Strona główna » Obyczajowe i romanse » Dzieci cesarza

Dzieci cesarza

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-8110-068-7

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Dzieci cesarza

„Będziesz się rozkoszować każdą stroną”. Washington Post Troje trzydziestolatków w przededniu wydarzeń z 11 września 2001 roku. Danielle, producentka telewizyjna, marzy o pracy przy ambitnych projektach, tymczasem zajmuje się takimi tematami jak liposukcja. Julius jest krytykiem literackim i choć kreuje się na znaną osobistość, w rzeczywistości dorabia jako pomoc biurowa. Marina, chociaż otrzymała lukratywny kontrakt na książkę, wraca na garnuszek rodziców, bez pracy i z niedokończonym maszynopisem. W tym momencie w ich życiu pojawiają się Ludovic Seeley, wydawca i człowiek bezwzględny, oraz Bootie, kuzyn Mariny, naiwnie przekonany, że przybył do miasta, w którym wszyscy odnoszą sukces. "Książkę czyta się znakomicie”. Gazeta Krakowska „Powieści Claire Messud czyta się jak w transie i wierzy w każde słowo. Te historie musiały się wydarzyć, to nie może być fikcja”. Piotr Zachara, Elle „Monumentalne Dzieci cesarza zawierają w sobie wszystko to, co powinno się znajdować w wielkiej prozie. Są zapisem dziejowego i generacyjnego przełomu.” Marta Mizuro, Zwierciadło

Polecane książki

Najzabawniejsza świąteczna komedia romantyczna! Zdradzony przez narzeczoną i oszukany przez wspólnika trzydziestoletni Michał marzy o tym, aby zacząć nowe życie. Kiedy dowiaduje się, że podczas II wojny światowej jego rodzina ukryła w małym miasteczku na północy Polski skarb, wyrusza na jego po...
„Między snem a jawą” Stefanii Jagielnickiej - Kamienieckiej to już kolejna powieść autorki. Przedstawia historię Ewy Boguckiej na różnych etapach życia. Wspomina czasy dzieciństwa, rodziców, szkołę, przechodząc do okresu wczesnej dorosłości, gdzie swą uwagę kieruje na związ...
Zbiorek zawiera wybór wierszy z lat 2014-2017. Również wiersze nieco "innych lotów" w rozdziale Per rectum, od którego pochodzi tytuł tomiku. Wiersze w różnych klimatach zebrane zostały w tematyczne rozdziały....
Hal Bregg powraca z dalekiej astronautycznej wyprawy. Tymczasem na skutek paradoksu Einsteina na Ziemi upłynęło całe stulecie, a ludzie zostali pozbawieni wszelkich groźnych zwierzęcych instynktów. Jak odnajdzie się w tym świecie astronauta, traktowany przez zniewieściałe otoczenie jako nieobliczany...
Świat Mirandy Shaw legł w gruzach, kiedy jej ojciec, znany i szanowany sportowiec, został dożywotnio zdyskwalifikowany za udział w aferze hazardowej. Miranda nigdy nie wierzyła w winę ojca. Będąc dzieckiem, nie mogła walczyć o jego dobre imię, a kiedy dorosła, minęło zbyt wiele czasu, aby ktokolwiek...
„Lejbe i Siora, czyli Listy dwóch kochanków” to powieść Juliana Ursyna Niemcewicza dotycząca dyskusji nad kwestią żydowską. Stanowiła zwartą koncepcję asymilacji Żydów z narodem polskim, przy jednoczesnym umniejszeniu wpływów sekty chasydzkiej. Autor „Powrotu posła” wypowiedział się jednoznaczni...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Claire Messud

Tytuł oryginału:

THE EMPEROR’S CHILDREN

Copyright © 2006 by Claire Messud

Copyright © 2007 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2007 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt okładki: Ilona Gostyńska- Rymkiewicz

Pierwsze wydanie: Wrzesień 2007

Redakcja: Jolanta Olejniczak

Korekta: Mariusz Kulan, Barbara Meisner, Magdalena Bargłowska, Anna Gauza

ISBN: 978-83-8110-068-7

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dedykuję Livii i Lucianowi, dzięki którym wszystko się zmieniło

oraz, jak zwykle, J.W.

Generał zawsze powtarzał z przekonaniem, że jeżeli tylko zdołasz podtrzymać odpowiedni mit o sobie, niewiele więcej w życiu się liczy. Ważne są nie same fakty, lecz to, jak widzą je ludzie.

Anthony Powell, Books Do Furnish a Room

MARZECRozdział 1Nasz kucharz jest dobrze znany w Londynie

Witajcie, kochani! Ty pewnie jesteś Danielle? – wychrypiała Lucy Leverett, elegancka filigranowa kobieta o ogromnych oczach, podkreślonych jeszcze ciemnym cieniem do powiek, co nadawało jej wygląd młodej foczki. Długie kolczyki podzwaniały, obijając się o szyję, kiedy kolejno nachylała się, aby ucałować gości, także Danielle, ale mimo że starała się jak najdalej odsunąć rękę z papierosem w lufce z masy perłowej, smużka dymu wdarła się między nie i wywołała u Danielle łzawienie.

Danielle nie wytarła oczu z obawy przed rozmazaniem makijażu. Spędziła nad nim godzinę w łazience Moiry i Johna, przyglądając się w lustrze swym niedoskonałościom i obficie tuszując je korektorem (który przykrył sińce pod oczami, zaczerwienione nozdrza i złuszczony naskórek na czole), i nie miała zamiaru ujawniać obcym ludziom niedoskonałości kryjących się pod tą maską.

– Wchodźcie, kochani, wchodźcie – Lucy stanęła za nimi i poprowadziła całą trójkę w głąb mieszkania. Salon państwa Leverett był pomalowany na głęboki fiolet (bakłażan, jak by to określono w ich środowisku), a okna zdobiły zasłony z aksamitu. Z sufitu zwisał toporny żyrandol z kutego żelaza wyglądający jak ze średniowiecznego zamku. Przy oknie w wykuszu stało trzech mężczyzn, którzy rozmawiali z sobą, wyglądając na ulicę. Czerwone wino w kieliszkach lśniło odbitym światłem ulicznych latarni. Z jednej strony pod ścianą stała długa miękka sofa ozdobiona poduszkami, a na niej, niczym odaliski w haremie, spoczywały cztery kobiety. Dwie siedziały na przeciwległych końcach z podwiniętymi nogami, a pozostałe dwie w środku: jedna trzymała głowę na kolanach drugiej i z zamkniętymi oczami uśmiechając się, szeptała coś do przyjaciółki, która w tym czasie głaskała ją po bujnych włosach. Całość zrobiła na Danielle dziwne wrażenie, jakby wkroczyła do czyjegoś snu. Czuła to od samego początku, odkąd przyleciała do Sydney: nie można powiedzieć, żeby to było nierzeczywiste, ale z pewnością to nie była jej rzeczywistość.

– Rog? Rog, przynieś jeszcze wina! – zawołała Lucy do męża, a potem znów zwróciła się do nowo przybyłych, chwytając Danielle opiekuńczym gestem za ramię. – Białe czy czerwone? On pewnie ma nawet różowe, jeśli tylko lubisz. Osobiście nie przepadam, za bardzo kojarzy się z Kalifornią. – Uśmiechnęła się szeroko. Po zmarszczkach wokół oczu Danielle oceniła, że Lucy może mieć około czterdziestki.

Z półmroku oświetlonej świecami jadalni wyłoniło się dwóch mężczyzn z butelkami wina w dłoniach. Obaj bardzo szczupli i na pierwszy rzut oka nieco zwariowani. Danielle uznała, że ten idący przodem, przystojny, z półprzymkniętymi powiekami i wysokim czołem, ubrany w wyprasowaną liliową koszulę, to gospodarz przyjęcia. Wyciągnęła rękę na powitanie.

– Mam na imię Danielle.

Miał zgrabne smukłe palce; dotknęła jego dłoni, była zimna.

– Doprawdy? – odparł.

Zza jego pleców odezwał się drugi mężczyzna, starszy o co najmniej dziesięć lat, z lekko krzywymi zębami i kozią bródką:

– A ja jestem Roger. Miło mi cię poznać. Nie przejmuj się, Ludo lubi zgrywać niedostępnego.

– Ludovic Seeley – pospieszyła z pomocą Lucy. – Danielle…

– Minkoff.

– Przyjaciółka Moiry i Johna. Przyjechała z Nowego Jorku.

– Z Nowego Jorku – powtórzył Seeley. – Wybieram się tam w przyszłym miesiącu.

– Białe czy czerwone? – spytał Roger. Rozchylona koszula ukazywała opalony tors poznaczony pojedynczymi siwymi włoskami i przedzielony złotym łańcuszkiem.

– Czerwone, jeśli można.

– Dobry wybór – wtrącił niemal szeptem Seeley.

Mierzył ją wzrokiem. Raczej to czuła niż widziała, bowiem jego oczy ledwie się poruszały pod opuszczonymi powiekami. Miała nadzieję, że równomiernie nałożyła podkład i żadne grudki nie zebrały się na brodzie ani policzkach.

Moment rozpoznania trwał ułamek sekundy: akurat tu, w tej osobliwej i obcej enklawie Danielle dostrzegła coś dobrze znanego. Ciekawe, czy on też to poczuł, czy miał wrażenie, że dzieje się coś ważnego. Ludovic Seeley. Nie miała pojęcia, kim jest, a jednak czuła się tak, jakby znała go od dawna lub od dawna na niego czekała. Nie chodziło tylko o wygląd zewnętrzny, tę lekko przygarbioną sylwetkę, pozę zarazem swobodną i kontrolowaną, jak gdyby bawił się tworzeniem złudzenia luzu. Nie chodziło też o tembr głosu, niski, chociaż niezbyt dźwięczny. Mówił z nieznacznym australijskim akcentem, na tyle słabym, że mógłby uchodzić za Brytyjczyka. Danielle doszła do wniosku, że to musi być coś w jego twarzy: on wie. Jednak co, tego już nie umiała powiedzieć. Może to oczy – zaskakująco głęboko osadzone, szare, nakrapiane złotymi plamkami. Zewnętrzne kąciki lekko opadały w dół, nadając twarzy wyraz smutku i zarazem rozbawienia. Może ta niespotykana drobna zmarszczka na policzku, pojawiająca się ilekroć się uśmiechał, nawet nieznacznie. Uszy zgrabnie przylegające do głowy, ciemne włosy ostrzyżone tak krótko, że wyzierała spod nich sina skóra głowy, podkreślały jego dystans do siebie i powściągliwość. Cerę miał bladą, prawie taką jak Danielle, a nos zgrabny i szpiczasty. Jego twarz, tak wyrazista, od razu jej się skojarzyła z dziewiętnastowiecznym portretem pędzla, powiedzmy, Sargenta, oddającym sardoniczny humor i dystynkcję właściwą arystokratom. Ten człowiek wiedział, czego chce. Być może o to chodziło.

