Strona główna » Literatura faktu, reportaże, biografie » Cyberchoroby

Cyberchoroby

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-65223-54-8

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Cyberchoroby

Autor bestsellerowej Cyfrowej Demencji powraca nową książką, w której postuluje radykalne ograniczenie cyfrowej konsumpcji – dla dobra całego społeczeństwa.
Cyfryzacja naszej codzienności prze naprzód ogromnymi krokami – z tragicznym skutkiem dla naszego zdrowia. Dawniej internet służył swobodnej wymianie informacji. Dziś zamienił się w światową dzielnicę czerwonych latarni i potwora inwigilacji.
Psychiatra, uznany badacz mózgu, prof.  Manfred Spitzer, na podstawie współczesnych badań naukowych pokazuje, że taki rozwój wypadków jest zagrożeniem dla każdego z nas. Szczególnie narażone  są dzieci i młodzież, ponieważ zakłócone zostają ich procesy rozwojowe.
Oddając mediom cyfrowym kontrolę nad wszystkimi sferami naszego życia, godzinami grając w gry online czy wsiąkając w internetowe sieci społeczne, zapadamy na Cyberchoroby.

Polecane książki

Celem książki jest wskazanie zasad funkcjonowania administracji publicznej zarówno w aspekcie historycznym, jak i współczesnym. Problematyka opracowania skupia się na organizacji i zarządzaniu w administracji, obsłudze kancelaryjnej, podziale terytorialnym państwa. Jest ona wizją funkcjonowania ...
Prezentowany Test IQ mogą rozwiązywać dorośli, młodzież i dzieci. Każda kategoria wiekowa ma swoją tabelę normalizacyjną. Im osoba młodsza tym mniej zadań musi rozwiązać, aby osiągnąć taki sam wynik jak osoba ze starszej kategorii wiekowej. dorośli. Lubisz analityczne, logiczne i kreatywne myśl...
„Fotografia ma swój patos, zresztą oddaje go już częściowo sama etymologia – termin fotografia składa się z greckich słów światło i pismo. Można powiedzieć, że jako fotografowie piszemy światłem”. Jego fotografie i słynne akty, które nazywał „snami o świetle i cieniu”, wyprzedzały czasy, w których p...
Chirurg Antonio Balducci, znany w świecie biznesmen, powiększa swoje imperium naukowe, przejmując laboratorium, w którym pracuje doktor Liliana Accardi. Poprzez Lilianę pragnie wejść do rodziny Accardich. Wie, że nie ma szansy jej zdobyć, ale pożądanie, jakie Liliana w nim budzi, sprawia, że ...
Publikacja w przekrojowy i uporządkowany sposób przedstawia zagadnienia związane z prowadzeniem firmy w rodzinie. Omawia możliwe formy jej prowadzenia, zasady odpowiedzialności i sukcesji. Członkowie rodziny – zazwyczaj współmałżonek i dzieci – często pomagają i faktycznie uczestniczą w dzi...
Piętnasta edycja sztandarowej publikacji Biblioteki Analiz. W pięciu tomach omówione zostały najważniejsze zagadnienia dotyczące funkcjonowania polskiej branży wydawniczo-księgarskiej w 2011 i pierwszej połowie 2012 roku. Istotną część tomu pierwszego publikacji – „Wydawnictwa” - stanowią pogł...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Manfred Spitzer

Tytuł oryginału: CYBERKRANK! Wie das digitalisierte Leben unsere Gesundheit ruiniert

Copyright © 2015 Droemer Verlag. Verlagsgruppe Droemer Knaur GmbH & Co KG, München

Copyright © 2016 for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Literatura Inspiruje Sp. z o.o.

Copyright © for the Polish translation by Małgorzata Guzowska

Wszelkie prawa zastrzeżone

All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie mogą być publikowane ani w jakikolwiek inny sposób powielane w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.

Redakcja i korekta: Agnieszka Brach, Justyna Jakubczyk

Projekt okładki i stron tytułowych: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Zdjęcie na okładce: Copyright © lucadp (fotolia.pl)

Skład graficzny:Justyna Jakubczyk

ISBN: 978-83-65223-54-8

Wydawnictwo Dobra Literatura

Słupsk 2016

zamowienia@literaturainspiruje.pl

www.dobraliteratura.pl

www.literaturainspiruje.pl

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Dla Anny, żeby była zdrowa

Przedmowa

Cyfrowa technologia informacyjna jest w naszym społeczeństwie wszechobecna. Kształtuje nasze życie. Już 7 lat temu młodzi ludzie w Niemczech spędzali przed ekranami (TV, komputer, wideo, konsole do gier) po 7 godzin dziennie. Błyskawiczne rozpowszechnienie smartfonów w ciągu ostatnich pięciu lat zmieniło ten stan wyłącznie pod jednym względem: zakres wykorzystywania cyfrowej technologii informacyjnej gwałtownie wzrósł, ponieważ smartfon bezustannie nam towarzyszy – zawsze jest w zasięgu ręki. Już nie pytamy o drogę napotykanych przechodniów, w celu rozwiązania problemu nie szukamy wsparcia u znajomych („jak uruchomić pralkę?”). Pytania zadajemy za pośrednictwem smartfona, a odpowiedzi po ułamkach sekund płyną do nas z „chmury”, jak coraz częściej określa się gigantyczne zbiory danych rozlokowane gdzieś na pustyniach tego świata. Pozostawiamy przy tym cyfrowe ślady, które są rejestrowane, zapamiętywane i analizowane. Nawet jeżeli wykorzystujesz smartfon wyłącznie jako latarkę, wciąż zbiera on i wysyła dane na twój temat, a najpóźniej od lata 2013 roku – dzięki wyznaniom pracownika NSA, Edwarda Snowdena – wiemy, że są one analizowane, sprzedawane i nadużywane.

Jakie niesie to skutki dla nas? Na to pytanie starałem się odpowiedzieć w poprzednich publikacjach. Nie jest to pierwsza książka, w której zajmuję się pytaniami o konsekwencje zmian naszych życiowych nawyków w związku z mediami. W 2005 roku wydałem książkę pt. Vorsicht, Bildschirm (Uwaga, ekran), w której naświetlałem niekorzystne dla ciała i ducha skutki oglądania telewizji. Wtedy średni czas poświęcany na oglądanie telewizji wynosił 3 godziny dziennie. Sądziłem, że to niedorzecznie długo, zwłaszcza w przypadku dzieci i młodzieży, czyli tych, którzy chodzą do szkoły, by zdobywać tam wiedzę i wykształcenie potrzebne do życia w społeczeństwie. Przy założeniu, że mamy 35 godzin lekcyjnych tygodniowo – jedna lekcja trwa 45 minut, tydzień szkolny ma 5 dni – to uczeń przez 26,25 godzin tygodniowo zajmuje się nauczanym materiałem, co daje 3,75 godziny dziennie. A zatem 3 godziny przed telewizorem odpowiadały mniej więcej całemu dziennemu czasowi poświęcanemu na naukę w szkole. Fakt, że takie „równouprawnienie” musi mieć konsekwencje, był już wtedy oczywisty w świetle badań nad mózgiem, neuroplastycznością i uczeniem się. Pytanie, którym zajmowałem się 10 lat temu, brzmiało więc: czy istniejące już wtedy dowody naukowe mogły to rzeczywiście wykazać. Mogły – taki wniosek płynął z dokonanego przeglądu literatury naukowej: telewizja rzeczywiście sprawia, że ludzie stają się grubi, głupi i agresywni. Każdy, kto twierdzi, że tak nie jest, zaprzecza naukowym faktom – tak jak ktoś, kto głosi, że Ziemia jest płaska, a Słońce krąży wokół niej.

Książka spotkała się z pewnym zainteresowaniem. Została przez media rozszarpana, mnie zniesławiono i zaatakowano. To samo – jednak z jeszcze większym natężeniem – spotkało mnie po wydaniu drugiej książki dotyczącej „ryzyka i skutków niepożądanych mediów ekranowych”, zatytułowanej Cyfrowa demencja. Nagle zostałem okrzyknięty psychiatrą chuliganem1, który „z niepełnymi i błędnymi tezami jeździ po kraju, wykorzystując sezon ogórkowy 2012 roku do reklamowania swojej książki za pomocą demagogicznych uproszczeń” [cytaty pochodzące z materiałów, które nie zostały wydane w języku polskim, zostały przetłumaczone przez Małgorzatę Guzowską na potrzeby tej książki; pozostałe tłumaczenia zaczerpnięte z wydań polskich zostały opatrzone stosowną informacją], jak scharakteryzowano moją pracę w stanowisku wydanym na zlecenie ministerstwa kultury przez Landesmedienzentrum Badenii-Wirtembergii2. W tym finansowanym z pieniędzy podatników, ubliżającym mi tekście (pt. Der Spitzer geht um, brak wskazania autorów i daty) możemy również przeczytać, że „dla osiągnięcia efektu pod publiczkę” dopuszczam się „grzechu na naszych dzieciach” oraz „uniemożliwiam rzeczowe zmierzenie się z problemami”3. Prawdą jest jednak dokładne przeciwieństwo sformułowanego tu zarzutu. O „cyfrowej demencji” mówi się dziś powszechnie w kontekście niepożądanych skutków cyfrowej technologii informacyjnej. Zaledwie kilka dni temu pewien instytut badania rynku opublikował wyniki sondażu przeprowadzonego na próbie reprezentatywnej złożonej z tysiąca niemieckich obywateli na temat „zdolności zapamiętywania i cyfrowych funkcji pamięci”, zatytułowanego Digitale Demenz: was merken sich die Deutschen im Digitalen Zeitalter noch (Cyfrowa demencja: co jeszcze zapamiętują Niemcy w czasach cyfryzacji). Zwięzłe podsumowanie wyników: przerażająco mało4.

