Strona główna » Literatura faktu, reportaże, biografie » Czego nie można kupić za pieniądze. Moralne granice rynku

Czego nie można kupić za pieniądze. Moralne granice rynku

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-639-9385-6

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Czego nie można kupić za pieniądze. Moralne granice rynku

Czy płacić dzieciom za czytanie książek albo za dobre stopnie? Ile jest warte zanieczyszczone środowisko? Czy etyczne jest wynagradzanie ludzi za testowanie nowych niebezpiecznych leków albo za oddawanie organów? Czy obywatelstwo jest na sprzedaż? Michael J. Sandel ma inteligencję, odwagę i dowcip potrzebne do zadawania niełatwych pytań.
Okrzyknięty przez amerykańskie media profesorem Ruchu Oburzonych, Sandel zastanawia się nad granicami rynku, robi przegląd gorących tematów debaty publicznej. „Dziś logika kupna i sprzedaży nie odnosi się już do dóbr materialnych, ale stopniowo zaczyna rządzić całym naszym życiem. Czas zadać sobie pytanie, czy chcemy tak żyć”, pisze.
Książka Michaela Sandela to najwyższej próby refleksja intelektualna nad dzisiejszym światem i społeczeństwem. Autor, charyzmatyczny wykładowca z Harvardu, ma rzadki dar czynienia spraw złożonych zrozumiałymi, a nawet zabawnymi. Prowokuje i inspiruje do refleksji i dyskusji.

„Demokracja – mówi Sandel – wcale nie wymaga jakiejś doskonałej równości. Wymaga natomiast, by obywatele dzielili wspólne życie, by obywatele różnego pochodzenia i pozycji społecznej spotykali się w przestrzeni publicznej, nawet wpadali na siebie w codziennym życiu, gdyż tylko w ten sposób uczymy się negocjować, tolerować różnice, osiągać kompromis i troszczyć o dobro wspólne. Więc muszą istnieć dobra, których nie można kupić”.

Marek Ostrowski, tygodnik „Polityka”

Polecane książki

Ebook zatytułowany Angielskie idiomy – zestaw 2 jest przeznaczony dla osób zainteresowanych nauką zwrotów i wyrażeń idiomatycznych stosowanych w języku angielskim. W skład zestaw wchodzi 100 najbardziej popularnych idiomów zawierających takie przymiotniki jak: old, short, thick, thin, end, line, mat...
Karolina i Maciej Szaciłło, para ekspertów od zdrowego odżywiania, tym razem zapraszają w kulinarną podróż w kłębach… paryW światowych kuchniach znaleźć można mnóstwo parowanych pyszności. Azjaci parują niemal przeźroczyste pierożki z ciasta ryżowego, przez których cieniutką strukturę prześwitują...
To miał być banalny zabieg chirurgiczny, ale pacjentka, pielęgniarka miejscowego szpitala, umarła niespodziewanie na stole operacyjnym. O błąd w sztuce lekarskiej zostaje oskarżona anestezjolog Kate Chesne. Wynajęty przez rodzinę zmarłej adwokat, David Ransom, jest całkowicie przekonany o winie Ka...
Dlaczego niektórzy ludzie odnoszą większy sukces niż inni? Ponieważ są pewni siebie! - Jaki jeden wielki cel wyznaczyłbyś sobie, jeślibyś wiedział, że nie może ci się nie udać? - Jakie wspaniałe rzeczy chciałbyś zrobić ze swoim życiem, gdybyś miał zagwarantowany sukces we wszystkich swoich staraniac...
„Aktualności kadrowe” stawiają sobie za cel, aby z szumu informacji wyłowić tylko takie, które naprawdę w danym czasie mają znaczenie praktyczne dla pracodawcy, kadrowego czy specjalisty ds. HR oraz aby informacje te zapakować w krótką, zwięzłą formę. Stąd liczne wzory, przykłady i schematy, które u...
Opowiadanie fantasy osadzone w nieokreślonym miejscu i czasie. Świetnie opowiedziana historia człowieka posiadającego moc uzdrawiania, który został porwany ze swojego miejsca zamieszkania, by stać się zabezpieczeniem dla władcy Wermodu i wszystkich ludzi zamkniętych wraz z jego rodziną na zamku prze...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Michael J. Sandel

Czego nie można kupić za pieniądze

Moralne granice rynku

Michael J. Sandel

Przełożyli:

Anna Chromik

Tomasz Sikora

Tytuł oryginału: „What money can’t buy. The moral limits of markets”

Copyright © Michael J. Sandel, 2012. Wszystkie prawa zastrzeżone.

Pierwsze wydanie: Farrar, Strauss and Giroux, 18 West 18th Street,

New York 10011

Wydanie polskie: Kurhaus Publishing Kurhaus Media sp. z o.o. sp.k.

Prawa do tłumaczenia: Kurhaus Publishing Kurhaus Media sp. z o.o. sp.k.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Projekt okładki: Kamil Zawadzki

Opracowanie typograficzne i łamanie: Marek Wójcik

Opracowanie redakcyjne: Dobrochna Kędzierska

Korekta: Elżbieta Lipińska, El-Kor

Tłumaczenie: Anna Chromik, Tomasz Sikora

Produkcja: Małgorzata Trzeciak

Fotografia Michaela J. Sandela na okładce: © PAP

ISBN: 978‒83‒63993‒00‒9

Kurhaus Publishing Kurhaus Media sp. z o.o. sp.k.

Dział sprzedaży:kontakt@kurhauspublishing.com, tel. +48 22 325 34 70

ul. Postępu 15 C, IV p., 02‒676 Warszawa

Przedmowa do wydania polskiegoMoney, money

Michael Sandel jest światowej rangi filozofem polityki, uczy na Uniwersytecie Harvarda – i to jak uczy! Na jego legendarny kurs o sprawiedliwości przychodzi do 1500 studentów; nie ma na Harvardzie sali, która by pomieściła więcej osób, w niektórych latach trzeba wśród studentów organizować loterie, by zdecydować, kto wejdzie. Owocem tego kursu jest między innymi książka Justice, która stała się filozoficznym bestsellerem stulecia; na całym świecie sprzedano już ponad 1,5 miliona egzemplarzy (polski przekład –Sprawiedliwość – ukaże się niebawem nakładem Kurhaus Publishing). Także kolejna książka Sandela, What money can’t buy (Czego nie można kupić zapieniądze), jest już bestsellerem; niedawno autor miał w Seulu wykład na jej temat, którego wysłuchało około 14 tysięcy (!) osób zebranych na stadionie.

Tematyka niniejszej książki (moralność i rynek) to niewątpliwie jeden z głównych problemów dzisiejszego społeczeństwa, zarówno w krajach dawnego, jak i świeżego kapitalizmu. Przekonajmy się więc, co Sandel ma do powiedzenia w tej sprawie.

W ciągu ostatnich dziesięcioleci – pisze Sandel – da się zaobserwować coraz szybszą i coraz szerszą ekspansję mechanizmów rynkowych w dziedzinach życia społecznego, w których dotąd mechanizmy te były nieobecne. Dostęp do rzadkich dóbr: do służby zdrowia, do nieskażonej przyrody w parkach narodowych, do mszy odprawianych przez papieża (Sandel podaje więcej takich przykładów), coraz częściej regulowany jest przez rynki – bądź nowe, tworzone ad hoc, bądź już istniejące, rozszerzane na nowe dziedziny. Pieniądze umożliwiają dłuższe życie i krótsze oczekiwanie na lekarza; żeby zobaczyć coraz trudniej dostępne cuda przyrody, rozbić namiot w parku narodowym, trzeba zapłacić coraz wyższą cenę – za zależną od popytu sumę można (od koników) np. dostać bilet na wejście na mszę, a tym samym i szansę na przyjęcie komunii z rąk następcy św. Piotra (Sandel opisuje mszę celebrowaną przez papieża w Central Parku). Coraz częściej dobra, o które przywykliśmy dbać w inny sposób niż o sprzedawany czy kupowany towar, opatrzone zostają ceną: edukacja (w niektórych amerykańskich szkołach dzieci dostają po 2 dolary za każdą przeczytaną książkę), prawo do prokreacji (w ramach niektórych programów kobiety, z różnych powodów, mogą sprzedać swoją zdolność prokreacyjną), ba – nawet życie i śmierć (Sandel opisuje szybko rozwijający się rynek zawieranych przez firmy umów ubezpieczenia na życie zatrudnionych w nich osób; w rezultacie życie pracowników staje się towarem, którego przyszła wartość jest przedmiotem rynkowej oceny; innym przykładem jest rynek ubezpieczeń na życie, które można kupić od śmiertelnie chorych ze zniżką, płacąc im od razu, by potem czekać z niecierpliwością, aż umrą, co obniży tym samym koszty inwestora i podniesie jego zysk. Bądź, nie daj Boże, nie).

Postawom społecznym, definiowanym dotąd niezależnie od mechanizmów rynkowych – takim jak altruizm, wielkoduszność, przyjaźń, solidarność społeczna czy poczucie obywatelskiego obowiązku – nadawana jest coraz częściej rynkowa treść: postawy te interpretowane są jako racjonalne zachowania konsumentów bądź producentów. Miastom, gminom czy stanom w USA oferowane są nagrody pieniężne za pomoc uciekinierom przed wojną domową czy prześladowaniami politycznymi (by w ten sposób wzmocnić ich motywację do solidarności z innymi – tymi, którzy są w potrzebie); jak grzyby po deszczu powstają, głównie w Azji (prawie wszystkie inne przykłady, które podaje Sandel, dotyczą USA), firmy, które przepraszają – za pieniądze oczywiście – w imieniu kogoś, kto sam powinien to zrobić (w ten sposób zastępując odpowiedzialność osobistą pewną wartością rynkową); coraz częściej zamiast prezentu dla przyjaciela, dziewczyny, dziecka można kupić kupon, który obdarowany może potem sprzedać (są już naturalnie firmy specjalizujące się w kupowaniu i ponownym sprzedawaniu takich kuponów), w ten sposób zastępując wartość ekspresywną prezentu jego wartością utylitarną.

Może to dobrze? Trudno zaprzeczyć, że choćby szaleństwo kupowania prezentów na Boże Narodzenie czy z innej podobnej okazji – tych wszystkich krawatów, szalików, broszek, których później nikt nie nosi – prowadzi do marnotrawstwa na wielką skalę; rynek może pomóc w lepszym, bardziej efektywnym przyporządkowaniu wydatków rzeczywistym potrzebom obdarowanych.

To prawda. Czy można jednak, pyta Sandel, ocenić efektywność bez refleksji moralnej o tym, czego ta efektywność dotyczy? Czy wprowadzenie na rynek dóbr (takich jak edukacja, zdrowie czy śmierć) i postaw społecznych (takich jak altruizm, przyjaźń czy solidarność) nie zmienia radykalnie ich znaczenia, czy nie przestają być tym, czym były dotychczas?

