Strona główna » Kryminał » Big Red Tequila

Big Red Tequila

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-64297-96-0

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Big Red Tequila

W Teksasie wszystko jest większe… nawet morderstwo.

Przedstawiamy Tresa Navarre: amatora tequili, mistrza tai-chi, nielicencjonowanego prywatnego detektywa ze skłonnością do wpadania w tarapaty wielkości Teksasu.

Jackson „Tres” Navarre i jego zajadający się enchiladami kot Robert Johnson zajeżdżają do San Antonio, gdzie czekają na nich same kłopoty. Dziesięć lat wcześniej Navarre opuścił rodzinne miasto, aby zapomnieć o morderstwie, którego ofiarą padł jego ojciec. Teraz wraca w poszukiwaniu odpowiedzi, ale im bardziej zagłębia się w sprawę, próbując ustalić winnych, tym bardziej zbrodnia sprzed dekady zaczyna się wydawać aktualna. Mafia, wręczająca łapówki firma budowlana i toczący nieczyste gierki politycy sprzysięgają się, żeby zepsuć Tresowi powrót do domu.

 

Nie ulega wątpliwości, że Tres wsadził kij w mrowisko. Zostaje napadnięty, ostrzelany, przejechany przez wielkiego niebieskiego thunderbirda, a jego była dziewczyna, którą chciałby odzyskać, znika bez śladu. Navarre musi uratować kobietę, dorwać mordercę ojca i wziąć nogi za pas, zanim dosięgnie go mafijna teksańska sprawiedliwość. Chyba nawet obrońcy Alamo mieli większe szanse na przeżycie.

Polecane książki

W październiku 2017 roku ruch #MeToo wstrząsnął światem. Wybuch miał epicentrum w Hollywood wraz z ujawnieniem sprawy Weinsteina, potem fala uderzeniowa objęła kilkadziesiąt krajów i pozwoliła dojść do głosu kobietom krzywdzonym za społecznym przyzwoleniem. Odtąd upokarzanie i znęcanie się nad ciałe...
W setną rocznicę urodzin księdza Jana Twardowskiego autorzy odbyli niemalże sto rozmów z osobami, które miały okazję go poznać. Wspomnienia zebrane w książce wzruszają, bawią, skłaniają do refleksji. I przybliżają postać księdza Jana.To wspomnienia z okazji setnej rocznicy urodzin Księdza Jana Tward...
Emmanuel Macron – prezydent Francji, który dość niespodziewanie wygrał ostatnie wybory prezydenckie i pokonał w cuglach kandydatkę skrajnej prawicy. Świetnie wykształcony, bardzo charyzmatyczny, dla wielu pozostaje wciąż nieco zagadkową postacią, choć piastował ministerialne stanowiska. Jakim jes...
”Wiele hałasu o nic” to komedia autorstwa Williama Shakespeare'a z 1599. Należy do najczęściej inscenizowanych przedstawień tego autora.   Pięć aktów opowiada losy dwójki kochanków i mimo że jest to główny temat utworu, to śledzimy także losy Benedicka i Beatrice, których niecodzienne stosunki mają ...
Poradnik do gry Przygody Tintina pomoże ukończyć cały tryb fabularny gry w taki sposób, aby zdobyć możliwie najwięcej Osiągnięć/Trofeów za pokonanie przeciwników. Ponadto w osobnym rozdziale opisane zostały miejsca, w których ukryte są tzw. Złote Kraby.Przygody Tintina: Gra Komputerowa - poradnik do...
Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i francuskiej Version bilingue: polonaise et française. Dzieło to stanowi prawdziwy akt oskarżenia przeciwko niewolnictwu. Tamango, potężny senegalski wojownik, ma zwyczaj wymieniać swoich ludzi na alkohol i broń. Kapitan Ledoux, który brał udział w bitw...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Rick Riordan

Big Red Tequila

Rick Riordan

Przełożył Jacek Konieczny

Kraków 2016

Tytuł oryginału

Big Red Tequila

Copyright © 1997 by Rick Riordan

Cover art copyright © by Nick Castle

All rights reserved.

Permission for this edition was arranged through the Gina Maccoby Literary Agency.

Copyright © for the Polish translation by Jacek Konieczny, 2016

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Galeria Książki, 2016

Opracowanie redakcyjne i DTP

Pracownia Edytorska „Od A do Z” (oda-doz.pl)

Redakcja

Marzena Kwietniewska-Talarczyk

Korekta

Iwona Fijoł, Katarzyna Kolowca-Chmura

Opracowanie okładki i DTP

Stefan Łaskawiec

Wydanie I, Kraków 2016

ISBN 978-83-64297-96-0

Wydawnictwo Galeria Książki

www.galeriaksiazki.pl

biuro@galeriaksiazki.pl

Opracowanie wersji elektronicznej:

Karolina Kaiser

Haleyowi Michaelowi Riordanowi na dobry początek. Bienvenido!

Podziękowania

Chciałbym gorąco podziękować Glenowi Batesowi z ITS Agency, oficerowi Sandy’emu Peresowi z policji w San Antonio i porucznikowi McCully’emu z biura szeryfa hrabstwa Bexar za wszystkie informacje, Shelley Singer za rady, gangowi z Presidio Hill School za wsparcie, Erice Luckett za pomoc w subtelnościach hiszpańskiego, Ginie Maccoby i Kate Miciak za pomoc w doprowadzeniu do publikacji książki, Jimowi Glusingowi za opowieści, Lyn Belisle za zachęty, a w szczególności Becky ­Riordan, bez której by do tego wszystkiego nie doszło.

1

– Że kto? – zapytał mężczyzna zajmujący moje nowe mieszkanie.

– Tres Navarre – wyjaśniłem.

Przycisnąłem ponownie umowę najmu do zewnętrznych drzwi z moskitierą, żeby mógł ją sobie przeczytać. Na ganku małej przybudówki musiało być ze czterdzieści stopni. Chłodne powietrze z klimatyzowanego wnętrza broczyło przez siatkę w drzwiach i odparowywało na mojej twarzy. Z jakiegoś powodu było mi przez to jeszcze goręcej.

Mężczyzna znajdujący się w moim mieszkaniu zerknął na umowę, po czym przyjrzał mi się spod przymrużonych powiek, jakbym był jakimś dziwacznym wytworem sztuki współczesnej. Przez metalową siatkę wyglądał pewnie jeszcze paskudniej niż w rzeczywistości – tęgi, koło czterdziestki, ostrzyżony na jeża, ze ściągniętymi rysami twarzy. Był nagi od pasa w górę i miał na sobie tego rodzaju spodenki z grubego poliestru, jakie noszą tylko nauczyciele WF-u.

„Mów prostymi słowami” – pomyślałem.

– Wynająłem to mieszkanie od piętnastego lipca. Pan miał się do tego czasu wyprowadzić. Dziś jest dwudziesty czwarty lipca.

Wuefista nie okazał żadnej skruchy. Obejrzał się przez ramię; w telewizji pokazywali mecz bejsbolowy i akurat wydarzyło się coś ciekawego. Spojrzał na mnie ponownie, tym razem z lekką irytacją.

– Słuchaj, dupku, powiedziałem Gary’emu, że potrzebuję chatę jeszcze na kilka tygodni – oświadczył. – Mój przelew nie przyszedł, kapujesz? Jeżeli chcesz się wprowadzić, to najwcześniej w sierpniu.

Patrzyliśmy sobie prosto w oczy. Na rosnącym obok schodów pekanie kilka tysięcy cykad wybrało akurat tę chwilę na rozpoczęcie swojego metalicznego śpiewu. Zerknąłem przez ramię na taryfiarza, który wciąż czekał przy krawężniku z włączonym taksometrem, z zamiłowaniem oddając się lekturze magazynu telewizyjnego. Spojrzałem ponownie na wuefistę i posłałem mu uśmiech – przyjazny, dyplomatyczny.

– Hm… Powiem panu, co zrobimy – zacząłem. – Jutro przyjeżdża z Kalifornii ciężarówka z moimi rzeczami. To oznacza, że musi się pan stąd wyprowadzić jeszcze dziś. Ponieważ i tak od tygodnia mieszka pan tu na mój rachunek, jestem skłonny dać panu dodatkową godzinę. Pójdę teraz po moje bagaże do taksówki, a kiedy wrócę, wpuści mnie pan do środka i zacznie się pakować.

Gdyby gość mógł jeszcze bardziej zmrużyć oczy, z pewnością by to zrobił.

