Informacja: Serwis ebooky.pl to serwis dla miłośników książek, nie ma tutaj możliwości pobrania ich w nie autoryzowany sposób, wyświetlamy jedynie porównywarkę cen. Nie każda pozycja jest dostępna do zakupienia, jeżeli znalazłeś błąd napisz na adres: kontakt@ebooky.pl. Dokładamy wszelkich starań, aby baza książek była aktualizowana.

Strona główna » Obyczajowe i romanse » Ciepłe Wspomnienia

Ciepłe Wspomnienia

5.00 / 5.00

Nie widzisz powyżej porównywarki cenowej? To oznacza, że powyższa publikacja jest niedostępna do kupienia.

Znalazłeś błąd? Skontaktuj się nami.

* - klikając w reklamę zostaniesz przekierowany do zewnętrznej strony. Nie mamy wpływu jak działa i co wyświetla zewnętrzny serwis. Mogą pojawić się nieprzyzwoite lub denerwujące reklamy. Zalecamy korzystanie z markowego antywirusa i wtyczek blokujących niechciane treści. Kliknięcie reklamę nie umożliwia pobrania plików chronionych prawem autorskim.

Zgłoś naruszenie praw autorskich

Kilka słów o książce pt. “Ciepłe Wspomnienia

Ciepłe Wspomnienia to książka bardzo różnorodna, mająca swoje zakamarki i otwarte przestrzenie; od początku mocna akcja, potem chwilowe spowolnienie. Bohater filozofuje na temat swojego życia w samotności, wiary w boga, codzienności ludzi, miłości i przyjaźni. Z każdą stroną akcja nabiera tempa. Jest to literatura z pewnością współczesna, wielopłaszczyznowa; zawiera w sobie trochę z sensacji, kryminału, filozofii i romansu. 

Kamil po wyjściu ze szpitala dowiaduje się, że jest bogaty. Jednak ten niespodziewany fakt wpędza go w kolejną chorobę – manię, obsesję. Mimo, iż nie wychodzi z domu napotyka życzliwych ludzi. On i jego przyjaciele w ciągu wielu lat doświadczają wielu przygód, trosk i radości; nie obędzie się bez smutku, tragedii i beznadziejnych sytuacji. Zwłaszcza kiedy dzwoni do niego stary znajomy i namawia na spotkanie, wtedy wszystko się zmienia. Podejmuje się na własną rękę rozwikłać zagadkę. 

Polecane książki

  Jak działa Tao? Czy we współczesnym chaosie, odczuwanym przez wszystkie pięć zmysłów, można odnaleźć rozsądek? Jakie wiadomości od Tao dostajesz? Co może pomóc Ci wrócić do naturalnego stanu dobrego samopoczucia i szczęścia? Co mówi Ci Twoje ciało, praca, związek czy finanse? Ta publikacja jest po...
Heidi to powieść szwajcarskiej pisarki Johanny Spyri. Powieść należy do najlepiej znanych szwajcarskich dzieł literackich. Była wielokrotnie adaptowana dla potrzeb kina, telewizji (w postaci filmów i seriali, również animowanych) i teatru. Powstała również wersja musicalowa oraz gra komputerowa. Jes...
Prezentowana książka dotyczy problematyki niepoczytalności – art. 31 KK oraz środków zabezpieczających – 94, 95 i 95a KK. Autorzy przedstawiają zagadnienia w oparciu o problemy z zakresu psychiatrii, psychologii i seksuologii sądowej. Wychodząc od wstępnego przedstawienia relacji między karami i śro...
Obszerny poradnik do Gothic II, w którym znajdziecie opis przejścia ponad setki misji przewijających się przez sześć długich rozdziałów, mapy najważniejszych lokacji oraz listy sprzedawców, nauczycieli i postaci neutralnych. Gothic II - poradnik do gry zawiera poszukiwane przez graczy tematy i lokac...
„Aktualności rachunkowości budżetowej” to fachowy przewodnik po najnowszych zmianach w przepisach oraz aktualnych problemach prezentujący uniwersalną wiedzę niezbędną w codziennej pracy skarbnika i księgowego jednostki sektora finansów publicznych. Znajdziesz w nim: konkretne informacje o najnowszyc...
Krytyczna monografia malarstwa Jana Matejki napisana przez Stanisława Witkiewicza, polskiego malarza, architekta, pisarza i teoretyka sztuki....

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Beniamin Pytliński

OkładkaStrona tytułowaBeniamin PytlińskiCiepłe wspomnieniaStrona redakcyjna

Copyright © Beniamin Pytliński 2015

Copyright © Wydawnictwo Żywioł 2015

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części niniejszej publikacji jest zabronione bez pisemnej zgody autora. Zabrania się jej publicznego udostępniania w Internecie.

Warszawa 2015

redakcja i korekta | Władysław Ordęga

okładka | źródło: visibleearth.nasa.gov (delta rzeki Leny)

druk i skład | Advert; www.drukarniawarszawa.com.pl

CIEPŁE WSPOMNIENIA wydanie e-book

Beniamin Pytliński

ISBN 978-83-940976-3-9*

* PAPIEROWĄ WERSJĘ KSIĄŻKI MOŻNA ZAMÓWIĆ NA: TIK.FIRMA@GMAIL.COM

Wydawnictwo Żywioł®

Turystyka i Kultura Beniamin Pytliński

Konwersja do formatu EPUB/MOBI:

Legimi Sp. z o.o. | Legimi.com

OD AUTORA

Drodzy czytelnicy, chciałbym was ostrzec, że jest to książka bardzo różnorodna, mająca swoje zakamarki i otwarte przestrzenie, na początku spowolniona, zapadająca się w kwestie filozoficzne naszego życia w samotności i nie tylko, a jednak trzymająca w napięciu. Z każdą stroną akcja nabiera tempa. Do samego końca wszystko stoi na głowie.

Czytając książkę, dojdziemy razem z Kamilem do pewnej teorii, iż jest pewna rzeka, rzeka życia. Bohatera pochłania rozmyślanie nad tym, co go otacza, czym jest ten ból, który odczuwa, czym jest radość i siła, których nawoływanie słyszy. Stara się świadomie żyć, zastanawiać, kim był, kim jest nie tylko na zewnątrz, ale i w środku. Jego rozważania mogą wydawać się kontrowersyjne. Przeżyjemy w tej książce z Kamilem i jego przyjaciółmi wiele lat, wiele przygód, trosk i radości, nie obędzie się bez smutku, tragedii i beznadziejnych sytuacji.

Tak wiele chciałbym jeszcze napisać na temat tej powieści, ale nie chcę zdradzać zbyt wiele. Proszę samemu odkryć kolejne „drzwi percepcji”, proszę samemu budować i palić mosty przekonań. Czego jestem pewien, to tego, że życie Kamila i nie tylko jego, spowoduje lawinę przemyśleń czytelnika nad własnym życiem. Ta powieść zmieniła także wiele w moim, i co więcej, zmieniła dogłębnie mnie samego.

Beniamin Pytliński

Książkę dedykuję mojej najdroższej żonie,
której cierpliwość i miłość są dla mnie
wielkim darem.

Dziękuję Ci z całego serca.

CZĘŚĆ I

Najprawdopodobniej nic nie ma końca ani początku, i choć wszystko się kończy i zaczyna, to nie wiadomo gdzie, nie wiadomo jak i kiedy.

MOJA HISTORIA

Wszystko zaczęło się dwa lata temu. Przestałem w pewnym momencie rozróżniać rzeczywisty świat od moich snów. Zastanawiałem się po każdym przebudzeniu nad tym, gdzie właściwie jestem. Żona zauważała u mnie stany, które spokojnie można nazwać odrealnieniem, wręcz autyzmem, ponieważ ja, przykładowo, byłem w trakcie planowania ucieczki w razie wojny, co do której miałem absolutną pewność, że nastąpi lada chwila, albo dumałem nad tym, kim jestem w świecie snu i czy pełnię w nim rolę osoby prawdziwej. Uważałem bowiem, iż wszystko to, co dzieje się we śnie, ma na mnie bezpośredni wpływ. Początkowo było to niegroźne. Jednak w końcu nastąpiła noc, kiedy we śnie straciłem oko, ponieważ napadnięto mnie w tym śnie, zdarto ze mnie ubranie, okradziono i wykuto oko szydłem do wełny. Nie widziałem na to oko po przebudzeniu, zatem stało się zadość moim dywagacjom, jakoby sen wpływał na moje ciało i mojego ducha. Żona ciągała mnie po lekarzach, którzy mimo wszelkich moich zapewnień twardo stali po stronie badań i testów naukowych, twierdząc, że moje oko jest wręcz wyjątkowo zdrowe. Nie chodziło o to, że nie dawałem temu wiary, bo łatwo sobie wyobrazić, że tego nie chciałem, nie chciałem być w połowie niewidomy. Nie była to tajemnicza ślepota, jak ta biała w powieści José Saramago, lecz zwyczajna, czarna, cieniowana zagadkową tragedią.

Każdy kolejny sen coraz bardziej wpływał na moje życie, i to pod każdym względem. A śniła mi się wojna, najobrzydliwsza jaka może być. Za każdym razem zaczynało się od początku, czyli od wybuchu wojny. Samoloty na niebie, bójki na ulicach, przemówienie prezydenta na wszystkich kanałach, eksplozje, czołgi jeżdżące po ulicach. Przeżywałem te sny aż tak intensywnie, że dostawałem gorączki, płakałem, krzyczałem i nie było temu końca.