– Chodź, skarbie – Lucy pociągnęła ją za rękę. – Przedstawię ci resztę ekipy.

Kolacja u Leverettów to ostatni wieczór Danielle w Sydney. Rano wsiądzie do samolotu i prześpi całą drogę powrotną do przeszłości, którą zostawiła w Nowym Jorku. Wyjechała na tydzień, żeby korzystając z pomocy swej koleżanki Moiry zrobić rekonesans w sprawie realizacji nowego filmu dokumentalnego. Jeśli w ogóle doszłoby do jego realizacji, miną miesiące, zanim rozpoczną się zdjęcia. Miał to być film o stosunkach między Aborygenami a rządem, oficjalnych przeprosinach i niedawno wypłacanych rekompensatach. Chodziło o to, żeby przez pryzmat australijskich doświadczeń przyjrzeć się możliwościom przyznania ewentualnych odszkodowań Afroamerykanom (pewien sławny profesor właśnie wydał na ten temat książkę). Nawet sama Danielle nie miała pewności, że ten temat wzbudzi zainteresowanie. Przecież amerykańskich widzów nie obchodzą Aborygeni. Czy da się w ogóle porównać sytuację obu państw? Tydzień upłynął jej na prezentacjach, spotkaniach z ludźmi z branży, ogólnym przechwalaniu się i udawaniu, że projekt jest super, choć wcale nie była o tym przekonana. Natomiast Moira stanowczo uważała, że można, a nawet trzeba coś takiego zrealizować.

Sydney jest bardzo daleko od domu. Przez cały tydzień korzystając z chwili przyjemnego wyobcowania, Danielle oddawała się fantazjom o innym życiu (w końcu Moira przeprowadziła się tu z Nowego Jorku dopiero dwa lata temu), a wraz z nim o innej przyszłości. Rzadko brała pod uwagę ewentualność zamieszkania gdzie indziej. Podejrzewała z pewnym niedowierzaniem, że inni ludzie na tej samej zasadzie nie wyobrażają sobie życia w Nowym Jorku. Z okna sypialni w stojącym na końcu cienistej uliczki w dzielnicy Balmain szeregowcu, który zajmowali jej przyjaciele, było widać kawałek oceanu. Nie rozległe wody zatoki z charakterystycznym mostem i strzelisty dach opery przypominający skrzydła mew, lecz gładkie pasmo błękitu rozciągające się za parkiem, marszczone od czasu do czasu przez przepływający prom i połyskujące w świetle wieczornego słońca.

Kiedy w Sydney zaczyna się jesień, w Nowym Jorku wciąż jest ponuro i dżdżysto. Jakieś małe, jaskrawo ubarwione ptaki gromadnie obsiadały drzewa różane, radośnie wyśpiewując swoje trele. Rankiem pierwszego dnia pobytu Danielle dostrzegła na krzaku za domem olbrzymią pajęczynę pokrytą kroplami rosy. Jej zawiła konstrukcja połyskiwała w porannym słońcu. Na krawędzi czaił się wielki włochaty pająk. Tutaj przyroda jest częścią miasta. To zupełnie inny świat. Danielle widziała w wyobraźni, jak samolot odlatuje bez niej, a ona rozpoczyna zupełnie nowe życie.

Jednak to niemożliwe. Dla Danielle Minkoff istniał tylko Nowy Jork. Zdążyła już wrosnąć w to miasto. Tam miała pracę, przyjaciół (przeprowadzili się tam nawet jej dalsi znajomi ze studiów na Uniwersytecie Browna) i stworzyła sobie dom w tętniącej życiem przytulnej Greenwich Village. Z okna swego jednopokojowego mieszkania w wieżowcu na rogu Szóstej Alei i Dwunastej Ulicy niczym kapitan na dziobie statku ogarniała wzrokiem Dolny Manhattan. Chociaż czasem czuła się biedna i przytłoczona, marząc o chwili oddechu od tego morza asfaltu i stali, odrobinie ciszy w zalewie hałasu, nie wyobrażała sobie, że mogłaby to miasto opuścić. Czasami w żartach mówiła do matki (tak jak ona wychowanej w Columbus w stanie Ohio, a obecnie mieszkającej na Florydzie), że jeśli kiedyś stąd wyjedzie, to tylko nogami do przodu. Nowy Jork jest niepowtarzalny, nie ma drugiego takiego miejsca na świecie. A Australia, cóż, przypominała trochę krainę Oz.

Ta ostatnia kolacja w Sydney była wydarzeniem czysto towarzyskim. Dzielnica, w której mieszkali Leverettowie, sprawiała wrażenie miejsca, gdzie można jeszcze spotkać paru nieucywilizowanych Aborygenów, posiwiałych i zmęczonych życiem, sterczących z kuflem w dłoni pod pubem na końcu drogi. Ludzi, którzy nie przyjęli przeprosin od rządu i postanowili dalej żyć po swojemu. A może to tylko wyobraźnia podpowiadała Danielle, jak kiedyś mogła wyglądać ta dzielnica i jej mieszkańcy, ponieważ kolejny rzut oka na rząd bmw i audi zaparkowanych przy krawężniku świadczył o tym, że nowe Sydney (tak jak nowy Nowy Jork) zdążyło już tu wtargnąć.

Lucy Leverett, przyjaciółka Moiry, była właścicielką małej, ale wpływowej galerii w dzielnicy Rocks, specjalizującej się w sztuce aborygeńskiej, a jej mąż Roger – pisarzem.

Kiedy John zaparkował samochód przed dużym wiktoriańskim domem Leverettów, Moira powiedziała:

– Lucy to świetna kobieta. Bardzo aktywnie działa na tutejszej scenie artystycznej. A gdybyś chciała się spotkać z jakimiś aborygeńskimi twórcami, żeby ich namówić na udział w filmie, to tylko do niej się zgłoś.

– A on?

– Cóż – skrzywił się John. – Książki pisze kiepskie…

– …ale bardzo go lubimy – dokończyła szybko Moira.

– Jedno trzeba mu przyznać, świetnie zna się na winach.

– Roger jest kochany – powtórzyła Moira. – Z tymi książkami to prawda, ale on ma w Sydney rozległe znajomości. W razie czego mógłby ci bardzo pomóc.

– Roger Leverett? – Danielle zastanowiła się przez chwilę. – Nie słyszałam.

– Wcale się nie dziwię.

– To jest tak jak z tym hasłem: „Szef naszej kuchni jest bardzo znany w Londynie”.

– Słucham?

– W East Village jest taka obskurna chińska knajpa, gdzie ktoś nabazgrał na szybie, w dodatku brudnej: „Szef naszej kuchni jest bardzo znany w Londynie”. Ale już poza Londynem albo w Nowym Jorku to nie.

– W Londynie też pewnie nie – powiedział John, kiedy zbliżali się do drzwi Leverettów.

– Tak czy owak, kochanie, Roger Leverett jest  b a r d z o  znany w Sydney.

Podczas kolacji (podano krewetki i przepiórcze jaja z makaronem barwionym atramentem kałamarnicy, a następnie mięso z emu przypominające w smaku stek, do którego Danielle musiała się przymuszać) Danielle siedziała między Rogerem a urodziwym młodzieńcem o azjatyckich rysach twarzy (Iko? Ito?), chłopakiem pewnego podstarzałego architekta imieniem Gary, który zajmował miejsce na drugim końcu stołu. Ludovic Seeley siedział obok Moiry. Rękę przewiesił leniwie przez oparcie jej krzesła, a kiedy do niej mówił, nachylał się, jak gdyby jej powierzał jakąś tajemnicę. Danielle nie mogła się powstrzymać i co chwila zerkała w jego stronę, ale do czasu gdy podano deser (sorbet z marakui), nie zauważyła, żeby choć raz odwzajemnił jej spojrzenie. Kiedy w końcu to zrobił, nawet nie mrugnął, a w jego niezwykłych oczach znów się pojawił ten błysk rozbawienia. To Danielle spuściła wzrok, przekręciła się nerwowo na krześle i udała nagłe zainteresowanie niedawną wyprawą Iko/Ito na Tahiti.

Teraz miała wrażenie, że ten wieczór to tylko wymyślne przedstawienie, którego jedynym celem było poznanie Ludovica Seeleya. Trudno uwierzyć, żeby komukolwiek z tego towarzystwa zależało na Lucy, Rogerze, Garym czy Ito/Iko tak samo, jak Danielle zależy na jej przyjaciołach w Nowym Jorku. Ci ludzie to aktorzy. Jedynie Ludovic z tym swoim nachylaniem się do ucha i zdradzającym pewność siebie spojrzeniem wydawał się autentyczny. Danielle bardzo ceniła autentyzm. Sama twardo stąpała po ziemi, choć gdyby miała być zupełnie szczera, tego wieczoru pozwoliła sobie przez chwilę uwierzyć w magię.

Siedzący obok niej Roger tryskał humorem i usilnie starał się ją zabawiać. Sprawiał wrażenie narcyza, który rozkoszuje się brzmieniem swojego głosu i zachwyca własnymi dowcipami. Między posiłkami bawił się fajką i od czasu do czasu pociągał z niej dymka. Nie żałował czerwonego wina, hojnie nalewał go jej i sobie, a mniej pozostałym gościom, i z każdym kieliszkiem robił się coraz bardziej gadatliwy.