– Co, do kurwy…

Odwróciłem się do niego plecami i poszedłem do taksówki. Do samolotu nie zabrałem wiele bagażu – tylko jedną walizkę z ubraniami, drugą z książkami oraz Roberta Johnsona w transporterze. Wyjąłem rzeczy z bagażnika, poprosiłem taryfiarza, żeby zaczekał, po czym ruszyłem z powrotem chodnikiem. Pekany chrupały mi pod butami. Robert Johnson zachowywał się spokojnie; wciąż był otumaniony po traumatycznym locie.

Dom nie prezentował się o wiele korzystniej, kiedy przyjrzałem mu się po raz drugi. Jak większość pozostałych olbrzymów drzemiących przy Queen Anne Street, budynek z numerem dziewięćdziesiąt miał dwie kondygnacje, dach pokryty starym, zielonym gontem, siding, z którego odłaziła farba, odsłaniając surowe drewno, i wielki przeszklony ganek uginający się pod tonami czerwonej bugenwilli. Prawa strona budynku, z której wystawał mniejszy ganek przybudówki, zsunęła się z fundamentów i opadła do tyłu. Wyglądało to tak, jakby połowa domu dostała udaru.

Wuefista otworzył przede mną drzwi. A dokładniej mówiąc, stał w nich uśmiechnięty z kijem bejsbolowym w rękach.

– Powiedziałem: „od sierpnia”, dupku – oświadczył.

Postawiłem torby i pojemnik z Robertem Johnsonem na najniższym stopniu. Wuefista uśmiechnął się w taki sposób, jakby usłyszał świński dowcip. Na jednym z jego przednich zębów widać było jakiś ciemny osad.

– Próbowałeś kiedyś zgłębnika dentystycznego? – zapytałem.

Na czole wuefisty pojawiło się kilka nowych bruzd.

– Że co…?

– Nieważne – przerwałem. – Masz jakieś kartony czy wolisz wpakować swoje rzeczy do dużych worków na śmieci? Zgaduję, że taki facet jak ty wybierze pewnie worki.

– Spierdalaj.

Uśmiechnąłem się i wszedłem po schodach.

Ganek był zbyt wąski, aby dało się tam wziąć zamach kijem bejsbolowym, więc wuefista spróbował ubóść mnie nim w klatkę piersiową. Uchyliłem się, zrobiłem krok do przodu i chwyciłem go za nadgarstek.

Przy zastosowaniu odpowiedniej siły można pobudzić pracę serca, podobnie jak za pomocą resuscytacji, uciskając punkt nei guan znajdujący się tuż powyżej nadgarstka. Chińskie babcie wtykają sobie we włosy długie szpile między innymi po to, żeby miały czym dźgnąć punkt nei guan, w razie gdyby któryś z członków rodziny dostał ataku serca. Kiedy uciśnie się to miejsce trochę mocniej, przez układ nerwowy przebiega dość nieprzyjemny ładunek elektryczny.

Wuefista poczerwieniał, a jego ściągnięta twarz rozluźniła się pod wpływem szoku. Kij zastukotał na schodach. Mężczyzna zgiął się wpół, chwytając się za rękę, a ja wepchnąłem go do środka.

Telewizor w salonie wciąż był włączony. Na ekranie komik, którego czasy świetności już dawno minęły, żłopał jasne piwo w otoczeniu pięciu czy sześciu cheerleaderek. Poza tym w pokoju znajdował się jedynie materac, w kącie sterta rzuconych ubrań i zdezelowany głęboki fotel. W kuchni na blacie zalegała góra brudnych naczyń i kartonowych opakowań po jedzeniu z fast foodów. Zapach przypominał coś pomiędzy smażonym mięsem a stęchłą wonią wilgotnych ubrań.

– Odwaliłeś kawał dobrej roboty, urządzając to wnętrze – pochwaliłem go. – Teraz rozumiem, dlaczego…

Kiedy się odwróciłem, wuefista stał tuż za mną, a jego pięść znajdowała się piętnaście centymetrów od mojej twarzy, na której miała za moment wylądować.

Zrobiłem unik, przekręcając ciało na bok, i uderzyłem go od góry w nadgarstek. Drugą ręką wyrżnąłem go od dołu w łokieć, wyginając staw w niewłaściwą stronę. Jestem pewien, że go nie zwichnąłem, ale nie wątpię, że i tak zabolało jak diabli. Wuefista upadł na podłogę w kuchni, a ja poszedłem zwiedzić łazienkę. Szczoteczka do zębów, jeden ręcznik, najnowszy numer „Penthouse’a” na rezerwuarze. Słowem, wszystkie udogodnienia, jakich człowiek potrzebuje w domu.

Znalezienie worków na śmieci i upchnięcie do nich rzeczy wuefisty zajęło mi niecałe piętnaście minut.

– Zwichnąłeś mi rękę – poskarżył się. Wciąż siedział na podłodze w kuchni, zaciskając z całych sił powieki.

Wyjąłem z gniazdka wtyczkę telewizora i wystawiłem go na zewnątrz.

– Niektórzy stosują lód przy tego rodzaju urazach – powiedziałem, wysuwając fotel za drzwi. – Według mnie skuteczniejsza jest butelka z ciepłą wodą. Trzeba ogrzać łokieć, a za dwa dni ból będzie tylko wspomnieniem.

Jeśli dobrze pamiętam, zagroził, że mnie pozwie. Zagroził mi wieloma rzeczami, ale ja przestałem go już słuchać. Dopadło mnie zmęczenie, był upał i zacząłem sobie przypominać, dlaczego przez tyle lat trzymałem się z daleka od San Antonio.

Wuefista odczuwał na tyle silny ból, że nie stawiając zbytniego oporu, pozwolił się wpakować do taksówki wraz z większością swoich rzeczy. Zapłaciłem taksiarzowi, żeby zawiózł go do jakiegoś motelu. Telewizor i fotel zostawiłem na trawniku przed domem. Wniosłem swoje rzeczy do środka i zamknąłem za sobą drzwi.

Otworzyłem transporter. Robert Johnson wypełzł ze środka. Czarne futro miał z jednej strony odgniecione w przeciwnym kierunku, a jego żółte oczy były szeroko otwarte. Zachwiał się lekko, stając po dłuższej przerwie na twardym gruncie. Rozumiałem, co czuje.

Powąchał dywan i spojrzał na mnie z najwyższą pogardą.

– Rrrau – powiedział.

– Witaj w domu – odparłem.

2

– Nosiłem się z zamiarem, żeby go eksmitować – mruknął Gary Hales.

Właściciel mieszkania nie wyglądał na przejętego moim zatargiem z poprzednim lokatorem. Nie istniało chyba nic, czym wydawałby się przejmować.

Gary przypominał wyblakłą akwarelę. Jego oczy, głos i usta były delikatne i jasne, a skóra miała barwę spranego błękitu koszuli guayabera, którą akurat miał na sobie. Przeszło mi przez myśl, że gdyby złapał go mocniejszy deszcz, mógłby się zwyczajnie rozpuścić.

Wgapiał się w umowę najmu, jakby próbował sobie przypomnieć jej treść. Potem przeczytał ją ponownie, poruszając bezgłośnie ustami i wodząc linijka za linijką czarnym długopisem trzymanym w drżącej dłoni. Zatrzymał się przy podpisie.

– Jackson?

– Formalnie rzecz biorąc, tak – wyjaśniłem – ale w praktyce Tres, jak Trzeci. W ten sposób zwracają się do mnie wszyscy ludzie. Chyba że byłby pan moją matką i byłby pan na mnie wkurzony, wtedy nazwałby mnie pan Jacksonem.

Gary wpatrywał się we mnie pustym wzrokiem.

– Od czasu do czasu bywam również nazywany „dupkiem” – podsunąłem.

Jasne oczy Gary’ego się zaszkliły. Uznałem, że musiał stracić wątek, kiedy powiedziałem „formalnie rzecz biorąc”, ale wtedy on zrobił coś zaskakującego.

– Jackson Navarre? – powiedział powoli. – Jak ten szeryf, co go puknęli?

Wyciągnąłem Gary’emu z ręki umowę najmu i ją złożyłem.

– Tak. – Skinąłem głową. – Tak samo.

Wtedy rozdzwoniła się ściana. Wzrok Gary’ego podążył nieśpiesznie w stronę miejsca, z którego wydobywał się dźwięk. Czekałem na wyjaśnienie.

– Zażądała, żebym podał jej numer – wyjaśnił takim tonem, jakby sobie o czymś przypomniał. – Obiecałem, że jutro zmienię nazwisko na pańskie.

Powlókł się na drugą stronę pokoju i wyciągnął ze ściany wmontowaną w nią na stałe deskę do prasowania. W znajdującej się za nią wnęce stał stary, czarny telefon z tarczą numeryczną.

Odebrałem po czwartym dzwonku.

– Mamo, jesteś niesamowita – powiedziałem.

Westchnęła głośno do słuchawki, chyba z zadowoleniem.

– Po prostu dawny adorator z Southwestern Bell. To kiedy przychodzisz?

Zamyśliłem się. Nie uśmiechało mi się to, zwłaszcza po ostatnim razie. Tyle że potrzebowałem jakiegoś środka lokomocji.

– Może dziś wieczorem. Pożyczyłbym volkswagena, jeżeli wciąż go masz.

– Stoi u mnie w garażu od dziesięciu lat – powiedziała. – Jeśli tylko uważasz, że zapali, to możesz go sobie wziąć. Domyślam się, że odwiedzisz dziś wieczorem Lillian.

W głębi domu matki rozległ się dźwięk rozpoczynanej partyjki bilardu. Ktoś się roześmiał.

– Mamo…

– Dobrze, już dobrze, o nic więcej nie pytam. Do zobaczenia później, najdroższy.

Gary poczłapał z powrotem do swojego mieszkania, a ja zerknąłem na zegarek. Trzecia po południu czasu San Francisco. Mimo że była sobota, wciąż miałem szansę dodzwonić się do Mai Lee z Terrence & Goldman.

Nic z tego. Kiedy jej poczta głosowa skończyła wyjaśniać sens terminu „standardowe godziny pracy”, podałem swój nowy numer, po czym zamilkłem, zastanawiając się, co powiedzieć. Wciąż miałem przed oczami twarz Mai z tamtego poranka, kiedy o piątej podrzuciła mnie na lotnisko w San Francisco. Roześmiana dała mi siostrzanego całusa. Zachowywała się tak uprzejmie, że jej nie poznawałem. Odłożyłem słuchawkę.

W spiżarni znalazłem ocet winny i sodę oczyszczoną. Następną godzinę poświęciłem na usuwanie śladów i zapachów pozostawionych w łazience przez poprzedniego lokatora, podczas gdy Robert Johnson wprawiał się we wspinaczce na zasłonę od prysznica.

Krótko przed zachodem słońca rozległo się pukanie do drzwi.

– Matka – mruknąłem pod nosem. Wyjrzałem przez okno i stwierdziłem z ulgą, że na podjeździe stoi dwóch umundurowanych policjantów. Opierali się o radiowóz. Otworzyłem drzwi i moim oczom ukazała się druga najbrzydsza twarz, jaką tego dnia zobaczyłem przez moskitierę.

– Ktoś wręczył mi tę oto skargę złożoną przez niejakiego Boba Langstona z Queen Anne Street 90. Gość jest pewnie jakąś wojskową ciotą. Mówi, że został napadnięty. Wspomniał o wtargnięciu do mieszkania. Na Boga, ten cały Langston twierdzi, że jakiś szaleniec o nazwisku Navarre próbował go zaciukać ciosami karate.

Byłem zaskoczony, jak bardzo się zmienił. Jego policzki zapadły się i przypominały kratery. Wyłysiał tak mocno, że dla zachowania pozorów musiał zakrywać czubek głowy pożyczką z przetłuszczonych włosów. Jeżeli czegokolwiek mu przybyło, to brzucha i wąsów. Brzuch opadał na dziesięciokilogramową sprzączkę od paska. Wąsy zakrywały usta, zwisając niemal do poziomu podwójnego podbródka. Jako dzieciak zawsze się zastanawiałem, w jaki sposób zapala papierosa, nie wzniecając pożaru na twarzy.

– Jay Rivas – powiedziałem.

Może się uśmiechnął. Nie sposób było powiedzieć, co się dzieje pod tymi wąsiskami. Jakimś cudem trafił do ust papierosem i nieśpiesznie się zaciągnął.

– Wiesz, co im odpowiedziałem? – zapytał Rivas. – Że nie ma mowy. Nie ma mowy, żeby ten chłoptaś Jackson Navarre wrócił do naszego miasta z San Pedalisco i wniósł promyk radości w moje ponure życie. To właśnie im powiedziałem.

– Jay, to nie było karate, tylko tai-chi chuan. Całkowicie defensywna sztuka walki.

– Odpierdoliło ci, chłopcze? – Oparł dłoń na ościeżnicy. – Mało brakowało, a odrąbałbyś gościowi rękę. Istnieje jakiś powód, dla którego nie miałbym ci zapewnić darmowego pobytu w naszym Stanowym Przytułku?

Odesłałem go do Gary’ego Halesa i mojej umowy najmu, następnie wspomniałem o niezbyt serdecznym przyjęciu, jakie zgotował mi pan Langston. Na Rivasie nie zrobiło to chyba większego wrażenia.

Tyle że dokonania mojej rodziny jakoś nigdy nie robiły większego wrażenia na Jayu Rivasie. Pod koniec lat siedemdziesiątych prowadził z moim tatą śledztwo, które nie skończyło się najlepiej. Tata wyraził wtedy swoje niezadowolenie przed znajomymi z policji z San Antonio. Minęło dwadzieścia lat, a oficer śledczy Rivas nadal zajmował się mało istotnymi rozbojami.

– Coś szybko dotarłeś na miejsce, Jay – zauważyłem. – Powinienem się poczuć wyróżniony czy zawsze wysyłają cię do tego rodzaju błahostek?

Rivas wydmuchnął dym przez wąsiska. Podwójny podbródek nabrał pięknego odcienia czerwieni, zupełnie jak u ropuchy.

– Wejdźmy do środka, to sobie pogadamy – zaproponował spokojnym tonem.

Dał mi znak, żebym otworzył drzwi z moskitierą. Co się nie wydarzyło.

– Klimatyzacja przestaje wyrabiać, panie oficerze – wyjaśniłem.

Wpatrywaliśmy się w siebie przez jakieś dwie minuty. Potem mnie rozczarował. Wycofał się ze schodów. Włożył papierosa do ust i wzruszył ramionami.

– W porządku, chłopcze – powiedział. – Chciałem tylko, żebyś załapał aluzję.

– To znaczy?

Tym razem bez wątpienia się uśmiechnął. Zobaczyłem, jak papieros zmienia pozycję między wąsiskami.

– Wetkniesz nos w coś innego, to dopilnuję, żebyś miał odpowiednio miłych kolegów w celi.

– Jay, jesteś doprawdy przepełnioną miłością istotą ludzką.

– Mam to gdzieś.

Rzucił niedopałek na wycieraczkę Boba Langstona, na której znajdował się napis „Bóg w dom”, po czym odmaszerował w stronę radiowozu, gdzie czekało na niego dwóch mundurowych. Patrzyłem, jak odjeżdżają Queen Anne Street. Potem wróciłem do środka.

Rozejrzałem się po nowym domu – po pokrytym pleśniowymi bąblami suficie, po szarej farbie odłażącej ze ścian. Spojrzałem na Roberta Johnsona. Siedział w otwartej walizce i wpatrywał się we mnie z obrażoną miną. Subtelna sugestia. Wykręciłem numer Lillian z gorączkowością właściwą człowiekowi, który musi się czegoś napić po zażyciu meskaliny.

Było warto.

– Tres? – powiedziała, wymazując dziesięć ostatnich lat mojego życia z taką łatwością, jakby wyciągnęła chusteczkę z pudełka.

– Tak. Dzwonię z nowego mieszkania. Jeżeli można je tak nazwać.

Milczała chwilę.

– Nie sprawiasz wrażenia uradowanego.

– Drobnostka. Później ci opowiem.

– Nie mogę się doczekać.

Rozmowa zamarła na dłużej. Był to ten rodzaj ciszy, kiedy człowiek przyciska słuchawkę do ucha, próbując na siłę przepchnąć się przez nią na drugą stronę.

– Kocham cię – powiedziała. – Za szybko to mówię?

Przełknąłem gulę w gardle.

– Pasuje ci dziewiąta? Wcześniej muszę wyzwolić volkswagena z garażu matki.

Lillian się roześmiała.

– Pomarańczowe Cacko nadal jest na chodzie?

– Mam nadzieję. Mam dziś randkę z seksowną dziewczyną.

– I to jaką!

Rozłączyliśmy się. Zerknąłem na Roberta Johnsona, który nadal siedział w walizce.

– Jakoś to przeżyjesz – powiedziałem do niego.

Miałem poczucie, jakby znów był rok 1985. Miałem dziewiętnaście lat, tata żył, a ja wciąż kochałem tę dziewczynę, z którą planowałem się ożenić od szkoły średniej. Pruliśmy sto dziesięć na godzinę autostradą I-35 starym volkswagenem, który wyciągał tylko setkę, uganiając się za paskudną tequilą i jeszcze paskudniejszym napojem waniliowym marki Big Red. Szampan nastolatków.

