Strona główna » Obyczajowe i romanse » Diagnoza. Osaczenie

Diagnoza. Osaczenie

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 9788381640527

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Diagnoza. Osaczenie

Tym razem poznajemy losy bohaterów przebojowego serialu TVN, zanim trafili do rybnickiego szpitala. Po tragicznych wydarzeniach, do których doszło na Wybrzeżu, Artman zabiera Annę do Szwecji, tłumacząc, że poświęca się dla jej dobra. Bezpieczny azyl okazuje się złotą klatką. Artman boi się, że żona odkryje straszną prawdę o nim, dlatego manipuluje nią bez skrupułów, separuje i dręczy psychicznie. Anna chce zrozumieć, co dzieje się wokół niej, ale im bardziej zbliża się do prawdy, w tym większym jest niebezpieczeństwie. Gdy zamordowana zostaje młoda Polka, wszystkie tropy śledztwa prowadzą do Anny, która coraz mniej ufa swoim zmysłom. Jak się ocknąć, będąc w pajęczynie kłamstw manipulatora? I co naprawdę wydarzyło się w Uppsali? Obyczajowo-kryminalna trzymająca w napięciu powieść oparta na wątkach z hitu TVN odkrywa to, czego widzowie nie zobaczą na ekranie.

Polecane książki

Dary wiatru północnego” to kolejna powieść autorstwa Wacława Sieroszewskiego.   Syn biednej komornicy wyrusza na koniec świata, by pomścić swoją krzywdę. Sprawca tej krzywdy, wiatr północny, wynagradza chłopaka, ten jednak nie potrafi rozsądnie korzystać z darów &nd...
Nastolatki pod lupą to kolejna, po bestsellerowej pozycji Szczęśliwe dziecko, książka Dr Aleksandry Piotrowskiej kierowana do rodziców i opiekunów. Tym razem znana psycholog w rozmowie z Ewą Świerżewską pomaga zrozumieć nastolatka, którym stało się nasze dziecko. Okres dojrzewania to wyjątkowy czas,...
„Zielony Kangur” to powieść epicka z elementami filozofii, niekiedy również horroru. Rozpoczyna się od piątki kompanów idących przez ciemny tunel. Następnie, Zielony Kangur, główny bohater książki, budzi się w bogatym mieście, gdzie rozgrywa się większa część fabuły....
  Czy sukienka z wyprzedaży może zrujnować życie? Czasami tak… Paige kupiła suknię ślubną pod wpływem impulsu. Przecież jest samotna, nawet nie chodzi na randki. Wracając do domu z szyfonowym cudem w kolorze szampana, podejmuje desperacką decyzję. Umówi się na randkę z pierwszym napotkanym mężczyzną...
Do czego zdolna jest matka dla swojego dziecka?   Madame Fontaine, wdowa po wybitnym chemiku, ma w sobie wystarczająco determinacji i przebiegłości, żeby doprowadzić do skutku plany matrymonialne młodej Minny i każdemu, kto ośmieli się stanąć na jej drodze grożą niebezpieczne konsekwencje...
Nawet Marta nie wie, dlaczego przestała fotografować drzewa i kwiaty, a skupiła się na wilgotnych i zapuszczonych bramach, wypełniających ulice miast. Jej życie jest uporządkowane i spokojne: pomaga mężowi w prowadzeniu firmy, wychowuje syna, który postanowił spróbować swoich sił na emigracji. Dawna...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Anna Demobowska

Copyright for Polish Edition © 2019 Edipresse Kolekcje sp. z o.o.
Copyright © by TVN
Copyright by the text © Anna Dembowska
Edipresse Kolekcje sp. z o.o.
ul. Wiejska 19
00-480 Warszawa

Dyrektor Zarządzająca Segmentem Książek: Iga Rembiszewska
Redaktor kreatywna projektu: Magda Mazur
Produkcja: Klaudia Lis
Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk,
Beata Gontarska
Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska
Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51);
Beata Trochonowicz (tel. 22 584 25 73);
Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Biuro Obsługi Klienta
www.hitsalonik.pl
mail: bok@edipresse.pl
tel.: 22 584 22 22
(pon.–pt. w godz. 8–17)

Redakcja: Zofia Rokita
Korekta: Katarzyna Szajowska
Projekt okładki, skład i łamanie: Magdalena Zając
Zdjęcie na okładce: TVN/Marcin Kempski I Like Photo

Serial na podstawie pomysłu Katarzyny Śliwińskiej-Kłosowicz,
producent Dorota Kośmicka-Gacke/DGA Studio, produkcja TVN.

ISBN: 978-83-8164-052-7

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie
w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek
formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych
w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela
praw autorskich.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Rozdział I

Kłamstwo musi być lepsze od prawdy, skoro tak chętnie w nim żyjemy.
Łatwo przyswajamy, czego lepiej nie wiedzieć, co wypierać, co ignorować,
na co być głuchym, jak patrzeć, by nie zobaczyć. Odruchowa reakcja na
dwa pierwsze zdania: „Ooo… to nie o mnie”. Cóż, jesteśmy w tym całkiem
nieźli, szkolimy się od małego, niepostrzeżenie zmieniamy rzeczywistość,
którą każdy nazywa swoimi słowami. Wyświetlamy sobie własne życie,
wymyślamy siebie. A że płynie w nas ten sam kwas deoksyrybonukleinowy,
to każdy jest dobry, każdy ma rację, każdy wie lepiej, każdy zna
sprawiedliwość. Nie unikniemy śmierci, jednak żyjemy w przekonaniu, że
nas nie dotyczy. Równie zgrabnie omijamy choroby, lajkujemy i wspieramy
zbiórki na leczenie, pozostając przy tym w niezachwianej wierze, że
choroby nam się nie przytrafią.

