Informacja: Serwis ebooky.pl to serwis dla miłośników książek, nie ma tutaj możliwości pobrania ich w nie autoryzowany sposób, wyświetlamy jedynie porównywarkę cen. Nie każda pozycja jest dostępna do zakupienia, jeżeli znalazłeś błąd napisz na adres: kontakt@ebooky.pl. Dokładamy wszelkich starań, aby baza książek była aktualizowana.

Strona główna » Sensacja, thriller, horror » Droga ślepców

Droga ślepców

4.00 / 5.00

Nie widzisz powyżej porównywarki cenowej? To oznacza, że powyższa publikacja jest niedostępna do kupienia.

Znalazłeś błąd? Skontaktuj się nami.

* - klikając w reklamę zostaniesz przekierowany do zewnętrznej strony. Nie mamy wpływu jak działa i co wyświetla zewnętrzny serwis. Mogą pojawić się nieprzyzwoite lub denerwujące reklamy. Zalecamy korzystanie z markowego antywirusa i wtyczek blokujących niechciane treści. Kliknięcie reklamę nie umożliwia pobrania plików chronionych prawem autorskim.

Zgłoś naruszenie praw autorskich

Kilka słów o książce pt. “Droga ślepców

Tak znane internetowe serwisy literackie pisały o książce Droga ślepców:

 

Droga ślepców składa się ze znakomitych fragmentów, prosta narracja dobrze oddaje charakter utworu, podkreślony przez wiarygodne rozmowy bohaterów, które później przekształcają się w monolog jednej już tylko osoby. Tą osobą jest chłopiec, też narrator, ostatecznie autor, także każdy z nas. Książka zaskakuje swoją innowacyjnością, celowe skracanie dialogów znakomicie oddaje charakter utworu. Autor nie pomaga czytelnikowi, nie podpowiada mu i nie tłumaczy każdego słowa, czy też gestu, pozwala naszej wyobraźni wypracować swój własny klimat. Dlatego jest to wersja minimalistyczna, porównywana do streszczenia, ale jakże jednocześnie prawdziwa. Nie zapominajmy o tym, że świat właśnie dogorywa. Język, którym posługuje się autor, jest bardzo prosty, dlatego uderza w nas od samego początku. Pisarz celowo używa tego typu zdań, prostych określeń, czasami wręcz nawet banalnych zwrotów, które okresowo przekształcają się jednak w liryczne metafory, dodajmy, że dobrze wkomponowane w treść utworu.”

Trzynasty Schron

 

 

„Nadzieja w tej książce jest najważniejsza. Pozwala wydobyć największe pokłady wiary i dodaje sił. Mordercza walka zostaje w końcu nagrodzona, choć po drodze wymaga ofiar. W finale książka wyjaśnia przyczyny „śmierci klinicznej” naszego świata oraz daje także nadzieję na przyszłość. Czy dobro zatryumfuje a wiara i nadzieja ostatecznie zwyciężą? Czy ci niestrudzeni piechurzy odzwierciedlający przecież nas samych, odnajdą wreszcie tę właściwą drogę do wybawienia? A słońce, które na długie lata także zasnęło, czy na nowo zaświeci pełnym blaskiem? Wiele pytań i tyle samo odpowiedzi i ta niekończąca się wciąż droga. Droga ślepców. Wyniszczający marsz w poszukiwaniu zarówno siebie jak i życia oraz utraconego na długie lata człowieczeństwa. Pamiętajmy o tym, że ta historia może się wydarzyć naprawdę. Oby jednak okazała się tylko i wyłącznie literacką fikcją, bo świat, który prawie nagle umarł, dostał jeszcze jedną szansę. Nie zmarnujmy jej…”

Granice.pl

 

 

Droga ślepców ma kilka mocnych stron. Od początku wiemy, że na świecie wydarzyło się coś strasznego, ale aby dowiedzieć się, co to było, będziemy musieli trochę poczekać. Od czasu do czasu dostajemy jakąś wskazówkę, ale nie brakuje również fałszywych tropów. Dzięki temu, to pytanie towarzyszy nam przez całą lekturę i ciągle wypływa na wierzch. Intryguje. Kolejną zaletą jest kreacja świata. Bardzo sugestywna, nieprzyjazna i niebezpieczna. Nie ma co jeść, nie ma co pić, wszystkiego trzeba pilnować i na wszystko uważać. Największym wrogiem człowieka jest drugi człowiek. Tutaj niewielu wyciągnie do ciebie rękę, ale z chęcią zabiorą twój dobytek, a i nie zawahają się wykroić, co lepszych kąsków. Autor potrafi dobrze zbudować napięcie. W książce znajdziemy kilka scen, które potrafią sprawić by czytelnik, poczuł się nieswojo. Co ciekawe, większość tych scen związanych jest z zagrożeniem, które czyha na naszych bohaterów ze strony innych ludzi. Choć może to już nie byli ludzie.”

Bramy Grozy

 

Książka Droga ślepców została zakwalifikowana do Nagrody Literackiej Europy Środkowej Angelus 2011 dla książek wydanych w 2010 r.

 

 

Polecane książki

"Listy do wódki" (tu tylko teksty) wyśpiewują sentyment do biesiady i wódeczki,ale raczej nie łzawy, choć też i nie są to żadne psychoterapeutyczne dyrdymały.Wódka jak każdy wie ma strony dobre i złe... Oczywiście nie chodzi tu o nią samą. Bo ona przecież nie winna i najczęściej wspaniała i oczekiwa...
Męska sprawa. O brodach, zaroście, fryzurach, pielęgnacji i nie tylko... To książka dla tych mniej lub bardziej zarośniętych, dla niezdecydowanych i niepewnych w kwestii wyboru optymalnego dla siebie zarostu. To również poradnik dla tych, którzy chcieliby sami, bez pomocy specjalisty, poradzić s...
Nowe wydanie zawierające dodatkowe opowiadanie - "POD PSEM"Zbiór 4 minipowieści mistrza grozy, które ujawniają jedną wspólną tajemnicę  –  ciemną  stronę każdego z nas. Niezwykłe opowiadania, połączone tematem kary, zostały wzbogacone posłowiem Kinga, w którym autor opisuje inspiracje do powstania k...
    Sieć bywa pułapką. W ciągu dwóch dekad rozwój technologiczny doprowadził do uzależnienia niemal każdej dziedziny życia od komputerów i internetu. Kupujemy, robimy przelewy, uczymy się, umawiamy, pracujemy, plotkujemy, żyjemy on-line. Tymczasem za niewinną fasadą łatwego przepływu informacji funk...
W kolejnym tomie serii „Biografia i badanie biografii” autorzy skoncentrowali się na dwóch podstawowych kategoriach – czasu i miejsca - w kontekście biograficznym. Kategorie te traktowane są jako przestrzenie uczenia się człowieka. Autorzy wskazują na potencjał edukacyjny, jaki w nich tkwi, i propon...
Więzień umysłu to zagadka do rozwiązania. To podróż, którą każdy z nas powinien przejść na drodze do rozwoju. Zmusza przede wszystkim do przemyśleń nad światem, ludźmi i sobą. Skonstruowana tak, aby uwolnić się z blokad i ograniczeń własnego umysłu, następnie spojrzeć krytycznie na otaczający świat,...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Marek Dryjer

Marek ‌Dryjer

Droga ślepców

© ‌Copyright by ‌Marek ‌Dryjer ‌& e-bookowo

Skład: ‌Ilona Dobijańska

Projekt okładki: ‌Ilona Dobijańska

Zdjęcie ‌na ‌okładce: ‌designed ‌by Photoangel/Freepik ‌

ISBN ‌978-83-7859-924-1

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: ‌wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa ‌zastrzeżone.

