli­skich, a w przy­pad­ku Ka­miń­skiej owa czyn­ność była po­twor­nie mę­czą­ca.

Wje­cha­ła w ja­kiś las. Oświe­tlo­na dro­ga za­chę­ca­ła do tego, by po niej je­cha­no i jak na ta­kich dro­gach bywa, tak i tu punk­tem cha­rak­te­ry­stycz­nym była wy­śmie­ni­ta wi­docz­ność i chy­ba tyl­ko dla­te­go Ka­miń­ska spo­strze­gła w od­da­li ja­kiś sa­mo­chód, któ­ry z nie­wia­do­mych dla niej przy­czyn umiej­sco­wił się w środ­ku sta­re­go drze­wa. Za­trzy­ma­ła się i naj­szyb­ciej, jak tyl­ko mo­gła, pod­bie­gła do miej­sca wy­pad­ku. Z każ­dym me­trem wi­dzia­ła wię­cej, lecz do ta­kich wi­do­ków zdą­ży­ła się przy­zwy­cza­ić. Jej le­kar­skie do­świad­cze­nie w ta­kich sy­tu­acjach nie za­wo­dzi­ło. Gdy przy­bli­ży­ła się do roz­trza­ska­ne­go sa­mo­cho­du, zo­ba­czy­ła za­krwa­wio­ną twarz męż­czy­zny. Chcia­ła przy­stą­pić do czyn­no­ści re­ani­ma­cyj­nych, lecz już na pierw­szy rzut oka stwier­dzi­ła, że fa­cet nie żyje. Obe­szła wko­ło auto, pró­bu­jąc usta­lić przy­czy­ny wy­pad­ku i je­dy­ną my­ślą, jaka jej przy­cho­dzi­ła do gło­wy, była nie­uwa­ga ja­dą­ce­go lub po pro­stu za­śnię­cie. Po­sta­no­wi­ła bli­żej przyj­rzeć się owe­mu męż­czyź­nie. Wy­glą­dał nor­mal­nie tzn. jak na oso­bę po­szko­do­wa­ną w wy­pad­ku. Za­sta­na­wia­ją­ce były je­dy­nie jego usta i uszy. Fa­cet mu­siał cier­pieć na ja­kąś pa­skud­ną cho­ro­bę, gdyż jego war­gi były roz­my­te, skó­ra w po­bli­żu przyj­mo­wa­ła ta­kie same wła­ści­wo­ści, jak usta, była pra­wie czer­wo­na. Ka­miń­ska stwier­dzi­ła, że nie mo­gło to być spo­wo­do­wa­ne wy­pad­kiem, gdyż w prze­ciw­nym ra­zie cała twarz, a nie tyl­ko oko­li­ce ust, wy­glą­da­ła­by po­dob­nie. Na­to­miast uszy były naj­bar­dziej za­gad­ko­we. Wy­glą­da­ły one pra­wie nor­mal­nie. Rze­czą od­róż­nia­ją­cą je i ta­jem­ni­czą była bar­wa na we­wnętrz­nej ich stro­nie. Ta­jem­ni­czy zie­lo­ny ko­lor mazi, któ­ra po­kry­wa­ła więk­szość po­wierzch­ni ucha, był po­dob­ny do śla­dów, ja­kie po­zo­sta­ją po śli­ma­ku. Żeby to zba­dać do­kład­niej, Ka­miń­ska na­chy­li­ła się nad sztyw­nym już cia­łem Gal­te­ra. Nie my­śla­ła, że może być przez ko­goś lub coś za­sko­czo­na. W ułam­ku se­kun­dy coś wle­cia­ło do ust Ka­miń­skiej. Po­czu­ła okrop­ny ból w oko­li­cach prze­ły­ku, była pew­na, że zwy­mio­tu­je. Chcia­ła zwy­mio­to­wać, lecz coś, co te­raz po­chła­nia­ło jej or­ga­nizm, za­bra­nia­ło jej tego, po­wo­du­jąc więk­szy ból, któ­ry przez ten czas za­czął być od­czu­wal­nym w żo­łąd­ku. Mia­ła na­dzie­ję, że ktoś bę­dzie prze­jeż­dżał. Przy­po­mnia­ła so­bie o te­le­fo­nie w sa­mo­cho­dzie. Nie spo­dzie­wa­ła się jed­nak, że doj­ście do sto­ją­ce­go obok auta, przy­spo­rzy jej aż tyle kło­po­tu. Za­ta­cza­jąc się, do­brnę­ła do jed­nej rze­czy, łą­czą­cej ją z cy­wi­li­za­cją. We­zwa­ła po­go­to­wie i od­wró­ciw­szy się jesz­cze raz spo­strze­gła, że owe zie­lo­ne pla­my, któ­re wid­nia­ły na uszach Gal­te­ra, znik­nę­ły. W ca­łej tej sy­tu­acji za­po­mnia­ła o swo­ich, dłu­go nie wi­dzia­nych dzie­ciach. Chcia­ła do nich za­dzwo­nić, lecz ból, któ­ry ogar­niał cały or­ga­nizm, zni­we­czył jej pla­ny. Ze­mdla­ła.

Trzy

Za­raz po za­wia­do­mie­niu o wy­pad­ku żony, Er­nest Ka­miń­ski od­wiózł dzie­ci do te­ścio­wej i czym prę­dzej po­gnał do szpi­ta­la, gdzie ak­tu­al­nie prze­by­wa­ła naj­droż­sza mu oso­ba. Nie mógł jesz­cze dojść do sie­bie po tej przy­krej wia­do­mo­ści, nie wie­dział, co czy­nić. Miał oba­wy w związ­ku z tym wy­jaz­dem i na­wet na­ma­wiał Annę, by jed­nak nie je­cha­ła. Upie­ra­jąc się, po­sta­wi­ła na swo­im, może dla­te­go, iż Er­nest był bar­dzo ustę­pli­wy i nie lu­bił się spie­rać z oso­bą, któ­rą ko­chał. Jego ko­le­dzy z pra­cy czę­sto się z tego po­wo­du z nie­go na­bi­ja­li, że jesz­cze tego bę­dzie ża­ło­wał, lecz on wie­dział, iż tyl­ko ta­kie sto­sun­ki z żoną są naj­lep­sze i nie po­wo­du­ją żad­nych nie­po­trzeb­nych za­tar­gów i nie­po­ro­zu­mień. Wła­śnie ta­kie ar­gu­men­ty po­tra­fi­ły zmu­sić jego ko­le­gów do re­flek­sji, gdyż w więk­szo­ści byli to lu­dzie, któ­rzy trak­to­wa­li ko­bie­ty jak swo­ją wła­sność i przez to nie żyli oni tak jak Ka­miń­ski.