„Guz nadnerczy? Skąd on we mnie? Nie, to nie może być prawda, brzmi jak
pieprzony żart”, pomyślała Julia, gdy usłyszała diagnozę. I nic w tym
dziwnego, miała osiemnaście lat, od dawna z sukcesami trenowała biatlon,
rak to ostatnia rzecz, która mogłaby jej się przydarzyć. Miały być
medale, a nie jazda na wózku po szpitalu. Choroby wydawały jej się dotąd
tak odległe, jakby co najmniej odkryto je na innej planecie.

– Sezon się zaczyna, za miesiąc mam zawody… – zaczęła tłumaczyć
lekarzowi. Jednak z wyrazu jego twarzy wyczytała, że nici z zawodów.

– Córeczko, co ty opowiadasz?! – wtrąciła mama Julii. – Nie słyszałaś,
co powiedział pan doktor? Masz raka…

– Wskazane byłoby rozpoczęcie leczenia dość szybko. Guz nadnerczy nie
poddaje się chemioterapii, ma dużą skłonność do inwazji miejscowej i przerzutów. Nie możemy wykluczyć nacieków w miąższ nerki – mówił doktor
monotonnym tonem pozbawionym emocji. – Biorąc pod uwagę rozmiary guza,
najrozsądniej będzie jak najszybciej przeprowadzić zabieg.

– Jaki zabieg? – dopytała się Julia.

– Operację chirurgiczną.

„To grubo nie fair”, pomyślała Julia, patrząc w niemalże przezroczystą z przerażenia twarz mamy. „Mam przejebane”.

Chirurgia to właściwie dość prosta metoda leczenia, wycinanie chorych
fragmentów, zaszywanie, czasem wszywanie. Zamiast nożyc krawieckich
chirurg ma skalpel wykonany z ultratwardego węgliku tytanu lub nóż
elektrochirurgiczny, który przypomina długopis. Szyje ręcznie dziwaczną
igłą wygiętą w łuk. Leży przed nim na stole nie wypchany, ale żywy
człowiek, który oddał swoje życie w jego ręce.

Dla chirurga nefrektomia, czyli usunięcie nerki, to nie jest operacja
skomplikowana. Nigdy jednak nie można być zbyt pewnym siebie. Bo nie ma
prostych operacji, każda może zaskoczyć. Dlatego w tym zawodzie
wyznacznikiem prawdziwego profesjonalisty jest pokora. Błąd może
kosztować życie. Na to bowiem, co dzieje się po „otwarciu” pacjenta,
mają wpływ wielorakie czynniki – od wagi pacjenta przez geny,
właściwości naczyń po wrodzone anomalie anatomiczne. Tego nie pokaże
żaden tomograf.

Chirurg ma prawo stanąć przy stole operacyjnym jako samodzielny operator
dopiero po sześciu latach studiów medycznych, rocznym stażu i kolejnych
sześciu latach specjalizacji. Aktywny chirurg wykonuje od dwóch do
pięciu operacji dziennie, ręce musi mieć sprawne i elastyczne niczym
pianista. Chirurgia to medyczna ekstraklasa, dla najtwardszych,
najlepszych i najbardziej zdeterminowanych. Za takiego właśnie był
uważany i bardzo w środowisku medycznym ceniony profesor Jan Artman.

Tego dnia, 10 grudnia 2014 roku, profesor Artman operował z Anną
Leśniewską, swoją partnerką życiową, wcześniej jego studentką. Połączyła
ich chirurgia. Oboje byli utalentowani i ambitni. Anna miesiąc przed tą
operacją wróciła z urlopu macierzyńskiego.

Czas na sali upływał w rytm miarowego pikania urządzeń rejestrujących
funkcje życiowe pacjentki. Zaintubowana Julia miała zaklejone plastrami
powieki, by jej otwarte oczy nikogo nie niepokoiły. Była w pełnej
narkozie. Cały czas czuwał nad nią anestezjolog. Na tacy przed
instrumentariuszką lśniły zdezynfekowane w dwustu stopniach Celsjusza
narzędzia ze stali nierdzewnej: skalpele, haki, klemy, zamki, nożyczki,
wygięte igły, imadła, pęsety. Inna pielęgniarka odbierała od chirurgów
niepotrzebne narzędzia, brudne okłady, zakrwawione serwety. Zespół
działał jak dobrze naoliwiona maszyna.

Operacja Julii toczyła się bez niespodzianek. Artman dokonał szerokiego
bocznego cięcia pod lewym dwunastym żebrem pacjentki. Pod naporem jego
pewnej ręki skalpel przeciął gładko oklejoną folią skórę. Po przecięciu
tkanek podskórnych, założeniu haków, podwiązaniu naczyń uzyskali dostęp
do nerki. Mozolnie przygotowali naczynia do resekcji. Anna chirurgicznym
nożem elektrycznym tamowała drobne źródła krwawienia. Taki nóż tnie jak
skalpel, ale Anna robiła nim coś odwrotnego – zespalała naczynia.
Wprawnym ruchem ręki delikatnie przybliżała jego końcówkę do naczynia
i… „zacerowane”. Była teraz całkowicie pochłonięta pracą, z powodu
urlopu macierzyńskiego dawno nie praktykowała, brakowało jej sali
operacyjnej. Nie myślała o dzieciach ani co zjadła jej
dziesięciomiesięczna córeczka. O tym pomyśli, gdy zdejmie maskę
chirurgiczną, rękawiczki i fartuch.

