Strona główna » Sensacja, thriller, horror » Dwa fronty

Dwa fronty

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-65904-35-5

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Dwa fronty

Polscy lotnicy i komandosi zostają wysłani do Zatoki Perskiej, by u boku Amerykanów walczyć z Iranem.

Tymczasem za sprawą tajemniczych sił wewnętrzne spory doprowadzają Polskę na skraj wojny domowej. Wojsko zmuszone jest walczyć na dwóch frontach. Wewnętrznym i zewnętrznym.

Do akcji wkraczają trzy kobiety: major Agata Adamczewska, kapitan pilot Anna Kozłowska i podporucznik Aleksandra Rudzińska. Czy powstrzymają zagrożenie?

Trzecia część szokującego realizmem cyklu Antoniego Langera.

Polecane książki

Na ulicy Miodowej co dzień około południa można było spotkać jegomościa w pewnym wieku, który chodził z placu Krasińskich ku ulicy Senatorskiej. Latem nosił on wykwintne, ciemnogranatowe palto, popielate spodnie od pierwszorzędnego krawca, buty połyskujące jak zwierciadła — i — nieco wyszarzany cyli...
Bestsellerowy autor Raczej szczęśliwego niż nie i Zostawiłeś mi tylko przeszłość zachwyca nową poruszającą powieścią.   Piątego września, krótko po północy, Mateo Torrez i Rufus Emeterio otrzymują wiadomość telefoniczną: dzisiaj bezpowrotnie odejdą z tego świata. Mogą jednak odpowiednio przygotować ...
  Jest to pierwsza na rynku publikacja zawierająca ostateczny tekst ustawy z 10 maja 2018 r. o ochronie danych osobowych wraz z uzasadnieniem rządowym. Ustawa weszła w życie 25 maja 2018 r. i wdraża do polskiego prawa przepisy unijnego rozporządzenia RODO. Nowe prawo dotyczące ochrony danych osobowy...
W zimowy, niedzielny dzień, zapalony wędkarz spędza kilka godzin nad rzeką łowiąc ryby. Gdy po raz  ostatni zarzuca wędkę, ma nadzieję na naprawdę dużą sztukę. Widok wyciągniętej zdobyczy jest dla niego wstrząsający. Wyławia ludzką głowę.Rozpoczyna się śledztwo prowadzone przez policjantów z Komendy...
PRZYJAZD DO LUKSUSOWEGO HOTELU W MAINE OBUDZI WSPOMNIENIA, KTÓRE ZAGROŻĄ WSZYSTKIEMU, CO W ŻYCIU CENISZ… Claire Dellamare przyjeżdża do hotelu Tourmaline na wyspie Folly Shoals w stanie Maine na spotkanie biznesowe z ojcem, dyrektorem generalnym ich firmy. Kiedy zaczynają nawiedzać ją dziwne wspomni...
To zaskakująca i zabawna powieść obyczajowa… trochę nie z tego świata! Wypadek samochodowy wywraca życie Małgorzaty Lindberg do góry nogami. Zapomniana gwiazda wielkiego ekranu niespodziewanie budzi się w cudzym ciele… Dwadzieścia lat młodsza, lecz wciąż przebiegła i zdeterminowana, by ponownie znal...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Antoni Langer

ANTONI LANGER

Dwa fronty

 

 

© 2019 WARBOOK Sp. z o.o.

© 2019 Antoni Langer

 

 

Redaktor serii: Sławomir Brudny

 

Redakcja i korekta językowa: Agnieszka Zub

Korekta: Katarzyna Zioła Zemczak

 

Projekt graficzny, skład, eBook:Ilona i Dominik Trzebińscy Du Châteaux, atelier@duchateaux.pl

 

Zdjęcie na okładce: Bartek Bera

Projekt okładki: HEVI

 

 

ISBN 978-83-65904-35-5

Ustroń 2019

 

Wydawca: Warbook Sp. z o.o.

ul. Bładnicka 65

43-450 Ustroń, www.warbook.pl

 

Wszystkie wydarzenia i osoby przedstawione w książce są fikcyjne, a podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych może być wyłącznie dziełem przypadku. Wszelkie informacje dotyczące funkcjonowania sił zbrojnych, służb specjalnych i policji pochodzą z jawnych źródeł lub są interpretacją zawartych w nich informacji.

Prolog.1.Poniedziałek, 14 sierpnia

Tam­tej nocy USA do­ko­na­ły in­wa­zji na Unię Eu­ro­pej­ską. A przy­naj­mniej tak praw­nik opi­sał­by to, co się sta­ło, gdy klucz trzech po­ma­lo­wa­nych w ciem­ne, ma­sku­ją­ce bar­wy śmi­głow­ców wio­zą­cych ope­ra­to­rów jed­nost­ki Del­ta ode­rwał się z po­kła­du okrę­tu USS Ame­ri­ca i ob­rał kurs na za­chód. MH-60M le­cia­ły nad fa­la­mi Mo­rza Śród­ziem­ne­go; ni­sko, bez włą­czo­nych świa­teł an­ty­ko­li­zyj­nych. Lek­kie cy­wil­ne sa­mo­lo­ty nie kur­so­wa­ły nocą nad mo­rzem, ma­szy­ny pa­sa­żer­skie la­ta­ły wy­żej, a na naj­bliż­szym lot­ni­sku nie lą­do­wał o tej po­rze ża­den rej­so­wy sa­mo­lot. Dru­gi pi­lot pro­wa­dzą­ce­go śmi­głow­ca na­słu­chi­wał jed­nak roz­mów na czę­sto­tli­wo­ściach cy­wil­nych, na wy­pa­dek nie­prze­wi­dzia­nych kom­pli­ka­cji. Stat­ki han­dlo­we i jach­ty były więk­szym pro­ble­mem z uwa­gi na duży ruch w tym ob­sza­rze, ale ła­twiej było je omi­nąć, zwłasz­cza gdy otrzy­my­wa­ło się in­for­ma­cje z ra­da­ru krą­żą­ce­go w od­da­li sa­mo­lo­tu pa­tro­lo­we­go. Mimo to pi­lo­ci i strzel­cy po­kła­do­wi eli­tar­ne­go 160 Puł­ku Lot­ni­czych Ope­ra­cji Spe­cjal­nych uważ­nie ob­ser­wo­wa­li oto­cze­nie, jak w każ­dym ni­skim lo­cie. Wszy­scy mie­li za sobą ty­sią­ce go­dzin w po­wie­trzu, wszy­scy wcze­śniej spraw­dzi­li się w zwy­kłym la­ta­niu bo­jo­wym, prze­szli se­lek­cję do sił spe­cjal­nych, a w sa­mym puł­ku do za­dań de­li­kat­nych wy­bie­ra­no, co oczy­wi­ste, tyl­ko naj­bar­dziej do­świad­czo­nych.

Ope­ra­cje spe­cjal­ne ozna­cza­ły, że było w nie wpi­sa­ne po­nad­prze­cięt­ne ry­zy­ko, ale moż­na je było zmi­ni­ma­li­zo­wać per­fek­cyj­nym przy­go­to­wa­niem. Tyl­ko to było nie­zmien­ne, wszyst­ko inne – za każ­dym ra­zem od­mien­ne.

W po­ło­wie dro­gi MH-60 ko­lej­no lą­do­wa­ły na lą­do­wi­sku nisz­czy­cie­la kla­sy Ar­le­igh Bur­ke, by uzu­peł­nić pa­li­wo. Pla­nu­jąc ope­ra­cję, uzna­no, że bę­dzie to ła­twiej­sze niż po­bie­ra­nie pa­li­wa w lo­cie z sa­mo­lo­tu – cy­ster­ny. Poza tym okręt mógł za­pew­nić po­moc w ra­zie kło­po­tów.

Ce­lem śmi­głow­ców była wil­la po­ło­żo­na na pół­noc­nym brze­gu mal­tań­skiej wy­spy Gozo. Jej wła­ści­ciel znaj­do­wał się we­wnątrz i za­pew­ne spał, co po­twier­dzi­ły dwa nie­za­leż­ne źró­dła. Czło­wiek ten pra­wie ni­g­dy nie opusz­czał Mal­ty, któ­rej oby­wa­te­lem był od sze­ściu lat. Za­miesz­ki­wał w du­żej, pię­tro­wej wil­li, z kor­tem te­ni­so­wym i ba­se­nem, po­ło­żo­nej tuż nad ska­li­stym, wy­so­kim brze­giem wy­spy. Co ja­kiś czas urzą­dza­no w tym miej­scu ha­ła­śli­we im­pre­zy, ale po­li­cja ni­g­dy nie in­ter­we­nio­wa­ła. Nie dla­te­go, że jej nie było; prze­ciw­nie – oko­li­ce tego domu sta­le pa­tro­lo­wa­ła miej­sco­wa po­li­cja. Po­dat­ni­kom przy­no­szą­cym spo­re do­cho­dy do bu­dże­tu wy­spiar­skie­go pań­stew­ka na­le­ża­ły się od­po­wied­nie wzglę­dy. Z tego też po­wo­du ża­den urzęd­nik nie za­da­wał mu kło­po­tli­wych py­tań. Fakt ten iry­to­wał wie­lu urzęd­ni­ków pra­cu­ją­cych dla in­nych rzą­dów.

Pi­lo­ci 160 Puł­ku cie­szy­li się zna­ko­mi­tą re­pu­ta­cją. Ich zna­kiem fir­mo­wym były punk­tu­al­ne przy­lo­ty, z do­kład­no­ścią do trzy­dzie­stu se­kund. Tej nocy mia­ło to klu­czo­we zna­cze­nie.

Do­kład­nie o dru­giej pięt­na­ście cza­su lo­kal­ne­go na wy­spie prze­sta­ła dzia­łać sieć te­le­fo­nii ko­mór­ko­wej i sta­cjo­nar­nej. Na czę­ści te­re­nu za­bra­kło tak­że prą­du.

Dwa­dzie­ścia se­kund póź­niej Black Haw­ki prze­kro­czy­ły li­nię brze­go­wą. Je­den z nich za­wisł nad wil­lą o nie­zwy­kle pła­skim da­chu. Sze­ściu żoł­nie­rzy zje­cha­ło nań po li­nie. Dwie po­zo­sta­łe gru­py wy­sa­dzo­no na­prze­ciw­ko bram, by za­blo­ko­wa­ły wyj­ścia. Wy­so­ki mur ota­cza­ją­cy obiekt był­by zbyt trud­ny do szyb­kie­go sfor­so­wa­nia, ale miał też taką za­le­tę, że unie­moż­li­wiał uciecz­kę lu­dziom znaj­du­ją­cym się we­wnątrz.

Za­ło­ga po­li­cyj­ne­go ra­dio­wo­zu sto­ją­ce­go na po­bli­skiej dro­dze bez skut­ku usi­ło­wa­ła na­wią­zać łącz­ność ze sta­no­wi­skiem do­wo­dze­nia. Bez in­struk­cji po­sta­no­wi­li nie ro­bić nic. Śmi­głow­ce, i to trzy, ozna­cza­ły, że de­cy­zje mu­siał po­dej­mo­wać ktoś dużo waż­niej­szy od nich.

Ko­man­do­si ma­ją­cy na so­bie czar­ne ubra­nia, po­zba­wio­ne na­szy­wek i na­pi­sów, spraw­nie ze­szli z da­chu na bal­kon, pro­sto do sy­pial­ni wła­ści­cie­la wil­li. Szkla­ne drzwi zo­sta­ły roz­bi­te jed­nym ude­rze­niem łomu. Uzbro­je­ni w wy­tłu­mio­ne pi­sto­le­ty ma­szy­no­we MP5 lu­dzie ro­ze­szli się po du­żym po­miesz­cze­niu, we­dług prze­ćwi­czo­ne­go pla­nu.

Dwóch żoł­nie­rzy skie­ro­wa­ło się do wsta­ją­ce­go wła­śnie z łóż­ka, wy­rwa­ne­go ze snu pięć­dzie­się­cio­let­nie­go, oty­łe­go męż­czy­zny o śnia­dej ce­rze. Wie­dzie­li, że tej nocy bę­dzie spał sam. Nie sta­wiał opo­ru, zo­stał rzu­co­ny na pod­ło­gę i zwią­za­ny. Dwaj jego ochro­nia­rze nie mie­li tyle szczę­ścia. Wpa­dli pro­sto pod lufy ko­man­do­sów. Ci od­da­li se­rię strza­łów. Cia­ła ochro­nia­rzy upa­dły na pod­ło­gę.

Tym­cza­sem śmi­głow­ce okrą­ża­ły miej­sce ak­cji, a strzel­cy po­kła­do­wi i snaj­pe­rzy ob­ser­wo­wa­li te­ren, upew­nia­jąc się, że nikt nie usi­łu­je zbiec ja­kąś inną, nie­zna­ną im dro­gą. Jed­no­cze­śnie ko­man­do­si mo­ni­to­ro­wa­li re­ak­cje miesz­kań­ców. Wil­la była od­da­lo­na od naj­bliż­szych za­bu­do­wań o dwie­ście me­trów. To bar­dzo bli­sko; zbyt bli­sko jak na przy­zwy­cza­je­nia spe­cja­li­stów od taj­nych ope­ra­cji. Na szczę­ście więk­szość miesz­kań­ców zo­sta­ła w do­mach, tyl­ko nie­licz­ni zro­bi­li kil­ka nie­wy­raź­nych zdjęć, któ­re póź­niej wrzu­ci­li do In­ter­ne­tu. Nie­mniej jed­nak Ame­ry­ka­nie mu­sie­li się śpie­szyć.

Naj­wię­cej cza­su za­ję­ło żoł­nie­rzom po­śpiesz­ne prze­trzą­śnię­cie domu w po­szu­ki­wa­niu te­le­fo­nów, lap­to­pów i wszyst­kich moż­li­wych no­śni­ków da­nych. Do ple­ca­ków spa­ko­wa­no tak­że pa­pie­ro­wą do­ku­men­ta­cję, za­bra­ną z otwar­te­go ła­dun­kiem wy­bu­cho­wym sej­fu. Na­stęp­nie jeń­ca i ko­man­do­sów za­ła­do­wa­no na po­kład śmi­głow­ców, któ­re od­le­cia­ły na wschód.

Po ak­cji zo­sta­ła oczy­wi­ście masa śla­dów: wy­bi­te drzwi bal­ko­no­we, ba­ła­gan w ga­bi­ne­cie i roz­pru­ty sejf. Wszyst­ko świad­czy­ło o tym, że zda­rzy­ło się tu coś dziw­ne­go. Po­zo­sta­wio­no też cia­ła ochro­nia­rzy, wraz z po­ci­ska­mi, któ­re ich za­bi­ły, i łu­ska­mi po­ci­sków, ale to nie był ża­den do­wód. Uży­to po­wszech­nie do­stęp­nej amu­ni­cji ka­li­bru dzie­więć mi­li­me­trów, pro­duk­cji nie­miec­kiej. Śmi­głow­ce nie mia­ły włą­czo­nych trans­pon­de­rów, więc nie były wi­docz­ne na cy­wil­nych ra­da­rach, a mała wy­so­kość lotu spra­wi­ła, że nie wy­kry­ły ich wło­skie ra­da­ry woj­sko­we. Na­wet gdy­by po­li­cjan­ci czy inni miesz­kań­cy wy­spy zi­den­ty­fi­ko­wa­li śmi­głow­ce jako Black Haw­ki, nie by­ło­by ja­sne, czy na­le­ża­ły do Sta­nów Zjed­no­czo­nych, Izra­ela, czy może do jesz­cze in­ne­go pań­stwa, choć­by Tur­cji.

*

Ko­man­dor De­la­ney po­zwo­lił so­bie na wes­tchnie­nie ulgi, gdy na ekra­nie w cen­trum bo­jo­wym na po­kła­dzie USS Ame­ri­ca po­ja­wił się ob­raz śmi­głow­ców le­cą­cych w szy­ku nad mo­rzem. Całą ope­ra­cję ob­ser­wo­wa­no z bez­za­ło­gow­ca Glo­bal Hawk, krą­żą­ce­go wy­so­ko po­nad Mal­tą, a łą­cza sa­te­li­tar­ne prze­ka­zy­wa­ły ob­raz nie tyl­ko na okręt, ale przede wszyst­kim do Pen­ta­go­nu i Bia­łe­go Domu. Nie było to je­dy­ne miej­sce pod­da­ne ob­ser­wa­cji tej nocy.

– Ge­ne­rał Ka­rim jesz­cze nie wie, że Has­san Kas­sab jest już w na­szych rę­kach – po­wie­dział ofi­cer ma­ry­nar­ki do sto­ją­cej obok wy­so­kiej ko­bie­ty o kasz­ta­no­wych wło­sach, ubra­nej w jed­no­li­cie brą­zo­wy mun­dur. – Po­win­no pójść do­brze.

– Oczy­wi­ście je­śli coś pój­dzie źle, mnie ani ni­ko­go z na­szych ni­g­dy tam nie było. Je­śli pój­dzie do­brze – rów­nież – za­uwa­ży­ła kwa­śno ma­jor Adam­czew­ska. Ona rów­nież nie no­si­ła żad­nych ozna­czeń: ani fla­gi, ani na­szyw­ki jed­nost­ki, ani na­wet in­sy­gniów stop­nia.

– Wię­cej opty­mi­zmu. Poza tym, pew­nie się po­wta­rzam, ale bez in­for­ma­cji, któ­re uda­ło się zdo­być pod­czas wal­ki ze Spec­na­zem w Pol­sce, a zwłasz­cza po­cho­dzą­cych od schwy­ta­nych wte­dy ofi­ce­rów ro­syj­skie­go wy­wia­du woj­sko­we­go, nie mie­li­by­śmy po­twier­dze­nia na­szych po­dej­rzeń do­ty­czą­cych za­rów­no Ka­ri­ma, jak i Kas­sa­ba.

