Strona główna » Religia i duchowość » Duch dżungli. Wspomnienia z dzikiej Wenezueli

Duch dżungli. Wspomnienia z dzikiej Wenezueli

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-65601-54-4

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Duch dżungli. Wspomnienia z dzikiej Wenezueli

Duch dżungli to zaproszenie do wzięcia udziału w fascynującej wyprawie Justyny Romanowskiej do wenezuelskiej dżungli. Jest to jednak podróż inna niż wszystkie. Autorka przemierza indiańskie wioski, podziwia piękno i moc dziewiczej przyrody, poznaje codzienne życie tubylców, jada to, czym obdarzy ją dżungla – lecz wkracza również w duchowy wymiar tej podróży. I tu zaczyna się gratka… Uczestniczy w ceremonii szamańskiej, która na zawsze zmieni jej życie, i sprawi, że dalsza część jej wyprawy będzie przebiegała zupełnie inaczej: spojrzy na siebie, dżunglę i świat nowymi oczami. W tę wielowymiarową, wielobarwną i pełną zaskakujących wydarzeń podróż zaprasza również ciebie.

„Indianie wracają rano, oglądają mnie ze wszystkich stron. Dotykają włosów, skóry, stukają w zęby, zaglądają do gardła i do uszu. Jeden z nich przemawia do mnie w swoim narzeczu, po jego twarzy widzę, iż oczekuje odpowiedzi. Bezradnie przenoszę wzrok na pozostałych, prosząc, by ktoś przetłumaczył mi te słowa. «On pyta, co powiedziały ci wody odległej rzeki». «Kazały narodzić mi się na nowo» – odpowiadam. Indianin długo myśli, potem powoli, jakby ze zdziwieniem, wypowiada słowa, które po dziś dzień noszę w sobie: «Jesteś kobietą dżungli. Poznałaś lęk, ból. Ból ten może ukoić tylko dżungla, bo w dżungli nie ma przeszłości ani przyszłości, istnieje tylko ten moment, w którym tańczy dusza. Twoja dusza narodziła się w dżungli i teraz musisz do niej należeć. Upłynęło wiele tygodni, byś mogła zrozumieć»”.

Polecane książki

W trudnym, napiętnowanym dramatyzmem okresie 1792–1830 w Niemcewiczu widziano kwintesencję polskości i pewien typ jej reprezentatywności. „Piękny starzec”, którego wizerunek urabiała opinia publiczna na wzór „sławnych mężów” Plutarcha, wychodził ze swoimi poglądami i postawami oraz twórczością naprz...
„Caryca” to historia niewiarygodnego awansu Marty Skowrońskiej, córki chłopa pańszczyźnianego z Inflant, która została pierwszą sprawującą realną władzę carycą Rosji. Towarzyszyła Piotrowi Wielkiemu w niezliczonych kampaniach wojennych i urodziła mu tuzin dzieci, godząc się z przedwczesną śmiercią w...
Kiedy Alicja ucieka sprzed ołtarza w przeddzień ślubu, nie wie jeszcze, że tak naprawdę nie da się uciec zbyt daleko. Szczególnie jeśli po drodze skręci się kilka razy w niewłaściwą stronę... Kobieta wpada w sidła Adama, tyrana ukrywającego się pod maską porządnego człowieka i cenionego kardiolo...
Książka przedstawia tłumaczenia listów i wykładów na temat zen wielkiego nauczyciela Dahui Zonggao (1089-1163). Jego spostrzeżenia zebrane w tym tomie kierowane są głównie do osób stanu świeckiego, stąd nacisk położony jest na sposoby, w jakie ludzie pogrążeni w sprawach tego świata mogą uczyć się z...
Syn Rzeźnika i Anioł strzegą świat przed zagrożeniami, powstającymi zza grobu. Wir przygody rzuca ich w niezwykle miejsca m.in. do Biblioteki Miejskiej jaki i Brazylii.Brunon LagunaTwórca próbujący się przebić. Imał się różnych zajęć. Roznosiciel ulotek, raper, merchandiser, sprzedawca - account man...
Zapraszamy Państwa do podróży przez dzieje Belna, miejscowości położonej w woj. mazowieckim. Ta mała miejscowość ma bardzo ciekawą historię, którą warto poznać....