Czasem, być może, to dobrze – czasem, z pewnością, źle; właśnie dlatego analiza rynkowej efektywności wymaga, twierdzi Sandel, uzupełnienia refleksją moralną.

Rynki – to jest główna teza książki Sandela – korumpują, niszczą, eliminują wartości nierynkowe warte tego, byjechronić.

Być może, myślę, korozja, jakiej ulegają dobra nierynkowe, gdy wprowadzimy je na rynek, zagraża też samemu rynkowi? Być może funkcjonujący rynek nie jest tylko maszyną do dokonywania racjonalnego wyboru, lecz opiera się także na dobrach i postawach bez ceny, takich jak wzajemne zaufanie, pewna przynajmniej doza solidarności, poczucie obowiązku, wagi słowa etc.?

Według Sandela wprowadzenie na rynek dóbr, jakich tam dotąd nie było, wtłacza zarazem w stosunki międzyludzkie wypaczającą je nierówność: ten, kto już ma, może – kto nie ma, często musi. Wolność wyboru, jaką zakłada rynek, jest często fikcją: nasze wybory rynkowe (sprzedanie prawa do prokreacji, organu, bez którego mogę chyba żyć, etc.) dyktowane są nierzadko koniecznością, potrzebą, w jakiej się niestety znajdujemy.

Trudno temu zaprzeczyć. A jednak nierówność – i tym samym brak fairness – spowodowana przez rynek nie jest, tak uzupełniłbym argument Sandela, jedyną formą nierówności; inne – choćby nierówność wynikająca z urodzenia, tam gdzie to jest jeszcze ważne, z przynależności do jakiejś rasy czy płci – mogą być trudniejsze do usunięcia niż nierówność, jaką generuje rynek: pieniądz jest do pewnego stopnia demokratyczny, łatwiej zarobić, niż zmienić skórę, płeć, rodziców. Nierówność wprowadzona przez rynek nie pojawiła się naturalnie w świecie, który nie znał dotąd nierówności.

Stajemy w ten sposób przed pytaniem, które ciśnie się na usta po przeczytaniu książki Sandela: jakie są źródła, jakie przyczyny opisywanej przez niego tak przekonująco agresywności mechanizmów rynkowych (i uzasadniających ją teorii), agresywności, która być może zagraża podstawom naszej wspólnoty? Handel dobrami stanowiącymi o naszym człowieczeństwie oraz świętościami to oczywiście nie zjawisko ostatnich dziesięcioleci: instytucja niewolnictwa jest prawie tak stara jak sama ludzkość, od wieków handlujemy miłością, od dawna też zbawieniem. Niektóre fragmenty dzieła Sandela przypominają analizy kapitalizmu i jego wpływu na życie społeczne XIX-wiecznej Europy w Kapitale czy Manifeście komunistycznym. A jednak ani natura ludzka, ani kapitalizm nie mogą być wystarczającym wyjaśnieniem tej gwałtownej korozji życia społecznego w wyniku ofensywy mechanizmów rynkowych, o której pisze Sandel.

Tymczasem, myślę, takie wyjaśnienie byłoby potrzebne, by przeciwdziałać tej ofensywie. Potrzebujemy – pisze Sandel – publicznej debaty (ospołeczeństwie, wjakim chcielibyśmy żyć), byzatrzymać rynki tam, gdzie powinny być. Debaty, której, skarży się Sandel, dziś nie ma. Jego esej ma być zaproszeniem do takiej dysputy. Czy to jednak wystarczy? Czy brak debaty nie jest raczej symptomem niż przyczyną?

Pasjonujące pytania, pasjonująca książka.

prof. Krzysztof Michalski*

* Prof. dr hab. Krzysztof Michalski jest rektorem Instytutu Nauk o Człowieku w Wiedniu oraz profesorem filozofii na Uniwersytecie Warszawskim i na Uniwersytecie Bostońskim. Jest także wydawcą i redaktorem naczelnym pisma Transit. Europäische Revue (Frankfurt nad Menem). Ostatnio opublikował: Zrozumieć Przemijanie (Kronos 2011), Płomień Wieczności (Znak 2007).

Spis treściPrzedmowa do wydania polskiegoWstępRynek a moralnośćPrzeskakiwanie kolejkiWstępRynek a moralność

Sąrzeczy, których nie można kupić zapieniądze, choć wobecnych czasach jest ich już niewiele. Dziś prawie wszystko jest nasprzedaż. Oto kilkaprzykładów:

Cela więzienna opodwyższonym standardzie: 82 dolary zanoc. WSanta Ana wKalifornii oraz wkilku innych miastach więźniowie, którzy nie zostali zaklasyfikowani jako niebezpieczni, mogą zaopłatą otrzymać lepsze zakwaterowanie–czystą icichą celę oddaloną odzajmowanych przez niepłacących skazanych1.

Możliwość korzystania podczas jazdy wpojedynkę zespecjalnego pasa jezdni przeznaczonego dla samochodów zwięcej niż jedną osobą: 8 dolarów wgodzinach szczytu. Minneapolis oraz inne miasta próbują rozładować korki, pozwalając kierowcom jadącym solo korzystać zpasów dla samochodów zpasażerami wzamian zaopłaty, których wysokość zależy odnatężenia ruchu2.

Donoszenie ciąży przez indyjską matkę zastępczą: 6250 dolarów.Zachodnie pary zainteresowane znalezieniem surogatek coraz częściej znajdują jewIndiach, gdzie proceder ten jest legalny, ajego koszt tomniej niż jedna trzecia stawki obowiązującej wStanach3.

Prawo imigracji doStanów Zjednoczonych: 500 tysięcy dolarów.Obcokrajowcom, którzy zainwestują kwotę 500 tysięcy dolarów oraz utworzą przynajmniej dziesięć miejsc pracy wokolicy dotkniętej dużym bezrobociem, przysługuje zielona karta uprawniająca dostałego pobytu4.

Prawo zastrzelenia zagrożonego wyginięciem czarnego nosorożca: 150 tysięcy dolarów.Afryka Południowa odniedawna zezwala ranczerom nasprzedawanie myśliwym prawa dozabicia ograniczonej liczby nosorożców. Celem tego działania mabyć zmotywowanie ranczerów dohodowli iochrony zagrożonych gatunków5.

Numer telefonu komórkowego lekarza domowego:1500 dolarówrocznie.Coraz liczniejsza grupa lekarzy oferuje usługi zzakresu tzw. medycynyconciergezapewniające bezpośredni kontakt telefoniczny oraz możliwość umówienia wizyty domowej wtym samym dniu. Pacjenci zainteresowani taką formą opieki zdrowotnej płacą roczne składki wwysokości od1,5 do25 tysięcy dolarów6.

Prawo doemisji tony metrycznej dwutlenku węgladoatmosfery: 13 euro (około 18 dolarów). Unia Europejska utworzyła rynek emisji dwutlenku węgla, który umożliwia firmom kupno isprzedaż praw dozanieczyszczania środowiska7.

Przyjęcie dziecka naprestiżowy uniwersytet:mimo żestawki nie sąnigdzie publikowane, władze niektórych najlepszych uczelni ujawniły dziennikarzomThe Wall Street Journal, żeprzyjmują czasem studentów mniej wybitnych, ale zatopochodzących zzamożnych rodzin, których rodzice sąchętni doudzielenia znaczącego wsparcia finansowego uczelni8.

Nie każdego stać nate rzeczy. Wdzisiejszych czasach jednak jest mnóstwo sposobów zarabiania pieniędzy. Ostatnio pojawiły się nowe możliwości dla potrzebujących dodatkowej gotówki:

Wynajmij przestrzeń reklamową nawłasnym czole (lub innej części ciała): 777 dolarów.Linie lotnicze Air New Zealand zapłaciły trzydziestu osobom zaogolenie głów iumieszczenie nanich zmywalnego tatuażu zesloganem: „Potrzebujesz odmiany? Strać głowę dla Nowej Zelandii!”9.

Zostań ludzkim królikiem doświadczalnym wramach testów bezpieczeństwa leków dla firm farmaceutycznych: 7500 dolarów.Stawka może być wyższa bądź niższa, wzależności odstopnia inwazyjności procedur testujących działanie leku oraz związanego znimi dyskomfortu10.

Walcz wSomalii lub Afganistanie dla prywatnej firmy wojskowej: od250 dolarów zamiesiąc dotysiąca dolarów zadzień.Stawka uzależniona jest odkwalifikacji, doświadczenia inarodowości11.

Zajmij miejsce wkolejce wsiedzibie Kongresu USA dla lobbysty chcącego obserwować przesłuchanie wparlamencie: 15–20 dolarów zagodzinę.Lobbyści płacą firmom kolejkowym, które zkolei wynajmują dostania wogonkachm.in. bezdomnych12.

Jeśli jesteś drugoklasistą wsłabej szkole wDallas, przeczytaj książkę: 2 dolary.Dzieciom płaci się zakażdą przeczytaną książkę, comajezachęcić doczytania13.

Jeśli cierpisz naotyłość, schudnij 14 funtów [ok.6,4kg] wciągu czterech miesięcy: 378 dolarów.Firmy sprzedające ubezpieczenia zdrowotne oferują bonusy finansowe zautratę zbędnych kilogramów oraz inne działania prozdrowotne14.

Odkup polisę nażycie odstarszej lub niedołężnej osoby, opłacaj jej roczne składki, dopóki żyje, agdy umrze, odbierz świadczenie pośmiertne: potencjalnie można zarobić miliony (wzależności odrodzaju polisy).Taka forma „obstawiania” zgonów obcych osób stała się już sektorem rynku wartym 30 miliardów dolarów. Im wcześniej nieznajomy umrze, tym większą kwotę zarobi inwestor15.

Żyjemy wczasach, gdy prawie wszystko można kupić lub sprzedać. Wciągu ostatnich trzech dekad rynek iwartość rynkowa zaczęły rządzić naszym życiem. Ten stan nie jest konsekwencją naszego świadomego wyboru, ale raczej czymś, conas spotkało.

Pozakończeniu zimnej wojny wolny rynek imyślenie rynkowe cieszyły się, zezrozumiałych względów, ogromnym prestiżem. Żaden inny mechanizm organizacji procesu produkcji idystrybucji towarów nie sprawdzał się tak dobrze pod względem budowania dostatku idobrobytu. Jednak podczas gdy rosnąca liczba krajów nacałym świecie wdrażała modele gospodarcze oparte namechanizmach rynkowych, równolegle działo się coś jeszcze. Ekonomia stawała się domeną imperialną. Dziś logika kupna isprzedaży nie odnosi się już todóbr materialnych, ale stopniowo zaczyna rządzić całym naszym życiem. Czas zadać sobie pytanie, czy chcemy tak żyć.