Ponownie się przebrałem i wezwałem taksówkę. Próbowałem przypomnieć sobie, jak smakuje big red tequila. Wątpiłem, czy kiedykolwiek zdołam wypić coś takiego z uśmiechem na ustach, ale byłem gotów spróbować.

3

Broadway Street, którą jechałem z Queen Anne do domu matki, była upstrzona różowymi restauracjami meksykańskimi. Nie były to rodzinne knajpki, które pamiętałem z czasów szkoły średniej, ale sieciówki z neonowymi szyldami i pastelowymi flamingami namalowanymi na ścianach. Mijałem jakąś chyba co kilometr.

Charakterystyczne punkty dzielnicy Alamo Heights poznikały. Montaniosowie sprzedali 50-50 Bar, ulubioną spelunę ojca. Sill’s Snack Shack zmienił nazwę na Texaco. Większość tego rodzaju miejsc, założonych przez ludzi, których znałem, została wykupiona przez bezpłciowe ogólnokrajowe sieciówki. Wiele wystaw było zabitych deskami, a wywieszone trochę bez przekonania tabliczki „Do wynajęcia” zdążyły tak mocno wyblaknąć, że stały się praktycznie nieczytelne.

Miasto nadal mieniło się niezliczonymi odcieniami zieleni. Mijałem kolejne przecznice, a budynki niezmiennie otaczała gęstwina starych dębów, akacji i teksańskich bobowców. Był to ten rodzaj nasyconej zieleni, jaki w miastach widuje się tylko zaraz po obfitym deszczu.

Kiedy taksówka skręciła w Vandiver, słońce chyliło się już ku zachodowi. Temperatura wciąż wynosiła trzydzieści pięć stopni. W San Antonio nie występowały delikatne, popołudniowe kolory, jakie znałem z San Francisco, ani rzucające cienie wzgórza, ani mgła przesłaniająca panoramę turystom podziwiającym widok z mostu Golden Gate. W San Antonio człowiek miał do czynienia ze światłem z prawdziwego zdarzenia – wyostrzającym wszystko, na co padało, wyodrębniającym każdy przedmiot z masy gorącego powietrza. Słońce nie spuszczało miasta z oka do ostatniej chwili przed zanurkowaniem pod horyzont. Człowiek miał poczucie, jakby wpatrywało się w niego uważnie i mówiło: „Jutro dam ci popalić”.

Vandiver Street zupełnie się nie zmieniła. Spryskiwacze wycinały koła na wielkich trawnikach, a przypominający duchy emeryci gapili się bezmyślnie przez panoramiczne okna białych, zbudowanych po drugiej wojnie światowej domów. Jedyną odmianą było nowe wcielenie domu matki. Gdybym nie rozpoznał wielkiego dębu i podwórka pokrytego żołędziami i kępkami dzikich truskawek, kazałbym taksiarzowi jechać dalej.

Zresztą i tak najchętniej bym się nie zatrzymywał. Dom został otynkowany. Miał oliwkowe mury i dach pokryty jasnoczerwoną dachówką. Kiedy ostatni raz go widziałem, przypominał raczej drewnianą chatę. Jeszcze wcześniej udawał projekt Franka Lloyda Wrighta. Matka z czasem zaprzyjaźniła się z kilkoma ekipami budowlanymi, które funkcjonowały dzięki jej regularnym zleceniom.

– Tres, najdroższy – powitała mnie w drzwiach. Chwyciła mnie za twarz i przyciągnęła ją do siebie, żeby mnie pocałować.

Zupełnie się nie zmieniła. Mimo sześćdziesięciu pięciu lat wciąż mogła uchodzić za trzydziestkę. Miała na sobie luźną gwatemalską sukienkę w kolorze fuksji, z niebieskimi szwami. Czarne włosy spięła kilkoma różnobarwnymi wstążkami. Z wnętrza domu wypływał zapach waniliowego kadzidła.

– Świetnie wyglądasz, mamo. – Mówiłem szczerze.

Uśmiechnęła się, chwyciła mnie pod rękę i wciągnęła do środka. Poprowadziła mnie w stronę stołu do bilardu, który znajdował się na dalekim końcu wielkiego salonu.

Wystrój zmienił się z późnej bohemy na wczesne Santa Fe, ale generalna idea pozostała ta sama: „nawciskać rzeczy, gdzie tylko się da”. Półki i stoliki uginały się od zabytkowych noży, lalek z papier mâché, rzeźbionych drewnianych kasetek, replik wilków wyjących do replik księżyców, neonowych kaktusów i innych podobnych błyskotek.

Przy stole bilardowym stali moi trzej znajomi ze szkoły średniej. Uścisnąłem dłoń Barry’emu Williamsowi i Tomowi Cavagnarze. Za dawnych lat graliśmy razem w reprezentacji uczelni. Przyszli w odwiedziny, ponieważ matka uwielbiała zabawiać gości partyjkami bilardu i piwem. Skinąłem głową w stronę Jessa Makara, który kończył studia, kiedy ja byłem na pierwszym roku. Jessa zastałem w domu matki, ponieważ był jej chłopakiem.

Zadali kilka konwencjonalnych, uprzejmych pytań, a kiedy na nie odpowiedziałem, wrócili do przerwanej partyjki bilardu. Matka zaprowadziła mnie do kuchni.

– Jess ładnie się starzeje – zauważyłem.

Zacisnęła usta i posłała mi gniewne spojrzenie, odwracając się w stronę lodówki. Podała mi butelkę shiner bocka.

– Nawet nie zaczynaj, Jackson.

Kiedy zwracała się do mnie w ten sposób, używając imienia, które przejąłem po ojcu i dziadku, nigdy nie byłem pewien, czy ruga tylko mnie, czy całą męską linię Navarre. Pewnie i to, i to.

– Mógłbyś mu przynajmniej dać szansę – powiedziała, siadając przy stole. – Po tylu latach, które przemęczyłam się u boku twojego ojca, a potem kiedy chodziłeś do szkoły, mam chyba prawo do własnych wyborów.

Od rozwodu matka dokonała wielu wyborów. W ciągu piętnastu lat przemieniła się z mistrzyni w pieczeniu ciasta pekanowego w konkursie zorganizowanym przez Żony Texas Cavaliers w działającą na własny rachunek artystkę, amatorkę wielkich płócien, młodszych mężczyzn i filozofii New Age.

Ponownie się uśmiechnęła.

– Powiedz lepiej, co z Lillian.

– Nie wiem.

Zamilkła, jakby oczekiwała ode mnie wyznania win.

– Przynajmniej wiedziałeś, że należy wrócić – zasugerowała.

Tak naprawdę chciała, żebym powiedział: ożeniłbym się z Lillian choćby jutro na podstawie samych listów i rozmów telefonicznych, za pomocą których komunikowaliśmy się od czasu, gdy niespodziewanie odezwała się do mnie dwa miesiące temu. Właśnie coś takiego chciała usłyszeć matka. Byłaby to zresztą prawda. Bez słowa upiłem łyk shiner bocka.

Matka skinęła głową, jakbym odpowiedział na jej pytanie.

– Zawsze to wiedziałam. Cóż za kreatywna kobieta. Nie miałam wątpliwości, że kiedyś wrócisz.

– No.

– A śmierć twojego ojca?

Podniosłem wzrok. Frenetyczna energia, którą zwykle emanowała jak ktoś skropiony obficie perfumami, całkowicie się ulotniła. Ostatnie pytanie zadała całkowicie poważnie.

– Co masz na myśli? – zapytałem.

Oczywiście wiedziałem, co ma na myśli. Czy przyjechałem również po to, żeby się z tym zmierzyć, czy zdążyłem się już pogodzić z jego śmiercią? Matka wpatrywała się we mnie, czekając na odpowiedź. Spuściłem wzrok na piwo. Mały baran z etykiety również się na mnie gapił.

– Nie wiem – stwierdziłem. – Sądziłem, że po upływie dziesięciu lat sprawy będą wyglądały inaczej.

– To zrozumiałe, najdroższy.

Skinąłem głową, nie podnosząc wzroku. Z sąsiedniego pokoju dobiegł głuchy odgłos wbitej z całej siły bili. Po chwili matka westchnęła.

– Wciąż macie z Lillian czas – powiedziała. – Ale jeśli chodzi o twojego ojca… tu sprawa wygląda inaczej. Daj sobie z tym spokój, Tres. Wiele się pozmieniało.

Piętnaście minut później, po trzykrotnej samochodowej resuscytacji i wielu siarczystych przekleństwach, mój volkswagen kabriolet zarzęził, obudził się do życia i perkocząc i podskakując, przetoczył się po podjeździe. Silnik wydawał niepokojące dźwięki, ale nie gorsze niż dziesięć lat wcześniej, kiedy uznałem, że samochód nie dojedzie do Kalifornii. Z przodu nadal nie działało lewe światło. Kubek, z którego piłem piwo w 1985 roku, stał wciśnięty między fotel a hamulec ręczny. Pomachałem matce, która nie postarzała się od dwóch dekad.