– Byłaś w McLaren Vale? Nie? Kiedy wyjeżdżasz? Aha, no cóż, trudno. Obiecaj mi, że następnym razem odwiedzisz Południe i wybierzesz się na wycieczkę po winnicach. Na wybrzeżu panują świetne warunki do nurkowania. Próbowałaś kiedyś nurkować z butlą? Nie? Cóż, rozumiem, pewnie się trochę boisz. Ja w młodości sporo nurkowałem, ale można się wpakować w nieprzyjemne historie. Jakieś dwadzieścia lat temu – byłem wtedy niewiele starszy od ciebie – ile masz lat? Trzydzieści? Wcale nie wyglądasz. Masz świetną cerę. To pewnie te żydowskie geny – jesteś Żydówką, prawda? W każdym razie byliśmy z kumplami na rafie koralowej. To było, zanim poznałem Lucy – ona by mi na coś takiego nie pozwoliła. Mieszkałem wtedy niedaleko Brisbane i kończyłem pisać drugą powieść – Revelation Road. Pewnie jej nie znasz, cóż, nie mam zwyczaju się chwalić, ale odniosła duży sukces. No i ta wyprawa miała być dla mnie nagrodą, rozumiesz, za dobrze wykonaną robotę. Wydawca w Sydney skakał z radości, dosłownie zwariował, jak przeczytał rękopis, ale ja mu mówię: „Chrzanię to, George, mam prawo się trochę zabawić, potem wrócę”. Bo jak już raz wejdziesz w ten świat, to wsiąkłaś. O czym to ja mówiłem? Aha, o rafie. Pierwszy raz tam byłem oczywiście, lecieliśmy helikopterem – wyobraź sobie, nigdy wcześniej nie leciałem helikopterem. Było nas czterech…

Z każdym łykiem wina beztroska paplanina Rogera wydawała się Danielle coraz bardziej mętna. Przykleiła sobie uśmiech do twarzy – całkiem szczery, bawiła się świetnie i wcale nie musiała się wysilać. Z uśmiechem wciągała do ust wstążki czarnego makaronu i rozkrawała krewetki. Odnosiła wrażenie, że się uśmiecha nawet wtedy, gdy przeżuwa nieco twardawe plastry fileta z emu. Uśmiechała się, zerkając na Ludovica Seeleya, który nie odwzajemniał jej spojrzenia, uśmiechała się do Moiry i na przemian do Lucy oraz Johna. Kiedy Roger poszedł po deser („Ja, moja droga, zajmuję się winem i sprzątaniem. Jestem od przynoszenia i wynoszenia. A umiem robić najlepsze risotto na świecie. Ale nie dzisiaj, nie dzisiaj”), zwróciła się do Ita/Ika. Dowiedziała się, że ma dwadzieścia dwa lata i jest stażystą w domu mody, że poznali się z Garym osiem miesięcy temu i niedawno spędzili bajeczne wakacje na Tahiti. „Gauguin, te sprawy… A ludzie na tej wyspie są tacy sexy, że można zwariować”.

– To tam zginął kapitan Cook, prawda? – zapytała Danielle, czując, że będzie kulturalnie i stosownie wspomnieć w tym miejscu o wielkim odkrywcy.

– Nie, nie, skarbie, to było na Hawajach. Totalnie inne klimaty. – Ito/Iko uśmiechnął się szeroko i zmierzwił ręką włosy, które jak zauważyła Danielle, miały lekko granatowy odcień i połyskiwały w blasku świecy. – Jesteś tutaj od niedawna, co? Bo przecież wszyscy wiedzą, że to były Hawaje. Nawet ja, chociaż przestałem chodzić do szkoły, jak miałem szesnaście lat.

Po kolacji towarzystwo przeniosło się do salonu. Ito/Iko przysiadł wtulony w Gary’ego niczym kurczątko pod skrzydłem kwoki. Danielle z ulgą zostawiła kieliszek z winem na stole i siedziała sącząc tylko wodę mineralną, otoczona przyjemnym szumem rozmów. Nagle wpadła w popłoch, bo zobaczyła kątem oka zbliżającego się Seeleya. Usiadł na fotelu obok.

– Co cię gna do Nowego Jorku? – zagadnęła.

Nachylił się do niej w ten sam sposób, jak wcześniej w rozmowie z Moirą. Najwyraźniej taki miał sposób bycia: stwarzanie wrażenia bliskości. Nie dotykał jej jednak. Mankiet jego koszuli jaśniał na tle śliwkowego obicia fotela.

– Rewolucja – odparł.

– Słucham?

– Zamierzam wywołać rewolucję.

Danielle zmrużyła oczy, napiła się wody i milczeniem próbowała zachęcić go do rozwinięcia tematu. Nie chciała wyjść na osobę mało wysublimowaną, typową Amerykankę.

– Poważnie. Będę wydawał gazetę.

– Jaką?

– „Monitor”.

Zastanowiła się chwilę i pokręciła głową.

– No jasne, że o niej nie słyszałaś, ona jeszcze nie istnieje. Przecież dopiero tam jadę.

– To spore wyzwanie.

– Mam wsparcie Mertona. Poza tym lubię wyzwania.

Augustus Merton, pomyślała Danielle, australijski potentat medialny. Aktualnie zajęty wykupywaniem Europy, Azji i Ameryki Północnej. Wszystko po angielsku i z odchyleniem prawicowym. Wróg.

Nagle za ich plecami zjawiła się Lucy niosąca filiżanki z kawą.

– Nie pierwszy raz to robi. Nasz Ludo to facet, którego należy się bać. Uciekają przed nim wszyscy politycy i dziennikarze w tym mieście. Widziałaś „The True Voice”?

– Ach tak, Moira mi o tym wspominała. To znaczy, opowiadała mi o tobie.

– Mamy zupełnie odmienne poglądy – dodała Lucy uśmiechając się pojednawczo do Seeleya i dotykając jego koszuli swą delikatną dłonią ozdobioną pomalowanymi na czarno paznokciami. – Ale za to, mój Boże, jak ten facet potrafi mnie rozśmieszyć.

Seeley przechylił lekko głowę.

– To prawdziwy komplement. Śmiech to pierwszy krok na drodze do rewolucji.

– I teraz masz zamiar podbić Nowy Jork?

Słysząc sceptycyzm w jej głosie, wyraźnie się najeżył.

– Owszem – powiedział z naciskiem i wbił w nią wzrok. Tym razem w jego oczach nie było widać rozbawienia. – Owszem, mam.

W drodze powrotnej Danielle siedziała z tyłu i prawie cały czas miała zamknięte oczy. Kiedy je na chwilę otwierała, widziała fragmenty miasta, żółte światło latarni odbite w asfalcie i granatowe niebo.

– Zauważyłam, że Roger jest bardzo rozmowny – zagadnęła.

– Opowiadał ci o swoich powieściach? Nie zanudził na śmierć przyciężkimi fabułami? – zapytała Moira.

– Nie, mówił o nurkowaniu i zwiedzaniu winnic. I tak był lepszy niż ten młody Azjata.

– Nowy chłopak Gary’ego? Wydawał się bardzo miły.

– Owszem, jest miły, ale ma niewiele do powiedzenia.

Nastąpiła chwila ciszy, podczas której Danielle miała wielką ochotę zapytać o Seeleya, ale nie chciała, aby pomyśleli, że się nim szczególnie interesuje. Z całego wieczoru on jeden najbardziej zapadł jej w pamięć. Zdecydowanie odróżniał się od reszty towarzystwa.

– Udało ci się w końcu pogadać z Ludo? – spytała Moira.

– Teraz to jest Ludo, tak? – wtrącił John. – Jacy my jesteśmy szlachetni.

– Czy to prawda, że on tu tyle znaczy? – zapytała Danielle z nadzieją, że jej głos brzmi dostatecznie obojętnie. – Wydał mi się trochę dziwny.

– Wiesz, że przenosi się do Nowego Jorku? Dostał propozycję poprowadzenia nowego czasopisma. Poprzedniego naczelnego zwolnili, może o tym czytałaś. Merton uznał, że jego wizja była niewłaściwa. Jak on się nazywał, Billings? Billington? Buxton, chyba. To był duży skandal. Z tego wynika, że Seeley jest wybrańcem wydobytym z drugiego końca świata. Wylatuje jakoś niedługo.

– W przyszłym miesiącu – dodała Danielle. – Dałam mu swój e-mail. Nie, żeby go potrzebował, ale tak na wszelki wypadek, gdyby coś nie wyszło i został na lodzie.

– A to dobre – zaśmiał się John. – Seeley na lodzie. Chciałbym to zobaczyć.

– Myślisz, że mu się uda? – spytała Danielle.

– On tak myśli – wtrąciła Moira. – A właściwie jest tego pewien. Tylko niewiele chce zdradzić, trudno zgadnąć, co naprawdę knuje. Ciężko też stwierdzić, czy on za czymś goni, czy od czegoś ucieka. Wywołał tu kiedyś niemałą sensację, to było z pięć lat temu. Jezu, to on ma dopiero ile, trzydzieści trzy? Trzydzieści pięć lat. To jeszcze dziecko! A ma wielu przyjaciół…

– I wielu wrogów – dorzucił John.

– Moim zdaniem tutaj nie czekają go już żadne wyzwania, za to mnóstwo kłopotów. Mając takie plecy – Merton osobiście go namaścił! – pewnie liczy na to, że podbije Nowy Jork, a potem resztę świata.

– Jak Kim Dzong Il, co? Albo Saddam Husajn? – stwierdził John.

– To może wcale nie być takie łatwe, jak się spodziewa – zauważyła Danielle zaskoczona trzeźwością swego umysłu pomimo ilości wypitego wina. – Może się skończyć tak jak z tym szefem kuchni, który jest znany w Londynie.

– Niewykluczone – dodał John, wyraźnie ucieszony tą myślą. – Niewykluczone.

Rozdział 2Profesor Bootie

Bootie! – zawołała Judy Tubb, stojąc w szlafroku u podnóża schodów, skąpana w bladym, perlistym świetle odbitym od leżącego na zewnątrz śniegu. – Bootie, zejdziesz wreszcie i pomożesz mi odkopać podjazd, czy nie?

Odpowiedziała jej cisza, więc postawiła nogę na skrzypiącym stopniu i opierając dłoń na drewnianej gałce wieńczącej poręcz, zaczęła wspinać się na górę, umyślnie robiąc przy tym jak najwięcej hałasu.

– Bootie, nie słyszałeś, co mówiłam?

Drzwi się otwarły i syn powoli wychylił się ze swojego pokoju, mrużąc oczy i poprawiając okulary. Okrywająca jego pulchne ciało staroświecka brązowa piżama z flaneli była pomięta. W pierwszym odruchu podciągnął spodnie, żeby zasłonić przed matką swój blady sterczący brzuch. W zamian ukazały się jego zaskakująco chude kostki i długie owłosione palce u nóg.