EPOKA RYNKOWEGO TRIUMFALIZMU

Lata poprzedzające kryzys finansowy z2008 roku były czasem beztroskiej wiary wwolny rynek ideregulację–była toepoka rynkowego triumfalizmu. Zaczęła się ona wewczesnych latach 80., gdy Ronald Reagan iMargaret Thatcher ogłaszali, żetowłaśnie rynek, anie rząd, jest kluczem dodobrobytu iwolności. Toprzekonanie panowało jeszcze wlatach 90. wraz zprorynkowym liberalizmem Billa Clintona iTony’ego Blaira, którzy (być może już nieco mniej entuzjastycznie) utrwalali wiarę wrynek jako główne źródło dobra publicznego.

Wiara tajest dziś podawana wwątpliwość. Era triumfalizmu rynkowego dobiegła końca. Kryzys finansowy nie tylko rzucił cień nazdolności rynku doefektywnego zarządzania ryzykiem, ale także wywołał powszechne poczucie, żerynek oddzielił się odmoralności iżetrzeba jejakoś napowrót połączyć. Nie wiadomo jednak dokładnie, cotomiałoby znaczyć ijak się dotego zabrać.

Niektórzy twierdzą, żezamoralną porażką triumfalizmu rynkowego stoi chciwość, która doprowadziła dopodejmowania nieodpowiedzialnego ryzyka. Według tego poglądu najlepszym rozwiązaniem byłoby ukrócenie zachłanności ipołożenie większego nacisku nauczciwość iodpowiedzialność wśród bankierów idyrektorów zWall Street, atakże wdrożenie rozsądnych regulacji, które zapobiegłyby podobnemu kryzysowi wprzyszłości.

Jest tojednak, wnajlepszym wypadku, diagnoza conajmniej niepełna. Oile nie ulega wątpliwości, żechciwość odegrała sporą rolę wkryzysie finansowym, otyle jednocześnie chodzi tujeszcze ocoś więcej. Najbardziej brzemienną wskutki zmianą, która dokonała się wciągu ostatnich trzech dekad, nie był wzrost chciwości, ale raczej ekspansja rynków iwartości rynkowych nasfery życia, wktórych nie powinno być dla nich miejsca.

Złorzeczenie chciwości nie wystarczy, aby stawić czoło temu zjawisku; powinniśmy raczej przemyśleć rolę, jaką rynek maodgrywać wnaszym społeczeństwie. Potrzebna jest publiczna debata poświęcona pojęciu trzymania rynku wryzach. Aby tadebata mogła wogóle się odbyć, musimy przemyśleć kwestie moralnych ograniczeń rynku. Musimy zadać sobie pytanie, czy sątakie rzeczy, które nie powinny być dosprzedania zapieniądze.

Jedną znajistotniejszych zmian naszych czasów jest zawłaszczenie przez rynki (irynkową logikę) pewnych aspektów życia, które tradycyjnie nie podlegały normom rynkowym.

Spójrzmy chociażby nawzrost liczby odpłatnych szkół, szpitali, anawet prywatnych więzień albo narozwój „outsourcinguwojennego” polegającego nakorzystaniu zusług prywatnych przedsiębiorstw militarnych (wIraku iAfganistanie ich liczba przekroczyła liczbę żołnierzyamerykańskich sił zbrojnych16).

Warto też zwrócić uwagę nastopniowe spychanie publicznych służb mundurowych nadrugi plan przez prywatne firmy ochroniarskie, cowidoczne jest zwłaszcza wStanach Zjednoczonych iwWielkiej Brytanii, gdzie liczba prywatnych ochroniarzy przekracza dwukrotnie liczbę policjantów17.

Albo spójrzmy naagresywny marketing leków nareceptę prowadzony przez firmy farmaceutyczne wbogatych krajach–poobejrzeniu reklam emitowanych podczas wieczornego bloku informacyjnego wamerykańskiej telewizji można dojść downiosku, żenajwiększym zagrożeniem zdrowotnym współczesnego świata nie jest malaria, ślepota rzeczna czy śpiączka, ale szalejąca epidemia zaburzeń erekcji.

Podobne przykłady można mnożyć: ingerencja komercyjnego rynku reklamowego wpubliczne szkolnictwo, sprzedaż praw donazywania parków iobiektów wprzestrzeni publicznej, marketing specjalnie dobranych komórek jajowych iplemników wcelu uzyskania „zaprojektowanych dzieci” przez zapłodnieniein vitro, „ciążowy outsourcing” polegający nawynajmowaniu surogatek wkrajach rozwijających się, handel (zarówno napoziomie przedsiębiorstwa, jak icałego państwa) prawem dozanieczyszczania środowiska czy też system finansowania kampanii politycznych zezwalający nakupowanie isprzedawanie głosów wyborczych.

Wkroczenie rynku wsferę zdrowia, edukacji, bezpieczeństwa publicznego inarodowego, systemu sprawiedliwości, ochrony środowiska, rekreacji, prokreacji iinnych dóbr wspólnych było nie dopomyślenia jeszcze trzydzieści lat temu. Adziś traktujemy jejak oczywistość.

WSZYSTKO NA SPRZEDAŻ

Cojest niepokojącego wtym, żezmierzamy wkierunku społeczeństwa, wktórym wszystko jest nasprzedaż?

Otóż niepokoić nas powinny dwie sprawy: popierwsze, chodzi onierówność, apodrugie, opsucie pewnych wartości. Weźmy nierówność: wspołeczeństwie, wktórym wszystko jest nasprzedaż, życie uboższych jest cięższe. Im więcej można kupić zapieniądze, tym większe znaczenie mazamożność (bądź jej brak).

Gdyby przewaga osób zamożnych sprowadzała się domożliwości kupowania jachtów, sportowych samochodów idrogich wakacji, tonierówności wdochodach czy majątkach nie miałyby wielkiego znaczenia. Jeśli jednak zapieniądze można kupić coraz więcej–wpływy polityczne, dobrą opiekę zdrowotną, mieszkanie wbezpiecznej okolicy (anie wdzielnicy zwysoką przestępczością), dostęp doelitarnych szkół (zamiast tych oniskim poziomie nauczania)–tokwestie różnic majątkowych idochodowych wysuwają się napierwszy plan. Gdy wszystko, codobre, można kupić albo sprzedać, toposiadanie pieniędzy jest rzeczą ważną.

Towyjaśnia, dlaczego ostatnie dekady były wyjątkowo trudne dla rodzin niezamożnych idla klasy średniej. Oprócz tego, żepogłębiła się przepaść między biednymi ibogatymi, topowszechne utowarowienie wzasadzie wszystkich dóbr wyostrzyło jeszcze nierówności przez zwiększenie roli pieniądza.

Drugi powód, dla którego powinniśmy się zastanowić, zanim wystawimy wszystko nasprzedaż, jest trudniejszy doopisania. Nie chodzi onierówność isprawiedliwość, ale odestrukcyjne tendencje samego rynku. Samo wycenianie tego, cowżyciu dobre, może tozepsuć. Dzieje się tak dlatego, żerynek nie tylko alokuje towary, ale również wyraża ipromuje pewne postawy wobec towarów podlegających wymianie. Płacenie dzieciom zaczytanie książek być może zachęci jedosięgnięcia pokolejne lektury, ale równie dobrze może sprawić, żebędą postrzegały czytanie jako uciążliwy obowiązek, anie źródło wewnętrznej przyjemności. Przetarg namiejsca napierwszym roku uczelni może zwiększyć jej dochód, ale podkopuje jej wiarygodność iwartość dyplomu. Wynajmowanie zagranicznych najemników dowalki wnaszych wojnach być może ratuje życie naszym żołnierzom, ale równocześnie wypacza pojęcie obywatelstwa.

Ekonomiści często zakładają, żerynek jest obojętny, żenie wpływa natowary podlegające wymianie. Ale tak nie jest. Rynki zostawiają ślad. Czasem nawet wartości rynkowe wypierają wartości nierynkowe, które zasługują natroskę.

Oczywiście to, które wartości powinny podlegać ochronie idlaczego, pozostaje kwestią sporną. Zatem aby zadecydować, copowinno być nasprzedaż aconie, musimy najpierw ustalić, jakie wartości mają rządzić poszczególnymi sferami życia społecznego iobywatelskiego. Takwestia stanowi właśnie temat tej książki.

Oto przedsmak odpowiedzi natytułowe pytanie, którą mam nadzieję przedstawić: wmomencie, gdy podejmujemy decyzję, żepewne dobra mogą być kupowane isprzedawane, jednocześnie decydujemy (choć nie wprost), żemożna traktować jejako towary, jako narzędzia, które mogą być wykorzystane użytkowo isłużyć doosiągnięcia zysku. Ale przecież wten sposób nie można określić wartości wszystkich dóbr18. Najbardziej oczywistym przykładem jest człowiek. Potworność niewolnictwa polegała właśnie natym, żetraktowano ludzi jak towar, który może być kupiony bądź sprzedany natargu niewolników. Takie podejście nie przypisuje człowiekowi należnej mu wartości, która wynika zbycia osobą zasługującą naszacunek igodność (anie narzędziem zysku iprzedmiotem).

Podobnie jest zinnymi dobrami czy praktykami, które cenimy. Nie zgadzamy się naprzykład nato, bymożna było sprzedawać ikupować dzieci. Nawet gdyby kupcy traktowali jedobrze, tosam fakt istnienia rynku handlu dziećmi byłby wyrazem ipromocją niewłaściwego sposobu określania ich wartości, cojest nie doprzyjęcia. Nie traktujemy dzieci jak dobra konsumpcyjnego, lecz jako istoty, którym należy się miłość itroska. Albo spójrzmy naprawa iobowiązki obywatelskie. Gdyotrzymujemy powołanie naczłonka ławy przysięgłych, tonie wynajmujemy sobie zastępcy, tak samo jak nie pozwalamy nasprzedaż głosów wyborczych, nawet jeśli znaleźliby się chętni nabywcy. Dlaczego tak jest? Ponieważ uważamy, żeobowiązków obywatelskich nie powinno się traktować jak własności prywatnej, lecz raczej postrzegać jejako odpowiedzialność publiczną. Delegowanie ich nazewnątrz umniejsza ich wartość iopacznie jedefiniuje.

Przykłady te ilustrują szerszą kwestię: kiedy dobre rzeczy wżyciu przemieniamy wtowar, toulegają one wypaczeniu, degradacji. Dlatego właśnie decydując, jakie dobra mają podlegać prawom rynku, aodktórych rynek powinien się trzymać zdaleka, musimy zdecydować, jak określać wartość takich dóbr, jak: zdrowie, edukacja, życie rodzinne, przyroda, sztuka, obowiązki obywatelskie itd. Tosąpytania natury moralnej ipolitycznej, anie czysto ekonomicznej. Aby nanie odpowiedzieć, musimy przedyskutować–przypadek poprzypadku–kwestie moralnego znaczenia tych dóbr iodpowiedniego sposobu ich wyceny.