Żona kochała mnie naprawdę bardzo, więc wzięła długi urlop mimo groźby pracodawcy, że może nie być na powrót dla niej miejsca. Starała się odkryć, w czym tkwi drzazga moich dolegliwości. I zrobiła coś, co na zawsze zmieniło mój byt na świecie. Doubezpieczyła mnie na życie oraz ciężkie choroby, bo ja nigdy nie widziałem w tym sensu, i przepisała na mnie większość ponad półtoramilionowego spadku po swoich rodzicach, którzy niedawno zmarli. Przezornie, rzutem na taśmę, dała ponieść się błyskotliwej myśli. Udowodniliśmy ubezpieczycielowi, iż w obecnym momencie jestem całkowicie zdrowy, okazując wciąż jeszcze aktualne badania i dokumenty. Było to ryzykowne, ale się powiodło. W razie ciężkiej choroby (między innymi psychicznej) zostałem ubezpieczony na dwieście pięćdziesiąt tysięcy złotych, bowiem moje badania lekarskie były zawsze bliskie doskonałych, a praca, którą wykonywałem, łatwa, mało ryzykowna i mało stresująca. Trzeba wiedzieć, że pracowałem w sklepie muzycznym z ogromną fonoteką. Lubiłem tę pracę. Z naszych oszczędności zacząłem się leczyć psychiatrycznie. Problem tkwił w tym, że nie byłem w stanie pozbyć się dotkliwych urazów umysłowych po moich snach. Wierzyłem w nie i odczuwałem ich moc jak mnisi odczuwają moc uduchowienia. Zatracałem się w fałszywych przekonaniach. Zostałem wyrzucony z pracy, gdyż szło mi coraz gorzej w dogadywaniu się z klientami. Kląłem na nich, kłóciłem się z nimi o pieniądze, uważając każdą płytę za wyjątkową i cenną. Narobiłem mnóstwo strat w firmie, odstraszając stałych klientów. Wylądowałem w domu bez pracy, bez celu, bez siły, bez pomysłu. Widziałem tylko zionącą przepaść.

Śniło mi się, że ją zabito, moją żonę. Nie umiałem się z tym pogodzić, kiedy zapewniała mnie o swoim ciągłym istnieniu. Zbudowałem mur między nami, którego nie udało jej się powalić. Był silniej naznaczony niż berliński, wyższy i trwalszy niż chiński, świętszy dla mnie od tego w Izraelu dla Żydów. Moje kochanie zostało na moich oczach zgwałcone, po niecnych igraszkach z jej odzieniem w grze wstępnej, zabawami z jędrnymi piersiami, walką wrogich żołnierzy z obronnym nastawieniem. W końcu zabrakło jej sił i była zmuszona się im poddać. A ja skuty siedziałem pod ścianą bez możliwości jakiejkolwiek interwencji. Krew spływała mi z rany na czole do oczu, a kiedy zaczęli wbijać się w nią jeden po drugim, już nic nie widziałem, tylko słyszałem jej cierpienie obszyte w nuty, jakich mój mózg nie był w stanie znieść, a musiał. Waliłem głową w ścianę za plecami, a gdy zemdlałem, obudziłem się i jakaś obca kobieta spała ze mną w łóżku, tak obcesowo i bezczelnie. Spała jak anioł nieświadomy, że straciłem kobietę swojego życia. Uderzyłem ją mocno jeden, drugi, trzeci raz, żeby przebudziła się z tego chamskiego, nieczułego snu. Wyskoczyła z ciepłej pościeli, zapaliła światło i płacząc, wlepiała we mnie przerażony wzrok niczym w diabła. Trzymała się nosa, z którego ku mojemu zdumieniu leciała krew, a podkrążone oko puchło coraz bardziej z każdą sekundą. Zrozumiałem, że popełniłem błąd, potworny, karygodny.

Zawiozła mnie do ośrodka dla umysłowo chorych, bo z mojej twarzy zapewne niewiele się dało wyczytać oprócz śmiercionośnego obłąkania. To był ostatni raz, kiedy ją widziałem.

Rozwód mógłby być bolesny, gdybym się go spodziewał, ale ja go się nie spodziewałem, więc zabolało mnie na wskroś, na długo, bezlitośnie. Przeprowadziłem się do kliniki. Ten okres, który tam przetrwałem o tyle o ile, nie jest istotny. Istotne jest to, co się stało, jak wyszedłem. Dowiedziałem się o pieniądzach od mojej już wówczas byłej żony i odszkodowaniu. Nie byłem zdolny do pracy i wszystkie moje na to papiery powędrowały już do urzędu pracy i zakładu ubezpieczeń. Otrzymuję teraz rentę. Przypominając sobie ze złogów pamięci hasło do elektronicznego konta bankowego, prędzej stanąłbym na rzęsach niż uwierzył, że mam okrągłe 1.250.000 złotych na swoim koncie, nawet gdyby sam Nostradamus mi to przepowiedział. Nie, nie ucieszyłem się. Słyszy się przecież alarmy w mediach, że ludzie niewinni są wplątywani w przestępstwa, są okradani i nabierani, a już zwłaszcza dotyczy to schorowanych, starych i niepełnosprawnych. Dopiero trzy potwierdzenia z banku, trzy oświadczenia od ubezpieczyciela i trzy potwierdzenia z urzędu skarbowego w miarę mnie uspokoiły. A potem zamówiłem sejf przez internet. Trzeba wyobrazić sobie, jakie wielkie to ciążenie, taka suma. Przede wszystkim trudny do wytrzymania pakt milczenia zobowiązał mnie do samotności, którą pokochałem, i to bez krzty sarkazmu. Otuliłem się nią ciasno i rozkoszowałem.

Po roku zdarzało mi się jeszcze trzy dni przeleżeć na sztywno w łóżku. Bałem się wstać, przyzwyczajałem się do faktu, iż będę w lustrze znów oglądał gębę milionera. Po ostatnim z takich transów w wieczornych godzinach zadzwonił domofon. Zakłuło mnie w sercu i o mały włos nie dostałem zawału. Ledwo trzymając się na nogach, sapiąc jak wycieńczony wół, dowlokłem się do drzwi. Byłem odwodniony i głodny jak dzika hiena.

– Jessica… – Wlepiałem w nią wzrok przerażony, że widzi mnie w takim stanie, gdy jestem niedoprowadzony do ładu. – Co tu robisz? – Skądś ją znałem.

– Co ja tu robię? Zastanówmy się… – Zrobiła słodką minę i pytająco przechyliła głowę lekko w bok.

Milczałem jak grób. Na czole zaczęły mi rosnąć grube krople potu. Paliłem się ze wstydu, wrzałem ze złości, a jednak nie drgnąłem. Jessica dłużej nie wyczekiwała, wyprostowała się. Już miałem coś powiedzieć, bo myślałem, że chce odejść, ale zrobiła krok przez próg, a ja zamknąłem oczy. Jej zapach minął mnie jak duch. W kuchni zaczęła tłuc naczyniami.

– Przepraszam, strasznie wyglądam. – Jessica milczała, szukała czegoś namiętnie w stosie czystych i brudnych naczyń.

– Możesz mi zdradzić, co robisz? – zapytałem zdenerwowany hałasem.

Chwyciłem butelkę wody i napiłem się zachłannie.

– Szukam kubka, żeby zrobić w nim herbatę. Byliśmy umówieni, jak co tydzień.

– Umówieni? Jeśli w ogóle kiedyś pamiętałem, to zapomniałem na śmierć.

– Zawsze zapominasz, ale płacisz mi, więc jestem, bo wywiązuję się z umowy.

– Nie wiem nic o umowie. Wisi mi to. – Wzruszyłem ramionami.

– Włącz komputer, trzeba zrobić zakupy – rzuciła krótko.

– A wiesz, że to niegłupi pomysł?

Wtedy stawiałem pierwsze kroki, teraz robię już zakupy przez internet samodzielnie. Cóż, o wyjściu w dalszym ciągu nie ma mowy. Kiedy usiadłem przy laptopie walnąłem się w czoło. Jessica! Skądś ją znałem, ale właśnie wtedy sobie przypomniałem skąd. Prześliznąłem się do łazienki, a potem, umywszy się, do szafy w sypialni. Stanąłem ponownie przed Jessicą, ale tym razem pachnący, w eleganckich ciuchach. Raz na tydzień stawałem się jej męskim odzwierciedleniem. Zabójczy uśmiech tej kobiety podniecał mnie nieziemsko. Jessica była i nadal jest moją kobietą do towarzystwa. Tradycyjną gejszą w europejskim wydaniu. Bierze ode mnie naprawdę niewiele, ale tłumaczy to tym, że uwielbia mężczyzn, a nawet za taką stawkę dobrze jej się powodzi. Jessica jest moim prywatnym aniołem stróżem. Staram się nie myśleć o tym, że jestem jednym z wielu, dobija mnie to. Choć jej nie kocham, lecz przywiązałem się do niej. I choć za każdym razem o niej zapominam, to dobrze ją znam.

– Dobrze, że jesteś… – powiedziałem i ucałowałem ją w czoło.