Zaj­mo­wał się tym, co umiał naj­le­piej i co wy­ko­ny­wał pra­wie od sa­me­go po­cząt­ku swo­je­go do­ro­słe­go ży­cia. Był kie­row­ni­kiem dzia­łu za­opa­trze­nia w szpi­ta­lu, w któ­rym pra­co­wa­ła Anna. Lu­bił to sta­no­wi­sko, po­nie­waż wie­dział, że zdo­był je cięż­ką, mo­zol­ną i w wie­lu przy­pad­kach peł­ną cier­pli­wo­ści pra­cą. Po pro­stu za­słu­żył na nie.

W koń­cu do­je­chał na miej­sce. W ułam­ku se­kun­dy zna­lazł się w re­cep­cji. Re­cep­cjo­nist­ka spo­koj­nie po­pa­trzy­ła na zde­ner­wo­wa­ne­go czło­wie­ka i nic nie mó­wiąc, po­wró­ci­ła do swo­ich pa­pier­ków.

– Prze­pra­szam bar­dzo, czy może mi pani ła­ska­wie po­móc? – rzekł podi­ry­to­wa­ny tym za­cho­wa­niem.

– Cze­mu pan tak od razu się de­ner­wu­je? Tro­chę spo­ko­ju – od­po­wie­dzia­ła chra­pli­wie.

– Gdy­by pani mąż brał udział w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym, jak by się pani za­cho­wy­wa­ła? – uspo­ko­ił się naj­bar­dziej, jak po­tra­fił.

– To pana za­wia­da­mia­łam? Ja bar­dzo prze­pra­szam, ale dzi­siaj róż­ne rze­czy się dzie­ją i sama już nie wiem co.

– O czym pani mówi? Ja tyl­ko chciał­bym się do­wie­dzieć, co sta­ło się z moją żoną i jak ona się czu­je.

– Nie­ste­ty mu­szę pana zmar­twić. Cho­ciaż stan pana żony był już do­bry, ko­niecz­nym jed­nak było prze­wie­zie­nie jej do spe­cja­li­stycz­ne­go szpi­ta­la, w któ­rym moż­na by było stwier­dzić, co wtar­gnę­ło do or­ga­ni­zmu pana żony. W tym mo­men­cie nic wię­cej nie mogę po­wie­dzieć.

– Gdzie mie­ści się ten szpi­tal? Chcę na­tych­miast wi­dzieć się z żoną.

– W Nor­we­gii. Przy­kro mi, ale nie do­pusz­czą pana do niej, gdyż nie stwier­dzo­no do­brze, co to wła­ści­wie jest. Jesz­cze nie spo­tka­no się z czymś po­dob­nym.

– To co mam ro­bić? – za­ła­mał się. Tak bar­dzo chciał zo­ba­czyć uko­cha­ną oso­bę, lecz nic nie wska­zy­wa­ło, że na­stą­pi to pręd­ko.

– Pro­szę się po­ło­żyć. Przy­go­to­wa­li­śmy jed­no łóż­ko. Niech pan spró­bu­je się uspo­ko­ić i za­snąć.

Tak też uczy­nił. Przez jego umysł prze­la­ty­wa­ły naj­czar­niej­sze my­śli i nic nie mógł na to po­ra­dzić. Od­da­la­jąc się od re­cep­cji, usły­szał je­dy­nie dzwo­nek te­le­fo­nu, ale jego to nie ob­cho­dzi­ło, roz­my­ślał tyl­ko o An­nie. Wszedł do ja­kie­goś po­miesz­cze­nia, gdzie na środ­ku znaj­do­wa­ło się jed­no łóż­ko. Usta­wił buty obok łóż­ka i po­ło­żył się. Sły­szał ja­kieś szme­ry, była to chy­ba roz­mo­wa dwóch le­ka­rzy, któ­rzy dys­ku­to­wa­li na te­mat za­rob­ków. Do­szło chy­ba na­wet do sprzecz­ki, ale nie­ba­wem na­sta­ła ci­sza.

Annę po­znał wła­śnie w szpi­ta­lu. Był wte­dy za­opa­trze­niow­cem, do­star­czał na­rzę­dzia chi­rur­gicz­ne, środ­ki de­zyn­fe­ku­ją­ce i inne tego typu rze­czy, ona na­to­miast – świe­żo za­trud­nio­na stu­dent­ka, była wte­dy zu­peł­nie obca, nie­do­stęp­na, da­le­ka. Wte­dy znał ją je­dy­nie z wi­dze­nia, nie mó­wi­li so­bie „dzień do­bry”, nie wy­mie­nia­li się spoj­rze­nia­mi. Prze­łom na­stą­pił wte­dy, gdy jej bez­po­śred­ni prze­ło­żo­ny chciał, aby do­star­czo­no mu bia­łe prze­ście­ra­dła. Za­dzi­wia­ją­cym było to, że tak po­spo­li­te przed­mio­ty i zda­rze­nia po­tra­fią do­pro­wa­dzić do po­zna­nia i po­tem łą­cze­nia lu­dzi. Wte­dy zo­ba­czy­ła go pierw­szy raz, on tak­że wi­dział ją po raz pierw­szy z tak bli­ska. Na po­cząt­ku było to jed­no krót­kie spoj­rze­nie, chy­ba ra­zem byli tego świa­do­mi, że ob­ser­wu­ją się na­wza­jem. Ale na tym się skoń­czy­ło. Ka­miń­ski uj­rzał ją do­pie­ro po upły­wie dwóch ty­go­dni. W ten dzień to wła­śnie ona ode­zwa­ła się do nie­go, jej głos był ła­god­ny i ser­decz­ny. Tak pro­ste wy­ra­zy jak „dzień do­bry” zmu­si­ły go do re­flek­sji. I w tym przy­pad­ku na tym się skoń­czy­ło, spie­szył się, gdyż cze­ka­ła go jesz­cze roz­mo­wa z sze­fem, a ten z ko­lei nie lu­bił spóź­nień.

Kie­dy je­chał do domu, za­uwa­żył Annę, któ­ra szła chod­ni­kiem, w pra­wej ręce nio­sła peł­ną re­kla­mów­kę za­ku­pów. Jej ja­sne wło­sy ko­ły­sa­ły się swo­bod­nie to w pra­wo, to w lewo, w rytm kro­ków. Po­sta­no­wił ją pod­wieźć, miał ogrom­ną na­dzie­ję, że bę­dzie po dro­dze. I tak też się sta­ło. Pa­sa­żer­ka nie kry­ła ra­do­ści, jej uśmiech i po­dzię­ko­wa­nia trwa­ły jed­no­cze­śnie tak dłu­go, do­pó­ki nie na­stą­pi­ło ofi­cjal­ne przed­sta­wie­nie się.