Medialna (a także publiczno-prawna5) nagonka rozpętana latem 2012 roku nie dała rady zapobiec czytaniu i rozumieniu Cyfrowej demencji przez szeroką publiczność – od starszych kolegów z kręgów akademickich po uczniów gimnazjów („niezła jazda” – napisał mi jeden z nich). O ile zaraz po publikacji opinie na temat książki były wyraźnie podzielone na krytykę i głosy potwierdzające moje obserwacje, o tyle dzisiaj zdecydowanie przeważają komentarze pozytywne (co obrazuje zamieszczony wykres). Nawet zwolennicy internetu, jak bloger i dziennikarz Sascha Lobo, którzy jeszcze 3 lata temu gwałtownie atakowali mnie za moją krytyczną postawę, dziś sami odnoszą się krytycznie do współczesnej technologii informacyjnej6.

Mam nadzieję, że książka, którą trzymasz w ręku, poruszająca tematykę o wiele szerszą niż wspomniane wcześniej publikacje, trafi do jeszcze większej liczby otwartych głów i „krytycznych umysłów”. Tutaj bowiem nie chodzi „tylko” o skutki wykorzystywania mediów cyfrowych dla naszego umysłu, ale również o konsekwencje dla całokształtu zdrowia psychicznego i fizycznego. I nie chodzi „tylko” o telewizor czy komputer, ale przede wszystkim o smartfon – przedmiot, który ze względu na swoje rozpowszechnienie i wielość zastosowań możemy nazwać „szwajcarskim scyzorykiem XXI wieku”.

Każdy obdarzony fantazją może sobie wyobrazić, co się dzieje, kiedy miliardy ludzi co 7 minut zerkają na wyświetlacz smartfona, coś robią z tym urządzeniem lub na nim i zostawiają przy tym ślady, które są dalej analizowane przez najbogatsze i najpotężniejsze światowe firmy, chcące się dzięki temu stać jeszcze potężniejszymi i – przede wszystkim – jeszcze bogatszymi. Istnieją już szczegółowe wizje tego, co mogłoby się wydarzyć, gdyby skumulowane możliwości przetwarzania danych chmury przerosły możliwości naszych mózgów w tym zakresie (uwaga: to nie jest temat dla ludzi o słabych nerwach!). Na własnej skórze poczułem drobny tego przedsmak podczas długiej podróży samochodem 1 lutego 2015 roku. Słuchałem radia Deutschlandfunk oraz wiadomości nadawanych przez inne stacje. To był zupełnie zwyczajny dzień, jednak według wieści płynących z mojego radia życie przypominało jeden wielki cyfrowy koszmar: informacje dotyczyły m.in. tego, że kanadyjski wywiad CSIS [Canadian Security Intelligence Service – przyp. red.] cyfrowo inwigiluje swoich obywateli w jeszcze większym stopniu, niż robi to amerykańska agencja NSA [National Security Agency; Amerykańska Agencja Wywiadowcza – przyp. red.]. Chodziło też o to, że Facebook zmienia swoje warunki biznesowe, by móc dostarczać niemieckim obywatelom jeszcze bardziej celowaną i personalizowaną reklamę. Program puszczany przez stację Deutschlandfunk pt. Cyfrowe objęcie: internet jako wola i wyobrażenie nie był wcale filozoficznym spojrzeniem na Sieć z perspektywy Schopenhauera, lecz przerażającym scenariuszem „zepsutej”, „nieudanej” „nieuniknionej” i „kontrolującej” nas sieci danych. Magazyn konsumentów w programie B5 Aktuell (stacja radiowa należąca do Beyerischer Rundfunk) zawierał materiał na temat „wątpliwości wokół elektronicznej karty zdrowia” (która całe 9 lat po zaplanowanym wdrożeniu w 2006 roku nadal nie działa), a także informację o „cotygodniowym gniewie konsumenta: zhakowani w imieniu Microsoft” (gdzie ostrzegano przed indyjskimi oszustami). W nadawanym chwilę później w B5 Aktuell magazynie komputerowym była mowa m.in. o tym, „jak gwiazdy radzą sobie z hakerami”, „jak bardzo rozpraszają nas smartfony podczas prowadzenia samochodu”, i jeszcze raz pojawiły się obszerne doniesienia o ogólnoświatowym cyberszpiegostwie. POMOCY! Takie wołanie rozbrzmiewało w mojej głowie pod koniec podróży.

Zmiany w zakresie publicznego odbioru książki pt. Cyfrowa demencja zrekonstruowane na podstawie recenzji klientów sklepu Amazon. O ile kilka dni po jej ukazaniu się (37 recenzji zebranych do 6 sierpnia 2012; kolor czarny) komentarze zdecydowanie negatywne (jedna gwiazdka: 9 ocen) i bardzo pozytywne (5 gwiazdek: 14 ocen) rozkładały się dość równomiernie, to informacje zebrane niecałe 3 lata później (157 recenzji napisanych do 10 lipca 2015; kolor szary) pokazują zgoła odmienny obraz. Liczba recenzji przychylnych rosła w porównaniu z negatywnymi dużo silniej, przekraczając 80%.

Poruszone wyżej tematy nie wchodzą jednak w treść tej książki; tu wyjaśniam, co w świetle naukowych doniesień wiemy dziś o chorobotwórczych skutkach cyfrowego życia. Różnorodność, szczegółowość i zakres dostępnej wiedzy, z którą zetknąłem się podczas prac nad tą publikacją, również był dla mnie więcej niż zaskoczeniem, ponieważ nauka ze swej natury nie jest przedsięwzięciem charakteryzującym się szybkością. Tymczasem dane dotyczące patologii wynikających z cyfryzacji naszego życia w roku 2015 kreślą obraz o wiele wyraźniejszy niż 3 lata wstecz. Dlatego podjęcie działań jest jeszcze pilniejsze – i z tego powodu ta książka w zakresie poruszanej tematyki i wiedzy naukowej, którą dysponujemy, znacząco wykracza poza treści przedstawione w Cyfrowej demencji.

Nie chodzi mi wcale o wrogość wobec technologii, ale o niepożądane działania uboczne – jak w farmakologii. Tam także mamy nie tylko działania korzystne i pożądane, ale też skutki uboczne. W farmakologii od dawna wiadomo również, że owe działania uboczne mogą być odmienne w zależności od wieku. Czy ktoś zażyłby bez refleksji nieprzebadany medykament? Albo – jeszcze gorzej – po tym, jak już poznano jego wyraźne działania niepożądane u ludzi młodych, zaaplikowałby go swoim dzieciom? I do kogo należy się zwrócić w razie wątpliwości – do przedstawicieli branży farmaceutycznej czy może jednak do pediatry?

W przedmowie do najnowszej analizy korzystania z mediów przez dzieci w wieku od trzech do ośmiu lat czytamy: „Na początek najważniejsze odkrycie: pytanie »czy« jest w praktyce już nieaktualne i oderwane od rzeczywistości. Dzieci poruszają się samodzielnie w cyfrowym świecie. Aż 1,2 miliona dzieci w wieku od trzech do ośmiu lat jest regularnie online. Dzieci, które nie potrafią jeszcze pisać i czytać, rozpoznają symbole umożliwiające im korzystanie z internetowych ofert”7. W tej książce sprzeciwiam się takiemu podejściu: „oderwany od rzeczywistości” jest ten, kto zamyka oczy na negatywne konsekwencje zdrowotne tego zjawiska. Dzieci nie są w sieci „samodzielne”, a już na pewno nie wtedy, kiedy nie potrafią czytać i pisać oraz nie wykształciły jeszcze umiejętności krytycznego myślenia. Tak samo zresztą w wątpliwość należy podać samodzielność dorosłych poruszających się po internecie. A to, że mimo wszystko dzieci potrafią „korzystać z internetowych ofert”, jest niestety prawdą, o czym przekonują się rodzice stający przed koniecznością płacenia za internetową działalność swoich pociech.

Musimy dbać o wykształcenie młodych ludzi – najważniejszy fundament nie tylko naszej gospodarki, ale i całego społeczeństwa. To samo dotyczy ich zdrowia. Jeżeli pozostawimy to kilku bardzo bogatym firmom, dla których zyski są ważniejsze od dobrostanu kolejnego pokolenia, dopuszczamy się grzechu wobec naszych potomków. W innych obszarach już to robimy, zostawiając im planetę, która kiedyś była rajem, obecnie zaś stała się składowiskiem śmieci. Nie wiem, co jest gorsze: śmieci w krajobrazie czy w głowie, wiem jednak, że niezależnie od umiejscowienia śmieci mocno ograniczają szanse na wykształcenie, autonomię, wolność, zdrowie i szczęście. Nie możemy pozostawić ani umysłów, ani zdrowia naszych dzieci w szponach rynku!