– Wiele się pozmieniało – powtórzyłem trochę w nadziei, że sam w to uwierzę.

4

– Teraz już bez wątpienia jestem zakochana – powiedziała Lillian, skosztowawszy drinka.

Idealna margarita zostałaby przyrządzona z lodem, a nie przyniesiona z lodówki. Świeżo wyciśnięta limonka, nigdy nie zmiksowana. Raczej cointreau niż triple sec. Jeżeli tequila, to tylko marki Herradura Anejo, która jeszcze kilka lat temu była dostępna tylko za granicą. Wszystkie trzy składniki w tej samej ilości. A bez soli na krawędzi byłoby to najzwyklejsze daiquiri.

Usiadłem na kanapie obok Lillian i spróbowałem swojej margarity. Była znośna, choć minęło kilka lat od czasu, gdy pracowałem jako barman.

– No cóż, nie jest to wprawdzie big red… – stwierdziłem z żalem.

Uśmiech Lillian był cudowny, wokół jej oczu pojawiło się kilka zmarszczek.

– Nie można mieć wszystkiego.

Jej twarz wyglądała dokładnie tak, jak ją zapamiętałem: miała wszystkiego w lekkim nadmiarze. Oczy były odrobinę za duże, jak u kotki; tęczówki kryły w sobie trochę za wiele brązów, błękitów i szarości, aby można je było nazwać zielonymi. Usta miała szerokie, nos tak smukły, że niemal szpiczasty. Spomiędzy jasnobrązowych włosów, które opadały jej teraz do ramion, wyzierało tyle jasnych i rudych pasemek, że straciły jednolity wyraz. Poza tym miała za dużo piegów, które uwidaczniały się zwłaszcza o tej porze roku, na powakacyjnej opaleniźnie. W jakiś przedziwny sposób wszystko to czyniło ją piękną.

– Jak rozumiem, Tres, masz za sobą koszmarny dzień. Jestem pełna uznania, że wciąż trzymasz się na nogach.

– Nie ma takiej zgryzoty, której nie potrafiłyby uleczyć enchilada i towarzystwo pięknej kobiety.

Wzięła mnie za rękę.

– Masz jakąś konkretną na myśli?

– Z kurczakiem w sosie mole – odpowiedziałem po chwili zastanowienia.

Walnęła mnie w udo i wyzwała od takich i owakich.

Wiedzieliśmy doskonale, że nie zarezerwujemy stolika w Mi Terra na sobotni wieczór. Należało się po prostu wcisnąć do pierwszej sali, gdzie kłębił się tłum turystów i mieszkańców San Antonio, zamachać plikiem banknotów i liczyć na to, że w ciągu godziny dadzą nam jakiś stolik.

Było warto. Dostaliśmy miejsce niedaleko piekarni, gdzie co kilka minut z pieców wyciągano tace z cynamonowymi pan dulce w neonowych kolorach. Bożonarodzeniowe lampki wciąż wisiały na ścianach, a mariachi było wokół nas jak mrówek, tyle że byli od nich znacznie bardziej tłuści. Zagroziłem Lillian, że każę im zagrać przy naszym stoliku Guantanamerę, jeżeli nie pozwoli, żebym to ja zaprosił ją na kolację.

Roześmiała się.

– Podstępny jesteś. A ja jestem zamożną bizneswoman.

Obiecała, że następnego dnia pokaże mi swoją galerię. Była to niewielka klitka w La Villicie, którą prowadziła z Beau Karnauem, swoim mentorem ze studiów. Żyli głównie ze sprzedaży turystom meksykańskich wyrobów ludowych.

– Tworzysz coś? – zapytałem.

Spuściła na moment wzrok, uśmiech nieco przygasł jej na twarzy. Drażliwy temat.

Dziesięć lat wcześniej, kiedy wyjeżdżałem z San Antonio, Beau Karnau i Lillian prowadzili wiele rozmów na temat jej kariery – o pokazach w Nowym Jorku, ekspozycjach w muzeach, zmienianiu oblicza nowoczesnej sztuki fotograficznej. Świat miał ponownie odkryć geniusz Beau (doceniał go ponoć przez jakieś trzy miesiące w latach sześćdziesiątych), a Lillian miała wdrapać się po jego plecach ku sławie. Teraz, dziesięć lat później, Beau i Lillian zajmowali się sprzedawaniem bibelotów.

– Nie mogę temu poświęcać tyle czasu, co na studiach – przyznała. – Ale niedługo to się zmieni. Mam kilka nowych pomysłów.

Postanowiłem nie drążyć sprawy. Kiedy wielki kelner z jeszcze większymi wąsami przyszedł odebrać zamówienie, Lillian zmieniła temat.

– A co u ciebie? Przyjechałeś tu przecież, nie masz pracy. Pewnie nie jest łatwo prowadzić działalność bez licencji prywatnego detektywa.

Wzruszyłem ramionami.

– Niektóre firmy wolą taką nieformalną pomoc przy jakichś szemranych sprawach, których nie trzeba później ujmować w księgowości. Dostałem parę namiarów. Maia ma masę znajomych.

Natychmiast pożałowałem, że wypowiedziałem jej imię. Wylądowało między nami jak cegła rzucona na środek stolika. Lillian zlizywała powoli sól z krawędzi kieliszka. Jej twarz nie zmieniła wyrazu.

– Zawsze możesz zarabiać na eksmitowaniu uciążliwych lokatorów – zasugerowała.

– Albo pomagać ci w sprzedaży dzieł sztuki.

Posłała mi krzywy uśmiech.

– Kiedy trzeba będzie wykręcać ludziom ręce, żeby kupili moje prace, będę wiedziała, że czas odłożyć aparat i pędzel.

Kelner powrócił szybko z miską masła i koszykiem wielkości cylindra wypełnionym domowymi tortillami. Niestety zaraz po nim przy naszym stoliku pojawił się Fernando Asante.

– Niech mnie kule biją, jeśli to nie chłopak Jacka ­Navarre! – zawołał.

Nie zdążyłem odłożyć posmarowanej masłem tortilli, a już ściskałem mu dłoń, wpatrując się w ogorzałą twarz i klawiaturę uśmiechniętych, ozłoconych zębów. Włosy Asantego były tak przerzedzone i natłuszczone, aby dało się je zaczesać do tyłu, że równie dobrze mogłyby być narysowane markerem.

Wstałem i przedstawiłem Lillian najstarszemu radnemu San Antonio. Jakby nie miała pojęcia, kto to jest. Jakby nie znali go wszyscy czytelnicy rubryki towarzyskiej w „Express-News”.

– Oczywiście – powiedział Asante. – Pamiętam pannę Cambridge. Tydzień fiesty. Otwarcie Travis Center z Danem Sheffem.

Asante miał talent do zapamiętywania nazwisk, a to ostatnie zwaliło się na nasz stolik niczym kolejna cegła. Lillian lekko się skrzywiła. Radny tylko się uśmiechnął. Ja też odpowiedziałem uśmiechem. Mężczyzna o wyraźnie anglosaskim pochodzeniu stanął za plecami Asantego i czekał cierpliwie z nieobecnym, ponurym wyrazem twarzy, charakterystycznym dla większości ochroniarzy. Miał jakieś sto osiemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, czarne kręcone włosy, a jego strój składał się z ciężkich butów, dżinsów, T-shirtu i lnianej marynarki. Miał też masę mięśni. On akurat się nie uśmiechał.

– Jakiś czas temu pisały o panu nawet gazety w San Francisco – zauważyłem.

Zrobił najbardziej skromną minę, na jaką go było stać.

– Otwarcie Travis Center. Kilka milionów dodatkowych wpływów do miejskiej kasy. Przyjaciele dzwonili do mnie z całego kraju, mówili, że oglądali transmisję.

– Chodziło mi raczej o artykuł o panu i pańskiej sekretarce w parku Brackenridge.

Lillian stłumiła śmiech, udając, że zakrztusiła się margaritą. Uśmiech w jednej chwili zniknął z twarzy Asantego, zaraz potem powrócił, choć przypominał raczej grymas. Przez kilka sekund nikt się nie odzywał. W przeszłości wielokrotnie widziałem, jak obrzucał takim spojrzeniem mojego tatę, kiedy skakali sobie do gardeł. Byłem szczerze dumny z faktu, że obrzucił nim mnie. Pomyślałem, że gdziekolwiek znajduje się teraz mój ojciec, prawdopodobnie odgryza końcówkę cygara i zaśmiewa się do rozpuku.

Pilnujący go wielkolud wyczuł chyba zmianę atmosfery i wyszedł zza pleców Asantego, stając obok naszego stolika.

– Będziemy zaszczyceni, jeśli się do nas przysiądziecie – powiedziałem. – Kolacja we czwórkę?

– Dziękuję, Jack – odparł radny. Drugi raz tamtego dnia ktoś nazwał mnie imieniem mojego ojca. Poczułem się dziwnie.

– Słyszałem, że na dobre wróciłeś do miasta. – Nie wyglądał na specjalnie zachwyconego tym faktem. – Trudno teraz znaleźć tu jakąś pracę. Gdybyś miał z tym problem, daj mi znać.

– Dzięki.

– Przynajmniej tyle mogę dla ciebie zrobić. – Uśmiech zawodowego polityka rozjaśnił ponownie jego twarz. – Niecodziennie się zdarza, że szeryf hrabstwa Bexar zostaje zastrzelony. Twój tata… to była niefajna śmierć.

Uśmiech nie znikał z twarzy Asantego. Zliczałem złote koronki na jego zębach, zastanawiając się, jak mocno musiałbym w nie wyrżnąć, żeby pękły.

– Zawsze żałowałem, że nie zdołałem jeszcze jakoś pomóc waszej rodzinie, Jack, ale tak szybko opuściłeś wtedy miasto. Jak zając: usłyszałeś wystrzał i smyrg, zaraz potem byłeś już w Kalifornii.

Młoda kobieta z pomarańczowymi włosami, w połyskującej sukni podeszła od tyłu do Asantego i zatrzymała się z szacunkiem w pewnej odległości za jego plecami. Asante zerknął na nią i skinął głową.

– No cóż, czas na obiadek – powiedział, klepiąc się po brzuchu. – Tak jak powiedziałem, Jack, daj znać, gdybyś tylko czegoś potrzebował. Miło było panią ponownie spotkać, panno Cambridge.

Fanklub Asantego podążył za nim do pobliskiego stolika. Moja enchilada była prawdopodobnie przepyszna. Nie pamiętam.

Koło północy odwiozłem Lillian pod jej dom; jechaliśmy z opuszczonym dachem. Gwiazdy świeciły na niebie, a powietrze było ciepłe i czyste jak świeże pranie.

– Przykro mi z powodu Asantego – powiedziała po chwili milczenia.

Wzruszyłem ramionami.

– Niepotrzebnie. Kiedy człowiek wraca po tak długiej przerwie do domu, czekają go również spotkania z palantami różnej maści.

Wzięła mnie za rękę, kiedy wjechaliśmy na podjazd. Siedzieliśmy, słuchając muzyki conjunto dobiegającej z sąsiedniego domu. Okna były rozświetlone na pomarańczowo. Ludzie otwierali butelki piwa, rozmawiali głośno po hiszpańsku, a akordeon Santiago Jimeneza zawodził Ay Te Dejo En San Antonio.

– Tak czy inaczej miałeś trudny dzień – powiedziała Lillian. – Pewnie będziemy potrzebowali trochę czasu, żeby wszystko na nowo poukładać.

Uniosła moją dłoń do swoich ust. Patrzyłem na nią, wspominając dzień, kiedy po raz pierwszy pocałowałem ją w tym samochodzie. Była wtedy ubrana w białą sukienkę na ramiączkach, włosy miała krótkie, z lekką grzywką. Mieliśmy wtedy chyba po szesnaście lat.

Pocałowałem ją również teraz.

– Próbowałem sobie poukładać sprawy przez ostatnich dziesięć lat – powiedziałem. – Teraz może być już chyba tylko łatwiej.

Patrzyła na mnie przez dłuższą chwilę z wyrazem twarzy, którego nie potrafiłem odczytać. Miała już coś powiedzieć, ale zamiast tego mnie pocałowała.

Trudno było prowadzić dalej rozmowę. W końcu się odezwałem.

– Robert Johnson będzie wściekły, jeśli nie przyniosę mu resztek z kolacji.

– A co by powiedział na enchiladę na śniadanie? – zasugerowała.

Weszliśmy do środka.

5

U Lillian wszystko wydawało się znajome: od lnianej pościeli po cytrusową woń jej włosów, którą poczułem, kiedy w końcu zanurzyłem w nich twarz i usnąłem. Miałem nawet nadzieję, że Lillian w końcu mi się przyśni, jak za dawnych czasów. Ale tak się nie stało.

Sen z początku przypominał pokaz slajdów – zdjęcia taty w gazetach, nagłówki w „Express-News”, które tamtego lata wryły mi się na trwałe w pamięć. Zaraz potem przeniosłem się do wiosennego poranka w maju 1985 roku. Stałem na werandzie przed domem taty w Olmos Park. Stary, zdezelowany pontiak, prawdopodobnie rocznik 1976, z przyciemnionymi szybami, bez tablicy rejestracyjnej, zatrzymał się przy krawężniku akurat w chwili, kiedy ojciec przechodził z podjazdu ku drzwiom frontowym, niosąc dwie siatki zakupów. Carl Kelley, jego zastępca i najlepszy przyjaciel, podążał kilka kroków za nim. Z jakiegoś powodu zapamiętałem dokładnie, co Carl trzymał w rękach – dwunastopak budweiserów w jednej i arbuza w drugiej. Otworzyłem im drzwi. Miałem przekrwione oczy od wkuwania przed ostatnią turą kończących pierwszy rok egzaminów na Texas A&M University.

Tata nigdy nie był tak gruby jak wtedy – niemal sto czterdzieści kilogramów mięśni i tłuszczu wciśniętych w wielkie dżinsy i koszulę w kratę. Strużki potu wypływały mu spod brzegu kapelusza z szerokim rondem i ściekały po skroniach, kiedy wdrapywał się z wysiłkiem po schodach z cygarem zwisającym z kącika ust. Podniósł wzrok i posłał mi jeden ze swoich chytrych uśmieszków. Zaczął coś mówić, pewnie jakąś kąśliwą uwagę pod moim adresem. W torbie spoczywającej w jego prawej ręce powstał nagle niewielki otwór. Ze środka wystrzelił biały strumień mleka. Tata zmarszczył brwi. Drugi pocisk wyleciał z przedniej części jego kapelusza.

Próbujący niezdarnie dobyć broni Carl padł na ziemię w poszukiwaniu osłony w tej samej chwili, gdy mój tata padł martwy na ziemię. W chwili śmierci trzy miesiące dzieliły go od emerytury. Arbuz rozbryzgnął się na chodniku w jasnoczerwoną gwiazdę. Szary pontiak ruszył i odjechał.

Kiedy obudziłem się sam w łóżku Lillian, z sąsiedniego domu nie dobiegały już dźwięki conjunto. Szklana żurawinowa lampka nocna paliła się, zabarwiając na różowo kwadratowe plamy z księżycowej poświaty rozlane na drewnianej podłodze. Przez otwarte drzwi sypialni widziałem nagą Lillian stojącą w salonie. Obejmowała się rękami, wpatrując się w zdjęcie wiszące na ścianie.

Zawołałem ją, ale chyba mnie nie usłyszała. Podszedłem do niej od tyłu i położyłem jej dłonie na ramionach. Zamarła, ale nie oderwała wzroku od zdjęcia.

Była to jedna z jej wczesnych prac z czasów studiów – czarno-biały fotograficzny kolaż zwierząt, ludzkich twarzy, owadów, budynków, ręcznie malowanych i połączonych w jedną sur­realistyczną masę. Pamiętam grudniowy weekend, kiedy tworzyła tę zaliczeniową pracę semestralną. Robiłem wtedy wszystko, żeby ją zdekoncentrować. Skończyło się tym, że skrawki fotografii leżały rozrzucone na łóżku, a ich część przyczepiła się do naszych swetrów.

– Naiwna – powiedziała w zamyśleniu. – Beau zabierał mnie na wieś. Trzęśliśmy się z zimna przez całą noc w śpiworach na jakimś zapomnianym przez Boga i ludzi wzgórzu pod Blanco tylko po to, żeby zrobić jedno zdjęcie deszczu meteorów, albo leźliśmy o świcie przez dwudziestoarowe pastwisko, żeby złapać odpowiednie oświetlenie jakiegoś wiatraka. Kiedy potem oglądałam moje stare kolaże, jak ten, myślałam, jakie strasznie były łatwe.

– Może naiwność niesłusznie cieszy się złą opinią – zauważyłem.

Staliśmy tam jeszcze przez chwilę razem, wpatrując się w jej pracę.

– To dziwne uczucie – powiedziała. – Kiedy tu jesteś.

– Wiem.

Oparła o mnie głowę. Napięcie nie ustępowało z jej ramion.