Roz­ma­wia­ło im się wy­śmie­ni­cie, jego po­czu­cie hu­mo­ru za­owo­co­wa­ło tym, że Anna ośmie­li­ła się za­py­tać, czy nie mo­gła­by wra­cać z nim po pra­cy. Oka­za­ło się, że miesz­ka­li od sie­bie w od­le­gło­ści trzech prze­cznic. Wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że bę­dzie to pięk­na, owo­cu­ją­ca zna­jo­mość.

Praw­dzi­wy jed­nak prze­łom na­stą­pił w dzień, w któ­rym Anna Bor­czyk wsta­wi­ła się za nim u sze­fa, gdyż przy­wiózł nie to, co trze­ba. Jej prze­ło­żo­ny strasz­nie krzy­czał, w ogó­le był ner­wo­wy, po­tem jego złość wy­ła­do­wa­ła się na jej oso­bie. Po tym zaj­ściu, w ak­cie wdzięcz­no­ści, Ka­miń­ski za­pro­sił ją do re­stau­ra­cji, gdzie przyj­rzał jej się bar­dzo uważ­nie. Mia­ła twarz, któ­ra mu­sia­ła czę­sto się uśmie­chać, gdyż na po­licz­kach i skro­niach wid­nia­ły przy­jem­ne zmarszcz­ki. Jej oczy były zie­lo­ne, wy­ra­ża­ły każ­de uczu­cie, były szcze­re.

– Pa­nie Ka­miń­ski! – za­czął ktoś wo­łać. Na­tych­miast ze­sko­czył z miej­sca od­po­czyn­ku, wsu­nął buty na nogi i po­mknął w stro­nę re­cep­cji. Bę­dąc już na miej­scu, zo­ba­czył po­zna­ną wcze­śniej ko­bie­tę, dwóch le­ka­rzy, naj­praw­do­po­dob­niej tych, któ­rych sły­szał. Wszy­scy mie­li twa­rze po­waż­ne, nikt nie ośmie­lał się prze­mó­wić pierw­szy, nikt nie chciał wziąć na sie­bie cię­ża­ru wia­do­mo­ści, któ­re mie­li do prze­ka­za­nia.

– Słu­cham – rzekł.

– Mamy złe wia­do­mo­ści – od­wa­żył się je­den z le­ka­rzy.

– Pana żona nie do­tar­ła na lot­ni­sko, gdzie była trans­por­to­wa­na. Ucie­kła z pę­dzą­cej ka­ret­ki i nie od­na­le­zio­no jej.

– To gdzie ona jest?!

Cztery

Jak za­wsze To­masz Hut­son po skoń­czo­nej pra­cy wraz ze swy­mi kum­pla­mi szedł do knaj­py. W ca­łym jego ży­ciu naj­bar­dziej cie­szył się z tego, że bez żad­nych prze­szkód co­dzien­nie szedł ze sta­łą eki­pą do miej­sca, jak czę­sto je na­zy­wał, upo­je­nia i za­po­mnie­nia. A miał o czym za­po­mi­nać. Pół roku temu przez nie­go zgi­nę­ło czte­rech drwa­li, gdyż po­zwo­lił im od­da­lić się od miej­sca pra­cy, pod­czas gdy ści­na­no naj­oka­zal­sze drze­wa. Do­cho­dze­nie nic nie wy­kry­ło, bo Hut­so­na oso­bi­ście nie do­ty­czy­ła ta spra­wa. Był prze­cież jed­nym z nich, jed­nym z fra­je­rów, któ­rzy od­wa­la­ją całą tą za­sra­ną ro­bo­tę za tak ni­skie pie­nią­dze. Ale ist­nia­ła rzecz naj­waż­niej­sza, do któ­rej się nie przy­znał, a te­raz cią­gle po­wra­ca­ła w po­sta­ci gry­zą­ce­go su­mie­nia. Wie­dział, że wy­ci­na­ją drze­wa, a mimo to po­zwo­lił im odejść, po­zwo­lił im, jak chcie­li, zbie­rać grzy­by. Tak więc co­dzien­nie to­pił swe smut­ki w pi­wie, a jego kum­ple je­dy­nie ob­ser­wo­wa­li, jak się sta­czał.

– Za­po­mnij już o tym, byli do­ro­śli – rzekł Ar­tur Go­mo­la.

– Już za­po­mnia­łem, tyl­ko mi przy­po­mi­nasz. Chy­ba po­wo­li oswa­jam się z tym, a je­stem tu, bo lu­bię – skła­mał. Nie chciał jesz­cze raz roz­ma­wiać z nimi o tym, gdyż i tak nie mia­ło­by to sen­su. – Za­miast przy­pie­przać się do mnie, po­ga­daj­my o to­bie – tu Hut­son wska­zał na sie­dzą­ce­go na­prze­ciw­ko po­tęż­ne­go męż­czy­znę o ru­dych wło­sach i krót­kiej ko­ziej bród­ce.

– A o czym tu ga­dać?

– Na przy­kład o two­jej no­wej pup­ci. Czy te­raz też do­sta­niesz po gę­bie za swo­je za­cho­wa­nie?

– Nie mów tak o niej…

– Ja­koś ci to kie­dyś nie prze­szka­dza­ło. Czy może bie­rzesz to po­waż­nie? – wtrą­cił się sie­dzą­cy na rogu Ro­man Wark. Był to sto­sun­ko­wo nie­wiel­ki czło­wiek, ale bar­dzo ży­wio­ło­wy.

– Nie śmiej się, ona jest inna niż te próż­ne baby, z któ­ry­mi się spo­ty­ka­łem. Ona jest pięk­na i wy­ro­zu­mia­ła, chy­ba to coś po­waż­ne­go… – prze­rwał, gdyż ko­le­dzy po­czę­li się śmiać. Nie do­wie­rza­li wła­snym uszom. Czło­wiek, któ­ry wy­ko­rzy­sty­wał ko­bie­ty na wszel­kie spo­so­by, uży­wa tak wy­nio­słych słów i wku­rza się, gdy na swo­ją dziew­czy­nę sły­szy wul­gar­ne sło­wa.

– Ro­bisz so­bie jaja? Może jed­nak jest to coś po­waż­ne­go – rzekł Hut­son. – Nig­dy nie wi­dzia­łem cię w ta­kich chmu­rach.

– Bę­dzie­cie grzecz­ni, to za­po­znam ją z wami. Mniej cham­skich słów i wszyst­ko bę­dzie OK. – po­wie­dział Go­mo­la i łyk­nął z ku­fla pie­nią­ce się piwo. Ko­le­dzy uczy­ni­li po­dob­nie.

– Nie ma to jak do­bre piwo – rzekł Wark i po­kle­pał się po brzu­chu.