– Nie zdą­ży­łam ni­ko­go spy­tać, pa­nie ko­man­do­rze, ale aż tak bar­dzo za­bo­la­ły was ich związ­ki z Ro­sją? – spy­ta­ła.

Ka­rim, je­den z przy­wód­ców re­be­lii prze­ciw­ko Ka­da­fie­mu, był do nie­daw­na uwa­ża­ny za czło­wie­ka Ame­ry­ka­nów w Li­bii, przy­naj­mniej do mo­men­tu, gdy przy­jął po­moc woj­sko­wą z Ro­sji. Kas­sab, po­cho­dzą­cy z Egip­tu play­boy, han­dlo­wał in­for­ma­cja­mi, bro­nią i wszyst­kim, czym się dało, i był go­tów świad­czyć usłu­gi dla każ­de­go – tak­że dla Ame­ry­ka­nów.

– Cho­dzi o Iran – wy­ja­śnił jej. – Nie chce­my za­czy­nać woj­ny, ma­jąc za ple­ca­mi lu­dzi, któ­rzy mo­gli­by wspo­móc Te­he­ran i jego siat­ki na Za­cho­dzie.

– I o tym po­wie­dzie­li wam ci, któ­rych zła­pa­li­śmy? – Po­lka wciąż po­zo­sta­wa­ła scep­tycz­na. Zna­ła ze­zna­nia tych, któ­rzy zgo­dzi­li się mó­wić.

– Wska­za­li nam na oso­bę z krę­gu ich fir­my do­rad­czej „Wym­pieł”. Zna pani tę or­ga­ni­za­cję?

Ski­nę­ła gło­wą. Kom­pa­nia Ochro­niar­ska „Wy­mpieł” słu­ży­ła Krem­lo­wi jako wy­god­ne na­rzę­dzie do uży­wa­nia siły, bez­po­śred­nio lub po­śred­nio, w Afry­ce i na Bli­skim Wscho­dzie. Jej obec­ność w Li­bii nie była za­sko­cze­niem.

– W re­wan­żu otrzy­ma­cie wszyst­kie in­for­ma­cje, ja­kie te­raz po­zy­ska­my, a obec­ność pani i pani ko­le­gów to gwa­ran­tu­je – Ame­ry­ka­nin przy­po­mniał jej sło­wa wy­po­wie­dzia­ne dobę wcze­śniej. – Ma pani, zda­je się, miej­sce w pierw­szym rzę­dzie? – upew­nił się.

– Osprey, nu­mer bocz­ny zero czte­ry, kryp­to­nim Mu­stang Zero Czte­ry – od­po­wie­dzia­ła.

W cza­sie gdy roz­ma­wia­li, dru­ga część ope­ra­cji już się za­czę­ła w bry­tyj­skiej ba­zie Akro­ti­ri na Cy­prze. Pierw­szy wy­star­to­wał po­wol­ny, na­je­żo­ny lu­fa­mi dział sa­mo­lot wspar­cia ognio­we­go AC-130U Gho­stri­der. Trzy kwa­dran­se póź­niej w jego ślad po­dą­ży­ły czte­ry my­śliw­ce F-15E Stri­ke Eagle, ob­cią­żo­ne bom­ba­mi, i czte­ry bry­tyj­skie Tor­na­da z po­ci­ska­mi ra­kie­to­wy­mi.

Ostat­nia gru­pa mia­ła wy­star­to­wać z USS Ame­ri­ca, znaj­du­ją­ce­go się naj­bli­żej celu. Tu­taj tak­że obo­wią­zy­wa­ła ko­lej­ność – od naj­wol­niej­szych do naj­szyb­szych. Pierw­szeń­stwo mia­ły czte­ry Black Haw­ki z ko­man­do­sa­mi Del­ty. Na­stęp­ne w ko­lej­ce było sześć pio­no­wzlo­tów MV-22 Osprey usta­wio­nych na po­kła­dzie lot­ni­czym. Miej­sca w nich po­śpiesz­nie zaj­mo­wa­ło sie­dem­dzie­się­ciu żoł­nie­rzy sił spe­cjal­nych pie­cho­ty mor­skiej, zna­nych od kil­ku lat jako Ma­ri­ne Ra­iders. Aga­ta Adam­czew­ska mia­ła miej­sce w przed­niej czę­ści ka­bi­ny, na­prze­ciw­ko bocz­nych drzwi. Wnę­trze ma­szy­ny było cia­sne. Na dwóch rzę­dach skła­da­nych sie­dzeń, na bur­tach, ulo­ko­wa­ło się już pięt­na­stu ko­man­do­sów, któ­rzy w przej­ściu uło­ży­li swo­ją broń ma­szy­no­wą i ple­ca­ki. Ko­bie­ta wy­glą­da­ła tak jak oni: w ka­mi­zel­ce tak­tycz­nej z licz­ny­mi kie­sze­nia­mi na amu­ni­cję, ap­tecz­kę i inne wy­po­sa­że­nie, we­wnątrz skry­wa­ją­cej pły­ty ba­li­stycz­ne zdol­ne za­trzy­mać po­ci­ski i odłam­ki – przy­naj­mniej nie­któ­re i w heł­mie z za­wie­szo­nym na nim nok­to­wi­zo­rem. Na pa­sie prze­wie­szo­nym przez jej ra­mię wi­siał ka­ra­bi­nek au­to­ma­tycz­ny HK416 z krót­ką lufą; pi­sto­let Glock 17 spo­czy­wał w ka­bu­rze udo­wej. Ko­bie­ta mia­ła też ple­cak za­wie­ra­ją­cy wszyst­ko, co mo­gło oka­zać się nie­zbęd­ne na miej­scu.

Gór­na cześć drzwi zo­sta­ła zdję­ta, a przez po­wsta­ły otwór tuż po star­cie za­czął prze­do­sta­wać się do­kucz­li­wy, zim­ny wiatr, wie­jąc od ka­dłu­ba aż do otwar­tej ram­py, na któ­rej zaj­mo­wał sta­no­wi­sko tyl­ny strze­lec.

Nie to było jed­nak naj­gor­sze. Pio­no­wzlot le­ciał nocą, ha­ła­su­jąc i trzę­sąc się. Za oknem prze­su­wa­ły się cie­nie le­d­wo wi­docz­ne­go kra­jo­bra­zu; wzla­ty­wa­li nad góry. Rzad­ko da­wa­ło się wi­dzieć ja­kieś świa­tło. Wspo­mnie­nia wra­ca­ły. Złe wspo­mnie­nia.

Uchwy­ci­ła się obu­rącz ramy fo­te­la. „Noc­ny lot”, po­my­śla­ła. Po­wieść czy­ta­na pierw­szy raz daw­no temu. Wte­dy jej nie ro­zu­mia­ła. Te­raz to mia­ło sens. „Gdy­by był po­wstrzy­mał bo­daj je­den od­lot, spra­wa lo­tów noc­nych by­ła­by prze­gra­na”. Na­wet nie za­uwa­ży­ła, kie­dy za­czę­ła szep­tać te sło­wa.

– Boi się pani la­tać? – Sie­dzą­cy obok niej ka­pi­tan pie­cho­ty mor­skiej Tho­mas na­chy­lił się ku niej, prze­krzy­ku­jąc ha­łas sil­ni­ków. Męż­czy­zna ko­rzy­stał z po­kła­do­we­go in­ter­ko­mu, ona nie.

– Tyl­ko kie­dy nie pi­lo­tu­ję – od­po­wie­dzia­ła, si­ląc się na uśmiech.

– Jest pani pi­lo­tem?

– By­łam – ucię­ła dys­ku­sję i za­mknę­ła oczy.

Gdy w ostat­niej chwi­li do­łą­czo­no ją do gru­py sztur­mo­wej, jej za­da­niem mia­ło być zbie­ra­nie na miej­scu in­for­ma­cji roz­po­znaw­czych. Tho­mas przy­jął to z za­do­wo­le­niem. Od­cią­ża­ło to jego lu­dzi, a na te­ry­to­rium wro­ga każ­dy czło­wiek był cen­ny. Nie py­tał więc do­kład­nie, kim jest, ani co wła­ści­wie ma ro­bić.

Tym­cza­sem pio­no­wzlo­ty le­cia­ły ni­sko, w luź­nym szy­ku, omi­ja­jąc mia­sta i na­tu­ral­ne prze­szko­dy. Dy­stans dzie­lą­cy je od stre­fy lą­do­wa­nia po­ko­na­ły w czter­dzie­ści pięć mi­nut.

Kwa­te­ra głów­na ge­ne­ra­ła Ka­ri­ma znaj­do­wa­ła się na za­chód od Ben­ga­zi, tuż przy lot­ni­sku, w od­da­le­niu od nie­spo­koj­ne­go mia­sta. Wia­do­mo było, że miesz­kał tam sam, jego ro­dzi­na prze­by­wa­ła poza kra­jem. Pięć czoł­gów T-72 usta­wio­nych w roli sta­cjo­nar­nych punk­tów ognio­wych, kil­ka­na­ście in­nych po­jaz­dów opan­ce­rzo­nych róż­nych ty­pów i te­re­no­we sa­mo­cho­dy z dział­ka­mi ZU-23-2 za­pew­nia­ły sza­co­wa­nym na pięć­set osób obroń­com prze­wa­gę nad si­ła­mi lżej uzbro­jo­nej mi­li­cji. Roz­ka­zom ge­ne­ra­ła pod­le­ga­ły tak­że for­ma­cje kon­tro­lu­ją­ce port w Ben­ga­zi, ochra­nia­ją­ce ru­ro­cią­gi i pola naf­to­we. Tak­że tam uży­wa­ny był cięż­ki sprzęt, po­cho­dzą­cy nie tyl­ko z cza­sów Ka­da­fie­go, ale i nie­daw­no do­star­czo­ny przez za­gra­nicz­nych so­jusz­ni­ków.

Te siły nie mo­gły jed­nak rów­nać się z kie­ro­wa­ny­mi la­se­ro­wo bom­ba­mi zrzu­ca­ny­mi przez F-15E. W kil­ka se­kund wszyst­kie czoł­gi i więk­szość po­zo­sta­łych wo­zów bo­jo­wych za­mie­ni­ły się w złom. Bry­tyj­skie Tor­na­da swo­imi po­ci­ska­mi Brim­sto­ne po­ra­zi­ły roz­po­zna­ne po­zy­cje ar­mat prze­ciw­lot­ni­czych i wiel­ko­ka­li­bro­wych ka­ra­bi­nów ma­szy­no­wych. Tuż po tym Black Haw­ki za­wi­sły nad bu­dyn­ka­mi szta­bu Ka­ri­ma, a ko­man­do­si zje­cha­li na li­nach na dach, otwie­ra­jąc z nie­go ogień do war­tow­ni­ków. Kil­ku zdo­ła­ło od­po­wie­dzieć ogniem, za­nim zgi­nę­li. Wy­rwa­ny ze snu ge­ne­rał, któ­re­go po­kój miesz­kal­ny znaj­do­wał się na pierw­szym pię­trze, chwy­cił za le­żą­ce­go za­wsze w po­bli­żu ka­łasz­ni­ko­wa. Jego szta­bow­cy i do­rad­cy zro­bi­li to samo.

Ma­jor Adam­czew­ska otwo­rzy­ła oczy, gdy wy­czu­ła zmia­nę pręd­ko­ści lotu. Osprey zwol­nił, wy­ko­nał kil­ka za­krę­tów, prze­szedł do za­wi­su, wresz­cie opadł na zie­mię. De­sant za­czął po­śpiesz­nie opusz­czać po­kład.

Zna­la­zła się na zie­mi jako trze­cia z gru­py wy­cho­dzą­cej bo­kiem. Prze­bie­gła do usta­lo­ne­go na od­pra­wie miej­sca. Uklę­kła na pra­we ko­la­no i przez za­mo­co­wa­ne na heł­mie go­gle nok­to­wi­zyj­ne ob­ser­wo­wa­ła oto­cze­nie. Wy­lą­do­wa­li, zgod­nie z pla­nem, na po­łu­dnio­wej czę­ści lot­ni­ska, tuż przy sie­dzi­bie ge­ne­ra­ła urzą­dzo­nej w daw­nym bu­dyn­ku szta­bo­wym li­bij­skie­go puł­ku lot­ni­cze­go, oto­czo­nym pło­tem z siat­ki. Z dru­giej stro­ny obiek­tu wy­lą­do­wał inny Osprey, po­zo­sta­łe wy­sa­dzi­ły de­sant w re­jo­nie pły­ty po­sto­jo­wej i han­ga­rów. Ma­ri­nes prze­for­mo­wa­li się. Część pod­od­dzia­łu, w tym żoł­nie­rze z bro­nią ma­szy­no­wą, za­ję­ła sta­no­wi­ska od stro­ny lot­ni­ska, po­zo­sta­li, wraz z Adam­czew­ską, któ­ra nie od­stę­po­wa­ła do­wód­cy na­wet na krok, po­de­szli pod bu­dy­nek, szy­ku­jąc się do sztur­mu. Dwóch Ame­ry­ka­nów prze­cię­ło ogro­dze­nie no­ży­ca­mi do cię­cia dru­tu, to­ru­jąc dro­gę gru­pie sztur­mo­wej.

Do­oko­ła roz­brzmie­wa­ły strza­ły. Obu­dze­ni na­lo­tem Li­bij­czy­cy usi­ło­wa­li zor­ga­ni­zo­wać obro­nę i ode­przeć na­past­ni­ków. Na lot­ni­sku prze­by­wa­li nie­licz­ni żoł­nie­rze, któ­rzy schro­ni­li się w han­ga­rach i bu­dyn­ku wie­ży kon­tro­li lo­tów, usi­łu­jąc do­trwać do na­dej­ścia od­sie­czy. Więk­szość żoł­nie­rzy Ka­ri­ma za­miesz­ki­wa­ła osie­dla ota­cza­ją­ce lot­ni­sko, więc na­pręd­ce zbie­ra­ją­ce się od­dzia­ły szyb­ko po­dej­mo­wa­ły na­tar­cie. Z ukry­cia wy­je­cha­ły sa­mo­cho­dy te­re­no­we z za­mon­to­wa­ną bro­nią ma­szy­no­wą.

Do ka­no­na­dy przy­łą­czył się więc AC-130, krą­żą­cy po­nad lot­ni­skiem i okła­da­ją­cy ogniem swo­jej ar­ty­le­rii po­kła­do­wej tych, któ­rzy usi­ło­wa­li wes­przeć obroń­ców. Se­rie po­ci­sków z szyb­ko­strzel­nych dzia­łek prze­ci­na­ły ciem­no­ści, dzie­siąt­ku­jąc li­bij­skie sze­re­gi.

Tak­że w bu­dyn­ku szta­bu trwa­ła wal­ka. Przez okna wi­dać było bły­ski wy­strza­łów i eks­plo­zje gra­na­tów na pierw­szym pię­trze – naj­wy­raź­niej tam utknął atak Del­ty.

– Ma­kin 23, trwa­ją wal­ki na pierw­szym pię­trze, wcho­dzi­my do bu­dyn­ku – rzu­cił w eter ka­pi­tan pie­cho­ty mor­skiej.

Ła­dun­ki wy­bu­cho­we eks­plo­do­wa­ły, przę­sła ogro­dze­nia opa­dły na piach, to­ru­jąc dro­gę do sztur­mu.

W tym sa­mym mo­men­cie trzech lu­dzi wy­bie­gło z bu­dyn­ku szta­bu, strze­la­jąc w kie­run­ku żoł­nie­rzy. Po­cisk z gra­nat­ni­ka ra­nił dwóch Ame­ry­ka­nów, pierw­szych, któ­rzy we­szli w wy­łom. Po chwi­li eks­plo­do­wał ko­lej­ny.

Adam­czew­ska wy­mie­rzy­ła ka­ra­bi­nek w jed­ną z bie­gną­cych po­sta­ci. Przez uła­mek se­kun­dy od­nio­sła wra­że­nie, że wi­dzia­ła już gdzieś tę twarz. Strze­li­ła cel­nie dwa razy, a po­tem jesz­cze dwa, do pa­da­ją­cej już syl­wet­ki. Ma­ri­nes też strze­la­li. Ża­den z prze­ciw­ni­ków nie zdo­łał uciec.

Ko­man­do­si wzno­wi­li atak, bie­giem do­tar­li do wej­ścia. Drzwi były otwar­te i sied­mio­ro lu­dzi we­szło do środ­ka, omia­ta­jąc lu­fa­mi ko­ry­ta­rze i po­ko­je. Czte­rech spo­śród nich ostroż­nie we­szło po scho­dach, za­cho­dząc gru­pę Li­bij­czy­ków od tyłu. Nie było we­zwań do pod­da­nia się; kil­ka gra­na­tów odłam­ko­wych za­koń­czy­ło wal­kę. Dwóch Li­bij­czy­ków zgi­nę­ło, trzech – w tym ge­ne­rał – pod­da­ło się.

Tym­cza­sem ma­jor Adam­czew­ska za­trzy­ma­ła się przy za­bi­tych. Byli uzbro­je­ni w ro­syj­skie ka­ra­bin­ki AK-103, z pod­wie­szo­ny­mi gra­nat­ni­ka­mi. Oświe­tli­ła ich twa­rze la­tar­ką z fil­trem na pod­czer­wień. To nie byli Ara­bo­wie.

Ko­bie­ta wy­ję­ła z kie­sze­ni ka­mi­zel­ki tak­tycz­nej apa­rat fo­to­gra­ficz­ny. Zro­bi­ła za­bi­tym zdję­cia twa­rzy. Ko­rzy­sta­jąc z przy­go­to­wa­nych za­wcza­su po­nu­me­ro­wa­nych ze­sta­wów, po­bra­ła od­ci­ski li­nii pa­pi­lar­nych, pa­tycz­ka­mi wkła­da­ny­mi do ust ze­bra­ła śli­nę do ba­dań DNA i ru­szy­ła do bu­dyn­ku, gdzie cze­ka­ło na nią wię­cej pra­cy.