Artman wypreparował moczowód, zamknął go i przeciął. Tak samo należało
postąpić z tętnicą i żyłą łączącymi chorą nerkę z krwiobiegiem.

– Klem poproszę – powiedział Artman.

Instrumentariuszka włożyła klem w jego otwartą dłoń. Założył go, zamknął
naczynie, po czym spojrzał na Annę i powiedział:

– Ostatni ruch zostawiam tobie. Przetnij żyłę nerkową. – Wiedział, że
jej na tym zależy.

Anna utkwiła wzrok w oczach Artmana, jej spojrzenie było pełne ciepła.
Patrzyła nie jak chirurg, ale jak kobieta kochająca. Artman się speszył,
dreszcz przebiegł po jego ciele.

– Nożyczki poproszę – zwróciła się Anna do instrumentariuszki
zdecydowanym głosem.

Anna przecięła żyłę nerkową. Następnie wsunęła rękę pod nerkę i wyjęła
ją. Na dłoni poczuła ciepło ludzkich wnętrzności, nerka nadal jeszcze
pulsowała życiem, od którego właśnie została odcięta. Anna odłożyła
nerkę do naczynia. Jej rękawice ociekały krwią.

– Proszę nie zalewać preparatu. – Artman zwrócił się do pielęgniarki. Ta
przejęła pojemnik z wyciętą nerką i odstawiła go na bok.

– Podkłucie – poprosiła Anna.

Instrumentariuszka podała jej podwiązkę, następnie szycie. Anna zaczęła
szyć, wprawnie manewrując trzymaną imadłem igłą. Precyzyjnie zakładała
szwy, była w swoim żywiole, na swoim miejscu, robiła to, co było jej
powołaniem, ratowała zdrowie i życie.

– Serweta, proszę.

– Tu nie ma żadnego guza! – łamanym głosem oznajmiła pielęgniarka,
nachylając się nad wyciętym organem. – To jest zdrowa nerka!

Anna delikatnie poprawiła serwetę i odwróciła się do pielęgniarki.
Niedowierzanie mieszało się z przerażeniem, że kilka sekund temu stało
się coś nieodwracalnego. Zapadła cisza. Urządzenia monitorujące pikały
miarowo, jak gdyby nigdy nic.

– Spokojnie. Na tomografie widać go wyraźnie – powiedział Artman. – A czy nie ma, to już wykażą próby histopatologiczne. Proszę odnieść nerkę
do laboratorium.

Pielęgniarka wyniosła pojemnik z nerką z sali. Z profesorem się nie
dyskutuje.

Anna próbowała kontynuować, zachować zimną krew, lecz najgorsze myśli
galopowały po jej głowie, tętentem wytrącały pewność z rąk. Artman
przejął operację, ale Anna nie mogła odejść od stołu, jej asysta była
niezbędna do samego końca.

Napięcie narastało z każdą sekundą, nikt nic nie mówił. Pielęgniarka
wycierała kropelki potu z czoła Anny. Zwykle robiła to dość bezmyślnie,
tym razem było jej żal lekarki. Anna zaciskała zęby, nie pozwoliła
owładnąć się emocjom. I gdy tak tkwiła w bezruchu na hakach, wydawało
jej się, że wiszące nad polem operacyjnym lampy rozświetlają się. Było
coraz jaśniej, tak jasno, że bolały ją oczy. Miała wrażenie, że wtacza
na górę wielki głaz i z każdym krokiem staje się on coraz cięższy.

Godzinę po operacji Artman chodził w tę i z powrotem po niewielkim
pokoju lekarskim. Anna wodziła za nim zamglonymi od płaczu oczami.

– Co teraz będzie? – zapytała niepewnie.

Artman zatrzymał się, by ponownie przyjrzeć się tomografowi operowanej
Julii. Opis badania, który sporządziła Anna, wyraźnie wskazywał na lewą
nerkę jako tę objętą zmianami. Zdenerwowany Artman rzucił wynikami o biurko.

– Anka! Coś ty najlepszego zrobiła?!

Anna skuliła się w sobie, ukryła twarz w dłoniach.

– Jak mogłaś się tak pomylić?! – Artman chwycił ją za ramiona. Podniosła
głowę, utkwiła w nim pełen przerażenia wzrok. – Masz, weź to. – Podał
jej tabletkę. – Popij. Nie możesz się tak pokazać, masz coś do
malowania?

– W szafce w szatni. – Anna posłusznie połknęła tabletkę. Artman wyszedł
z pokoju.

Anna znowu zalała się łzami, wcisnęła się głęboko w fotel, głowę ciężko
wbiła w oparcie. Adrenalina puściła. Anna opadła jak wypompowana
dmuchana lala. Ale w uszach wciąż słyszała pulsowanie maszyn z sali
operacyjnej i rytm serca Julii. Chciała przestać to słyszeć, lecz nie
mogła…

Uciążliwy dźwięk zakłócił odgłos otwieranych drzwi. Ktoś wszedł do
pokoju, zamknął za sobą drzwi, popatrzył na Annę, lecz ona nie miała
siły otworzyć oczu. Jej ciało stawało się coraz cięższe, otumaniające
tabletki, które podał jej Artman, zaczęły działać.