CICHA ZIMA

Czerwony żwir pokryty śniegiem. Śnieg prószy cały dzień, bez końca. Kolor żwiru przebija przez śnieg. A wygląda to jak splamiony krwią dywan grzesznika. Drzewo rośnie na samym środku ścieżki, lekko pochylone i zgarbione. To ono jest spowiednikiem. Modli się i na przemian spowiada przez dziesiątki lat, jakby nie miało tego dość. Ma się wrażenie, że klęczy tu w imieniu wszystkich ludzi, że pochylone tu pozostanie na całe dekady. Płatki śniegu przytulone do ciepłego ciała-kory topnieją i spadają kroplami z gałęzi, rzeźbiąc w białym puchy kanały, w których przepadają, pozostawiając ślad istnienia. Łzy marnotrawne. Jest też zaprószona trawa i stoi zaprószona ławka. Piękna, drewniana, choć pokorna i przystępna, przymuszona sytuacją, kryje swą nagość. Wszystko pokryte jest białą płachtą. Wszystko spowite jest tajemnicą.

Pod nosem zamarznięty gil. Zlodowaciałe wąsy i broda. Czerwone szyny malują się na żwirze od szurania sztywnymi butami bezdomnego. Druciane sznurówki majtają się po bokach. Dłonie prawie fioletowe od ujemnej temperatury ocierają się wzajemnie, pragnąc ciepła z wytęsknieniem. Bezdomny wytrwale idzie w nikomu niewiadomym kierunku, powoli zanurzając się w cieniu drzewa. Szyny ciągną się aż po sam horyzont, a za nim po kolejny horyzont, a teraz spoczywają przy ławce. Bezdomny zgarnia butem śnieg, zostawiając błotną smugę na jasnym drewnie. Siada, wtulając się we własne brudne, wyziębione ciało. Przysypia, chwiejąc się do przodu i do tyłu w równym tempie niczym metronom. Podmuchy wiatru zamrażają kolejne partie ciała, poczynając od tych bardziej podatnych do tych bardziej skrytych, gdzie jeszcze tli się ciepło, jądro życia, ostatniej szansy na przetrwanie.

Matka z wózkiem. Pewnie stawia kroki dobrymi butami, których specjalnie wyprofilowane podeszwy nie pozwalają się jej pośliznąć. Dziecko w pięknym żółtym wózku, opatulone w kolorowe kocyki, śpi, wdychając świeże powietrze. Gwiazda w białym kosmosie. Kruczoczarne włosy kobiety są rzucane przez wiatr we wszystkie strony, jakby na głowie rosły czarne węże, wijące się gibko i faliście, cierpiąc z powodu zniewolenia. Wózek kołami robi cały szereg czerwonych, poplątanych linii na białym płótnie. Zapada się i zacina w żlebach rozmiękczonego śniegu. Kroki matki regularnie krążą wśród tego chaosu. Energicznie podchodzi do drzewa. Zawsze budzi w niej poczucie bezpieczeństwa. To widać. Zawsze przystaje, bierze głęboki wdech, wciągając w płuca życia smak, a wydycha w postaci pary aurę strachu, która się rozpływa, rozpada, zamienia w niebyt. Zamyka oczy. Otwiera je szczęśliwsza osoba od tej przed chwilą. Dziecko przebudza się, wesoło piszczy i się wierci, po czym znowu śni w towarzystwie przyjaznej dla niego zimy.

Bezdomny mroźnym płucem już ledwo dycha. Warga pęka i krople krwi gorącej spadają mu na ubranie pod warstwą białości. Rozbryzgują się, a po chwili unoszą się małe dymki z powodu różnicy temperatur. Wygląda to tak, jakby swe oblicze ukazały czary. Paznokcie poszarpane, ząbkowane, choć od wielu lat szare od brudu, teraz już poczerniały. Tak jak nos. Klaun mrocznego cyrku. Klaun potwornie ciężkiego życia. Nagle pojawia się matka z dzieckiem. Jest samotna, nie ma męskiego wsparcia, ale zwija kurczowo palce do wnętrza dłoni, nakrywa je kciukiem i podchodzi do bezdomnego, spoglądając nieśmiało na jego oczy. Zamknięte. Zlepione mrozem. Dotyka go palcem, jakby ćmę w skrzydło. Za dłoń łapie czule. Przyciska dwa palce z boku krtani. Mierzy jego stan przytomności. Wreszcie wyjmuje telefon i gdzieś dzwoni. Na pogotowie? Właśnie teraz ją obserwuję, jak ratuje człowieka, właśnie teraz widzę skrytą, kobiecą siłę jak na dłoni. Dzięki jej odwadze ocaleje życie.

Następny dzień. Nie można dostrzec tego, że wczoraj na ławce rozgrywał się dramat dla dwojga osób. Jedna z osób umierała, zasłaniając dłonią twarz, w którą biło jasne światło z długiego tunelu, druga zaś na śmierć patrzyła, odkładając na bok wszystkie swoje wstręty, obrzydzenia i brak tolerancji. Tak myślę, że jak ktoś, kto tej sceny nie widział, teraz, tak jak ja, patrzy przez okno na ten biały świat. Nie ma żadnej miary pojęcia, co się wydarzyło. Jakże naznaczona teraz jest jasna, przyjazna, drewniana ławka. Może jedynie mi się przytrafiło oglądać prawdziwe życie z tak bliska? Tak to czuję. Wszyscy poza mną mogli ławkę oglądać w dobrym świetle. Dla moich oczu widnieje przymglona szarością codziennej rzeczywistości. Pan w zielonym polarze w żaden sposób nie może się ze mną utożsamić. Przechodzi obok ławki obojętnie, jakby to ona wczoraj w zamian za bezdomnego prawie wyzionęła ducha. Jest cudownie owładnięta spokojem. Dlaczego przeszedł tak obojętnie? O nie, i drzewo też jest dla niego duchem. Nawet nie spogląda w jego bujną, kościstą koronę piętro wyżej. Jego szybki, wojskowy chód przysparza mi mnóstwo nieprzyjemnych ciarek.

Ulica o tej porze w ciszy się plącze jak zapach róży w nozdrzach. Wiatr świdruje w niewielkich hałdach śniegu. Na skromnych zboczach powstają loki, a drobny pył unosi się ku górze. Pewne dziecko z fascynacją to zdarzenie obserwuje. Nie umie sobie wytłumaczyć, skąd biorą się te zawijasy i dlaczego śnieg jest srebrny, a na dodatek wznosi się, miast opadać. Wiele pytań rodzi się w miękkim ciemieniu, co bardzo znacząco maluje się na zarumienionej, lalkowej twarzyczce. Dziecko spogląda zdezorientowane to na boki, to za siebie, i z powrotem na hałdy. Ewidentnie szuka kogoś, kto widzi to, co ono. Trochę się boi, ucieka. Trochę jednak je to bawi, w podskokach powraca, udając, że lata wśród srebrnych mgieł. I tego wszystkiego doświadcza w radosnej samotności na ulicy, ścieżce, krwawym dywanie grzesznika. Bawi się w nieznanym świecie wśród nieznanych wrażeń. Matka bowiem siedzi na ławce zanurzona w lekturze. Trudno nie odetchnąć z ulgą, że akurat po tej ulicy nie jeżdżą samochody, a dziecko może upaść sto razy, aż nareszcie nauczy się kręcić piruety jak marzenie w obłoku z miliardem światełek. Upór daje satysfakcję.

Biały pies lekką łapą wtapia się w otoczenie. Czarne oczy są jedynymi punktami łatwymi do odnalezienia. Jego pan idzie krótkim krokiem. Jest zamyślony jak w senne dni zimowe niedźwiedź polarny, lecz sprawnie porusza się po rozmiękczonej ścieżce, bo zapewne na pamięć zna całą drogę, którą przechodzi trzy razy dziennie. Jest pisarzem. To widać. Kiedy mu się przyglądam, widzę, że pisze wzrokiem w powietrzu, niczym palcem po wodzie, ale bynajmniej te słowa nie zostają utracone. Wszystko w głowie skrupulatnie się zapamiętuje, a potem wylewa na kartę papieru atramentem. On tak patrzy, jakby starannie fotografował każdy szczegół otoczenia i ruchu, podobnie jak ja. Rozumiemy się, choć on nawet nie wie, że jestem tu za oknem i się cieszę z naszej cichej tajemnicy.

Matka z dzieckiem zauważa pisarza. Jej uśmiech promienieje, zza zimnych, czerwonych od szminki ust pokazują się białe zęby. Lustrzane odbicie szczęścia pokazują również zęby pisarza. Nie, ci dwoje nie znają się dobrze. To nagła uciecha, kiedy samotność odchodzi tak prędko z naszego serca. Ulga, jakby ktoś wyciągnął z niego zardzewiały gwóźdź. Pies wita dziecko radośnie, a ono doświadcza kolejnych sprzecznych emocji strachu i fascynacji. Pies kładzie się przed nim, a dziecko dotyka miękkiego futra i ucieka, mocno ściskając palce. Jest dumne z nich i całej rączki. Nie może uwierzyć, że dotknęło nieczłowieka. Tymczasem pisarz stoi naprzeciwko matki, ujmuje jej dłoń i ją całuje. Scena pokazuje mężczyznę wrażliwego, szanującego kobietę, która przeszła wiele trudnych chwil, momentów zwątpienia, rozczarowań, sekund grozy, dni poniżenia i lat niemocy. Chciałby za nią utonąć, lecz ona wyraźnie daje mu znać, że chce razem z nim wypłynąć i mimo wycieńczenia, zaczerpnąć haust powietrza, poczuć życie w płucach. Kiwają do siebie głowami. Może umawiają się na wieczór, podczas którego sobie wyznają, czym są ich istnienia w tym świecie? Umawiają się na rozmowę dusz, ale grę ciał.