Kopiowanie, ‌rozpowszechnianie części lub całości

bez ‌zgody wydawcy zabronione

Wydanie ‌I 2018

Książkę ‌dedykuję ‌Jakubowi Markowi Dryjerowi

Od dłuższego ‌już ‌czasu ‌siedział okutany grubym i ‌mocno ‌przybrudzonym ‌kocem. Cały czas lekko ‌przygarbiony, ‌jak pochylone na ‌wietrze drzewo. Jego zapach ‌przypominał fetor ‌najgorszych odchodów. Od ‌dawna nie mieli wody, ‌nie myli ‌się i nie ‌prali. Tyle ‌tylko, aby była odrobina ‌w butelce. Parę kropli, ‌żeby ‌przeżyć. ‌

Ile ‌jeszcze, tego nie ‌wiedział. Cały ‌czas podążali ‌na południe, coraz wolniej ‌ostatnio. ‌Tu, ‌gdzie przebywali ‌teraz, z każdą godziną ‌robiło ‌się ‌coraz ‌zimniej. Nie wiedzieli, czy ‌szybciej zamarzną, czy ‌może umrą ‌z pragnienia. Chłopiec nie ‌czuł ‌się dobrze, ‌gorączka i ‌dreszcze potęgowały tylko ‌ból i ‌przygnębienie. Poprawił koc i ‌mocniej naciągnął ‌go sobie na ‌głowę. Zapadł ‌mrok. Pomyślał, że ‌to koniec, że ‌może wreszcie to się ‌już skończy. Zobaczy się ‌z ojcem, ‌odetchnie. Tak, ‌to ‌ostatnie potrzebne mu ‌było najbardziej. ‌Ciemność nie ‌ustępowała ani na chwilę. Nie było nic. Zakaszlał, głośno zacharczał i musiał splunąć. Wyczuł w ustach smak krwi.

Nie mógł normalnie przełykać, bo kłuło i paliło go w gardle. Do tego jeszcze ta wysypka, piekące bąble i ropiejące strupy. Jego twarz wyglądała jak surowy befsztyk, była naznaczona piętnem czasu.

Skąd do cholery wzięła się tu ta parszywa ospa?

Wiedział, że nie może się drapać, ale było to od niego silniejsze. Pocierał i płakał. Łkał i na nowo to muskał. Całe jego ciało pulsowało jednym wielkim bólem. Ile jeszcze wytrzyma?

Odchylił koc i zobaczył pochylonego nad nim mężczyznę. Wydawało mu się, że rozpoznał jego rysy. Chciał nawet krzyknąć, ale nie mógł wydobyć z siebie głosu.

Tato, zabierz mnie ze sobą, zdołał tylko pomyśleć i osunął się na ziemię.

Na dłużej stracił przytomność. Po wielu próbach ktoś go jednak ocucił. Krępy mężczyzna masował jego ciało, wcierając w nie resztki zatęchłej maści. Na tubce widoczny był napis: „odkażająca”. Zwilżył mu usta, po czym podał Aciclovir w czystej postaci, następnie przeciwbólowe pigułki, które miały złagodzić wciąż narastającą temperaturę. Chłopiec popił wszystko odrobiną wody, jak mu się wydawało. Była to jednak tylko rosa.

– Odetchnij chwilę, zaraz musimy ruszać.

– Dlaczego mnie pan uratował? Dlaczego nie pozwolił odejść z tatusiem? Tam było tak ciepło.

– Masz gorączkę.

– Dlaczego nie zostawił mnie pan w spokoju? Ja już tak dalej nie mogę.

– Nie możesz, to prawda. Pamiętaj, co obiecałeś ojcu.

– Że będę żył. Że odnajdę to miejsce, gdzie świat się nie skończył. Że cały czas będę miał nadzieję, bo mama tak chciała.

– Właśnie.

– Ale przecież nadzieja umarła razem z tatą, a może w ogóle nie istniała? To wszystko, to gówno.

– Nie mów tak.

– a pan tak nie myśli?

– Nie. Musimy ruszać.

– Niech mnie pan tu zostawi. Jestem tylko niepotrzebnym ciężarem. Mój tata zawsze mi powtarzał, że zbędnego balastu trzeba się pozbywać.

– Nie pozwolę ci umrzeć w ten sposób. Bierz plecak.

Okutany w koc ostrożnie podniósł się i narzucił sobie ten pakunek. Nogi lekko mu się ugięły, ale wytrzymał, niczym sztangista walczący na pomoście o olimpijskie złoto. Poczuł cały ten ciężar.

Ruszyli, jeśli można tak powiedzieć. Wszak najpierw musieli wydostać się z lasu. Zajęło im to godzinę. Normalnie wystarczyłby kwadrans, ale teraz nic już nie było normalne. Wszędzie tylko opadający na ziemię pył i świdrujący w nozdrzach popiół. Słońce nie mogło przebić się przez to. Już od tak dawna nie widzieli słońca. On nigdy go przecież nie widział. Ale musiało jeszcze istnieć, bo gdyby go nie było, to oni także by już nie żyli. w jednej sekundzie umarłby cały świat. Czy aby na pewno jeszcze dychał?

Wypełzli na drogę. Asfalt od razu wydał się bardziej przyjazny. Załadowany po brzegi wózek sklepowy wolno toczył się naprzód. Mieli tam cały swój dobytek. Mocno obciążone koła skrzypiały niemiłosiernie.

Będą musieli coś z tym zrobić, nie mogą przecież rzucać się w oczy. Nie mogą ryzykować. a co jeśli spotkają złych ludzi?

Głodowali od dawna, teraz chyba wszyscy głodują. Wszyscy to niewiadoma, bo nikt nie wie, czy jeszcze są. a jeśli tak, to gdzie i ilu? Nie powinni ryzykować.

Chłopiec zacisnął mocniej dłoń na rękojeści rewolweru. Nie był teraz najmłodszy, oprócz niego było jeszcze dwoje innych dzieci oraz dwie osoby dorosłe. Po tym, jak pomyślał, że to już koniec, bo nic nie był w stanie zrobić, spotkał jego. Po tym, jak odszedł ten najbliższy, pomimo heroicznej walki i wielu milach wspólnej wędrówki. w tamtej właśnie chwili to czas, a nie on stanął i zatrzymał się na moment. Trzy dni lamentów, trzy doby chyba, bo nie był pewien. Po tym czasie, gdy zjadł resztki ostatniego kompotu, gotowy był na wszystko. Mając omamy, zauważył człowieka. Nie był do końca przekonany, czy własne oczy pokazują mu całą prawdę, ale nie zastanawiał się nad tym. Nie przestraszył się także, po raz pierwszy od dawna.

Mężczyzna zabrał go ze sobą. Nie odebrał mu broni, ani nie przeszukał zawartości bagażu, jakby wszystko rozumiał. Tak jakby od dawna szedł jego tropem. Może znał go? Może znał go także jego ojciec? No tak, ale ojca nie ma. Nie ma już nic. Mimo to dobrze mu z oczu patrzyło, ta przezabawna broda, krępa sylwetka, zawadiacki pas z nabojami i długa dubeltówka. Ubranie miał nawet niezniszczone, może naprawione, i była z nim kobieta, prawdopodobnie żona, choć tego akurat nie był pewny.