Strze­la­ni­na wo­kół lot­ni­ska trwa­ła, więc po­śpiesz­nie zbie­ra­no rze­czy, któ­re mo­gły mieć ja­kąś war­tość. Jak za­wsze, pierw­szeń­stwo mia­ły kom­pu­te­ry, te­le­fo­ny i no­śni­ki da­nych. Pol­ka wrzu­ca­ła je do wyj­mo­wa­nych z ple­ca­ka to­reb, za każ­dym ra­zem fo­to­gra­fu­jąc dany przed­miot i dla pew­no­ści no­tu­jąc to – zwłasz­cza je­śli zna­le­zio­no go przy za­bi­tych lub poj­ma­nych. Je­śli te­le­fon był włą­czo­ny, umiesz­cza­ła go w spe­cjal­nym etui, blo­ku­ją­cym sy­gna­ły ra­dio­we. Za­ję­ło im to kwa­drans, w sam raz, by nie opóź­niać pod­od­dzia­łu, któ­ry wy­ru­szył z po­wro­tem na lą­do­wi­sko, aby za­ła­do­wać się do pio­no­wzlo­tu.

Adam­czew­ska znów przy­klę­kła, ob­ser­wu­jąc przed­po­le, gdy ze­spół przy­jął obron­ny szyk okręż­ny. Osprey wła­śnie pod­cho­dził do lą­do­wa­nia. Była pi­lot wi­dzia­ła go, jak już prze­sta­wiał gon­do­le sil­ni­ków z wiel­ki­mi wir­ni­ka­mi w po­ło­że­nie pio­no­we, gdy coś przy­po­mi­na­ją­ce­go bły­ska­wi­cę prze­cię­ło nie­bo.

Ko­bie­tę zmro­ził ten wi­dok. To mu­siał być po­cisk prze­ciw­lot­ni­czy, od­pa­lo­ny z ra­mie­nia w chwi­li, gdy MV-22 był w naj­bar­dziej wraż­li­wej fa­zie lotu. Re­ak­cja sys­te­mu sa­mo­obro­ny trans­por­tow­ca była na­tych­mia­sto­wa. Od­pa­lo­ne zo­sta­ły fla­ry, ma­szy­na zwięk­szy­ła moc sil­ni­ków, prze­ry­wa­jąc po­dej­ście. Ra­kie­ta chy­bi­ła.

AC-130 za­sy­pał ogniem miej­sce, skąd od­pa­lo­no po­cisk. Do­pie­ro wte­dy za­ło­ga Ospreya zde­cy­do­wa­ła się na po­wtór­ne po­dej­ście. Te­raz nie było pro­ble­mów.

Gdy byli już w po­wie­trzu, na lot­ni­sku eks­plo­do­wał je­den z han­ga­rów bu­do­wa­nych we­dług ra­dziec­kich wzo­rów. Ma­ri­nes wy­sa­dzi­li pod­ręcz­ny ma­ga­zyn bro­ni Ka­ri­ma.

Znów za­mknę­ła oczy. Gdy­by mo­gła, na­pi­ła­by się te­raz cze­goś moc­niej­sze­go. Nie po­win­na się zga­dzać na udział w tej ope­ra­cji. Usi­łu­jąc od­da­lić złe prze­czu­cia, w my­ślach po­wta­rza­ła czyn­no­ści, któ­re mia­ła wy­ko­nać po wy­lą­do­wa­niu.

Naj­pierw mu­sia­ła po­ja­wić się w po­miesz­cze­niu od­da­nym na uży­tek ana­li­ty­ków wy­wia­du. Tam zda­ła prze­ję­te no­śni­ki da­nych, apa­rat fo­to­gra­ficz­ny oraz ze­sta­wy z od­ci­ska­mi pal­ców i prób­ka­mi DNA. Gdy tyl­ko to zro­bi­ła, pod pre­tek­stem pój­ścia do to­a­le­ty ucie­kła do ka­ju­ty. Na szczę­ście była w niej sama. Opar­ła się o ścia­nę, za­mknę­ła oczy i wzię­ła pięć głę­bo­kich od­de­chów. Wy­grze­ba­ła z od­mę­tów tor­by po­dróż­nej bu­tel­kę wody i upi­ła dwa łyki, my­śląc, że po­win­na zmie­nić za­wód. Tyl­ko nie mia­ła po­my­słu na jaki. Prze­bra­ła się w czy­ste ubra­nie, zja­dła cze­ko­la­do­we­go ba­to­na i wró­ci­ła do po­miesz­czeń wy­wia­du.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku? – spy­tał De­la­ney.

– Nie. – Po­krę­ci­ła gło­wą. – Wy­stra­szył mnie po­cisk – wo­la­ła nie roz­wi­jać tego wąt­ku. – Z da­ny­mi wszyst­ko jest OK?

– Tak, szko­da tyl­ko, że nie uda­ło się pani po­ka­zać na żywo ma­ga­zy­nów i ich za­war­to­ści – po­wie­dział Ame­ry­ka­nin, otwie­ra­jąc ka­ta­log ze świe­żo zgra­ny­mi zdję­cia­mi.

Pierw­sze po­ka­zy­wa­ły sto­ją­ce w du­żym han­ga­rze śmi­głow­ce. Roz­po­zna­ła Mi-17 i Mi-14, do­brze jej zna­ne z cza­sów, gdy mo­gła za­sia­dać za ste­ra­mi. Z pew­no­ścią nie nada­wa­ły się już do lotu, były zbyt zde­kom­ple­to­wa­ne. Za to trzy sztur­mo­we Mi-24 wy­glą­da­ły o wie­le le­piej, jak po re­mon­cie. Nie omiesz­ka­ła za­uwa­żyć tego gło­śno.

– Bo są po re­mon­cie – wy­ja­śnił jej ko­man­dor. – Za na­sze pie­nią­dze w wa­szych za­kła­dach. Re­mont prze­pro­wa­dzo­no wte­dy, gdy wy­ko­ny­wa­li­ście zle­ce­nie na na­pra­wę śmi­głow­ców dla Kon­ga. Dzię­ki temu nikt się nie zo­rien­to­wał.

– Te­raz, jak się do­my­ślam, wy­sa­dzi­li­ście je w po­wie­trze.

– Ow­szem, to są ich ostat­nie zdję­cia. Ale cie­kaw­sze są te. – Otwo­rzył inny fol­der. – Mamy cały skład po­ci­sków zie­mia – po­wie­trze, skrzy­nie za­wie­ra­ją­ce oko­ło sie­dem­dzie­się­ciu pię­ciu sztuk po­ci­sków SA-24.

– Igła – Adam­czew­ska wo­la­ła ory­gi­nal­ne ozna­cze­nia po­ci­sków – po co mu to?

– Sku­po­wał, tak­że za na­sze pie­nią­dze. Oko­ło pół ty­sią­ca tych po­ci­sków wy­pa­ro­wa­ło z ma­ga­zy­nów woj­sko­wych pod­czas woj­ny do­mo­wej. Ba­li­śmy się, że wpad­ną w nie­po­wo­ła­ne ręce. Mamy tu też gra­nat­ni­ki prze­ciw­pan­cer­ne, ka­ra­bi­ny ma­szy­no­we, ma­te­ria­ły wy­bu­cho­we, woj­sko­we – do­brej ja­ko­ści, oraz de­to­na­to­ry.

– I z tego po­wo­du prze­pro­wa­dzi­li­ście tę ope­ra­cję, praw­da? Kas­sab to han­dlarz bro­nią. Chciał je ku­pić, by ko­muś do­star­czyć?

– Wie­dzia­łem, że jest pani by­stra. Ba­li­śmy się, że Kas­sab za­ku­pi te po­ci­ski i prze­ka­że je siat­kom irań­skim w Eu­ro­pie. W ra­zie woj­ny z Ira­nem mo­gli­by na przy­kład ata­ko­wać na­sze sa­mo­lo­ty. Cy­wil­ne i woj­sko­we. Albo za­ata­ko­wać bazy woj­sko­we, czy am­ba­sa­dy.

– Więc cho­dzi o Iran…

– Słu­ży­ła pani w ma­ry­nar­ce wo­jen­nej… Wie pani, że po­mści­my nasz okręt za­to­pio­ny przez Irań­czy­ków w in­cy­den­cie z 30 kwiet­nia. Za­mie­sza­nie w Eu­ro­pie po­psu­ło nam nie­co szy­ki, ale nie­dłu­go za­czy­na­my, na Mo­rzu Arab­skim będą trzy lot­ni­skow­co­we gru­py ude­rze­nio­we. Do Ni­mit­za do­łą­czył już Bush, cze­ka­my tyl­ko na Sten­ni­sa.

– I są­dzi­cie, że Eu­ro­pa tak po pro­stu prze­łknie to, co zro­bi­li­ście na Mal­cie, i nie bę­dzie ro­bić pro­ble­mów w związ­ku z Ira­nem? – Adam­czew­ska wy­ra­zi­ła swo­je wąt­pli­wo­ści.

– Jak pani są­dzi, jak to ro­ze­gra­ją po­li­ty­cy? – od­po­wie­dział py­ta­niem Ame­ry­ka­nin. – Mal­ta to mały, sko­rum­po­wa­ny kra­ik, ale na­le­żą­cy do Unii Eu­ro­pej­skiej. Co zro­bi Unia? Weź­mie w obro­nę pań­stwo, na któ­re­go te­re­nie ukry­wał się han­dlarz bro­nią?

– Cze­go­kol­wiek by nie zro­bi­li, są na prze­gra­nej po­zy­cji. Czy­li udo­wod­ni­cie, że Unia jest mało wia­ry­god­na… Ale to woda na młyn eu­ro­scep­ty­ków, a nie­dłu­go będą wy­bo­ry w Niem­czech i Au­strii. Nasi po­li­ty­cy, przy­naj­mniej nie­któ­rzy, już mó­wią o wyj­ściu z Unii. Nie bo­icie się kon­se­kwen­cji?

– Nie, nie bo­imy się – uśmiech­nął się Ame­ry­ka­nin. – Na zde­rze­nie cy­wi­li­za­cji je­ste­śmy przy­go­to­wa­ni.

.2.Śro­da, 16 sierp­nia

„Dziw­ny sym­bol”, po­my­ślał ge­ne­rał bro­ni Zbi­gniew Kru­szyń­ski, pa­trząc przez okno sa­mo­cho­du na mi­ja­ny po­mnik. Przy bra­mie ko­szar usta­wio­no na po­stu­men­tach czte­ry wozy bo­jo­we. Trzy spo­śród nich – T-34, T-55 i T-72 – były czoł­ga­mi z okre­su po­wo­jen­ne­go. Czwar­ty czę­sto błęd­nie roz­po­zna­wa­no jako czołg typu Sher­man. W rze­czy­wi­sto­ści od Sher­ma­na po­cho­dzi­ło tyl­ko pod­wo­zie, a wy­po­sa­żo­ny w dzia­ło ka­li­bru dzie­więć­dzie­siąt mi­li­me­trów po­jazd był nisz­czy­cie­lem czoł­gów typu M36 Jack­son, prze­wie­zio­nym kie­dyś do Pol­ski z Ira­ku. Ale wie­dzie­li o tym tyl­ko nie­licz­ni. Więk­szość upar­cie na­zy­wa­ła go Sher­ma­nem.

Tak samo jak ten wóz, te­raz to spo­tka­nie mia­ło być czymś in­nym, niż mo­gło się wy­da­wać na pierw­szy rzut oka. Czar­ny Land Ro­ver wy­je­chał z kom­plek­su ko­sza­ro­we­go 11 Lu­bu­skiej Dy­wi­zji Ka­wa­le­rii Pan­cer­nej w Ża­ga­niu tyl­ko po to, aby do­wód­ca dy­wi­zji mógł ze swo­im go­ściem zjeść obiad w klu­bie gar­ni­zo­no­wym. Wi­zy­ta była nie­za­po­wie­dzia­na, na tyle, na ile moż­na było na to so­bie w woj­sku po­zwo­lić, a za­pro­sze­nie na obiad pa­dło tak nie­spo­dzie­wa­nie, że żan­dar­mi z ochro­ny do­wód­cy ge­ne­ral­ne­go zo­sta­li w sto­łów­ce, do­kąd wcze­śniej oso­bi­ście za­pro­wa­dził ich szef szta­bu.

Bu­dy­nek ka­sy­na wy­glą­dał jak nie­mal wszyst­kie bu­dyn­ki w oko­li­cy – po­nie­miec­ki, po­ło­żo­ny wśród drzew, w od­da­le­niu od głów­nej dro­gi. Lep­szej lo­ka­li­za­cji nie moż­na było so­bie wy­ma­rzyć nie tyl­ko z po­wo­du dys­kre­cji, ale i cie­nia, jaki w upal­ne lato da­wa­ły drze­wa.

Do­wo­dzą­cy ża­gań­ską dy­wi­zją ge­ne­rał Ku­char­ski za­pro­wa­dził jed­nak swo­je­go go­ścia nie do ja­dal­ni, ale bocz­nym ko­ry­ta­rzem po­pro­wa­dził go do cia­sne­go po­ko­ju na pię­trze. Na drzwiach umo­co­wa­ny był em­ble­mat woj­sko­we­go koła ło­wiec­kie­go.

Kil­ku­na­stu sie­dzą­cych pod ścia­na­mi męż­czyzn wsta­ło i za­czę­ło spon­ta­nicz­nie bić bra­wo. „Na­le­ży mi się”, po­my­ślał Kru­szyń­ski. „Za to, co sta­ło się nie­daw­no, w ten dzień, któ­ry być może bę­dzie za­pa­mię­ta­ny jako naj­krót­sza woj­na pol­sko-ro­syj­ska”. A ci lu­dzie mie­li spe­cjal­ne pra­wo, by do­ce­nić jego wy­sił­ki.

Pra­wie wszy­scy mie­li siwe wło­sy, pra­wie wszy­scy, poza jed­nym, prze­kro­czy­li pięć­dzie­sią­ty rok ży­cia i wszy­scy za­cho­wa­li szczu­płe syl­wet­ki. Mimo tego wy­da­wa­li się zu­peł­nie prze­cięt­ni. „To za­baw­ne, jak nie­wie­le nas od­róż­nia od zwy­kłych lu­dzi”, my­ślał Kru­szyń­ski. „Wy­star­czy, że zdej­mie­my mun­du­ry, pi­sto­le­ty scho­wa­my w sej­fie i wy­glą­da­my jak zwy­kli eme­ry­ci, może kie­row­cy au­to­bu­sów albo hy­drau­li­cy”. Za kil­ka mie­się­cy też go to cze­ka­ło, dy­mi­sję zło­żył tuż przed ob­cho­dzo­nym wczo­raj Świę­tem Woj­ska Pol­skie­go.

– Gra­tu­lu­je­my uda­nych ło­wów i pro­szę przy­jąć to od nas jako do­wód uzna­nia. – Ge­ne­rał bro­ni Sko­rup­ski, daw­ny do­wód­ca Wojsk Lą­do­wych, wrę­czył przy­by­szo­wi otwar­te drew­nia­ne pu­deł­ko, w któ­rym znaj­do­wa­ła się bu­ła­wa. Kru­szyń­ski wziął ją do ręki i obej­rzał. Była sta­ran­nie wy­ko­na­na, z po­le­ro­wa­nej sta­li. Na trzon­ku wy­gra­we­ro­wa­no na­pis: Dla zwy­cięz­cy bi­twy z 3 czerw­ca 2017 roku od my­śli­wych Czar­nej Dy­wi­zji. Uda­nych ło­wów w przy­szło­ści.

–Pięk­na jest, dzię­ku­ję – od­po­wie­dział ob­da­ro­wa­ny – ale nie mogę nie po­wie­dzieć, że zwy­cięz­ca­mi byli ci wszy­scy, któ­rzy wów­czas wal­czy­li, na lą­dzie, w po­wie­trzu i na mo­rzu. A zwłasz­cza ci, któ­rzy wów­czas po­le­gli. Wiec przyj­mu­ję to w ich imie­niu i pro­szę o pa­mięć o tych, bez któ­rych by­śmy nie wy­gra­li.

To było kosz­tow­ne zwy­cię­stwo. Zgi­nę­ło wie­lu lu­dzi, stra­co­no trzy okrę­ty, w tym je­den pra­wie z całą za­ło­gą, dwa sa­mo­lo­ty; stra­ty po­nie­śli tak­że żoł­nie­rze wal­czą­cy na lą­dzie ze Spec­na­zem. Wcze­śniej na­sła­ni przez Ro­sję dy­wer­san­ci za­bi­li jego po­przed­ni­ka na sta­no­wi­sku do­wód­cy ge­ne­ral­ne­go. A po­tem przy­szedł czas na po­li­tycz­ne ukła­dy i bo­le­sne de­cy­zje ka­dro­we. I chy­ba dla­te­go po­pro­szo­no go o to spo­tka­nie.

– Na kogo mam po­lo­wać? – spy­tał Kru­szyń­ski, choć prze­czu­wał, jaka bę­dzie od­po­wiedź. Sko­rup­ski wska­zał jemu i Ku­char­skie­mu miej­sce za sto­łem. Za­no­si­ło się na dłuż­szą po­ga­węd­kę.

– Wła­śnie o tym chce­my po­roz­ma­wiać – za­czął wy­ja­śniać Sko­rup­ski, gdy go­ście usie­dli. – Wie­my, ja­kie są wa­run­ki ukła­dów pocz­dam­skich, wie­my, że star­cie z Ro­sją nie mo­gło nam ot tak ujść na su­cho. Ale to, co robi ten rząd, roz­wa­la­jąc nam dy­wi­zję i za­bie­ra­jąc Le­opar­dy na wschód, jest nie­do­pusz­czal­ne! Ktoś musi za to za­pła­cić.