Ulm, lipiec 2015

Manfred Spitzer

Wprowadzenie

Mniej więcej 12 000 lat temu ludzie zaczęli żyć w sposób cywilizowany, dlatego dziś zamiast słońca budzi nas budzik. Idziemy do łazienki, w której myjemy się ciepłą wodą, jemy śniadanie w przyjemnych klimatyzowanych pomieszczeniach, a żywność na naszym talerzu wyprodukowano i przygotowano w odległych miejscach. Pomyślmy choćby o drodze i etapach produkcji, przez jakie od pola i krowy musi przejść leżąca na naszym stole bułka z masłem. Następnie pociągiem, autobusem albo samochodem jedziemy „do pracy”, jak określamy wyspecjalizowane i często niebywale stechnicyzowane miejsca produkcji oraz dystrybucji produktów i usług. Po powrocie z pracy spędzamy wieczór w domu – nierzadko samotnie1 – i pozwalamy, by w czasie wolnym, jaki mamy do dyspozycji, zabawiali nas na różne sposoby aktorzy, a więc obcy ludzie, których zachowanie z założenia zostaje wymyślone, z wysiłkiem utrwalone i rozpowszechnione za pośrednictwem mediów. Często się nam wydaje, że znamy tych ludzi lepiej niż naszych najbliższych sąsiadów. Już nie siedzimy z naszą grupą przy ognisku w jaskini.

Cywilizacja i choroba

Nasze życie jest wygodne, to oczywiste. O wiele trudniej dostrzec skutki uboczne – od lęku i braku ruchu, przez samotność i wyobcowanie aż po choroby cywilizacyjne. Dzieje się tak dlatego, że negatywne konsekwencje nie pojawiają się natychmiast, ale rozwijają długo, a nawet bardzo długo. Tymczasem ludzie o wiele bardziej cenią wróbla w garści niż gołąbka na dachu, w związku z czym pytanie, czy zjeść teraz lody waniliowe, czy żyć jeden dzień dłużej, niemal wszyscy rozstrzygamy na korzyść lodów. Istnieje specjalistyczny termin określający to zjawisko: dyskontowanie przyszłości – pomniejszamy wartość przyszłych zdarzeń, a najważniejsza jest teraźniejszość. Obecne udogodnienia przeważają większe korzyści, które moglibyśmy osiągnąć w przyszłości, rezygnując z małej przyjemności tu i teraz.

Tak było zawsze, co widać na przykładzie pierwszych chorób cywilizacyjnych sprzed 10 000 lat (więcej na ten temat w rozdziale 1). Dziś także mamy do czynienia z chorobami cywilizacyjnymi, można powiedzieć – znowu. Chorobami zupełnie nowymi i przede wszystkim całkowicie nas zaskakującymi. Cyfrowa technologia informacyjna – silniej niż jakakolwiek innowacja kiedykolwiek wcześniej – kształtuje nasze życie. Budzi nas już nie budzik, tylko smartfon (patrz rozdział 2), z którego pomocą rozsyłamy też wiadomości tekstowe i robimy mnóstwo innych rzeczy: umawiamy się, znajdujemy dzięki wyszukiwarkom odpowiedzi na pytania, czytamy wiadomości, oglądamy telewizję, orientujemy się w obcym mieście, dostajemy reklamy, wysyłamy zdjęcia dotyczące naszych przeżyć i przyjaciół, słuchamy muzyki, robimy notatki i zarządzamy naszym terminarzem. Niebawem smartfon będzie kontrolował ogrzewanie naszego domu – włączał je, nim nas obudzi, wyłączał, gdy dostrzeże, że opuszczamy miejsce zamieszkania; będzie dla nas włączał ekspres do kawy i zamawiał zakupy spożywcze, kiedy w lodówce zabraknie czegoś na imprezę, o której będzie wiedział dzięki kalendarzowi, który w nim prowadzimy. Dzień przed przyjęciem ustali liczbę przyjaciół, którzy e-mailem lub SMS-em potwierdzili przybycie, i zadba o potrzebne ilości jedzenia i napojów. Kraina pieczonych gołąbków wpadających wprost do ust jawi się przy tym niczym miejsce, które oferuje nam nędzne atrakcje i wymaga mozołu, nie mówiąc już o nieakceptowalnym zacofaniu.

Za pomocą komputerów ze znacząco większymi ekranami załatwiamy sporą część pracy niezależnie od tego, czy jesteśmy mechanikiem samochodowym, finansistą czy chirurgiem. Największe ekrany zostawiamy sobie jednak na wieczorną rozrywkę – olbrzymie telewizory HDTV z okularami 3D i pięciokanałowym dźwiękiem stereo przenoszą nas w inne światy. Każdego indywidualnie. Równocześnie, żeby zwalczyć wkradające się poczucie osamotnienia, buszujemy po takich serwisach, jak Facebook, WhatsApp, Instagram czy Twitter i oglądamy, co porabiają inni. Niestety ogarnia nas wtedy nierzadko nieprzyjemne uczucie, że znaleźliśmy się akurat w miejscu, w którym niewiele się dzieje (więcej o tym w rozdziale 6). Jak radzić sobie z niezadowoleniem, pustką i samotnością, które niepostrzeżenie nas dopadają i się rozpychają, czyniąc nasze życie nudnym i szarym (a o tym opowiem w rozdziale 12), zwłaszcza w porównaniu z kolorami obecnymi w życiu innych ludzi, widocznymi na otaczających nas ekranach?

Gdy nie mamy do dyspozycji nowoczesnej technologii, czujemy się jak leżący na grzbiecie bezradny żuk wymachujący nadaremno odnóżami. Zapodziana gdzieś, zgubiona albo nawet skradziona komórka przyprawia nas o palpitacje, wywołuje strach i stres. „Prędzej odetnę sobie rękę, niż zrezygnuję z mojej komórki” – takie deklaracje najgłębszego przywiązania do nowych technologii składają nieustannie przede wszystkim młodzi ludzie. Ponad trzy czwarte z nich przyznaje: „Gdy akurat nic się nie dzieję, biorę do ręki telefon”2. Wszystko to są znane objawy uzależnienia (o tym w rozdziale 3), którego rozpowszechnienie w kilku krajach tego świata osiągnęło już niepokojące rozmiary. Co można z tym zrobić?

Sądzimy, że zarówno dobre samopoczucie, jak i cierpienia nas wszystkich zależą bezpośrednio od opanowania nowych technologii. A ten, kto nie chce się w to włączyć, zostaje wykluczony lub przynajmniej tak się czuje. W każdym razie wysyłane są do niego odpowiednie sygnały. Nieco starsi pośród nas, którzy przyszli na świat jeszcze przed erą cyfrową, nierzadko mają problemy z poruszaniem się po internecie, właściwą obsługą komputera, smartfona itd. Z tego powodu wszyscy uważają, że należy młodym ułatwiać życie, i dlatego wprowadzać ich w świat nowoczesnych technologii możliwie jak najwcześniej. Uznaje się więc, że tablety w przedszkolu, smartfony i konsole do gier w szkole oraz laptopy najpóźniej w 5 klasie sprzyjają właściwemu rozwojowi dzieci. To zrozumiałe. A jednak przy okazji nie zauważamy, że dzieci i młodzież wyjątkowo łatwo wpadają w uzależnienie. Dorośli, których mózgi osiągnęły już dojrzałość, są w stanie oprzeć się substancjom czy zachowaniom prowadzącym do uzależnień. Dzieci takiej zdolności nie mają. One „wciągają się” w cyfrowe technologie.

Dorzućmy brak ruchu, zubożenie sensoryczne, nabyte problemy z koncentracją uwagi, brak treningu celowych, przemyślanych działań, zaburzenia rozwoju mowy i słabsze wykształcenie – to wszystko udowodnione skutki cyfrowej technologii informacyjnej u dzieci i młodzieży (temat poruszam w rozdziałach 8 i 9). Poza tym cyfrowe media na wiele sposobów zaburzają sen (rozdział 10) i życie seksualne (rozdział 11), konkretne mechanizmy takiego działania są już częściowo znane albo właśnie badane. Dziś możemy jednak stwierdzić, że wraz z rosnącą cyfryzacją naszego życia intensywnie szerzą się niezadowolenie, depresja i osamotnienie (rozdział 12).

Cyber-

W książce używam przedrostka „cyber-” [za Słownikiem języka polskiego PWN (dostęp 14.03.2016): cyber- pierwszy człon wyrazów złożonych wskazujący na ich związek z informatyką, a zwłaszcza z Internetem] jako określenia przyczyny wszystkich tych głębokich zmian naszego prywatnego i zawodowego życia. Słowo pochodzi z języka greckiego i określa umiejętność nawigowania, kompetencje sternika. Pojawiło się ono w tytule książki amerykańskiego matematyka Norberta Wienera [Cybernetyka; cybernetics or control and communication in the animal and the machine, New York 1948; wyd. pol. Cybernetyka, czyli sterowanie i komunikacja w zwierzęciu i maszynie. PWN, Warszawa 1971 – przyp. red.] jako określenie nauki o procesach kierowania, kontroli i komunikacji. Wraz z nastaniem współczesnej cyfrowej technologii informacyjnej słowo „cyber” według słownika Dudena [słownik języka niemieckiego wydany przez Konrada Dudena. Początkowo był to głównie słownik ortograficzny, z czasem nazwę tę przejęły też inne typy niemieckich słowników – przyp. red.] odnosi się do „stworzonego dzięki komputerom wirtualnego świata”. Nie chodzi tu o pojedyncze składniki hard- czy software’u, ale o cały system, ze wszystkimi powiązaniami, które zapewnia internet. Dopiero dzięki temu nasze komputery stają się wyjątkowo wydajne, przede wszystkim w zakresie dostępu do informacji. I dopiero dzięki temu wirtualna rzeczywistość całkiem realnie oddziałuje na nasze doznania, myślenie i przede wszystkim relacje społeczne.