Ślub? Niby, kto miałby im go udzielić? Czy w ogóle istniał jeszcze jakiś kościół? Nie raz rozmawiał o tym z ojcem. I o mamie także. Często napotykał przy tym na ciszę, nauczył się już, że czasami to właśnie ona była słyszalnym głosem osoby, której zwyczajnie nie mógł już usłyszeć.

Kobieta towarzysząca mężczyźnie za nic nie przypominała matki chłopca, krępa sylwetka, pochylona, może nawet lekko zgarbiona, z długimi, splątanymi i mocno zniszczonymi włosami. Jej mętny wzrok lustrował jego oczy. Miał wrażenie, że zaraz wszystko z nich wyczyta. Odziana w długą pelerynę, podartą i postrzępioną. Jakiś poszarpany sweter, chyba zielony, ale tego nie mógł stwierdzić na pewno.

Prawdziwej zieleni nie pamiętał. Czasem prosił: Tatusiu, opowiedz mi, jak wyglądają inne kolory?

Ciągle widział tylko jeden, we wszystkich jego szarych odcieniach. Wszędzie tylko pył i popiół.

Kobieta przytuliła go do siebie i pogłaskała po głowie. Poczuł przyjemność, tak mu jej brakowało, że chciałby więcej. Chciałby, żeby była to mama. Zaczął płakać. Długo go uspokajała, zanuciła coś pod nosem. Prawie wtedy zasnął. To właśnie wtenczas doświadczył czegoś niezwykłego. Wydawało mu się, że dostrzegał słońce. Jego jasne i ciepłe promienie, które oślepiły go niemal całkowicie. Przymrużył powieki, chcąc uchronić oczy. Poczuł wtedy silną rękę na ramieniu, a zaraz potem na głowie. Po chwili zorientował się, że była to tylko latarka, w dodatku z ledwo tlącym się mizernym światełkiem. Ta cienka smuga światła nadal penetrowała jego źrenice.

– Przytrzymaj mu głowę, bo nic nie widzę.

– Żyje?

– Tak. Ale nie wiem, jak długo jeszcze.

– Idzie z nami?

– Tak.

Przez chwilę nic nie mówili.

– Idziesz z nami? – zapytali go prawie równocześnie.

Nic nie powiedział. Powtórzyli pytanie. Pokiwał lekko głową.

Idzie. Mężczyzna wzruszył ramionami.

Widać było, że byli zadowoleni.

W drodze poznał jeszcze dwoje dzieci, dziewczynkę i chłopczyka, na oko młodszych od niego. Prawdopodobnie były to ich dzieci. Jasne i długie włosy oraz delikatna buzia wystawały z grubego kaptura. Obok, też dobrze zamaskowany, znajdował się jej młodszy brat. Spuszczona głowa, zwichrowana czupryna, oboje pod brezentem w bezruchu i bez uśmiechów. Czy aby na pewno była to jeszcze rodzina?

Czy tak właśnie wyglądały prawdziwe rodziny? – Zastanawiał się przez moment. a może oni nie są ich rodzicami? Może prowadzą ich ze sobą w innym celu? Widział wcześniej, jak kobieta ostrzyła nóż. Nie pozwoli im tego zrobić. Nie będzie na to bezczynnie patrzył. Nie chce więcej słyszeć tych odgłosów. Ciarki przeszły mu po plecach. Od razu przypomniał sobie farmę, na której razem z ojcem szukali pożywienia. w zamkniętej na kłódkę zakamuflowanej spiżarni tuż pod podłogą nadzy i mocno wychudzeni ludzie leżeli na workach po kartoflach. Niektórzy częściowo już niekompletni. Tego krzyku nigdy nie zapomni, tak samo jak tamtego, który usłyszeli kilka godzin później, kiedy dobiegał do nich z tego samego domu, gdy śmiertelnie wystraszeni skrywali się niedaleko w kępie zbutwiałych liści. Cudem się wtedy uratowali. Teraz też tak będzie.

Zadygotał z zimna. Nie wytrzymał i wyjął broń.

– Nie pozwolę wam tego zrobić.

– Czego? – zapytał nieporuszony sytuacją mężczyzna.

–Nie możecie im tego zrobić – powtórzył trochę ciszej.

Reakcja była natychmiastowa.

– Czego nie możemy? – zawył tamten. Kobieta nic nie powiedziała.

– Nie możecie ich zjeść.

Rozpłakał się, nie zdejmując palca ze spustu. Broń była wycelowana prosto w pierś mężczyzny.

– Powiedz, zabiłeś już kogoś? Myślisz, że to takie proste pociągnąć za spust?

– Nie.

– a zabijesz mnie?

– Tak.

– Ile masz kul? Może jedną albo dwie, a jak spudłujesz?

– Mam jeszcze pistolet na race świetlne.

– a ja strzelbę. i pewnie szybciej ją wyciągnę. Chcesz zginąć?

– Nie, a czasami chyba tak, ale raczej nie, nie wiem.

– Nie, powiadasz, to dobrze. Odłóż broń.

– Nie mogę.

– Możesz.

– Nie chcę.

– Musisz – oznajmił mężczyzna.

– Dlaczego? – zapłakał jeszcze mocniej.

– Dlatego, bo to są nasze dzieci.

Kobieta milcząco potwierdziła.

– Naprawdę?

– Tak, naprawdę, bardzo je kochamy.

– Jak mogę wam wierzyć?

– Mówiłem już, że musisz. Kochamy je tak samo mocno, jak twój ojciec kochał ciebie.

Nie odpowiedział. Nic więcej nie trzeba było mówić. Nie wiadomo, czy uwierzyli sobie nawzajem, ale w tamtej chwili było coś, co sprawiło, że faktycznie musieli.

– Jesteście dobrymi ludźmi?

– Tak, przecież już ci mówiliśmy – odparła kobieta i uśmiechnęła się do niego.

Zobaczył wtedy jej zniszczone zęby.

Okutany w koc stawiał kolejne kroki. Głodny, spragniony, chory i zmęczony parł naprzód asfaltową drogą. Było ich teraz więcej, więcej było też problemów. Na zmianę pchali wózek. Koła mniej piszczały po tym, jak nasmarowali je znalezionym po drodze starym olejem silnikowym. Trochę się zacinały, ale powinny się wyrobić. Mijali kolejne kilometry, wydawało im się, że szybciej niż ostatnie. Mężczyzna często sprawdzał mapę. Szukał na niej właściwej drogi i miasteczek na szlaku. Do najbliższego miasta było wiele mil. Wszystko na około sprawiało wrażenie uśpionego, nie poruszało się, tak jakby nie żyło.

Jedzenia nie mieli za wiele, także kolacja była niewielka. Po jednym ciastku upieczonym ze starej mąki, którą znaleźli w jednym z domów. Odrobina soli, której mieli więcej. Suszone morele z datą ważności zamazaną i nieczytelną. Nie śmierdziały, to chyba były dobre. Po jednej sztuce na głowę. Dorośli żuli jeszcze tytoń. Nie nadawał się do palenia. Wszystko popili deszczówką. Jej kwaśny smak sprawił, że ich zmęczone twarze powykrzywiały się w dziwacznym grymasie, jakby mieli z czegoś niezły ubaw. Śmiali się jak nigdy, ale nie był to śmiech szczęśliwych ludzi.