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Justyna Romanowska

OkładkaKarta tytułowa

odróż to dla mnie bycie tu i teraz. To czas, kiedy pozwalam myślom swobodnie przepływać. Nie podążam ani za przeszłością, ani w stronę przyszłości. Skupiam się jedynie na drodze, która jest tuż przede mną. Paradoksalnie bycie w drodze pozwala mi się zatrzymać, zostawić chaotyczną codzienność i spojrzeć na sprawy z szerszej perspektywy. W podróży jestem odkrywcą samej siebie i ludzi dookoła. Nie zabieram telefonu, tabletu czy komputera. Odsuwam się od wiadomości z miejsc, które nie należą do mojego tu i teraz. Zawsze dążąc do osiągnięcia spokoju umysłu, przemierzam nowe lądy i staję się ich częścią. Szukam życzliwych ludzi i ubieram się w ich życie. Przeobrażam się, by poznać świat z krwi i kości. Kiedy żyję z Indianami, chcę być dzika. Często zostawiam miejski ekwipunek za sobą i korzystam z tego, co zechce mi dać ziemia. Podróż to dla mnie nie korzystanie z przygotowanych wcześniej udogodnień i posługiwanie się tym, co znane. W podróży jestem rozbitkiem, który dotarł do nieznanej ziemi bez zaplecza ze swojego świata. Budzę się po długim śnie w zupełnie odmiennych okolicznościach i uczę się nowej rzeczywistości. Zatracam się w tej metamorfozie, dzięki czemu jest trochę tak, jakbym reinkarnowała się w nowym czasie. Przeżywam radość i smutek. Życie w podróży niekiedy maluje na mojej duszy świetliste tatuaże, a kiedy indziej zostawia na niej blizny. Cokolwiek by się działo, nieustannie jestem głodna nowych miejsc i żyję po tysiąckroć. I wracam bogatsza o cały wszechświat, który starałam się uchwycić na kartach tej książki, aby przez tę opowieść zabrać w odległą podróż także Was.

ubię lotniska ze względu na panującą tam specyficzną atmosferę. Wszyscy są w pewien sposób pomiędzy jakimś „tam” a jakimś „tutaj”. Paradoksalnie to właśnie w takim momencie stajemy się wszyscy bardziej prawdziwi, bo nie mamy swojego punktu zaczepienia. Musimy tak na tych lotniskach lewitować, a to dla ciekawskiego obserwatora, którym jestem, nie lada gratka. Wszyscy na lotniskach zerkają na siebie, ale nie ukradkiem, tylko otwarcie, bo tutaj można, tutaj to nie jest w złym tonie. I tak sobie patrzymy, próbujemy w każdym wyczytać tę tylko jego historię, i to jest właśnie najbardziej fascynujące. Odnajdywanie historii w ludziach, przeglądanie się w ich oczach, poszukiwanie różnorodności, wtapianie się w odmienność, spotkanie z samym sobą, podróżowanie po wielobarwnych światach, odkrywanie nowych skrawków ziemi. Wędrówka i przemiana.