Stosowanie przedrostka „cyber-” na określanie różnych patologii nie jest niczym nowym, mamy wszak: cyberchondrię, cybermobbing, cyberprzestępczość, cyberataki czy cyberdżihad. Ale dlaczego media informacyjne czy wręcz same informacje miałyby nas wpędzać w chorobę? Przede wszystkim dlatego, że ludzie nie są komputerami i nie „pobierają” informacji, ale poznają i analizują zagadnienia. To zaś jest możliwe wyłącznie dzięki wiedzy wstępnej, którą musimy mieć już przed jakimkolwiek korzystaniem z nowych mediów (o tym w rozdziale 7). Poza tym do psychicznych i społecznych konsekwencji cyfrowej technologii informacyjnej zaliczamy lęk, deficyty uwagi, stres, bezsenność, brak ruchu, problemy w relacjach, rozwody, depresję i osamotnienie. Odnośnie do wszystkich tych zjawisk dysponujemy wynikami badań z ostatnich trzech lat, które zaprezentuję w kolejnych rozdziałach.

Cyberlobby wywołuje cyberstres

Jak dochodzi do wymienionych negatywnych skutków? I dlaczego nic z tym nie robimy? Jak się okazuje, oba pytania są ściśle powiązane. Oto przykład: ilekroć w ciągu ostatnich kilku lat rozmawiałem z rodzicami na temat ich dzieci i tego, jak intensywnie korzystają one z cyfrowych mediów, w trakcie rozmowy padała taka oto uwaga: „Dzisiaj to już tak jest. Oczywiście to straszne, ale nie da się z tym nic zrobić”. Takie zdania w mniejszym stopniu oddają stan rzeczy, w zdecydowanie większym zaś wyrażają całkowitą rezygnację i bezradność. Bardzo wiele osób opisuje swoje subiektywne doświadczenia z cyfrową technologią informacyjną w taki sposób, jakby były wobec niej całkowicie bezbronne – jakby komputery, konsole, tablety i smartfony jak grad spadały na nas z nieba, a wszystko, co możemy zrobić, to jedynie przyglądać się takiemu fatalnemu zrządzeniu losu.

W rozdziale 5 szczegółowo przedstawię, że takim doświadczeniom często towarzyszą uogólniony lęk i stres. Jednocześnie bardzo skuteczne i pracujące w ukryciu lobby dba o to, aby codziennie, za pośrednictwem mediów, bombardowały nas komunikaty o tym, jak ważne i przydatne są media cyfrowe we wszystkich sferach życia:

• Samotny? – Dlaczego nie ma cię na Facebooku?

• Singiel? – Dlaczego nie korzystasz z serwisów randkowych?

• Problemy w szkole? – Brakuje ci właściwej aplikacji do nauki!

• Za gruby? – Jeszcze nie masz aplikacji z dietą?

• Brakuje ci czasu? – Nie masz kalendarza w chmurze?

• Chory? – Watson3 pomoże przy diagnozie i terapii!

• Głodny? – Od fastfoodu po wyszukane przepisy – wszystko online!

• Brakuje ci pieniędzy? – Kredyty online są szybsze niż jakikolwiek normalny bank!

• Nie masz na nic ochoty? – Przecież są aplikacje motywujące!

• Nie masz już ochoty i czasu dla swojego smartfona? – Może skorzystasz z aplikacji, by się wyłączyć?

Można odnieść wrażenie, że życie w zasadzie toczy się już tylko online, ponieważ każdej – naprawdę każdej! – naszej aktywności w sposób niemal oczywisty towarzyszy cyfrowa technologia informacyjna. Nawet do świadomego wyłączenia się potrzebujemy dziś aplikacji. Codziennie obserwujemy, jak bardzo akurat to się nie sprawdza: na każdym kroku ludzie zajmują się swoimi smartfonami, tabletami czy laptopami. Nieustannie są połączeni z wirtualnym światem, w kontakcie z wieloma innymi użytkownikami sieci, którzy są właśnie online, z dostępem do błyskawicznie zmieniającego się zbioru informacji. Przemysł, który umożliwia nam nowe cyfrowe życie, jest najbogatszym przemysłem na świecie. Dlatego to lobby ma środki na zadbanie o to, byśmy codziennie wszędzie słyszeli, widzieli i czytali, jak dobre… nie, jak megasuperzajefajne jest wszystko to, co się nam proponuje.

Przeładowanie czy dyktat większości?

Jak mawiają Amerykanie, trawa zawsze jest zieleńsza po drugiej stronie ogrodzenia. Gdzieś tam zawsze jest ciekawiej niż u nas. Dlatego wiele osób ma nieustanne poczucie, że coś je omija. A przecież ludzie, zwłaszcza młodzi, śpią już wyraźnie mniej, niż potrzebują (ten trend zarysował się już 10 lat temu, a więc przed wynalezieniem smartfonów). Przez to są często przewlekle zmęczeni (i w dłuższej perspektywie zapadają na różne choroby), ponieważ cały czas mają poczucie, że już nie nadążają, a w efekcie się poddają.

Rozpowszechnione określenie tego stanu – przeładowanie informacyjne – jest podstępne, jako że uniemożliwia nam wgląd w to, co rzeczywiście się dzieje. Nie można bowiem doprowadzić do faktycznego przeładowania informacyjnego mózgu, ponieważ mózg sam z siebie o wiele wcześniej zamyka dostęp! Możemy jednak mieć nieprzerwane uczucie osobistej niezdolności i niemocy przy każdym spojrzeniu na smartfon w dłoni, monitor w pracy czy gigantyczny ekran telewizora w domu: nasi znajomi balują, konkurencja dawno po fajrancie wciąż pracuje nad rozwiązaniem problemu, a na 500 pozostałych kanałach kablówki leci zapewne lepszy film. Próbujemy gonić, boleśnie sobie w tym samym czasie uświadamiając, że nie mamy w tym starciu najmniejszych szans.

Przy każdym użyciu współczesnej technologii informacyjnej ponadto pozostawiamy po sobie cyfrowy ślad, który może być przez innych śledzony, zapamiętywany i analizowany. O ile nie wiedzieliśmy tego już wcześniej – od czasu zeznań byłego pracownika amerykańskiej agencji wywiadowczej National Security Agency (NSA) Edwarda Snowdena mamy pewność, że tak właśnie się dzieje. Wszędzie. Teraz. I dotyczy nas wszystkich.

Czujni rodzice wiedzą aż za dobrze, jak bardzo cyfrowe życie szkodzi ich dzieciom, jak kradnie czas, którego brakuje na inne czynności wspierające rozwój (np. zabawę, sport, muzykowanie, malowanie, majsterkowanie, szaleństwa na podwórku, włażenie na drzewa itp.). Kiedy rozmawia się z rodzicami, często w którymś momencie pada zrezygnowana wypowiedź: „Przecież wszystkie inne dzieci z tego korzystają, moje dziecko nie może być outsiderem”. Gdyby rodzice wiedzieli, że korzystanie z urządzeń cyfrowych w czasie wolnym – jak jednoznacznie pokazują stosowne badania – prowadzi właśnie do izolacji dzieci i młodzieży, zapewne postępowaliby inaczej. W końcu wszyscy rodzice chcą zawsze dla swoich dzieci tego, co najlepsze. Poddanie się naciskom większości prowadzi zatem do tego, że rodzice swoim dzieciom szkodzą – mając tego świadomość oraz wynikające z tego wyrzuty sumienia!

Dyktat większości tak naprawdę nie istnieje. Rzeczywiście rodzice codziennie widzą, w jakim zakresie cyfrowe media szkodzą ich pociechom. Pozornie wszechwładne lobby dba o to, by nam codziennie przypominano, że gry komputerowe czynią nas mądrzejszymi, że każdy uczeń i student musi mieć dostęp do komputera oraz internetu, że publiczne placówki edukacyjne muszą mieć WLAN, a cyfrowe życie ogólnie zapewni nam przyszłość różową i pozbawioną wszelkich zmartwień. Złe języki podszeptują, że politycy tylko dlatego tak chętnie się w to włączają, ponieważ bezkrytycznym i głupim obywatelem zdecydowanie łatwiej się rządzi. Nie jestem zwolennikiem teorii spiskowych4. Jako psychiatra znam się na tym i z doświadczenia mogę powiedzieć, że niemal zawsze, gdy w grze pojawia się wroga siła, ostatecznie okazuje się, że chodzi o głupotę i brak pojęcia – z dolewką egoizmu i przestępczej energii.