Na noc zjechali do lasu. Sprawdzili teren. Wydawało się, że jest bezpiecznie. Znaleźli odpowiednie miejsce na nocleg. Rozłożyli namiot, który ledwo zipał. Poprawili brezent i okutani w dodatkowe koce położyli się do snu. Zapadła głucha i bezszelestna cisza. Nie było słychać nawet wiatru. Było jednak niesamowicie zimno.

Nie wiedzieli, jaka była pora roku, ale podejrzewali, że długa zima. Taka, która trwała chyba ze dwanaście miesięcy. Dzieci szybko zasnęły. Kobieta, która je usypiała także. Mężczyzna nie mógł zmrużyć oka. Zdawało się nawet, że płacze. To, czego nie mógł robić w dzień, robił w nocy. To, co kiedyś wydawało się niepotrzebne, teraz było konieczne.

Rano bez śniadania wyruszyli w dalszą drogę. Do południa zrobili kilka mil. Na drodze nie było nikogo. Ciągle ten sam asfalt, zakręty i proste. i tak w kółko. Żadnych ludzi, ani zwierząt. Najmniejszych śladów życia. Dobrze wiedzieli, że to nie może trwać wiecznie. Musiał przecież ktoś jeszcze ocaleć, skoro oni nadal żyli. Kim się okaże? Woleli tego nie wiedzieć.

Musieli uważać, pilnować dzieci i nie rzucać się w oczy. Często korzystali z lornetki, którą chłopiec dostał od ojca. Pomagała wypatrzeć niebezpieczeństwo. Nieraz musieli szybko schodzić z drogi i pospiesznie kryć się w lesie. Kilka kolejnych dni upłynęło im identycznie. w czasie dnia szli, a nocą próbowali odpoczywać. Było coraz zimniej i zaczynał padać śnieg. Mężczyzna dokładnie sprawdzał mapę, potem kompasem określał kierunek. i tak na zmianę. Na pozór wydawało się, że wszystko jest dobrze, ale nie było. Może to kompas był niesprawny, a może mapa nieaktualna? Ale przecież droga wciąż pozostawała niezmieniona. Od kiedyś? Od dawna, chyba od zawsze.

Od kilku dni nic nie jedli i ledwo się poruszali. w zasadzie to ślizgali się po mokrej nawierzchni, kiedy śnieg szybko topniał. Nie mieli butów, tylko jakieś szmaty prowizorycznie obwiązane sznurkiem – byle jakie podeszwy i marne skórzane mocowania. Tyle, ile mógł dla nich zrobić, to uczynił. Resztkami sił doszli do granic tego parszywego wzniesienia. Zobaczyli wtedy jakieś miasto, które wyglądało na wyludnione. Zbliżał się wieczór i musieli gdzieś przenocować. Kobieta pierwsza zagadnęła:

– Nie wejdziemy tam, prawda? Nie teraz?

– Musimy, przecież wiesz.

– Może poczekajmy do rana?

– Nie możemy.

– Boję się.

– Ja też się boję.

– To zostańmy.

– Nie, nie jedliśmy od dawna. Dzieci są bardzo głodne. Muszę znaleźć coś do jedzenia.

– a jak nie znajdziesz?

– Muszę, dotąd nam się udawało.

– Co zamierzasz?

Zabiorę chłopca i pójdziemy. Ty z dziećmi zostaniesz tutaj, przynajmniej dopóki nie nadejdzie zmrok. Tu będziecie bezpieczni. Zostawię lornetkę, żebyście nas widzieli. Nie rozpalajcie ognia.

– Wrócicie przed nocą?

– Nie wiem – odparł i spojrzał na nią wymownie.

–Wrócicie w ogóle?

– Nie wiem, przecież wiesz.

– Aha – wycedziła przez łzy. – Weźcie broń.

Mężczyzna nie odpowiedział, tylko pospiesznie przygotował im nocleg. Rozłożył namiot i rozpiął brezent. Wszystko zamaskował popękanymi gałęziami. Zostawił wózek z dobytkiem, latarkę, trochę wody i zapalniczkę, w której gazu było niewiele. Położył dzieci spać, po czym ucałował je tak, jakby miał je oglądać ostatni raz. Pożegnał wreszcie ich matkę. Zawsze tak robił, tak na wszelki wypadek.

Zeszli ze zbocza i wkroczyli do martwego miasta, ale nie dumnie i odważnie, tylko po cichu i bardzo ostrożnie. Idąc w głąb zabudowy, rozglądali się na boki. Niczego podejrzanego nie zauważyli. Minęli ruiny ratusza, budowla ta dawno już utraciła swój wdzięk. Teraz były to tylko masy betonu i stali, rumowisko poobdzierane z tynku, z dużą wyrwą w jednej ze ścian, prawdopodobnie spowodowaną wybuchem.

Broń, może gaz? – Zastanawiali się przez chwilę.

Nie weszli jednak do środka. Szukali czegoś innego. Minęli kolejne i następne budynki, potem kompleks mieszkalny i prawdopodobnie szkołę, obok której zobaczyli boisko do koszykówki. Pod bliższym koszem leżała piłka. Mieli nieodparte wrażenie, że przed chwilą ktoś musiał nią grać. Piłka była jednak mocno sflaczała. w budynku nie było okien, pobazgrane farbą drukarską wypalone wnęki przyciągały wzrok i chłonęły ostatnie światło niczym miniaturowe czarne dziury. Przeszli na drugą stronę zakurzonej ulicy i dostrzegli w oddali stary szpital, którego ogrodzenie wyglądało na nienaruszone. Obleciał ich strach. Stanęli i zastanawiając się nad tym wszystkim, rozejrzeli się dokoła. Byli w kropce.

– Musimy to sprawdzić – powiedział mężczyzna.

– Ja nie chcę. Boję się.

– Ja też się boję, ale musimy, przecież wiesz.

– Wiem. Wiem, że musimy. Zgoda.

– Tak. Zgoda – potwierdził starszy z nich.

Weszli za ogrodzenie, następnie udali się przez skwer spacerowicza – tak był opisany na mapie. Kiedyś może tak wyglądał, teraz na pewno już nie. Później ominęli jeszcze jeden zaułek i porozbijane schody, wysokie i pochyłe, po czym otworzyli marne drzwi i wolno weszli do środka. Najpierw tylko się rozglądali, a gdy się trochę oswoili, postanowili zrobić kolejny krok. Potem tych kroków było już znacznie więcej. Sprawdzili wiele pomieszczeń, w których znaleźli sporo rozmaitych przedmiotów. Składowali je później w jednej z pobliskich komórek, która wydała im się najczystsza i miała solidne zamykane drzwi. z łatwością mogli to wszystko zabezpieczyć. Zawiasy zaskrzypiały, a potem klucz zgrzytnął w zamku.

Cały czas szukali jedzenia. Nie znaleźli go jednak. Nie było już żadnej szansy, a oni nie mieli już sił. Nie mogli też zawrócić. Taki duży szpital i żadnych zapasów? Na pewno zostały już dawno temu ogołocone. z pewnością nie dotarli tu pierwsi, jasna sprawa, że także nie ostatni. Kto zatem ich znajdzie i kiedy?