Drzwi skrzypnęły ponownie. Anna usiłowała się podnieść. Bezskutecznie.
Poruszenie ręką sprawiło jej ból. I wtedy dotarło do niej, że ma
podłączoną kroplówkę. Nie zarejestrowała, kiedy to się stało. Artman
podszedł do łóżka Anny i zwiększył przepływ.

– Po co tu przyszłaś? – szepnął i spojrzał wyzywająco na opartą o stół
Bognę.

– Nie możemy czekać w nieskończoność. Wiesz o tym doskonale –
powiedziała z naciskiem Bogna. – Co z nią? – Wskazała na śniętą Annę.

– Nie martw się, Anna zniknie – odpowiedział. Odłączył kroplówkę, na
ramiona bezwładnej Anny zarzucił kurtkę, a na jej głowę wsunął czapkę.

Rozdział II

Koczownik podąża za chlebem, idzie tam, gdzie będzie trawa, bo ta pod
jego jurtą już się skończyła. Podróżnik pragnie nowych wrażeń, chce
odkrywać, poznawać. Natomiast uciekinier chce zostawić za sobą problemy,
szuka miejsca, gdzie będzie mógł swobodnie oddychać. Jednak zmiana
miejsca i przestrzeni wcale nie gwarantuje mu odcięcia się od problemów
– fizycznie może tak, ale nie psychicznie. Zabiera tyle, ile zdoła
unieść. I okazuje się, że potrafi unieść cały wszechświat, konstelacje
wewnętrznych udręk, gwiazdozbiory złych nawyków, czarne dziury zgubnych
przekonań, satelity trosk i podążające za nim w świetlistym ogonie
komety wyrzuty sumienia. Ucieczka to podróż w jedną stronę, skok w nieznane. Aby się powiodła, trzeba mieć dobry plan, być cierpliwym,
zdolnym do ryzyka i poświęceń, ale najważniejsze – wiedzieć, po co się
ucieka.

Wyruszając tamtego ranka z dziećmi na lotnisko, Anna i Artman stali się
uciekinierami, mimo że uciekali razem, to każde od czegoś innego. Wyjazd
z Polski był pomysłem Artmana, Anna nawet nie zapytała, czemu chce
wyjechać, była załamana i całkowicie zdała się na jego decyzje. Ale
wszystkie niezadane pytania, przemilczane wątpliwości, niedopowiedziane
słowa zbierały się nad nimi w ciężką burzową chmurę.

Pierwszy pojawił się bladoróżowy dziecięcy wózek, za nim uczepiona jego
rączki Anna. Między jej nogami plątał się dzianinowy pasek czerwonego
kardiganu, a z kieszeni kraciastego płaszcza wystawał wełniany pompon.
Lubiła ten płaszcz, chodziła w nim od studiów, ostatnio znów zaczęła się
w niego mieścić. Większość kobiet byłaby bardzo zadowolona, że w niecały
rok po drugiej ciąży może nosić swój ulubiony płaszcz, ale Anny to wcale
nie cieszyło. Od dwóch miesięcy żyła w wielkim stresie, drastycznie
spadła na wadze, z tego powodu przestała karmić roczną Zosię.

Anna mrugnęła do leżącej w wózku córeczki porozumiewawczo, łagodnie ją
bujała. Wyruszyła w podróż nieumalowana, bladość jej skóry zdradzała
zmęczenie i notoryczne niedospanie. Założone za uszy kasztanowe włosy od
dawna nie miały styczności z fryzjerem. Zapomniała o sobie, zapuściła
się bardzo, tak jak to przystoi młodej matce Polce. Zosia zakwiliła
żałośnie. Anna głupkowato wystawiła do niej język, siliła się na radość,
by tylko stłumić w zarodku płacz skołowanego niemowlaka. W pewnej za nią
odległości Jan Artman ciągnął walizkę i trzymał za rączkę dwuletniego
Marcelka. Kiedy już szli kołnierzem do samolotu, skończyła mu się
cierpliwość, schwycił chłopczyka wpół i szybkim krokiem podążył za Anną.
Kołnierz zaczął drgać pod krokami kolejnych pasażerów, każdemu było
śpieszno do samolotu, każdy chciał być pierwszy, jakby miał wygrać złote
ferrari. Anna i Artman szli przodem, ale zanim Anna wyjęła z wózka
Zosię, otoczył ich gęsty tłum, napierał. Anna poczuła uderzenie gorąca,
brakowało jej powietrza, rozchyliła płaszcz. „Niech oni wszyscy znikną”,
niemo błagało jej ciało.

Czasem nasza wewnętrzna szamotanina uzewnętrznia się, wypływa jak
przepuklina, niezależnie od nas, i wtedy angażujemy się w zupełnie
bezsensowne działania. Tak też bezsensowne było zachowanie Anny, która
trzymając córeczkę na rękach, siłowała się z przypiętą do wózka torbą.
Artman postawił Marcelka na podłodze i pomógł jej odpiąć napy torby.
Anna pogłaskała uspokajająco Zosię po plecach, dotyk jej ciepłego ciałka
uspokoił nieco ją samą. Uśmiechnęła się czule do córki. Niespodziewanie
ktoś ją popchnął, czyjś ostry łokieć boleśnie trafił w jej bok. Anna
zdołała złapać równowagę. Odwróciła się i pytającym spojrzeniem obiegła
pasażerów, ale nikt jej nie przeprosił. Chwyciła za torbę, a do Artmana
wycedziła przez zęby:

– Daj mi to! – Całą swoją złość przelała na niego.