Gdy eme­ry­to­wa­ny ge­ne­rał skoń­czył mó­wić, za­pa­dła chwi­la ci­szy. Kru­szyń­ski wie­dział, że ta spra­wa bę­dzie po­ru­szo­na. Z dwóch bry­gad ka­wa­le­rii pan­cer­nej, ma­ją­cych łącz­nie na sta­nie po­nad dwie­ście trzy­dzie­ści czoł­gów, za­bra­no tyl­ko te typu Le­opard 2, by prze­nieść je do od­twa­rza­nej na Ma­zow­szu i Lu­belsz­czyź­nie 1 War­szaw­skiej Dy­wi­zji Zme­cha­ni­zo­wa­nej. Mu­siał wy­ko­nać to po­le­ce­nie, choć ozna­cza­ło ono ro­ze­rwa­nie ogniw, ja­kie two­rzy­ły czoł­gi, wy­szko­lo­ne za­ło­gi i ulo­ko­wa­ny w Świę­to­szo­wie ośro­dek szko­le­nia, z ogrom­nym po­li­go­nem do dys­po­zy­cji. Na wscho­dzie trze­ba było od nowa szko­lić za­ło­gi, co ozna­cza­ło kosz­tow­ne i cza­so­chłon­ne po­dró­że na po­li­go­ny, w no­wym gar­ni­zo­nie nie było tak­że po­trzeb­nej bazy warsz­ta­to­wej, a na­wet ga­ra­ży. Wszyst­ko to trze­ba było zbu­do­wać od nowa, je­śli czoł­gi mia­ły po­zo­stać spraw­ne. Ale ar­gu­men­ty, ja­kie przed­sta­wia­no mi­ni­stro­wi obro­ny, prze­gra­ły z po­li­ty­ką. Tym­cza­sem żoł­nie­rze, do­brzy żoł­nie­rze po­zba­wie­ni sprzę­tu, prze­no­si­li się na wschód, czy to do jed­no­stek pan­cer­nych, czy nowo two­rzo­nych wojsk obro­ny te­ry­to­rial­nej. Część ka­dry uda­ło się za­trzy­mać, two­rząc nowy, eks­pe­ry­men­tal­ny Ba­ta­lion An­ty­dy­wer­syj­ny, o uni­ka­to­wym jak na woj­ska lą­do­we prze­zna­cze­niu, ale było to roz­wią­za­nie tym­cza­so­we. To samo spo­ty­ka­ło inne jed­nost­ki i inne ro­dza­je sił zbroj­nych, w któ­rych na­stę­po­wa­ły prze­su­nię­cia sił i lu­dzi.

– Pa­no­wie, spo­koj­nie – głos za­brał do­wód­ca dy­wi­zji. – Wie­cie, ile było sta­rań o to, żeby tu­taj zo­sta­ły Le­opar­dy? Mnie też boli, że na­sza dy­wi­zja wra­ca do sta­rych czoł­gów, ale co mo­że­my wię­cej zro­bić? To po­li­ty­ka, ta­kie pod­ję­to de­cy­zje, jako żoł­nie­rze mo­że­my tyl­ko mieć na­dzie­ję, że roz­sąd­ne.

– Ale jest róż­ni­ca po­mię­dzy obro­ną roz­sąd­ną a żad­ną! – nie­mal krzyk­nął ge­ne­rał dy­wi­zji To­ma­szew­ski. – Nowe ukła­dy pocz­dam­skie mó­wią wprost: w Pol­sce może sta­cjo­no­wać tyle wojsk NATO, ile wy­no­si jed­na czwar­ta na­sze­go po­ten­cja­łu. Na każ­de sto na­szych czoł­gów po­win­no przy­pa­dać dwa­dzie­ścia pięć so­jusz­ni­czych. Tym­cza­sem my się ich po­zby­wa­my. Do­kład­nie wła­śnie czoł­gów. Po co było wy­rzu­cać na złom to, co trzy­ma­li­śmy w ma­ga­zy­nach? – mó­wił o po­nad czte­ry­stu T-72, któ­re od­da­no na zło­mo­wa­nie. – Prze­cież za czte­ry­sta wo­zów, na­wet nie­spraw­nych, mamy pra­wo do stu ame­ry­kań­skich wo­zów u sie­bie, ca­łej bry­ga­dy, czyż nie? Pan Ja­ni­kow­ski, mi­ni­ster obro­ny i pre­mier wolą swo­je puł­ki obro­ny te­ry­to­rial­nej, cho­ciaż w ra­zie woj­ny zgi­ną pod gą­sie­ni­ca­mi ro­syj­skich czoł­gów!

– A mimo tej sy­tu­acji po­dob­no wy­sy­ła się znów na­szych na woj­nę, tym ra­zem z Ira­nem – do­dał puł­kow­nik Ża­kow­ski. – Coś trze­ba by z tym zro­bić.

– Pa­no­wie, ale cze­go od nas ocze­ku­je­cie? – za­nie­po­ko­ił się Kru­szyń­ski.

– Chce­my wie­dzieć, czy bę­dzie pan chciał coś zro­bić, żeby zmie­nić te de­cy­zje, ja­koś prze­mó­wić po­li­ty­kom do ro­zu­mu – po­wie­dział gło­śno je­den z eme­ry­to­wa­nych puł­kow­ni­ków.

Ge­ne­rał po­czuł się nie­swo­jo. Pa­mię­tał, jak kie­dyś mło­dy pi­lot sztur­mo­we­go Su-22 w puł­ku, któ­rym do­wo­dził, za­żar­to­wał, że moż­na by, le­cąc na po­li­gon, skrę­cić na War­sza­wę i zrzu­cić bom­bę na Sejm. Usły­sza­ło to wię­cej osób, niż po­win­no, i afe­ra do­tar­ła do do­wódz­twa wojsk lot­ni­czych. W woj­sku uwa­ża­no, że trze­ba do­ga­dy­wać się z po­li­ty­ka­mi, zwłasz­cza tymi, któ­rzy de­cy­do­wa­li o bu­dże­cie, ale była gra­ni­ca, któ­rej nie prze­kra­cza­no. A te­raz? Sam po­mysł, aby dy­wi­zję po­zba­wić jej naj­waż­niej­szej bro­ni, czoł­gów Le­opard, choć wzbu­dził obu­rze­nie w krę­gach zwią­za­nych z dy­wi­zją, sam w so­bie nie mógł być po­wo­dem ta­kiej iry­ta­cji. Nie mó­wiąc o tym, że w owym po­my­śle było tro­chę ra­cji, zwłasz­cza gdy mó­wi­ło się o moż­li­wo­ści trans­por­tu przez cały kraj dwu­stu cięż­kich czoł­gów i to­wa­rzy­szą­cych im wo­zów wspar­cia w ra­zie kry­zy­su lub woj­ny. Z dru­giej stro­ny, trzy­ma­nie tych wo­zów tuż pod lu­fa­mi ro­syj­skiej ar­ty­le­rii też nie było naj­mą­drzej­szym po­my­słem.

– Pa­nów ofi­ce­rów bolą ostat­nie prze­nie­sie­nia i spra­wa eme­ry­tur, praw­da? – spy­tał ostroż­nie, choć znał już od­po­wiedź.

– Oczy­wi­ście, że tak, do ja­snej cho­le­ry! – ode­zwał się ktoś z tyłu po­ko­ju. – Za­raz za­czną za­bie­rać nam stop­nie, bo ko­mu­ni­stycz­ne!

– Już nie mó­wiąc o tym, że pa­no­wie też za chwi­lę odej­dą do re­zer­wy ka­dro­wej i stam­tąd pro­sto do cy­wi­la – wtrą­cił eme­ry­to­wa­ny już ge­ne­rał bry­ga­dy Przy­by­szew­ski. – Po­dob­nie jak wie­lu in­nych, któ­rzy za­wi­ni­li tyl­ko tym, że słu­ży­li w cza­sach, któ­re się nie po­do­ba­ły obec­nej wła­dzy, mie­li coś wspól­ne­go z WSI, a na­wet są dzieć­mi człon­ków PZPR. Prze­cież to już jest ja­kaś pa­ra­no­ja… Koń­czy­łem szko­łę ofi­cer­ską w 1991 roku!

– Ja w tym cza­sie do­pie­ro za­czy­na­łem służ­bę – do­dał ma­jor Le­mań­ski, naj­młod­szy w tym gro­nie – a mimo to do­pa­trzy­li się ojca w par­tii i wuj­ka mi­li­cjan­ta. I co? Awans za­blo­ko­wa­ny. I ze­sła­nie tu­taj, żeby mi do­ko­pać. – Nie mu­siał w tym gro­nie wy­ja­śniać, czym było spo­wo­do­wa­ne prze­nie­sie­nie z wojsk spe­cjal­nych do dy­wi­zji pan­cer­nej i dla­cze­go od kil­ku dni był już re­zer­wi­stą. – Ta­kich jak ja jest w tu­tej­szych gar­ni­zo­nach dużo wię­cej.

– Do­brze, mam jed­nak py­ta­nie: jak pa­no­wie ofi­ce­ro­wie so­bie to wy­obra­ża­cie, abym wciąż jesz­cze bę­dąc w czyn­nej służ­bie, mógł wpły­nąć na de­cy­zje po­li­tycz­ne? Wie­cie, że tyle, ile mo­głem wy­ja­śnić i wy­pro­sić, to wy­ja­śni­łem i wy­pro­si­łem. Nie mam nie­ste­ty na­rzę­dzi, by zmie­niać de­cy­zje De­par­ta­men­tu Kadr, nie mó­wiąc o usta­wach!

– Za czte­ry lata są wy­bo­ry pre­zy­denc­kie – za­brał głos puł­kow­nik Ża­kow­ski. – To dość cza­su, aby do­brze się do nich przy­go­to­wać. Kan­dy­dat taki jak pan ge­ne­rał mógł­by je wy­grać. Na­to­miast za dwa lata cze­ka­ją nas wy­bo­ry par­la­men­tar­ne. To daje wie­le moż­li­wo­ści, lu­dzie za pa­nem pój­dą.

– Nie będę kan­dy­do­wać, żona by mnie za­bi­ła! – Kru­szyń­ski usi­ło­wał ob­ró­cić całą sy­tu­ację w żart. Nie­któ­rzy ze zgro­ma­dzo­nych na­wet się za­śmia­li. – Nie­ste­ty, ale czas nas goni. – Wstał z krze­sła. – Dzię­ku­ję za pa­mięć i pięk­ny pre­zent, na pew­no zaj­mie ho­no­ro­we miej­sce w domu. – Się­gnął po pu­dło z bu­ła­wą, uści­snął dłoń ge­ne­ra­ła Sko­rup­skie­go i wy­szedł na ko­ry­tarz.

Ku­char­ski do­łą­czył do nie­go po chwi­li i obaj po­szli do ja­dal­ni. Tam, nad ta­le­rzem po­mi­do­ro­wej, spró­bo­wał wy­ja­śnić na­tu­rę tego spo­tka­nia.

– Pro­szę wy­ba­czyć, je­śli coś po­szło nie tak, jak po­win­no. Ale Sko­rup­ski i inni na­ci­ska­li.

– Ro­zu­miem, dys­kret­ne spo­tka­nie. Ro­zu­miem pre­ten­sje i żale. Ale żeby pro­po­no­wać mi start w wy­bo­rach? Kim oni są, do ja­snej…

– Tym, kim są – wy­ja­śnił pan­cer­niak. – Za nimi sto­ją ty­sią­ce lu­dzi, któ­rzy z nimi słu­ży­li, na­wet dzie­siąt­ki i set­ki ty­się­cy. Woj­sko w tym kra­ju za­wsze było sil­ne, ale mil­cza­ło przez lata.

– Woj­sko już raz wzię­ło się za rzą­dze­nie i źle na tym wy­szli­śmy. Pa­mię­tam stan wo­jen­ny – od­parł trzy­gwiazd­ko­wy ge­ne­rał. – Nie wy­szli­śmy na tym naj­le­piej. A poza tym z woj­ska nie wy­rzu­ca­ją mnie po­li­ty­cy. Sam re­zy­gnu­ję, bo uwa­żam, że wię­cej już nie dam rady osią­gnąć.

– W sta­nie wo­jen­nym i tak rzą­dzi­ła par­tia, nie woj­sko. Woj­sko­wi byli jed­no­cze­śnie funk­cjo­na­riu­sza­mi par­tii.

– To woj­sko ma być par­tią, tak? To mrzon­ki!

– Ale Jó­zek Ża­kow­ski uwa­ża, że to re­al­ne. Sko­rup­ski i ten mło­dy, Le­mań­ski, tak­że. Ar­gu­ment z ich stro­ny jest je­den: sko­ro woj­sko sta­ło się po­lem gry po­li­tycz­nej, sko­ro pań­stwo zry­wa umo­wy mó­wią­ce, że w za­mian za lo­jal­ność na­sze pra­wa są gwa­ran­to­wa­ne nie­za­leż­nie od tego, kto rzą­dzi, to dla­cze­go mamy da­lej go­dzić się na rolę mil­czą­ce­go ol­brzy­ma?

– Spo­łe­czeń­stwo tego nie po­prze – opo­no­wał ge­ne­rał lot­nic­twa. – Poza tym jak Unia i NATO za­re­agu­ją na ta­kie, było nie było, ła­ma­nie za­sad de­mo­kra­cji?

– W Tur­cji i Gre­cji zda­rza­ły się pu­cze woj­sko­we i NATO nie mia­ło z tym pro­ble­mu. A po­ło­wa pol­skie­go spo­łe­czeń­stwa nie cho­dzi na wy­bo­ry.

– To i tak jest aka­de­mic­ka dys­ku­sja! – Kru­szyń­ski sta­now­czo za­koń­czył ten te­mat.

.3.Śro­da, 16 sierp­nia

Wzglę­dy bez­pie­czeń­stwa na­ro­do­we­go prze­są­dzi­ły o tym, że za­mek pre­zy­den­ta w Wi­śle prze­stał peł­nić rolę je­dy­nie gór­skiej re­zy­den­cji gło­wy pań­stwa. Obec­ny pre­zy­dent, Bo­le­sław Ja­giel­ski, wo­lał prze­by­wać w War­sza­wie i z chę­cią od­dał gór­ski obiekt do dys­po­zy­cji Urzę­du Pre­ze­sa Rady Mi­ni­strów.

„Za­wsze się tak za­cho­wy­wał”, po­my­ślał pre­mier i mi­ni­ster obro­ny w jed­nej oso­bie, Ma­ciej Ja­ni­kow­ski, ob­ser­wu­jąc z okna sy­pial­ni pa­tro­lu­ją­cych te­ren funk­cjo­na­riu­szy Biu­ra Ochro­ny Rzą­du. Nie­za­leż­nie od cię­ża­ru de­cy­zji za­wsze po­dej­mo­wał ją po my­śli pre­mie­ra. Być może bał się, że pre­mier do­pro­wa­dzi do od­wo­ła­nia go z urzę­du z uwa­gi na stan zdro­wia, do cze­go wy­star­czy­ły­by gło­sy trzy­stu sie­dem­dzie­się­ciu czte­rech po­słów i se­na­to­rów. A może bał się za­war­to­ści te­czek, do któ­rych Ja­ni­kow­ski miał do­stęp i przy po­mo­cy któ­rych oba­lił już swo­je­go po­przed­ni­ka?

Do­brze by było, żeby sta­rał się o re­elek­cję. To po­win­no być ła­twe w obec­nym ukła­dzie sił na sce­nie po­li­tycz­nej. Więk­szość, wpraw­dzie nie­du­żą, bo dwu­stu trzy­dzie­stu ośmiu man­da­tów, miał w Sej­mie Front Pa­trio­tycz­ny, po­wsta­ły nie­daw­no wsku­tek fu­zji Pra­wi­cy Pol­skiej i roz­ła­mow­ców z kon­ser­wa­tyw­ne­go skrzy­dła Kon­gre­su De­mo­kra­tycz­ne­go, zwa­ne­go ka­de­cją. Li­be­ral­ny blok miał do­kład­nie sto czter­dzie­ści dzie­więć gło­sów, więc prak­tycz­nie się nie li­czył, po­dob­nie jak klub par­la­men­tar­ny le­wi­cy, któ­ra za­ję­ła się spo­ra­mi we wła­snym gro­nie. Za to choć­by część z trzy­dzie­stu po­słów, któ­rzy do par­la­men­tu do­sta­li się z list Pol­skiej Zmia­ny, zbio­ro­wi­ska ul­tra­kon­ser­wa­ty­stów i na­cjo­na­li­stów, od któ­rych na pra­wo była już tyl­ko ścia­na, mo­gła oka­zać się cen­nym wspar­ciem przy pró­bie zmia­ny kon­sty­tu­cji, choć na co dzień byli nie­zde­cy­do­wa­ną i chwiej­ną gru­pą. Na­szki­co­wa­ny już pro­jekt zmian za­kła­dał zwięk­sze­nie za­kre­su kom­pe­ten­cji gło­wy pań­stwa na taki, jaki chciał­by mieć Ja­ni­kow­ski, gdy­by zaj­mo­wał ten urząd.

Za rok moż­na by prze­pro­wa­dzić zmia­nę kon­sty­tu­cji, dla udo­wod­nie­nia po­par­cia spo­łecz­ne­go, w dro­dze re­fe­ren­dum. Za dwa lata wy­bo­ry par­la­men­tar­ne od­by­wa­ły­by się na no­wych za­sa­dach – ta­kich, któ­re wy­cię­ły­by cały ha­ła­śli­wy po­li­tycz­ny plank­ton – opo­zy­cję, i tę par­la­men­tar­ną, i po­za­par­la­men­tar­ną, jak Ruch Obro­ny De­mo­kra­cji i po­dob­ne or­ga­ni­za­cje.