Tojest właśnie tadebata, której zabrakło wczasach triumfalizmu rynkowego. Wefekcie nawet nie zauważyliśmy, jak zespołeczeństwa, które wykorzystuje gospodarkę rynkową, sami bezwolnie staliśmy się rynkowym społeczeństwem.

Różnica polega natym, żegospodarka rynkowa jest narzędziem–cennym iskutecznym–które służy organizowaniu efektywnej aktywności. Społeczeństwo rynkowe natomiast tospołeczeństwo, wktórym wartości rynkowe wkraczają wkażdą sferę ludzkiej działalności. Totaka przestrzeń, wktórej relacje społeczne kształtowane sąwedług rynkowych wzorców.

Wewspółczesnej polityce bardzo brakuje dyskusji natemat roli igranic rynku. Czy chcemy gospodarki rynkowej czy rynkowego społeczeństwa? Jaką rolę powinien odgrywać rynek wżyciu publicznym iwrelacjach osobistych? Jak możemy decydować, które dobra powinny być nasprzedaż, aktóre mają wartość pozarynkową? Gdzie władza pieniądza nie powinna sięgać?

Właśnie nate pytanie niniejsza książka próbuje odpowiedzieć. Ponieważ dotykają one spornych koncepcji „dobrego społeczeństwa” i„dobrego życia”, nie mogę obiecać definitywnych odpowiedzi. Mam jednak nadzieję, żeuda misię przynajmniej otworzyć publiczną dyskusję nad tymi pytaniami, atakże zapewnić ramy filozoficzne dorefleksji nad nimi.

PRZEMYŚLMY NA NOWO ROLĘ RYNKU

Nawet jeśli zgadzacie się zemną codotego, żemusimy szukać odpowiedzi nate poważne pytania dotyczące moralności rynku, topewnie wciąż się zastanawiacie, czy dyskurs publiczny jest wstanie sprostać temu zadaniu. Touzasadnione wątpliwości. Każda próba przemyślenia roli izasięgu rynków powinna zacząć się oduświadomienia sobie dwóch poważnych przeszkód.

Pierwsza znich toniesłabnąca siła iprestiż myślenia rynkowego mimo następstw najgorszej odosiemdziesięciu lat klęski rynku. Druga tomiałkość naszego dyskursu publicznego. Te dwie kwestie nie sąbez związku.

Pierwsza jest frapująca. Kryzys finansowy w2008r. był swego czasu postrzegany jako rodzaj kary moralnej zabezkrytyczną fascynację rynkiem widoczną wcałym politycznym spektrum naprzestrzeni trzech dekad. Doprowadzenie naskraj upadku niegdyś potężnych firm finansowych zWall Street oraz konieczność masowych subwencji kosztem podatników musiały zmusić dorefleksji. Nawet Alan Greenspan, który jeszcze jako przewodniczącyRezerwy Federalnej Stanów Zjednoczonychbył piewcą wiary wtriumfalizm rynkowy, przyznał się do„szoku iniedowierzania”, gdy jego ufność wsamonaprawę wolnego rynku okazała się błędem19. BrytyjskiThe Economist, znany zwygłaszania prorynkowych peanów, umieścił naokładce rozpływający się wkałużę podręcznik doekonomii opatrzony nagłówkiem „Coposzło nie tak zekonomią?”20.

Epoka triumfalizmu rynków osiągnęła swój niechlubny kres. Teraz powinien nadejść czas moralnych podsumowań itrzeźwych refleksji weryfikujących wiarę wrynek. Ale tak się nie stało.

Spektakularna porażka rynków finansowych wniewielkim stopniu nadwerężyła wiarę wrynek jako taki. Wzasadzie kryzys finansowy bardziej zdyskredytował rządy niż banki. W2011 roku badania wykazały, żeamerykańska opinia publiczna ponaddwukrotnie częściej obwiniała zaproblemy ekonomiczne kraju rząd niż instytucje finansowe Wall Street21.

Recesja pogrążyła Stany Zjednoczone idużą część światowej gospodarki wnajgorszym impasie odczasów wielkiego kryzysu ipozbawiła miliony ludzi pracy. Nie sprowokowała jednak fundamentalnej refleksji nad rynkami. Zamiast tego najbardziej widoczną konsekwencją polityczną było wzmożone poparcie dla populistycznego ruchu Tea Party, którego wrogość wobec rządu przy jednoczesnej akceptacji wolnego rynku wprawiłaby wzakłopotanie nawet Ronalda Reagana. Jesienią 2011r. ruch Occupy Wall Street rozpoczął protesty wwielu miastach wStanach Zjednoczonych inacałym świecie. Ich przedmiotem były wielkie banki iwładza korporacji oraz rosnące nierówności wdochodach imajątkach. Mimo różnic ideologicznych aktywiści zarówno Tea Party, jak iruchu Occupy Wall Street, dali wyraz populistycznemu oburzeniu zpowodu pomocy finansowej państw dla banków22.

Mimo tych głosów sprzeciwu wnaszej polityce wciąż brakuje poważnej debaty natemat roli izasięgu rynków. Demokraci jak zawsze kłócą się zrepublikanami opodatki, wydatki ideficyt budżetowy; tyle żezwiększą zawziętością imniejszą otwartością naperswazje czy sugestie. Rozczarowanie polityką pogłębiło się wraz zrosnącą frustracją systemem politycznym, który okazał się niezdolny dodziałania narzecz dobra wspólnego ani dozajęcia się kwestiami, które sąnajbardziej palące.

Opłakany stan dyskursu publicznego jest drugą przeszkodą wdebacie nad moralnymi ograniczeniami rynku. Wczasach, gdy dyskurs polityczny polega głównie napyskówkach wtelewizji kablowej, tendencyjnym sączeniu jadu wprogramach radiowych, ideologicznym obrzucaniu się błotem wKongresie, trudno sobie wyobrazić rozsądną dyskusję polityczną natemat tak kontrowersyjnych kwestii moralnych, jak właściwe określenie wartości prokreacji, dzieci, edukacji, zdrowia, środowiska, obywatelstwa oraz innych. Sądzę jednak, żetaka debata nie tylko jest możliwa, ale również ożywiłaby nasze życie publiczne.

Niektórzy coprawda twierdzą, żewdzisiejszej kłótliwej polityce istnieje nadmiar argumentów moralnych: zbyt wiele osób wierzy zbyt głęboko izbyt natarczywie wewłasne przekonania ichce jenarzucać wszystkim innym. Jest tojednak opaczna interpretacja tego problemu–tak naprawdę chodzi oto, żewnaszej polityce argumentów moralnych prawie nie uświadczysz. Polityka jest gorączkowa, bojest pusta, pozbawiona treści moralnej iduchowej. Nie radzi sobie zwielkimi pytaniami, które sąważne dla ludzi.

Moralna pustota współczesnej polityki makilka przyczyn. Jedną znich jest próba wykluczenia pojęcia dobrego życia zpublicznego dyskursu. Wobawie przed byciem posądzonym osekciarstwo często oczekujemy, żeosoby wchodzące wsferę publiczną pozostawią naboku swoje przekonania moralne iduchowe. Jednak mimo dobrych intencji towłaśnie taka niechęć doznalezienia wpolityce miejsca dla dyskusji dotyczących pojęcia dobrego życia najpierw utorowała drogę triumfalizmowi rynku, ateraz wspiera niesłabnące panowanie myślenia rynkowego.

Myślenie rynkowe naswój sposób odziera też życie publiczne zdebaty moralnej. Pociągające wrynku jest to, żenie wydaje on sądów natemat preferencji, które zaspokaja. Nie pyta, czy jakieś sposoby wyceny dóbr sąlepsze czy bardziej wartościowe odinnych. Jeśli ktoś chce zapłacić zaseks albo zanerkę, ainna dorosła osoba zwłasnej woli jest gotowa jesprzedać, tojedynym pytaniem, które zadaje ekonomista, jest: „zaile?”. Rynek nie grozi palcem. Nie robi różnicy między preferencjami szlachetnymi iniskimi. Każda zestron transakcji sama decyduje, jaką wartość przypisuje temu, copodlega wymianie.

Taka nieosądzająca postawa wobec wartości znajduje się wsamym centrum myślenia rynkowego itłumaczy wdużym stopniu jego atrakcyjność. Jednak nasz opór przed angażowaniem się wspory moralne iduchowe, wraz znaszą przychylnością wobec rynku, wiele kosztuje: pozbawił on dyskurs publiczny moralności ienergii obywatelskiej, przyczyniając się dorozwoju technokratycznego izarządczego podejścia dopolityki, które dziś widać wwielu społeczeństwach.

Dzięki debacie natemat moralnych granic rynku moglibyśmy jako społeczeństwo decydować, wktórych sytuacjach rynek służy dobru wspólnemu, awktórych nie powinno być dla niego miejsca. Ożywiłoby totakże naszą politykę przez wprowadzenie dosfery publicznej konkurencyjnych pojęć dobrego życia. Bojak inaczej miałyby się toczyć takie spory? Jeśli zgadzamy się, żekupowanie isprzedawanie niektórych dóbr deprecjonuje jeiwypacza, tomusimy jednocześnie uznać, żepewne sposoby wyceny tych dóbr będą bardziej odpowiednie odinnych. Nie mazabardzo sensu mówić owypaczaniu jakiegoś stanu czy działania–np.rodzicielstwa albo obywatelstwa–jeśli jednocześnie nie masię przekonania, żepewne formy bycia rodzicem czy obywatelem sąlepsze odinnych.

Towłaśnie tego rodzaju osądy moralne stoją zatymi kilkoma ostatnimi ograniczeniami dla wolnego rynku, których wciąż jeszcze przestrzegamy. Nie pozwalamy, byrodzice sprzedawali swoje dzieci ani żeby wyborcy sprzedawali głosy. Ijeden zpowodów, dla których nie jest todozwolone, jest poprostu związany zpewnym przekonaniem: wierzymy, żemożliwość sprzedawania wtych wypadkach źle bydefiniowała wartość ipromowała złe postawy.

Nie da się uciec odtakich pytań przy próbie refleksji nad ograniczeniami rynku. Wymaga ona wspólnej publicznej dyskusji otym, jak wyceniamy dobra społeczne, doktórych przywiązujemy wagę. Głupotą byłoby oczekiwać, żedyskurs publiczny oparty nasolidniejszych podstawach etycznych, nawet wnajlepszym swym wydaniu, doprowadziłby doobopólnej zgody wkażdej kontrowersyjnej sprawie. Napewno jednak sprzyjałby zdrowszemu życiu publicznemu i uświadomiłby nam, jaką cenę płacimy zażycie wspołeczeństwie, wktórym wszystko jest nasprzedaż.