– W tej chwili ta torba nie jest ci potrzebna. Wezmę ją – odpowiedział
Artman, czerpiąc z niespożytych pokładów spokoju. Odpiął torbę, założył
ją sobie na ramię i zaczął składać wózek. Wypchana butelkami i pieluchami torba skutecznie zaburzała jego nienaganną elegancję. Aż
strach było patrzeć, jak ocierał się beżowym kaszmirowym płaszczem o brudny wózek. Artman lubił robić dobre wrażenie i takie też robił. Był
starszy od Anny, łysina dodawała mu męskości. A może wcale nie łysina,
tylko pewność siebie?

Marcel kręcił się pod nogami, Anna starała się mieć go na oku, ale nie
mogła za nim nadążyć. Nagle zajęty rozmową mężczyzna wjechał w niego
swoją walizką, chłopczyk przewrócił się z jękiem. Annę znowu zalała
złość.

– Co pan wyprawia! – krzyknęła. – Wjechał pan w dziecko!

– To trzeba uważać! – opryskliwie rzucił młody byczek z seledynową
walizką i przyłożył komórkę do ucha. – Halo? Sorry, jakaś pomylona na
mnie naskoczyła…

Pasażerowie nic nie widząc, nic nie słysząc, dreptali na pokład, każdy
zanurzony w swoim smartfonie.

– Kurwa mać! Zdeptać dziecko jest okej?! Ludzie, co z wami!? – Anna
wściekle patrzyła po współpasażerach, nie znajdując jednak zrozumienia.

– No, wariatka – podsumował z dużą dozą samozadowolenia młody byczek.

Artman próbował oddać pracownikowi linii wózek, ale ten oznajmił, że
dopóki wózek nie będzie złożony, to on nie ma prawa go tknąć, takie
przepisy. Interwencja stewardesy zakończyła przykrą sytuację. Na jej
prośbę pasażerowie się odsunęli i Anna weszła z dziećmi do samolotu.
Szybko znalazła miejsce 6A, usiadła i mocno przytuliła Zosię i Marcelka.
„Jestem spokojna, jestem spokojna”, powtarzała sobie w myślach. Przy jej
uchu irytująco zaszeleściły foliowe woreczki: z kocem, poduszką i malowanką. Stewardesa zostawiła je Annie.

Jakie jest życie Anny? W jej oczach jest jak pędzący pociąg. Wskoczyła
do niego dziesięć lat temu, myśląc, że złapała Pana Boga za nogi. W połowie studiów już wiedziała, że będzie chirurgiem, o tym marzyła i marzenie się spełniło. A potem zderzyła się z rzeczywistością.
Przepychanki o asysty, wielka presja, śmieciowe zarobki na wywalczonym
kontrakcie, godziny napięcia na sali operacyjnej, wyczerpujące wiszenie
na hakach, czekanie na szansę samodzielnego działania w polu
operacyjnym, wytchnienie łapane na weekendowych imprezach, kroplówki
przed dyżurem, romans z profesorem… Jeszcze nie wiedziała, czy jest
mężczyzną jej życia, a już zaszła w ciążę. Szok dla ciała, szok dla
duszy, potem radość narodzin, Marcel, Zosieńka, szczęście świata –
okraszone jednak obawą, kiedy powróci do pracy i na salę operacyjną.
Wiedziała, że powinna jak najszybciej, inaczej wszystko stracone.
Wróciła do zawodu, ale radość trwała jedynie miesiąc i została brutalnie
przerwana z powodu owej feralnej operacji Julii. Wtedy wszystko prysło
jak bańka mydlana. Od trzech miesięcy jej pociąg jedzie z górki, mknie
coraz szybciej, a Anna nie wie, jak go zatrzymać. Hamulec
bezpieczeństwa, który kiedyś był pod ręką, zniknął wraz z utraconym
poczuciem bezpieczeństwa.

Julia została skazana na życie na dializach. Wybuchła afera, opinia
publiczna wydała na Annę wyrok. Każdy był znawcą chirurgii, każdy
komentujący miał prawo rzucić w nią kamieniem. Anna nie unikała
konsekwencji, wzięła winę na siebie, czuła się winna. Z własnej woli
pojechała do Julii, przepraszała. Matka Julii ją przeklęła. Każdy dzień
był coraz cięższy. Kiedy pojawiała się w pracy, wiedziała, że już nigdy
nie będzie tak jak przedtem. Za jej plecami niósł się nieprzychylny
szept. Przyjaciele odwrócili się od niej, zniknęły nawet koleżanki od
porannej kawki, wymiecione niewidzialną miotłą. Miała dość. Poszła do
ordynatora szpitala i złożyła rezygnację.