– Świę­te sło­wa – za­śmiał się Hut­son, pa­trząc jed­no­cze­śnie w duże pro­sto­kąt­ne okno. Za­cie­ka­wi­ła go ja­kaś ko­bie­ta, któ­ra roz­ma­wia­ła ze swo­im dziec­kiem. Bu­rzy­ła się z po­wo­dów bli­żej nie­okre­ślo­nych i ro­bi­ła nie­po­trzeb­ne przed­sta­wie­nie. – Pa­trz­cie na tę dur­ną ko­bie­tę – po­wie­dział gło­śno, aby wszy­scy to usły­sze­li.

– Znam tę babę – oświad­czył Wark. – Znę­ca się nad tym syn­kiem. Kie­dyś my­śla­łem, że za­słu­gu­je na coś ta­kie­go, bo sy­nek jest nie­zno­śny, ale te­raz to ona prze­sa­dza. Zresz­tą, cała ta ro­dzi­na ma na­sra­ne w gło­wie.

– Wi­dzi­cie tę dru­gą – wtrą­cił się Go­mo­la, jak­by spra­wy chłop­ca wca­le go nie ob­cho­dzi­ły, wska­zu­jąc na ko­bie­tę wy­cho­dzą­cą z po­bli­skie­go la­sku. Było już pra­wie ciem­no, gdyż słoń­ce jesz­cze nie zdą­ży­ło się scho­wać za wid­no­krąg, lecz do­bry wzrok Go­mo­li po­zwo­lił mu zo­ba­czyć, że mia­ła nie­wy­raź­ną twarz, a oczy wy­da­wa­ły się pły­wać w oczo­do­łach. Po­cząt­ko­wo nie wie­rzył w to, co wi­dział, ale po­wo­li uzmy­sła­wiał so­bie, że jed­nak się nie myli. Jesz­cze nig­dy nie wi­dział cze­goś po­dob­ne­go.

– A co to kur­wa jest?! – obu­rzył się Wark. – Prze­cież ona jest za­ćpa­na na amen.

– Wi­dzisz jej oczy, to nie po pro­chach. Ma ja­kiś pro­blem – rzekł Go­mo­la.

– Może po­trze­bo­wać po­mo­cy – oznaj­mił Hut­son.

– Pie­przysz. Ucie­kła z domu wa­ria­tów i szu­ka schro­nie­nia. Zna­łem już ta­kich i wiem, że ra­to­wa­nie czub­ków jesz­cze ni­ko­mu nie wy­szło na do­bre, za­wsze są ja­kieś pro­ble­my – ozwał się su­cho Wark, po czym za­głę­bił się w ku­flu piwa – A zresz­tą, co nas to ob­cho­dzi? Czy to­bie To­mek ktoś po­mógł, kie­dy zna­la­złeś się w krop­ce? Czy wam ktoś po­ma­gał? Za­wsze by­li­śmy ko­pa­ni w ty­łek.

– Co nie zna­czy, że tak musi być za­wsze. Wy­pi­łeś o ku­fel za dużo – od­po­wie­dział Hut­son. – Nie wiem jak wy, ale ja pój­dę to spraw­dzić.

Czy chciał, czy nie chciał, Wark też wy­szedł. Od okre­ślo­ne­go celu trój­kę dzie­li­ło je­dy­nie pięć­dzie­siąt me­trów. Szli szyb­ko, lecz ostroż­nie. Za­uwa­ży­li, iż słoń­ce, któ­re jesz­cze kil­ka mi­nut było na nie­bie, te­raz znaj­do­wa­ło się już na­praw­dę ni­sko. Pa­trzy­li na ko­bie­tę, któ­ra na ich wi­dok po­czę­ła pro­sić o po­moc. Nie dzi­wi­li się temu, wy­glą­da­ła okrop­nie. Wark był ci­cho, być może zdał so­bie spra­wę z tego, że był w błę­dzie i by wię­cej się nie kom­pro­mi­to­wać, po­sta­no­wił cze­kać, co na­stą­pi.

– Do­brze się pani czu­je? – py­tał Go­mo­la.

– We­zwij­cie po­go­to­wie… – wy­mam­ro­ta­ła ko­bie­ta.

– Może przy­wlo­kła ja­kąś cho­ro­bę z ja­kiejś pie­przo­nej Afry­ki. Le­piej stąd idź­my – nie wy­trzy­mał Wark.

– Za­mknij się! – zde­ner­wo­wał się Hut­son. – Co mo­że­my jesz­cze zro­bić? – spy­tał, lecz ko­bie­ta ze­mdla­ła. Upa­da­jąc na zie­mię, wy­da­ła z sie­bie nie­ludz­ki od­głos przy­po­mi­na­ją­cy tro­chę mu­cze­nie kro­wy, po­czę­ła się trząść, jak­by do­sta­ła ata­ku epi­lep­sji. – Co jej jest? – py­tał.

– Le­piej nie mie­szaj­my się do tego – po­wta­rzał Wark.

Ko­le­dzy go nie słu­cha­li, chcie­li jej po­móc. Zro­bi­ło się ciem­no, to­też wzy­wa­nie prze­chod­niów było nie­moż­li­we, gdyż po pro­stu nie było już ni­ko­go. Słoń­ce cał­ko­wi­cie skry­ło się za ho­ry­zon­tem, ale to nie ro­bi­ło dla nich żad­nej trud­no­ści. Pró­bo­wa­li ją obu­dzić, lecz to nie przy­no­si­ło re­zul­ta­tów, wręcz prze­ciw­nie, ko­bie­ta za­czę­ła wy­da­wać z sie­bie głu­che, de­mo­nicz­ne od­gło­sy. Jej kon­wul­sje ustą­pi­ły. My­śle­li, że już po wszyst­kim, był to jed­nak po­czą­tek tego, co mia­ło na­stą­pić. Twarz ko­bie­ty w jed­nej chwi­li zmie­ni­ła się w ga­la­re­to­wa­tą, cuch­ną­cą maź. Krew, któ­ra do­tych­czas bra­ła w or­ga­ni­zmie funk­cję za­si­la­nia mózg w ży­cio­daj­ny tlen, te­raz try­ska­ła z pę­che­rzy znaj­du­ją­cych się na po­licz­kach i czo­le. Ze­bra­ni wo­kół nie wie­dzie­li, co się dzie­je. Chcie­li coś zro­bić. W tym cza­sie ko­bie­ta uspo­ko­iła się i co chy­ba naj­waż­niej­sze, krew prze­sta­ła tak po­twor­nie try­skać. Męż­czyź­ni na­chy­li­li się, gdzieś w du­chu po­czu­li ulgę, że cała ta sy­tu­acja nie wy­glą­da już tak tra­gicz­nie. Po raz dru­gi my­li­li się. W ułam­ku se­kun­dy ręka ko­bie­ty chwy­ci­ła za gar­dło War­ka i za­czę­ła je wy­ry­wać. To, co kie­dyś przy­po­mi­na­ło pa­znok­cie, wbi­ło się w prze­łyk męż­czy­zny. Ko­le­dzy zo­sta­li cał­ko­wi­cie za­sko­cze­ni ta­kim ob­ro­tem spra­wy.