– To ty od śniadania nic nie robiłeś, tylko spałeś? – powiedziała z wyrzutem Judy, lecz gdy spojrzała na tego półprzytomnego bezradnego chłopca (prawie metr osiemdziesiąt wzrostu), który stał przed nią, chwiejąc się na nogach, poczuła przypływ czułości. – Bootie? Frederick? Śpisz jeszcze?

– Czytałem, mamo. Czytałem w łóżku.

– Ale przed domem leży pół metra śniegu i ciągle pada.

– Wiem.

– Trzeba się jakoś wydostać, prawda?

– Szkoła jest zamknięta. Nie musisz iść do pracy.

– To, że nie mam dzisiaj lekcji, nie znaczy, że nie muszę wychodzić z domu. A ty? – Frederick wsunął zwiniętą dłoń pod okulary i przetarł lewe oko. – Zdaje się, że miałeś szukać pracy. Nic nie znajdziesz, jeśli będziesz całymi dniami wylegiwał się w łóżku.

– W mieście śnieżyca, wszystko zamknięte, nie tylko szkoła. Nie mam po co iść. – Nagle wydał się jej jakiś nieprzejednany, wręcz zimny. – Poza tym czytanie to też praca. To, że nie dostaję za to pieniędzy, nie znaczy, że się obijam.

– Nie zaczynaj znowu, proszę.

– Spytaj wuja Murraya. Nie sądzisz, że on całymi dniami głównie czyta?

– Nie wiem, co twój wuj robi z wolnym czasem, ale przypominam ci, że jemu dobrze płacą. Bardzo dobrze. I wiem, że kiedy był w twoim wieku, studiował i miał pracę. Chyba nawet niejedną, bo babci i dziadka nie było stać na…

– Wiem, mamo, wiem. Skończę tylko rozdział, a kiedy przestanie padać, odśnieżę podjazd.

– Nawet jeśli nie przestanie, Bootie. Od siódmej rano pługi już dwa razy wyjeżdżały na ulicę.

– Nie nazywaj mnie Bootie – powiedział, wycofując się do pokoju. – Nie tak mam na imię.

Judy Tubb mieszkała z synem w dużym rozpadającym się wiktoriańskim domu we wschodniej części miasteczka Watertown, przy drodze na Lowville, w sąsiedztwie innych podobnie zniszczonych budynków. Niektóre podzielono na mieszkania, a jeden, na końcu ulicy, był całkiem opuszczony: eleganckie okna zabito dyktą, a nieremontowany ganek powoli się zapadał. Niestety tak to wyglądało w tym mieście. Wciąż był to niezły adres – ładny dom na sporej, kwadratowej działce w dobrej części miasta, a okolica tak samo porządna jak dwadzieścia lat wcześniej, gdy Bert i Judy wprowadzali się tu z córeczką Sarah. Bootiego wtedy jeszcze nie było w planach.

Urodzona parę domów stąd Judy całe życie mieszkała w tym mieście, z wyjątkiem okresu studiów i kilku lat w Syracuse, gdzie pracowała jako nauczycielka. Watertown stało się dla niej niewidzialne niczym własna skóra. Przestała już zauważać (jeżeli w ogóle kiedykolwiek zauważała) opustoszałe wystawy sklepów i próchniejące werandy. Zaprojektowany z rozmachem centralny plac otoczony okazałymi kamienicami (znany niegdyś jako Miasto Girland) tylko czasami robił na niej wrażenie opuszczonego, głównie wtedy, gdy przejeżdżała tamtędy w drodze do pracy albo do supermarketu. Był raczej bezpieczny, znajomy, swojski. To samo można odnieść do jej domu i dzielnicy, w której mieszkała. Przywiązała się do nich mocno, dlatego że były jej.

Do wejścia prowadziły strome schodki. Wzdłuż frontowej ściany znajdowało się wybetonowane patio, a nad nim balkon. We wczesnych latach osiemdziesiątych Tubbowie obłożyli elewację aluminiowym sidingiem – białym, najtańszym – ale teraz już był brudny i pokryty plamami mchu. Gdzieniegdzie było widać wgniecenia spowodowane odpadającymi fragmentami rynny lub wybrzuszenia stanowiące dzieło wiewiórek i ptaków, które pod panelami pozakładały sobie gniazda. Stolarkę pomalowano na zielono, ale farba wszędzie się łuszczyła, a miejscami była zupełnie wytarta. Śnieg przykrył najgorsze defekty budynku (w tym murszejący fragment gołego muru u podstawy) i złagodził jego kontury, tak że spiczasty dach (kiedyś pokryty dachówką, teraz zwykłą papą) zdawał się wznosić dostojnie ku zachmurzonemu niebu.

Wnętrze domu Tubbów wciąż prezentowało się elegancko, może z wyjątkiem pokoju Bootiego, terytorium, do którego Judy nie rościła sobie praw. Od lat nic tam nie remontowano. Odkąd zmarł Bert (cztery lata temu na raka trzustki), Judy nie miała nawet odwagi pomalować ścian. Być może przez to w pomieszczeniach panowała duszna mroczna atmosfera. Za to bardzo dbała o porządek: drewniane meble lśniły czystością, linoleum było wypastowane, nawet okna (przynajmniej w lecie, gdy zdejmowało się zewnętrzne osłony) zawsze były idealnie umyte. Niewiele dało się zrobić z uporczywym wykwitem pleśni na ścianie w piwnicy (Judy mówiła, że to wina sidingu, który przez te wszystkie lata nie pozwalał murom oddychać) oraz na kawałku linoleum za muszlą w łazience. Ogólnie jednak Judy uważała, że wszystko znajduje się w dobrym stanie technicznym: stare komody i deski na podłodze, a nawet złożony z kolorowych rombów mały witraż nad frontowymi drzwiami. Bert odkrył (uwielbiał się bawić w takie poszukiwania), że poprzedni właściciele zamówili go na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku z katalogu Searsa.

Judy kochała swój dom, ale nie tylko ze względu na jego historię. Najbardziej lubiła piętro: ogromną słoneczną sypialnię, którą dzieliła z ukochanym mężem i w której umarłby w spokoju, gdyby nie konieczność hospitalizacji, szeroki korytarz zakończony balkonem z lśniącą balustradą, a nawet wyblakły chodnik w różowe kwiaty wydzielający charakterystyczny zapach kurzu. Znała go tak dobrze, że potrafiłaby z zamkniętymi oczami wskazać wszystkie wytarte miejsca i stare, nie dające się usunąć plamy. Kiedy z tego korytarza wchodziła do swej ukochanej sypialni, zmartwiona osowiałością syna (taki wiek, powtarzała sobie, takie czasy), czuła się, jakby wkraczała w światłość: dwa duże okna rzucały opalizujący blask na ściany wyłożone wzorzystą tapetą i rodzinne zdjęcia stojące na komodzie. Nawet zrzucone niedbale pończochy, które od wczoraj zachowywały kształt jej masywnych nóg, zdawała się otaczać świetlista poświata. Judy wniosła tu z sobą we włosach i na dłoniach zapach kawy, a dołem wdarł się do środka powiew ciepłego powietrza. Mimo zmartwień związanych z Bootiem (przynajmniej w tym momencie chciała o nich zapomnieć) czuła się szczęśliwa; była jeszcze na tyle młoda, aby cieszył ją nawet śnieg.

Judy Tubb starannie pościeliła łóżko, wygładzając prześcieradło i zdejmując pojedyncze siwe włoski z poduszki. Potem przykryła wszystko wełnianym kocem w kolorze musztardy. Na tym punkcie miała obsesję: narzuta musiała być idealnie równa, z zaznaczającymi się od spodu krągłościami poduszek. Nie przepadała za pikowanymi narzutami, wydawały się jej zbyt lekkie, delikatne. Ciężki koc wyglądał solidniej i dawał poczucie wysiłku włożonego w czynność ścielenia. Wzięła prysznic i ubrała się w łazience. To był wiktoriański dom, więc mimo czterech sypialni miał tylko jedną łazienkę. Wyszła mając na sobie ulubiony różowy golf, a na nim zapinany sweter z angory w kolorze awokado, który zeszłej zimy własnoręcznie wydziergała na drutach. Prawdę mówiąc, to miał być prezent dla jej bratanicy Mariny. Bóg jeden wie, skąd jej to przyszło do głowy, nigdy nie były sobie bliskie, ale uwielbiała robić na drutach i zrobiła już z tuzin swetrów dla swojej córki i wnucząt. Jednak na Gwiazdkę nie był jeszcze gotowy, a poza tym kiedy zobaczyła, co jej przysłała Marina (ażurowy aksamitny szal w kolorze bordo z ozdobnymi frędzlami z jedwabiu, niczym dla dziewiętnastowiecznej damy), już wiedziała, że sweter nie będzie odpowiednim prezentem. Zamiast niego wysłała Marinie kupon upominkowy do sklepu Borders, a sweter zostawiła sobie. Jeśli zaś chodzi o szal, w Watertown nie miała go gdzie nosić (na pewno nie w liceum, gdzie w pierwszych i drugich klasach uczyła geografii), więc zawinęła go w bibułkę i schowała głęboko w szufladzie. Najciekawsze było to, że bardzo lubiła sweter, jakby był drogocennym prezentem i to prezentem od Mariny. W pewnym sensie tak było, a Judy przez to cieplej myślała o dziewczynie.

Kiedy zakładała na siebie kurtkę, śniegowce, różową wełnianą czapkę (również własnej roboty, ażurową z pomponem) i szła na ganek po aluminiową szuflę do odgarniania śniegu, cały czas martwiła się synem, który wciąż siedział u siebie w piżamie jak mały chłopczyk. Nie zamierzała go drugi raz prosić, żeby odśnieżył podjazd – na górze doskonale słychać rytmiczne skrobanie i szuranie po asfalcie – lecz mimo wszystko miała nadzieję, że syn zejdzie na dół z własnej woli. Oczywiście jeżeli to zrobi, będzie to znaczyło, że kolejny dzień się nie umył. Nie lubiła zwracać mu na to uwagi (kto chciałby być matką, która wiecznie się czepia i wytyka wady), ale nie przypominała sobie, żeby w ciągu ostatniego tygodnia choć raz słyszała szum wody napełniającej wannę. Bootie kąpał się wyłącznie w wannie, nigdy pod prysznicem, a i to bardzo rzadko. Jeśli już, potrafił godzinami leżeć w stygnącej wodzie, czytając którąś z tych swoich przeklętych książek.