Opo­zy­cja i me­dia pod­nio­sły­by wrzask, stra­sząc dyk­ta­tu­rą, i wła­śnie dla­te­go do­brze by­ło­by, aby ktoś taki jak Ja­giel­ski był gwa­ran­tem sta­bil­no­ści pań­stwa. Był w koń­cu jed­nym z au­to­ry­te­tów mo­ral­nych, od za­wsze w po­li­ty­ce, naj­pierw w opo­zy­cji przed Okrą­głym Sto­łem, póź­niej w Sej­mie i Se­na­cie. Oczy­wi­ście miał swo­je pro­ble­my i to po­zwo­li­ło­by mu do­ko­nać po re­elek­cji prze­ka­za­nia wła­dzy – na co mia­ła zo­stać za­pi­sa­na w kon­sty­tu­cji od­po­wied­nia pro­ce­du­ra – na ręce pre­mie­ra, czy­li wła­śnie Ja­ni­kow­skie­go. Ten do­koń­czył­by ka­den­cję i mógł­by ubie­gać się o ko­lej­ną. I ko­lej­ną. To też mia­ła być no­wość. Nie by­ło­by już li­mi­tu dwóch ka­den­cji pre­zy­denc­kich.

Tak, to by­ła­by dyk­ta­tu­ra. W ma­je­sta­cie pra­wa. Unia Eu­ro­pej­ska mo­gła­by mieć wąt­pli­wo­ści – to było pew­ne, że opo­zy­cja bę­dzie pod­no­sić ten ar­gu­ment, ale gdy­by wyjść z Unii, pro­ble­mu by nie było. Ame­ry­ka­nie bar­dzo chęt­nie po­wi­ta­li­by ko­lej­ną ozna­kę sła­bo­ści Eu­ro­py.

Gło­śno za­śmiał się do wła­snych my­śli, zwra­ca­jąc tym uwa­gę ko­bie­ty le­żą­cej w łóż­ku. Wsta­ła i okry­ła na­gie cia­ło szla­fro­kiem.

– Roz­po­zna­ję ten ro­dzaj śmie­chu – po­wie­dzia­ła Anna Ni­ku­li­na, pod­cho­dząc od tyłu do po­li­ty­ka. – Znów fan­ta­zju­jesz o tej swo­jej dyk­ta­tu­rze?

– To już nie fan­ta­zje – od­po­wie­dział, ob­ra­ca­jąc się ku niej. – Ten plan jest co­raz bar­dziej re­al­ny.

– Żeby stał się re­al­ny, mu­si­my prze­trwać. Obo­je – za­zna­czy­ła.

– Je­steś tu bez­piecz­na – za­pew­nił ją.

– Nie cho­dzi mi o po­ste­run­ki i pa­tro­le – od­po­wie­dzia­ła. – Do­brze wiesz, o co py­tam.

– Tyl­ko sześć osób w tym kra­ju zna praw­dę o to­bie – od­po­wie­dział. – Oprócz mnie szef kontr­wy­wia­du woj­sko­we­go, je­den z jego za­stęp­ców i szef Biu­ra Ochro­ny Rzą­du.

– I te ko­bie­ty, w tym ta z kontr­wy­wia­du – wtrą­ci­ła Ni­ku­li­na. Nie wspo­mi­na­ła miło chwi­li, gdy zo­sta­ła schwy­ta­na przez kontr­wy­wiad i po­li­cję i zmu­szo­na do pod­ję­cia współ­pra­cy. Kie­dyś była ofi­ce­rem ro­syj­skie­go wy­wia­du woj­sko­we­go. Ze­zna­jąc przed ob­li­czem pre­mie­ra i wy­ko­rzy­stu­jąc zna­ny jej fakt z prze­szło­ści męż­czy­zny, zdo­ła­ła się do nie­go zbli­żyć. Bar­dziej niż kto­kol­wiek w hi­sto­rii GRU. Li­czy­ła, że gdy sy­tu­acja ule­gnie zmia­nie, wy­ko­rzy­sta to na swo­ją ko­rzyść.

– Wie­dzą tyl­ko, że współ­pra­cu­jesz, nic wię­cej… Pre­zy­dent nie wie nic. Sze­fo­wie służb tyle, ile mu­szą.

– Nie pró­bu­ją nic spraw­dzać? – wo­la­ła spy­tać.

– Bez mo­jej wie­dzy? – Po­li­tyk znów się za­śmiał. – Na­szych nie mu­sisz się oba­wiać. Twoi nic nie wie­dzą, po­dej­rze­wa­ją, że ukry­wasz się w Sta­nach, a może na­wet są­dzą, że nie ży­jesz. Poza tym po­mo­głaś nam zneu­tra­li­zo­wać wie­lu agen­tów, a po ostat­nich wy­da­rze­niach wszyst­kie wa­sze siat­ki szpie­gow­skie zo­sta­ły moc­no prze­trze­bio­ne. Chy­ba na­wet nie je­steś spe­cjal­nie po­szu­ki­wa­na, Ro­sja ma zbyt wie­le pro­ble­mów po za­gar­nię­ciu Es­to­nii i bi­twie o Mo­rze Bał­tyc­kie.

– Więc je­ste­śmy bez­piecz­ni. Do­pó­ty, do­pó­ki obo­je do­trzy­ma­my se­kre­tu – przy­po­mnia­ła mu. – Cze­ka cię pra­ca? – Wska­za­ła na le­żą­cą przy łóż­ku tecz­kę. Nie po­wie­dział wczo­raj, co w niej jest, za­ję­ty in­ny­mi spra­wa­mi.

– Ra­kie­ty i sa­mo­lo­ty – od­rzekł. – Ame­ry­ka­nie ofe­ru­ją wy­sła­nie do nas ich sys­te­mu an­ty­ra­kie­to­we­go.

– THA­AD, tak? – Mia­ła na my­śli sys­tem prze­ciw­ra­kie­to­wy da­le­kie­go za­się­gu. – A umo­wa z Pocz­da­mu?

– Obie­cy­wa­li, że roz­miesz­czą go tu­taj, za­nim jesz­cze do­szło do star­cia z Ro­sją. Po­tem sy­tu­acja się zmie­ni­ła, ale mó­wią, że prze­ka­żą ten sys­tem na wła­sność Woj­ska Pol­skie­go. To i ze dwie ba­te­rie Pa­triot. Ma to nam wy­na­gro­dzić po­wol­ne, by nie po­wie­dzieć do­sad­niej, po­stę­py prac przy in­sta­la­cji w Re­dzi­ko­wie. Ofi­cjal­nie nie wy­co­fa­li się z bu­do­wy, a tak na­praw­dę – mach­nął ręką – za­le­ży im tyl­ko na Ira­nie. – Usiadł na łóż­ku.

– Chcą bu­do­wać sze­ro­ką ko­ali­cję, mieć ko­goś z Eu­ro­py poza Bry­tyj­czy­ka­mi po swo­jej stro­nie? – upew­ni­ła się.

– Wy­śle­my nasz kon­tyn­gent. Te ra­kie­ty to bę­dzie za­pła­ta za nasz udział. Poza tym ofe­ru­ją nam wzmoc­nie­nie lot­nic­twa. F-15 i F-16, uży­wa­ne, ale po­dob­no w do­brym sta­nie i po mo­der­ni­za­cji. Całe czte­ry eska­dry.

– To już po­sta­no­wio­ne? – spy­ta­ła, sia­da­jąc obok nie­go. Ob­ję­ła go ra­mie­niem. – Czy to jest do­bra cena?

– Wszyst­ko jest kwe­stią ceny, za jaką bę­dzie to moż­na sprze­dać opi­nii pu­blicz­nej. Bez tego moje no­to­wa­nia mogą jesz­cze bar­dziej spaść, a tego bym nie chciał.

– Ale na ra­zie tyl­ko obie­cu­ją, praw­da? Nie da się pod­bić ceny?

– Co masz na my­śli?

– No­to­wa­nia wam spa­dły, gdy oka­za­ło się, że układ z Pocz­da­mu ozna­cza wy­co­fa­nie czoł­gów z przy­gra­nicz­nych wo­je­wództw. A je­śli po­pro­sisz Ame­ry­ka­nów, aby po­mo­gli coś z tym zro­bić?

– A Ro­sja? Oni też mają za­kaz trzy­ma­nia czoł­gów w Ob­wo­dzie Ka­li­nin­gradz­kim.

– Za­wsze mo­żesz pró­bo­wać się do­ga­dać, po­wiedz­my dwa do jed­ne­go, na na­szą ko­rzyść. Wy­grasz po­li­tycz­nie i wi­ze­run­ko­wo. Czoł­gi w ru­chu ład­nie wy­glą­da­ją w te­le­wi­zji i na zdję­ciach. I Ro­sja coś zy­ska. A sko­ro po­mo­że­cie Ame­ry­ka­nom, to oni po­mo­gą wam w ra­zie kło­po­tów, nie są­dzisz?

Po­li­tyk mil­czał przez chwi­lę. Uznał to za roz­sąd­ne.

– To ma sens – od­po­wie­dział. – Poza tym, je­śli pój­dzie­my na woj­nę u boku Ame­ry­ka­nów, oni nie będą wtrą­cać się w to, co zro­bi­my u nas.

– Cho­dzi o usta­wę o ochro­nie mo­ral­no­ści pu­blicz­nej? – Mia­ła na my­śli zło­żo­ny już w Sej­mie pro­jekt usta­wy. Ofi­cjal­nie była to oby­wa­tel­ska ini­cja­ty­wa na rzecz za­ka­zu abor­cji i por­no­gra­fii – a ra­czej wszyst­kie­go, co moż­na by­ło­by za nią uznać, a de­cy­do­wać mia­ły wo­je­wódz­kie ko­mi­sje do spraw ochro­ny mo­ral­no­ści, w któ­rych – jak wy­ni­ka­ło z pro­jek­tu – mo­gli za­sia­dać po­li­ty­cy i du­chow­ni. Pro­te­sty prze­ciw­ko pro­po­no­wa­nej cen­zu­rze przy­bra­ły nie­spo­dzie­wa­nie dużą ska­lę.

– Bę­dzie ko­lej­na – wes­tchnął – usta­wa o ochro­nie pol­skiej ra­cji sta­nu. Usta­wa, któ­ra po­zwo­li nam przej­mo­wać pod za­rząd ko­mi­sa­rycz­ny fa­bry­ki, ban­ki czy me­dia, w któ­rych udzia­ły ma obcy ka­pi­tał, je­śli bę­dzie to uza­sad­nio­ne wzglę­da­mi bez­pie­czeń­stwa na­ro­do­we­go. Opo­zy­cja się wściek­nie, będą de­mon­stra­cje, a prze­cież nie mogę im tego za­ka­zać! – „Przy­naj­mniej na ra­zie”, do­dał w my­ślach.

Usta­wa, któ­rą miał na my­śli, była od daw­na wy­cze­ki­wa­na przez dzia­ła­czy jego par­tii. Wpraw­dzie po prze­ję­ciu wła­dzy sze­reg dzia­ła­czy otrzy­mał in­trat­ne po­sa­dy rzą­do­we, otwo­rem sta­ły tak­że spół­ki Skar­bu Pań­stwa, jed­nak wie­le in­sty­tu­cji po­zo­sta­wa­ło nie­za­leż­nych. Nie tyl­ko nie moż­na było wci­snąć tam par­tyj­nych no­mi­na­tów, ale nie­za­leż­ne me­dia sta­ły się ba­stio­nem opo­zy­cji. Na opo­zy­cyj­ną nutę gra­ło wie­le utrzy­my­wa­nych przez sa­mo­rzą­dy in­sty­tu­cji kul­tu­ry, jak na przy­kład te­atry. Tak­że bran­ża fil­mo­wa była co­raz mniej za­leż­na od pań­stwo­wych do­ta­cji, za to sa­mo­rzą­dy wspie­ra­ły ją co­raz chęt­niej. Wresz­cie pry­wat­ne fir­my ra­dzi­ły so­bie na ryn­ku le­piej niż spół­ki pań­stwo­we, a co gor­sza wie­le z nich wspie­ra­ło pie­niędz­mi z re­klam nie­za­leż­ne me­dia. Tyl­ko nie­któ­re przed­się­bior­stwa moż­na było zmu­sić do ule­gło­ści. To bu­dzi­ło fru­stra­cję i po­ku­sę za­ra­zem. Skok na pra­sę, ra­dio, te­le­wi­zję, por­ta­le in­ter­ne­to­we, ban­ki, na­wet sie­ci han­dlo­we po­zwo­lił­by upiec dwie pie­cze­nie na jed­nym ogniu. Za­blo­ko­wać opo­zy­cji do­stęp do te­le­wi­zji i ga­zet, a może na­wet do In­ter­ne­tu, przy­naj­mniej do naj­bar­dziej po­pu­lar­nych por­ta­li, i za­pew­nić wier­nym dzia­ła­czom po­sa­dy, ku­pu­jąc ich lo­jal­ność. Gdy­by jesz­cze oka­za­ło się, że tak jak kie­dyś, dro­ga do ka­rie­ry w do­wol­nym za­wo­dzie wie­dzie przez par­tię, stwo­rzo­ny zo­stał­by so­lid­ny fun­da­ment pod zmia­ny ustro­jo­we.

– Ale mo­żesz po­zwo­lić, by sami do­pro­wa­dzi­li do za­ka­zu – od­po­wie­dzia­ła Ro­sjan­ka. – Po­myśl przez chwi­lę.

– Pro­wo­ka­cja po­li­cji? Służb? To nie przej­dzie. – Po­krę­cił gło­wą.

– Służb nie. Ale po­myśl o stwo­rze­niu ta­kiej sy­tu­acji, któ­ra da im szan­sę na po­peł­nie­nie błę­du. Zro­bie­nie cze­goś, co po­zwo­li ci na­słać na nich coś wię­cej niż kor­do­ny po­li­cji. Ja­kaś oka­zja, miej­sce, oso­by… Coś, na co się zła­pią – za­czę­ła wy­ja­śniać.

.4.Czwartek, 17 sierpnia

Wy­star­to­wa­li tuż po wscho­dzie słoń­ca. Huk sil­ni­ków od­rzu­to­wych był naj­bar­dziej do­no­śnym zna­kiem tego, co się dzia­ło w 31 Ba­zie Lot­nic­twa Tak­tycz­ne­go na Krze­si­nach. Laik po­wie­dział­by, że baza oży­ła, gdy sa­mo­lo­ty po­ma­lo­wa­ne w sza­re, ma­sku­ją­ce bar­wy za­czę­ły ko­ło­wać w kie­run­ku pasa star­to­we­go. Tym­cza­sem or­ga­nizm ten, na po­do­bień­stwo ludz­kie­go, któ­ry po­zo­sta­je w nie­ustan­nej ak­tyw­no­ści, cały czas pra­co­wał, i to cięż­ko przez ostat­nie go­dzi­ny.

Pi­lo­ci 6 Eska­dry My­śliw­skiej, po za­po­zna­niu się z cze­ka­ją­cy­mi ich za­da­nia­mi, po­chy­la­li się nad elek­tro­nicz­ny­mi ma­pa­mi, spraw­dza­jąc na ekra­nach ta­ble­tów sym­bo­le ozna­cza­ją­ce cza­sy i kur­sy. Spe­cja­li­ści służ­by in­ży­nie­ryj­no-lot­ni­czej po raz ostat­ni przed wy­lo­tem spraw­dza­li stan ma­szyn. Po pły­tach po­sto­jo­wych krą­ży­ły cy­ster­ny. Pod sa­mo­lo­ta­mi pod­wie­sza­no uzbro­je­nie i do­dat­ko­we zbior­ni­ki pa­li­wa. Me­te­oro­lo­dzy prze­glą­da­li wy­ni­ki po­mia­rów, upew­nia­jąc się, że po­go­da nie po­krzy­żu­je pla­nów. Na wie­ży ze­spół kon­tro­le­rów spraw­dzał pla­ny lo­tów, we­ry­fi­ku­jąc, czy po­ran­na fala lo­tów woj­sko­wych, wcze­śniej­sza i więk­sza niż za­zwy­czaj, nie bę­dzie ko­li­do­wać z ru­chem cy­wil­nym z nie­od­le­głych lot­nisk. Poza bazą szta­bow­cy i na­wi­ga­to­rzy na­pro­wa­dza­nia, umiesz­cze­ni w krą­żą­cym nad Wiel­ko­pol­ską la­ta­ją­cym sta­no­wi­sku do­wo­dze­nia E-3 Sen­try z mię­dzy­na­ro­do­wej jed­nost­ki NATO, koń­czy­li swo­je przy­go­to­wa­nia.

Lot­ni­cy za­ję­li miej­sca w kok­pi­tach. Osło­ny ka­bin opa­dły, izo­lu­jąc ich od ze­wnętrz­ne­go świa­ta. Sil­ni­ki ko­lej­no „oży­wa­ły”, da­jąc sa­mo­lo­tom moc nie­zbęd­ną do ko­ło­wa­nia. My­śliw­ce po wy­to­cze­niu się na pas za­trzy­my­wa­ły się na chwi­lę, ocze­ku­jąc na osta­tecz­ne ze­zwo­le­nie. Gdy na­de­szło, pi­lo­ci zwięk­sza­li moc do mak­sy­mal­nej i uru­cha­mia­li do­pa­la­cze.

Dwa­na­ście F-16C wy­star­to­wa­ło w trzech klu­czach, po czte­ry ma­szy­ny. Po star­cie ob­ra­ły kurs na pół­noc­ny wschód i pół­noc­ny za­chód, przyj­mu­jąc luź­ne szy­ki.

Na in­nym lot­ni­sku od­by­wał się w tym cza­sie iden­tycz­ny ry­tu­ał, z tą róż­ni­cą, że w po­wie­trze wzbi­ły się inne sa­mo­lo­ty. Osiem my­śliw­skich Mig-29 i osiem sztur­mo­wych Su-22, ob­wie­szo­nych do­dat­ko­wy­mi zbior­ni­ka­mi na pa­li­wo, po­dzie­lo­nych na pary, po star­cie ze Świ­dwi­na trzy­ma­ło się bli­sko zie­mi, la­wi­ru­jąc nad za­le­sio­ny­mi wzgó­rza­mi i prze­my­ka­jąc nad je­zio­ra­mi, mia­stecz­ka­mi i po­la­mi. W ślad za nimi z pasa po­de­rwa­ły się jesz­cze czte­ry sa­mo­lo­ty Gri­pe­ny z ozna­cze­nia­mi wę­gier­skich sił po­wietrz­nych.