– Co jest, kur­wa?! – ryk­nął Go­mo­la, po czym za­czął ko­pać le­żą­cą jesz­cze ko­bie­tę.

– Pusz­czaj! – na po­moc ru­szył Hut­son.

Tym­cza­sem z gar­dła War­ka try­snę­ła krew. Ko­bie­ta wsta­ła, lecz wy­glą­da­ła zu­peł­nie in­a­czej. Było to już pie­kiel­ne mon­strum, któ­re na na­paść dwóch in­tru­zów od­po­wie­dzia­ło tym sa­mym. Rzu­ci­ło jesz­cze żywe cia­ło w ich kie­run­ku. Zdą­ży­li się osło­nić. Wte­dy zo­ba­czy­li po­two­ra naj­le­piej, chcie­li ucie­kać, ale nogi od­mó­wi­ły im po­słu­szeń­stwa. Swo­ją koń­czy­ną mach­nął w kie­run­ku Go­mo­li, tra­fia­jąc w pierś, jed­no­cze­śnie ją roz­ry­wa­jąc i za­głę­bia­jąc się w niej. Krew ni­czym z fon­tan­ny za­czę­ła pry­skać, tra­fia­jąc w osłu­pia­łe­go z tego wszyst­kie­go Hut­so­na. Kie­dy ka­wa­łek je­lit ko­le­gi wy­lą­do­wał na twa­rzy War­ka, Hut­son nie wy­trzy­mał, cały jego obiad wy­je­chał mu z żo­łąd­ka, od­kła­da­jąc tro­chę chwi­lę, któ­ra i tak mia­ła na­stą­pić. Mon­strum z całą swo­ją siłą wpa­dło na Hut­so­na. Be­stia dar­ła skó­rę twa­rzy męż­czy­zny od­sła­nia­jąc bia­łą czasz­kę. Ko­ści za­czę­ły pę­kać, lecz ich wła­ści­ciel jesz­cze żył i wył z bólu. Czuł, że zbli­ża się upra­gnio­na śmierć, nie my­lił się… Mon­strum, gdy do­sta­tecz­nie na­ba­wi­ło się cia­łem Hut­so­na, zbli­ży­ło się do War­ka, któ­ry le­żał ję­cząc i trzy­ma­jąc się za krwa­wią­cą szy­ję. Przy­bli­ża­ło się po­wo­li. Rów­nież po­wo­li chwy­ci­ło po raz ko­lej­ny za szy­ję, ro­biąc przy tym więk­sze spu­sto­sze­nie niż wcze­śniej. Tym ra­zem Wark nie miał szans za­trzy­mać krwa­wie­nia, któ­re­go źró­dłem była tęt­ni­ca szyj­na. Po­twór wy­da­wał się być za­do­wo­lo­nym z sie­bie. Krew pa­da­ła bez­po­śred­nio na nie­go, za­le­wa­jąc jego krwio­żer­cze, z zie­lo­nym od­cie­niem spoj­rze­nie. Po­sta­no­wił rzu­cić cia­ło w kie­run­ku szcząt­ków Go­mo­li. Uczta do­bie­ga­ła koń­ca. W mro­ku bez­k­się­ży­co­wej nocy wszedł w las, któ­ry dla tego ro­dza­ju stwo­rzeń mógł być je­dy­nym do­mem. Znik­nął w ciem­no­ściach, szu­ka­jąc no­wych ofiar.

Pięć

Za­po­wia­da­ła się pięk­na po­go­da. Dzie­ci, któ­re zdą­ży­ły już zjeść śnia­da­nie, wy­szły przed domy ba­wić się. Zda­wa­ło się, że wszy­scy w oko­li­cy wy­szli na spa­cer, że nikt o zdro­wym umy­śle nie po­zo­sta­nie obo­jęt­ny na taki dar na­tu­ry. Nie­ste­ty Ka­miń­ski mu­siał zo­stać, mu­siał pil­no­wać i cze­kać na ja­kieś wia­do­mo­ści po­li­cji i in­nych in­sty­tu­cji za­in­te­re­so­wa­nych tym nie­co­dzien­nym zja­wi­skiem. Sie­dział na swo­im ulu­bio­nym fo­te­lu i wpa­try­wał się w lek­ko uchy­lo­ne okno, przez któ­re do­bie­ga­ły od­gło­sy uli­cy. Chcia­ło mu się pła­kać. Anna była dla nie­go wszyst­kim, nie wie­dział, jak jego ży­cie po­to­czy­ło­by się bez niej i czy mia­ło­by taki sens jak te­raz. Lecz w tym mo­men­cie był bez­sil­ny, mó­wio­no mu, że przy­pa­dek Anny jest o tyle inny, że po pro­stu nie spo­tka­no się jesz­cze z czymś po­dob­nym. Mó­wio­no mu rów­nież, że naj­praw­do­po­dob­niej ma to ja­kiś zwią­zek z wy­pad­kiem dro­go­wym, w ja­kim uczest­ni­czy­ła jego żona. W tym trud­nym dla sie­bie i dla ca­łej ro­dzi­ny okre­sie za­po­mniał o in­nych pro­ble­mach. Co go­dzi­nę dzwo­nił ktoś i py­tał, czy coś już wia­do­mo i czy do­brze się czu­je. Je­śli dzwo­ni­ła te­ścio­wa, od­po­wia­dał i z ko­lei on py­tał, czy u dzie­ci wszyst­ko w po­rząd­ku. Był za­ła­ma­ny i tyl­ko sło­wa te­ścio­wej do­da­wa­ły mu naj­wię­cej otu­chy. Dzia­ło się tak może dla­te­go, że on tę­sk­nił do żony, ona zaś tę­sk­ni­ła do cór­ki. Tyl­ko to im zo­sta­ło. Miał po­twor­ne szczę­ście, je­dy­nie garst­ka jego ko­le­gów mo­gła się po­chwa­lić ta­ki­mi do­bry­mi sto­sun­ka­mi z te­ścio­wą jak on. W wie­lu spra­wach mógł szu­kać po­par­cia wła­śnie w niej, dzia­ło się tak, po­nie­waż gdy miał za­le­wie czte­ry lata, zmar­ła jego mat­ka, a mat­ka jego żony speł­nia­ła te­raz wszyst­kie funk­cje, ja­kie speł­niać po­win­na wła­śnie mat­ka.

Z tru­dem po­wstrzy­my­wał się od wy­bu­chu pła­czu. Chciał, by to wszyst­ko jak naj­szyb­ciej się skoń­czy­ło, ale nie za­wsze mamy to, co chcie­li­by­śmy mieć i tak też wła­śnie po­my­ślał.