Judy Tubb zaczęła odgarniać śnieg z podjazdu, lecz mimo rozkosznego chłodu szufli, który czuła przez rękawice, kłującego zimna, które różowiło jej policzki, i satysfakcjonującego bólu w krzyżu, który prawie natychmiast się odezwał, cały dobry nastrój wyparował z chwilą, gdy znów pomyślała o synu. Jedynym, najdroższym. Jej dumie. Jaki to miesiąc? Marzec. A więc niedługo Wielkanoc. A Bootie prawie rok temu skończył szkołę z najlepszym wynikiem w klasie. Nigdy nie przypuszczała, że o tej porze wciąż będzie z nią mieszkał czy raczej  z n ó w  z nią mieszkał. Gdy we wrześniu wyjeżdżał na studia do Oswego, myślała, że oto właśnie rozpoczyna nowe życie w wielkim świecie. Kto wie, jak daleko zajdzie? Gdyby Bert żył, zobaczyłby, że jego najmłodsze dziecko spełniło pokładane w nim nadzieje, a całe lata wyrzeczeń (mąż Judy był księgowym, do tego dość oszczędnym) nie poszły na marne. Dzięki temu Bootie będzie mógł zabłysnąć. To Sarah zawsze przysparzała im kłopotów. Zaszła w ciążę, mając dziewiętnaście lat, a w wieku dwudziestu była już mężatką. Teraz jednak miała przyzwoitą posadę w kasie pożyczkowej i trójkę jasnowłosych niesfornych dzieciaków, a jej Tom okazał się dobrym pracowitym mężem. Latem w Alexandria Bay prowadził rejsy wycieczkowe szlakiem Tysiąca Wysp, a zimą jeździł pługiem śnieżnym w ramach umowy z miastem. A niech to! Gdyby do niego zadzwoniła, pewnie by tu przyjechał aż znad Zatoki i odśnieżył ten podjazd, zanim jej własny syn się zbierze, żeby jej pomóc. Był dobrym zięciem, chociaż może kiedyś marzyła o lepszym.

A Bootie? Twierdził, że zostanie politykiem. Albo dziennikarzem jak jego wuj. Albo profesorem na uniwersytecie. Nawet koledzy w szkole tak go nazywali: profesor. Jako dziecko był grubaskiem w okularach, ale o dziwo rówieśnicy go lubili, cieszył się nawet pewnego rodzaju poważaniem. Świetnie się uczył, był najlepszy w klasie. I nagle zjawił się w domu na Boże Narodzenie grubszy o jakieś dziesięć kilo, z mnóstwem niezaliczonych zajęć i oświadczył, że studia są bez sensu, college w Oswego to pomyłka, wszyscy wykładowcy to kretyni i on nie zamierza tam wracać. Judy podejrzewała, że chodzi o dziewczynę, która być może złamała mu serce lub go ośmieszyła (nie radził sobie najlepiej w tych sprawach, brakowało mu pewności siebie), albo o kolegów z akademika, dwóch byczków o debilnym wyrazie twarzy, których jedynym zajęciem było żłopanie piwa. Jednak Bootie się nie zwierzał, przynajmniej matce. No i od tamtych świąt większość czasu spędzał w swoim pokoju na czytaniu książek i robieniu nie wiadomo czego przy komputerze (może oglądał pornografię? – to jeszcze Judy byłaby w stanie zrozumieć, w końcu to młody chłopak, ale pod warunkiem, że to tylko rozrywka, nie obsesja). Ewentualnie przesiadywał w okazałym budynku miejskiej biblioteki w śródmieściu, gdzie zawsze zbyt mocno grzeją, a w powietrzu unosi się dziwny zapach. Mówiąc szczerze, jeśli chciało się tam dostać coś ambitniejszego od Harlequina czy Encyklopedii Britannica, musieli to specjalnie zamawiać z zewnątrz. Czy w tym czasie szukał pracy? Ani razu, dopiero w zeszłym miesiącu, kiedy Judy dała mu ultimatum, mówiąc, że skoro nie wraca na studia, musi się dołożyć do czynszu. Teraz więc co rano przy śniadaniu odgrywał przedstawienie, ostentacyjnie rozkładał gazetę z ogłoszeniami i zakreślał oferty pracy w fabryce i fast foodach, sugerując (to jedyne chwile w ostatnim okresie, kiedy się śmiał), że mógłby sprzedawać samochody w Loudoun’s Ford & Truck albo kelnerować w barze „Annie’s” przy autostradzie.

Teraz stał na ganku z gołymi rękami, bez czapki, w kurtce narciarskiej narzuconej wprost na piżamę i dzierżył w dłoni niczym oręż drugą szuflę, tę starą i zardzewiałą. Para wydobywająca się z ust zasnuwała mu mgłą okulary.

– Już dobrze, mamo, zrozumiałem. Zostaw, ja dokończę – powiedział i z niezwykłą energią zabrał się za przerzucanie śniegu. Judy stanęła i przez chwilę wpatrywała się w ten nieprawdopodobny obrazek: nogawki piżamy oblepione śniegiem, ciemne włosy rozwichrzone i przysypane świeżym połyskującym puchem. Wyobraziła sobie sąsiadów (trzeba jej to wybaczyć, nie mogła się powstrzymać), którzy wyglądają zza firanek, zachodząc w głowę, co też się porobiło z tym zdolnym synem Tubbów, że tak nagle z geniusza stał się dziwakiem. Bez słowa podała mu swoją nowiuteńką szuflę, a zabrała starą. Potem stanęła na ganku, otrzepała buty ze śniegu i z twarzą czerwoną z zimna oraz wstydu (nie mógł tego widzieć; nie wolno mu było tego widzieć) weszła do domu i usłyszała za sobą trzask zamykających się drzwi.

Rozdział 3Refleksoterapia

Julius zaczął działać Marinie na nerwy, więc go poprosiła, żeby wymasował jej stopy. Szczególnie masaż podbicia (najeżonego twardymi bolesnymi guzkami, które jak stwierdził pewien znajomy Hindus, są spowodowane problemami z kręgosłupem; a może chodziło o jelita?) wydawał się specjalnie wymyślony po to, aby studzić jej irytację. Nie chodziło o to, że Julius przestanie wreszcie gadać (uciskając i wykręcając jej stopy na wszystkie strony, cały czas mówił coś o Wojnie i pokoju, że nigdy nie umiał się zdecydować, czy ma być bardziej Piotrem czy Nataszą, pogrążonym w melancholii samotnikiem czy pełnym życia towarzyskim motylem; albo inaczej: że nigdy nie umiał stwierdzić, czy  j e s t  bardziej Piotrem czy Nataszą, co w jego przypadku i tak nie ma żadnego znaczenia), ale że ona nie będzie musiała go słuchać, zaabsorbowana fizycznymi bodźcami, które z kończyn rozprzestrzeniały się w górę po całym ciele i całkowicie zajmowały umysł.

Sama była sobie winna: spędziwszy samotnie dwa tygodnie w domu rodziców na przedmieściach Stockbridge, kiedy każdej nocy czuwała do rana, wpatrując się w dziwnie niepokojącą ciemność, po czym wreszcie kładła się do łóżka z nożem pod poduszką albo (zwłaszcza w te wieczory, gdy jakiś jeleń, niedźwiedź czy diabli wiedzą kto, łamał gałęzie w lesie za domem) podpierając drzwi sypialni krzesłem (co i tak oczywiście na nic by się nie zdało), Marina doszła do wniosku, że potrzebuje towarzystwa.

Dom, oddalony zaledwie o kwadrans drogi od miasteczka (z tandetnymi sklepikami, gospodą z kolumnowym gankiem oraz przewalającymi się przez cały rok tłumami turystów), stał na końcu krętego żwirowego podjazdu, na polanie wśród drzew. Były to głównie drzewa iglaste, ciemne i kosmate. Otaczały budynek z jednej strony, z drugiej natomiast znajdował się okrągły trawnik, wokół którego matka Mariny, Annabel, urządziła rabaty i obsadziła je roślinami cebulowymi oraz bylinami, stanowiącymi smaczne przekąski dla miejscowej fauny zmęczonej szukaniem pożywienia przez całą zimę. W głębi ogrodu stała zadaszona altanka. Latem Marina lubiła zaszyć się w niej z książką, lecz w zimie, mroczna i ponura, czy tak jak teraz obsypana śniegiem, z ogołoconymi trejażami, wyglądała raczej jak kryjówka myśliwego albo stanowisko snajpera z zatrważająco dobrym widokiem na dom.

Sam dom wybudowano w stylu kolonialnym. To współczesna konstrukcja, która w miarę możliwości miała imitować zabytek. Pudełkowata, dwupiętrowa, z czterema oknami i gankiem od frontu. Elewacja lśniła ceglastą czerwienią. Do wejścia prowadził łukowaty podjazd wysypany żwirem. We wszystkich oknach (wyposażonych w okiennice) wisiały firanki. Jednak z tyłu dom porzucał wszelkie historyczne pretensje. Były tam oszklone drzwi do ogrodu i podłużne, niczym nie osłonięte okna wychodzące (ku przerażeniu przebywającej tam samotnie Mariny) wprost na wieżyczkę domniemanego snajpera i mroczny las. Ilekroć smażyła jajko, oglądała telewizję albo kiedy po zmroku w łazience przeglądała się w lustrze, dręczyła ją świadomość, że nawet jeśli nie jest, łatwo  m o ż e  być obserwowana. Dlatego spała w sypialni rodziców, której okna wychodziły na podjazd.

Zorientowała się, że z czasem jej niepokój narasta zamiast się zmniejszać, ponieważ doszła do wniosku, że wyimaginowany prześladowca (wiedziała, że to tylko wytwór wyobraźni, ale niczego to nie zmieniało) miał okazję nauczyć się na pamięć jej zwyczajów i odkryć, gdzie sypia, choć oczywiście opracowała skomplikowane metody wyprowadzania go w pole: zapalała światło w pustych pokojach, korzystała na przemian z obu łazienek, a czasami dla zmylenia tropu myła się czy nalewała sobie soku po ciemku. Wreszcie któregoś dnia, kiedy obudziła się w południe po kolejnym bezsensownym i wyczerpującym czuwaniu niemal do rana, stwierdziła stanowczo, że nie zostanie tu sama ani chwili dłużej. A właściwie, że jest w stanie wytrzymać jeszcze tylko tyle, ile zajmie komuś dotarcie do niej. Niczym wędrowiec na pustyni, który wiedząc, że wkrótce natrafi na oazę, potrafi zebrać siły i przecierpieć jeszcze jeden dzień bez wody.

I tak zadzwoniła do Juliusa. Danielle nie było w kraju, wyjechała na drugi koniec świata, a większość znajomych ma taką pracę, że nie mogą tak nagle wynająć samochodu i wyskoczyć do Massachusetts. Julius też nie mógł wynająć samochodu, a to dlatego, że nie ma prawa jazdy. Za to jest wolnym strzelcem i pracę może wozić z sobą. Marina zaproponowała (lekkomyślnie, jak teraz stwierdziła, w trzecim dniu jego pobytu), że pojedzie po niego aż do Albany i odbierze go z dworca. To oczywiście znaczyło, że jego wyjazd był teraz całkowicie w jej rękach, a jednocześnie poza jej kontrolą: w odpowiednim czasie będzie musiała go odwieźć, ale samej nie wypada zasugerować, że ta pora już nadeszła, bo Julius się zaraz obrazi (jest wrażliwy, nie da się ukryć). Już nie była pewna, co jest straszniejsze: głucha cisza, kiedy snuła się po domu niczym blada zjawa, czy echo paplaniny Juliusa, które zdawało się wypełniać nawet puste pokoje i utrzymywało się przez jakiś czas niczym elektroniczny szum, tak że Marina budząc się co rano jeszcze w ciemnościach czuła, że nie jest sama. A teraz na dodatek ten śnieg. Padał całą noc i cały ranek. Opatulił krajobraz i stłumił światło. W takiej sytuacji nawet sama czułaby się bezpiecznie (bo czy ktoś przy zdrowych zmysłach ryzykowałby napad, kiedy łatwo zostawić tak oczywisty dowód jak ślady na śniegu?). Ale co tu robić? Włożyła więc do odtwarzacza płytę Elli Fitzgerald i zapytała Juliusa, czy nie ma ochoty poćwiczyć refleksoterapii.

Kiedy tak mu się przyglądała, jak siedział po turecku na drugim końcu sofy, w cieniu, z białawą poświatą wokół głowy, zrobiło jej się go żal. Dygresje na temat bohaterów Wojny i pokoju pojawiły się nie bez powodu: kolejny zawód miłosny. Kolejny facet, który na początku wydawał się być zauroczony iskrzącą osobowością Juliusa, jego szeroką twarz nazywał piękną (mimo przygnębienia, w ciemnych oczach Juliusa wciąż było widać ten błysk), a jednak w upokarzająco krótkim czasie go rzucił, odwrócił się od niego, drwiąc, że jest beznadziejny, a jego uczucie działa na niego przytłaczająco. Julius, mężczyzna o twarzy dziecka, gładko ogolony, miał na sobie różowy sweter z kaszmiru i jedwabną apaszkę (nawet tutaj, w Stockbridge), a cienkie jak piórka włosy ułożył na żelu. Odstające uszy wyglądały jakby oburzone tą niedawną zdradą. Co jakiś czas mimowolnie wysuwał język, żeby oblizać wargi. Taki tik, zupełnie nieświadomy.

– Już ci mówiłam, tobie potrzebny jest starszy facet – odezwała się Marina, nie bardzo orientując się, w którym miejscu w swoich dywagacjach znajduje się jej przyjaciel. – Dużo starszy. Ktoś dojrzały, stateczny.

– Kiedy właśnie w tym rzecz. – Julius oblizał wargi. – Eric  b y ł  starszy. Wprawdzie nie tak bardzo – trzydzieści osiem lat – ale na tyle dojrzały, żeby wiedzieć, czego chce od życia. Niestety to nie byłem ja.

– Może za bardzo naciskałeś?

– Jasne – prychnął. – Mówisz, jakbym co najmniej chciał się do niego wprowadzić.

– No, ale ile to trwało, miesiąc? Krócej?

– Trzy tygodnie.

– My z Alem po trzech tygodniach dopiero zaczynaliśmy tak naprawdę z sobą chodzić. Bo wiesz, on ciągle jeszcze umawiał się z innymi laskami, a ja przynajmniej udawałam, że się spotykam z innymi facetami.

– Miałaś wtedy dopiero dwadzieścia cztery lata.

– To co? Tylko dlatego, że stuknęła nam trzydziestka… Skarbie, ty jesteś facetem, ciebie nie dotyczy imperatyw biologiczny.

– Poza tym, spójrz, co ci z tego przyszło.

Marina zdjęła nogę z jego kolan i wyprostowała się.

– Byliśmy z sobą pięć lat – powiedziała. – Mieszkaliśmy razem. Jakoś nam się udało.

– Do czasu.

– Do czasu… – westchnęła Marina. – Ale to nie znaczy, że…

– Wiem, ale w tej chwili jesteś chyba ostatnią osobą, która powinna mi udzielać rad, jak mam to rozegrać.

Marina wstała i zaczęła po kolei włączać rozmieszczone w całym salonie duże lampy z kutej miedzi, uwalniając nagle istną fontannę kolorów: odcienie różu, pomarańczy, terakoty czy paloną umbrę sofy. To wszystko dzieło jej matki, które w zamyśle miało nadać wnętrzu śródziemnomorski klimat. Rzeczywiście pokój wydawał się jakby cieplejszy, ale ogród za oknem stał się jeszcze bardziej zimny i nieprzyjazny. W jego burej szarości Marina dostrzegła zarys ośnieżonej altanki. Teraz nie wyglądała już tak złowieszczo, sprawiała jedynie wrażenie opuszczonej. Musiała przyznać, że to zasługa obecności Juliusa.

– Przepraszam – westchnął – nie chciałem tego powiedzieć. Tych sytuacji nie da się porównać.

– No nie. – Do sierpnia ubiegłego roku Marina mieszkała z Alem (Grubym Alem, jak go nazywali jej znajomi z racji sporego brzuszka, który według zapewnień samej Mariny działał na nią podniecająco), lecz w końcu postanowili się rozstać. Oficjalnie dlatego, że ona potrzebowała nieco samotności, aby „zrobić wreszcie porządek z własnym życiem”, a tak naprawdę Al miał już dosyć utrzymywania ich obojga (czy też, jak zasugerowała przyjaciółce Danielle, dosyć wysłuchiwania narzekań Mariny, jak to ona źle się z tym czuje). Poza tym, co gorsza, przespał się i to chyba nie raz z koleżanką z pracy. Marina zarzekała się w rozmowie z Danielle (co ciekawe, nie z Juliusem, który nawet jeśli o wszystkim wiedział, nie dał nic po sobie poznać), że nie chodziło o sam fakt, że pieprzył się z kimś innym, tylko że kobieta, którą wybrał, była potwornie nijaka. A skoro potrafił zrobić coś takiego, to znaczy że Marina kompletnie się co do niego myliła, a wszyscy znajomi, którzy przez długi czas taktownie powstrzymywali się od wyrażania swoich opinii, mieli rację.

Ten rozłam, zarazem nieoczekiwany i nieunikniony, bardzo zaważył na sytuacji życiowej Mariny. Czasami czuła się jak ktoś, kogo po urodzeniu zamieniono w szpitalu, jak gdyby tożsamość Mariny Thwaite przejęła zupełnie nowa osoba (czy raczej osoba, którą z zewnątrz postrzegano jako nową, podczas gdy w środku pozostała taka sama). To tak jak z odnawianiem szafek w kuchni: przyklejasz po prostu nową okleinę bez potrzeby wyjmowania ze środka pojemników z mąką, cukrem czy pudełka rozmiękłych chrupek.

Po rozejściu się z Grubym Alem (który, co bolało najbardziej, nawet nie starał się jej odzyskać) Marina znalazła się właściwie na lodzie i do tej pory się nie pozbierała. Jeszcze niedawno w gronie przyjaciół uchodziła za osobę najbardziej ustatkowaną (żadne z nich w wieku dwudziestu pięciu lat nie myślało o ślubie, a ona i Al właśnie kupili swoje pierwsze małżeńskie łoże), i nagle została z niczym. Nie miała ani własnego mieszkania, ani pieniędzy na wynajem, więc tuż przed swymi trzydziestymi urodzinami w listopadzie zeszłego roku, wyczerpawszy pokłady gościnności znajomych i przyjaciół, wprowadziła się z powrotem do mieszkania rodziców na Upper West Side i zamieszkała w swoim pokoju z dzieciństwa. Jakby sam ten fakt nie był dostatecznie upokarzający, musiała jeszcze przyjąć od nich kieszonkowe, żeby w ogóle mieć z czego żyć.

Choć teoretycznie nie miała żadnej pracy, nie siedziała bezczynnie. Po prostu nie umiała się dobrze zorganizować, przynajmniej utwierdzał ją w tym ojciec, sławny Murray Thwaite, mistrz wydajności. Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy zaczęła się spotykać z Grubym Alem (to było tak dawno, że aż się wydaje nierealne), podjęła się napisania książki. Była wtedy stażystką w „Vogue’u” i jako znana piękność (Czy to na pewno nie miało znaczenia? Marina gwałtownie by zaprotestowała, a jednak faktem jest, że Danielle nieraz mówiła Juliusowi, iż nie ma pojęcia, jak by to było, gdyby była choć odrobinę brzydsza. „Czasami mam ochotę ją zapytać: »Marina, co by się stało, gdybyś weszła do sali i nikt nie przerwałby rozmowy, nikt się nie odwrócił? Gdyby nikt ci nie zaoferował darmowego strzyżenia czy poniesienia bagażu? Co wtedy?«”) oraz jako ukochana córeczka swego taty, towar bądź co bądź atrakcyjny, została kiedyś zaproszona na lunch przez pewnego wpływowego wydawcę, rówieśnika jej ojca i niegdyś przyjaciela rodziny, któremu bardzo schlebiało, że zobaczą go w „San Domenico” w towarzystwie takiej laski (w końcu absolwentki Browna, nie tylko ładnej, ale także inteligentnej). Ów człowiek gorąco ją namawiał, żeby złożyła jakiś projekt w jego wydawnictwie. Marina przez miesiąc albo i dłużej głowiła się nad pomysłem. Trwało to wieczność i cały czas się bała, że wydawca wycofa swą ofertę. W końcu wymyśliła, że napisze książkę o modzie dziecięcej, a dokładniej, jakie głębokie i skomplikowane prawdy kulturowe można wywnioskować na podstawie analizy decyzji społeczeństwa, aby małą Lulu ubrać w sukienkę z falbankami, a małą Stacey w szorty i kubraczek. Wtedy oczywiście była to propozycja dużej wagi, ale to było wiele lat temu. Teraz, będąc przynajmniej w części inną osobą (może lepiej: „odnowioną”), straciła zainteresowanie i książką, i tematem. Pracowała nad nią dalej, ale głównie dlatego, że dawno już wydała wszystkie pieniądze z zaliczki, a reszty nie zobaczy, dopóki nie odda rękopisu w całości.