Na po­kła­dzie krą­żą­ce­go nad lu­bu­ski­mi la­sa­mi AWACS-a kie­ru­ją­cy ćwi­cze­niem puł­kow­nik wy­dał roz­kaz.

– Po­in­for­muj­cie Dra­go­nów, że AWACS nie dzia­ła. Nie mają da­nych z ze­wnątrz, mu­szą ra­dzić so­bie sami. – Od te­raz za­ło­ga la­ta­ją­ce­go ra­da­ru je­dy­nie ob­ser­wo­wa­ła prze­bieg ćwi­czeń, bez in­ge­ren­cji.

Ozna­cza­ło to naj­gor­szy z moż­li­wych sce­na­riusz dla Ja­strzę­bi. Za­da­nie wy­ma­ga­ło wlo­tu w prze­strzeń po­wietrz­ną „czer­wo­nych”, któ­rej gra­ni­cę wy­zna­czo­no na li­nii War­ty i No­te­ci, gdzie mia­ły znaj­do­wać się po­ste­run­ki ra­dio­lo­ka­cyj­ne, ba­te­rie prze­ciw­lot­ni­cze i my­śliw­ce. A bez in­for­ma­cji z ze­wnątrz ry­zy­ko gwał­tow­nie ro­sło. Mimo to za­da­nie mu­sia­ło zo­stać wy­ko­na­ne.

Puł­kow­nik Fe­dor­ski, pi­lot do­wo­dzą­cy mi­sją F-16, wy­dał krót­ki roz­kaz.

– Kosa, po­trze­bu­ję oczu na nie­bie. Wy­ko­nać wa­riant Del­ta.

– Wy­ko­nu­ję – od­po­wie­dzia­ła pro­wa­dzą­ca klucz czte­rech my­śliw­ców ka­pi­tan Anna Ko­złow­ska. Sło­wo „Kosa” było jej zna­kiem wy­wo­ław­czym.

Dwie pary two­rzą­ce jej gru­pę ro­ze­szły się na boki i za­ję­ły po­zy­cje na wschod­nim i za­chod­nim skrzy­dle zgru­po­wa­nia, w od­le­gło­ści po­nad sześć­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów od sie­bie. Wy­szły na dużą wy­so­kość, po­nad dwu­na­stu ty­się­cy me­trów, ry­zy­ku­jąc wy­kry­cie przez ra­da­ry „czer­wo­nych”. Mimo że Ja­strzę­bie po­ma­lo­wa­ne były spe­cjal­ną far­bą o kryp­to­ni­mie „Have Glass”, po­chła­nia­ją­cą czę­ścio­wo pro­mie­nio­wa­nie ra­da­rów, to jed­nak wy­kry­cie ma­szyn le­cą­cych na du­żej wy­so­ko­ści było kwe­stią cza­su.

*

Po­nad sto ki­lo­me­trów da­lej Migi i Su­cho­je wciąż le­cia­ły ni­sko nad zie­mią. Za­da­nie czer­wo­nych było pro­ste – unie­moż­li­wić F-16 ude­rze­nie na cele roz­miesz­czo­ne na po­li­go­nie w Nada­rzy­cach, a je­śli to moż­li­we, prze­drzeć się nad po­li­gon w Bie­dru­sku. Zbu­do­wa­ne jesz­cze w ZSRR sa­mo­lo­ty nie prze­no­si­ły za­awan­so­wa­ne­go uzbro­je­nia ani no­wo­cze­snych ra­da­rów. Dla pi­lo­tów tych ma­szyn je­dy­ną szan­są było po­zo­sta­wa­nie nie­wy­kry­ty­mi za wszel­ką cenę, tak dłu­go, jak się da. Migi mia­ły wy­łą­czo­ne ra­da­ry, Suki nie mia­ły ich w ogó­le. W ra­diu pa­no­wa­ła ab­so­lut­na ci­sza. Dla­te­go wła­śnie Migi nie to­wa­rzy­szy­ły sztur­mow­com w roli bli­skiej eskor­ty, a kie­ro­wa­ły się na F-16, od­bie­ra­jąc ko­men­dy sys­te­mu na­pro­wa­dza­nia łą­czem o kryp­to­ni­mie „Tur­kus” – tak, jak za­ło­ży­li to ra­dziec­cy kon­struk­to­rzy i tak­ty­cy.

Sys­tem miał jed­ną wadę. Za­kłó­ce­nie łącz­no­ści lub znisz­cze­nie na­ziem­nych ra­da­rów i sta­no­wisk do­wo­dze­nia unie­moż­li­wia­ło na­pro­wa­dza­nie. Do tego pi­lo­ci sztur­mow­ców byli od tego łą­cza od­cię­ci, po­zo­sta­wa­ło im więc cze­kać na ostrze­że­nie o bez­po­śred­nim za­gro­że­niu, o ile ta­kie się po­ja­wi. Wo­bec tego le­cie­li mniej niż sto me­trów nad zie­mią, prze­ska­ku­jąc nad wzgó­rza­mi i li­nia­mi wy­so­kie­go na­pię­cia, omi­ja­jąc mia­sta i mia­stecz­ka. Żeby mo­gli wy­ko­nać bez­piecz­nie to ćwi­cze­nie, za­mknię­to dla cy­wil­nych lo­tów prze­strzeń po­wietrz­ną nad całą pół­noc­no-za­chod­nią Pol­ską.

Naj­le­piej wy­po­sa­żo­ne Gri­pe­ny po­zo­sta­wa­ły z ko­lei na pół­no­cy w roli od­wo­du, cały czas tak­że bez włą­czo­nych ra­da­rów. Do­pie­ro gdy F-16 zbli­żą się na mniej niż pięć­dzie­siąt ki­lo­me­trów, ra­da­ry mają zo­stać włą­czo­ne, na chwi­lę po­zwa­la­ją­cą na sy­mu­lo­wa­ne od­pa­le­nie ra­kiet.

*

Czte­ry Ja­strzę­bie, któ­re zna­la­zły się zgod­nie z pla­nem na du­żej wy­so­ko­ści, zbie­ra­ły in­for­ma­cje o prze­ciw­ni­kach z każ­de­go moż­li­we­go źró­dła. Ich sys­te­my wal­ki elek­tro­nicz­nej naj­pierw usi­ło­wa­ły usta­lić po­ło­że­nie nie­przy­ja­cie­la na pod­sta­wie emi­sji jego wła­snych ra­da­rów. Oczy­wi­ście nie moż­na było w ten spo­sób wy­kryć ra­da­rów, któ­re nie emi­to­wa­ły fal ra­dio­wych, ale za­sob­ni­ki opto­elek­tro­nicz­ne Sni­per XR – czy­li ka­me­ry pra­cu­ją­ce w świe­tle dzien­nym i pod­czer­wie­ni, umiesz­czo­ne w spe­cjal­nych kon­te­ne­rach – po­zwa­la­ły obejść tę nie­do­god­ność. W koń­cu każ­dy sa­mo­lot z de­fi­ni­cji emi­to­wał cie­pło, dużo cie­pła, nie mó­wiąc o tym, że w dzień po pro­stu było go wi­dać, a dy­stans wy­kry­cia za­le­żał od ja­ko­ści ka­mer i wza­jem­ne­go po­ło­że­nia ob­ser­wo­wa­nych i ob­ser­wu­ją­cych. Po­nie­waż klucz ka­pi­tan Ko­złow­skiej znaj­do­wał się wy­so­ko, wy­star­czy­ło to do wy­śle­dze­nia pierw­szych ce­lów, w tym gru­py Suk le­cą­cych na ma­łej wy­so­ko­ści. Gdy sta­ło się ja­sne, że ra­da­ry na­ziem­ne już wy­kry­ły F-16, na ko­men­dę Ko­złow­skiej pro­wa­dzą­cy włą­czy­li sta­cje ra­dio­lo­ka­cyj­ne pra­cu­ją­ce na za­kre­sie po­szu­ki­wa­nia ce­lów po­wietrz­nych. Ra­da­ry zi­den­ty­fi­ko­wa­ły na­wet typy ob­ser­wo­wa­nych ma­szyn. To dało peł­ny ob­raz sy­tu­acji w od­le­gło­ści po­nad stu ki­lo­me­trów, a łą­cza da­nych prze­sła­ły in­for­ma­cje o ce­lach do po­zo­sta­łych ma­szyn.

– Dra­gon 51 i 61, bierz­cie się za Smo­ke­ry, Dra­gon 54 i 56, prze­chwy­tu­je­cie Fit­te­ry, my zaj­mie­my się resz­tą – Fe­dor­ski wy­dał roz­ka­zy. Jego klucz po­dą­żał da­lej na pół­noc, na­dal ni­sko nad zie­mią.

Resz­ta była już kwe­stią cza­su. Nie było w tym ro­man­ty­zmu walk po­wietrz­nych z cza­sów pierw­szej woj­ny świa­to­wej ani dra­ma­ty­zmu z Bi­twy o An­glię. Czte­ry F-16 zwięk­szy­ły wy­so­kość lotu, czte­ry ją zmniej­szy­ły, a wy­ko­ny­wa­ne za­krę­ty usta­wia­ły je na opty­mal­nych kur­sach do od­pa­le­nia ra­kiet AIM-120.

Na mo­ni­to­rach na po­kła­dzie E-3 i w na­ziem­nych sta­no­wi­skach do­wo­dze­nia po­ja­wi­ły się znacz­ni­ki po­ka­zu­ją­ce sy­mu­lo­wa­ne tory lotu po­ci­sków. Czte­ry z ośmiu Mi­gów zo­sta­ły tra­fio­ne. Jesz­cze go­rzej wy­glą­dał los sztur­mow­ców. Ra­kie­ty do­się­gły sze­ściu z ośmiu ma­szyn.

Stra­ty wśród czer­wo­nych spra­wi­ły, że do­wo­dzą­cy nimi ofi­cer po­sta­wił wszyst­ko na jed­ną kar­tę. Po­zo­sta­łe Migi i Gri­pe­ny włą­czy­ły swo­je ra­da­ry i na peł­nej pręd­ko­ści ru­szy­ły w kie­run­ku Ja­strzę­bi, byle tyl­ko za­dać im ja­kie­kol­wiek stra­ty – tak, jak za­kła­dał sce­na­riusz ćwi­cze­nia. Tyl­ko dwa z Mi­gów zdo­ła­ły od­pa­lić swo­je po­ci­ski, za­nim zo­sta­ły ze­strze­lo­ne. Gri­pe­ny mia­ły wię­cej szczę­ścia. Od­pa­li­ły osiem ra­kiet, nim znad zie­mi wy­szedł w ich stro­nę ostat­ni nie­wy­kry­ty do tego mo­men­tu klucz Ja­strzę­bi, któ­re na­tych­miast po od­pa­le­niu po­ci­sków kie­ro­wa­nych na pod­czer­wień typu Si­de­win­der skie­ro­wa­ły się na po­łu­dnie, chcąc unik­nąć wal­ki ma­new­ro­wej z lżej­szy­mi Gri­pe­na­mi i ich groź­ny­mi w wal­ce na ma­łej od­le­gło­ści po­ci­ska­mi IRIS-T.

Gdy puł­kow­nik Fe­dor­ski lą­do­wał w Krze­si­nach, znał już wy­nik star­cia. Z dwu­na­stu Ja­strzę­bi kom­pu­ter uznał za ze­strze­lo­ne tyl­ko dwa. Wę­grzy stra­ci­li dwa sa­mo­lo­ty. Naj­go­rzej po­szło Mi­gom i Su­cho­jom. Ich stra­ty wy­nio­sły dzie­więć­dzie­siąt pro­cent, jak orzekł sys­tem sy­mu­lu­ją­cy uży­cie uzbro­je­nia, więc szan­se prze­trwa­nia na polu wal­ki były zni­ko­me. Współ­czuł pi­lo­tom. Znał ich, byli do­brze wy­szko­le­ni, od­waż­ni. Może gdy do­sta­ną nowe sa­mo­lo­ty, będą so­bie ra­dzić le­piej?

Wraz ze swo­imi pi­lo­ta­mi wy­słu­chał jesz­cze raz tych liczb w po­ko­ju od­praw, gdzie prze­śle­dzo­no prze­bieg walk po­wietrz­nych.

– Jak na wal­kę w trud­nych wa­run­kach, bez wspar­cia, z prze­wa­gą li­czeb­ną prze­ciw­ni­ka, cał­kiem nie­źle – pod­su­mo­wał. – Irań­czy­cy mogą być twar­dzi, wie­le rze­czy może pójść nie tak, ale my je­ste­śmy przy­go­to­wa­ni jak ni­g­dy – mó­wił, a na twa­rzach pod­wład­nych ma­lo­wa­ła się sa­tys­fak­cja z ko­lej­ne­go zwy­cię­stwa od­nie­sio­ne­go w ćwi­cze­niach.

Sam skosz­to­wał już praw­dzi­wej wal­ki po­wietrz­nej i zda­wał so­bie spra­wę, że nie wszyst­ko da się za­sy­mu­lo­wać. Ale też nie mógł nie czuć dumy. Od chwi­li, gdy zde­cy­do­wa­no o wy­sła­niu eska­dry F-16 na woj­nę z Ira­nem, ćwi­czy­li każ­dy moż­li­wy sce­na­riusz. Roz­po­zna­nie, ude­rze­nia na cele na­ziem­ne, nisz­cze­nie obro­ny prze­ciw­lot­ni­czej, na­wet ata­ki na okrę­ty. No i wal­kę po­wietrz­ną, na wy­pa­dek, gdy­by Irań­czy­cy sta­wia­li opór swo­imi ża­ło­śnie prze­sta­rza­ły­mi si­ła­mi po­wietrz­ny­mi.

– To co, do­wód­co? – spy­tał któ­ryś z młod­szych pi­lo­tów. – Wy­ślą na nas ja­kieś Tom­ca­ty?

– Chciał­byś, co? – To py­ta­nie wy­wo­ła­ło całą la­wi­nę okla­sków i okrzy­ków. W koń­cu ktoś po­wie­dział to gło­śno. F-14, obec­nie uży­wa­ne tyl­ko w Ira­nie, były sa­mo­lo­ta­mi kul­to­wy­mi wśród pi­lo­tów my­śliw­skich, na­wet tych za­ko­cha­nych w F-16. Tyl­ko nie­licz­ni szczę­ścia­rze mo­gli je te­raz uj­rzeć na żywo. A co do­pie­ro z nimi wal­czyć.

Po od­pra­wie ta myśl nie opusz­cza­ła ka­pi­tan Ko­złow­skiej, po­dob­nie jak jej ko­le­gów. Miesz­ka­nia dla żoł­nie­rzy z Krze­sin woj­sko wy­bu­do­wa­ło na Strze­szy­nie, czy­li na dru­gim koń­cu mia­sta. Mia­ło to swo­je do­bre stro­ny. W dni ta­kie jak ten kie­ro­wa­ła swo­je­go czer­wo­ne­go, dzie­się­cio­let­nie­go For­da Mu­stan­ga na au­to­stra­dę, by po­tem wsko­czyć na dwu­pa­smo­wą za­chod­nią ob­wod­ni­cę Po­zna­nia. Je­cha­ła szyb­ko, wy­prze­dza­jąc wszyst­kie ja­dą­ce wol­niej niż sto dwa­dzie­ścia ki­lo­me­trów na go­dzi­nę sa­mo­cho­dy. Włą­czy­ła trzy­ma­ną na ta­kie oka­zje pio­sen­kę Ro­ber­ta Ca­lver­ta. Uwiel­bia­ła sło­wa I’m an ae­ro­spa­ce­age war­rior I fly si­de­ways thro­ugh so­und. Kie­row­cy cię­ża­ró­wek, przed­sta­wi­cie­le han­dlo­wi w bia­łych sa­mo­cho­dach, ta­tu­sio­wie ob­cią­że­ni żo­na­mi i dzieć­mi, ci wszy­scy lu­dzie nie wie­dzie­li, że ostra jaz­da po as­fal­cie to tyl­ko echo tego, co dziś prze­ży­ła i co prze­ży­wa­ła pod­czas każ­de­go lotu. Wszy­scy oni pew­nie w głę­bi du­szy ma­rzy­li o czymś in­nym, o ad­re­na­li­nie. Ale nie da­li­by rady żyć tak jak ona. My ne­rves are made of ste­el/And my eyes are eagle sharp/And what wo­uld fre­ak /The ave­ra­ge man/Does not af­fect my he­art.

Po pro­stu nie mie­li tego cze­goś. A ona mia­ła. Wszy­scy, z któ­ry­mi mia­ła le­cieć na woj­nę, mie­li to coś.

I’m ri­ght stuff the ri­ght stuff.

Tak, była ule­pio­na z wła­ści­wej gli­ny. Jak wszy­scy jej bo­ha­te­ro­wie. Jak pi­lo­ci z pro­gra­mu Mer­cu­ry. Jak Arm­strong i Al­drin. I Ga­ga­rin.

Piątek, 18 sierpnia

Wpa­try­wał się w mapę, upstrzo­ną skró­ta­mi i licz­ba­mi, jak­by usi­ło­wał zna­leźć na niej coś, co inni prze­ga­pi­li. Ale nie było już na to szans. Przy­szli do nie­go jak le­ka­rze do nie­ule­czal­nie cho­re­go pa­cjen­ta, z ta­be­la­mi, ma­pa­mi i wnio­ska­mi uza­sad­nia­ją­cy­mi dia­gno­zę

– Więc to nie­unik­nio­ne? – Naj­wyż­szy Przy­wód­ca Is­lam­skiej Re­pu­bli­ki Ira­nu, aja­tol­lah Ah­mad Ma­da­wi, upew­nił się ostat­ni raz.

– Nie­ste­ty tak – do­wód­ca Kor­pu­su Straż­ni­ków Re­wo­lu­cji Is­lam­skiej po­twier­dził swo­je wcze­śniej­sze sło­wa. – Za­rów­no oce­ny mi­ni­ster­stwa wy­wia­du, jak i na­sze, są jed­no­znacz­ne. Oni ude­rzą na nas naj­póź­niej w cią­gu czter­na­stu dni. Z całą mocą – pod­kre­ślił.

– I nie mamy szans?

– Nie – ode­zwał się do­wo­dzą­cy si­ła­mi po­wietrz­ny­mi ge­ne­rał Fa­ra­ha­ni. – Zmiaż­dżą nas w cią­gu ty­go­dnia. Na­wet uwzględ­nia­jąc ostat­nie do­sta­wy, je­śli ude­rzą wszy­scy, z tak wiel­ką siłą, osią­gną swój pod­sta­wo­wy cel. Ame­ry­kań­skie i sau­dyj­skie sa­mo­lo­ty prę­dzej czy póź­niej będą pa­no­wać nad Ira­nem, czy nam się to po­do­ba, czy nie.

– Ale nie bez strat. – Do­wód­ca Kor­pu­su Straż­ni­ków Re­wo­lu­cji Is­lam­skiej, ge­ne­rał Ah­mad Za­he­di, za­zna­czył swo­je sta­no­wi­sko. – Po­nio­są, z Bożą po­mo­cą, stra­ty. Może na­wet dwa­dzie­ścia – trzy­dzie­ści pro­cent – nie do­dał, że to naj­bar­dziej opty­mi­stycz­ne sza­cun­ki, za­kła­da­ją­ce, że prze­ciw­nik po­peł­ni wszyst­kie moż­li­we błę­dy.

„Ile razy już o tym roz­ma­wia­li­śmy”, za­sta­no­wił się du­chow­ny. Od cza­su ob­ję­cia przez nie­go tego sta­no­wi­ska, trzy­dzie­ści lat temu, nie było roku bez roz­mów o szan­sach na od­par­cie ame­ry­kań­skie­go ata­ku. Za każ­dym ra­zem wnio­ski wy­su­wa­no po­dob­ne. Ale te­raz sce­na­riusz był jed­nym z naj­gor­szych, ja­kie roz­wa­ża­no. Ame­ry­kań­ski pre­zy­dent bar­dzo po­trze­bo­wał zwy­cię­stwa, szej­ko­wie z po­łu­dnia Za­to­ki Per­skiej ocze­ki­wa­li uło­że­nia sy­tu­acji na bli­skow­schod­niej sza­chow­ni­cy na nowo, po oba­le­niu sa­mo­zwań­cze­go ka­li­fa­tu, i wy­par­cia irań­skich wpły­wów z Je­me­nu, gdzie woj­na do­mo­wa była da­le­ka od za­koń­cze­nia. Ro­sja nie za­mie­rza­ła otwar­cie bro­nić Ira­nu, li­cząc na to, że Ame­ry­ka­nie po­now­nie ugrzę­zną na Bli­skim Wscho­dzie, a ropa znów bę­dzie dro­żeć. Po­dob­ne ocze­ki­wa­nia mie­li Chiń­czy­cy, któ­rzy spo­dzie­wa­li się, że wy­ko­rzy­sta­ją oka­zję, by po­sze­rzyć swo­ją stre­fę wpły­wów na Mo­rzu Po­łu­dnio­wo­chiń­skim, a może i w Afry­ce, więc na ko­rzyst­ne roz­strzy­gnię­cia na fo­rum Rady Bez­pie­czeń­stwa nie było co li­czyć.

– Co w ta­kim ra­zie mo­że­my zro­bić? – to py­ta­nie też było za­da­wa­ne od lat.

– Nie za­mie­rza­ją nas oku­po­wać, nie wy­ślą wojsk lą­do­wych – po­wie­dział ge­ne­rał Za­he­di. – Nic na to nie wska­zu­je. Nie mają na tyle sił – nie­ste­ty to dla nas fa­tal­na wia­do­mość. Nie wcią­gnie­my ich w wal­ki par­ty­zanc­kie w gó­rach i mia­stach. – Sce­na­riusz, o któ­rym mó­wił, był roz­wa­ża­ny przez wie­le lat i zgod­nie z nim Kor­pus Straż­ni­ków, nie­za­leż­na od ar­mii pa­ra­mi­li­tar­na for­ma­cja, roz­bu­do­wy­wał swo­je siły.

– Chro­nią swo­je sła­bo­ści, wy­ko­rzy­stu­jąc swo­ją siłę – wy­mam­ro­tał du­chow­ny. – Mu­si­my zro­bić po­dob­nie. Jak mo­że­my ude­rzyć w nich naj­cel­niej?

– Od cza­su, gdy w 2011 usi­ło­wa­li­śmy zle­cić kar­te­lo­wi nar­ko­ty­ko­we­mu za­mach na sau­dyj­skie­go am­ba­sa­do­ra w Wa­szyng­to­nie, co wy­kry­ła ame­ry­kań­ska po­li­cja, pró­bo­wa­li­śmy zbu­do­wać sieć uśpio­nych ko­mó­rek – wy­ja­śnił do­wód­ca Kor­pu­su. – Mamy te­raz w Ame­ry­ce pięć ta­kich ko­mó­rek, od dwóch do pię­ciu lu­dzi. To oso­by od­da­ne na­szej spra­wie, ale nie wie­my, jak sku­tecz­ne będą. Poza tym nie mamy dla nich sie­ci wspar­cia, a am­ba­sa­da w Ka­na­dzie jest pod bar­dzo ści­słą ob­ser­wa­cją.

– W któ­rych mia­stach znaj­du­ją się te ko­mór­ki? – za­in­te­re­so­wał się du­chow­ny.

– Dwie w Los An­ge­les, jed­na w sta­nie Il­li­no­is, jed­na w ob­sza­rze No­we­go Jor­ku i jed­na w sta­nie Ma­ry­land.

– Tyl­ko jed­na w po­bli­żu Wa­szyng­to­nu? Ile osób li­czy?

– Dwie. To mał­żeń­stwo. Ona jest cór­ką imi­gran­tów z Ira­nu, ale uro­dzi­ła się w Sta­nach. Są w peł­ni od­da­ni spra­wie – pod­kre­ślił Za­he­di. – Prze­pro­wa­dzi­li się tam z na­szą po­mo­cą fi­nan­so­wą pięć lat temu i od tego cza­su roz­po­zna­li te­ren i moż­li­we cele. Mo­że­my prze­mie­ścić na ten ob­szar jed­ną lub dwie ko­mór­ki , ale to jest ry­zy­kow­ne. Nie stwier­dzo­no, aby nasi lu­dzie wzbu­dzi­li nad­mier­ne za­in­te­re­so­wa­nie po­li­cji, ale i tak ich dzia­ła­nie wo­bec spraw­no­ści ame­ry­kań­skich służb jest ry­zy­kow­ne. Z tego po­wo­du nie pla­nu­je­my skom­pli­ko­wa­nych ata­ków. Przy­go­to­wa­no pla­ny ta­kich, ja­kie po­win­ny się udać, na­wet gdy Ame­ry­ka­nie cze­goś się do­wie­dzą. Ła­twiej po­win­no nam pójść w Eu­ro­pie Za­chod­niej, ale ten kie­ru­nek mu­si­my skre­ślić.

– Z po­wo­du ame­ry­kań­skiej ak­cji na Mal­cie?

– Tak – po­twier­dził ge­ne­rał. – Li­czy­li­śmy, że na­sze ko­mór­ki będą ata­ko­wać ame­ry­kań­skie bazy.

– One są oczy­wi­ście do­brze strze­żo­ne – za­uwa­żył aja­tol­lah.

– Dla­te­go chcie­li­śmy ze­strze­li­wać sa­mo­lo­ty po­ci­ska­mi ra­kie­to­wy­mi. Li­czy­li­śmy, że to za­kłó­ci ich lo­gi­sty­kę opar­tą o bazy w Niem­czech, utrud­ni też dzia­ła­nia z baz na Cy­prze. Broń, jaką chcie­li­śmy prze­my­cić z Li­bii, ła­two by­ło­by ukryć. Mamy oczy­wi­ście przy­go­to­wa­ne pla­ny ata­ków na bazy w Za­to­ce Per­skiej, ale li­czy­li­śmy na głęb­sze ude­rze­nie.

– Co więc mo­że­my zro­bić? Wal­czy­my o prze­trwa­nie.

– Uży­je­my wszyst­kich do­stęp­nych środ­ków. Mamy siat­ki w Eu­ro­pie, któ­rych nie pla­no­wa­li­śmy wy­ko­rzy­stać, ale je­śli bę­dzie trze­ba, uczy­ni­my to. Głów­nie cho­dzi o na­sze­go czło­wie­ka o kryp­to­ni­mie Se­tar. Damy mu lu­dzi, mamy spraw­dzo­ne ka­na­ły prze­rzu­tu. Ze­mści­my się w spo­sób naj­mniej ocze­ki­wa­ny przez krzy­żow­ców.

– Po­li­tycz­nie to bę­dzie nie­zbęd­ne. – Du­chow­ny w roz­mo­wach w za­mknię­tym krę­gu do­rad­ców był bez­względ­nie ra­cjo­nal­ny. Ina­czej nie zo­stał­by Naj­wyż­szym Przy­wód­cą. – Mu­si­my ude­rzyć tak moc­no, jak tyl­ko to moż­li­we. W chwi­li, gdy nie­wier­ni będą są­dzić, że wy­gra­li. Rów­no­cze­śnie w wie­lu miej­scach. Wte­dy to kupi nam czas. Ame­ry­kań­ski pa­jac nie wie, co to zna­czy gi­nąć dla Spra­wy. Nie prze­szedł tego co my pod­czas woj­ny z Sad­da­mem. Gdy krzy­żow­cy będą gi­nąć na swo­im lą­dzie, w po­bli­żu swo­ich baz, wy­ne­go­cju­je­my ro­zejm. To bę­dzie na­sze zwy­cię­stwo, bo wy­trwa­li­śmy z Bożą po­mo­cą w ob­li­czu na­jaz­du ze wszyst­kich stron, osa­mot­nie­ni. Dla po­tę­gi Ame­ry­ka­nów ro­zejm to klę­ska. Za to Ro­sja­nie i Chiń­czy­cy będą nam wdzięcz­ni, jak Bóg da. ■

Rozdział I.1.Poniedziałek, 21 sierpnia

Ma­jor Adam­czew­ska mu­sia­ła sta­wić się u sze­fa SKW w mun­du­rze wyj­ścio­wym, cze­go nie lu­bi­ła. Kłó­ci­ło się to z eto­sem taj­nej służ­by. Za­rząd Pierw­szy, w któ­rym zaj­mo­wa­ła sta­no­wi­sko star­sze­go ofi­ce­ra ope­ra­cyj­ne­go, miał swo­ją sie­dzi­bę poza War­sza­wą, w ano­ni­mo­wym obiek­cie za­kon­spi­ro­wa­nym pod fik­cyj­ną na­zwą, gdzie cho­dzi­ło się po cy­wil­ne­mu, a umun­du­ro­wa­na, i to by­naj­mniej nie w woj­sko­we mun­du­ry, była tyl­ko ochro­na. Wła­śnie z tego po­wo­du mun­dur trzy­ma­ła w miesz­ka­niu, któ­re było, nie­ste­ty, po­ło­żo­ne w po­bli­żu Sej­mu. Do tego jesz­cze za­po­wia­da­no ja­kieś ma­ni­fe­sta­cje. Usi­łu­jąc do­stać się na Oczki, gdzie znaj­do­wa­ła się Cen­tra­la, tra­fi­ła na po­li­cyj­ną blo­ka­dę przy wjeź­dzie na plac Trzech Krzy­ży.

– Nie ma prze­jaz­du – po­wie­dział aspi­rant z dro­gów­ki, pod­cho­dząc do sa­mo­cho­du.

– Kto tym ra­zem ma­ni­fe­stu­je? – uda­ła obo­jęt­ność.

– Ruch Obro­ny De­mo­kra­cji prze­ciw­ko fał­szo­wa­niu wy­bo­rów. Idą No­wym Świa­tem pod Sejm.

– Jesz­cze ja­kieś uli­ce są za­blo­ko­wa­ne? – spy­ta­ła.

– Na Mar­szał­kow­skiej za­pla­no­wa­na jest kontr­ma­ni­fe­sta­cja. Po­tem mają iść Pięk­ną, też pod Sejm – wy­ja­śnił funk­cjo­na­riusz.

– Ci są za fał­szo­wa­niem wy­bo­rów? – za­żar­to­wa­ła, wie­dząc, że kontr­de­mon­stra­cję zor­ga­ni­zo­wa­ła par­tia rzą­dzą­ca. Zmie­sza­ny po­li­cjant nie wie­dział, co po­wi­nien od­po­wie­dzieć ko­bie­cie w lot­ni­czym mun­du­rze. – Pro­te­sty są chy­ba jesz­cze da­le­ko, a ja mu­szę prze­je­chać – mach­nę­ła le­gi­ty­ma­cją kontr­wy­wia­du. Wy­star­czy­ło, by ka­zał ją prze­pu­ścić.

W se­kre­ta­ria­cie sze­fa SKW ka­za­no jej cze­kać. Nie było to za­sko­cze­niem. Woj­sko­wy kontr­wy­wiad już od pierw­sze­go wrze­śnia miał zo­stać po­łą­czo­ny z Służ­bą Wy­wia­du Woj­sko­we­go w nową Służ­bę Wy­wia­du Obron­ne­go, a do­tych­cza­so­wy szef SKW miał ob­jąć kie­row­nic­two SWO. Za­mie­sza­nie ad­mi­ni­stra­cyj­ne mu­sia­ło być nie­uchron­ne przy tak du­żej zmia­nie.

– De­ba­tu­ją nad tym, kogo zwol­nić? – spy­ta­ła w koń­cu se­kre­ta­rza w ran­dze po­rucz­ni­ka.

– Nie, ofi­ce­ro­wie z mi­ni­ster­stwa przy­szli w spra­wie kom­pa­nii re­pre­zen­ta­cyj­nej. Jako nowa służ­ba wy­sta­wi­my ją pod­czas ob­cho­dów na We­ster­plat­te, pierw­sze­go wrze­śnia.

– Nie wie­dzia­łam, że mamy taką kom­pa­nię.

– Bo nie mamy. Na ra­zie bę­dzie zło­żo­na z wy­róż­nia­ją­cych się kur­san­tów z ośrod­ka szko­le­nia. Wła­ści­wie to z oby­dwu – do­dał, wi­dząc zdzi­wio­ną minę ka­pi­tan. – Może pa­nią wy­zna­czą, z tymi pani od­zna­cze­nia­mi? To za mi­sje, praw­da? – spy­tał nie­pew­ny zna­cze­nia ba­re­tek na jej uni­for­mie.

– Or­der Krzy­ża Woj­sko­we­go, Krzyż Za­słu­gi za Dziel­ność, Lot­ni­czy Krzyż Za­słu­gi z Mie­cza­mi, Mor­ski Krzyż Za­słu­gi, Gwiaz­da Afga­ni­sta­nu, Od­zna­ka za Rany i Kon­tu­zje, do tego od­zna­ka pi­lo­ta z zie­lo­nym wień­cem za loty bo­jo­we – po­uczy­ła go. Jej roz­mów­ca nie miał ani jed­nej ba­ret­ki, a ską­d­inąd wie­dzia­ła, że słu­ży do­pie­ro od kil­ku ty­go­dni. – I nie, nie za­mie­rzam się z nimi po­ka­zy­wać w te­le­wi­zji, nie­waż­ne na czyj roz­kaz – ucię­ła roz­mo­wę.

W koń­cu po trzech kwa­dran­sach z ga­bi­ne­tu wy­szło trzech męż­czyzn w gar­ni­tu­rach i wresz­cie we­zwa­no ją do sze­fa. Jed­nak, ku jej za­sko­cze­niu, za biur­kiem zaj­mo­wa­nym przez puł­kow­ni­ka Len­kie­wi­cza uj­rza­ła mi­ni­stra ko­or­dy­na­to­ra służb spe­cjal­nych, dok­to­ra Grze­go­rza Skwar­czyń­skie­go, nie­daw­no mia­no­wa­ne­go na to sta­no­wi­sko. Wie­dzia­ła, że w prze­szło­ści miał ja­kieś związ­ki z służ­ba­mi spe­cjal­ny­mi i woj­skiem, choć zaj­mo­wał się głów­nie ka­rie­rą pu­bli­cy­sty i sa­mo­zwań­cze­go ana­li­ty­ka, sym­pa­ty­zu­ją­ce­go ze skraj­nie kon­ser­wa­tyw­ną pra­wi­cą. Za­ło­żył kie­dyś Ośro­dek Ana­liz Stra­te­gicz­nych, bę­dą­cy plat­for­mą do dzia­łal­no­ści lob­by­stycz­nej. Bar­dzo nie­czy­stej. Po­dob­no to on wy­my­ślił na­zwę no­wej służ­by. Puł­kow­nik Len­kie­wicz sie­dział po pra­wej stro­nie mi­ni­stra. Do tego przy roz­mo­wie był obec­ny mło­dy urzęd­nik, sie­dzą­cy przy sto­li­ku z otwar­tym no­tat­ni­kiem.

Po­czu­ła się nie­swo­jo. Wy­glą­da­ło to jak ko­mi­sja we­ry­fi­ka­cyj­na.

– Cie­szę się, że pani przy­szła – po­wie­dział do niej Skwar­czyń­ski, gdy za­mel­do­wa­ła się re­gu­la­mi­no­wo – w spód­ni­cy. Uwa­żam, że ko­bie­ty w spodniach zbyt­nio upodob­nia­ją się do męż­czyzn, a po­nad­to w zbyt ob­ci­słych będą ich ku­sić i roz­pra­szać. Z tego sa­me­go po­wo­du, by unik­nąć po­kus, nie mam se­kre­tar­ki, tyl­ko se­kre­ta­rza.