– Halo, czy jest tu ktoś? – głos do­cho­dził zza drzwi, jed­no­cze­śnie prze­ry­wał dłu­gą chwi­lę za­du­my Ka­miń­skie­go, któ­ry w tym cza­sie sko­czył do drzwi, z tru­dem nie prze­wra­ca­jąc się o lek­ko wy­sta­ją­cy próg dzie­lą­cy dwa po­ko­je.

– Już, już idę – krzyk­nął, by mieć pew­ność, że ten ktoś nie odej­dzie. W koń­cu uda­ło mu się do­trzeć do drzwi, któ­re z ko­lei zo­sta­ły na­tych­miast otwar­te. – Prze­pra­szam pana, nie sły­sza­łem dzwon­ka.

– To ja prze­pra­szam, że nie­po­ko­ję. Na­zy­wam się Jan Mo­chol i pro­wa­dzę ba­da­nia, któ­re są nie­ste­ty ści­śle taj­ne, a któ­re do­ty­czą pań­skiej żony.

– Słu­cham? – nie do­sły­szał. Chciał wie­dzieć jak naj­wię­cej.

– Pro­wa­dzę pew­ne ba­da­nia, a na­wet do­cho­dze­nie do­ty­czą­ce pana żony. Wiem, że jest pan w cięż­kiej sy­tu­acji i wiem, że jest panu trud­no o tym mó­wić, ale chciał­bym pana po­pro­sić o współ­pra­cę.

– Pro­szę wejść – po­wie­dział ci­cho Ka­miń­ski, po czym we­szli do środ­ka.

– Może za­cznę od tego, co tu te­raz u pana ro­bię. Otóż przy­sła­no mnie w celu na­kło­nie­nia pana do współ­pra­cy. W drzwiach nie mo­głem pana o ni­czym po­in­for­mo­wać, gdyż są to in­for­ma­cje ści­śle taj­ne, a na­sza agen­cja nie może so­bie po­zwo­lić na ja­kie­kol­wiek nie­do­cią­gnię­cie.

– Prze­pra­szam, jaka agen­cja? O czym pan mówi?

– Do tego zmie­rzam. To, cze­go pan się te­raz do­wie, jest ob­ję­te ta­jem­ni­cą, zwa­żyw­szy na me­dia, któ­re, nie będę ukry­wał, mo­gły­by do­pro­wa­dzić do śmier­ci pana żony…

– Gdzie jest moja żona?! – krzyk­nął. – O czym pan mówi?! Chciał­bym się z nią na­tych­miast wi­dzieć.

– To nie jest ta­kie pro­ste. Nim jesz­cze za­cznę, uprze­dzam, iż może pana to za­szo­ko­wać. Pana żona jest szcze­gól­nym przy­pad­kiem. Przy­pusz­cza­my, iż za­mor­do­wa­ła ona grup­kę męż­czyzn i jest bar­dzo nie­bez­piecz­na…

– Co pan pier­do­li… Przy­cho­dzi pan nie wia­do­mo skąd i oskar­ża żonę o ja­kieś bzdur­ne mor­dy… Może le­piej bę­dzie, jak pan so­bie pój­dzie.

– Pro­szę mnie wy­słu­chać…

– Cze­go tu słu­chać? Nie wiem, co ro­bić. Mam w gło­wie róż­ne my­śli, a pan mi snu­je ta­kie pier­do­ły.

– Dla­te­go jest to ta­kie taj­ne. Żona zo­sta­ła za­in­fe­ko­wa­na nie­zna­ną nam sub­stan­cją, co wią­że się z jej za­cho­wa­niem. Po­dej­rze­wa­my, iż po­wo­du­je to re­ak­cje w jej or­ga­ni­zmie, któ­rych nie­ste­ty nie po­tra­fi­my jesz­cze zi­den­ty­fi­ko­wać. Są­dzi­my tak­że, że żona jest w po­waż­nym nie­bez­pie­czeń­stwie.

– W ta­kim ra­zie cze­go pan chce ode mnie? – uspo­ko­ił się. Zdzi­wił się jed­no­cze­śnie, że nie wy­rzu­cił na­trę­ta ze swe­go domu, ale cała ta hi­sto­ria wy­da­wa­ła się być przy­najm­niej w czę­ści praw­dzi­wa.

– Pro­si­my pana o współ­pra­cę. Są­dzi­my, że po­mo­że pan nam ją ura­to­wać. Spra­wa ta jed­nak nie może uj­rzeć świa­tła dzien­ne­go, po­nie­waż, je­śli to do­sta­nie się choć­by do pra­sy, mogą po­wstać swe­go ro­dza­ju kół­ka my­śliw­skie. Z góry prze­pra­szam za to sfor­mu­ło­wa­nie, lecz naj­le­piej to ob­ra­zu­je za­ist­nia­łą sy­tu­ację. Wiem, że jest panu cięż­ko, ale zga­dza­jąc się bę­dzie pan in­for­mo­wa­ny na bie­żą­co o po­stę­pie w do­cho­dze­niu.

– Cały czas mówi pan w dru­giej oso­bie. Gdzie są po­zo­sta­li? – chciał wie­dzieć jak naj­wię­cej, chcia­ło mu się rów­nież pła­kać i to skła­nia­ło go do po­zy­tyw­nej od­po­wie­dzi. Zresz­tą, co miał czy­nić. Całe to cze­ka­nie na nie wia­do­mo co spra­wia­ło, że miał róż­ne zwi­dy i my­śli, któ­re nie za­wsze mo­gły uka­zy­wać stan fak­tycz­ny.

– I tu jest pies po­grze­ba­ny… Te in­for­ma­cje są taj­ne dla po­ło­wy rzą­du, to­też pro­szę mieć się na bacz­no­ści. Ale do rze­czy: zaj­mu­je­my się przy­pad­ka­mi, któ­ry­mi nikt nie chce się zaj­mo­wać, ten jest szcze­gól­ny, po­nie­waż, je­śli już ist­niał taki przy­pa­dek, to po­cho­dził on od nas i nie obej­mo­wał osób cy­wil­nych. Tu jest in­a­czej. Tu po pro­stu nie wie­my, od cze­go za­cząć. Jest to o tyle trud­ne, że nie moż­na tego dać do wia­do­mo­ści pu­blicz­nej. Je­ste­śmy agen­cją zło­żo­ną z woj­sko­wych i cy­wi­li, któ­rzy sto­ją tro­chę po­nad pra­wem. Wię­cej na­praw­dę nie mogę nic po­wie­dzieć.

– Czy mógł­bym przez chwi­lę po­my­śleć? Ja­koś nie mie­ści mi się to w gło­wie.

– Niech pan po­rząd­nie się za­sta­no­wi. Je­śli to nie kło­pot, zja­wię się ju­tro. Bę­dzie miał pan wię­cej cza­su.