Jestem w Wenezueli. Ciepły wiatr i fale tropikalnego gorąca. Lotnisko znajduje się w La Maiquetía, 26 km od centrum Caracas, owianej złą sławą szczególnie niebezpiecznej stolicy kraju. Chcąc dostać się do miasta, muszę wymienić dolary na wenezuelskie bolívary (walutę wprowadzono na cześć bohatera narodowego Simóna Bolívara). W Wenezueli, kraju o nieodmiennie niestabilnej sytuacji polityczno-ekonomicznej, kwitną nielegalne interesy. Różnica pomiędzy kursem dolara w banku a czarnorynkowym może być ogromna. Trzeba być jednak ostrożnym, bo oszustów nie brakuje, a biały turysta jest szczególnie narażony na zaczepki naciągaczy. Na lotnisku można się spodziewać gorącego powitania: miejscowi nachalnie oferują wymianę pieniędzy, zorganizowanie taksówki, kupienie soku. Unikam takich sytuacji. Sama wolę znaleźć wszystko, czego potrzebuję; kiedy ktoś mi się narzuca, nie ufam jego intencjom. Po długiej podróży jestem zmęczona, logiczne myślenie przychodzi mi już z coraz większym trudem, dlatego nie ryzykuję, idę do banku wymienić niewielką kwotę potrzebną na dojazd do centrum. O reszcie pomyślę później. Plan jest teraz następujący: z terminalu międzynarodowego muszę się przedostać busem na terminal krajowy, potem kupić bilet i złapać autobus do Caracas. Następnie wysiądę w miejscu (liczę na to, że dowiem się, gdzie to będzie), z którego metrem będę mogła dotrzeć do dzielnicy Altamira, gdzie znajduje się hotel, w którym zamierzam się zatrzymać. Szybko dochodzi do mnie, że oznaczenia i udzielanie informacji to coś, do czego Wenezuelczycy nie przykładają zbyt dużej wagi. Pytam kilka razy o drogę, idę we wskazanym kierunku i jak to najczęściej bywa w takich przypadkach, nie docieram tam, gdzie zamierzałam. Kolejne próby wydostania się z lotniska kończą się fiaskiem. Busa nadal nigdzie nie widać, a ja się miotam. W końcu jednak wychodzę z lotniska i znajduję terminal krajowy z kasą biletową. Przed budynkiem czekają autobusy do Caracas, a kierowcy tłumaczą mi jeszcze, jak dostać się metrem do Altamiry. Sukces! Wsiadam do autobusu z całym rynsztunkiem, bo luksus luku bagażowego nie jest dostępny. Autobus jest w wersji mini, więc wciskam się i zajmuję ostatnie wolne siedzenie koło jakiegoś „lokalsa”. Próbuję gdzieś postawić plecak. Nie jest to łatwe, biorąc pod uwagę ciasnotę. Na szczęście z pomocą przychodzą mi Wenezuelczycy.

Udało się! Zmierzam do Caracas. Jakieś 30 minut jazdy jedną z niebezpiecznych tras. Bardzo często zdarzają się tu napady. Choć może jeszcze większe ryzyko wiąże się z obyczajami tutejszych kierowców, którzy nie stosują się do żadnych przepisów. Obowiązuje jedna zasada: ten, który głośniej trąbi i głośniej krzyczy, ma największe szanse na przebicie się przez chaotyczny ruch. W całym tym szaleństwie wysiadam i wpadam w wir kolorowego ulicznego zgiełku. Odnajduję stację metra, kupuję bilet i jadę do Altamiry. Marzy mi się prysznic po trudach podróży, relaksujące ciepłe stróżki wody. Ale w Wenezueli tego typu relaks okazuje się wyjątkowo oryginalnym marzeniem. Albo raczej, według tutejszych standardów, jakimś abstrakcyjnym kaprysem, bo skoro jest tak gorąco na zewnątrz, na co komu ciepła woda? W większości wenezuelskich łazienek pod prysznicem jest tylko jeden kurek – ten z zimną wodą, Wenezuelczycy biorą prysznic właściwie po to, żeby się ochłodzić, spłukać z siebie żar tropików. Kąpiel w ciepłej wodzie jest tutaj czynnością raczej irracjonalną.

Najpierw zanurzam pod zimny strumień wody nogę, starając się wmówić mojemu ciału, że wszystko w porządku. Po paru minutach przyzwyczajam się i nawet jest przyjemnie. Pocieszam się, że chociaż woda jest zimna, to jednak zawsze woda. Trzeba się cieszyć każdym dniem, który oferuje możliwość kąpieli, bo nie wiadomo, jak będzie potem. Próbuję skontaktować się ze światem po drugiej stronie oceanu. Hotel w końcu chwalił się darmowym dostępem do Internetu, ale ktoś ukradł kabel, więc będę musiała obejść się smakiem. Wracam do pokoju, który nie należy do najczystszych. Za oknem nieustający ruch, a w środku przeraźliwie huczy stara, zdezelowana klima. Nie zwracam na to uwagi, zasypiam od razu. Nie mogę się doczekać jutra. Dopiero schodząc ze szlaków turystycznych, będę mogła naprawdę poznać ten kraj tak odmienny od tego, do czego jest przyzwyczajony Europejczyk. Chcę poczuć jego radość i ból, dostrzec zarówno jego piękno, jak i wstyd. Wenezuela to kraj w moim wyobrażeniu mroczny i tajemniczy, pełen nieodpartego uroku, nieodkrytych sekretów, kryminalnych intryg i zbrodni. Mieszanina cudów i okropności, namiętności i szaleństwa. Rozgrywki polityków i walka o lepszą przyszłość, a wszystko to obok siebie w mozaice wenezuelskiej codzienności.