Kiedy myślimy omoralności rynku, najpierw przychodzą nam dogłowy banki zWall Street, ich brawurowe występki,funduszehedgingowe,pomoc finansowa państwa ireforma regulacji. Jednak prawdziwym wyzwaniem moralnym ipolitycznym jest dziś skonfrontowanie się zczymś bardziej wszechobecnym iprzyziemnym, czyli przemyślenie roli izasięgu rynków wnaszych praktykach społecznych, związkach międzyludzkich iwcodziennym życiu.

1 Jennifer Steinhauer, „For $82 a Day, Booking a Cell in a 5-Star Jail”, New York Times, 29.04.2007.

2 Daniel Machalaba, „Paying for VIP Treatment in a Traffic Jam: More Cities Give Drivers Access to Express Lanes – for a Fee”, Wall Street Journal, 21.06.2007.

3 Sam Dolnick, „World Outsources Pregnancies to India”, USA Today, 31.12.2007; Amelia Gentleman, „India Nurtures Business of Surrogate Motherhood”, New York Times, 10.03.2008.

4 Eliot Brown, „Help Fund a Project, and Get a Green Card”, Wall Street Journal, 2.02.2011; Sumathi Reddy, „Program Gives Investors Chance at Visa”, Wall Street Journal, 7.06.2011.

5 Brendan Borrell, „Saving the Rhino Through Sacrifice”, Bloomberg Businessweek, 9.12.2010.

6 Tom Murphy, „Patients Paying for Extra Time with Doctor: »Concierge« Practices, Growing in Popularity, Raise Access Concerns”, Washington Post, 24.01.2010; Paul Sullivan, „Putting Your Doctor, or a Whole Team of Them, on Retainer”, New York Times, 30.04.2011.

7 Aktualne ceny w euro można znaleźć na www.pointcarbon.com.

8 Daniel Golden, „At Many Colleges, the Rich Kids Get Affirmative Action: Seeking Donors, Duke Courts »Development Admits«”, Wall Street Journal, 20.02.2003.

9 Andrew Adam Newman, „The Body as Billboard: Your Ad Here”, New York Times, 18.02.2009.

10 Carl Elliott, „Guinea-Pigging”, New Yorker, 7.01.2008.

11 Matthew Quirk, „Private Military Contractors: A Buyer’s Guide”, Atlantic, wrzesień 2004, s. 39, cyt. za: P.W. Singer, Mark Hemingway, „Warriors for Hire”, Weekly Standard, 18.12.2006; Jeffrey Gettleman, Mark Massetti i Eric Schmitt, „U.S. Relies on Contractors in Somalia Conflict”, New York Times, 10.08.2011.

12 Sarah O’Connor, „Packed Agenda Proves Boon for Army Standing in Line”, FinancialTimes, 13.10.2009; Lisa Lerer, „Waiting for Good Dough”, Politico, 26.06.2007; Tara Palmeri, „Homeless Stand in for Lobbyists on Capitol Hill”, CNN, http://edition.cnn.com/2009/POLITICS/07/13/line.standers/.

13 Amanda Ripley, „Is Cash the Answer?”, Time, 19.04.2010, s. 44–45.

14 W trakcie jednego badania nad utratą wagi uczestnicy średnio zarobili po 378,49 dolara za utratę 14 funtów wagi w 16 tygodni. Zob. Kevin G. Volpp, „Paying People to Lose Weight and Stop Smoking”, Leonard Davis Institute of Health Economics, University of Pennsylvania, vol. 14, luty 2009; K.G. Volpp i in., „Financial Incentive – Based Approaches for Weight Loss”, JAMA 300 (10.12.2008), s. 2631–2637.

15 Sophia Grene, „Securitising Life Policies Has Dangers”, Financial Times, 2.08.2010; Mark Maremont i Leslie Scism, „Odds Skew Against Investors in Bets on Strangers’ Lives”, Wall Street Journal, 21.12.2010.

16 T. Christian Miller, „Contractors Outnumber Troops in Iraq”, Los Angeles Times, 4.07.2007; James Glanz, „Contractors Outnumber U.S. Troops in Afghanistan”, New York Times, 2.09.2009.

17 „Policing for Profit: Welcome to the New World of Private Security”, Economist, 19.04.1997.

18 Korzystam tu ze znakomitego wywodu Elizabeth Anderson z jej książki Value in Ethics and Economics (Cambridge, MA: Harvard University Press, 1993).

19 Edmund L. Andrews, „Greenspan Concedes Error on Regulation”, New York Times, 24.10.2008.

20 „What Went Wrong with Economics”, The Economist, 16.07.2009.

21 Frank Newport, „Americans Blame Government More Than Wall Street for Economy”, Gallup Poll, 19.10.2011, www.gallup.com/poll/150191/Americans-Blame-Gov-Wall-Street-Economy.aspx.

22 William Douglas, „Occupy Wall Street Shares Roots with Tea Party Protesters – but Different Goals”, Miami Herald, 19.10.2011; David S. Meyer, „What Occupy Wall Street Learned from the Tea Party”, Washington Post, 7.10.2011; Dunstan Prial, „Occupy Wall Street, Tea Party Movements Both Born of Bank Bailouts”, Fox Business, 20.10.2011, www.foxbusiness.com/markets/2011/10/19/occupy-wall-street-tea-party-born-bank-bailouts.

Rozdział 1.Przeskakiwanie kolejki

Nikt nie lubi stać wkolejce. Czasem można zapieniądze wepchnąć się dokolejki. Powszechnie wiadomo, żewdrogich restauracjach porządny napiwek wręczony menedżerowi sali może skrócić czas oczekiwania nastolik wruchliwy wieczór. Takie napiwki, dyskretnie wręczane, sąquasi-łapówkami. Nadrzwiach restauracji nie mażadnej tabliczki oznajmiającej, żekażdy, kto jest gotów wsunąć pięćdziesięciodolarowy banknot doręki kierownika sali, natychmiast zostanie poprowadzony dostolika. Jednak wostatnich latach sprzedaż prawa dowcinania się wkolejki wyszła zukrycia istała się jawnąpraktyką.

SZYBKA ŚCIEŻKA

Długie kolejki wpunktach kontroli bezpieczeństwa nalotniskach sprawiają, żelatanie staje się udręką. Ale nie wszyscy muszą czekać wniekończących się ogonkach. Posiadacze biletów pierwszej klasy iklasy biznesowej mogą korzystać zwyznaczonych torów pierwszeństwa, które prowadzą ich odrazu napoczątek kolejki, wprost dopunktu prześwietlania bagażu. WBritish Airways tausługa nazywa sięFast Track(szybka ścieżka)–umożliwia ona także, zasporą opłatą, pominięcie kolejki przy odprawie ikontroli paszportowej.

Większość ludzi jednak nie może sobie pozwolić napodróżowanie pierwszą klasą, więc linie lotnicze stworzyły ofertę także dla zwykłych pasażerów, którzy mogą teraz wykupić przywilej pominięcia kolejki jako bonusà la carte. Zadodatkowe39 dolarówdopłaty dobiletu zDenver doBostonu United Airlines sprzeda nam pierwszeństwo wejścia napokład wraz zprawem dopominięcia kolejki przy kontroli bezpieczeństwa. Londyńskie lotnisko Luton oferuje nawet bardziej przystępną opcję szybkiej ścieżki–możemy stać wdługim ogonku dokontroli bezpieczeństwa albo za3 funty przejść napoczątek kolejki.

Krytycy takiego rozwiązania zwracają uwagę, żeszybkie przejście przez kontrolę bezpieczeństwa nie powinno być nasprzedaż. Kontrole pasażerów sąwszak kwestią bezpieczeństwa państwa, anie udogodnieniem wrodzaju dodatkowego miejsca nanogi czy pierwszeństwa wejścia napokład. Ciężar niedogodności związanych zochroną samolotów przed terrorystami powinien być dzielony równo nawszystkich pasażerów. Linie lotnicze odpierają ataki, twierdząc, żeprzecież każdy podlega takiej samej kontroli, aopłata różnicuje tylko czas oczekiwania. Poza tym, skoro itak każdy musi przejść przez te same procedury kontroli osobistej, tokrótsze czekanie wkolejce można uznać zaudogodnienie, które powinny mieć prawo sprzedawać.

Także parki rozrywki zaczęły ostatnio sprzedawać prawo doprzeskoczenia kolejki. Dotej pory odwiedzający musieli nieraz odstać całe godziny wkolejkach donajpopularniejszych atrakcji. Teraz Universal Studios wHollywood wraz zinnymi parkami rozrywki mawswej ofercie możliwość ominięcia kolejki zapodwójną cenę standardowego biletu wstępu. Owszem, pierwszeństwo dostępu dokolejki strachu zZemsty mumiinie niesie być może zesobą takiego ładunku etycznego, jak uprzywilejowany dostęp dolotniskowej kontroli bezpieczeństwa. Zdarzają się jednak głosy potępiające itępraktykę, jako upadek zdrowej zasady współżycia społecznego: „Minęły już czasy, gdy kolejka wwesołym miasteczku była wyznacznikiem równości, gdzie każda rodzina nawakacjach demokratycznie czekała naswoją kolej”, napisał jeden zkomentatorów.

Cociekawe, parki rozrywki często nie ogłaszają otwarcie specjalnych przywilejów, które mają wofercie. Aby nie drażnić zwykłych klientów, niektóre wesołe miasteczka wpuszczają tych specjalnych tylnymi drzwiami iprzez specjalne bramy; inne zapewniają gościom VIP eskortę podczas przechodzenia napoczątek kolejki. Tapotrzeba dyskrecji pokazuje, żepłatne wpychanie się dokolejek, nawet wlunaparku, stoi wsprzeczności zpowszechnym przekonaniem, żesprawiedliwość oznacza czekanie naswoją kolej. Tego rodzaju powściągliwość nie jest jednak wszechobecna–nie uświadczymy jej naprzykład nastronie biletowej Universal Studios, która zniepozostawiającą złudzeń szczerością zachwala kartę uprawniającą doprzejścia napoczątek kolejki (wcenie 149 dolarów): „Wskocz napoczątek kolejki–nawszystkie przejazdy, pokazy iatrakcje!”