Dla niektórych byłby to oczywiście bodziec, żeby przyspieszyć proces, lecz Marina nie umiałaby się podpisać pod czymś, z czego nie czuje się dumna, chociaż zaczęła wątpić, że w tym wypadku można będzie mówić o dumie. W końcu jest córką swego ojca, a to jej  p i e r w s z a  książka. Zerwanie z Alem bardzo wybiło ją z rytmu, nie pomógł też późniejszy wędrowny tryb życia, a także, jeśli miałaby być szczera, powrót do rodzinnego domu. Redaktor odpowiedzialny za jej projekt (już trzeci na przestrzeni lat; pyzaty i piegowaty smarkacz z zadartym nosem o szczeniackim imieniu Scott) zaczął ją w ostatnich miesiącach ścigać i wysyłać złowieszcze sygnały o zbliżającym się ostatecznym terminie. Marina się przestraszyła, że jeżeli nie zdąży, mogą zażądać zwrotu zaliczki (takie rzeczy się przecież zdarzały, sama słyszała), a to była niebagatelna kwota, która w całości gdzieś się rozeszła. W tej sytuacji za radą matki (jako że dla ojca praca nierozerwalnie łączy się z ludźmi i pobyt w Stockbridge w odizolowaniu od wszelkiego towarzystwa to jak banicja) wyjechała na wieś, aby tam w spokoju zdobyć się na ostatni wysiłek i dokończyć książkę.

Była połowa marca, a ona zobowiązała się zostać tu do maja. Gdyby ją jednak przycisnąć do muru, przyznałaby, że nie sądziła, iż wytrzyma tak długo. To tak jak z Grubym Alem: gdyby wtedy ktoś ją spytał, czy to jest facet na całe życie, bez wahania odpowiedziałaby, że raczej nie. A więc i ta praca w domu w Stockbridge była w istocie tylko pozorowaniem pracy, co jest tym dziwniejsze, że do niedawna nie było tu nikogo, przed kim mogłaby udawać. Teraz gdy się zjawił Julius, zaangażowała się z kolei w udawanie (niemal to sobie wmawiając), że nie jest w stanie dalej pracować, ponieważ jej tak produktywna samotność została zakłócona. Z jednej strony chciała, żeby wyjechał, a z drugiej (oczywiście, ze strachu przed ciszą, ale też z powodu nieskończonej pracy) pragnęła, żeby jeszcze został. Poza tym Julius świetnie gotuje.

– Jako że za oknem śnieg… – rozległ się jego głos w tym niepokojąco radośnie oświetlonym pokoju; chyba chciał zatrzeć wrażenie po swoich ostatnich wypowiedziach. – …i w ogóle pogoda taka paskudna… – przesunął długimi palcami po oparciu sofy – …uważam, że należy nam się coś dobrego na kolację. Co ty na to?

– Na przykład tosty z fasolą? – wciąż była na niego zła.

– Szczerze mówiąc, moja droga, myślałem o suflecie z sera z talarkami z ziemniaków i odrobiną szpinaku gotowanego na parze. A jeśli nadal będziesz głodna, zrobię zabaglione, jeśli obiecasz, że będziesz do mnie mówiła, kiedy będę ubijał.

– To mnóstwo jajek, Julius. – Ta troska też była udawana: zabaglione to jej ulubiony deser.

– Tacy starzy jeszcze nie jesteśmy – odparł. – W przyszłym roku zbadamy sobie cholesterol.

Rozdział 4Skoro jesteśmy przy Juliusie

Jeśli chodzi o Juliusa Clarke’a, nie był on tym, za kogo mógł uchodzić. Nie pochodził z Nowego Jorku ani z Kalifornii, ani z Waszyngtonu (miasta czy stanu, obojętne). Nawet nie z Oregonu. Nie pochodził też – mimo trudnego do umiejscowienia brytyjskiego akcentu – z Anglii czy jakiegokolwiek miejsca za oceanem. Przybył tu z Danville w stanie Michigan, małego miasteczka o godzinę jazdy od Detroit. Wiedzieli o tym tylko ci, którzy znali go od początku studiów, kiedy to w kronice pod zdjęciem każdego studenta umieszczano wskaźnik pochodzenia – domowy adres. Julius włożył wiele wysiłku w zatarcie wszelkich śladów swej przeszłości (vide żakardowa apaszka, różowy sweter z kaszmiru wytarty na łokciach i śpiewna intonacja głosu), a jednak wszyscy prędzej czy później mieli okazję poznać jego ojca, Franklina Clarke’a, uosobienie jego dawnego życia. Na oko trudno było uwierzyć, że Juliusa cokolwiek z nim łączy.

Frank Clarke, potężny mężczyzna o kwadratowej twarzy i mocno zarysowanej szczęce, służył w Zielonych Beretach w Wietnamie, gdzie poznał matkę Juliusa, Thu, po której syn odziedziczył azjatyckie rysy twarzy. Po wojnie Frank i Thu osiedlili się w Danville, gdzie Frank uczył w liceum historii i trenował drużynę koszykówki, a Thu, której angielszczyzna, choć urocza, pozostawiała wiele do życzenia, pracowała w domu jako krawcowa. Julius był drugim z trojga dzieci i jedynym chłopcem. Wszyscy mieli duże ciemne oczy, śniadą cerę i drobną budowę po matce. Frank, z tą swoją zwalistą posturą i donośnym głosem, wkraczał do domu niczym Guliwer do Krainy Liliputów. Wbrew oczekiwaniom lokalnej społeczności (Julius od początku wykazywał skłonności homoseksualne i w szkole mu z tego powodu dokuczano) twardziel Frank świata nie widział poza Juliusem, kochał go nie mniej niż obie córki, które obrały bardziej tradycyjny model życia. Zaczął go odwiedzać w Nowym Jorku tak często, jak mu na to pozwalał czas i żona cierpiąca na lęk przestrzeni. Ilekroć przyjeżdżał, od razu wychodziły na wierzch wszelkie kontrasty. To był uroczy widok: Frank siedzący w fotelu w ciasnej kawalerce Juliusa, zagłębiony w lekturze recenzji syna, i jego masywne uda wystające w stronę pokoju niczym dodatkowe meble. Albo inna sytuacja: ojciec i syn w ulubionym barze Juliusa w East Village. Frank w granatowej wiatrówce, obok na siedzeniu bejsbolówka, wpatrzony w Juliusa jak w obrazek. Dla wszystkich z zewnątrz wyglądał jak jego klient, podstarzały ojciec rodziny z przedmieść, który od czasu do czasu lubi sobie poderwać chłopaczka. Julius zdawał sobie z tego sprawę, ojciec chyba nie. A nawet jeśli podejrzewał, że siedzący obok ludzie tak to interpretują, nic sobie z tego nie robił. Okazywał synowi czułość, czochrał mu włosy, poprawiał ubranie. Niech wszyscy widzą, jaki jest dumny z jego osiągnięć, jak się cieszy, że stał się nowojorczykiem, chociaż, żeby było jasne, dla niego domem było Danville i nic więcej do szczęścia nie potrzebował. Nie trzeba dodawać, że nikt nie miał okazji poznać Thu, oprócz jednego kolegi, który po studiach wybrał się na wyprawę przez całe Stany i specjalnie zahaczył o Michigan. Niestety został na stałe na Zachodnim Wybrzeżu, a jedyną wiarygodną informacją, jaką przekazał, było to, że Thu wybornie gotuje zarówno potrawy wietnamskie, jak i amerykańskie (to akurat znajomi Juliusa mogli wywnioskować z talentu jej syna).

Cóż więc to były za osiągnięcia, z których Frank był tak dumny? Problem polegał na tym, że było ich niewiele i zaczynały blednąć. Julius, znany w college’u z ciętego języka, zjawił się w Nowym Jorku, a dokładniej w redakcji „The Village Voice”, z młodzieńczym przekonaniem, że odpowiednie nastawienie wystarczy, aby się przebić. No i przez dłuższy czas wystarczało: całe nowojorskie środowisko literackie wiedziało kim jest i pokazywało go sobie nawzajem na bankietach. Jego druzgocące, choć eleganckie w stylu recenzje książek były często cytowane. Rzadziej recenzje filmów i programów telewizyjnych, mniej druzgocące, lecz nie mniej eleganckie. Przez ładnych parę lat udało mu się wieść szalony i beztroski żywot, co samo w sobie można uznać za osiągnięcie. Współczesny przykład enfant terrible. Ta beztroska oczywiście miała zamaskować rozmaite lęki i kompleksy, w które wtajemniczał tylko Danielle i Marinę. Nie wiodło mu się w sprawach sercowych, żeby nie powiedzieć łóżkowych (na brak partnerów nie narzekał, ale zwykle szybko schodzili ze sceny). Ciągle był spłukany (stąd ten powycierany sweter), ale za żadne skarby nie chciał dopuścić, żeby to się rozniosło: „Dziewczyny, to jest Nowy Jork. Ludzie bez kasy nie są szlachetni, to żebracy”. Najwyraźniej nie podejrzewał, że wszyscy od dawna wiedzieli. Zdawał sobie sprawę, że po przekroczeniu trzydziestki trudno mu będzie dłużej odgrywać rolę uroczego nicponia i należałoby zaplanować jakieś długofalowe działania podtrzymujące, aby nie wypaść z obiegu i nie zniknąć jak ognik. Uroczego nicponia od biednego nudnego nieudacznika dzieli tylko kilka kroków.