– O co jeszcze chodzi? – zapytałem.

Zawahała się.

– Wystąpiły pewne komplikacje.

Pocałowałem ją w ucho.

– Chciałaś, żebym tu przyjechał. Przyjechałem. Nie ma w tym żadnej komplikacji.

Dopiero kiedy się odwróciła, zobaczyłem, że ma łzy w oczach.

– Powiedz, Tres, przed czym uciekałeś, wyjeżdżając z San Antonio?

– Już ci mówiłem. Przed perspektywą, że spędzę resztę życia w Teksasie, przed ideą małżeństwa, przed ścieżkami kariery, które zdaniem innych powinienem obrać…

Pokręciła głową.

– Nie o to mi chodziło. Dlaczego wyjechałeś akurat wtedy, zaraz po śmierci ojca?

Objąłem ją od tyłu i przyciągnąłem mocno do siebie, próbując się zatracić w cytrusowym zapachu jej włosów. Zamknąłem oczy, przyciskając je do jej policzka, i zobaczyłem znów fotografię ojca w gazecie i nagłówek, który znałem na pamięć: „Szeryf Jackson Navarre zastrzelony w brutalnym napadzie we czwartek wieczorem przed swoim domem w Olmos Park. Zastępca szeryfa Kelley oraz syn szeryfa przyglądali się bezradnie odjeżdżającym zabójcom”. Twarz ojca ze zdjęcia wpatrywała się we mnie z szyderczym uśmiechem, jakby podpis pod fotografią był jakimś prywatnym dowcipem, którym chciał się podzielić.

– Może dlatego, że gdziekolwiek szedłem – zacząłem tłumaczyć – wszędzie widziałem jego śmierć. Zupełnie jakby miasto było skażone.

Skinęła głową i ponownie skierowała wzrok na swój kolaż.

– Taka skaza nie znika, Tres. Nawet po latach.

Powiedziała to z goryczą, co było do niej zupełnie niepodobne. Objąłem ją jeszcze trochę mocniej. Po chwili odwróciła się i osunęła w moje ramiona.

– Między nami nie musi być żadnych komplikacji – szepnąłem.

– Może nie – mruknęła, ale nie musiałem widzieć jej twarzy, żeby wiedzieć, że w to nie wierzy.

Nie pozwoliła mi powiedzieć już nic więcej. Pocałowała mnie, najpierw delikatnie, potem intensywniej. Szybko znaleźliśmy się z powrotem w pościeli. Zasnąłem dopiero przed świtem. Tym razem nic mi się nie śniło.

6

Pod numer dziewięćdziesiąty na Queen Anne wróciłem następnego dnia o dziewiątej rano. Lada chwila miała przybyć firma transportowa. Robert Johnson obrzucił mnie nienawistnym spojrzeniem, ledwie wszedłem do środka, ale zdecydował się ogłosić rozejm, kiedy usłyszał szelest rozwijanej folii aluminiowej z resztkami kolacji.

Na enchilady ma własny sposób. Uderza je łapą, a kiedy tortilla się rozwinie, wyjada nadzienie, a potem zjada ciasto. Ser zostawia sobie na koniec. Miał się zatem czym zająć, ja tymczasem zdążyłem wykonać godzinny zestaw ćwiczeń tai-chi, zanim na podjazd wtoczyła się ciężarówka firmy transportowej. Wystraszony Robert Johnson uciekł do szafy.

Dwóch gości w bejsbolówkach i skórzanych pasach do noszenia ciężarów próbowało wykombinować, jak złożyć ramę od mojego futonu, aby dało się ją przenieść przez drzwi. Zadzwonił telefon. Opuściłem deskę do prasowania i podnios­łem słuchawkę.

– Cześć, Tex – powiedziała Maia Lee. – Miałeś już okazję poujeżdżać jakiegoś porządnego byka?

Odgłosy dobiegające z tła pozwoliły mi się natychmiast zorientować, skąd dzwoni. Był niedzielny poranek w Buena Viście.

– Nie – odpowiedziałem – ale dosłownie w tej chwili próbujemy złapać na lasso futon. Narowisty z niego źrebak.

– Ech, kowboje, kowboje, wy to potraficie się zabawić.

Wyobraziłem sobie, że stoi w ciemnozielonym przedsionku baru, trzymając słuchawkę między ramieniem i podbródkiem. Powinna mieć na sobie strój roboczy – marynarkę i spódniczkę, jedwabną bluzkę, koniecznie w jasnych kolorach, które podkreś­lałyby jej idealną kawową skórę. Czekoladowobrązowe kręcone włosy miała spięte z tyłu. Z oddali dobiegał brzęk szklanek do kawy po irlandzku i charakterystyczne dźwięki dzwonków zabytkowych tramwajów.

– Słuchaj – powiedziała. – Nie dzwonię z niczym konkretnym, więc nie musimy rozmawiać, jeśli jesteś zajęty.

– Nie ma problemu.

Futon nadal całkiem nieźle radził sobie w pojedynku z drzwiami. Jeden z gości stał przyciśnięty do ściany, a drugi próbował wyswobodzić jego nogę spomiędzy listew. Trzeci wpadł właśnie na to, w jaki sposób można poluzować bolce. Furgonetka z lodami przejeżdżała akurat ulicą, zapewniając na chwilę podkład muzyczny: jakieś cudaczne wykonanie Oh, What a Beautiful Mornin’.

– Czuję się, jakbym trafił do zupełnie innego świata – powiedziałem.

Roześmiała się.

– Pamiętam, że coś podobnego ci mówiłam, Tex. Ale wszystko idzie dobrze, prawda? To znaczy…

– Jest okej – powiedziałem. – Powrót do domu po tak długiej przerwie przypomina… sam nie wiem.

– Wydobycie się z amnezji?

– Chciałem raczej użyć metafory związanej z zakaźnymi chorobami skóry.

– Ech. Domu się nie wybiera, Tex. Dom jest tam, gdzie jest.

Maia wiedziała, o czym mówi. Nie licząc mercedesa, praktyki adwokackiej i loftu w Potrero Hill, najcenniejszą rzeczą w życiu Mai była fotografia nieotynkowanej chałupy z rigipsu w chińskiej prowincji Zhejiang. Logika nie miała tu nic do rzeczy.

– Niektórych rzeczy się nie wybiera – przytaknąłem.

– Tak to już jest.

Nie jestem pewien, czy którekolwiek z nas to kupiło. Doszedłem jednak do wniosku, że chyba i tak nigdy nie zrozumiemy lepiej tego, co zaszło między nami.

Maia wyjaśniła, że idzie właśnie na rozmowę z klientem, którego nastoletni syn został oskarżony o podpalenie budynków w dawnym kompleksie wojskowym Presidio. Zapowiadał się przed nią długi poranek. Obiecałem zadzwonić za kilka dni.

– Wypij w moim imieniu mrożoną margaritę truskawkową – poprosiła.

– Nie bluźnij – odparłem.

Goście z firmy transportowej do południa wyładowali wszystko z ciężarówki i wnieśli do salonu. Obyło się bez poważniejszych wypadków. Poradziłem im, jak wrócić na obwodnicę 410. Sam ruszyłem Broadway Street w kierunku centrum.

Dziesięć minut później skręciłem w Commerce i zacząłem się rozglądać za miejscem parkingowym. Na szczęście byłem przyzwyczajony do natężenia ruchu typowego dla San Francisco. Przejechałem tam i z powrotem trzema uliczkami i nie musząc się uciekać do przemocy, sprzątnąłem sprzed nosa eleganckie miejsce przy parkometrze bojowi z Hiltona, po czym ruszyłem na południe do La Villity.

Dzielnica nie zmieniała się od kilkuset lat. Pomijając poprawę czystości i wyższe czynsze, odnowione cztery kwartały dawnej osady wyglądały bardzo podobnie jak w czasach Alamo. Turyści przechadzali się między białymi wapiennymi budynkami. Rodzina wielkich Niemców, zdecydowanie za ciepło ubranych jak na taki upał, siedziała przy zielonym, metalowym stoliku przed jedną z cantinas. Starali się wyglądać na ludzi, którzy spędzają miło wakacje; mieli otwarte usta i wachlowali się kartami dań.

Szedłem wąskimi, ceglanymi zaułkami przez niemal dwadzieścia minut, aż w końcu dotarłem do galerii Hecho a Mano, maleńkiego budynku skrytego w cieniu wielkiego dębu za kaplicą La Villita. Galeria świeciła akurat pustkami. Kiedy podszedłem do drzwi, przeleciał za nimi szklany przycisk do papieru. Uderzył w ścianę i rozkołysał kilka oprawionych fotografii przedstawiających gwatemalskich wieśniaków.