Drzewo zostało opuszczone i znów modli się w ciszy wietrzystego południa. Psalmy wiecznej wiary rozpływają się po gołych gałęziach. Śpiew. Nikt nie słyszy, każdy głuchy jest na to wołanie. Pustelnik. Opływa w dźwiękach swego niemego bytu. Mroźna zima pozwala ludziom szybko o nim zapomnieć. Oprócz matki z dzieckiem. Ona chyli nieprzerwanie czoła w spowiedzi. Ktoś może właśnie jest mordowany. Tylko drzewo o tym wie. Przejmuje jego grzechy i zbawia od winy. Ono jest i mym bogiem, zawsze proszę, by mnie kryło, by sprawowało nade mną pieczę i kierowało moje złe czyny ku ułaskawieniu, w przestworza bez pamięci. Kosmos pewnie jest zaśmiecony bilionem grzechów, skoro każde najmniejsze przewinienie grzechem jest zwane. Może w ogóle z grzechu jest zbudowany? Głębia czerni ukazuje gwiazdy, co to znaczy?

Chłopak cienko ubrany. Na pewno nie z dobrego domu. Drepcze mało wprawnie po pościeli śniegu. Nie zna tej drogi. Sportowe przemoknięte buty ślizgają się na boki jak łyżwy u początkującego. Piwo w puszcze ulewa się, tworząc brzydkie żółte plamy na nieskazitelnym śniegu. Papierosa przygryzają brudne zęby, a z kącików ust sączą się przekleństwa. Pomarańczowy dres bije w oczy jaskrawością. Chłopak nie zna drzewa. Patrząc pod nogi, wchodzi wprost na nie. Wściekłość miarowo wypływa z chłopaka jak woda z zatkanego kranu. Grymas na twarzy. Zaciska się dłoń bez puszki. Wypluwa papierosa u stóp drzewa. Puszka ląduje na korowej klacie. Ono wszystko przyjmie z godnością. Nerwowy ryk wydziera się z jego gardła. Uciekł z domu. Pewnie ojciec alkoholik wrócił po dwudniowej libacji i pobił matkę. Pędzi do kolegów, do podziemnego klubu walk, żeby rozorać czyjąś twarz w walce na ringu. Wyzbyć się emocji, których przysparza mu brutalny ojciec. Widać to po poranionych dłoniach i twarzy, że się często z kimś bije. Złe obyczaje przekładają się od zarania na pokolenia. Karty w talii się powtarzają.

Pisarz widzi chłopaka, peszy się, wstydzi za jego agresję. Pies, widząc niepokój pana swego, staje jak wryty i taksuje nadchodzącego młodzieńca. Jego czarne księżyce przeszywają go wręcz na wylot. Boję się, że może z tego wyniknąć konflikt między niepohamowaną frustracją a klarownością pisarskiego umysłu, na straży której stoi czteronogi przyjaciel. Widzę wszystko jak na dłoni. Chłopak spogląda na psa i zaczepia go wykrzywieniem twarzy w okropny grymas. Pies ostrzegawczo szczeka, biały dym unosi się z pyska. Jego prowokator podnosi pięść i uderza w powietrze. Biały dym ulatuje kilkakrotnie. Pisarz marszczy brwi i krzyczy na młodzieńca, chcąc doprowadzić go do porządku. Trafia kosa na kamień, aż się iskrzy, następuje starcie między różnymi światami w głowach Ziemian, tu, na ulicy, gdzie drzewo pochylone, beznamiętne i stoickie wytrwale spowiada się za tych dwóch, co brudzą uporczywie krwią biały puch. Sypią grzechami. Nawet pies nie omieszka wgryźć się w zmarzniętą łydkę atakującego. A pies godzien jest spowiedzi? Trzeba by zapytać drewnianego mnicha.

Wieczór nadchodzi spokojnie, zalewa świat, czyli widok z mojego okna od zachodu do wschodu spowija się węglowym cieniem. Po jakimś czasie dopiero zapalają się latarnie, ospałe strażnice powoli budzą się ostygłe ze snu, z chwili na chwilę świecą coraz mocniej, aż znów widać scenę teatru codzienności. Czarny człowiek w białym garniturze. Anioł ciemnych stron zaszedł aż tu, by zbadać, czy rzeczywiście tak straszne są nasze losy. W końcu tak głośno emitujmy nasze bóle, aż sięgają granic kosmosu. Przybyły spoczywa na ławce niezbyt wycieńczony, gorąca krew rozgrzewa jego żyły bez najmniejszych problemów. Po drugiej stronie drzewa lekkim krokiem zbliżą się matka z dzieckiem, tyle że bez dziecka. Może to nie jej w ogóle było dziecko i złą przypisałem jej rolę? Ot, niedopatrzenie. Staje pod drzewem i porywa w płuca tlenowe wydzieliny drzewa, oddając mu swój dwutlenek węgla. Wkoło obraca się wzajemny dar.

Kobieta dopiero teraz, kiedy wymieniła zawartość płuc, widzi czarnego człowieka. Drgnęła i zawiesza na nim wzrok. On wstaje i podchodzi do niej z wolna, by się nie wystraszyła. Wyciąga do niej dłoń. Ona, znając najwidoczniej tę dłoń, chwyta ją i kładzie na swoim biodrze. Zbliża się ku niemu całym ciałem, tuli głowę do jego piersi. Nie umiała oprzeć się dawnej miłości? Chyba że nie takiej dawnej? Wciąż trwa na dnie serca, ledwo dycha jakieś uczucie nieokreślone. Dochodzi do skrytego wśród fal emocji pocałunku. Sklejeni padają na ławkę. Ona, nimfa, opleciona rękoma i nogami wokół niego, wieloryba, postrachu oceanów. Ławka poddaje się ich miłości, nie zaprzecza, nie wszczyna buntu, nie uwiera rozgrzanych ciał twardym oparciem. Drzewo nieme czujnie śpi. We śnie modli się. W taką zimną noc zadarta spódnica i rozpięty rozporek, wiszący pasek oraz odsunięty dekolt muszą być znakiem opętanej potrzeby uczuć. Jednostajne ruchy prowokują podniecenie. Szyba w tym nie przeszkadza. A jeśli to tylko ja widzę? Jeśli nikt inny nie ma okazji widzieć takiego stanu wyjątkowego, tylko ja, jak na dłoni, widzę fizjologię w najczystszej postaci?

Jego uśmiech blednie bardzo szybko, on przeżywa czasu zatrzymanie. Krok do przodu, krok do tyłu, tańczy z dezorientacją i roztargnieniem, patrzy w bok, patrzy na wprost i widać, że nie wierzy. Bezchmurne niebo nie przykrywa i nie przykryje żadną siłą nagich ciał. Musi patrzeć, zazdrościć. Nie może zabić ani przerwać czy też uciec wzrokiem, zrobić zwrotu przez sztag. Wiatr uparcie bije w żagiel serca, wyrywa duszę, by coś zaradziła. Krok do przodu, krok do tyłu, tańczy wciąż niezgrabnie. Wreszcie podejmuje decyzje. Pisarz podchodzi do pięknej i bestii ku rozpaczy honoru przerywa ich miłosny akt, a mój teatr erotyczny. Wymachuje nieskładnie rękoma do pary rozgorączkowanych kochanków. Ci ubierają się pospiesznie. Kobieta umówiła się za dnia z pisarzem, a tu wkroczył anioł czarnych mocy na ziemię niczyją, łysą i niewyraźną, gdzie dopiero co poznani ludzie mieli ją zaorać i posiać nasiona. Mężczyźni dostają obaj nadzwyczaj sprawiedliwie po twarzy. Wyraźnie zafrasowani sytuacją zamiast zmierzyć swoje siły w walce o miłosną zdobycz, zwiesili głowy niczym popsute zabawki w ciemnej piwnicy. Przedstawienie się skończyło podczas przełomowego zwrotu akcji. Szmaciane kukły, z których dusza wypłynęła, stoją tak w trójkę, czyniąc ten moment martwą konferencją albo też konfrontacją ciszy. Drzewo lekko szumi ze wzruszenia. Ławka teraz naznaczona jest romantyczną tragedią. I jak w przyszłości ma usiąść na niej kobieta z pisarzem?

Poranny śnieg znowu pachnie intensywnie, choć rozmókł podczas wczorajszej gorącej nocy. Zrobił się jak mączna breja. Biedny pan w pięknym garniturze i dobrych skórzanych butach próbuje się przeprawić przez ten ocean rozmokłości. Pędzi, spieszy się do pracy, garażu, sklepu, klienta. Mija drzewo modlące się w spokoju, muskając je torbą. Odwraca się nieśmiało, jakby przepraszał je półgębkiem. Wie, że naruszył delikatną warstwę świętego bezgłosu. Rzucone zostało ziarno piasku na szklaną taflę jeziora. W tej samej sekundzie zaplątują mu się nogi i upada bezwładnie do tyłu w półobrocie. Ktoś, coś zesłało na niego w mgnieniu oka nieokupioną winą karę. Uderzenie musiało być tępym dźwiękiem z błąkającym się echem wewnątrz głowy. Niespodziewanie, spoza widocznego moim oczom obrazu, nadbiega starzec ubrany bardzo skąpo, może nawet jest bezdomnym, lecz człowiekiem o wyjątkowo dzielnym sercu. Po raz kolejny widzę, i to w tak krótkim odstępie czasu, ratowanie życia. Czuję się bogiem. Patrzę na to, co stworzyłem, obserwuję wolną wolę bez krztyny możliwości ingerowania w nią. A jednak znikąd nadchodzi pomoc dla potrzebujących, kiedy w myślach pstrykam palcami, chcąc ją przywołać. W takich chwilach dumnym bogiem mógłbym być. Mój wierny mesjasz o twardej, niezłomnej wierze, składa do modlitwy drewniane dłonie. Czy nie jest to teatr groteskowej wyobraźni, obszycie w rzeczywistość żywych niby-lalek?

Jak tylko wyglądam przez okno ponownie, od razu dosięgam wzrokiem śladu po zajściu z dzisiejszego ranka. Czerwona plama leniwie rozciągnęła się w duży czerwony punkt. Bezdomny człowiek musiał kiedyś być w podobnej sytuacji, chyba że po prostu ma w posiadaniu duży zasób empatii. Zaraz! To ten bezdomny, ten, który o mały włos nie umarł na ławce. Jak to możliwe, że wyglądał tak dobrze? Przyciął brodę i miał inne ubrania niż poprzednio, poza tym był dość lekko odziany. Teraz, jak pomyślę, to wręcz niespodziewanie szybko się wtedy zjawił. Biznesmen wspomógł biedaka z sąsiedztwa, na swe bary biorąc cudzy los. Dał mu pracę, parę groszy wcisnął w dłoń, która w śmietnikach musiała szukać swego dalszego życia. Teraz on, w przewrotnym kole losu, otrzymał możliwość odwdzięczenia się. Machina darów, pechów, szczęść, powodzeń i niepowodzeń kręci się zawile niewytłumaczalnie. Aura życia na ziemi to niewidoczny kosmos przyjacielskich dusz, co ratują się wzajemnie z potrzasku, leczą cielesne boleści.

Ktoś siekierą rąbnął słońce i nagle zrobiło się co najmniej o połowę światła mniej. Spoglądam na niebo i okazuje się, że to chmura, gruba kurtyna, zasłania słońcu widok na scenę. Depresja próbuje wtrynić się z krwią do najgłębszych zakamarków mojego mózgu. Dzielnie ją wypleniam, tego się już nauczyłem. Pomyślałem sobie dzisiaj: czy ja jestem stukniętym szpiegiem, że tak bezceremonialnie obserwuję tę ulicę? Właściwie jednak, stwierdzam, jest to miejsce publiczne, więc każdy, kto się tam znajduje, ma przecież pojęcie o tym, że wystawia się na widok, jakąś oceną zewnętrzną.

Gorące wyrzuty palą mnie w gardle. Zimna woda pomogła je znów schłodzić. Wietrzeje z czasem spisek, pakt milczenia, który podpisałem z jakąś częścią swej świadomości. Zamyślam się, zamek błyskawiczny stanu czuwania zamyka się. Teraz, kiedy znowu przyjmuję do siebie otoczenie, pada śnieg. Nie wiem, ile czasu minęło. Ale czy to ważne? Płatki jak połamane talerze gromadnie oblepiają ulice, ławkę i drzewo. Przez to ma się wrażenie, że drzewo osiwiało. Mnich nad mnichami bez względu na opady czy sztorm trwa w jednej pozycji. Basta. Staram się nie zazdrościć wytrwałości, a ściskając pięści, łatwiej mi to przychodzi.

Wieczór. Myślałem, że się uspokoi i dzień skończy się bez ekscesów. Jak zwykle, kiedy mi tylko takie myśli przychodzą do głowy, wiadomym jest, iż właśnie wtedy coś takiego się wydarzy, co zapadnie głęboko na dno wspomnień. Z wolna opadający kamień wrzucony do rzeki, o którym pamiętamy do końca życia, do którego wracamy na łożu śmierci. Widzę to tak: wychodzi ze mnie dusza, staje naprzeciwko i poucza, grożąc palcem, lecz z dozą miłości. Daje mi znać, że to ważny moment, którego nie można przegapić. Całuje mnie w czoło, przeszywając czułym chłodem. Szyba jakby topnieje i w pełni teraz chłonę to, co dzieje się na ulicy.

Ulica staje się drugą stroną medalu, staje się nauczycielem, prorokiem, sygnałem albo symbolem, a przy tym nieprzerwanie jest rzeczywistością ostrą jak brzytwa. Matka z dzieckiem, ale bez dziecka, bo tak naprawdę jest matką bez dziecka, czyli nie matką, a jeszcze kobietą. Kobieta idzie za rękę z pisarzem. Uderza mnie fakt, że bez przerwy na nich trafiam. Czy nie ma innych ludzi na świecie, na ulicy, są tylko ci, przepełnieni przeznaczeniem, dogłębną sensownością, będący nieskończonym ciągiem wzoru?

Kobieta siada na ławce, zapominając, co zaszło parę dni temu. W euforii przebaczenia patrzy na smutne wspomnienia w oczach pisarza. On ogląda się wokół siebie, sącząc z otoczenia siły, by przetrwać to poniżenie, szuka przekonania w glebie i zieleni, w niebie i słońcu, by usiąść na ławce koło kobiety. Dla niego błyszczy ta ławka zdradą, żywi do niej pewną odrazą, której sam się wstydzi. Wnika w ciało dziecka, które nie rozumie tego dziwnego zajścia, które nie potrafi określić, dlaczego tamto się stało, a teraz dzieje. Dopiero jej dłoń wyciągnięta o białym kolorze i delikatnych paznokciach ściąga jego uwagę do rzeczywistości. Pisarz, zapominając na moment o męskim honorze, daje się usadowić przez białą dłoń na ławce. Widać to wyraźnie, że jest na wpół blady i na wpół zielony. Pokazuje mi to, że czasem nie liczą się wielce wyszukane zasady postępowania w życiu, reguły związku, warunki kochania. Wartość ma moc umoralniania miłości, dążenia do serca drugiej osoby, do celu, który uświęca środki. Wszystko po to, by dotknąć się ustami, rozkoszować samą cichą obecnością, pieścić się duszami, smakować wspomnienia i zapomniane grzechy. Dotyk palcami równy potędze tworzenia. Kobieta usilnie mu coś tłumaczy, a ten mężczyzna chciałby móc o tym w ogóle nic nie słyszeć, chciałby, aby to się nie musiało wydarzyć. Przebaczenie powoli przebija się przez jego grubą skorupę. Zarósł betonową warstwą. Niezauważona przez nich przestrzeń między nimi zacieśniła się. Jest ciaśniej i ciaśniej. Nagle pisarz się podrywa, łapie kobietę za ramiona, unosi i całuje. Nie chciał, żeby stało się to na ławce zdrady. Niech na krwawy dywan grzesznika spłynie z niej starty obraz nierządnicy. Tam rzecz jasna miejsce jest na te brudy, gdzie zaznają zbawienia. Drzewo szepcze modlitwy za wszelkie przewinienia.

Od jakiegoś czasu nie udawało mi się zaobserwować nowych ludzi na ulicy. Dlatego tak wielką moją uwagę przyciąga ta dziewczyna o ceramicznej twarzy. Jej melancholijny chód zupełnie nie współgra z chucią. Z powodu wyzywającego wyglądu przypisać by ją można do kobiet ulicznych obyczajów. Mogą to być złudne wrażenia nasiąknięte stereotypami. Bardzo krótka niebieska spódniczka delikatnie powiewa na wietrze, igrając z nim seksownie, srebrne szpilki wbijają się bezlitośnie w cienki biały dywan, robiąc dziury. Czerwone punkty pokazują mi, że ona idzie, gubiąc krew przewinienia. Grzechy popełnione wypadają kropelkami z ciała. Czy to nie przesada? Wszędzie można widzieć analogię do boskich przesądów, znaków duchów, szatańskich anomalii, słów proroctwa. Pozostawiając w sobie naiwność, głęboko schowaną w piwnicy naszego umysłu, narażamy się na krzywdzące i niespokojne życie. Mnie zwyczajnie frapuje domalowywanie ludziom rogów czy skrzydeł, stwarzanie atmosfery deistycznej, pokręcanie gałkami boskości i wynurzanie szatana z jego tajemnych kryjówek.

Nastolatek po drugiej stronie zjawia się niespodziewanie. Urwał się z planu filmu „Blues Brothers”, gdzie pewnie niejedna używka skrywa się w kieszeniach aktorów. Nastolatek pewnie miał z czymś do czynienia, bo picie do tej bogatej twarzy nie pasuje. Jego chwiejny, mało męski krok rzuca się w oczy. Nagle, kiedy budzę się z zamyślenia, trzyma dziewczynę w ramionach i namiętnie całuje. Nie domyślałem się, że to może być mężczyzna, który ma zarezerwowane miejsce w sercu dziewczyny w niebieskiej sukience. O ile inaczej teraz ją widzę przy tym przystojnym, choć zniewieściałym nastolatku, niechlujnie ubranym w garnitur, kapelusz i ciemne okulary. Niebieska falująca spódniczka powiewa teraz w zupełnie inny sposób, a czerwone za nią punkty wskazują na długi szlak ku miłości. Ze smutkiem stwierdzam, że daleko mi jeszcze do wykwintnego obserwatora. Jestem dzieckiem mało wprawnym, które w operze prowadzi lornetką po scenie bez ładu i składu. Krzywe zwierciadło… Muszę skończyć z naiwnością.

Ta niecodzienna para okazała się zapowiedzią wiosny. Roztopy zamieniły wszystko w błotną okolicę skąpo odzianą w rozmokły śnieg. Drzewo płakało niemożebnie, lało łzy na zmarnowanie. Nikt tam nie stał i nie łapał żalów najświętszego ze spowiedników, któremu właśnie teraz chmury smutku się oberwały. Delikatna, brązowopurpurowa i zmarznięta kora odsłania swoje oblicze. Korzenie odtajałe, naderwane z powodu ciężaru ludzkich grzechów, nie utrzymują drzewa w pionie. Chwieje się i kołysze to odwrócone do góry nogami wahadło zegara, ten statek na morzu, kłania się nisko ten mnich święcony.

DZISIAJ

Znowu przyszła, jest w kuchni i tłucze naczyniami. Jej cera lśni, włosy długie i ciemne spływają po ramieniu. Po śniadaniu czy obiedzie dotyka mnie zawsze przez chwilę, a mój świat nabiera zupełnie innej barwy. Następnie delikatnie i powoli się rozbiera, nie pozwalając mi podejść ani się dotknąć. Najedzony mogę oglądać jej striptiz godzinami. W końcu w samym staniku podkrada się do mnie i pozwala mi sobie go rozpiąć, zwieńczając przedstawienie. Rozgrzewa mnie, rozpala pojedynczymi muśnięciami ust od stóp do głów. Czuję się wtedy Erosem, Apollem, napalonym lwem. Potem dodaje kostki lodu do tych igraszek, chłodząc moje rozżarzone męskie ego. Dominuje nade mną. Kiedy tak leżę prawie omdlały z rozkoszy, siada na mnie i wwierca się miękko, wprawiając nasze ciała w erotyczne wibracje. Przetrzymuje ten stan bez orgazmu to granic szaleństwa. A kiedy już szczelnie wypełniam ją sobą, mówi:

– Jesteś boski, kochany.

Moje upośledzone ego staje na nogach, które jeszcze przed jej przyjściem były doszczętnie połamane. Jessica ma stuprocentową skuteczność działania. Białe wino dopełnia na dobre te silne przeżycia. Dla niej to zapewne jest codzienność, ale staram się o tym w ogóle nie myśleć, wyrzucam te myśli z głowy szybciej, niż zdążają mną zawładnąć.

– Po przyjemnościach przychodzi czas na obowiązki – mówi.

Taka kolejność bardzo mi pasuje.

Zakupy stały się łatwe. Moje decyzje co do produktów są szybkie jak błyskawice. Pewność siebie pozwala mi lewitować. Jessica jest tylko jakby zjawą. W rzeczywistości nie znam jej w ogóle jako osoby prywatnej. Zaciera swoje istnienie, grając zawodową rolę. Po tym, jak wychodzi, moja świadomość zapada w głęboki filozoficzny podobny do snu. Patrzę wtedy przez okno. Od czasu do czasu Jessica stoi w drzwiach mojego mieszkania. Nie mam pojęcia, kiedy wróci, jeśli wróci. Kobieta jest jak las, każde drzewo jest podobne, ale inne, każdy prześwit gdzieś daleko okazuje się jedynie małą polaną, a nie wyjściem poza ten ocean zieleni. Jak mężczyzna pokrąży po kobiecej duszy, to gubi się w labiryncie jej myśli. Jeśli dojrzy granice lasu, noc zapada jak gilotyna, a następnego dnia znowu znajduje się w środku pięknego, jasnego lasu pachnącego poranną rosą. Nie ma już wyjścia na horyzoncie, zaś na dnie serca narkotyczne przywiązanie.

Zakupy dostarcza mi Andrzej. Kumplowałem się z nim w podstawówce, potem utrzymywaliśmy rzadki kontakt, dzięki czemu nie zapominałem, jak wygląda. Raczej brzydki z niego mężczyzna, ale o przepięknej duszy. Ostatnim razem widziałem go niedługo przed przeprowadzką na ulicę Sobieskiego w Warszawie. Teraz widzę go po raz kolejny z moim zamówieniem, wszystko się zgadza co do joty. Większość dostawców zupełnie oto nie dba.

– Jak się czujesz ? – Zaczyna zawsze tak samo, po prostu rozczulająco.

– Chciałbym odpowiedzieć, że dobrze, ale prawda jest inna…

– Źle się czujesz, rozumiem… Mogę ci pomóc?

– Andrzej, nie trzeba, dziękuję ci serdecznie za zakupy.

– Ach! Zakupy. – Zorientował się, że to główny cel wizyty. – Proszę. Tu spakowałem ci picie, tutaj, o, nabiał i… reszta.

– Nie wiem, jak ci dziękować… Jesteś mistrzem pakowania.

– Mogę zawitać u ciebie na herbatę po pracy? Wiesz, ja nikomu nie mówię o tobie, to niczyj interes.

– Wiem, Andrzej, doceniam to. Jak chcesz, to wpadnij.

– Słuchaj, to ja muszę już iść – tłumaczy się, jakbyśmy byli w środku ważnej debaty.

– Oczywiście, leć. – Uśmiecham się i wiem, że ten uśmiech daje mu energii na całą drugą połowę etatu.

Andrzej wyjechał na paręnaście lat do Włoch i tam zginęła cała jego rodzina. Dom zapalił się znienacka, kiedy jego ojciec, pierwszy raz od wielu lat pijany, postawił na gazie butelkę z denaturatem zamiast butelki z piwem, bo w ten sposób je zazwyczaj podgrzewał. Wypił pięć piw, a wraz z szóstym zgotował rodzinie piekło. Spłonęło wszystko, zginęli wszyscy oprócz niego. Andrzej był wtedy w nocnej szkółce, a jak wrócił, zastał grób mamy, taty, dziadka, ciotki, wuja i trzech braci, którzy chorowali na ospę, on bowiem z choroby świeżo wyszedł. Udało mu się odbudować swoje życie łzami, które zabierały ze sobą złą energię, a dawały siłę na kolejny dzień, i pracą, nie tylko fizyczną, ale i pracą nad sobą. Do dziś ma lekki akcent włoski, gdyż nie potrafi do końca wyrzucić z siebie tych tragicznych wspomnień. Taka somatyczna łatka. Czarna zwęglona kołdra przykryła do wiecznego snu całe jego ówczesne życie. Nieraz sprawia wrażenie, jakby wciąż nie radził sobie z tym bagażem.

Dlaczego dopiero po takich przejściach człowiek staje się życzliwy, ultraempatyczny, hiperpomocny, przyjazny i lojalny wobec najmniejszej tajemnicy?

Andrzej jest dla mnie obcy, tak obcy jak i najbliższy, bo to człowiek, który jest właściwie moją jedyną rodziną. Przejmuje się mną i w pewnym sensie dba o mnie. To nie to samo, co Jessica, ona to bardziej dobry duch. Jest po godzinie dwudziestej pierwszej, Andrzej stoi ponownie przed moimi drzwiami z dobrym winem w ręku. Przechodzi próg mieszkania, przenikając do mojego świata w zamknięciu, świata filozofii istnienia. Ciekawe jest to, jak ten chaos łączy się w logiczną całość. Często w ogóle nie używamy słów, a jedynie pierwotnych odgłosów.

– Hy? – pyta mnie Andrzej, unosząc butelkę.

– Th! – odpowiadam.

– Heg? – wskazuje głową na szafkę z naczyniami.

– Łee – zaprzeczam i wszystko jasne.

– Ba.

– Ehe.

– Ach.

– Ha.

– Uu?

– Ymhm!

Jakaś konkretna rozmowa następuje, dopiero gdy paroma kieliszkami zabijamy naszą nieśmiałość. Język nam się rozwiązuje, węzeł na nim gordyjski, skwiercząc, pali się. Kobiety, muzyka, sport, podróże i alkohol to nasza tematyka. Takie wieczory zazwyczaj szybko nam mijają. Ale nie tym razem. Ta noc miała być długa i ktoś dobrze to sobie zaplanował. Mamy to do siebie z Andrzejem, że lubimy siedzieć w ciemności. Zjawisko odzyskiwania wzroku po totalnej ciemności, po zgaszeniu światła, jest naszym wspólnym przeżyciem. Cieszymy się jak małe dzieci. Zamówiliśmy parę godzin temu trzy butelki wina w Alkotaxi. Dostawa szybko do nas dotarła. Zostało nam ostatnie Bordeaux. Trochę wylało się na sofę. Huczący telewizor gaśnie, staje się bezgłośny, nie ma obrazu, sam zdecydował, że jest zbędny. Jedyne światło rzuca księżyc na stanowisko naszego posiedzenia, wartowników nocnych marków i bezsennych głów. Próbuję włączyć to bezużyteczne pudło, ale nie działa. Rechoczę gorzko.

– Ach, pewnie korki poszły. – Garbię się z bezsilności niczym leniwiec na diecie.

– Tylko od czego. Nie było spięcia, przepięcia ani burzy nawet.

– Może sąsiad coś grzebie w piwnicy i się pomylił… Nie wiem. – Wykrzywiam usta.

– No, też nie wiem. O tej porze grzebie w piwnicy? Weź sprawdź, co tam się dzieje – zachęca Andrzej, jak zwykle starając się mnie przekonać do wynurzenia nosa.

– Nie ma mowy i skończ, póki na dobre nie zacząłeś.

Rozlega się pukanie do drzwi. Tak nagłe jak i cisza, która zaraz potem zapada. Trzeba jasno się wyrazić, że nikt, ale to nikt nie odwiedza mnie w te dni. Zachodzę w głowę, komu mogło się coś uroić, żeby do mnie pukać. Andrzej twierdzi, że to sąsiad, aby zapytać, czy u mnie też wszystko padło. Miałem jednak inne i dziwne przeczucie. Cisza jak makiem zasiał. Nie lubię tego mrowienia, zdaje mi się wtedy, że jestem na tyle chory, iż moje ciało i umysł w zwyczajnych sytuacjach wiercą mi dziurę strachu w plecach. Dziura poszerza się niczym kosmiczna studnia. Mój jedyny przyjaciel, którego nazywam także jedynym członkiem rodziny, stwierdza, że otworzy drzwi i będzie robił za właściciela. A niech tam, olewam sprawę.

Spogląda przez wizjer, potem słyszę przesuwanie metalowej przesłonki, na koniec Andrzej przybiega do mnie całkiem blady.

– Och! Tam są dziwne typy, naprawdę dziwne typy – szepcze głośno.

– Daj spokój Andrzej, z tymi kawałami.

– Serio, idź zobacz sam. – Wygląda na to, że mówi szczerze.

Kusi mnie ciekawość, więc ruszam się ciężko, obiecując Andrzejowi, że skopię mu dupę, jeśli mnie robi w konia. Od niechcenia spoglądam przez wizjer. Z ledwością przełykam ślinę i odchodzi mi krew. Kto to na Boga? Wyglądają okropnie.

– Nie otwieram. Nie znam was i nie zapraszałem – przemawiam do nich przez drzwi.

– Oszalałeś! – szepcze mi Andrzej zachrypniętym głosem do ucha.

– Otwierać – słyszymy zza drzwi.

– To jakaś pomyłka! – odpowiadam, ale z nerwów lata mi już oko.

– OTWORZYĆ, OTWORZYĆ! – dochodzi ponownie zza drzwi puzonowy głos.

Nie otwieram. Chowam się do kuchni i obserwuję, jak mój gość stoi przed drzwiami, z niedowierzania wbity w podłogę na kilometr głębokości. W sekundę przemienia się we właściciela i wykonuje kolejny kretyński ruch w swoim życiu. Odblokowuje drzwi i uchyla je. Pyta, o co chodzi, bo właśnie miał się iść kąpać. Wyobrażam sobie, jak spoglądają po sobie. Te sekundy przeciągają się w wieczność. W końcu ten o puzonowym głosie przemawia:

– Milion ma być na jutro, tutaj, o dziewiątej. Powiesz policji jedno słowo, to nie żyjesz. Wchodzimy, teraz.

Andrzej zatrzaskuje drzwi, a zaraz potem dwa stłumione strzały przeszywają drzwi. Jedna z kul prześlizguje się przez jego kolano, tworząc czerwone fajerwerki zwieńczone potwornym, bolesnym krzykiem, a drzwi, z hukiem spadają na jego plecy. W ostatniej sekundzie chowam się do szafki obok garnków. Laptopa nie znajdą, nie ma szans. Jest w schowku podłogowym w sejfie.

– Przeszukam salon, sprawdź łazienkę! – grzmi puzon.

– Salon czysty.

– Łazienka też! – woła klarnecik.

– Ja sypialnię, ty kuchnię.

– Czysto?

– Czysto.

Szafka, w której się znajduję, nie ma rączki i wygląda jak trwała zabudowa. Moja żona trzymała tu kiedyś porcelanę, którą uwielbiała. Tym razem szafka uchowała mnie, nie porcelanę. Prawie jak na wojnie ukrywam się niczym biedny Żyd przed Niemcami. Zatem moja żona, którą kochałem ponad wszystko, robi mi coś takiego, coś tak potwornie niehumanitarnego. Zachłanności śmierć! Żona chce zabrać mi pieniądze. Tylko po to tak bardzo się „dla mnie” starała. Nic z tego nie rozumiem. Podstępna czarownica, niewierna, szatańska kochanica. Jak tu dawać wiarę kobiecie, własnej żonie, że to, co robi dobrego, nie robi dla siebie na wyłączność. Wynurzam się z drżącymi nogami z szafki. Andrzej płacze z bólu. Kolano jest nadmuchane jak balon i pulsuje w rytmie serca. Robi mi się niedobrze, do gardła, niczym pociąg w za ciasnym tunelu, podchodzi mi rzygami nocne wino. Przełykam je z obrzydzeniem i szukam rozpaczliwie telefonu. Znalazłem. Zaraz zacznie świtać. Nareszcie. Lada moment, a ciemność by mnie sparaliżowała. Przecież to oczywiste, że mnie szukali.

– Pogotowie – melduje się jakaś pani na linii.

– Potrzebuję karetkę na ulicę Gładką 8 c lokal pierwszy.

– Zaraz, zaraz, proszę pana, nazwisko.

– Moje nazwisko? – drę się z niedowierzaniem. Ty nieczuła babo, dodaje w duchu.

– Oczywiście, jak inaczej mam wysłać karetkę, na kogo, do kogo, proszę pana?

– Nie macie państwo bazy danych? Podałem adres. Mój przyjaciel się wykrwawia. Miałem włamanie z napadem, nic to pani nie obchodzi? – Ślina ze zdenerwowania tryska mi z ust.

– Proszę zgłosić to na policję.

– NIE! Żądam karetki, żądam dyskrecji i anonimowości. Dane podam na miejscu!

– OCH! Dobrze, ale to się nie powtórzy. – Trzask, koniec połączenia z obeschłą babą.

– Mam taką nadzieje… – mówię już spokojniej do słuchawki i do siebie.

Podchodzę do Andrzeja i staram się go przeciągnąć na sofę. Filmy może są głupie (w większości), ale dzięki nim wiem, co mam robić. Wyciągam szalik z szafy, gdzie trzymam zimowe ciuchy. Kto by pomyślał, że jeszcze się przydadzą? Wtykam Andrzejowi do buzi rękawiczkę. Patrzy zdziwiony. Owijam mu szalik ciasno wokół nogi powyżej kolana, żeby zatamować krwotok. Teraz już rozumie i nie jest zdziwiony, lecz wszczyna alarm bólu niczym żywcem palony świniak na ogniu. Wiem, że boli. Musi.

Leżę w łóżku sztywny, jak już nie raz mi się zdarzało. Ostatnie wydarzenie nadwyrężyło moją psychikę. Czas mi się roztopił, przed oczami pływają zegary Salvadora Dalego. Tkwię w sparaliżowaniu, ale wyjątkowo czynny umysłowo, jak Stephen Hawking. Bez urazy. Ostatnie noce i dni mijały mi jak na przyspieszonym filmie „Gorączka złota”. Nigdy przedtem, jak i teraz, nie udało mi się odkryć, czy to tylko halucynacje spowodowane wytraceniem wszystkich sił. Od czasu do czasu mało zauważalnie kiwam palcem. Napawa mnie to chwilowym poczuciem triumfu, że umysł ma przewagę nad ciałem.

Niespodziewanie dzwoni telefon z głośnością tysiąca dzwonów. Moja cisza przepada bez śladu. Zataczam się do aparatu, spodziewając się samego diabła. Odbieram, a tam głuchość. Serce mi się zatrzymuje brutalnie jak złamane serce dzwonu, oddech zamiera w płucach. Wreszcie ktoś przerywa połączenie. Dałem się złapać. Czy to się nie skończy, te bezkresne tragedie i nieszczęścia? Stara sztuczka, sprawdzili czy jestem w domu! Zastali mnie i wiedzą, że jestem tu zamknięty. Moje mieszkanie na dobre stało się więzieniem, a drzwi osadzone z powrotem we framudze są wrakiem. Nie jestem bezpieczny. Włączam komputer. Zamawiam drzwi na cztery spusty z natychmiastowym montażem. Czas do siedemnastej ciągnie się potwornie. Umieram z nudów, ledwo zipię. Wreszcie są. W godzinę montują nowe drzwi. Ukradłem sobie w ten sposób trochę czasu życia, kilka lat, kilka chwil. Oby przeznaczenie, jeśli istnieje i rzeczywiście czyha za rogiem, dopadło mnie bezboleśnie. Trudno mi stwierdzić, dla kogo tak bardzo walczę, czyżby o swoje istnienie? Może dla przyjaźni z Andrzejem, może z niezrozumiałej, fantazyjnej miłości do Jessiki albo dla samej przekory, że nikt tak łatwo mnie nie zmaże z listy żyjących. Pewnie wszystkie powody są dobre i żaden z nich zarazem. Znowu zawieszam wzrok na drewnianym mnichu. Gubię czas przy oknie filozoficznym. Patrzę na ulicę, na ludzi. To jest takie frapujące.

Kiedy nadchodzi zniechęcenie, równia robi się pochyła. Zamawiam alkohol w internecie. Moja logiczna świadomość i poczucie rozsądku w pełnym gazowych myśli powietrzu zasypia, obumiera. Pytanie, czy na czas przed śmiercią uda mi się ją wybudzić? Czuję się jak żyrafa, znowu Salvadora Dalego, na długaśnych zapałczanych nogach. Ledwo dochodzę do toalety, kiedy wstrząsają mną torsje. Alkoholicy nazywają to ciągiem, a ja prze-ciągiem, i to w pociągu bez okien. Dopóki pociąg nie stanie na stacji, to się nie skończy. Nie wiem nawet, jak się to stało, jedynie jak zaczęło, a teraz jakimś cudem co drugi dzień puka do drzwi kurier z dostawą procentów. Tutaj nie ma zasady, że pijanemu się nie sprzedaje, więc nawet pojawiając się w drzwiach w zarzyganej bluzie o dwunastej w południe, chwiejąc się na żyrafich kopytach, mogę odebrać swój towar. Nie wiem, co mnie opętało. Trudno powiedzieć, czy nie czuję się sobą, czy czuję się żałosny. Najpewniej jestem wszystkim tym naraz, nie sobą i żałosny, krótko mówiąc, obcy mi człowiek. Nie znam cię, stary, mówię do lustra, kiedy się spotykamy. Nieśmiało próbuję się tłumaczyć przed samym sobą, przed tym brzydkim panem, że nad tym nie panuję, ale skoro do takiego wniosku dochodzę, to mam jeszcze kontakt ze światem, zatem jeden ostatni kieliszek nie zaszkodzi. Poza tym trudno mi się uzależnić. A jednak karuzela znów rusza, upodobniam się do świata, który jak pijany dąży do nicości i samozniszczenia. Kto wygra ten wyścig? Oto jest pytanie. Naiwne pytanie, ale istotne. Pewnego dnia po prostu zamknę ten chory cyrk pełen nieokiełznanych pawi.

Andrzej przeszedł rehabilitacje po tamtej akcji z włamaniem. Miałem wrażenie, że nie było go całe lata. Niby go poznaję, a jednak mylę go z nieznanym mi kurierem i robię mu awanturę, że przychodzi do mnie, a zamiast zamówienia przynosi „nagie jak niewiasta i przezroczyste, niczym białe szkło, dłonie”. Nawet nie zauważam, że jest o kulach.

– Jezu, to ja! Co się z tobą dzieje? Jesteś spuchnięty, jakbyś spał w ulu.

– Dawaj wodę, obłudny ty chamie – krzyczę zachrypłym, charczącym głosem.

Zdaję sobie sprawę z tego, że jestem absolutnie nieprzyzwoity, ale daleko poza to wychodzę pragnieniem w przód, by znieczulić przepalone gardło.

– Słuchaj, zniszczysz sobie życie, a ja ci nie chcę na to pozwolić – mówi głośno Andrzej i znienacka daje mi prosto w nos.

Upadam jak worek ziemniaków na podłogę, on przekracza próg i zamyka drzwi na cztery spusty.

– Odwal się, pedale, będę krzyczał, aaaa!

Dostaję znowu uderzenie, tym razem w skroń.

– Nie pozwolę ci na to, abyś żałośnie się zapijał, choć miałbym cię lać przez rok. A potem mi podziękujesz, zobaczysz.

– Ty brudna szmato! Nie bij mnie, kurwa! Pomocy! Biją! – Wiję się na podłodze i wydzieram.

Andrzej ze mną zamieszkał, nawet nie wiem kiedy. Jak duch święty ma teraz nade mną baczenie, oddając mi swój czas i uwagę. Stał się nieczłowiekiem w przewrotnym znaczeniu tego słowa, stał się nadczłowiekiem. Przyjacielem jak pies, w którego wierzyć mogę jak w Boga. Wylądowaliśmy w Egipcie starożytnym bez dwóch zdań. Moje procesje wytapiania się z alkoholu przypominają pochód wiernych. Tylko że ja wierzę nie tyle w wyleczenie, ile w to, że w nagrodę dostanę choć kropelkę życiodajnego nektaru – wódki. Jest jak Ares, bóg wojny, w walce z moim nałogiem, jak bogini ogniska domowego, Hestia, dba o każdy szczegół mojego otoczenia. Andrzej bierze pieniądze z mojego konta, ale tak niewiele nam trzeba, że ta potrzeba jest szczyptą soli w Wieliczce. Może i bym go zabił, gdyby nie pochował wszystkich noży w ogródku. Wiadomo, da się zabić też wieloma innymi rzeczami, nawet gołymi rękami, ale nie byłbym tak naprawdę do tego zdolny, a te noże to prawdopodobnie pochował dla ogólnego bezpieczeństwa. W końcu udaje nam się wyprzeć ze mnie przekonanie, że istnieje tylko alkohol. Obiecuję, że już nigdy do czegoś takiego nie dopuszczę. Dotrzymam!

Parę razy jeszcze dzwonił telefon i zawsze się nabieraliśmy. Żyjemy w strachu, że zabiją nas za te pieniądze, jak nic. Dzisiaj dostaliśmy kartkę z pogróżkami, że milion ma być przelany na konto poniżej, ale żadnego numeru konta nie było. Jakaś totalna paranoja. Andrzej bierze moją komórkę i znajduje numer do mojej byłej żony. Kulturalnie mnie pyta, czy może do niej zadzwonić. Mnie jest to obojętne, więc wzruszam ramionami.

– Halo, czego ty chcesz? – odzywa się moja żona z głośniczka.

– Witam, mówi Andrzej, przyjaciel twojego męża…

– Co się stało, że ty dzwonisz z jego telefonu? – przerywa mu.

– Dlaczego mu to robisz? – pyta wprost.

– Ja mu nic nie robię, odwal się.

– Chcesz odzyskać milion z pomocą jakiś bandziorów – stwierdza naiwnie Andrzej. On też nie pasuje do tego świata. Jest jak dziecko, i to bardzo niewinne.

– Chyba oszaleliście, razem. Gratuluję współpracy.

– To jak to wytłumaczysz? – pyta Andrzej gniewnie.

– Nie mam z czego się tłumaczyć, rozumiesz? Zrobiłam dla swojego męża wszystko, co tylko mogłam, by było mu dobrze, jak wyjdzie ze szpitala. Nie wiem, kto dobiera się do jego pieniędzy. Jakbym chciała go okraść, podałabym nasze wspólne konto, do którego mam dostęp, a zostały przelane na jego prywatne konto. Nie dawałabym mu też części mojego spadku. Odpieprzcie się ode mnie.

Pod koniec rozmowy było słychać, że nie może powstrzymać łez. Bardzo mi jej żal, ale to była pierwsza potencjalna osoba, która mogłaby chcieć te pieniądze. Mimo wszystko spoglądam na Andrzeja bardzo ostro, bo wierzę jej, że to nie ona. I czułem tak od początku. I tego oskarżenia nie odżałuję już nigdy.

– Przepraszam, stary. – Smutno zwiesza głowę. – Chyba nie będę już się mieszał w twoje życie. Wracam do domu.

– NIE! Nie rób tego, zostań, Andrzej, zostań! – Przejmuje mnie to szczerze, na szczęście jego to przekonuje.

Nie wiem, czy to z powodu niezrozumiałej dla mnie starożytnej miłości do mężczyzny, czy z przywiązania, węzła przyjaźni na mojej aorcie, ale mam wrażenie, że bez Andrzeja nie przeżyję ani godziny nawet. Jednak moje życie to jeszcze 24 godziny razy 365 dni w roku razy jeszcze około, bo tyle sobie daję, 25 lat życia, a to się równa 219 000 godzin. Mój umysł nie potrafi ogarnąć takiej miary czasu, więc cichnę z przerażenia, bo wiem, że Andrzej tak długo na pewno przy mnie nie zostanie. Czyli siłą czasu, a to potężna siła, w końcu leczy rany, zostaniemy rozdzieleni. Muszę nauczyć się myśleć o rozłące, muszę nauczyć się żyć sam, muszę nauczyć się przestać pić, tak jak sobie obiecałem, i zabijać siebie samego myślami, wreszcie muszę przestać stawiać sobie wielkie mury. Nie doświadczyłem tego uczucia, kochania mężczyzny, mam wrażenie, że to coś kompletnie innego niż kochać kobietę. Inne zasady, inna więź, przecież inaczej być nie może, bowiem wszystko na tym świecie smakuje inaczej, zatem, to na pewno też. Daruję sobie ten temat. Andrzej wygląda na zafrasowanego. Nic z tego nie rozumiem. Czy on myśli mimo wszystko, że to ona?

– A ja i tak uważam, że to ona maczała w tym palce. Nie wiem, do jakiego stopnia, ale ona ma coś z tym wspólnego – stwierdza.

– Nie, nie mów tak, nie mów, bo to boli, kurwa, Andrzej, tylko nie to… – Wzruszam się.

– Uspokój się, wszystkiego się dowiemy. – Siada przy mnie i chowa moją głowę w swoich dużych ramionach, które od młodego walczą o godne, spokojne życie. Czuję się jak dziecko, jak jego synek. Czuję jego chuć i tę chłodną chwilę okazania uczuć. Ten paradoks zamraża mnie w zamyśleniu, a jego zamraża mój brak sprzeciwu, przez co nie zmieniając położenia, trwamy w tej niezwyczajnej sytuacji, w przyjacielskim uścisku dwóch dorosłych mężczyzn.

– Powinieneś wyjść na ulicę… – ponawia próbę i uwalnia mnie z objęć.

– Wiem, ale boję się, że to już nie mój świat. To świat, do którego nie należę. Boję się, że nie poradzę sobie z codziennością nawet przez tak krótką chwilę jak spacer wokół domu.

– Masz kasę, masz możliwości, korzystaj z tego. Nie powtarzaj, że się boisz.

– Chcą mnie zarżnąć, kto wie, czy się tu nie kryją gdzieś za rogiem, żeby założyć mi kosę.

– Policja…? – proponuje nieśmiało.

– Policja i co, co zrobi? Wyśmieje nas tylko. A tyle z tego będzie, że będzie jeszcze gorzej.

– Postaramy się to załatwić tak, żeby było bezpiecznie, co ty na to?

– Pomyślę… Na razie nic nie rób. Coś musi się zmienić.