Po­że­gna­li się. Za­my­ka­jąc drzwi, Ka­miń­ski za­padł w za­du­mę. Nie mie­ści­ło mu się to w gło­wie. Ja­kiś fa­cet, któ­ry być może jest ja­kimś na­cią­ga­czem, chce po pro­stu wy­łu­dzić od nie­go pie­nią­dze. Z dru­giej stro­ny fa­cet dużo wie­dział na te­mat wy­pad­ku Anny i nie krył się z tym. Wy­da­wał się być au­ten­tycz­nym. Po­świe­cił przez mo­ment ja­kąś le­gi­ty­ma­cją, któ­ra, szcze­rze mó­wiąc, nic nie wy­ja­śnia­ła, ale współ­gra­ła zna­ko­mi­cie z całą tą otocz­ką. I tak w tym sta­nie nie po­tra­fił ze­brać choć czę­ści my­śli, któ­re z ko­lei uka­zy­wa­ły się z jak naj­czar­niej­szej stro­ny. Chciał już mieć to wszyst­ko za sobą, chciał być zno­wu ra­zem z uko­cha­ną oso­bą, tu­lić ją i ca­ło­wać, chciał się z nią przy­najm­niej zo­ba­czyć. Ta roz­łą­ka do­pro­wa­dza­ła go do praw­dzi­we­go sza­leń­stwa, lecz co miał czy­nić. Gdy­by to od nie­go za­le­ża­ło i wie­dział­by, że coś ta­kie­go bę­dzie mia­ło miej­sce, nig­dy nie po­zwo­lił­by jej je­chać na ja­ką­kol­wiek de­le­ga­cję. Lecz te­raz był bez­sil­ny, je­dy­ną rze­czą, jaka mu zo­sta­ła, było cze­ka­nie na tego go­ścia. Był pra­wie pe­wien, że nie po­wie­dział mu on ca­łej praw­dy. Ten Mo­chol był ja­kiś dziw­ny. Wpraw­dzie i tak po­wie­dział dość dużo, co da­wa­ło ja­kiś za­rys tej spra­wy, ale nic kon­kret­ne­go na tyle, by do koń­ca uspo­ko­ić zroz­pa­czo­ne­go męża.

Gdy Ka­miń­ski wyj­rzał przez okno, zdzi­wił się, gdyż nie przy­pusz­czał, że roz­mo­wa z tym fa­ce­tem zaj­mie mu tyle cza­su. Nie przy­pusz­czał rów­nież, iż my­śle­nie na ten te­mat spra­wi, że stra­ci po­czu­cie cza­su. Prze­cież tak na do­brą spra­wę nie miał jesz­cze nic w ustach, a tym­cza­sem słoń­ce za­czy­na­ło cho­wać się za wid­no­krę­giem, od­sła­nia­jąc to pięk­no, któ­rym kie­dyś za­chwy­cał się Ka­miń­ski. Te­raz nie było tych pięk­nych chwil, zgu­bi­ły się w gąsz­czu przy­gnia­ta­ją­cych wia­do­mo­ści, ciem­nych my­śli, w cier­ni­stych za­ro­ślach bólu i ludz­kie­go umy­słu, nie po­zwa­la­ją­cych się prze­zwy­cię­żyć i do­szczęt­nie zwal­czyć. Nie było ni­cze­go, na­wet dzie­ci, któ­re ba­wi­ły się na uli­cy, po­szły do swo­ich przy­tul­nych ro­dzin, gdzie mama i tata cze­ka­ją z cie­płą ko­la­cją.

Sześć

Wscho­dzi­ło słoń­ce. Cie­nie po­wo­li prze­su­wa­ły się ra­zem z bia­ły­mi ob­ło­ka­mi, któ­re zwia­sto­wa­ły jed­nak do­brą po­go­dę, bo rze­czy­wi­ście taka się za­po­wia­da­ła. Wszyst­ko za­po­wia­da­ło sło­necz­ny dzień, pta­ki, któ­re bu­dzi­ły się i za­czy­na­ły już wcze­śnie rano wal­czyć o ko­lej­ną por­cję ro­ba­ków, aby po­tom­stwo mo­gło prze­żyć, mrów­ki , któ­re wy­le­gły ze swo­ich do­mostw, aby zno­wu ha­ro­wać dla wspól­no­ty, by ich je­ste­stwo jesz­cze trwa­ło. Było tam jesz­cze coś, co nie pa­so­wa­ło do resz­ty świa­ta, acz­kol­wiek stwo­rzo­ne przez na­tu­rę, nie­chcia­ne, ode­pchnię­te, nie ro­zu­mia­ne – le­żą­ce cia­ło ko­bie­ty.

Nikt nie in­te­re­so­wał się tym, je­dy­nie mrów­ki szu­ka­ły tam cze­goś, zresz­tą za­wsze szu­ka­ły. Le­ża­ła ni­czym mu­mia, przy­kry­ta do po­ło­wy li­ść­mi, igła­mi i ga­łę­zia­mi. Mia­ła za­mknię­te oczy, o ile ta­kie po­sia­da­ła, na twa­rzy po­ja­wi­ły się wszyst­kie żyły, przez któ­re pul­so­wa­ła lek­ko krew, lecz to było do­strze­gal­ne. Zresz­tą żyły wi­docz­ne były na ca­łym cie­le. Szcze­gól­ną uwa­gę bu­dzi­ły jed­nak dło­nie, na któ­rych wszyst­kie pa­znok­cie były ze­rwa­ne i przez po­wsta­łe w ten spo­sób szcze­li­ny ucho­dzi­ła po­wo­li krew, któ­ra za­czy­na­ła krzep­nąć, opusz­cza­jąc cie­płe cia­ło na rzecz chłod­ne­go, ran­ne­go po­wie­trza. Ko­bie­ta le­ża­ła nie­ru­cho­mo, jak­by w ocze­ki­wa­niu na ja­kąś po­moc. Była sama wśród tych bu­dzą­cych się drzew. Nie, była z kimś lub czymś, lecz to coś było w niej, w środ­ku ukry­te ni­czym ucie­ki­nier z wię­zie­nia. Lecz może to nie chcia­ło ucie­kać, może je­dy­nie bało się kon­se­kwen­cji swe­go po­stę­po­wa­nia, a może prze­ciw­nie, ni­cze­go się nie bało i było ści­ga­ją­cym. I tak go nikt nie ro­zu­miał…