Siedzieli przy oknie i wpatrywali się w dal. Zmarznięte nosy sunące po zimnym szkle. Nic się nie działo, zupełnie nic, jak zwykle zresztą. Nie ukrywali jednak, że polubili to zupełne nic. Przegrani odeszli od okna. w pewnym momencie chłopiec niespodziewanie podskoczył, a potem jeszcze raz to zrobił, po czym zaniemówił. Mężczyzna dostrzegł jego nietypową reakcję i od razu zareagował. Podszedł bezszelestnie, o mało przy tym nie przewrócił miski z narzędziami lekarskimi. Głuchy stukot metalowych przyborów mógłby wszystko zepsuć, na szczęście złapał je w porę. Szczęście w nieszczęściu. Znieruchomiał i wpatrywał się w miejsce wskazane przez chłopca. Nic tam nie było. Jeszcze bardziej wytężył wzrok, wtedy w oddali coś się poruszyło. Przez myśl przemknęło mu wspomnienie królika, którego kiedyś gonił w bujnej zielonej trawie. Teraz tylko szarości i popiel, dywan z popiołu pod stopami. Nie mieli lornetki, ale chłopiec miał dobry wzrok. Dawał mężczyźnie krótkie znaki. Po chwili bali się już obaj, a strach mieszał się ze wzruszeniem.

Przedarli się pospiesznie przez piętro i skręcając w prawo, zeszli schodami w dół. Stali teraz przed salami dla pacjentów, nie wiedzieli tylko, jaki to był oddział. Mijali pokoje, które miały szeroko pootwierane drzwi, za każdym razem mając wrażenie, że ktoś im zaraz wyjdzie prosto przed nos. Jakieś szmery przypominające wznoszącą się gromadę nietoperzy doleciały do ich uszu. Stanęli i wsłuchiwali się w pustą przestrzeń, a potem odbezpieczyli broń.

Pierwszy do środka wszedł mężczyzna, zaraz za nim chłopiec. To, co zobaczyli, zaparło im dech w piersiach, aż mały zamknął oczy. Wszędzie dookoła pełno było ludzkich szczątków, fragmentów ciał, kości i skóry. Czaszki leżały obok siebie. Na końcu pomieszczenia w rzędzie ustawionych było kilka kuchennych lodówek, wszystkie pootwierane, w każdej z nich pełno śladów zakrzepłej krwi, jakieś organy i ludzkie głowy. Porażający odór. Prądu od dawna nie było i wszystko cuchnęło jak jasna cholera.

W kolejnej sali zobaczyli składowisko ludzkich członków i włosów, i ta duża sterta równo poukładanych na sobie ludzkich skór, aż chłopca zemdliło. Nie miał, czym zwymiotować. Kałuże krwi pod nogami. Szybko opuścili tę część dawnego szpitala, po drodze natrafiając na jeszcze większe okropieństwa. Nie wiedzieli, co to było, ale przeczuwali najgorsze.

Dotarli do drzwi. Wcześniej zabezpieczyli swoje znaleziska i z kluczem w kieszeni wymknęli się z budynku. Szybko podążali w kierunku tego, co tak ich zaskoczyło i co zobaczyli jakiś czas temu przez okno na górze, nadal nie mogąc w to uwierzyć. Może to tylko jakaś fatamorgana albo inne zwidy?

Minęli kolejne zakamarki opuszczonego miasta i zaczaili się za rogiem jednego z budynków, chyba banku. Wychylili głowy prawie jednocześnie i ponownie zaniemówili.

– Nic nie mów, tylko odpowiadaj, rozumiesz?

– Tak – potwierdził chłopiec.

– Widzisz go?

– Tak.

– Jest prawdziwy?

– Nie wiem, ale chyba tak.

– Wiesz, co to oznacza?

– Nie.

– Że będziemy żyć.

– Zabijemy go?

– Tak.

– Żeby zjeść?

– Tak.

– Nie możemy go nie zabić?

– Nie, nie możemy.

– Dlatego bo nie będziemy mieli, co zjeść?

– Tak.

– i umrzemy?

– Tak, niestety.

– To musimy to zrobić.

– Musimy, dziecko.

– Tak.

– Tak.

Podeszli jeszcze bliżej, a potem z mozołem przeczołgali się po jałowej ziemi, przez cały czas mając w pamięci to, co przed chwilą zobaczyli w szpitalu. Dotąd nie mogli się z tego stanu otumanienia otrząsnąć, lecz musieli jak najszybciej, ponieważ mieli tylko jedną szansę. Wóz albo przewóz. On albo oni. Jeżeli spudłuje to zginą. Jeśli zabije to przeżyją. Jakie czasy nastały, że zabijanie było usprawiedliwione? w ich przypadku było to jednak zupełnie co innego.

A co jeśli ktoś usłyszy wystrzał? Jeśli zdradzą tym swoją pozycję? Jeśli ich znajdą? a co, jeśli ci z tego szpitala wciąż tu są? Jeżeli żyją i dalej to robią? Nie było już czasu do zastanowienia. Przełożył strzelbę przez głowę, przyłożył do ramienia, wychylił się, wycelował i wystrzelił. Trwało to ułamki sekund, dla niego było wiecznością. Przypomniał sobie odległe czasy, kiedy polował w tajgach i w puszczach. Ile przyjemności mu to sprawiało. Teraz nie czuł już nic, tylko stare wspomnienia powróciły.

Od razu pobiegli do celu, po drodze, kiedy spoglądali na ziemię, to nie wierzyli, tylko płakali, ale nie z rozpaczy, lecz z radości. Jeden celny strzał prosto między oczy, nie potrzeba było nawet dobijać. Zapach świeżego mięsa dotarł do nich po chwili. Nareszcie najedzą się do syta i zobaczą jutro, ale jutra przecież nie ma, jak pomyślał mężczyzna. Tak samo jak nie ma już przyszłości. Jest tylko teraz, zawsze to sobie powtarzali. Na ziemi leżał dorodny jeleń, duże poroże sterczało na boki, język miał wywalony do przodu.

Nie wiedzieli, ile czasu minęło od rozstania z kobietą i dziećmi. Wydawało im się, że niedużo, ale pomylili się. Poszli ich odszukać, nie znaleźli jednak nikogo. Cały czas przeszukiwali okolicę. Nie chcieli nawoływać, gdyż bali się, że ich wystrzał mógłby kogoś zwabić i spowodować zagrożenie. Sępów nie brakowało, wciąż kręciły się wkoło padliny. Powrócili w miejsce ukrycia mięsa, jego też już nie było. Zostały po nim tylko ślady, pazury albo kły? Zastanawiali się, co kryło się w tym uśpionym miasteczku.

Część mięsa na szczęście zabrali ze sobą, uratowało im to życie. Ale co z pozostałymi? Bali się rozpalać ogień, wracać do szpitala, choćby się ruszyć. Rozpalili w końcu małe ognisko i ugotowali dziczyznę w kociołku. Zjedli w milczeniu, nie spiesząc się. Dokładnie przeżuwali, tak jakby nie byli głodni, jakby delektowali się każdym kęsem, choć tak naprawdę umierali z głodu. Starali się nie myśleć o niczym. Mężczyzna próbował przypomnieć sobie coś miłego, ale nie potrafił. Chłopiec w ogóle nie miał takich wspomnień. Po kolacji wypili resztę wody, którą mieli przy sobie i postanowili trochę odpocząć. Chłopiec zniknął pod rozwiniętym brezentem.

– Boję się, a pan?

– Ja też.

– Tak?

– Tak.

– Co zrobimy?

– Nie wiem.

– Aha.

– Tak. Aha.