Grunt usunął jej się spod nóg, nie wiedziała, na czym stoi, bo na pewno
nie na tym, co wcześniej było pewne. Szpital stał się dla niej obcym,
nieprzyjaznym miejscem. Siostra wypominała, że się doigrała, że nie
powinna była wracać do pracy i zostawiać w domu dziesięciomiesięcznego
dziecka. Świadomość tego, że zniszczyła zdrowie młodej dziewczynie, była
jak tabletka, która utknęła jej w gardle, zbyt duża, żeby mogła ją
przełknąć. Jednym błędnym ruchem przekreśliła marzenia Julii, odebrała
jej możliwość szczęśliwego życia. Anna nie mogła się pogodzić z myślą,
że przez nią ktoś cierpi i będzie cierpieć do końca swego życia.
Chirurgia, doskonałe umiejętności, wprawna ręka, duże doświadczenie
lekarskie, trafne diagnozowanie… – uważała to za swoje atuty, za asy,
którymi pomaga chorym. A teraz ściągnęły ją na dno. Nie czuła się
bezpiecznie, straciła zaufanie do siebie, lecz także do innych, stała
się podejrzliwa. Była jak zwierzyna do upolowania, w jej uszach wciąż
dzwonił łowiecki róg, przemykała co sił, wystraszona, że zaraz zginie. A co robiła, gdy ktoś jej stanął na drodze? Szczerzyła zęby, bo innej
broni nie miała, a raczej nie potrafiła jej użyć, wydobyć z siebie, jej
dobre i skuteczne reakcje obronne zapadły w śpiączkę. Może kiedyś je
odzyska, tymczasem ani drgnęły.

Z powolnie pełzającego w przejściu tłumu wyłonił się Artman. Włożył
walizkę do schowka, na niej położył starannie złożony płaszcz. Zaczął
wachlować się kupionym na lotnisku tygodnikiem. Narastała w nim irytacja
na widok skulonej, zagonionej w kozi róg Anny. Najchętniej zerwałby z jej twarzy tę cierpiętniczą minę, która paprze ich podróż do ziemi
obiecanej. Nigdy nie miał cierpliwości do ludzi słabych, prewencyjnie
ich omijał. Od dwóch miesięcy nie poznawał Anny. Kiedyś była jego
najbardziej wytrwałą i upartą studentką, nigdy się nie poddawała, a na
sali operacyjnej imponowała spokojem i opanowaniem. Teraz odnosił
wrażenie, że siedzi obok zupełnie innej osoby. Miał tego szczerze dosyć,
ale powodowany wyrzutami sumienia odkrywał w sobie nowe pokłady
cierpliwości.

– Już dobrze – szepnął miękko do Anny. – Pomyśl, jak dobrze, że stąd
wyjeżdżamy. Tam wszystko ułożymy sobie, jak będziemy chcieli. Aniu,
teraz już będzie tylko lepiej. Najgorsze mamy za sobą. Pamiętasz,
umówiliśmy się, że zostawiamy to tutaj. – Wyczekująco wpatrywał się w Annę. Jej usta ułożyły się w lekki uśmiech, nieznacznie potaknęła na
zgodę. „No, wreszcie”, pomyślał Artman i położył dłoń na jej dłoni. –
Mamy za sobą trudne doświadczenia, pogmatwało się. To, co nas spotkało,
było niezasłużone. Ale tak się zdarza, ludzie to przeżywają i my też
przetrwamy. Przetrwamy, bo mamy siebie. Już teraz możemy być z siebie
zadowoleni. Ja jestem z nas dumny. Wylatujemy stąd, stworzyliśmy sobie
szansę na nowy początek, na nowe życie. Będzie wspaniale, widzę, że
jesteś zmęczona, ale to minie, gdy poczujesz nowe powietrze w płucach.
Uppsala to piękne uniwersyteckie miasto, z tradycjami, świetny wydział
medycyny, dziś zobaczysz, na pewno ci się spodoba.

– Chciałabym, aby tak było, ale czy to nie nazbyt piękne, by mogło być
prawdziwe? Czemu w obcym mieście, w obcym kraju miałby czekać nas raj?
Trochę to palcem po piasku pisane – stwierdziła Anna. – Mieszkanie u twojej mamy nie wydaje mi się dobrym rozwiązaniem. Z tego, co
opowiadałeś, to nie jesteście w dobrych stosunkach, twoja mama nawet nas
nie odbierze.

– Szczegóły, drobne szczegóły, z których nie ma sensu robić problemów.
Wypożyczę samochód, to nic wielkiego – przekonywał. – Zobaczysz, to
będzie dobre miejsce dla naszej rodziny. Lepiej oczekiwać dobrego niż
złego. Cierpliwie będę czekał i doczekam się. Jeszcze zawstydzona
przyznasz, że miałem rację.

Artman zapiął pas bezpieczeństwa. Wreszcie narastał w nim spokój,
rozpierało go poczucie wolności. Schwycił się tej ucieczki jak tonący
brzytwy. Pobłądził, daleko zaszedł na złej drodze, na tyle daleko, że
nie wiedział, jak zawrócić. Ucieczka jawiła mu się jedynym rozwiązaniem.
Kiedy wszedł na pokład, poczuł ulgę, której pragnął od miesięcy. Siedząc
tu ze swoją rodziną, obiecywał sobie, że teraz będzie dla nich dobrym
człowiekiem, zrobi wszystko, by naprawić to, co zawalił. Pragnął być
fair wobec Anny, mocno wierzył, że nie popełni już tych samych błędów –
jak uczeń, który co semestr z zapałem zapisuje staranną kaligrafią
pierwsze strony nowych zeszytów. Artman miał jednak dla siebie
nieskończoną wyrozumiałość, zawsze dawał sobie kolejną szansę. Był
przekonany, że wszystko, co przed chwilą powiedział, spełni się, kiedy
tylko postawi stopę na szwedzkiej ziemi.