Jeśli zniesmacza cię wpychanie się dokolejek wparkach rozrywki, zawsze możesz zamiast tego wybrać bardziej tradycyjne miejsce dozwiedzania, np.Empire State Building. Za22 dolary(16 dolarów dla dzieci) możesz wjechać windą naosiemdziesiąte szóste piętro iztamtejszego obserwatorium podziwiać spektakularny widok Nowego Jorku. Niestety, miejsce toprzyciąga kilka milionów turystów rocznie, awkolejce dowindy trzeba nieraz odstać całe godziny. Empire State Building oferuje więc teraz własną szybką ścieżkę. Wcenie 45 dolarów zaosobę można zakupić bilet ekspresowy, który uprawnia dowskoczenia napoczątek kolejki dokontroli bezpieczeństwa idowind. 180 dolarów zaczteroosobową rodzinę może wydawać się wygórowaną ceną zaszybsze wjechanie nagórę. Jednak strona internetowa informuje nas, żebilet ekspresowy jest „świetną okazją, bymaksymalnie wykorzystać czas wNowym Jorku–iwEmpire State Building–omijając kolejki iudając się wprost tam, gdzie sąnajlepsze widoki”

PASY DLA LEXUSÓW

Takie podejście do tworzenia szybkiej ścieżki można także zaobserwować naamerykańskich autostradach. Coraz częściej ich użytkownicy mogą wykupić sobie możliwość ucieczki zporuszających się wżółwim tempie pasów ruchu wprost napas ekspresowy. Zaczęło się towlatach 80. odspecjalnych pasów dla samochodów zwięcej niż jedną osobą. Wiele stanów, chcąc ograniczyć korki iilość zanieczyszczeń, stworzyło ekspresowe pasy dla osób wiozących wsamochodzie innych pasażerów. Przyłapanie samotnych kierowców natym pasie skutkowało słonymi mandatami. Niektórzy nawet posuwali się dotego, żenaprzednim siedzeniu umieszczali dmuchane lale znadzieją, żepatrol da się nabrać. Wjednym zodcinków serialu komediowegoCurb Your Enthusiasmjeden zbohaterów, Larry David, wykazuje się niespotykaną pomysłowością wwykupieniu sobie dostępu dopasa dla aut zpasażerami: natknąwszy się nakorek wdrodze namecz baseballowy Los Angeles Dodgers, wpada napomysł wynajęcia prostytutki–nie poto, byuprawiać znią seks, ale byposadzić jąnamiejscu pasażera wdrodze nastadion. Rzecz jasna realizacja tego planu pozwala mu dotrzeć namecz naczas.

Dziś wielu kierowców może zrobić tosamo nawet bez potrzeby wynajmowania pomocy. Zamniej niż 10 dolarów podczas godzin szczytu samotni kierowcy mogą wykupić sobie prawo dokorzystania zpasów dla samochodów zpasażerami. Prawo doszybszego przemieszczania się można nabyćm.in. wSan Diego, Minneapolis, Houston, Denver, Miami, Seattle iSan Francisco. Opłata zwykle jest uzależniona odstopnia natężenia ruchu–im większy ruch, tym wyższa opłata (wwiększości miast samochody zpasażerami wciąż mogą używać pasów ekspresowych zadarmo). Naautostradzie Riverside nawschodzie Los Angeles samochody nadarmowych pasach poruszają się zprędkością15–20 milnagodzinę, podczas gdy płacący kierowcy napasie ekspresowym mkną wtempie60–65 milnagodzinę.

Sątacy, którzy protestują przeciwko sprzedawaniu praw doomijania kolejki. Twierdzą, żemnożenie różnych ścieżek szybkiego dostępu przyczynia się douprzywilejowywania zamożnych iskazuje biednych nakoniec kolejki. Przeciwnicy płatnych pasów ekspresowych nazywają jepasami dla lexusów itwierdzą, żeich istnienie poprostu jest niefairwobec mniej zamożnych kierowców. Sąjednak itacy, którzy nie zgadzają się ztymi opiniami, argumentując, żenie manic złego wpobieraniu większych opłat zaszybszą usługę. Jeśli się korzysta zfirmy kurierskiej, trzeba zapłacić więcej zadostarczenie przesyłki następnego dnia. Lokalna pralnia zażąda dodatkowej opłaty zajednodniowe czyszczenie. Aprzecież nikt nie twierdzi, żefirma kurierska czy pralnia działa niefairtylko dlatego, żedostarczyła czyjąś paczkę czy wyprała czyjąś koszulę szybciej niż naszą.

Zpunktu widzenia ekonomisty długie kolejki potowary czy usługi sąniewydajnym marnotrawstwem iznakiem, żesystem cenowy nie był wstanie dostosować podaży ipopytu. Dopuszczenie opłat zaszybsze usługi nalotniskach, wparkach rozrywki czy naautostradach poprawia wydajność ekonomiczną, ponieważ umożliwia ludziom wycenę własnego czasu.

BIZNES KOLEJKOWY

Nawet jeśli nie możesz wykupić sobie miejsca napoczątku kolejki, toczasem możesz nająć kogoś, kto ustawi się wniej zaciebie. Coroku nowojorski Public Theater wystawia zadarmo sztukę Szekspira wCentral Parku. Bilety nawieczorne przedstawienie sądostępne od13.00, ale kolejka ponie ustawia się wiele godzin wcześniej. W2010 roku, gdy Al Pacino grał rolę Shylocka wKupcu weneckim, popyt nabilety był wyjątkowo wysoki.

Wielu nowojorczyków chciało zobaczyć sztukę, ale nie miało czasu nastanie wkolejce. Ten problem, jak donosiłNew York Daily News, dał początek specyficznej działalności chałupniczej–pojawiły się osoby gotowe zająć miejsce wkolejce pobilety, oczywiście zaopłatą. Stacze oferowali swe usługi nastronach internetowych zlokalnymi ogłoszeniami. Wzamian zastanie wogonku iznoszenie niewygód czekania potrafili wyciągnąć odswych zabieganych klientów nawet 125 dolarów nabilecie (przypomnijmy, żechodzi odarmowe przedstawienie).

Teatr próbował ukrócić ten proceder, ogłaszając, żehandel miejscami wkolejkach „nie leży wduchu parkowych przedstawień szekspirowskich”. Misją Public Theater, który jest przedsięwzięciem non profit dofinansowywanym zpublicznych pieniędzy, jest udostępnienie szerokiej publiczności zewszystkich środowisk przedstawień teatralnych nanajwyższym poziomie. Andrew Cuomo, który pełnił wówczas funkcję prokuratorageneralnego stanu Nowy Jork, naciskał nawet lokalny serwis ogłoszeniowyCraiglist, aby ten zaprzestał wyświetlania ogłoszeń reklamujących usługi kolejkowe. Oświadczył, że„sprzedawanie biletów, które zzałożenia mają być darmowe, pozbawia nowojorczyków możliwości korzystania zdobrodziejstw instytucji utrzymywanych zich podatków”.

Central Park nie jest jedynym miejscem, wktórym można zarobić nastaniu wkolejkach. WWaszyngtonie biznes kolejkowy staje się ostatnio domeną administracji państwowej. Naposiedzeniach komisji Kongresu, wczasie których odbywają się dyskusje dotyczące proponowanych zmian legislacyjnych, rezerwuje się kilka miejsc dla przedstawicieli mediów, apozostałe udostępnia się wszystkim chętnym nazasadzie „kto pierwszy, ten lepszy”. Wzależności odtematu irozmiaru sali kolejki chętnych doprzysłuchiwania się tym posiedzeniom ustawiają się dzień lub nawet kilka dni wcześniej, czasem wdeszczu lub wzimowych chłodach. Lobbyści powiązani zkorporacjami chętnie uczestniczą wtych posiedzeniach, bodaje im tomożliwość wdawania się wpogawędki zustawodawcami podczas przerw wobradach ipozwala nabieżąco śledzić zmiany legislacyjne dotyczące danej branży. Lobbyści oczywiście nie mają ochoty spędzać godzin wkolejkach wcelu zapewnienia sobie miejsca, więc mają natosposób: płacą tysiące dolarów profesjonalnym firmom kolejkowym, które wynajmują dotego ludzi.

Firmy kolejkowe rekrutują pracowników spośród emerytów, kurierów i, cozdarza się coraz częściej, osób bezdomnych, gotowych stawić czoło warunkom atmosferycznym itrzymać miejsce wkolejce. Kolejkowicze czekają nazewnątrz, apotem wmiarę przesuwania się ogonka przemieszczają się wkorytarzach parlamentarnych biurowców aż dosal przesłuchań. Bogaci lobbyści przybywają tuż przed rozpoczęciem posiedzenia, zamieniają się miejscami zeswymi kiepsko ubranymi zastępcami, poczym zajmują miejsca nasali.

Firmy kolejkowe żądają zausługę od36 do60 dolarów zagodzinę, cowpraktyce oznacza, żezapewnienie sobie miejsca naobradach komisji może kosztować nawet tysiąc dolarów iwięcej. Osoby stojące wkolejkach zarabiają 10–20 dolarów zagodzinę.The Washington Postopisał takie praktyki, nazywając jąurągającymi powadze Kongresu iuwłaczającymi społeczeństwu. Senator Claire McCaskill zMissouri związana zPartią Demokratyczną próbowała doprowadzić doich zakazania, jednak bez skutku. „Obraża mnie to, żeniektóre grupy interesu mogą wykupić miejsca naposiedzeniach Kongresu, tak jak kupuje się bilety nakoncert czy mecz piłkarski”, stwierdziła McCaskill.

Ten biznes dotarł niedawno zKongresu doamerykańskiego Sądu Najwyższego. Trudno się dostać naprzesłuchania dotyczące ważnych spraw konstytucyjnych. Jednak zaopłatą można wynająć osobę, która stanie zanas wkolejce izajmie nam dobre miejsce wnajwiększym sądzie wStanach Zjednoczonych.

Firma LineStanding.com reklamuje się jako „lider narynku zajmowania kolejek wKongresie”. Jej właściciel Mark Gross bronił tej praktyki, gdy senator McCaskill proponowała wprowadzenie przepisów jej zabraniających. Porównał wtedy stanie wkolejce dopodziału pracy nataśmie produkcyjnej wynalezionej przez Henry’ego Forda: „każdy pracownik był odpowiedzialny zaswoje konkretne zadanie naswoim odcinku taśmy produkcyjnej”. Lobbyści sprawdzają się wchodzeniu naposiedzenia komisji i„analizowaniu wszystkich wystąpień”, senatorowie ikongresmeni specjalizują się w„podejmowaniu dobrych iprzemyślanych decyzji”, astacze kolejkowi sąod, no cóż… odczekania. „Podział pracy czyni zAmeryki doskonałe miejsce dla pracowników”, stwierdził Gross. „Stanie wkolejkach może wydać się nieco dziwną praktyką, ale wrzeczywistości jest touczciwa praca wduchu gospodarki wolnorynkowej”.

Zgadza się ztym Oliver Gomes, zawodowy stacz kolejkowy. Gdy dostał tępracę, mieszkał wschronisku dla bezdomnych. Wwywiadzie, który przeprowadziła znim telewizja CNN, podczas gdy zajmował jednemu zlobbystów miejsce wkolejce naposiedzenie poświęcone zmianom klimatycznym, powiedział: „Czuję się trochę lepiej, kiedy siedzę wkorytarzach Kongresu. Totak, jakbym awansował, trochę jakby tubyło moje miejsce, jakbym miał swój wkład, nawet natakim minimalnym poziomie”.