Caracas męczy, wszystko tutaj jest chaotyczne i nieokiełznane. Dopiero po wielu latach podróżowania po Ameryce Południowej można się odnaleźć w tym mieście. To tutaj po raz pierwszy zetknęłam się z latynoskim światem. Muszę jednak przyznać, że to miasto nigdy nie było w stanie na długo zatrzymać mnie w swoim labiryncie wiecznie ruchliwych ulic. Z mojego pierwszego pobytu w Caracas na zawsze zapamiętam wysiłek włożony w to, jak się z niego wydostać. Wygląda na to, że o rezerwacji biletu czy jego wcześniejszym kupnie nikt tu nigdy nie słyszał. To po prostu nie w latynoskim stylu. Na gorącym kontynencie wszystko odbywa się na gorąco. Jeśli się chce dokądś pojechać, trzeba pojawić się z bagażem na dworcu autobusowym w dniu podróży i spróbować coś załatwić. Jak się nie uda dzisiaj, to może uda się jutro albo pojutrze, albo kiedy indziej. Co ciekawe, ta reguła nie dotyczy tylko autobusów. Pamiętam, że kiedyś przez parę dni przyjeżdżałam na lotnisko, chcąc dostać się na jeden z lokalnych lotów. Za każdym razem kazano mi czekać, po czym okazywało się, że muszę przyjść następnego dnia. Innym razem, kiedy chciałam udać się na Wielką Sawannę (La Gran Sabana), skierowano mnie do samolotu lecącego w okolice delty Orinoko, bo akurat brakowało w nim pasażerów. Nikogo to nie dziwi, nikt się przeciw temu nie buntuje. Proste, niepisane zasady, którym poddają się tutaj wszyscy, niezależnie od narodowości i zasobności portfela. A mnie się marzy zobaczyć miasteczko o uroczej nazwie Zaraza. Jadę na niesławny terminal autobusowy La Bandera, gdzie w tłumie nietrudno o spotkanie z kieszonkowcem. Krążę pomiędzy podejrzanie pustymi okienkami kas, szukając informacji o kursie do upragnionej Zarazy, ale bez rezultatu. Większość okienek i tak jest zamknięta, a mi przychodzi do głowy, że skoro sprzedaż z wyprzedzeniem tutaj nie istnieje, to właściwie po co komu kasy. Musi istnieć jakiś inny tajemny sposób zdobywania biletów.

Długo nie trzeba szukać, bo chmara nawołujących naganiaczy szybko daje o sobie znać. Mężczyźni wykrzykują nazwy poszczególnych miejscowości, do których oferowany jest przejazd. Opcje transportu są różne. Naganiacz może pracować dla przewoźnika autobusowego albo być kierowcą samochodu osobowego, który kompletuje pasażerów, aby przewieźć ich na jakimś krótszym dystansie. Kompletny chaos. W dodatku trudno wśród okrzyków wychwycić nazwy miejscowości, do których oferowane są bilety. Jest niedziela, do Zarazy dzisiaj nie odjedzie żaden autobus. Zmieniam plany i próbuję obrać zupełnie inny kierunek. Pytam o Ciudad Bolívar, bo stamtąd blisko do dżungli. Okazuje się jednak, że chcąc jechać w kierunku wschodnim, trzeba złapać autobus, który odjeżdża z innego dworca. Oprócz terminalu La Bandera, który jak się okazało, obsługuje rejsy na zachód, na obrzeżach Caracas znajduje się jeszcze terminal Del Oriente, wrota dla podróżujących na wschód. Gdyby nie znajomość języka hiszpańskiego, w ogóle nie wiedziałabym, o co tutaj chodzi.