Rozdział III

Lodowaty ziąb, szarówka i wietrzysko – tak przywitała ich Uppsala. Na
lotnisku wynajęli samochód i ruszyli. Jechali godzinę, włącznie z postojem na przewijanie i karmienie. Zosia zasnęła, Marcel początkowo
marudził, ale po chwili również zasnął. Aby nie przebudzić dzieci, Anna
i Artman milczeli, każde pogrążone w swoich myślach. Nie pierwszej już
świeżości śnieg zalegał przy drodze, tworząc przybrudzony korytarz. Anna
zauważyła, że tu jest mniej ludzi, a więcej przestrzeni, i to jej się
podobało. Ruch na trasie nie był duży. Szwedzi jechali wolno, spokojnie,
przepisowo, nie to co w Polsce. „Może w tym opiekuńczym kraju ludzie
mają w sobie mniej frustracji i dlatego nie wyrzucają jej z siebie za
kółkiem?”, pomyślała Anna.

Nigdy specjalnie nie pociągało jej podróżowanie i nie przypuszczała, że
przyleci kiedyś do Szwecji. Zwiedzanie innych miast, spacerowanie po
nich, takie typowe zaliczanie „must see” było w oczach Anny totalną
stratą czasu. Ona skoncentrowała się na celu, czyli na tym, żeby być
coraz lepsza na sali operacyjnej, dlatego niechętnie i rzadko
wyjeżdżała, nawet do rodziców. Jeśli dawała się namówić znajomym na
jakiś wyjazd, to już drugiego dnia niecierpliwiła się, nie lubiła
poczucia, że w Gdańsku jej życie toczy się bez niej. Chciała jak
najszybciej wracać.

Teraz opuściła Gdańsk na dobre. Minęli tablicę „Uppsala”. W mieście
śniegu było mniej. Anna uważnie przyglądała się zabudowaniom. Strzeliste
dachy, niektóre oklejone bateriami słonecznymi, stare i nowe domki
jednorodzinne zagęszczały się. Wtedy przypomniała sobie, jak pierwszy
raz przyjechała do Gdańska z wycieczką szkolną. Zgubiła się na starówce.
Krążyła po wąskich uliczkach, szukając grupy. W pewnej chwili
zaciekawiła ją pewna uliczka, skręciła w nią i odkryła coś niezwykłego:
kamieniczki stały bardzo blisko siebie, miejscami były niemal ze sobą
sklejone. I właśnie wtedy nastoletnia Anna postanowiła, że zamieszka w Gdańsku i tu będzie leczyć ludzi. To był jeden z tych decydujących
momentów w życiu, w którym kiełkuje myśl o przyszłości. Dekadę później
ta wizja stała się rzeczywistością, codziennym życiem Anny. Szukała
później tej uliczki, pamiętała, że biegła niedaleko średniowiecznej
bryły Bazyliki Mariackiej, ale żadna nie była tą ze wspomnień. Tak to
już jest ze wspomnieniami, wszystko wydaje zawsze większe, bardziej
niezwykłe, piękniejsze lub bardziej przerażające.

Przejechali niewielki most, lodowe kry piętrzyły się na rzece. Artman
krążył po małych uliczkach w centrum miasta. Były coraz bardziej
upstrzone restauracjami, kawiarniami i barami.

– Twoja mama mieszka w samym centrum? – zapytała Anna.

– Czy ja mówiłem, że jedziemy do mojej matki? – z zimną precyzją
odpowiedział pytaniem na pytanie.

– Tak mówiłeś w samolocie. – Anna czuła się skonsternowana. Przed chwilą
jeszcze z zaciekawieniem przyglądała się nowemu miastu, teraz miała
ochotę stąd zniknąć.

– No ale nie teraz. Dziś nocujemy w hotelu – wyjaśnił Artman, jakby to
była najbardziej oczywista rzecz na świecie, o której Anna powinna
wiedzieć co najmniej od urodzenia.

– Mieliśmy zatrzymać się u niej. Nie wspominałeś nic o hotelu. Czemu do
hotelu?

– Zapowiedziałem nas na siedemnastego. Pomyliły mi się daty, więc dziś
przenocujemy w hotelu.

– To dlatego? Zadzwoń i powiedz, że już jesteśmy, przecież to twoja
mama.

– Nie będę się tłumaczył. Pojedziemy do niej jutro.

– Nie pojmuję…

– Możesz przestać? Chcę dziś spędzić wieczór w centrum i mieć z tego
radość. Przyjechałem tu ze względu na ciebie. Bądź tak łaskawa i nie
psuj wszystkiego od początku. Możesz to dla mnie zrobić? Jeden wieczór
nie wydziwiać, dasz radę? – pytał z naciskiem.

Słowa Artmana sprawiały, że Anna miała ochotę się zwinąć w kłębek i schować przed światem. Zamilkła. W milczeniu obserwowała, jak jej
partner szuka miejsca parkingowego pod hotelem.

Na pierwszy rzut oka uliczka była bardzo przytulna. Szpaler niewysokich
klasycystycznych kamienic. Hotel mieścił się w jednej z nich. Wysiedli z samochodu, złapali dzieciaki i ruszyli do recepcji. Rzeczy zabiorą
później. Artman zrobił wcześniej rezerwację, więc bez problemów wręczono
im klucz i ruszyli do pokoju. Okazał się ładnym, przestrzennym
apartamentem. Po przyniesieniu bagaży zeszli na parter do restauracji.
Złożyli zamówienie. Wtem rozległ się telefon Artmana. Anna nic nie
zrozumiała z prowadzonej po szwedzku rozmowy, ale z reakcji Artmana i zmieniającego się tonu jego głosu wywnioskowała, że chodzi o pracę i że
sytuacja jest nagląca. Pożegnał się, rozłączył. Skinieniem wezwał
kelnera i zanim ten zdążył do nich dojść, poprosił go o coś po szwedzku.