Ale to, codla Gomesa było otwarciem się nowych perspektyw, dla niektórych obrońców środowiska oznaczało frustrację. Grupa przybyłych ekologów nie mogła się dostać naprzesłuchanie poświęcone zmianom klimatycznym. Wszystkie miejsca nasali były już zajęte przez osoby wynajęte przez lobbystów. Oczywiście można argumentować, żegdyby obrońcom środowiska naprawdę zależało nauczestnictwie wobradach, ustawiliby się wkolejce jeszcze poprzedniego dnia. Albo mogliby wynająć bezdomnych, którzy zrobiliby tozanich.

BILET NA BADANIE LEKARSKIE KUPIONYOD KONIKA

Ustawianie się wkolejce zapieniądze nie jest wyłącznie amerykańskim zjawiskiem. Ostatnio podczas wizyty wChinach dowiedziałem się, żebiznes kolejkowy stał się standardem wnajlepszych szpitalach wPekinie. Reformy rynkowe zostatnich dwudziestu lat przyniosły cięcia wwydatkach naszpitale publiczne ikliniki, zwłaszcza wrejonach wiejskich, więc tamtejsi pacjenci podróżują teraz dodużych państwowych szpitali wstolicy iustawiają się wdługich kolejkach doizby przyjęć. Czekają ponocach, nieraz przez kilka dni, aby zarejestrować się dolekarza.

Bilet potwierdzający rejestrację nie kosztuje wiele–zaledwie 14 juanów (równowartość 2 dolarów)–ale sęk wtym, żeniełatwo go zdobyć. Zamiast koczować dniami inocami wkolejce, niektórzy zdesperowani pacjenci kupują bilety rejestracyjne odkoników, które zkolei robią świetny interes naistnieniu olbrzymiej luki między podażą ipopytem nate usługi. Wynajmują ludzi, którzy stoją wkolejkach dorejestracji, apotem sprzedają bilety rejestracyjne zasetki dolarów–kwoty przewyższające kilkumiesięczny dochód przeciętnego mieszkańca wsi. Najdroższe sąwizyty unajlepszych specjalistów–koniki polują nanie, jakby tobyły miejsca natrybunach honorowych nafinałowy mecz pierwszej ligi amerykańskiego baseballu. Gazeta Los Angeles Times opisała taką scenę zudziałem konika przed izbą przyjęć pekińskiego szpitala: „Doktor Tang! Doktor Tang! Komu bilety nawizytę udoktora Tanga? Reumatologia czy immunologia?”.

Jest coś odrażającego whandlu biletami nawizytę ulekarza. Popierwsze, taki system wynagradza podejrzanych pośredników zamiast osoby, które dostarczają rzeczywistej opieki medycznej. Doktor Tang mógłby zapytać dlaczego, skoro wizyta reumatologiczna warta jest 100 dolarów, większość tej sumy dostaje konik, anie sam lekarz czy szpital. Ekonomiści zgodnie doradziliby wtej sytuacji szpitalom podniesienie cen. Wrzeczy samej, niektóre pekińskie szpitale utworzyły dodatkowe okienka, gdzie zawiększą opłatą można umówić wizytę zkrótszą kolejką. Takie okienkopremiumjest szpitalną wersją szybkich ścieżek nalotniskach ibezkolejkowych biletów wparkach rozrywki–czyli praktyką pozwalającą zaopłatą przeskoczyć kolejkę.

Jednak bez względu nato, czy nadodatkowym zapotrzebowaniu zarabiają koniki czy szpitale, kolejkapremiumdoreumatologa każe nam zastanowić się nad bardziej fundamentalnym pytaniem: czy jest wporządku pozwalanie pacjentom napominięcie kolejki doopieki medycznej tylko dlatego, żestać ich, byzapłacić więcej?

Koniki ispecjalne okienka biletowe wpekińskich szpitalach ilustrują tękwestię bardzo wyraźnie. Tosamo pytanie dotyczy również subtelniejszej formy omijania kolejek, coraz popularniejszej wStanach Zjednoczonych–amianowicie coraz prężniej działającego rynku usługtzw. medycynyconcierge.

MEDYCYNA CONCIERGE

Mimo żewamerykańskich szpitalach próżno byszukać koników, system opieki zdrowotnej jest tak skonstruowany, żeczęsto trzeba sporo się naczekać. Wizyty ulekarzy trzeba umawiać zwielotygodniowym, aczasem nawet wielomiesięcznym wyprzedzeniem. Gdy już uda nam się dotrzeć dogabinetu, nieraz musimy odczekać swoje pod drzwiami tylko poto, żeby lekarz poświęcił nam wpośpiechu 10 lub 15 minut. Powód jest następujący: firmy ubezpieczeniowe nie płacą zbyt wiele lekarzom podstawowej opieki zdrowotnej zarutynowe wizyty. Aby więc się utrzymać, lekarze mają wswoich kartotekach po3 tysiące lub nawet więcej zarejestrowanych osób iczęsto muszą wpośpiechu przebadać oddwudziestu pięciu dotrzydziestu pacjentów dziennie.

Wielu pacjentów ilekarzy jest sfrustrowanych tym systemem, który nie zapewnia medykom wystarczającej ilości czasu nazapoznanie się zpacjentami iodpowiedzi naich pytania. Stąd rosnąca liczba lekarzy oferuje formę opieki umożliwiającą poświęcenie większej uwagi pacjentowi–tzw. medycynęconcierge. Niczymkonsjerż wpięciogwiazdkowym hotelu lekarz świadczący tego typu usługi jest dostępny24 godzinynadobę. Zacenęrocznej składki wwysokości od1,5 do25 tysięcy dolarów pacjenci mają zapewnione wizyty tego samego lub następnego dnia, niespieszne konsultacje bez konieczności czekania, atakże całodobowy dostęp dolekarza przez e-mail itelefon komórkowy. Ajeśli konieczna będzie wizyta uspecjalisty, tolekarz jązorganizuje.

Aby zapewnić tak troskliwą opiekę, medycy bardzo ograniczają liczbę pacjentów, którymi się zajmują. Lekarze, którzy decydują się naotwarcie praktykiconcierge, wysyłają swym dotychczasowym pacjentom list, pozostawiając im wybór: albo zdecydują się nanową bezkolejkową usługę zaroczną opłatą, albo muszą sobie znaleźć nowego doktora.

Jedną zpierwszych (aprzy tym jedną znajdroższych) firm oferujących tego typu usługi jest założona wSeattle w1996 roku firmaMD². Zaroczną opłatą 15 tysięcy dolarów zaosobę (25 tysięcy zarodzinę) firma obiecuje „absolutny, nieograniczony iwyłączny dostęp dolekarza osobistego”. Każdy zlekarzy mapod opieką tylko pięćdziesięciu pacjentów, cofirma tłumaczy naswej stronie wnastępujący sposób: „dostępność ipoziom świadczonych przez nas usług wymaga ograniczenia dostępności naszej praktyki tylko dla nielicznych”. Artykuł wmagazynieTown & Countryopisuje, że„poczekalniaMD²przypomina raczej foyer hotelu Ritz niż gabinet lekarski”. Jednak niewielu pacjentów pojawia się tam osobiście. Większość znich to„prezesi iwłaściciele firm, którzy nie chcą tracić godziny pracowitego dnia nawizytę wgabinecie lekarskim iwolą korzystać zopieki zdrowotnej wzaciszu swojego domu lub biura”.

Inne usługi medycynyconciergesąbardziej zorientowane nawyższą klasę średnią.MDVIP, niepubliczna sieć medycynyconciergezsiedzibą naFlorydzie, oferuje wizyty lekarskie umawiane tego samego dnia iszybką obsługę (np.odbieranie telefonów odpacjentów przed drugim dzwonkiem) wcenie od1500 do1800 dolarów rocznie, akceptując też opłaty zubezpieczenia przy standardowych procedurach medycznych. Lekarze współpracujący zfirmą ograniczają liczbę pacjentów dosześciuset, copozwala napoświęcenie każdemu znich więcej czasu. Firma zapewnia pacjentów, że„czekanie nie będzie już częścią ich doświadczeń zesłużbą zdrowia”. WedługTheNew York TimesawprzychodniMDVIPwBoca Raton wpoczekalni można częstować się sałatką owocową iciastem biszkoptowym, ale ponieważ czeka się krótko albo wcale, jedzenie często pozostaje nietknięte.

Lekarzomconciergeiich pacjentom taki rodzaj opieki zdrowotnej zapewnia wszystko, czym medycyna być powinna. Lekarze mają ośmiu dodwunastu, zamiast trzydziestu, pacjentów dziennie ifinansowo wychodzą naswoje. Medycy związani zMDVIPzatrzymują dwie trzecie rocznych składek (jedną trzecią zabiera firma), coprzy liczbie sześciuset pacjentów daje roczny dochód wwysokości 600 tysięcy dolarów zsamych składek, nie licząc refundacji zfirm ubezpieczeniowych. Dla pacjentów, którzy mogą sobie pozwolić nakorzystanie ztakich usług, spokojne konsultacje icałodobowy dostęp dolekarza sąluksusem, zaktóry warto płacić.

Minus tego zjawiska tooczywiście fakt, żetaki rodzaj opieki zdrowotnej opiera się nazepchnięciu wszystkich pozostałych pacjentów doprzepełnionych kolejek ustawiających się doinnych lekarzy. Budzi tozatem ten sam rodzaj oburzenia, jak wszystkie inne praktyki szybkiej ścieżki: jest niefairwobec osób pozostawionych napasie wolnego ruchu.

Medycynaconciergetooczywiście nie tosamo, cospecjalne okienka biletowe ikupowanie wizyt lekarskich odkoników wPekinie. Ci, których nanią nie stać, wciąż mogą znaleźć niezłą opiekę gdzie indziej, podczas gdy wPekinie byliby skazani naczekanie dniami inocami wniekończących się kolejkach.

Jednak oba systemy mają zesobą coś wspólnego–każdy umożliwia zamożnym pacjentom przeskoczenie kolejki dolekarza. WPekinie odbywa się tomoże wsposób bardziej bezceremonialny niż wBoca Raton–wydaje się, żejest ogromna różnica między zgiełkiem zatłoczonej izby przyjęć icichą poczekalnią znietkniętym ciastem biszkoptowym. Ale jest tak tylko dlatego, żekiedy pacjent korzystający zusługiconciergeprzyjeżdża naswoją umówioną wizytę, tojuż jakby wskoczył napoczątek kolejki–stało się toniejako poza jego udziałem–przez wpłacenie składki.

ARGUMENTY RYNKOWE

Powyższe historie sąznakiem naszych czasów. Nalotniskach iwparkach rozrywki, wkorytarzach parlamentu czy lekarskich poczekalniach etyka kolejki („kto pierwszy, ten będzie wcześniej obsłużony”) zostaje zastąpiona etyką rynku („dostajesz to, zacopłacisz”).

Ten przeskok jest odzwierciedleniem szerszego problemu dotyczącego coraz większego wpływu rynku nate sfery życia, które dotychczas rządziły się normami nierynkowymi.

Sprzedaż prawa doprzeskakiwania kolejki nie jest bynajmniej najbardziej drastycznym przykładem tego trendu. Chodzi raczej oto, żeprzyjrzenie się dobrym izłym aspektom takich praktyk, jak zastępowanie kogoś wkolejce czy wykup miejsc wkolejce dolekarza wcelu ich późniejszego odsprzedania zzyskiem, może nam pomóc wdostrzeżeniu moralnego wymiaru (atakże moralnych ograniczeń) myślenia rynkowego.

Czy jest coś złego wwynajmowaniu ludzi dostania wkolejce albo wbyciu konikiem, który odsprzedaje bilety? Większość ekonomistów powie, żenie. Nie jest im zbyt bliska tradycyjna etyka kolejki. Jeśli chcesz nająć bezdomnego, żeby zaciebie stał wogonku, tozjakiej racji ktoś miałby się czepiać?–pytają. Jeśli wolę odsprzedać swoje bilety, niż jewykorzystać, toczemu ktoś miałby mitego zabraniać?

Zaprzewagą postulatu rynkowego nad kolejkowym przemawiają dwa argumenty. Popierwsze, chodzi ouszanowanie wolności jednostki; podrugie–omaksymalizację dobrobytu czy też publicznej użyteczności. Pierwszy argument jest natury liberalnej–opiera się nazałożeniu, żekażdy człowiek powinien mieć wolność wyboru imóc kupować isprzedawać comu się żywnie podoba, jeżeli nie narusza praw innych ludzi. Liberałowie sprzeciwiają się regulacjom prawnym wymierzonym wodsprzedaż biletów zzyskiem ztych samych powodów, dla których sprzeciwiają się ustawodawstwu przeciwko prostytucji czy sprzedaży ludzkich organów: ich zdaniem takie regulacje naruszają wolność jednostki iingerują wświadome wybory dorosłych osób.

Drugi argument rynkowy, bardziej popularny wśród ekonomistów, jest natury praktycznej. Zgodnie znim wymiana rynkowa służy zarówno kupującym, jak isprzedającym, poprawiając nasz wspólny dobrobyt idziałając narzecz pożytku społecznego. To, żejaiosoba, która stanie zamnie wkolejce, ubijemy interes, sprawia, żeobydwoje wychodzimy wrezultacie naswoje. Wyłożenie 125 dolarów, żeby móc zobaczyć sztukę Szekspira bez kolejki, musi oznaczać dla mnie korzyść–wprzeciwnym razie najmowanie stacza nie miałoby sensu. Zarobienie 125 dolarów zaodstanie wielu godzin wkolejce też musi się staczowi opłacać–inaczej bytego nie robił. Obydwaj zyskujemy natej transakcji, nasze potrzeby konsumenckie sąlepiej zaspokojone. Towłaśnie mają namyśli ekonomiści, gdy mówią, żewolny rynek optymalnie alokuje dobra. Umożliwiając ludziom wymianę przynoszącą obopólne korzyści, rynek przydziela poszczególne dobra tym, dla których stanowią one największą wartość, mierzoną wgotowości zapłacenia zanie odpowiedniej ceny.

Mój kolega Greg Mankiw–ekonomista iautor jednego znajczęściej używanych wStanach Zjednoczonych podręczników ekonomii–używa przykładu odsprzedawania biletów przez koników jako ilustracji zalet wolnego rynku. Popierwsze, wyjaśnia, wydajność ekonomiczna polega naalokacji dóbr wsposób, który maksymalizuje „ekonomiczny dobrobyt całego społeczeństwa”. Zauważa też, żewolny rynek przyczynia się dotego przez „rozdział dóbr pomiędzy kupującymi, dla których stanowią one największą wartość, mierzoną wich gotowości zapłacenia zanie odpowiedniej ceny”. Spójrzmy nakoników: „jeśli gospodarka maalokować ograniczone zasoby wsposób efektywny, todobra muszą trafiać dotych konsumentów, którzy najbardziej jecenią. Odsprzedaż biletów jest przykładem skutecznego iefektywnego działania rynku (…). Narzucając najwyższą cenę, jakiej rynek jest wstanie sprostać, koniki przyczyniają się dotego, żebilety trafiają wręce konsumentów najbardziej chętnych, byzanie zapłacić”.

Jeśli argument wolnorynkowy jest słuszny, toani firmy kolejkowe, ani koniki nie powinny być potępiane zanaruszanie uczciwych reguł stania wkolejce; wprost przeciwnie–powinno się ich wychwalać zadziałania narzecz pożytku publicznego przez udostępnianie zbyt nisko wycenionych dóbr tym, którzy sąnajbardziej skorzy zanie płacić.

RYNEK KONTRA KOLEJKI

Ocozatem chodzi ztąkolejkową etyką? Pocomielibyśmy przeganiać staczy kolejkowych ikoników zCentral Parku czy Kapitolu? Rzecznik prasowy organizatora przedstawień szekspirowskich wparku uzasadnia towten sposób: „zabierają miejsca ibilety osobom, które chcą zobaczyć Szekspira wparku. Amychcemy, byludzie mogli dostać jezadarmo”.

Pierwsza część tego argumentu jest chybiona. To, żewkolejce będą stały wynajęte osoby, nie zmieni przecież całkowitej liczby osób, które zobaczą przedstawienie–wpłynie natomiast nato, kto jezobaczy. Prawdą jest natomiast stwierdzenie rzecznika, żestacze odbierają bilety osobom, które chętnie zobaczyłyby sztukę, ale stoją nakońcu kolejki. No, ale ci, doktórych wkońcu te bilety trafiają, też chcą zobaczyć sztukę–inaczej nie wykładaliby lekką ręką 125 dolarów tylko poto, byktoś postał zanich wkolejce.

Rzecznikowi prawdopodobnie chodziło oto, żehandel biletami jest poprostu niefairwobec ludzi, których nie stać nazapłacenie 125 dolarów–stawia ich naprzegranej pozycji isprawia, żetrudniej jest im zdobyć bilety. Ten argument jest mocniejszy. Kiedy stacz albo konik zdobywa bilet, ktoś stojący wkolejce zanimi przegrywa–ktoś, kogo być może nie stać nacenę przez nich narzuconą.

Zwolennicy wolnego rynku pewnie będą odpierać ten zarzut: skoro organizator przedstawienia naprawdę chce wypełnić widownię osobami żywo zainteresowanymi sztuką iwten sposób zapewnić im maksymalną przyjemność zuczestnictwa wtym wydarzeniu, topowinno mu również zależeć natym, bybilety trafiały dotych, którzy najbardziej jedocenią. Czyli doosób skłonnych zapłacić zanie najwięcej. Zatem najlepszym sposobem wypełnienia teatru publicznością przygotowaną dotego, byjak najwięcej wynieść zudziału wspektaklu, jest otwarcie się nadziałanie wolnego rynku–czy toprzez sprzedaż biletów ponajwyższej cenie, jaką rynek będzie wstanie przyjąć, czy też przez dopuszczenie koników istaczy, którzy sprzedadzą bilety osobom skłonnym zapłacić najwięcej. Udostępnienie biletów osobom gotowym zapłacić najwyższą cenę jest najlepszym sposobem weryfikacji tego, kto najwyżej ceni spektakle szekspirowskie.

Ten argument nie jest jednak przekonujący. Nawet jeśli naszym celem jest optymalizacja użyteczności publicznej, tojednak rynek niekoniecznie będzie torobił lepiej niż kolejka–chodzi oto, żegotowość płacenia zapewne dobra nie pokazuje, kto najwyżej jeceni. Dzieje się tak dlatego, żeceny rynkowe odzwierciedlają nie tylko gotowość, ale również możliwość (lub jej brak) poniesienia wydatku. Może przecież tak się zdarzyć, żenie będzie stać nabilet kogoś, kto właśnie bardzo chce iść nasztukę Szekspira czy mecz Red Sox. Może być też tak, żektoś, kto zapłacił zabilet, wcale nie będzie umiał docenić przedstawienia.

Zauważyłem naprzykład taką prawidłowość, żeludzie zajmujący drogie miejsca natrybunach stadionu baseballowego często spóźniają się namecz iwychodzą przed końcem. Zastanawiam się więc, wjakim stopniu wogóle obchodzi ich baseball. To, żemogą sobie pozwolić nanajlepsze miejsca, maprawdopodobnie więcej wspólnego zzawartością ich portfela niż zpasją sportową. Napewno nie sątak zainteresowani meczem jak niektórzy kibice, zwłaszcza młodzi, których coprawda nie stać namiejsca wlożach, ale zatopotrafią wymienić średnią ilość trafień każdego zawodnika wpodstawowym składzie. Ponieważ ceny rynkowe odzwierciedlają zarówno chęć, jak imożliwość ponoszenia kosztów, nie można ich traktować jako wymiernego wskaźnika, kto najwyżej ceni sobie poszczególne dobra.

Powyższy argument jest powszechnie znany, wręcz oczywisty. Przytaczam go, ponieważ rzuca cień nawysuwane przez ekonomistów twierdzenie, jakoby rynek (anie kolejka) był najlepszym sposobem zdobywania dóbr przez osoby, którym nanich najbardziej zależy. Wniektórych wypadkach towłaśnie gotowość wystania wkolejce pobilety doteatru lub namecz lepiej pokaże, kto naprawdę chce uczestniczyć wtym wydarzeniu, akto tylko jest gotów zanie zapłacić.

Obrońcy odsprzedaży biletów podkreślają, żestanie wkolejkach „dyskryminuje osoby zapracowane nakorzyść tych, które mają więcej wolnego czasu”. Toprawda, ale natej samej zasadzie można uznać, żerynek dyskryminuje mniej zamożnych nakorzyść tych, którzy mają najwięcej pieniędzy. Tak jak rynek rozdysponowuje dobra według gotowości izdolności doponoszenia wydatków, tak samo wprzypadku kolejki decyduje gotowość imożliwość czekania. Inie mażadnych podstaw, byuznać, żegotowość płacenia zaokreślone dobra jest lepszą miarą ich wartości dla danej osoby niż gotowość czekania.

Zatem utylitarne przesłanki świadczące owyższości rynku nad kolejką sąwdużym stopniu przypadkowe. Rynek czasem dostarcza dóbr tym, którzy najwyżej jecenią; innym razem będzie tomożliwe dzięki odczekaniu wkolejce. To, czy wdanym przypadku lepiej poradzi sobie ztym zadaniem rynek czy kolejka, jest pytaniem natury empirycznej, anie kwestią, która może być zgóry rozstrzygnięta przez abstrakcyjne ekonomiczne teoretyzowanie.