Ko­bie­ta żyła. Jej od­dech był wol­ny, za­spa­ny jak cały ten las. Przy wde­chu dało się sły­szeć cięż­ki, du­szą­cy od­głos, przy wy­de­chu usta (to, co po nich zo­sta­ło) lek­ko otwie­ra­ły się. Nic nie wska­zy­wa­ło na to, iż wła­śnie te usta za­mie­ni­ły się kie­dyś w be­stial­skie na­rzę­dzie słu­żą­ce do roz­szar­py­wa­nia i po­ły­ka­nia ludz­kich wnętrz­no­ści. Być może póź­niej za­mie­nią się w coś po­dob­ne­go, ale na ra­zie były, ja­kie były i le­żą­ca ko­bie­ta nie mo­gła na to nic po­ra­dzić, a na pew­no prze­ciw­sta­wić się sile, któ­ra, jak­by nie pa­trzeć, za­wład­nę­ła i ubez­wła­sno­wol­ni­ła jej or­ga­nizm. W ja­kim celu? Może to był zwy­kły przy­pa­dek i zbieg oko­licz­no­ści. Nikt tego nie wie­dział, a już na pew­no nie ta ko­bie­ta, któ­ra nie od­zy­ska­ła jesz­cze przy­tom­no­ści i tak w ogó­le nie za­no­si­ło się na to. Jej za­cho­wa­nie świad­czy­ło o tym, iż zu­ży­ła bar­dzo dużo ener­gii i nie ma­jąc już żad­nej re­zer­wy, mu­sia­ła od­po­cząć w miej­scu, do któ­re­go i tak nikt nie za­glą­dał, gdyż sze­rzą­ca się pla­ga klesz­czy i wście­kli­zny je­dy­nie od­stra­sza­ła. Tyl­ko ci, któ­rzy na­praw­dę mu­sie­li zna­leźć się w le­sie, byli tam. Ko­bie­ta mu­sia­ła tu być, po­nie­waż be­stia, któ­ra z niej po­wsta­ła, mu­sia­ła zna­leźć so­bie dom, w któ­rym mo­gła­by czuć się bez­piecz­nie, a przy­najm­niej bez­piecz­niej niż na uli­cach miast. Po­lo­wa­nie, któ­re w przy­pad­ku nie­ukry­wa­nia się na­stą­pi­ło­by, by­ło­by nie­unik­nio­ne, a prze­cież każ­de stwo­rze­nie, na­wet to inne, tak róż­nią­ce się od po­zo­sta­łych, chce trwać, do­pó­ki nie na­dej­dzie czas, w któ­rym za­koń­czy się mi­sja, cel wy­zna­czo­ny przez na­tu­rę, na­tu­rę złą, zde­ner­wo­wa­ną, na­ru­szo­ną, obu­dzo­ną, czu­ją­cą się, jak roz­je­cha­ny po­mi­dor, sta­ją­cy się w tym mo­men­cie prze­cie­rem.

Po­ru­szy­ła się. Jej ubra­nie uka­zy­wa­ło wszyst­kie jej ru­chy. Nie było ich wie­le, ale na do­bry po­czą­tek to wy­star­cza­ło. Od­dech stał się bar­dziej re­gu­lar­ny, ale od­głos dusz­no­ści nadal nie usta­wał. Ko­bie­ta nie otwie­ra­ła oczu. Być może spo­wo­do­wa­ne to było ośle­pie­niem, za­sko­cze­niem, iż jest zu­peł­nie ja­sno, że słoń­ce oświe­tla­ło co­raz więk­szą prze­strzeń. Usta pod­kre­śla­ły syl­wet­kę, pro­stą, pa­nicz­ną, przede wszyst­kim strasz­ną. Wy­glą­da­ła jak wid­mo. Choć nie wsta­wa­ła, na­wet nie pod­no­si­ła się, jej cia­ło nie mia­ło sił. Wi­dać było, że ewi­dent­nie ener­gia wra­ca, lecz mu­sia­ło to jesz­cze tro­chę po­trwać. Nie wie­dzia­ła, gdzie jest. Orien­ta­cję stra­ci­ła ja­kąś go­dzi­nę przed za­cho­dem. Lecz czy to było wczo­raj, czy może było to np. ty­dzień temu, nie była pew­na. Jej umysł do­pie­ro te­raz do­cho­dził do sie­bie, o ile zdo­ła w ogó­le do cze­goś dojść, o ile kie­dy­kol­wiek za­czął do­cho­dzić. Nie, pa­mię­ta­ła coś, co dzia­ło się wcze­śniej, ja­kichś lu­dzi, ale to było jak sen, jak pie­przo­ny sen, któ­ry nig­dy się nie koń­czy, trwa zbyt dłu­go i za wszel­ką cenę chce się z nie­go wyjść. Chcia­ła coś wie­dzieć, chcia­ła mieć ja­kąś, przy­najm­niej szcząt­ko­wą, in­for­ma­cję, gdzie się znaj­du­je. Pierw­szym, co przy­szło jej na myśl, była chęć zna­le­zie­nia po­mo­cy. Zu­peł­nie nie wie­dzia­ła, co się z nią dzie­je, co po­wo­du­je jej za­ni­ki pa­mię­ci i co się do ja­snej cho­le­ry z nią dzie­je. Uświa­do­mi­ła so­bie, że o tym po­my­śla­ła dwa razy, może dla­te­go, że ko­niecz­nie to chcia­ła wie­dzieć. I tak były to py­ta­nia, któ­re chy­ba każ­dy na jej miej­scu za­dał­by. Tyl­ko że nikt nie chciał­by być na jej miej­scu. Pró­bo­wa­ła usiąść, jed­nak jej wy­sił­ki speł­zły na ni­czym, prócz tego, iż do­sta­ła ko­lej­ną por­cję pul­su­ją­ce­go bólu w oko­li­cach klat­ki pier­sio­wej. Ból nie oszczę­dzał jej cia­ła. Naj­wię­cej pro­ble­mów mia­ła z gło­wą, tam znaj­do­wa­ło się cen­trum do­wo­dze­nia, tam z całą pew­no­ścią dzia­ło się coś nie­do­bre­go, lecz i tam mo­gły mie­ścić się dane do­ty­czą­ce jej za­cho­wa­nia. Po­sta­no­wi­ła nadal le­żeć, po­sta­no­wi­ła tak­że otwo­rzyć oczy, ale czu­ła, że jej gał­ki oczne ukry­te są gdzieś głę­bo­ko w oczo­do­łach i pra­wie nie­moż­li­wym jest za­pa­no­wa­nie nad nimi. Tu też wła­śnie Ka­miń­ska uświa­do­mi­ła so­bie – i to ją naj­bar­dziej za­nie­po­ko­iło i prze­stra­szy­ło, że nie pa­nu­je wca­le nad swo­im cia­łem. Jej ko­or­dy­na­cja ru­cho­wa była nie­moż­li­wa, lecz czu­ła jed­no­cze­śnie, że jej zmy­sły po­wo­li opa­no­wu­ją or­ga­nizm i że do­cho­dzi na szczę­ście do sie­bie. W koń­cu rów­nież uda­ło jej się otwo­rzyć oczy, ale wy­raź­nie go­rzej wi­dzia­ła. Świat wy­da­wał się być je­dy­nie złu­dze­niem, fa­ta­mor­ga­ną.

Chcia­ło jej