Tymczasem zrobiło się już późno, więc pozostaje mi wrócić do hotelu i spróbować jeszcze raz następnego dnia. Mam wrażenie, że im bardziej chcę się wydostać z tego miasta, tym bardziej chwyta mnie ono w swoje szpony. Na zewnątrz porywa mnie czekoladowy tłum; na ulicach rozstawione są kolorowe stragany z najróżniejszymi towarami. Do tego wszystkiego miasto pulsuje kakofonią dźwięków: odgłosów aut, latynoskiej muzyki i pokrzykiwań ludzi. Płynę z tłumem, rozpaczliwie starając się dotrzeć do celu. Tłum bywa grząski jak bagno, wciąga mnie coraz bardziej. Kiedy przystaję, niecierpliwi się, bo zdaję się tym bezruchem zaburzać jego ustalony rytm. Mimo mojej wymuszonej zależności od poruszającego się tłumu nie jestem jednak jego częścią. Odstaję, jestem zbyt biała, odmiennie ubrana, z innym wyrazem twarzy, za bardzo zdezorientowana i zdecydowanie za mało latynoska. To uczucie bywa krępujące, chwilami nawet nie czuję się bezpiecznie, ale zarazem miesza się we mnie z wielką fascynacją, bo wiem, że nie jestem w globalnej wiosce. Jestem w kraju, w którym turysta w wielu miejscach wciąż jeszcze bywa rzadkością, w kraju, który wymyka się wszelkim ramom i ujednoliceniom, dlatego można go odkrywać z całą jego odmiennością. Dawać się zaskoczyć, choćby negatywnie, ale tym samym móc poznawać świat od podszewki.

W Wenezueli życie toczy się w swoim tempie i według innych reguł niż nasze. Zasady gry ciągle się zmieniają, a jakiekolwiek plany bardzo szybko rozbijają się o wenezuelską rzeczywistość. Obowiązuje podejście mañana, wszystko odkłada się na później. Jedyne, co wydaje się tutaj działać bez zarzutu, to czarny rynek. Wymianę pieniędzy można załatwić sprawnie, skutecznie i w każdej chwili. Nie pamiętam czasów, kiedy w Polsce od koników kupowało się walutę, więc czarnorynkowe interesy były dla mnie nowością, początkowo stresującą.

Dostałam namiary na sklep jubilerski w Caracas. Jego właściciel po godzinach prowadził na zapleczu coś w rodzaju nielegalnego kantoru. Kiedy docieram na miejsce, właściciel zamyka drzwi na klucz. Serce mi wali ze strachu, nawet ręce mi się trzęsą. Zaczynamy negocjacje, nic nie rozumiem z tych wyliczeń i przeliczania wartości banknotów o bardzo wysokich nominałach na wartość po denominacji. Facet na pewno już się zorientował, musiał wyczuć moją panikę i brak doświadczenia. Nagle przez głowę przechodzi mi myśl, że pewnie chce mnie oszukać. Opanowuję drżenie rąk, postanawiam się wziąć w garść i spokojnie mówię, że mogę wymienić więcej, jeżeli dostanę korzystniejszy kurs. Ostatecznie dobijamy targu. Zwijam banknoty w rulony, zawiązuję gumką recepturką (takie recepturki przydadzą się jeszcze w podróży). Wymieniamy słowa pożegnania i opuszczam sklep jubilera. Okazuje się, że gwiazdy mi sprzyjają. Nikt mnie nie oszukał, nic złego się nie stało, a za każdego dolara dostałam prawie trzy razy tyle co w banku. Wszyscy są zadowoleni.

Kolejny dzień, kolejny terminal, ale przynajmniej tym razem dworcowi naganiacze mogą zaoferować mi kurs w interesującym mnie kierunku. Kupuję bilet na nocny przejazd do Ciudad Bolívar i odczuwam ulgę, że wreszcie ruszę w dalszą drogę. Do odjazdu mam jeszcze trochę czasu, więc obserwuję, jak działa tutejsza organizacja podróży. Najpierw przychodzi facet z wózkiem i woła: „Maletas, bolsas!” (plecaki, torby), zabiera bagaże od podróżnych na swój wózek i gdzieś z nimi jedzie. A skąd ja mam wiedzieć, który facet i wózek przynależą do mojej trasy? Potem ktoś inny coś wykrzykuje, być może nazwy miejscowości, ale trudno cokolwiek usłyszeć w panującym tu zamęcie. Pasażerowie ustawiają się w kolejce i rozchodzą do autobusów. W Ciudad Bolívar na płytę dworca może wejść jedynie osoba z biletem. Wygląda to trochę jak na lotnisku: są przejścia przypominające bramki lub specjalne korytarze, do których ustawia się kolejka, a potem każdy podąża w stronę swojego autobusu. Jak się zorientować, który jest mój? Podchodzę do nawoływacza i próbuję się czegoś dowiedzieć, ale to na nic; pan albo milczy, albo jak już zacznie mówić to tak, że nie rozumiem ani słowa.

Nie ruszam się z miejsca i decyduję, że poczekam na faceta z wózkiem. Nigdzie go nie ma, więc chyba mojej trasy nie obsługuje. Za to nawoływacz się uaktywnił i coś do mnie krzyczy. Chociaż znam hiszpański, to jednak niczego nie rozumiem – wenezuelski akcent kpiąco gra mi na nosie. Pokazuję nawoływaczowi mój bilet i plecak, a on każe mi iść dalej korytarzem prowadzącym na płytę dworca. Wszystko to ma na celu zapewnienie bezpieczeństwa. Chodzi o to, żeby niepożądane osoby nie przedostały się do autobusu, bo wcześniej zdarzały się napady lub kradzieże. No tak, tylko co teraz? Nagle słyszę: „Ciudad Bolívar – C!”. Akurat przed sobą widzę wielką literę „C” i schody prowadzące na dół. Ruszam, na placu stoją dwa autobusy, więc nie jest źle. Odnajduję mój i okazuje się, że w dalszą podróż udam się czymś, co miejscowi nazywają „bus-cama”. „Autobus-łóżko” to najbardziej luksusowy dostępny tutaj środek transportu. W środku wygodne, rozkładające się fotele z podnóżkami, kierowca oddzielony zaciemnionymi drzwiami, toaleta, TV, klimatyzacja i nawet dostaję numerek na bagaż. Naprawdę nie spodziewałam się, że tak można podróżować w Wenezueli. Po kilku godzinach dochodzę do wniosku, że klimatyzacja to jednak kiepski pomysł. Autobus zamienił się w lodówkę i chociaż jestem dosyć ciepło ubrana – mam nawet sweter – nadal marznę! Jestem w tropikach i marznę. Z zazdrością spoglądam na zapobiegliwych Wenezuelczyków opatulonych ciepłymi kocami. Szczękając zębami, zastanawiam się, ile ciepła zapewniłaby mi zerwana z okna zasłonka. Tropiki tropikami, ale trzeba wiedzieć, że tutaj klimatyzacja ma tylko dwa biegi: maksymalne chłodzenie albo jest wyłączona. Dlatego widok zgrzanych Latynosów wsiadających do autobusu z kocem pod pachą szybko przestał mnie dziwić.

O czwartej nad ranem, czyli trzy godziny przed planowanym przyjazdem, docieramy do Ciudad Bolívar. Miasteczko jeszcze śpi, na dworcu nie ma prawie nikogo i jest ciemno. W Wenezueli wszystko jest możliwe. Na szczęście Ciudad Bolívar ma klimat pueblo, nie przypomina wielkiego miasta (choć jest stolicą stanu Bolívar), więc mentalność ludzi jest zupełnie inna niż w Caracas. Są bardziej przyjaźni, spokojniejsi, wręcz rodzinni. Nie ginie się w tłumie obcych twarzy, można się poczuć częścią grupy. Przez to jest też bezpieczniej. Może właśnie to sprawia, że łatwiej się tu odnaleźć niż w wielkim mieście i poczuć się pewniej nawet na opustoszałym dworcu nad ranem.

Udaje mi się złapać taksówkę i trafiam do jednego z kolorowych domów gościnnych, nazywanych tutaj posadas. Piękny, stary dom pełen jest zabytkowych mebli, wszędzie porozstawiane małe lampki i kwiaty, wyeksponowano indiańską biżuterię z nasion, którą można kupić. Jest tu ogromne patio, wygodne kanapy i hamaki na tarasie.

Nie muszę się długo zastanawiać, zamierzam spać w hamaku. Jest cudownie, hamak jest niesamowicie wygodny i kołysze mnie do snu, powietrze jest ciepłe i wypełnione dochodzącą zewsząd muzyką. Kiedy budzę się po kilku godzinach snu, czuję, że jestem w dobrym, radosnym miejscu. Kołyszę się w hamaku, słońce grzeje i kojący spokój sprawia, że mogłabym tak leżeć godzinami, a może nawet całymi dniami. Cały swój dobytek, tak jak wszyscy, zostawiam koło hamaka. Nikt tu niczego nie pilnuje. Kradzieże się tutaj nie zdarzają.

Ciekawość sprawia, że wyruszam na zwiedzanie miasta. Szczególnie interesuje mnie jego historyczna część, która tak bardzo przypomina pueblo. Spędzam tu najwięcej czasu. Mogę wreszcie odetchnąć i po prostu cieszyć się tym, że jest pięknie i kolorowo. W Ciudad Bolívar szybko zapomina się o smutkach i trudach podróży. Z jednej strony to miasto podobne do innych. Jest tu plac Bolívara, kościół, sklepy w blaszanych barakach, które oferują wszystko i nic, mnóstwo barwnie wyglądających, serdecznych ludzi. Na ulicy można kupić słodki sok ze świeżej gujawy, na śniadanie podają gęstą zupę, a w gorące wieczory można posłuchać latynoskiej muzyki i poczuć powiew egzotycznej wolności. A wszystko to niezmiennie w otoczeniu podniszczonych, rozpadających się budynków z odchodzącymi warstwami kolorowych farb. Ameryka Południowa to graciarnia, pchli targ, na którym spod zbutwiałego kurzu zapomnienia trzeba wyławiać lśniące perełki. Jeśli ktoś chce nacieszyć oko nienaganną estetyką, będzie zawiedziony, może nawet zdegustowany, bo tutaj trzeba się postarać dostrzec piękno. Właściwie większość wenezuelskich miast wygląda jak zapadłe, zdewastowane dziury. Ale można tu również zobaczyć kolorowe latynoskie domki, oryginalnych sprzedawców owoców, posłuchać upojnej muzyki, poczuć gorącą atmosferę i natknąć się na niespodziewanie ładne zakątki. Trzeba tylko chcieć.

Dla mnie zaczyna się czas beztroskich dni. Mogę do woli przyglądać się miejscowym, podglądać ich zwyczaje, jeść lokalne dania, poznawać ludzi i kontemplować świat. Życie płynie powoli i spokojnie, a ja poddaję się temu rytmowi. Temu wszystkiemu nieodłącznie towarzyszy typowy wenezuelski rozgardiasz, którym nikt się zbytnio nie przejmuje. Sprawy się dzieją, a ludzie są jakby obok nich i w całym tym małomiasteczkowym zgiełku wszystko wydaje się na swoim miejscu.

Pomimo całej sympatii dla tego tropikalnego zakątka wyruszam jednak dalej. Amazońska dżungla wzywa. W końcu dzieli mnie od niej tylko krok.

Żadne miejsce na Ziemi nie pociąga mnie tak bardzo jak amazońska selwa. Dżungla i jej Indianie – to zawsze był mój świat. Trochę jak uwierające wspomnienie z poprzedniego życia. Zawsze chciałam dotrzeć właśnie tam. Do pierwszej podróży przygotowywałam się długo, przeczytałam stosy książek, pochłonęłam wszystkie dostępne w Internecie informacje, ciężko pracowałam, żeby zarobić na podróż, a potem długo polowałam na bilet w dobrej cenie. Na końcu kupiłam odpowiedni ekwipunek, wybrałam kraj, od którego chciałam rozpocząć zwiedzanie, i wyruszyłam. Pchała mnie jakaś nieokreślona wewnętrzna siła. Nie miałam konkretnego planu, chciałam po prostu dotrzeć w najbardziej zielone miejsce na mapie, tam, gdzie kończą się wszystkie drogi. Zafiksowałam się na tym zielonym rejonie i jak w transie podążałam w jego kierunku.

Podróżując, korzystałam z zebranych wcześniej wiadomości, ale najczęściej czerpałam informacje i wskazówki od napotkanych ludzi, bo szybko okazało się, że w Ameryce Południowej to rozmowa otwiera drzwi do realizacji celów. Szukałam przewodników – Indian, którzy zabraliby mnie do swojego domu. Wiedziałam, że muszę się dostać do rzeki, bo dzięki przeprawie rzeką dotrę do celu. I wiedziałam, że będę musiała zaufać obcym ludziom, choć dla Indian to ja byłam obca. Chwilami wydawało mi się, że może to jednak szaleństwo, ale był we mnie jakiś instynkt, który po prostu kazał mi iść. Oni przecież też musieli mi zaufać.

iedy przekroczyłam granicę dżungli, czas przestał istnieć. Zegarek i kalendarz stały się abstrakcją. Czas w selwie liczy się od wschodu do zachodu Słońca – zasada jest prosta: o wschodzie świat się pojawia, a o zachodzie znika. Do dżungli dotarłam z Indianami z plemienia Ye’kuana oraz Sanumá. W Ciudad Bolívar wynajęłam przewodnika, który zgodził się być moim pośrednikiem w komunikacji z plemionami, które miałam nadzieję spotkać w głuszy. Towarzyszyła nam też czwórka przyprowadzonych przez przewodnika Indian, którzy zajmowali się noszeniem ekwipunku i obsługą łodzi. Nie umawiałam się na konkretną trasę, nie było to dla mnie istotne. Chciałam się po prostu zgubić w wielkim lesie, pragnęłam na własnej skórze poczuć, jak to jest żyć zupełnie inaczej, poza znaną mi cywilizacją. Mogłam tam żyć tak jak Indianie i już po kilku godzinach wyprawy wiedziałam, że będą to niezapomniane i wyjątkowe wrażenia.

Najpierw z Ciudad Bolívar dojeżdżam taksówką do oddalonej o dwie godziny mieściny o nazwie Maripa. W wenezuelskich taksówkach, podobnie jak w autobusach, muzykę puszcza się na cały regulator, a im większa prędkość na liczniku, tym lepiej (dziury i wyboje nie przeszkadzają w osiąganiu zawrotnych, jak na stan tutejszych dróg, prędkości). Taksówka pędzi, kołysząc się i wzbijając tumany kurzu, a po obu stronach drogi niczym rozwijająca się z rolki taśma z obrazkami przewijają się palmy moriche i osnute mgłą góry. W ciągu tych dwóch godzin kilka razy zatrzymujemy się przy punktach kontrolnych; żołnierze sprawdzają tam dokumenty i czasami bagaż.

Gdy docieramy do Maripy, gdzie obecnie mieszka wielu Indian, którzy zdecydowali się opuścić dżunglę, zaczynam się czuć niepewnie, jak zwierzę w klatce, które wszyscy nachalnie oglądają. Próbuję wytłumaczyć mojemu przewodnikowi swoje obawy. Mówię mu, że wszyscy „patrzą tu na mnie złymi oczami”. Uśmiecha się i w odpowiedzi ostrożnie przykłada swoją „czekoladową” dłoń do mojej „śnieżnej”. Jakoś mnie to nie uspokaja, nawet chyba bardziej dobitnie unaocznia mi moją inność, ale wierzę, że z czasem ludzie do mnie przywykną. Tymczasem szukamy łódki do wynajęcia, którą będziemy mogli popłynąć do dżungli. To nie stanowi tutaj dużego problemu, dlatego po godzinie mamy już środek transportu. Ograniczam bagaż do niezbędnego minimum: zabieram jedynie leki, latarki, śpiwór i zmianę bielizny. Niezbędne są oczywiście beczki z benzyną, hamaki, moskitiery i trochę jedzenia.

Płyniemy po