Dostrzeganie, zapobieganie i terapia

Cyfrowa technologia informacyjna może – pośrednio lub bezpośrednio – wywoływać nowe choroby albo zwiększać występowanie już znanych. W pierwszej kolejności potrzebujemy wyjaśniania i uświadamiania: co wiemy? Co jest prawdą? Co jest propagandą i lobbowaniem najbogatszych firm świata, a co kłamstwami opłacanych przez nie ludzi? Sama wiedza to jednak za mało, by skutecznie działać. Zwłaszcza wtedy, gdy na scenę wkracza uzależnienie. Dlatego rodzice, wychowawcy i nauczyciele muszą nie tylko dostrzec puste hasła reklamowe, ale też choroby, które pojawiają się w związku z nadmiernym korzystaniem z cyfrowych mediów. I musimy wiedzieć, w jaki sposób im zapobiegać, zanim dziecko wpadnie w tarapaty, i jak wygląda terapia, gdy już się to stanie. O tym właśnie jest ta książka.

Niemoc ludzi w obliczu maszyn chyba nigdzie nie jest aż tak jaskrawa jak w historii o naukowcach, którzy stworzyli inteligentny komputer. Pierwsze pytanie, które mu zadali, brzmiało: „Czy istnieje bóg?”. Na co komputer odpowiedział: „Tak, teraz już istnieje”. Po czym z nieba spadł grom, niszcząc przycisk wyłączenia maszyny.

1. Choroby cywilizacyjne

Coś takiego jak choroby cywilizacyjne w ogóle nie powinno istnieć, wszak cywilizacja oznacza dobrobyt, a ten idzie w parze z lepszymi warunkami bytowymi. Gwarancja zaopatrzenia w pożywienie, ubrania, ciepło i bezpieczeństwo, do tego czysta woda z kranu oraz systemy odprowadzania ścieków i wywożenia śmieci wraz z opieką medyczną są częścią naszej cywilizacji. Sprawiły, że nasze życie stało się lepsze i znacząco dłuższe.

Mimo wszystkich tych wspaniałości mamy dziś do czynienia z chorobami, które nie występowały w czasach poprzedzających cywilizację. Nie bez powodu mówi się o nich „choroby z dobrobytu”. Przyczyny i skutki niektórych dobrze już poznano i dlatego wiadomo również, jak można stawić im czoła. A jednak przekraczając próg supermarketu i stając przed półkami, raczej nie myślimy o tym, że oferowane produkty żywnościowe mogą powodować choroby. Dlaczego tak jest i jak do tego doszło?

Cywilizacja łączy się z technicznym i naukowym postępem. Dziś postęp kojarzy nam się przede wszystkim z internetem albo podbojem kosmosu, a patrząc wstecz, na myśl przychodzą: rewolucja przemysłowa, oświecenie, drukowanie książek czy żegluga morska – i wszystkie ich konsekwencje dla powstania, trwania i organizacji dużych społeczności pracujących, bez których cywilizacja w ogóle nie jest możliwa. Niewiele osób, myśląc o cywilizacji, wspomni natomiast tych kilka jednostek, które w zamierzchłych czasach, zapewne w kilku miejscach świata jednocześnie, wpadły na pomysł, żeby nie tylko zbierać pożywienie, ale je samemu wytwarzać.

Od myśliwych i zbieraczy do rolników

Jeszcze 10 000–15 000 lat temu ludzie żyli dość zdrowo. Analizy genetyczne wskazują, że było ich zaledwie kilka tysięcy. Wynika to albo z dłuższego okresu ochłodzenia sprzed 100 000 lat, albo ze skutków wybuchu wulkanu na Sumatrze 75 000 lat temu. Globalna katastrofa zmiotła z powierzchni Ziemi niemal całą ludzką populację.

Przed 10 000 lat liczba ludności zamieszkującej glob ziemski wynosiła jedynie 5–10 milionów. Potem, gdy ludzie „podporządkowali sobie Ziemię”, zaczęła gwałtowanie wzrastać. Ludzie nie ograniczali się już do polowań i zbieractwa – gdzie wiele zależało od szczęścia – ale kontrolowali rodzaj i ilość tego, co było wytwarzane i zjadane, uprawiając ziemię i hodując bydło. W rezultacie liczba ludności zaczęła gwałtownie rosnąć, z czym ściśle wiązało się zagęszczenie populacji. Pojawiły się społeczności, w których dzielono się pracą i osiągano dzięki temu wyjątkową wydajność gospodarczą.

W czasach narodzin Chrystusa liczba ludzi zamieszkujących Ziemię wynosiła już 300 milionów, przez kolejne 1000 lat nie podlegała większym zmianom, a do XVI wieku osiągnęła około 500 milionów. W ciągu kolejnych 300 lat populacja podwoiła się, sięgając miliarda, by w ciągu następnych 200 lat, do 1999 roku, dojść do 6 miliardów (patrz ryc. 1.1). W roku 2011 było nas już 7 miliardów, na rok 2015 zakładamy osiągnięcie 7,3 miliarda ludzi1.

Zmiana stylu życia, jaką przeszliśmy od wędrownych łowców i zbieraczy do pozostających w jednym miejscu rolników, i powiązana z tym zmiana diety doprowadziły do wprawdzie niepostrzegalnego dla każdego z osobna, a jednak dramatycznego przyrostu chorób2. Badania kości z wykopalisk z całego świata jednoznacznie pokazują, że wraz z osiedleniem się staliśmy się znacząco niżsi (patrz ryc. 1.2). Zwłaszcza kości długie ludzi żyjących 10 000–8000 lat temu są wyraźnie krótsze niż te ze starszych znalezisk i widać na nich więcej oznak niedoborów pokarmowych. Wiek wydobywanych szkieletów pokazuje również, że oczekiwana długość życia w okresie przejściowym z łowców i zbieraczy w rolników początkowo uległa skróceniu.

Ryc. 1.1. Przyrost liczby ludności zamieszkującej Ziemię na przestrzeni dziejów.

Ludzkie zęby również mogą przetrwać tysiące lat3. Podobnie jak analizy kości także badania czaszek i zębów znalezionych w wykopaliskach pokazują nieciekawy obraz przejścia od trybu łowców i zbieraczy do osiadłego życia. Pierwsi z wymienionych w chwili śmierci mieli dobrze zachowane uzębienie, podczas gdy rolnicy byli niemal bezzębni. Na przykład w Egipcie wykazano wyraźny związek między rosnącą długością ciała a dobrobytem społeczeństwa przy jednoczesnym nasilaniu się próchnicy. Zepsute zęby były konsekwencją jedzenia, ponieważ zamiast owoców, warzyw i okazjonalnie ryb i mięsa ludzie odżywiali się przede wszystkim chlebem, a więc zbożami.

Ryc. 1.2. Wzrost kobiet i mężczyzn w ciągu minionych 30 000 lat4.

Wraz z osiadłym trybem życia człowieka w większych społecznościach pojawiły się również nowe choroby, wywoływane zmieniającą się i stosunkowo jednostronną dietą oraz wynikającymi z niej niedoborami witamin, białka czy też określonych niezbędnych aminokwasów, wapnia oraz niektórych podstawowych tłuszczów. Wprawdzie życie pod kątem planowania i przewidywania stało się teraz łatwiejsze, jednak za cenę gorszego zdrowia jednostek. Człowiek tę cenę płacił, ponieważ wcale nie dostrzegał zmian. A to się po prostu działo – powoli i w związku z tym niezauważalnie.

Historia ludzkości odnotowuje liczne inne choroby, które można sprowadzić do zmienionych warunków życia. Rzymianie zapewnili mieszkańcom zaopatrzenie w wodę dzięki budowie olbrzymich rurociągów. W niektórych woda przepływała też przez rury wykonane z ołowiu, tak więc wielu Rzymian cierpiało na przewlekłe zatrucie ołowiem. Wraz z upowszechnieniem się malowania ścian w domach na biało trujące właściwości ołowiu ponownie stały się problemem, ponieważ okazało się, że wcale nie potrzeba go dużo, by trwale uszkodzić rozwój mózgu dziecka5. Im wyższe stężenie ołowiu we krwi dziecka, tym niższy poziom jego inteligencji. Gdy poznano już trujące właściwości ołowiu, zakazano stosowania go w farbach. Wtedy nikt nie pytał, czy nie dałoby się jednak zostawić w pokoju dziecięcym choć pół białej ściany, skoro tak ładnie wygląda. W latach 70. ubiegłego wieku z tych samych powodów w ogromnej mierze wyeliminowano związki ołowiu z benzyny.

Azbest uchodził przez długi czas za cudowny materiał budowlany, ponieważ jego mikroskopijnie małe kryształki zapobiegały rozprzestrzenianiu się ognia. Dopiero później zauważono, że te same kryształki mogą powodować śmiertelne choroby płuc. Domy i wieżowce z azbestu zostały więc wyburzone. Nikt wtedy nie mówił: dom już stoi, nic się nie da zrobić.

Kiedy odkryto promieniowanie rentgenowskie, podczas przyjęć prześwietlano się dla zabawy. Potrzebowaliśmy około połowy wieku, by jednoznacznie stwierdzić, że promienie te działają rakotwórczo, a potem kolejne 3 dekady zajęło nam usuwanie ostatnich sprzętów do prześwietlania stóp na stoiskach z dziecięcymi (!) butami.

Nie inaczej sprawy się miały z papierosami, których udział w powstawaniu raka płuc znany był już w latach 50. Do momentu, w którym wiedza ta przedarła się do opinii publicznej i kiedy wreszcie zaczęto coś w tej sprawie robić (zakaz reklam, zakazy palenia), minęło jeszcze 50 lat. Wynika to w niemałej mierze z faktu, że papierosy uzależniają oraz istnieje cały przemysł, który na używaniu tytoniu zarabia duże pieniądze. Koncerny tytoniowe celowo rozprzestrzeniały błędne doniesienia, przekupując kilku naukowców, by publikowali uspokajające ekspertyzy6 – także w Niemczech, gdzie uwikłany w to był nawet szef federalnego urzędu zdrowia7. „Chociaż Niemcy wiodą na świecie prym w zakresie ochrony środowiska, przemysł tytoniowy w tym kraju doskonale potrafił blokować przekształcanie wiedzy o szkodliwości biernego palenia w skuteczne polityki zdrowotne. Koncerny wykorzystywały starannie zaplanowaną współpracę z naukowcami i decydentami, a także zmyślny program PR-owy – wszystko to zostało zainicjowane w latach 70. i od tamtej pory, po cichu, wciąż działa”8, można przeczytać w godnym polecenia dokumencie amerykańskiej agencji zdrowia.

Nadwaga

Dzisiaj w kontekście chorób cywilizacyjnych wymieniane są przede wszystkim choroby serca i naczyń, nadwaga, nadciśnienie tętnicze i cukrzyca (typu II), a także niektóre rodzaje nowotworów, jak rak płuc i jelita grubego. Uwarunkowane są one naszymi codziennymi nawykami żywieniowymi (za dużo nie tego, co jest potrzebne), brakiem ruchu i zagrażającymi zdrowiu skłonnościami (np. niedosypianiem czy paleniem papierosów). Jeżeli stosunek energii przyjmowanej (pożywienia) i zużywanej (ruch) przestaje się zgadzać, nasze ciało magazynuje różnicę w postaci tłuszczu.

Reprezentatywne wyniki berlińskiego Instytutu Roberta Kocha pokazują9, że 10 lat temu w Niemczech 15% dzieci i młodzieży (a więc 1,9 miliona osób) miało nadwagę, z czego 6,3% (800 000) było otyłych. Odsetek dzieci i młodzieży z nadwagą rośnie wraz z wiekiem (ryc. 1.3) i w ciągu 20 lat niemal się podwoił.

Grupa robocza z kliniki uniwersyteckiej w Ulm stwierdziła w ostatnich latach niewielki spadek nadwagi u dzieci rozpoczynających szkołę, przy czym należałoby tu mówić raczej o stabilizacji na, niestety, wysokim poziomie10. Nie stwierdza się różnic między płciami, natomiast występują one w zakresie warstwy społecznej i pochodzenia: dzieci i młodzież z rodzin z niskim statusem socjoekonomicznym szczególnie często są dotknięte nadwagą i otyłością, podobnie jak dzieci i młodzież z rodzin migrantów oraz dzieci matek z nadwagą lub otyłością. To samo zaobserwowano także w innych krajach, na przykład w Wielkiej Brytanii. Dysponujemy danymi z brytyjskiego badania obejmującego 13 287 dzieci i młodzieży11. Na rycinie 1.4 widać, że nadwaga i otyłość są w tych krajach jeszcze większym problemem niż w Niemczech.

Na całym świecie nadwagę lub otyłość stwierdza się u 155 milionów dzieci w wieku szkolnym. Już 5 lat temu specjaliści zajmujący się zdrowiem przepowiadali, że pokolenie dzisiejszych młodych ludzi będzie pierwszym, którego oczekiwana długość życia będzie niższa niż w pokoleniu ich rodziców12.

Wśród dorosłych Europejczyków nadwaga i otyłość najczęściej występują u Niemców13. Na świecie najwięcej osób z nadwagą i otyłością mieszka w Stanach Zjednoczonych, gdzie odsetek borykających się z tymi problemami, także wśród chłopców i dziewczynek, przekracza 30%. Odsetek otyłości wśród dorosłych Amerykanów również przekracza 30%. W dużym badaniu stanu zdrowia Amerykanów z 2012 roku zaobserwowano, że długość życia rzeczywiście zaczyna spadać – po raz pierwszy, odkąd w ogóle zaczęto zbierać takie dane. Trend ten rysuje się szczególnie wyraźnie w niższych warstwach społecznych białej ludności, gdzie oczekiwana długość życia kobiet w latach 1999–2008 spadła o 5 lat, a wśród mężczyzn o 3 lata14. Nowe badanie z Kanady z udziałem mniej więcej 4000 otyłych osób z BMI powyżej 35 pokazała skrócenie oczekiwanej długości życia nawet o 8 lat15.

Ryc. 1.3. Odsetek osób z nadwagą (kolor szary) i otyłością (kolor czarny) wśród dzieci i młodzieży w różnych grupach wiekowych w Niemczech: 9% dzieci w wieku 3–6 lat ma już nadwagę, tak jak 15% dzieci w wieku 7–10 lat i 17% dzieci w wieku 14–17 lat. Częstość otyłości w grupie 3–6 lat wynosi 2,9% i rośnie do 6,4% w grupie wiekowej 7–10 lat, aż do 8,5% w grupie dzieci w wieku 14–17 lat.

Ryc. 1.4. Odsetek osób z nadwagą (kolor szary) i otyłością (kolor czarny) wśród dzieci i młodzieży w różnych grupach wiekowych w Wielkiej Brytanii.

W czasach, w których pojawiały się klęski głodu, nadwaga zapewniała przeżycie! Człowiekowi cywilizowanemu zaś przynosi śmierć – zbyt wysoka masa ciała prowadzi do nadciśnienia tętniczego i podwyższonego poziomu cukru we krwi, a to na dłuższą metę skutkuje schorzeniami serca i naczyń krwionośnych. Zawały serca i udary mózgu należą do częstych konsekwencji nadwagi. Ludzie to wiedzą. Dlaczego więc nie zmieniają swojego zachowania i ryzykują utratą zdrowia, a nawet stanem grożącym przedwczesną śmiercią!?

Energia i nagroda

Zrozumienie tego tematu wymaga zaznajomienia się z układem nagrody w ludzkim mózgu (patrz ryc. 1.5). Układ ten przypisuje naszym doświadczeniom ocenę i tym samym nadaje im znaczenie16. Zderzające się ze sobą i wzajemnie przepychające cząstki materii i energii nie mają same w sobie znaczenia. Nabierają go dzięki naszym doświadczeniom. Zdarzenie w rozumieniu psychologicznym17 pojawia się tak naprawdę dopiero poprzez „znaczenie”, ponieważ właśnie wtedy zostaje wyłonione z całego ciągu przeżyć i zakodowane w pamięci jako wyrazisty, odrębny byt. Dzięki takim uwydatniającym ocenom (w naukowej literaturze anglojęzycznej pojawia się w tym kontekście słowo saliency oznaczające istotność, wydatność) powstają wspomnienia, które pomagają nam odnaleźć się w otaczającym świecie. Orientacja wymaga wiedzy na temat tego, czy coś jest dla nas dobre, czy złe. Nasz mózg, nieustannie zmieniający się pod wpływem pełnionych funkcji, tworzy zatem nie tylko ogólne reprezentacje („z ciemnych chmur pada deszcz”; „jabłka są smaczne”), ale również pojedyncze wydarzenia („wczoraj była silna burza”; „jabłka z trzeciej jabłoni za zakolem rzeki po prawej stronie są szczególnie smaczne”). I te stają się treściami pamięciowymi. Jak widać, w tym systemie uczenie się i przyjemność są ściśle ze sobą powiązane. Układ ten w literaturze fachowej, w zależności od perspektywy i zainteresowań, nazywany jest układem przyjemności, uzależnienia, motywacji albo nagrody18.

Ryc. 1.5. Schematyczne przedstawienie układu nagrody w ludzkim mózgu. Neuroprzekaźnikiem, za którego pośrednictwem ten układ działa, jest dopamina – przyspieszająca uczenie się w hipokampie, w korze przedczołowej zaś zwiększająca wydajność przetwarzania informacji (pamięci roboczej). Dodatkowo dopamina prowadzi w jądrze półleżącym do aktywacji neuronów uwalniających endorfiny w płatach czołowych, co idzie w parze z pozytywnymi emocjami.

Innymi słowy nasz mózg z jednej strony bezustannie dokonuje ogólnych szacunków w celu przewidywania, co się zaraz wydarzy. Ten proces uczenia się ogólnych prawidłowości otaczającego świata jest czymś innym niż uczenie się konkretnych zdarzeń, które dzięki nadaniu oceny są wyłaniane z całości naszych doświadczeń. Takie zdarzenia – podobnie jak ogólne zasady opanowywane dzięki doświadczeniom – są rezultatem bezustannej pracy mózgu, mają jednak inną strukturę logiczną i zostają wyodrębnione i opracowane w mózgu nieco inaczej (i w innych modułach).

Czy coś zostanie wyodrębnione i zapamiętane jako pojedyncze zdarzenie, zależy od „procesu nadawania oceny”, który z kolei można z grubsza rozumieć jako sumę właśnie doświadczanych emocji19. Nadawanie znaczenia jest więc funkcją mózgu. Tak jak w przypadku wszystkich właściwości cielesnych i umysłowych (wzrost, inteligencja), także w zakresie tej funkcji istnieją (genetyczne i środowiskowe) różnice, które prowadzą do tego, że ludzie bardziej lub mniej „podlegają wpływom zdarzeń” czy też są ich ciekawi. W psychiatrii mamy do czynienia nawet ze schorzeniami, które dotyczą tego systemu i neuroprzekaźnika, dzięki któremu on działa, a więc dopaminy, i w których wszystko ma albo za duże znaczenie, albo jest tego znaczenia pozbawione.

Wbrew temu, co mogłoby się wydawać niewprawnemu czytelnikowi podręcznika psychiatrii, funkcją układu nagrody nie jest bynajmniej wywoływanie chorób psychicznych (jak uzależnienia, schizofrenia czy depresja), dokładnie tak jak funkcją kości nie jest ich łamliwość. Do normalnych funkcji układu nagrody należy nadawanie znaczenia i ułatwianie zapamiętywania wszystkiego, co jest dla nas wyjątkowe20.

Szczególną rolę odgrywa tu jedzenie, ponieważ dostarcza ono koniecznej do życia energii. Dlatego (obok rozmnażania się) należy ono do najważniejszych naturalnych bodźców aktywujących układ nagrody. Przyjmowanie pokarmów jest aktem nastawionym na przyjemność, działa więc jak nagroda w eksperymentach z udziałem nie tylko zwierząt, ale również ludzi21. Siłę motywującego działania pożywienia na człowieka zna każdy, kto obietnicą lodów był w stanie nakłonić dzieci do bohaterskich czynów lub sam nieopatrznie wybrał się głodny do supermarketu.

Nie powinno zatem nikogo dziwić, że między patologicznymi zachowaniami żywieniowymi a konsumpcją substancji uzależniających istnieją wyraźne zbieżności. Z prowadzonych od lat badań nad mózgiem wiemy o istnieniu ścisłych zależności między zachowaniami żywieniowymi a uzależnieniami. Warto iść tym tropem, ponieważ jedynie dogłębne zrozumienie funkcji i mechanizmów uzależnienia daje szansę na skuteczne działania terapeutyczne.

Uzależnienie i jedzenie

Substancje uzależniające również aktywują układ nagrody i wywołują tym samym przyjemne doznania. Wykorzystują system odpowiedzialny za motywację i uczenie się dla jedynego celu: wytwarzania przyjemności – i niczego więcej. Ponieważ substancje z potencjałem uzależniającym są w stanie aktywować ten układ zdecydowanie silniej niż doświadczenia psychologiczne, przyjemne uczucia wywołane sztucznie przez te substancje mogą być silniejsze niż przyjemności doświadczane podczas jedzenia czy seksu (patrz ryc. 1.6). Dokładnie to sprawia, że uzależnienie staje się tym, czym jest: zachowaniem patologicznym, długofalowo niszczącym życie, które bardzo trudno zmienić.

Wyniki szeregu badań na zwierzętach i z udziałem ludzi22 już wykazały, że aktywacja układu nagrody podczas przyjmowania pokarmów zależy od czerpania przyjemności z jedzenia i u osób z nadwagą czy otyłością pobudzenie układu nagrody jest mniejsze. Dlatego muszą one jeść więcej, by doświadczyć przyjemności. Nie inaczej jest w przypadku uzależnień – układ nagrody reaguje słabiej, dlatego dotknięte uzależnieniem osoby sięgają po substancje, które silniej na niego oddziałują. Nadwaga i otyłość – biorąc pod uwagę wywołujący je mechanizm – przypominają więc uzależnienie.

Ryc. 1.6. Stopień psychologicznej (jasne kolumny) i farmakologicznej (ciemne kolumny) aktywacji układu nagrody w eksperymentach na zwierzętach. Wyniki mają charakter orientacyjny, ponieważ zależą od konkretnych warunków eksperymentalnych, zwłaszcza dawki substancji uzależniającej. Wyraźnie widać, na czym polega problem uzależnienia: substancje pobudzają układ silniej niż przeżycia, a zatem wpływ czynników psychologicznych na zachowanie relatywnie słabnie (za: Wrase, 2008 i Wise, 2006) [(THC, tetrahydrokannabinol – główna substancja psychoaktywna zawarta w konopiach – przyp. red.)].

Nowsze badania pokazują, jak jedzenie bogate w węglowodany i tłuszcze (np. sernik, kiełbaski, czekolada, frytki itp.) oddziałuje na układ nagrody i zachowania żywieniowe. Od dziesięcioleci wiadomo, że taka dieta w eksperymentach na zwierzętach (i na ludziach również) prowadzi do nadwagi i otyłości. W celu zmierzenia wpływu takiego jedzenia na układ nagrody szczurów umieszczono w tym układzie elektrody i pozwolono, by zwierzęta za pomocą przycisku same go stymulowały. Szybko przekonano się, że zwierzęta wciskają taki guzik do 2000 razy na godzinę23. Zmieniając natężenie bodźca elektrycznego, można określić próg, przy którym to zachowanie – wciskanie guzika – jeszcze się ujawnia (poniżej tego progu zwierzęta przestają wciskać przycisk). W ten sposób definiowana jest miara indywidualnej wrażliwości układu nagrody („próg nagrody” lub „próg odczuwania przyjemności”).

Uzależnienie od sernika, kiełbasek i czekolady

Po określeniu progu odczuwania przyjemności u młodych szczurów losowo przydzielono je do grup w taki sposób, by między grupami nie występowały różnice ani w masie ciała (300–350 g), ani w progu odczuwania przyjemności24. Następnie zwierzęta przez 40 dni karmiono albo normalnym pokarmem dla szczurów, albo pokarmem dla szczurów z dodaniem przez godzinę dziennie słodkiego i tłustego jedzenia z tzw. diety zachodniej bądź też wyłącznie dietą zachodnią (18–23 godz.). U wszystkich zwierząt podczas całego eksperymentu rejestrowano liczbę przyjmowanych kalorii, wagę i progi odczuwania przyjemności.

Jak się spodziewano, we wszystkich trzech grupach nastąpił przyrost masy ciała, ponieważ zwierzęta były jeszcze młode i znajdowały się w okresie wzrostu. Przyrost był jednak zróżnicowany w zależności od diety: największy wzrost (ok. 160 g) odnotowano w grupie szczurów karmionych wyłącznie żywnością z dużą zawartością węglowodanów, cukru i tłuszczu, mniejszy (ok. 100 g) stwierdzono w grupie mającej dostęp do produktów z diety zachodniej przez godzinę dziennie, a najmniejszy (ok. 80 g) w grupie karmionej pokarmem przeznaczonym dla szczurów (patrz ryc. 1.7)25.

Równolegle dochodziło do podwyższania progu odczuwania przyjemności, a więc do spadku wrażliwości układu nagrody na bodźce nagradzające, w tym także na pokarm (patrz ryc. 1.8).

Ryc. 1.7. Przyrost masy ciała w zależności od diety obserwowany w trzech grupach w trakcie czterdziestodniowego badania26.

Ryc. 1.8. Zmiana progów odczuwania przyjemności w zależności od diety, obserwowana w trzech grupach podczas czterdziestodniowego badania27.

Taki spadek wrażliwości układu nagrody na przyjemne bodźce znany jest również z eksperymentu przeprowadzonego na zwierzętach, w którym badano skutki stosowania narkotyków – kokainy i heroiny. Zmiana wrażliwości układu nagrody wywołana pokarmami trwa dłużej, ale też utrzymuje się dłużej niż ta wywołana substancjami uzależniającymi, jak kokaina, nikotyna czy alkohol.

Uzależnienie jest silniejsze od strachu

Jedną z najistotniejszych cech uzależnienia jest ta, że przyjmując substancję uzależniającą, świadomie zgadzamy się na jej negatywne skutki. Na przykład każdy palacz wie, że palenie nie sprzyja zdrowiu. Tę właściwość uzależnienia zgłębiano także w badaniach na zwierzętach. Szczury są uczone reagowania strachem na rozbłysk lampki poprzez np. równoczesny słaby, ale bolesny dla nich, wstrząs elektryczny. Zwierzęta uczą się w ten sposób kojarzenia światła i wstrząsu, więc po pewnym czasie reagują strachem już na samo światło.

Dlatego jeśli pożywienie zostanie położone pod lampą, zwierzęta go nie zjedzą, ponieważ strach będzie silniejszy od głodu. Ale jeżeli pod tą lampą położymy substancję, od której zwierzęta są uzależnione, zaobserwujemy, że chęć zdobycia substancji jest silniejsza niż strach przed lampą – uzależnienie wygrywa ze strachem!

W celu zbadania, czy opisane diety mają podobne działanie, ponownie przez 40 dni szczury były karmione w przedstawiony wcześniej sposób, nauczono je też strachu przed rozświetloną żarówką. Następnie wszystkie zwierzęta otrzymały dostęp do produktów diety zachodniej, które jednak umieszczono bardzo blisko lampy. Te szczury, które przez 40 dni jadły tylko pokarm dla szczurów, nie podchodziły do pożywienia – strach brał górę. Podobnie zachowywały się zwierzęta, które miały dostęp do diety zachodniej przez godzinę dziennie. Szczury karmione wyłącznie dietą zachodnią próbowały dostać się do sernika, kiełbasek i czekolady mimo złych doświadczeń z lampą znajdującą się tuż obok. Można zatem, nieco antropomorfizując, stwierdzić, że negatywne skutki uzależnienia były im obojętne. Koniecznie chciały zdobyć i zjeść znane produkty bez względu na towarzyszące temu straty. Zwierzęta były od tego pożywienia uzależnione.

„Podobnie jak w wypadku substancji uzależniających nieograniczony dostęp do produktów diety zachodniej prowadził do przymusowego poszukiwania nagrody, a zachowanie nie było tłumione nawet wyraźną zapowiedzią kary” – napisali autorzy komentarza do powyższego eksperymentu28.

Podsumujmy: nieograniczony dostęp do smacznego i wysokokalorycznego jedzenia prowadzi do wykształcenia zachowań o charakterze uzależnienia. Mechanizm polega na zmianie wrażliwości układu nagrody na pokarm w taki sposób, że uzyskanie takiej samej przyjemności (zawsze) wymaga zjedzenia większej ilości pokarmu.

Ludzie różnią się między sobą w zakresie genetycznie uwarunkowanej wrażliwości układu nagrody. Mniejsza jego wrażliwość jest czynnikiem ryzyka opisanego tu zjawiska, ponieważ ułatwia wpadnięcie w błędne koło jedzenia sernika, słabiej odczuwanej przyjemności i jeszcze większej ilości sernika itd. (patrz ryc. 1.9).

„Nasze dane wskazują, że wrażliwość układu nagrody u szczurów spada, gdy zwierzęta zjadają smaczniejsze produkty bogate w cukier i tłuszcz, przypominające pożywienie ludzi, i że skutki są coraz gorsze, im bardziej [zwierzęta] przybierają na wadze. […] Spowodowane dietą osłabienie funkcji układu nagrody może sprzyjać rozwojowi chorobliwej nadwagi, ponieważ wzmaga motywację do spożywania wysokokalorycznych pokarmów dostarczających przyjemności, która odczuwana jest coraz słabiej. […] Nasze dane przemawiają za tym, że u źródeł otyłości i uzależnienia od narkotyków leży ten sam mechanizm” – komentują swoje wyniki autorzy i dodają: „Traktowane łącznie nasze dane wspierają założenie, że nieograniczony dostęp do wysokokalorycznego pokarmu sprzyja wystąpieniu kompulsywnych zachowań żywieniowych, analogicznych do uzależnienia od kokainy”.

Ryc. 1.9. Błędne koło otyłości.

Jeżeli kokaina i sernik bardzo podobnie oddziałują na zachowanie i efekty tego są wywoływane przez te same mechanizmy w mózgu, to najwyższy czas potraktować uzyskane wyniki poważnie i zacząć działać! Dlaczego? Ponieważ mamy w Niemczech, podobnie jak w innych krajach wysoko rozwiniętych, epidemię, która osiągnęła już katastrofalne rozmiary i powoduje śmierć setek tysięcy ludzi: nie mówimy o AIDS ani o eboli, tylko o nadwadze i otyłości!

Ktoś, kto jako dziecko lub nastolatek już ma nadwagę, ten także jako dorosły z dużym prawdopodobieństwem będzie miał zbyt wysoką masę ciała29, ze wszystkimi zdrowotnymi konsekwencjami tego faktu, jak cukrzyca, nadciśnienie tętnicze, (w rezultacie) zawały serca i udary mózgu, nowotwory, schorzenia kręgosłupa i aparatu ruchowego30.

Reklama

Dlaczego zatem nasze dzieci jedzą niezdrowe pożywienie? Nie bez znaczenia jest obecność nieustannej zachęty w reklamach. Żywność jest bez wątpienia najczęściej reklamowaną kategorią produktów w reklamach kierowanych do dzieci. W samych Stanach Zjednoczonych branża reklamowa przeznacza rocznie 10 miliardów dolarów na kształtowanie zachowań żywieniowych u najmłodszych, z czego lwią część pochłania reklama telewizyjna31. Dzieci przed ukończeniem 5 lat oglądają rocznie ponad 4000 reklam produktów żywnościowych32. Ujmując to inaczej: podczas porcji kreskówek w typowy niedzielny poranek przeciętnie co 5 minut dzieciom serwuje się reklamę produktu spożywczego33, a niemal wszystkie reklamowane w telewizji produkty są niezdrowe34.

Fakt, że oglądanie telewizji sprzyja tyciu, jest znany od ponad 30 lat35. Udowodniono to w minimum 50 stosownych badaniach, które podsumowano w roku 2004 w artykule opublikowanym w uznanym na świecie czasopiśmie medycznym „Lancet” pt. Programujemy otyłość w dzieciństwie36. Przy czym zależność przyczynowo-skutkowa przebiega od oglądania telewizji do otyłości – kto ogląda telewizję, staje się gruby, a nie odwrotnie! Amerykańscy naukowcy wykazali ponadto, że reklamy niezdrowych produktów żywnościowych w programach rozrywkowych były współodpowiedzialne za otyłość uwarunkowaną oglądaniem telewizji: z każdą dodatkową godziną spędzoną w 1997 roku przed telewizorem BMI w roku 2002 rósł o 11%, niezależnie od oglądanych programów czy aktywności sportowej dziecka37. Dysponujemy też danymi niemieckimi: jeżeli uczniowie szkoły podstawowej spędzają ponad 2 godziny dziennie przed elektronicznymi mediami wizualnymi [przez elektroniczne media wizualne rozumiane jest wszystko, co ma ekran, monitor, wyświetlacz itp. – przyp. tłum.], względne ryzyko nadwagi rośnie o 70%38.

Dodatkowo w szeroko zakrojonym badaniu podłużnym obliczono, że 17% nadwagi i otyłości dorosłych można sprowadzić do skutków oglądania telewizji w dzieciństwie39. Oznacza to, że w przeliczeniu na 60 000–120 000 ludzi, którzy rokrocznie umierają w Niemczech z powodu nadwagi, reklama telewizyjna odegrała znaczącą rolę w powstaniu nadmiernej tuszy prowadzącej do zgonu 10 000–20 000 osób. Te dane pokazują rząd wielkości i można je wyliczyć z istniejących, opublikowanych wyników badań. Na ich podstawie musimy też zakładać znaczący wzrost problemu w przyszłości. Ponadto z danych opublikowanych przez ministerstwo zdrowia wynika, że koszty nadwagi i otyłości wywołanej reklamą telewizyjną wynoszą rocznie 15 miliardów euro.

Bardzo trudno przełożyć na pieniądze cierpienie osób dotkniętych tym problemem: podstępność czynników ryzyka, jakimi są nadwaga czy otyłość, zwłaszcza w wieku dziecięcym czy nastoletnim, polega na tym, że do pojawienia się niekorzystnych skutków musi upłynąć o wiele więcej czasu niż w przypadku nabrania nadmiernej masy ciała w wieku dorosłym. Jest duże prawdopodobieństwo, że ktoś, kto „dorobi się” nadprogramowych kilogramów w wieku 60 lat, zanim skona na zawał czy udar, zakończy żywot w inny sposób. Na taką sytuację nie należy liczyć, jeżeli czynniki ryzyka pojawią się w dzieciństwie, za to z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że wystąpią skracające życie skutki nadwagi czy otyłości. Potwierdziło to duże badanie norweskie, do którego w latach 1963–1975 zaproszono 230 000 nastolatków. Grube nastolatki umierają wcześniej; u grubych dziewczynek ryzyko śmierci z powodu zawału serca przed 50. urodzinami wzrasta  3,7-krotnie, u chłopców – 2,9-krotnie. Ryzyko przedwczesnej śmierci z powodu raka jelita, udaru czy cukrzycy u grubych dzieci także wzrasta: od 2 do 4 razy40.

Zależność – mechanizm – konsekwencja

Wykazanie statystycznej zależności to jedno, natomiast wyjaśnienie mechanizmu owej zależności to już całkiem inna sprawa. To, że coś jest takie, jakie jest, nic nam nie mówi o tym, dlaczego takie jest. Od dawna wiadomo, że telewizja sprzyja tyciu, ale dopiero w niedawno przeprowadzonych badaniach udowodniono, że mechanizm ten działa również za pośrednictwem reklamy. Wyniki te wpisują się dobrze w ugruntowaną już wiedzę o uczeniu się, wpływie reklamy na dzieci, a także w opisane wcześniej wnioski z badań nad mózgiem i patologicznymi zachowaniami żywieniowymi jako jednej z postaci uzależnienia.

Dzieci uczą się bardzo szybko, bez względu na rodzaj treści, jakie im pokażemy. Eksperymenty z udziałem przedszkolaków pokazują, że pamiętają one zawartość reklam po zaledwie kilkukrotnym obejrzeniu i ujawniają bardzo pozytywne nastawienie wobec reklamowanego produktu: uważają, że jest dobry, a mając wybór, właśnie po niego sięgają41. Dzieci przejawiają również skłonność do uogólniania, a więc wywołane reklamą pozytywne nastawienie wobec jednej rzeczy przenoszą na produkty podobne, co wiadomo już od niemal 40 lat z badań nad reklamą42