Przyjaciółki poradziły mu, żeby znalazł sobie pracę (redakcja tekstów albo może nawet stała rubryka w gazecie), ale Julius odnosił się do tego z niechęcią, twierdząc, że uregulowany tryb życia to domena burżuazji. Danielle i Marina często rozmawiały między sobą o życiu Juliusa za jego plecami, a wtedy zamiast nazywać go po imieniu, mówiły o nim czasami La Grenouille1 z racji nieco wytrzeszczonych oczu i płaskiego nosa. Wypróbowały na nim to przezwisko wiele lat temu, ale szybko zrezygnowały, bo bardzo go uraziło. Nie mogły dociec, co zabiera ich przyjacielowi tak dużo czasu. Nie miał kablówki ani pieniędzy, które mógłby wydawać na mieście. W końcu, opierając się na pewnych przesłankach, których im sam nieświadomie dostarczył, domyśliły się, że całymi godzinami siedzi w Internecie i ogląda strony pornograficzne oraz prowadzi nieprzyzwoite rozmowy na czacie. Kolejne godziny tracił na schadzkach, jakie aranżował ze swymi wirtualnymi rozmówcami. Marina żartowała, że Julius uprawia tyle seksu, że starczyłoby dla nich wszystkich. Nawet się zastanawiała, czy przyjeżdżając do Stockbridge, nie będzie się czuł jak alkoholik w krainie prohibicji. Czasami, choć bardzo rzadko, próbował posunąć się dalej i zbudować coś w rodzaju stałego związku. Wszyscy troje mieli wrażenie, że przez te wszystkie lata niechcący zaliczył chyba całą nowojorską populację gejów swego pokolenia. Zupełnie jakby się starał stopniowo, krok po kroku poznać wszystkich, którzy coś znaczą, rozbudować sieć kontaktów zawodowych i dzięki temu być w lepszej sytuacji niż inni. Danielle zasugerowała nawet, oczywiście żartem, czy to nie są właśnie te jego „działania podtrzymujące”, a zarazem największe życiowe osiągnięcie.

Jednak dla Juliusa ta kwestia, podobnie jak wiele innych, nie była bynajmniej tematem do żartów. Jego interesowała władza. W sensie czystym, nie skupiał się na żadnym konkretnym rodzaju. Polityczna, społeczna, finansowa – wszystko jedno. Może oprócz moralnej, która była tak ważna dla Mariny, a jego nie interesowała w ogóle. Na przykład równie ochoczo pobiegłby na kolację z Donaldem Trumpem, Gwyneth Paltrow czy Donatellą Versace, co z ojcem Mariny, Murrayem Thwaitem – nie żeby jego opinie czy sądy zawierały w sobie jakąś wartość, interesował go wyłącznie dlatego, że miał moc kształtowania opinii publicznej. Julius był dobry w uwodzeniu, co samo w sobie jest rodzajem władzy. On to potrafił i korzystał z tego. Skutecznie. Chciał, żeby to się przełożyło na pozostałe sfery jego życia. Męczyły go niezrealizowane ambicje, więc wiedział, że niedługo, bardzo niedługo, musi znaleźć coś, w czym mógłby je ulokować. Inaczej ryzykuje ostateczne rozgoryczenie, od którego nie ma ucieczki.

Jako człowiek wielkoduszny, przyjechał do tego samotnego domu w lesie pełnym jeleni i Bóg wie jakiej jeszcze dzikiej zwierzyny (dorastając w Michigan, miał kontakt z dziką przyrodą i już go nie chciał, tak samo jak odkąd został zdeklarowanym mieszczuchem, nie miał najmniejszej ochoty marznąć ani moknąć), żeby wesprzeć przyjaciółkę w potrzebie. Chlubił się tym, że stać go na takie gesty – to cecha, którą Danielle i Marina często podkreślały. Tym razem wiedział, że Marina męczy się nad dokończeniem rękopisu, potrzebuje trochę odmiany i wsparcia, więc uznał ten przyjazd (niekończącą się podróż pociągiem, w którym zalatywało moczem) za swój altruistyczny obowiązek. Z drugiej strony świeżo po rozstaniu z Erikiem cieszył się na to, że będzie miał okazję w spokoju wylizać rany. Poza tym Marina go nakarmi, i to nieźle, jeśli go dopuści do kuchni, a u siebie ma tylko bochenek chleba w zamrażarce, słoik oliwek i ani centa, żeby zrobić zakupy choćby na targu. Marina, która jest albo tak naiwna i głupia, albo samolubna (czasem miał wątpliwości), że uważa się za biedną, żyjąc na garnuszku nadzianych rodziców, działała mu na nerwy nie mniej niż on jej. Nie miała pojęcia, że on musi dosłownie gryźć się w język (jakby doświadczenia z Grubym Alem upoważniały ją do udzielania porad w sprawach sercowych!) i że bycie miłym kosztuje go mnóstwo wysiłku. A to wszystko kwestia pochodzenia. Ludzie z jej sfery wchodzą w świat z postawą roszczeniową. Marina, zakładając z góry, że wszystko jej się należy, nigdy tak naprawdę nie zadała sobie pytania, czy jest dość dobra. Natomiast Julius czynił to nieustannie, zawsze odpowiadał twierdząco i nie mógł się nadziwić, że świat nie potrafi tego dostrzec. On im jeszcze pokaże – nigdy nie był o tym bardziej przekonany. Tylko że ma już trzydzieści lat. Pytanie – jak to zrobić?

Rozdział 5Za sprawą poezji nic się nie dzieje

Kiedy seminarium zbliżało się do końca, Murray Thwaite poczuł w gardle łaskotanie stanowiące sygnał, że organizm domaga się papierosa i drinka. Za oknami zapadła już ciemność, a studenci siedzieli rozwaleni na plastikowych krzesłach, mimo ostrego światła jarzeniówek. I tak dzielnie wytrzymali. Wykazali nawet pewne ożywienie, a nawet entuzjazm, kiedy usłyszeli opowieści z pierwszej ręki o ruchu pacyfistycznym z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Z ekscytacją, ale i lekkim niedowierzaniem wyobrazili sobie dziedziniec swojej szacownej uczelni, ten sam, który było widać za oknami, wypełniony tłumem renegatów, wśród których był długowłosy Murray Thwaite. Po trzech godzinach wykładu byli jednak wykończeni, marzyli o kolacji, ciepłym pokoju w akademiku i leniwych pogaduszkach z rówieśnikami (ciekawe, o czym te dzieciaki teraz rozmawiają?).

Gospodarz wykładu i zarazem przyjaciel Thwaite’a, Eli Triplett, spojrzawszy na zegar na ścianie i opadające powieki swoich podopiecznych (może też dosłyszał zniecierpliwienie w pokasływaniach Murraya), litościwie zamknął dyskusję.

– Moi drodzy – powiedział swym basowym głosem – nie macie pojęcia, jacy z was szczęściarze, że mieliście okazję uczestniczyć w tym seminarium. Jeszcze raz serdecznie podziękujmy Murrayowi Thwaite’owi, że zechciał poświęcić nam swój cenny czas. – Tu i ówdzie rozległy się brawa, szczere, jak sądził Thwaite, więc delikatnie skłonił swą dużą szpakowatą głowę. – I nie zapomnijcie, za tydzień o siódmej spotykamy się w sali audiowizualnej, gdzie odbędzie się projekcja.

– Co to miał być za film? – zapytał gburowaty chłopak w ogrodniczkach, który przez cały wykład bez przerwy skubał nerwowo swoją kozią bródkę.

– Zaginiony Costy-Gavrasa. Przechodzimy, Adamie, do omawiania zaangażowania naszego rządu w konflikty w Ameryce Południowej. Kolejna porcja okrucieństw.

–  N a s z e g o  rządu, Eli? – mruknął Thwaite, kiedy studenci zaczęli szeleścić kurtkami. – Zaskakujesz mnie. Czyżbym czegoś nie wiedział? Złożyłeś przysięgę lojalności?

Triplett się roześmiał.

– Jeśli mówię, że nie mieszam się do polityki, ci najbardziej radykalni błędnie to interpretują. Jak doskonale wiesz, co innego jest krytykować własną rodzinę, a co innego cudzą.

– Więc w gruncie rzeczy ich okłamujesz? – Thwaite ostrzegawczo uniósł brew.

Jakaś dziewczyna, która cały czas stała z boku, zachichotała nerwowo.

– Roanne – powiedział Triplett. – Murray Thwaite, Roanne Levine. Jedna z naszych najlepszych studentek.

Murray wstał, prezentując całe swoje metr dziewięćdziesiąt wzrostu, i podał jej dłoń. Młoda kobieta była filigranowa jak dziewczynka, a jej twarz przysłaniały bujne ciemne loki.

– Dziękuję, że zapytała pani o Lowella – powiedział. – To wielka ulga znaleźć wśród młodzieży osobę, która wie, że dawno, dawno temu coś się jednak działo za sprawą poezji.

Roanne znowu się zaśmiała i założyła włosy za ucho, ukazując gładką okrągłą twarz i szerokie usta.

– To Auden, prawda? Studiuję jednocześnie anglistykę i historię.

– Te dwie dziedziny nakładają się na siebie bardziej niż pani sądzi. – Thwaite odwrócił się do Eliego. Kątem oka widział, że dziewczyna nadal stoi. Była dość ładna, no i zachowała uwagę do samego końca. – To gdzie jest ta twoja ulubiona knajpa?

– Bliziutko. Kilka przecznic stąd.

– Panie profesorze, to znaczy, panie Thwaite…

Z papierosem w dłoni, jeszcze niezapalonym (zdążył się już zapoznać z wkurzającymi przepisami, które są tu egzekwowane z taką samą surowością jak w samolotowych toaletach), Thwaite ruszył do wyjścia, rzucając przez ramię zachęcające spojrzenie w stronę panny Levine.

– Czy mogłabym…? Mam kilka pytań… Piszę artykuł do gazety na zaliczenie i chciałabym w nim przedstawić pańską sylwetkę.

– A więc także początkująca dziennikarka?

Roanne Levine znowu się roześmiała. To był śmiech, który po jakimś czasie mógłby się stać denerwujący, ale w Murrayu zwyciężyła ciekawość. Poza tym dziewczyna była naprawdę ładna.