Adam­czew­ska spoj­rza­ła na nie­go zdzi­wio­na. Z su­mia­stym wą­sem wy­da­wał się po­dróż­ni­kiem w cza­sie, któ­ry przy­był z prze­szło­ści i przez przy­pa­dek utknął w dwu­dzie­stym pierw­szym wie­ku. Do tego na ścia­nie wi­siał por­tret ja­kie­goś ma­gnac­kie­go przod­ka.

– Oczy­wi­ście to są moje pry­wat­ne po­glą­dy, do któ­rych mam pra­wo – za­śmiał się. – Na­to­miast służ­bo­wo in­te­re­su­je mnie sku­tecz­ność, a pani od­mó­wić jej nie moż­na. Jak pani oce­nia współ­pra­cę z Ame­ry­ka­na­mi?

– Bar­dzo po­praw­nie – od­po­wie­dzia­ła. – Ostat­nia ope­ra­cja przy­nio­sła wie­le in­te­re­su­ją­cych in­for­ma­cji, ra­port skie­ro­wa­łam dro­gą służ­bo­wą.

– Uda­ło się nam dzię­ki temu uzy­skać wie­le cen­nych in­for­ma­cji – wtrą­cił puł­kow­nik Len­kie­wicz.

– Prze­czy­ta­łem go – od­rzekł Skwar­czyń­ski. – Oczy­wi­ście do­ce­niam pani wy­sił­ki i nie­wąt­pli­we osią­gnię­cia – mó­wił ta­kim to­nem, jak­by oce­niał pra­cę za­li­cze­nio­wą na stu­diach – co oczy­wi­ście wpły­wa na pani ka­rie­rę. Wi­dzia­łem też pani ra­port z proś­bą o prze­nie­sie­nie do in­spek­to­ra­tu SKW w Po­zna­niu, z ar­gu­men­ta­cją, że chcia­ła­by pani wy­ko­rzy­stać swo­je do­świad­cze­nia we współ­pra­cy z jed­nost­ka­mi woj­sko­wy­mi sta­cjo­nu­ją­cy­mi na ob­sza­rze pod­le­głym tej ko­mór­ce. Tak na mar­gi­ne­sie, wiem, że cho­dzi o spra­wy oso­bi­ste… Jed­nak, jak po­in­for­mo­wa­ło mnie Biu­ro Kadr, nie mamy tam obec­nie eta­tów. A do War­sza­wy jest pani od­de­le­go­wa­na tym­cza­so­wo, mało tego – tak na­praw­dę prze­cież od dwóch lat jest pani cały czas od­de­le­go­wa­na do SKW z woj­ska. Więc pani sy­tu­acja jest, po­wiedz­my, nie­sta­bil­na.

– Prze­cież na­pi­sa­łam ten ra­port dla­te­go, że otrzy­ma­łam in­for­ma­cję z Biu­ra Kadr, iż jest tam etat. Dwa mie­sią­ce temu.

– Dwa mie­sią­ce temu to było dwa mie­sią­ce temu – od­parł. – Sy­tu­acja jest, jak pani wi­dzi, nie­sta­bil­na – po­wtó­rzył się – jed­nak z dru­giej stro­ny, woj­na z Ira­nem za­cznie się lada dzień. Mu­si­my ko­goś wy­słać na Bli­ski Wschód do współ­pra­cy z ame­ry­kań­ski­mi służ­ba­mi. Nie­ste­ty wy­sła­ny tam ofi­cer, z przy­czyn ro­dzin­nych, musi zo­stać zro­to­wa­ny do kra­ju. I wi­dzę, że pani, z uwa­gi na to, iż przy ostat­niej ope­ra­cji Ame­ry­ka­nie pro­si­li per­so­nal­nie o pani udział, nada­wa­ła­by się na to sta­no­wi­sko. Wy­la­tu­je pani w przy­szłym ty­go­dniu. – Wy­cią­gnął z szu­fla­dy biur­ka do­ku­ment i prze­su­nął go po bla­cie w jej stro­nę.

Się­gnę­ła po pa­pier. Był to roz­kaz kie­ru­ją­cy ją do służ­by przy pio­nie roz­po­zna­nia US Cen­tral Com­mand w ba­zie Al Ude­id w Ka­ta­rze, w ko­mór­ce o zdaw­ko­wym ozna­cze­niu CCJ2/9N.

– Mam bar­dzo nie­wie­le cza­su do wy­jaz­du. A kie­dy ba­da­nia le­kar­skie, szcze­pie­nia… – za­opo­no­wa­ła.

– Ba­da­nia, we­dług mo­jej wie­dzy, ma pani w po­rząd­ku. W koń­cu była pani cał­kiem nie­daw­no za gra­ni­cą. Nie jest pani w związ­ku mał­żeń­skim, nie ma pani dzie­ci. Coś pa­nią tu trzy­ma? Chy­ba nie, więc pro­szę się za­cząć pa­ko­wać.

– Roz­kaz – po­wie­dzia­ła re­gu­la­mi­no­wym, oschłym to­nem. – A co po po­wro­cie? – nie za­mie­rza­ła od­pusz­czać.

– Puł­kow­nik Len­kie­wicz z chę­cią pa­nią przyj­mie w Si­łach Szyb­kie­go Re­ago­wa­nia, czy­li pio­nie bo­jo­wym SWO.

– Ja­kim pio­nie bo­jo­wym? – spy­ta­ła. SKW nie mia­ła na­wet swo­jej jed­nost­ki spe­cjal­nej, je­dy­nie nie­wiel­ką gru­pę ofi­ce­rów i cho­rą­żych, od­de­le­go­wy­wa­nych w ra­zie po­trze­by do udzia­łu w ope­ra­cjach za­gra­nicz­nych, ale na co dzień peł­nią­cych swo­je obo­wiąz­ki w kra­ju. Nie­mniej, do­tar­ły do niej plot­ki, że ma się to zmie­nić.

– SWO bę­dzie czymś wię­cej niż tyl­ko służ­bą spe­cjal­ną. W usta­wie, któ­ra wej­dzie w ży­cie ju­tro, znaj­du­je się za­pis, że moż­na nam, to zna­czy sze­fo­wi służ­by lub mi­ni­stro­wi ko­or­dy­na­to­ro­wi służb spe­cjal­nych, pod­po­rząd­ko­wać ope­ra­cyj­nie jed­nost­ki woj­sko­we lub ko­mór­ki or­ga­ni­za­cyj­ne służb pod­po­rząd­ko­wa­nych re­sor­to­wi spraw we­wnętrz­nych. Po­nad­to w ostat­niej chwi­li w Se­na­cie wpro­wa­dzi­li­śmy małą zmia­nę. SWO bę­dzie pod­le­gać tyl­ko mnie, a nie mi­ni­ster­stwu obro­ny na­ro­do­wej. A na­szej służ­bie bę­dzie pod­po­rząd­ko­wa­nych kil­ka no­wych struk­tur.

– Któ­re do­kład­nie? – za­py­ta­ła co­raz bar­dziej za­sko­czo­na ka­pi­tan.

– Po sta­rej zna­jo­mo­ści po­wiem ci, Haze – uśmiech­nął się puł­kow­nik. – Bie­rze­my w pod­po­rząd­ko­wa­nie siły wy­dzie­lo­ne przez od­dzia­ły spe­cjal­ne Żan­dar­me­rii Woj­sko­wej oraz Biu­ro Ochro­ny Rzą­du, no i na­wet kom­pa­nię roz­po­znaw­czą z war­szaw­skie­go puł­ku obro­ny te­ry­to­rial­nej. Przej­dą też do nas ochot­ni­cy z in­nych jed­no­stek, zwłasz­cza spe­cjal­nych. Nie­ste­ty do­wód­ca ge­ne­ral­ny bar­dzo pil­nu­je, by nie od­dać nam ni­cze­go spo­za Wojsk Spe­cjal­nych, czy Wojsk Obro­ny Te­ry­to­rial­nej, ale damy so­bie z tym radę. Bę­dzie­my mie­li na­wet swo­je lot­nic­two. Wpraw­dzie na po­czą­tek po­mo­że nam po­li­cja, ale jest już wy­bra­na ame­ry­kań­ska fir­ma, któ­ra bę­dzie nam świad­czyć usłu­gi w tym za­kre­sie. Wszyst­kie te pod­od­dzia­ły za­czną funk­cjo­no­wać pod na­zwą SWO, wszy­scy będą już nie zwy­kły­mi żoł­nie­rza­mi czy funk­cjo­na­riu­sza­mi, ale sta­ną się for­mal­nie, tym­cza­so­wo żoł­nie­rza­mi SWO. Na ra­zie w swo­ich struk­tu­rach, ale z cza­sem po­wsta­ną nowe, już wspól­ne. A wiesz, co jest naj­lep­sze w tym wszyst­kim?

– Tyl­ko ope­ra­cyj­ne pod­po­rząd­ko­wa­nie – po­wie­dzia­ła – cała lo­gi­sty­ka.

– Bu­dżet… – uśmiech­nął się puł­kow­nik.

– Wszyst­ko zo­sta­je w ma­cie­rzy­stych służ­bach, a pan bę­dzie tyl­ko wy­da­wał im roz­ka­zy. I pew­nie do­bie­rał so­bie lu­dzi, sko­ro mowa o wy­dzie­lo­nych si­łach – ma­jąc je­dy­nie wspól­ną sieć łącz­no­ści i ja­kiś sztab, za­nim nowa struk­tu­ra nie okrzep­nie i nie bę­dzie mia­ła swo­je­go, za­pew­ne du­że­go, bu­dże­tu.

– Bę­dzie dla cie­bie miej­sce w tym szta­bie. Two­rzy­my nową siłę, taką, któ­ra sku­tecz­nie obro­ni sto­li­cę, a w ra­zie po­trze­by cały nasz kraj, przed zie­lo­ny­mi lu­dzi­ka­mi.

Po­wie­dział to bar­dzo pew­nym gło­sem. Adam­czew­ska nie chcia­ła tra­cić cza­su na ja­ło­we spo­ry. Od kil­ku mie­się­cy był jej prze­ło­żo­nym i wie­dzia­ła, że po­tra­fi być bar­dzo sku­tecz­ny, zwłasz­cza gdy za­le­ży mu na jego wła­snym awan­sie. Przede wszyst­kim te­raz, gdy pła­wił się w bla­sku jed­ne­go ze zwy­cięstw w star­ciu z Ro­sją.

.2.Wtorek, 22 sierpnia

„Wy­star­czy tyl­ko do­bry sa­mo­chód i gar­ni­tur i pa­trzą na cie­bie ina­czej”, po­my­ślał Amin Fa­rzan, zna­ny w irań­skim wy­wia­dzie jako Se­tar. Je­chał wła­śnie au­to­stra­dą A1 swo­im czer­wo­nym BMW X6. Dzię­ki temu sa­mo­cho­do­wi nie był po­strze­ga­ny jako bied­ny uchodź­ca czy ga­star­be­iter, ani tym bar­dziej jako ter­ro­ry­sta. W koń­cu ter­ro­ry­ści z Bli­skie­go Wscho­du ko­ja­rzy­li się ostat­nio z cię­ża­rów­ka­mi, a nie dro­gi­mi sa­mo­cho­da­mi. Do­dat­ko­wo auto za­re­je­stro­wa­ne było na do­brze pro­spe­ru­ją­cą w Wied­niu fir­mę, któ­rej Fa­rzan był wi­ce­pre­ze­sem. Oczy­wi­ście nie pod swo­im na­zwi­skiem, lecz jako oby­wa­tel Szwaj­ca­rii Pier­re Sol­ta­ni, uro­dzo­ny w Mar­sy­lii jako syn Al­gier­czy­ka i fran­ko­foń­skiej Szwaj­car­ki. Lu­bił tę toż­sa­mość, lu­bił wy­god­ne wie­deń­skie miesz­ka­nie i szyb­ką jaz­dę au­to­stra­dą.

Tego ostat­nie­go do­zna­nia zo­stał tym­cza­so­wo po­zba­wio­ny, wraz z koń­cem od­da­ne­go do użyt­ku od­cin­ka au­to­stra­dy, któ­rym je­chał. Przez krót­ki frag­ment wschod­niej ob­wod­ni­cy ślą­skiej aglo­me­ra­cji do­tarł do dwu­jez­dnio­wej dro­gi szyb­kie­go ru­chu, wol­niej­szej i o gor­szym stan­dar­dzie. Do­pie­ro po po­wro­cie na auto­stra­dę przy­ci­snął pe­dał gazu. Dla­te­go wo­lał Au­strię, Niem­cy albo Cze­chy. Jed­nak nie na­rze­kał na to, że mu­siał zaj­mo­wać się tak­że Pol­ską. Wszyst­ko było lep­sze niż Te­he­ran, zwłasz­cza dla ko­goś, kto wy­wo­dził się z bied­nej ro­dzi­ny, a na Za­chód wy­je­chał do­pie­ro jako ofi­cer wy­wia­du Kor­pu­su Straż­ni­ków Re­wo­lu­cji. Dla­te­go gdy pięć lat temu po­peł­nił błąd, błąd tak po­waż­ny i nie­wy­ba­czal­ny, zgo­dził się pra­co­wać dla dwóch pa­nów na­raz. Nowi mo­co­daw­cy wy­ko­rzy­sty­wa­li go ostroż­nie, nie zmu­sza­li do bra­nia udzia­łu w grze ope­ra­cyj­nej i prze­ka­zy­wa­nia fał­szy­wych in­for­ma­cji do Te­he­ra­nu. Z ja­kie­goś po­wo­du wo­le­li mieć go tyl­ko pod kon­tro­lą, jak­by cze­ka­li na do­god­ny mo­ment.

Może te­raz wła­śnie nad­cho­dził? Te­he­ran za­żą­dał tego sa­me­go, co pięć lat temu. Wte­dy mu­siał po­je­chać do Pol­ski. Miał wy­szu­kać miej­sce na lo­kal kon­tak­to­wy i ku­pić kil­ka po­wszech­nie do­stęp­nych w han­dlu przed­mio­tów. To go zgu­bi­ło. Ten głu­pi te­le­fon, któ­ry wy­da­wał się czy­sty, i któ­ry po­śpiesz­nie na­był w przy­pad­ko­wym skle­pie w Wied­niu, zo­stał jed­nak wy­śle­dzo­ny. Za­mon­to­wa­no go w bom­bie, któ­ra znisz­czy­ła au­to­bus pe­łen izra­el­skich tu­ry­stów w buł­gar­skim mie­ście Bur­gas.

Był wte­dy z sie­bie dum­ny, przy­naj­mniej przez chwi­lę. Wie­dział, że to od­wet za za­bój­stwa, ja­kich do­pusz­czał się Mos­sad w Ira­nie i poza Ira­nem, ata­ku­jąc na­ukow­ców i woj­sko­wych pra­cu­ją­cych przy pro­gra­mie ato­mo­wym. Za każ­dym ra­zem, gdy sły­szał o ta­kim zda­rze­niu, czuł gniew. Nie umie­li utrzy­mać po­rząd­ku na­wet na wła­snym po­dwór­ku, we wła­snej sto­li­cy – jak więc miał się czuć bez­piecz­nie na ob­cej zie­mi? Bał się chwi­li, w któ­rej do jego drzwi za­pu­ka­ją agen­ci Mos­sa­du i ostat­nią rze­czą, jaką uj­rzy, będą lufy wy­tłu­mio­nych pi­sto­le­tów. A może na­wet nie bę­dzie miał i ta­kiej szan­sy? Je­śli by­ła­by to bom­ba w sa­mo­cho­dzie, to o ni­czym nie bę­dzie wie­dział do mo­men­tu uru­cho­mie­nia sil­ni­ka.

Pod­czas szko­le­nia mó­wio­no im o tym. Prze­strze­ga­no przed pu­łap­ka­mi, ja­kie mogą za­sta­wić Ży­dzi, zwłasz­cza wy­ko­rzy­stu­jąc ko­bie­ty. Żył więc w Wied­niu jak mnich, pod kiep­ską przy­kryw­ką uchodź­cy z Sy­rii. Znał arab­ski na tyle do­brze, że mógł oszu­ki­wać Eu­ro­pej­czy­ków, dla któ­rych sło­wa „Pers” i „Arab” były sy­no­ni­ma­mi. Ale choć raz mógł wziąć od­wet za wszyst­kie chwi­le gnie­wu i lęku.

Nie prze­szka­dza­ło mu, że bom­ba za­bi­ła i ra­ni­ła zwy­kłych tu­ry­stów za­miast dy­plo­ma­tów i wy­so­kich ran­gą woj­sko­wych. Wszy­scy Izra­el­czy­cy mu­sie­li w koń­cu słu­żyć w ar­mii, byli więc żoł­nie­rza­mi re­zer­wy. Ni­g­dy się nie do­wie­dział, jak do­kład­nie go na­mie­rzo­no. Po za­ma­chu wy­je­chał do Pa­ry­ża i tam go za­trzy­ma­no. Wy­bór był pro­sty: współ­pra­ca albo od­da­nie Buł­ga­rom, a po­przez nich – Ży­dom. Wy­szedł na tym do­brze. Uda­wał po­kor­ne­go, zła­ma­ne­go, zde­kon­spi­ro­wa­ne­go ofi­ce­ra, któ­ry szcze­rze prze­ka­zu­je im każ­dą in­for­ma­cję, jaką zdo­był, i każ­de po­le­ce­nie z Te­he­ra­nu. Dla prze­trwa­nia było to ko­rzyst­ne. Fran­cu­zi dali mu nową toż­sa­mość, pie­nią­dze, po­zy­cję biz­ne­so­wą. Po­mo­gli mu też zdo­być kon­tak­ty, i to in­te­re­su­ją­ce.