– Do jasnej cholery! – zawołał męski głos zza narożnika przy wejściu.

Zaraz potem rozległ się głośny pomruk sprzeciwu.

– Lillian? – zawołałem.

Wyjrzałem za narożnik, uważając, żeby nie oberwać w głowę kolejnym latającym przedmiotem. Lillian stała przy ścianie za małym drewnianym biurkiem. Przyciskała z całych sił palce do skroni i spoglądała gniewnie na mężczyznę, który nijak nie przypominał dawnego Beau Karnaua.

Z tych kilku spotkań, kiedy Beau raczył uścisnąć mi dłoń, zapamiętałem go jako niskiego, przysadzistego bruneta z włosami ostrzyżonymi na jeża, czarno ubranego i o twarzy wygładzonej bliznami po trądziku oraz rozpierającym go samozadowoleniem. Teraz zbliżający się do sześćdziesiątki Beau przypominał raczej jednego z siedmiu krasnoludków. Miał brzuch, postrzępioną siwą brodę, rzednące na skroniach, spięte w kucyk włosy. Czarne ubrania zastąpił jarmarczną jedwabną koszulą, wielkimi buciorami i dżinsami. Czoło miał niemal fioletowe z wściekłości.

– Do jasnej cholery! – zawołał. – Nie możesz tego zrobić.

Lillian mnie zauważyła, dała mi znak głową, że nie grozi jej niebezpieczeństwo, po czym spojrzała ponownie na Karnaua. Westchnęła z irytacją.

– Na litość boską, Beau! Wykończysz kiedyś kogoś tymi swoimi napadami szału!

– Niech to piorun trzaśnie – powiedział. – Nie możesz mi tego ponownie zrobić, Lillian.

Skrzyżował ręce na piersi, naburmuszył się i chyba dopiero wtedy mnie zauważył. Z jego skwaszonej miny wniosłem, że moja surowa męskość nie zrobiła na nim najlepszego wrażenia.

– A ty musisz być tym Panem Wspaniałym – stwierdził.

– Doktorem Wspaniałym – poprawiłem go. – Tytuł obroniłem na Berkeley, rocznik 1991.

– Chyba mnie poskręca.

Co można powiedzieć po „chyba mnie poskręca”? Spojrzałem na Lillian.

– Bardzo cię proszę, Beau – powiedziała powoli ze wzrokiem utkwionym w biurku – porozmawiajmy o tym później, dobrze?

Karnau przestąpił z nogi na nogę, w oczywisty sposób próbując wymyślić jakąś miażdżącą uwagę. W końcu postanowił oddalić się z godnością w milczeniu. Ze skrzyżowanymi rękami wyminął mnie zdecydowanym krokiem i wyszedł na ulicę, zatrzaskując za sobą drzwi.

Dopiero kiedy z miny Lillian wywnioskowałem, że uszło z niej powietrze, zdecydowałem się podejść do biurka. Czekałem.

– Przepraszam – powiedziała po chwili. – To oczywiście był Beau.

– Twoje wielkie źródło inspiracji – przypomniałem. – Największy wielbiciel twojej twórczości. Twoja przepustka do…

Przerwała mi spojrzeniem.

– Nic nie trwa wiecznie.

– Mmm. Mój niezwykle wyostrzony nos detektywa podpowiada mi, że był na ciebie troszeczkę obrażony.

Usiadła na krawędzi biurka i machnęła lekceważąco ręką.

– Wciąż się na coś wścieka.

– Nie bardzo rozumiem.

Posłała mi zmęczony uśmiech.

– Nieważne. Wolałabym cię na razie nie mieszać w tę sprawę. Po prostu… postanowiłam się wycofać z naszego biznesu. Chciałabym poświęcać cały czas na swoje sprawy, bez Beau. Mam już dość sprzedawania pamiątek turystom ze Środkowego Zachodu.

– Najwyższy czas.

Wzięła mnie za rękę.

– Po naszej nocnej rozmowie doszłam do wniosku, że pora wrócić do gry. Pod wieloma względami.

Podszedłem bliżej. Kilka minut później nastrój Lillian poprawił się na tyle, że oprowadziła mnie po galerii.

Jak wyjaśniła, specjalizowali się w „granicznej makabrze”. Główną salę przeznaczyli na rzeźby w stylu Día de Muertos autorstwa artystów z Laredo czy Piedras Negras. Stały tam szkielety grające na gitarach, szkielety uprawiające miłość, matki szkielety tulące szkieleciki leżące w łóżeczkach. Każda z tych scenek została mocno okraszona barwami podstawowymi, co wyglądało zarazem ohydnie i komicznie.

– Tę przechowywałam specjalnie dla ciebie, Tres – powiedziała Lillian.

Ukryta w kącie statuetka przedstawiała podróżujących umarlaków. Szkielet kierującego samochodem mężczyzny obejmował ramieniem szkielet dziewczyny. Oboje byli oczywiście uśmiechnięci. Trzymając miniaturowe buteleczki tequili, siedzieli nachyleni ku sobie w jasnopomarańczowym samochodzie, który podejrzanie przypominał mojego volkswagena.

– Urocze – skomentowałem. – Rozumiem, że właśnie tak zapamiętałaś nasze wycieczki?

Lillian przyglądała mi się w milczeniu z lekko smutną miną. Potem się do mnie uśmiechnęła.

– Chciałam ci ją podarować – powiedziała. – Prezent powitalny. Przynajmniej ten samochód się nie zepsuje.

– Bardzo zabawne – mruknąłem.

Mimo to pozwoliłem, żeby zapakowała dla mnie rzeźbę w papierowe ręczniki. Uznałem, że przynajmniej napędzę stracha Robertowi Johnsonowi.

Beau wrócił czterdzieści pięć minut później z pudełkiem sałatek. Wychodził wpieniony, teraz wyraźnie ochłonął, mimo to prawie się nie odzywał. Skinął jedynie głową, kiedy Lillian poinformowała go, że wychodzi wcześniej.

Gdy tamtego popołudnia zajechaliśmy pod jej dom, na podjeździe stało nowiutkie srebrne bmw. Było zaparkowane w poprzek, więc musiało tam wjechać przez trawnik. Na bagażniku siedział dobrze zbudowany blondyn w niechlujnym garniturze od Christiana Diora.

Od czasów szkoły przytył kilka kilogramów, ale niewątpliwie miałem przed sobą Dana Sheffa, byłego kapitana drużyny piłki wodnej w Alamo Heights Mules, spadkobiercę wielomilionowego imperium Sheff Construction, porzuconego eksogiera panny Lillian Cambridge. Po przekrzywionym krawacie można się było łatwo domyślić, że przesadził nieco w czasie happy hour. Było również oczywiste, że nie przyjechał, żeby powitać mnie w mieście.

7

– Chcę tylko porozmawiać – oświadczył, mając na myśli mnie.

Dan mówił dość wyraźnie, ale stał lekko pochylony. Lillian wysiadła pierwsza z samochodu i stanęła przed nim z wyciągniętymi rękami. Nie potrafiłem określić, czy próbuje go do siebie nie dopuścić, czy złapać, gdyby upadł.

– Mam chyba prawo z nim porozmawiać – powiedział Dan.

– Dan, to nie fair – odparła Lillian.

– Masz świętą rację.

Próbowała go zagonić do bmw, ale się nie ruszył. Spojrzał na nią i przez chwilę na jego twarzy złość mieszała się z cierpieniem. Wyciągnął ręce.

– Lillian…

– Dan, nie! Chcę, żebyś sobie stąd poszedł.

Mieszkający obok bracia Rodriguez siedzieli na werandzie, sącząc piwo. Mieli na sobie koszulki bez rękawów i spodenki kąpielowe. Przyglądali się nam uśmiechnięci od ucha do ucha. Jeden przejechał palcem wokół skroni i powiedział po hiszpańsku coś, czego nie usłyszałem. Drugi się roześmiał.

Dotknąłem ramienia Lillian.

– Jeżeli Dan bardzo chce, mogę z nim porozmawiać – stwierdziłem.

Spojrzała na mnie z taką miną, jakby nie mogła uwierzyć w to, co powiedziałem.

– Tres, nie. Nie musisz tego robić. Dan, masz stąd natychmiast zniknąć.

Odepchnęła go. Lekko się zatoczył, ale nie upadł.

– Nie odejdę, dopóki nie zostanie mi udzielone prawo głosu – oświadczył.

Spojrzeliśmy obaj na Lillian.

– Niesłychane – warknęła. Spiorunowała nas obu wzrokiem, po czym zaczęła się wycofywać w stronę domu. Weszła do środka i zatrzasnęła za sobą drzwi. Jeden z braci Rodriguez otworzył kolejne piwo.