– Kocha pan swoją rodzinę?

– Tak.

– Dlatego nie wie pan, co zrobimy?

– Tak.

– a czym jest kochanie?

– Nie wiesz? Ojciec ci nigdy nie mówił?

– Chyba nie, chyba nie mówił.

– Kochanie to miłość, a miłość to poświęcenie. Jeżeli oddajesz wszystko, co masz, i jeżeli robisz dla nich tyle, ile zdołasz, to znaczy, że kochasz.

– Aha.

– Tak. Aha.

– a mój tata? Czy on mnie kochał?

– Na pewno. Zrobił przecież dla ciebie tyle, ile zdołał.

– i oddał mi wszystko, co miał?

– Tak, wszystko.

– To znaczy, że ja go nie kochałem, zapłakał.

– Dlaczego?

– Bo nic mu nie dałem i nic dla niego nie zrobiłem.

– Zrobiłeś. Nawet nie wiesz ile. Wystarczyło, że byłeś.

– Boję się, a pan?

– Ja też.

– Tak?

– Tak.

Pomimo tego, że nie chcieli, to dobrze wiedzieli, że będą musieli tam jeszcze wrócić. Przechodzenie przez to jeszcze raz nie należało do rzeczy łatwych, ale czy w ich sytuacji cokolwiek było łatwe?

Tym razem ominęli piętro z salami dla chorych i okrężną drogą dotarli do ukrytej komórki, której drzwi były otwarte, mimo że zamknęli je wcześniej na klucz. Zrozumieli wtedy, że nie byli tam sami.

Mężczyzna trzymał broń w pogotowiu. Pakowali tylko najpotrzebniejsze rzeczy, resztę musieli zostawić. Wiedzieli, że już nigdy tam nie wrócą. Przeszukiwanie tego diabelskiego miejsca tylko wzmagało poczucie strachu. Doskonale pamiętali to, co widzieli wcześniej. Zapamiętali też to, czego nie mogli zobaczyć. i te ciemne korytarze, które ciągle gdzieś skręcały, od czasu do czasu jakiś szelest, skrzypienie drzwi i okien, uderzenie o framugę, oraz przedłużającą się w nieskończoność ciszę, aż do następnego posępnego dźwięku napływającego w najmniej spodziewanym momencie prosto z otchłani mroku.

Wydostali się ze szpitala i pchali kosz na brudną bieliznę wypchany do połowy tym, co wzięli. Czasami musieli go przyciągać, ciężki opornie się wtedy przemieszczał. Mijając dziedziniec kliniki mieli nieodparte wrażenie, że ktoś ich obserwował z tego samego okna, przez które chłopiec dostrzegł zbawienie. Teraz jednak dostrzegali w nim tylko śmierć. Ten jeleń ich uratował, ale czy aby jednocześnie nie pozbawił także życia?

Często oglądali się za siebie, długo pilnując nawzajem. Ciągle szarpali ten niewygodny kosz. Po kilku godzinach wrócili na drogę, tutaj poszło im już łatwiej i szybciej, a wózek jakby odpuścił. Mogli przyspieszyć, mogli uciec. Mężczyzna sprawdził mapę, kierunek był dobry. Uśmiechnął się do chłopca, który dobrze wiedział, że był to wymuszony uśmiech. Poprawili wszystko w koszu, potem własne ubranie i wyruszyli dalej. Od dłuższego czasu milczeli. Nie było sensu rozmawiać, za bardzo nie mieli, o czym. Potrzebowali ciszy.

Wszędzie było pełno popiołu. Pył unosił się w powietrzu. Słońce, jakby schowane za gęstą mgłą rozpaczliwie przygasło. Powysychane i poskręcane drzewa rosły po bokach drogi; rosły – to określenie z przeszłości, bo teraz po prostu tam były i marniały. i tamta odrobina zieleni przy szpitalu… Skąd się wzięła? i jeszcze tamten jeleń?

Chłopiec pilnował teraz okolicy, był zwiadowcą. Pamiętał, że to zadanie tak samo ważne, jak bycie strzelcem. Mężczyzna położył odbezpieczoną broń na plandece kosza i pchał go przed sobą. Przez kilka następnych godzin przeszli sporo mil, nikogo nie spotkali i nic się nie poruszyło. Wypatrywali jakiegokolwiek ruchu, bezskutecznie. Stracili nadzieję, że ich odnajdą, że znajdą tamtego chłopca. Zgubił się? Zaginął? a może ktoś go ze sobą zabrał? i może był to nawet jakiś dobry człowiek? Tak, na pewno był to dobry człowiek, bo niby, kto inny? z tą nadzieją to nigdy nie wiadomo.

Mężczyzna postanowił poszukać miejsca na nocleg. Wiedział, że temperatura spadnie jeszcze bardziej, a oni nie mieli przecież koca, który został u kobiety w wózku. Mieli tylko brezent i jakieś ubrania. Znalezienie dobrego miejsca na sen było sprawą życia i śmierci.

– Posłuchaj, zostaniesz tu, a ja pójdę poszukać dla nas noclegu – powiedział mężczyzna.

– Ale ja się boję, chcę iść z panem.

– Nie możemy iść razem. Ktoś musi pilnować kosza.

– Zostawmy go tu samego – odrzekł chłopiec. – Zostawmy go tutaj, przecież nie zginie.

– Nie możemy.

– Boję się. Nie chcę tu zostać sam.

– Zaraz wrócę, obiecuję. Nie będzie mnie chwilę, no może dwie. Nazbieram drewna na ognisko. Dzisiaj porządnie się rozgrzejemy, potarł przy tym ręką o rękę.

– Ja nie chcę się rozgrzewać i nie chcę spać – zapłakał chłopiec.

– Musisz. Zrób to dla mnie.

– Boję się.

– Wiem. Ja też.

Chłopiec spojrzał na mężczyznę.

– Tak?

– Tak.

– I zaraz pan wróci, prawda?

– Tak jest. Wrócę.

– A ja będę pilnował naszego kosza, tak?

– Tak.

– Bo tam jest nasze mięso i jeszcze inne ważne rzeczy, prawda?

– Właśnie tak, prawda.

– Bo bez tego umrzemy? – zapytał chłopiec.

– Tak – odparł mężczyzna.

Chłopiec zwiesił głowę.

– Czy my umrzemy?

Mężczyzna spojrzał w górę, gdzie ujrzał sczerniałe niebo pokryte mglistymi obłokami.

– Tak, ale nie teraz. Nie dzisiaj.

– Czy skoro zrobię to dla pana, to będzie znaczyło, że pana kocham?

– Tak, będzie to znaczyło – Uśmiechnął się pod nosem do młokosa.

– Tata by się ucieszył, prawda?

– Tak. Na pewno.

Chłopiec z radości aż podskoczył.

– To zostanę i już się nie boję, nie aż tak. Mogę popilnować kosza?

Mężczyzna spojrzał mu w oczy, które były jak dwie niegasnące lampki.

– Tak, oczywiście.

Jakiś kilometr dalej mężczyzna znalazł idealne miejsce – stary mostek, zarośniętą ścieżkę i powalone drzewa, zupełnie tak jakby kiedyś przeszło tamtędy bycze trzęsienie ziemi. i duszący popiół wszędzie dookoła. Zrobili sobie ostatnio takie zabezpieczenia – z dużych płatów materiału powycinali maski, którymi osłaniali twarze. Oddychanie stało się wtedy znośne. Te niby buty i te niby maski, które ich uwierały. Brudne i podarte ubrania, które jakoś poczyścili i pocerowali. Wiedzieli, że nie był to miły zapach. Nic już przecież nie pachniało ładnie.

Mężczyzna wrócił po chłopca i rozpalili ogień, żar buchnął prawie od razu. Stary mocno pocierał o krzemień. Schowani pod mostem w ciszy łapali każdą ciepłą iskierkę wydobywającą się z płomieni i zacierali ręce. Potem umyli się w pobliskim strumieniu i nabrali wody, którą długo gotowali. Zadbali też o odzież. Mężczyzna segregował zapasy w koszu, a chłopiec usnął. Mieli jeszcze trochę mięsa, zapalniczkę, jakieś garnki, trochę oleju opałowego, sznurek i narzędzia oraz stare ubrania, pojemniki, a także amunicję. Mężczyzna nie dogrzebał się do wszystkiego, pospiesznie dorzucił drwa do ognia i pomyślał o bliskich.

Chłopiec obudził się i pomimo tego, że przez cały czas palił się ogień, to niemiłosiernie trząsł się z zimna. Przestał dopiero wtedy, gdy mężczyzna przytulił go do siebie. Tak spali przez całą noc. Rano zastało ich deszczowe i jeszcze zimniejsze od nocy. Postanowili zostać, poruszanie się w takich warunkach było prawie niemożliwe. Na szczęście suchych gałęzi nie brakowało, bo byli nimi dosłownie okutani. Wszystko to pod szerokim i szczelnym podłożem mostu, zupełnie tak jakby niewidoczny dach całego świata niespodziewanie uchylił im rąbka tajemnicy okazując wielką gościnność.

Minęło kilka dni zanim wrócili na drogę. Chłopiec czuł się już lepiej, a po ospie pozostały tylko szpecące blizny. Przedzierając się przez las odkryli czyjeś ślady, które na mokrym podłożu były aż nadto widoczne. Wyglądało na to, że przed nimi szło kilka osób, a obok widniały ślady wózka. Serca mocniej im zabiły i zakuły jednocześnie, po chwili wiedzieli już wszystko. Był to ktoś, kogo się nie spodziewali. Poszli jego tropem. Po jakimś czasie ślad się podzielił, a potem urwał.

Wkroczyli na asfalt, gdzie kosz potoczył się z górki. Musieli skręcać kołami, żeby wyhamować masywny, metalowy twór. Po godzinie dostrzegli sylwetki ludzi, do których bali się zbliżać. Przez cały czas utrzymywali bezpieczny dystans. Tamci też ich widzieli, nie zwalniali przy tym ani nie przyspieszali, a odległość się nie zmieniała. Po godzinie obcy stanęli, a za chłopcem i mężczyzną pojawiły się kolejne przykurzone postaci – patykowate, przygarbione, kulejące i trzęsące się z głodu oraz zimna. w przedagonalnym stanie niemal na oślep ospale sunące wprost za zapachem świeżego ludzkiego mięsa, niczym filmowe żywe trupy.

Jesteśmy otoczeni – pomyśleli obaj.

Odległość pomiędzy grupami cały czas się zmniejszała, aż stała się naprawdę nieduża. Chłopiec zaczął płakać, mężczyzna mówił do niego.

– Wiesz, co masz z tym zrobić, kiedy będą mnie mieli?

– Nie – odparł.

Trząsł się, kiedy to mówił.

– Masz strzelać!

Chłopiec spojrzał na mężczyznę.

– Ale ja nie umiem.

– Umiesz, każdy umie.

– Ale ja się boję.

Mężczyzna wzruszył tylko szerokimi ramionami.

– Wiem, ale strzelać będziesz.

– A jak nie trafię?

– Musisz spróbować.

Zapanowała cisza, chłopiec w końcu się odezwał.

– Bo ja wiem? Boję się.

– Wiem, ale musisz strzelać.

– A jak trafię w pana?

Złościł się przy tym i płakał.

– To nic takiego, musisz strzelać i już.

– Jak to?

– Nie rozumiał całej tej sytuacji.

Mężczyzna zmrużył lewe oko.

– Mierzysz i bach, bez zastanowienia.

– Boję się.

W oczach dziecka widoczny był strach.

– Wiem, ale tak trzeba, ostatnią kulę… zresztą nieważne.

– Co z tą kulą? Boję się.

– Wiem, to normalne.

Chłopiec się zawahał.

– Normalne?

– Tak, ale to nic.

Nabili broń, poprawili kosz i wpatrywali się w zbliżające się do nich sylwetki ludzi, którzy wyglądali niczym postaci z wosku. Było ich siedmioro – w jednej grupie troje, a w drugiej czworo. Tylu, ile piekielnych pieczęci. Mężczyzna przeliczył kule.

– Powinno wystarczyć. Może się uda, dotąd się udawało.

Przybysze nie wyglądali przyjaźnie, mieli broń, łuki, maczety i chyba nawet strzelby. Ubrani byli w coś, co przypominało wojskowe mundury. Jeden z nich miał na sobie czerwoną ceratę – taką, jaką kiedyś można było zobaczyć na kuchennym stole w przeddzień święta dziękczynienia. Mężczyzna z chłopcem czuli się teraz tak, jak tamte indyki.

Opiekun młokosa próbował pertraktować, ale niewiele osiągnął. Zostali mocno ostrzelani, usłyszeli też, co się z nimi zaraz stanie. Zaszczuci, zaczęli uciekać do lasu. Zostali rozdzieleni, zapadł zmrok i zrobiło się ciemno. Nie wiedzieli, czy to z powodu gęstych drzew, czy może ze względu na późną już porę zapanowała mroczna noc. Oddzielnie przebijali się przez busz, uciekając od siebie tak, jakby się nie znali. Mężczyzna upadł i broń wypadła mu z ręki. Nie mógł jej odnaleźć, a słyszał kroki za sobą i sapanie, coś jakby zmęczonego biegiem astmatyka, oraz kaszel i cherlanie. Poczuł niemiły zapach i uścisk wielu rąk na swoim ciele. Doświadczył bólu.

Chłopiec usłyszał krzyk mężczyzny i zatrzymał się. Nie wiedział, co robić. Wycelował rewolwer oraz pistolet na race świetlne i czekał. Czekanie ciągnęło się w nieskończoność. Stał tak, aż rozbolały go ręce. Następnie przykucnął, a kroki w oddali ustały. Zapadła cisza. Wsłuchiwał się w nią bardzo długo. Postanowił nawet coś zrobić, nie myślał przy tym o sobie, zapomniał o strachu. Zagryzł wargi i wyruszył na spotkanie.

Przebijał się przez gałęzie, co chwilę potykając się o coś. Zahaczał ubraniem o przeszkody. Niebawem zaczęło świtać. Został sam, bez niczego, to tak, jakby nie żył. Przyspieszył, rozglądając się jednocześnie. Bał się nawoływać. Nasłuchiwał i łapał oddech. Na wiele był gotowy, ale czy na śmierć? Zaczął biec, błyskawicznie przeskakiwał przez kępy, wzniesienia, doły i inne przeszkody. Gnał na przekór wszystkiemu, intuicyjnie spodziewając się najgorszego. Usłyszał wreszcie głosy, od razu zwolnił i się zaczaił. Dostrzegł tych samych ludzi, co wczoraj. Nie zobaczył jednak mężczyzny, z którym się rozdzielił. Szukał go jak tlenu, głośno oddychając. Duszący pył obecny był wszędzie i nie pozwalał na zbyt wiele.

Ludzie ci krępowali kogoś, nie mieli sznura, nie szło im to sprawnie. Rozdzielili się potem i rozeszli, część z nich poszła znosić drewno na ogniska. Planowali rozpalić ogień. Byli głodni? Na pewno tak. Co jeszcze planowali? Wolał nie wiedzieć. Musiał szybko działać. Teraz był tam tylko jeden z nich, tłusty jak prosiak, nie wiedzieć, od czego. Jak to w ogóle możliwe, że kiedyś żyli grubi ludzie?

Zaczął się skradać coraz bardziej i przybliżać do nich. Wyciągnięta w wyprostowanej ręce broń trzęsła się wraz z nim. Trochę się podczołgał, wystawił głowę i ocenił sytuację. Grubas sprawdzał ciało leżącego na mchu mężczyzny, naciskał na jego ręce i nogi, coś tam mruczał pod nosem. Ciemne oczy dokładnie lustrowały upolowaną zwierzynę. Widać było, że nie pierwszy raz to robił. Chłopiec to dostrzegł i zrobił się lodowaty. Roztrzęsiony wyskoczył, zanim zdążył pomyśleć. Jakież było zdziwienie oprawcy, który nie wiedział, co ma robić. Zerkał na przemian na zdobycz i na chłopca. Obalony na ziemię mężczyzna niewyraźnie krzyknął, przyczepiony do jego ust knebel lekko się obsunął.

– Zabij go!

Chłopak się zawahał.

– Nie mogę.

– Zastrzel go, do cholery!

– Nie potrafię – płakał, kiedy to mówił, ale nie zdjął palca z cyngla.

– Musisz!

– Nie chcę.

– Pamiętaj, że niesiesz ogień.

– Tak, niosę ogień.

Mężczyzna próbujący się uwolnić, wił się jak wąż.

– Pamiętaj, że twój tato tak by zrobił.

– Tak, tata, zrobiłby to.

– Strzelaj!

– Tak. Strzelę.

– Naciśnij spust!

– Tak, nacisnę.

Broń niebezpiecznie ruszała mu się w drżącej ręce.

– Już! Teraz! Wal, do diabła!

– Tak, strzelę, a niech to wszystko diabli!

Wystrzał zaskoczył najbardziej tego, który od razu osunął się na ziemię. Jego krew zalała wszystko dookoła. Ile jej było w tym zwyrodnialcu. Chłopcu wydawało się, że jest to morze brunatnej mazi. Patrzył, nie mogąc się poruszyć. Mężczyzna udzielał mu kolejnych wskazówek do momentu, aż został uwolniony. Schowali w bezpiecznym miejscu kosz, który dopiero odzyskali. Zatarli ślady i wyznaczyli nowy szlak – ślepy trop. Mężczyzna nauczył go tego wcześniej. Nie zajęło im to dużo czasu. Później uciekli stamtąd pospiesznie. Dziwiło ich tylko to, że pozostali oprawcy dotąd jeszcze nie powrócili? Przecież padł strzał… Na pewno go usłyszeli. Dopiero po kwadransie dotarł do ich uszu klekot, a potem warkot, po którym zobaczyli przedziwny pojazd własnej konstrukcji, a na nim stojących z bronią w rękach i rozglądających się po okolicy pozostałych zbirów.

Poszli po ten złom, dlatego nie było ich tak długo, a hałas maszynerii zagłuszył na pewno wystrzał. z wózka zginął przecież cały zapas paliwa. Wszystko układało się samo. Byli bezpieczni, ale jak długo? Byli głodni, zmęczeni, przemarznięci i spragnieni. Przez to wszystko zapomnieli, że od dawna nic nie pili. Mężczyzna wyjął pojemnik z wodą.

A jak oni coś tu wlali?

Nie mieli wyboru, musieli zaryzykować. Wypili prawie wszystko na raz. Poczuli dużą przyjemność, chłopiec zaczynał rozumieć znaczenie tego słowa. Potem uciekli jeszcze dalej. Znaleźli nocleg, tym razem poszli spać bez rozpalania ogniska, nie chcąc ryzykować. Tym, co znaleźli, szczelnie się okryli i wtuleni w siebie plecami od razu zasnęli. Śnili o rodzinie mężczyzny i o ojcu chłopca. Spoceni obudzili się rano. Nie padało i było nawet ciepło, wokół nich unosiła się para. Widoczność była nie najlepsza. Zbierali się pospiesznie do drogi i wyruszyli bez śniadania. Przebyli kilka mil, potem następne i kolejne jeszcze. Zrywy ile sił w wiotkich ciałach i nogach, a potem za krótkie postoje. Po ludziach i po pojeździe, który widzieli wczoraj, nie było ani śladu. Mężczyzna obgryzał brudne paznokcie.

Musieli wyjechać jeszcze nocą i pewnie byli już daleko stąd.

Odszukali ukryty szpitalny kosz na bieliznę – chyba tylko przez mgłę tamci go nie zauważyli. Uratowało się sporo rzeczy i trochę wody oraz jedzenia. Przebrali się i sprawdzili koła. Jedno trochę szwankowało, ale wydawało się, że jeszcze da radę. Wrócili na drogę i po raz kolejny wyruszyli na południe. Asfalt od razu z lekkością przyjął swoich gości. Pchali kosz dynamicznie, a on stukał rytmicznie. w takt drogi i w takt marszu. Kolejne pokonane mile nie różniły się niczym od poprzednich, wędrówka nabrała jednak rozpędu. Mężczyzna nic nie powiedział chłopcu o tym, co widział, kiedy szukał ukrytego wcześniej kosza. Natknął się wtedy na miejsce, w którym skonał grubas. Nie było go tam, a w zasadzie był, ale niepełny. Jego obcięta i nabita na grubą gałąź głowa złowrogo sterczała, a jej posklejane i długie włosy dziwnie falowały na wietrze. Jakby kogoś przywoływały albo żegnały. Wnętrzności porozrzucane naokoło, dużo flaków i kości. Tych drugich chyba mniej, tak jakby miał same kichy i nic więcej. Zadbali o niego, pochowali na swój sposób. Tak teraz przecież wyglądały pogrzeby. a oni poszli dalej na południe, okutani w kraciaste koce, które znaleźli w starej gospodzie po drodze.

Kolejne dni i następne przebyte kilometry. Tak jakby droga, którą kroczyli, nie miała końca. Czasami mocno popękana, innym razem pokryta odpadami. Ludzie, którzy przed nimi tędy szli, nie zważali na porządek. Nawet nie wiadomo, kiedy to było. Może wczoraj, a może rok temu?

Wciągali metalowy kosz pod górę. Starszy z nich dyszał i kasłał. Chłopiec pamiętał, jak robił tak jego ojciec. Ale to było kiedyś, teraz było teraz. Potem zjeżdżali w dół. Mężczyzna, choć osłabiony, chcąc sprawić przyjemność dziecku, sadzał go na brezencie okrywającym zapasy. Wózek wtedy, niczym sanie, sunął prosto w dół. Skrzypiał nieprzyjemnie, a koła same skręcały na boki, utrudniając zjazd, a oni i tak mieli z tego niezły ubaw. Krótka chwila radości pośród setek nieszczęść. Później na płaskim terenie odpoczęli i pomaszerowali dalej.