– Czemu mówisz po szwedzku? Przecież zamówienie składaliśmy po
angielsku. To nie jest fajne, kiedy nic nie rozumiem – wypomniała mu
Anna.

– To tak z rozbiegu, poza tym nie zaszkodzi ci się osłuchać – wyjaśnił
Artman. – Dzwonili ze Sztokholmu, z konferencji, profesor Ekman jednak
przyjechał. Zjem tylko zupę i będę leciał.

Anna miała wrażenie, że się przesłyszała.

– Słucham?

– No, nie rób takich oczu, przestań! – Artman miał skwaszoną minę, jakby
Anna co najmniej puściła bąka. – Muszę się z nim spotkać.

Kelner przyniósł tacę z zupami. Marcel nieporadnie chwycił łyżkę, ale
była dla niego za ciężka, więc po chwili dźwięcznie odbiła się od
podłogi. Kelner podniósł ją, po czym życzył im smacznego i odszedł.
„Och, jeszcze pewnie wróci”, pomyślała Anna. Nie znosiła momentu, gdy
kelner lub kucharz stawał nad nią z pytaniem, czy smakowało. Zawsze
odpowiadała twierdząco, a potem czuła się zdegustowana sobą, bo czasem
jedzenie było niedobre i wtedy nie miała odwagi na powiedzenie prawdy.

– Kochanie, poczekaj! – Anna wyjęła z torby plastikową łyżkę Marcela. Z niemałym trudem sztywną restauracyjną serwetkę założyła mu jak śliniak i zaczęła go karmić. Marcel jednak chciał radzić sobie sam, więc po chwili
był cały mokry.

– Całkiem niezła – chwalił zupę Artman.

– Zupa jak zupa – powiedziała Anna. – Nie zmieniaj tematu.

– Daj spokój, jutro wrócę. – Artman odłożył łyżkę, wytarł usta i położył
serwetkę na stole.

– Jutro? Naprawdę musisz teraz jechać? Jest już późno. Zanim tam
dojedziesz, będzie osiemnasta.

– Sama wiesz, jak to jest. Najważniejsze rzeczy załatwia się w kuluarach, a dziś jest bankiet. To najlepszy moment, by z nim
porozmawiać. Chcę go pozyskać dla naszego projektu.

– Dopiero przyjechaliśmy. Nie tego się spodziewałam. Nie miałam pojęcia,
że mnie tak zostawisz samą! – Głos Anny osiągał coraz wyższe rejestry.

– Głuptasie, przecież cię nie zostawiam w ciemnym lesie. Jesteś w hotelu, masz ciepło i bezpiecznie. Nie jesteś małą dziewczynką,
poradzisz sobie. – Wstał, nachylił się nad Anną, ale zrobiła unik, więc
pocałował tylko Marcela w czoło i ruszył do wyjścia.

Anna patrzyła za nim i nie wierzyła, że on naprawdę niczego nie rozumie,
nie czuje, że postąpił wobec niej okrutnie.

Jakby chodziła bosymi stopami po trawie, tak przyjemnie zapadała się
bosymi stopami w miękki, beżowy hotelowy dywan. Nagle zapiszczała z bólu, w stopę wbił jej się plastikowy kogut. Marcel zaścielił dywan
swoimi zabawkami w try miga. Anna z podgrzaną butelką z mlekiem usiadła
na łóżku, wyjęła córkę z wózeczka. Czas karmienia relaksował ją, był to
ten zbawienny moment, gdy nie musiała robić nic innego, przez chwilę
miała spokój. Nabierała sił, prawie jak podczas kilkuminutowej
regeneracyjnej drzemki, na którą nie miała szans przy dwójce dzieci. Już
nie pamiętała, kiedy nie była zmęczona. Marcel miał dwa latka i cztery
miesiące, ale jej życie przed urodzeniem syna wydawało się tak odległe,
jakby miało miejsce w trzeciorzędzie. Pierwsza ciąża jawiła się cudownym
okresem, życiem w radosnym oczekiwaniu, w pięknych wyobrażeniach. Nie
było w nich nawet śladu tego, co się wydarzyło po narodzinach Marcelka.
Życie tej maleńkiej istoty totalnie ją pochłonęło, miała wrażenie, że
istnieje już tylko w życiu synka. Teraz, przy dwójce pociech, dawka
wyczerpania była podwójna. Na szczęście w notorycznie zmęczonej Annie
był jeden cudowny przycisk i dzieci instynktownie wiedziały, jak go
użyć. Wystarczyło jedno wezwanie, uśmiech lub płacz i pyk – Anna jak za
dotknięciem czarodziejskiej różdżki była gotowa przenosić góry.

Zosia wypuściła smoczek z ust, zapluła się przy tym. Mało zjadła, ale
tym razem Anna dała sobie spokój z wmuszaniem.

– Maa maa, jesę cieljace – sepleniąc, oznajmił Marcel. Dla postronnych
jego język był niezrozumiałym bełkotem, Anna rozumiała wszystko. Teraz
miał fazę na zwierzątka z farmy.

– Tak, kochanie, jesteś cielaczek, a ja kim jestem?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki