Strona główna » Sensacja, thriller, horror » Eksperyment Isola

Eksperyment Isola

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-8110-451-7

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Eksperyment Isola

Wyspa z dala od świata. Przerażający psychologiczny eksperyment. Siedmioro kandydatów do tajnej pracy, a wśród nich morderca. Zdecydujesz się wejść do gry? „Eksperyment Isola to obraz społeczności ukształtowanej przez do­nosicielstwo i ukryty szantaż. Autorka odtwarza kafkowskie nastroje, w których przewijają się takie słowa jak »przesłuchanie« czy »proto­kół«. Główna postać, Anna Francis, niewiele się różni od słynnego bo­hatera filmowego, Jamesa Bourne’a. Jest królikiem doświadczalnym w służbie państwa, który został poddany psychologicznej przemocy i przemocą zaprogramowany. Autorka rysuje portret Anny, w każdej pojedynczej scenie odmalowując istotę dyktatury. Imponujący debiut dziennikarki telewizyjnej Åsy Avdic”. Arbetarbladet „Eksperyment Isola to szwedzkie Igrzyska śmierci dla dorosłych”. Jönköpings-Posten Na jedną z wysp wśród sztokholmskich szkierów trafia siedem osób. Wiedzą, że mają wziąć udział w teście, który wyłoni kan­dydata na stanowisko oferowane przez jedną z tajnych służb. Nie mają jednak pojęcia, że równocześnie uczestniczą w socjologicz­nym eksperymencie. Anna Francis też ma wziąć w nim udział. Uważana jest za jedną z najzdolniejszych urzędniczek – jedną z najlepszych w pro­tektoracie Szwecji w ramach Unii Przyjaźni. Niestety błąd, który popełniła w przeszłości, oraz fakt, że matka, niegdyś oddana partii, została uznana za dysydentkę, utwierdzają Annę w przekonaniu, że i jej kariera wkrótce dobiegnie końca. Udział w eks­perymencie na wyspie ma być więc dla niej okazją do naprawienia dawnych błędów. Sytuacja na wyspie wkrótce jednak wymyka się spod kontro­li – kandydaci uczestniczący w teście zaczynają po kolei znikać… Anna musi się dowiedzieć, czy naprawdę wie tyle, ile jej się wyda­wało, i kto właściwie pociąga za sznurki…

Polecane książki

Słynna publikacja kontrowersyjnego  intelektualisty. Odwołując się do przykładów z własnego życia oraz postaw takich ważnych dla niego osób, jak Emil Zola, Rosa Parks, George Orwell czy Vaclav Havel, autor analizuje różne formy sprzeciwu i kontestacji. Opowiada o tym, jak być krytycznym, nie ulega...
Samochody kultowe to takie, których kształty oraz design są ponadczasowe i rozpoznawalne mimo upływu lat. W prezentowanym albumie opisano m.in. bmw 507, lamborghini miura, dodge viper, porsche 911, a także nasze rodzime – syrenę, mikrusa i poloneza. Zajmującym opowieściom towarzyszą piękne zdjęc...
Kolarz Jacek, gimnastyczka Ola, hokeista Bolek i Ela, która z łuku strzela – to niektórzy sportowi bohaterowie książeczki Biegam, skaczę, pływam. Marzą o tym – być może tak samo jak ty – by stać się sławnymi sportowcami. Sięgnij po wspaniałe wierszyki o sportowych dyscyplinach i zostań mistrzem świa...
Poradnik prezentuje szczegółowy opis przejścia każdego z etapów głównych oraz wskazówki odnośnie poziomów dodatkowych. Z pomocą poradnika zdobycie wszystkich ukrytych i trudnodostępnych przedmiotów powinno być bezproblemowe.LittleBigPlanet 2 - poradnik do gry zawiera poszukiwane przez graczy tematy ...
Utwór ceniony był na początku XX wieku, później zapomniany. Wyrósł z dziejów polskich emigrantów „sprzedawanych” do Brazylii. Pod koniec XIX w. Rząd Brazylii zawarł umowę z dziesięcioma przedsiębiorstwami na dostarczenie 750 000 osadników z Europy, zyskami za ich sprowadzenie dzielili się przewo...
Ostatnia, znakomita powieść Henninga Mankella! Kontynuacja bestsellerowych Włoskich butów. Frederick Welin, emerytowany chirurg mieszkający na jednej z wysp szwedzkiego archipelagu, budzi się w nocy, krztusząc się dymem. Jego dom stoi w płomieniach. Mężczyzna zrywa się z łóżka, ale jest już za pó...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Åsa Avdic

Tytuł oryginału:

ISOLA

Copyright © Åsa Avdic 2016

Published by agreement with Ahlander Agency

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie na okładce: © Sara Mac Kay

Redakcja: Grzegorz Krzymianowski

Korekta: Hanna Antos, Marta Chmarzyńska

ISBN: 978-83-8110-451-7

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

SztokholmProtektorat SzwecjiMaj 2037 roku

Wyjaśnienie tej sprawy powierzono dwojgu śledczych, kobiecie i mężczyźnie. Ustalili, że to on rozpocznie przesłuchanie, a ona będzie się tylko przysłuchiwać. Potem to ona miała przejąć jego rolę. Podobną taktykę stosowali w przeszłości wiele razy i zazwyczaj się sprawdzała. Uważali, że dobrze jest mieć na podorędziu jakiś element zaskoczenia. Większość przesłuchiwanych osób postrzegała tę metodę w tradycyjny sposób, a mianowicie taki, że to on jest głównym, kompetentnym śledczym, a ona mu tylko pomaga i występuje w roli podwładnej, na przykład asystentki albo sekretarki. Prawda była całkiem inna, bo w rzeczywistości to właśnie jej powinni się bardziej obawiać. Tworzyli zgrany zespół. W miarę upływu lat nauczyli się posługiwać tą metodą w sposób bezbłędny. Jedno z nich odgrywało rolę oficjalnego, groźnego twardziela, drugie udawało „dobrego policjanta”. Czasem, już w trakcie przesłuchania, zamieniali się nagle rolami, aby wytrącić przesłuchiwanych z równowagi. Na końcu to prawie zawsze ona ich łamała.

Na myśl o tym, jak dobra jest w tym, co robi, kobieta uśmiechnęła się z satysfakcją. Przed wejściem numer 302 zauważyła wolne miejsce parkingowe. Gwałtownie skręciła, lekko otarła stojący obok wóz i ustawiła się nieco po skosie. Wycofała i ponownie wjechała w to samo miejsce, ale tym razem zrobiła to w sposób perfekcyjny, parkując na samym środku kratki. Wzięła torebkę i szybko skierowała się do windy. Zanim do niej weszła, wyjęła legitymację służbową i podsunęła ją pod kamerę, aby potwierdzić swoją tożsamość. Denerwowało ją, że chociaż jest osobą zaufaną, musi się poddawać takiej kontroli. Wiedziała jednak, że podobne zasady obowiązują wszystkich. Nawet Przewodniczący musi się stosować do przepisów i okazywać legitymację, aby udowodnić, że to rzeczywiście on. Tak jej to przynajmniej wyjaśnił. Dla niej liczyło się głównie to, aby pokazać, że należy do zespołu, chociaż w rzeczywistości nawet nie wiedziała, kto oprócz niej wchodzi w jego skład. Najważniejsze było to, że znała swojego partnera służbowego, który też był w zespole, i ufała Przewodniczącemu. To wprawdzie nie to samo, co znać go osobiście, ale niczego więcej nie oczekiwała. Musi jej to wystarczyć. W końcu drzwi windy się otworzyły, a gdy do niej weszła, zamknęły się, wydając dźwięk przypominający ssanie. Winda ruszyła, a ona odniosła wrażenie, jakby znalazła się w stanie nieważkości. Prawie w ogóle nie czuła, że jedzie w górę. Winda zatrzymała się na jednym z wyższych pięter. Z okna rozpościerał się rozległy widok na całe miasto, na horyzoncie majaczyły zarysy portu, daleko za nim widać było szkiery i morze. Na myśl o tym, że horyzont to tylko złudzenie i niedoskonałość oka, ogarnęły ją mieszane uczucia. Czuła się bezpiecznie, choć niezbyt przyjemnie. Pomyślała, jak wiele rzeczy dzieje się w tym momencie poza budynkiem. Wcześniej czy później i tak wszystko wyjdzie na jaw, jak na przykład zawartość teczki, którą trzymała w ręce. Myślała o tym zjawisku jak o wyrzuconych na brzeg morza szczątkach, które osiadają na plaży i gniją. Jej praca polega na sprzątaniu takich rzeczy. Zajmuje się tym razem ze swoim partnerem. Robili to już wiele razy, a mimo to na myśl o tym, co ich czeka, dostała skurczów żołądka.

Kiedy weszła do szatni, jej partner już tam był. Właśnie zapinał ostatnie guziki przy mundurze.

– Widzę, że założyłaś dzisiaj sportowe buty – powiedział z krzywym uśmiechem.

Nie bacząc na jego złośliwe słowa, kobieta zdjęła czarne czółenka z czerwonymi podeszwami i wstawiła je do szafki. Dostała je w prezencie od siostry, która mieszka za granicą. Sporo kosztowały. Może to śmieszne, ale ubzdurała sobie, że czerwony kolor przynosi jej szczęście. Wprawdzie nie jest przesądna, ale od pewnego czasu za każdym razem, gdy robi jakąś ważną rzecz, zakłada coś czerwonego. Postępuje w ten sposób od tak wielu lat, że nie ma odwagi zrezygnować z tego zwyczaju. W taki dzień jak dzisiaj stara się nie wyzywać losu. Woli nie ryzykować. Tyle że jak dotąd żaden dzień nie nadawał się do tego, aby w końcu zerwać z tą tradycją.

– Dobrze, że ich przesłuchamy – powiedział mężczyzna. – Będziemy musieli się sprężyć, chociaż najważniejsza osoba nie przyjdzie.

Spojrzała na niego z niepokojem i poczuła, jak jej żołądek jeszcze bardziej się kurczy.

– A co z Anną Francis? Nadal jest… niedysponowana? Sam nie wiem, jak to nazwać. Zresztą nieważne, bo wygląda na to, że i tak będziemy musieli się nią zająć. Poczekam na korytarzu.

Mężczyzna stuknął obcasami, jak gdyby chciał jej oddać honory, i wyszedł z szatni. Na takie gesty pozwalał sobie tylko wtedy, gdy byli sami. Kobieta rozebrała się i wyjęła z szafki mundur. Właściwie to głupie, że przed wyjściem z domu zakłada importowane markowe ciuchy i buty, jedzie samochodem do pracy i znowu się przebiera – tym razem w służbowe ubranie. Ale cóż, takie zachowanie daje jej poczucie, że jest człowiekiem. Nie jest to oczywiście właściwe nastawienie, ale zajmując takie stanowisko, może sobie na to pozwolić – pod warunkiem, że nie będzie się nad tym zbyt szeroko rozwodzić. Tak przynajmniej uważała. Nikt jej nigdy nie krytykował za ubiór, a i ona nikogo o nic nie pytała. Kiedy zakłada granatowy mundur, staje się trybikiem machiny, której początku i końca nigdy nie widziała. Mimo to dokładnie wie, jak taki organizm funkcjonuje. No, może prawie dokładnie. Jest jednak pewna, że dzieje się tak dzięki niej i jej pozostałym kolegom z pracy. Są jak program antywirusowy w komputerze. Wykonują naprawy i wymieniają to, co przestało działać. Zapięła ostatnie guziki, podeszła do lustra i na swój widok skrzywiła się z niezadowoleniem. Jej najmłodszy syn nadal wchodzi nocą do jej łóżka i ciągle się wierci, a ona czuje się wtedy tak, jakby przez całą noc leżała obok kurczaka grillowanego na obracającym się rożnie. Ostatniej nocy, tak jak wiele razy wcześniej, skończyło się na tym, że o świcie położyła się w łóżeczku dziecięcym, z którego wystawały jej stopy i łydki. Przespała niespokojnie najwyżej godzinę, bo zaraz potem zadzwonił budzik i musiała wstać. Przesunęła dłońmi po twarzy, jakby chciała się pozbyć zmęczenia, wyjęła gumową tasiemkę i zręcznym ruchem związała w koński ogon ciemnobrązowe włosy. Odkręciła kran, zwilżyła dłonie i przygładziła kilka niesfornych kosmyków, które nie chciały się równo ułożyć na głowie. Wiosna przyszła w tym roku wyjątkowo późno, słońce na niebie widziała ostatni raz przed wieloma tygodniami. Przypomniała sobie, że na lato zaplanowała trzytygodniowy urlop. Ciekawe, czy zdążą wyjechać do firmowego domku, czy jagody będą dojrzałe i czy tym razem się na nie załapie. Na razie nie ma się co podniecać, że idzie lato. Urlop to też nic pewnego. W zeszłym roku trwał zaledwie cztery dni, bo pojawiły się „nagłe problemy wewnętrzne”, które trzeba było rozwiązać. No cóż, zdarza się. Taką wybrała sobie pracę. Wzięła do ręki teczkę i wyszła z szatni na korytarz, gdzie czekał na nią jej partner. Razem poszli korytarzem w kierunku zakratowanych drzwi. Przeszli rutynową kontrolę, ale gdy strażnik chciał otworzyć jej teczkę, położyła dłoń na zamku.

– Nie wolno jej otwierać – powiedziała. – Sprawdź na liście.

Strażnik wszedł do dyżurki i wziął do ręki czarną krótkofalówkę. Kobieta obserwowała przez dźwiękoszczelną szybę ruchy jego warg. Mężczyzna dowiedział się widocznie tego, o co pytał, bo wyszedł i skinął jej głową.

– Możecie iść – powiedział.

Drzwi rozsunęły się przed nimi, a gdy przez nie przeszli, od razu się zamknęły. Po kilku sekundach kolor lampy sufitowej zmienił się z czerwonego na zielony i otworzyły się przed nimi kolejne drzwi. Nienawidziła całej tej procedury, tych kilku chwil, gdy musi tu tkwić jak w śluzie. Czuje się wtedy jak więzień, jak gdyby niczym nie różniła się od tych, którzy są tu pod kluczem.

Wewnętrzny korytarz był słabo oświetlony, bo jarzeniówki pod sufitem zamontowano w zbyt dużej odległości od siebie. Ludzie chodzili więc w blasku bladego światła bijącego z góry i wyglądali jak trupy. Przytłumione dźwięki, niemal niesłyszalne kroki. Kobieta szła wpatrzona w plecy idącego przed nią mężczyzny. Po pewnym czasie stanęli przed otworem w ścianie. Mężczyzna zapukał, a gdy okienko się otworzyło i ukazała się w nim twarz starszego strażnika, wsunął do środka jakiś dokument. Po chwili strażnik wyszedł do nich z pękiem kluczy i bez słowa ruszył przed siebie korytarzem. Oboje poszli za nim. Po kilkunastu metrach strażnik wsunął klucz do zamka i otworzył ciężkie stalowe drzwi po prawej stronie, prowadzące do następnego korytarza. Było w nim jeszcze ciemniej niż w poprzednim. Po lewej stronie były okna, za którymi znajdowali się ludzie. Siedzieli w pomieszczeniach przypominających małe poczekalnie w kształcie sześcianu. Jedni coś czytali, inni wpatrywali się niespokojnym wzrokiem w szyby. Kobieta wiedziała, że nie mogą widzieć tego, co jest poza pomieszczeniami, za to sami są w pełni widoczni. W pewnej chwili strażnik się zatrzymał. Byli na miejscu. Strażnik przekręcił klucz w zamku i wpuścił ich do skromnie umeblowanego pokoju. Po obu stronach stały dwa krzesła i stolik, a na nim karafka z wodą, kilka plastikowych kubków i duży magnetofon.

– Daj nam kilka minut, potem możesz przyprowadzić pierwszą osobę – powiedział mężczyzna do strażnika. Ten skinął głową i zamknął za sobą drzwi. Kobieta postawiła teczkę na stole i wyjęła z niej dużą aktówkę ze zdjęciami, mapami i plikiem innych papierów. Na przedniej stronie widniała duża czerwona pieczęć ze słowem „TAJNE”. Pod spodem znajdował się napis:

SOR 234:397, Klass 3.

Raport w sprawie wydarzeń na Isoli.

Kobieta spojrzała na swojego partnera, który ze zmarszczonym czołem przeglądał papiery. Zauważyła, że wygląda na przestraszonego, co było do niego zupełnie niepodobne. Wiele razy widziała go poirytowanego, zmęczonego, znudzonego, sfrustrowanego, rozczarowanego, ale nigdy przestraszonego. Zastanawiała się, ile wie o sprawie, czy wie więcej od niej, a jeśli tak, to co. Obrzuciła go badawczym spojrzeniem. Mężczyzna zauważył, że mu się przygląda, i się uspokoił. Zamknął teczkę i z lekkim trzaskiem rzucił ją na stolik.

– Mam nadzieję, że czerwony kolor znowu przyniesie ci szczęście. Dzisiaj naprawdę będzie nam potrzebne – powiedział na wpół do niej, na wpół do siebie, siadając na krześle.

– To znaczy, że Anny Francis nie będzie? Jesteś tego pewien? – Czuła, że musi o to zapytać.

Mężczyzna popatrzył na nią.

– Nie, nie jestem, ale tak mi powiedzieli. A może wiesz coś więcej?

Kobieta pokręciła głową. Wiedziała jednak, że coś się w tym wszystkim nie zgadza. Za długo pracuje w tym fachu. Chciała coś dodać, ale się rozmyśliła. Wzięła aktówkę, wsunęła ją do teczki i postawiła na podłodze. Chciała spytać swojego partnera, czy wie, co się dzieje z Francis, gdzie przebywa i jak się czuje, ale w tym samym momencie otworzyły się drzwi.

POCZĄTEK

Anna

To ciekawe, że prawdziwą naturę innego człowieka poznajemy czasem przez przypadek. Mam na myśli sytuację, kiedy osobę, która na przykład siedzi po drugiej stronie pokoju, zaczynamy nagle postrzegać w taki sposób, jakbyśmy ujrzeli ją po raz pierwszy w pełnym świetle, jakbyśmy dopiero od tej chwili dostrzegli w niej konkretnego człowieka – człowieka w ogóle. Kiedy po raz pierwszy popatrzyłam tak na Henry’ego Falla, pracowaliśmy razem w tym samym wydziale już od pewnego czasu. Najdziwniejsze było to, że zaczęłam postrzegać Henry’ego inaczej przez pewien prosty gest.

Naszym szefem był młody człowiek o wielkich ambicjach. Powiadano o nim, że jest właściwą osobą na właściwym stanowisku, potrafiącą „zdynamizować naszą działalność”. Pewnego dnia zaprosił do siebie do domu cały nasz wydział. Czuliśmy się tam trochę obco i niezręcznie. Przyszliśmy w cywilnych ubraniach, panie nałożyły trochę bardziej odważny makijaż, napoje piliśmy w cienkich szklankach zamiast w zwykłych starych kubkach do kawy. Wiele osób założyło na tę okazję zupełnie nowe ubrania. Spod kołnierza bluzki, w której przyszła sekretarka z naszego wydziału – starsza kobieta z fryzurą przypominającą hełm – wystawała metka. Paragon włożyła pewnie do portfela z nadzieją, że następnego dnia zwróci bluzkę do sklepu i dostanie z powrotem swoje kupony. Oczami wyobraźni ujrzałam, jak stoi przed kasą z bluzką w reklamówce, krytykuje jej jakość, rozmiar i krój i wykłóca się o zwrot kuponów. Ekspedientka ma ostry makijaż na zmęczonej twarzy. Tak, naszej sekretarce pewnie się ten numer uda.

Tuż przed kolacją, którą przygotowano w przestronnym salonie z widokiem na zatokę, z chromowanego wózka zastawionego butelkami serwowano wino musujące marki Rotkäppchen. Ogarnęła mnie złość, że takiego smarkacza jak nasz szef stać na tak eleganckie mieszkanie w jednym z nowych wysokościowców na Lidingö, z widokiem na Karlsudd i bazę wojskową na wyspie Tynningö. Denerwował mnie wózek z alkoholem i wódka importowana z zachodniej Europy. Wszystko to mogło oznaczać, że nasz szef ma wpływową rodzinę (co by wyjaśniało, jakim sposobem dostał taką pracę). Henry trzymał się jak zwykle na uboczu. Nagle ujrzałam, jak bez żadnych ceregieli bierze butelkę drogiego koniaku, nalewa sobie do kieliszka, opróżnia go i odstawia bezdźwięcznie na wózek z alkoholem takim gestem, jakby to, co przed chwilą zrobił, w ogóle się nie wydarzyło. Nie było to zbyt wyszukane i gdyby chodziło o kogoś innego, takie zachowanie mogłoby nawet wzbudzić niepokój, sugerując alkoholizm, zszargane nerwy, osłabienie albo złe wychowanie. W przypadku kogoś tak opanowanego jak Henry chodziło o coś zupełnie innego: był po prostu głodny. Kiedy zobaczyłam, jak kilkoma łykami opróżnia kieliszek, po raz pierwszy przyszło mi na myśl, że być może nie jest tym, za kogo go brałam, i może być dla mnie groźny. Kiedy zaczęłam mu się przyglądać uważniej, zauważyłam kilka innych rzeczy. Przypominało to trochę zbieranie grzybów w lesie: najpierw nie widziałam nic, potem zobaczyłam coś, a na końcu ogarnęłam wszystko. Zwróciłam na przykład uwagę na jego śmiech. Okazało się, że Henry umie się śmiać! Nie było w tym nic dziwnego, ale przecież większość ludzi się nie śmieje. Ściągają usta, kaszlą, chichoczą, ale tak naprawdę wcale się nie śmieją. Tymczasem Henry śmiał się na cały głos, niepowstrzymanym śmiechem, który zupełnie nie pasował do jego stonowanego stylu bycia. Im dłużej razem pracowaliśmy, tym częściej starałam się sprowokować go do śmiechu. Robiłam to tylko po to, żeby zobaczyć, jak pochyla się nad biurkiem, ociera łzy z twarzy albo obnaża równe białe zęby. One też zwróciły moją uwagę – były po prostu ładne.

Henry był dość przeciętnym facetem. Swoje obowiązki wykonywał rzetelnie i nie pozwalał sobie na żadne ekstrawagancje. Nie ryzykował. Kiedy przez tydzień pełnił dyżur w kuchni, wszystko w niej lśniło. Nie był zamknięty w sobie, ale nie był też zbyt otwarty. Jeśli ktoś go nie pytał wprost, nie opowiadał o sobie. Jeśli jednak ktoś to zrobił, odpowiadał krótko i grzecznie. Opowiadał nam, co robił w weekend, co sądzi o filmie, który ostatnio oglądał, i dokąd pojedzie na urlop. Nigdy nie zdradzał więcej, podawał nam tylko tyle szczegółów, żeby odpowiedzieć na zadane mu pytanie. Często kontynuował rozmowę z osobą, która go zagadnęła, ale nie dlatego, że był nią jakoś szczególnie zainteresowany, tylko z grzeczności albo – jak po pewnym czasie zaczęłam podejrzewać – żeby nie mówić o sobie. Kiedy nasi koledzy zapraszali nas na urodziny, na grilla albo na piwo po pracy, Henry prawie zawsze odmawiał. Robił to grzecznie i za każdym razem miał uzasadnione powody: jego ciotka obchodzi urodziny, ma zarezerwowany termin w pralni, musi wyjechać, więc niestety… Chętnie wpadnie, ale następnym razem. Henry nikomu nie wadził i jemu też się nikt nie naprzykrzał. Wszyscy uważali, że Henry Fall to porządny człowiek, ale gdy nie było go w pracy, nikt nie zauważał jego nieobecności. Kiedy zaczęłam go obserwować, zwróciłam uwagę, że ten grzeczny dystans i zręcznie wystudiowana bezpretensjonalność nie są przypadkowe. Przeciwnie, Henry robił to świadomie, bo tak mu było najwygodniej.

Jego zewnętrzny wygląd też niewiele o nim mówił. Henry przypominał chłopca z małego miasta, który dorastał na trawniku za białym płotem. Uprawiał jakąś drużynową dyscyplinę sportu, zbierał naklejki i jeździł na obozy harcerskie. Był trochę więcej niż średniego wzrostu i miał kanciaste ramiona, jak ktoś, kto w młodości trenował. Nie był ani za gruby, ani za szczupły. Do ludzi odnosił się grzecznie. Włosy miał brązowe, do fryzjera chodził rzadko, ale policzki miał zawsze gładko wygolone. Jego blady nos pokrywały piegi, choć trudno byłoby określić, czy latem opala się na brązowo czy na różowo. Zimą zakładał czapkę i rękawiczki. Czasem przychodził do pracy w pstrokatych skarpetkach we wzorki. Wyobrażałam sobie, że ma w domu krawat ze Świętym Mikołajem, ale nigdy go w czymś takim nie widziałam. Henry mówił opanowanym, lekko zrzędliwym głosem. Był jak sąsiad, kumpel z dzieciństwa, ktoś, kogo kiedyś spotkaliśmy, chociaż trudno nam stwierdzić, gdzie i kiedy. Rozpływał się po prostu w masie innych ludzi. Gdybym wtedy nie zauważyła, jak sięga po koniak, prawdopodobnie nigdy nie zwróciłabym na niego uwagi.

Zaczęłam więc gromadzić o nim informacje, składając je w całość z niewielu znanych mi faktów. Henry nigdy nie mówił, że ma dzieci, żonę albo dziewczynę. Doszłam więc do wniosku, że jest singlem. Pewnego wieczoru zobaczyłam go na peronie dworca w towarzystwie kobiety, która nie pracowała w naszym wydziale. Była ładna, elegancka i przypominała kobiety z dawnych klas wyższych. Miała czekoladowobrązowe obcięte na pazia włosy, ubrana była w płaszcz z futrzanym kołnierzem. Kiedy się śmiała, kładła rękę na jego ramieniu. Pomyślałam, że pewnie są parą albo przynajmniej ze sobą sypiają. Próbowałam sobie wyobrazić, jak na pozwijanym prześcieradle uprawiają namiętnie seks, ale przychodziło mi to z trudem. Na myśl o tym, że ktoś tak opanowany jak Henry mógłby się zachowywać w taki sposób, zrobiło mi się wstyd. Mimo to nie dawało mi to spokoju. Zauważyłam, że w pracy często gapię się na jego dłonie, a gdy zostawałam sama, snułam fantazje, że mnie nimi dotyka, choć trudno mi było sobie wyobrazić, że do czegoś takiego mogłoby faktycznie dojść. Zazwyczaj kończyło się na tym, że czułam się jak idiotka i wcale nie byłam podniecona. Wiedziałam, że nie powinnam się tak zachowywać, a mimo to nie przestawałam o nim myśleć.

Jakiś czas po historii z koniakiem przydzielono nam pewne zadanie. Nic szczególnego, zwykłe zlecenie, które trzeba było po prostu wykonać. Tymczasem zdarzyło się coś, co oboje nas zaskoczyło: w trakcie pracy okazało się, że tworzymy zgrany duet. Czynności, które na co dzień wydawały nam się szare i nudne, nagle stały się interesujące. Mijały tygodnie, a my coraz częściej zostawaliśmy w biurze sami, pogrążeni w dyskusjach o szczegółach, które interesowały tylko nas i nikogo innego. Zrodziło się między nami pewne intuicyjne porozumienie, dzięki czemu wspólne przebywanie zaczęło nam sprawiać przyjemność. Złapałam się na tym, że nie mogłam się doczekać, gdy wszyscy pójdą do domu, a my zostaniemy na cały wieczór sami, gdy w całym budynku – z wyjątkiem naszej małej, rozświetlonej blaskiem jarzeniówek wyspy – zgasną światła, a my zasiądziemy nad kubkami kawy, stosem papierów i owiniętymi w celofan kanapkami z ogórkiem kiszonym, które kupimy w automacie na korytarzu. W takich chwilach Henry jakby wypełzał ze swojej skorupy i stawał się bardziej ludzki. Zawijał rękawy koszuli powyżej łokci i co jakiś czas, chyba całkiem nieświadomie, przeciągał dłonią po włosach.

Dzięki intensywnej pracy nasz wydział został nominowany do nagrody za najlepsze wyniki. Wprawdzie ostatecznie trafiła ona do kolegów z innego wydziału, ale wcale mnie to nie zmartwiło. Dla mnie największym i nieoczekiwanym odkryciem okazał się Henry. Kiedy następnego dnia spotkałam go przy automacie z kawą, zauważyłam, że nie był zadowolony z rozstrzygnięcia konkursu. Wspomniałam o nagrodzie, a on spojrzał na mnie zaciętym wzrokiem i syknął coś w odpowiedzi. Domyśliłam się, że chociaż Henry był człowiekiem opanowanym i grzecznym, w tym momencie kipiał złością i mimo bezpretensjonalnego sposobu bycia nie lubił przegrywać.

Kilka dni później nasz młody szef zaprosił nas na kolację. Tym razem chciał nam zasygnalizować, że chociaż nie wygraliśmy konkursu, docenia nasz wysiłek. „Dla mnie, jako waszego przełożonego, wszyscy jesteście zwycięzcami”, napisał w cotygodniowym newsletterze, już po wysłaniu nam zaproszeń. Podejrzewałam, że zaczerpnął to zdanie z jakiegoś podręcznika dla menedżerów.

Kolacja odbyła się w jednej z najbardziej ekskluzywnych restauracji. Słynęła ona z importowanych świeżych ananasów i z tego, że prawie nigdy nie miała problemów z prądem. Niestety, jedzenie było suche i drogie, a kelnerzy niegrzeczni. Siedziałam obok Henry’ego i czułam się trochę niezręcznie: wszyscy patrzyli na nas takim wzrokiem, jakbyśmy samą swoją obecnością w tym miejscu i wznoszeniem toastu za projekt, który nie dostał żadnej nagrody, zdradzali swoje prywatne tajemnice. Byłam tak pochłonięta myślami, że nie zauważyłam, iż sztywni kelnerzy coraz częściej dolewają mi alkoholu do kieliszka. Kiedy byliśmy mniej więcej w połowie kolacji, poczułam, że jestem pijana. Na moje nieskładne i bardzo osobiste pytania Henry odpowiadał grzecznie, acz z pewnym dystansem. Posługiwał się zupełnie innym tonem niż wtedy, gdy zostawaliśmy wieczorem w biurze. Zachowywał się tak, jak gdyby w grzeczny sposób chciał mi dać do zrozumienia, żebym się odczepiła, i zamiast zajmować się mną, przez większą część wieczoru rozmawiał z jednym z naszych kolegów z biura o wadach i zaletach składowania kompostu na działce. Do domu wracałam taksówką, czułam, jak ogarnia mnie lęk. Zaczęło do mnie docierać, że się wygłupiłam, chociaż nie mogłam sobie przypomnieć, w jaki sposób. Za oknem taksówki pojawiali się pojedynczy ludzie, którzy wracali na noc do domu albo kierowali się w stronę alei Zaprzyjaźnionych Narodów. Na dworze padał śnieg. Taksówkarzowi dałam zbyt szczodry napiwek, weszłam do mieszkania, zdjęłam buty, poszłam do salonu, rozebrałam się i rzuciłam na niepościelone łóżko. W pewnej chwili poczułam, że robi mi się niedobrze, a moje łóżko pędzi w błyskawicznym tempie przez niewidzialny tunel. Przewróciłam się na plecy i próbowałam się skoncentrować na jakimś punkcie na suficie. W końcu zasnęłam, chociaż nie zauważyłam kiedy. Śnił mi się Henry. Znajdowaliśmy się w dużym białym pokoju, leżeliśmy w łóżku w samej bieliźnie. W ślepym oknie poruszały się firanki. Chcieliśmy się całować, ale za każdym razem coś nam w tym przeszkadzało. Czas jakby się kurczył i rozciągał. W sąsiednim pokoju trwała impreza. Ludzie przez cały czas tam wchodzili i czegoś szukali. W pewnym momencie Henry też wyszedł z naszego pokoju i zaczął czegoś szukać. Po chwili wrócił, ale znowu wstał z łóżka. „Może w końcu mnie pocałuje” – pomyślałam we śnie. Zadzwonił budzik, a ja nie wiedziałam, gdzie jestem. Kiedy w końcu zrozumiałam, że leżę we własnym łóżku, miałam ochotę wedrzeć się z powrotem do mojego snu.

Poranne czynności wykonywałam jak we mgle. Wzięłam prysznic, umyłam zęby i ubrałam się, nie zwracając uwagi na to, co zakładam. Każda komórka mojego ciała krzyczała, że chce się od niego oderwać. Jadąc kolejką do pracy, siedziałam skurczona, jakby przed chwilą ktoś walnął mnie w brzuch. Miałam kaca i ogarnął mnie „chemiczny lęk”. Nie byłam pewna, co wygadywałam podczas wieczornej imprezy. Obserwowałam szare przedmieścia i ze wszystkich sił próbowałam sobie przypomnieć każde wypowiedziane słowo i każdy wykonany gest. W pewnej chwili stało się dla mnie jasne, że chyba zakochałam się w Henrym.

Kilka tygodni później nasz szef wezwał mnie niespodziewanie do swojego gabinetu i poprosił, abym skompletowała dream team. Tak się właśnie wyraził. Mieliśmy oszacować koszty i przeprowadzić analizę pewnej operacji na wypadek, gdyby zlecono nam realizację misji humanitarnej w Protektoracie Kyzył-kum położonym między Turkmenistanem a Uzbekistanem. Tereny te oddano pod nadzór Unii Przyjaźni na początku XXI wieku, zaraz po zakończeniu drugiej zimnej wojny. Im bardziej nasz szef zagłębiał się w istotę misji, tym sceptyczniej oceniałam szanse jej realizacji. Projekt pomocowy już po pobieżnym zapoznaniu się z niektórymi jego założeniami wydał mi się niewykonalny. Za równie trudne uznałam przygotowanie rzetelnej kalkulacji, uwzględniającej takie składniki, jak wydajność pracy, koszty materiałowe i osobowe wyłącznie na podstawie luźnych przesłanek i sztywnych ram finansowych, które udostępniono nam w celu opracowania kosztorysu. Wsłuchując się w słowa szefa, czułam, jak drżą mi kolana, chociaż było to bardziej wrażenie niż rzeczywiste drżenie. W pewnej chwili uświadomiłam sobie, że zamierzamy zrobić coś, co naprawdę będzie miało jakieś znaczenie. Coś dobrego. Projekt oznaczał niewolniczą harówkę przy biurku, konieczność sporządzenia szczegółowych wyliczeń i koordynacji między wydziałami wielu różnych urzędów, które słynęły ze złej organizacji pracy. Tymczasem czasu na przygotowania pozostało nam naprawdę niewiele. Krótko mówiąc, projekt był niewykonalny. Czułam jednak, że mimo tylu biurokratycznych barier i komplikacji tli się iskierka nadziei, że nam się uda. Zadeklarowałam więc gotowość podjęcia się tego zlecenia i z satysfakcją przyglądałam się zdumionej twarzy szefa, który chyba nie mógł uwierzyć, że jednak zgodziłam się przyjąć to wyzwanie. Upewniałam się tylko, czy faktycznie będzie mi wolno dobrać sobie współpracowników według własnego uznania.

– Pod warunkiem, że sami się zgodzą – zastrzegł szef, po czym podał mi rękę i znowu spojrzał na mnie zdumionym wzrokiem. Widać było, że moja decyzja go zaskoczyła. Być może spodziewał się, że będę go podejrzewać, iż pod pretekstem tego zlecenia chce mi dać kopa w dół i nawet się z tym nie kryje. A może czekał na trudne pytania, objawy niechęci albo oporu z mojej strony?

Zaraz po spotkaniu wróciłam do biura, żeby poszukać Henry’ego. Po ostatnim projekcie kilka razy poszliśmy razem na lunch. Potem coś się zmieniło i zaczęłam się czuć tak, jak gdyby nasza skryta nić nagle pękła. Przestaliśmy wspólnie pracować wieczorami i dlatego ucieszyłam się, że będę miała pretekst, aby odbudować to, co nas niedawno łączyło.

Henry’ego spotkałam na korytarzu. Kiedy zaciągnęłam go do stołówki i opowiedziałam o nowym projekcie, zauważyłam, że oczy mu rozbłysły. Okazało się, że w wojsku nauczył się sporządzać ten rodzaj kalkulacji, który będzie nam potrzebny do wyliczenia kosztów. Od razu wiedziałam, że pozyskanie go do mojego zespołu to strzał w dziesiątkę. Dość długo rozmawialiśmy, od czego zacząć, które osoby z naszego wydziału powinniśmy zaangażować i w jaki sposób przygotować cały projekt pod względem logistycznym i czasowym. W pewnym momencie poczułam się tak, jakbyśmy wrócili do naszej poprzedniej „bańki”. Kiedy rozmowa dobiegła końca i rozeszliśmy się do domów, doznałam ulgi. Po raz pierwszy poczułam, że bez względu na to, co nas czeka, między mną a Henrym istnieje pewna więź i oboje o tym wiemy.

Kiedy następnego dnia przyszłam do pracy, w skrzynce czekał na mnie e-mail od Henry’ego. Wysłał go do mnie poprzedniego wieczora. Napisał w nim, że mimo wszystko nie będzie mógł wziąć udziału w moim projekcie, ponieważ doszedł do wniosku, że ma niewystarczające kwalifikacje: „…i dlatego muszę się niestety wycofać. Mam nadzieję, że nie sprawię Ci tym zbyt wielu kłopotów. Pozdrawiam”. List napisano formalnym językiem, jak gdyby jego autorem była obca mi osoba, która grzecznie, acz stanowczo odmawia prenumeraty jakiejś gazety. Godzinę później sekretarka poinformowała mnie, że Henry ma grypę i został w domu. Następnego dnia Henry zjawił się w biurze, jakby nic się nie stało, ale nawet słowem nie wspomniał o projekcie ani o swoim dziwnym e-mailu napisanym sucho brzmiącym tonem. Wobec mnie nadal zachowywał się grzecznie i poprawnie. Miesiąc później przestał pracować w naszym wydziale i przeszedł do Budynku F. Został tam szefem Wydziału do spraw Oceny Programów Rehabilitacyjnych. Ostatniego dnia pożegnaliśmy się jak dwie obce sobie osoby, choć umówiliśmy się niezobowiązująco, że wybierzemy się kiedyś razem na lunch. Oczywiście, nic z tego nie wyszło, bo Henry już się do mnie więcej nie odezwał. Co jakiś czas widywałam go na peronie kolejki, ale ani razu do niego nie podeszłam i z nim nie rozmawiałam.

Do kolejnej naszej rozmowy doszło po długiej przerwie, na Isoli.

Zlecenie, z którego Henry się wycofał, zakończyło się niespodziewanym sukcesem. Dziwnym zrządzeniem losu – chyba tylko dlatego, że chciałam utrzeć nosa szefowi, a przy okazji Henry’emu – zrealizowałam je w wyznaczonym terminie, nie przekroczyłam budżetu i osiągnęłam wyznaczony cel. W nagrodę pojechaliśmy z częścią zespołu do Kyzył-kum. Mieliśmy dopilnować, żeby wszystko poszło jak należy, gdy nasz projekt pomocowy zostanie wdrożony. Na początku chodziło tylko o jedną wizytę, ale potem kilka razy poproszono nas, abyśmy tam jeszcze wrócili. Każdy kolejny pobyt był coraz dłuższy. W końcu doszło do tego, że sama kierowałam projektem, koordynując na miejscu współpracę z akcjami wojskowymi. Kiedy między lokalnymi klanami doszło do eskalacji napięć, a w okolicy wybuchły rozruchy, okazało się, że tylko my jesteśmy na miejscu i tylko my kontynuujemy akcję humanitarną. Wojsko też tam było, ale miejscowa ludność nie bez powodu żywiła wobec żołnierzy pewne obawy. Ludzie przychodzili więc do nas, a ja z szefowej organizacji humanitarnej stałam się szefową obozu dla uchodźców, który każdego dnia coraz bardziej się rozrastał. Najgorsze było to, że nie miałam zielonego pojęcia, jak się takim obozem zarządza. Nigdy wcześniej nie miałam z czymś takim do czynienia. Brakowało mi kwalifikacji, a tymczasem do obozu przez cały czas napływały tłumy zrozpaczonych ludzi, którzy nie mieli nic oprócz ubrań. Przez cały czas czekaliśmy na obiecaną pomoc, a gdy w końcu nadeszła, okazało się, że jest tak symboliczna, iż uwłacza to ludzkiej godności.

Brak kwalifikacji i wiedzy starałam się nadrabiać ciężką pracą. Harowałam, jak nigdy przedtem. Najpierw po całych dniach, potem także nocami. W końcu wszystko zaczęło działać jak należy. Poczułam się tak, jakbym znalazła ukryte konto, do tej pory nienaruszone i dlatego wciąż z mnóstwem pieniędzy. Robiłam rzeczy, o których dawniej nawet mi się nie śniło, czerpałam z mojego wewnętrznego konta całymi garściami, a konsekwencje takiego zachowania zauważyłam dopiero wtedy, gdy było już za późno. W trakcie pracy nie miałam czasu na choćby chwilę zastanowienia, liczył się tylko wynik. Wszyscy pracowaliśmy tak ciężko, że czasem nie widzieliśmy na oczy z przemęczenia. Pewnego dnia zauważyliśmy, że ludzie zaczęli traktować nas jak bohaterów. Odwiedzali nas dziennikarze, którzy robili nam zdjęcia, zadawali pytania i wracali do domu bezpiecznymi środkami transportu. Co jakiś czas docierały do nas gazety, chociaż na poczcie nie można było polegać. Czytaliśmy w nich o naszych wspaniałych czynach. Takie teksty wydawały się nam czymś nierzeczywistym i wprost niedorzecznym, bo w tym samym czasie staliśmy po kolana w błocie, starając się wytłumaczyć ludziom, dlaczego nie ma co jeść i dlaczego nie umiemy im pomóc wydostać się z tego miejsca. Mimo to pracowaliśmy bez ustanku. Dostawaliśmy nagrody, mówiły o nas media. Nasz młody szef awansował i przeniósł się do innego wydziału, a ja stawałam się coraz bardziej znana. Za każdym razem, gdy wracałam do kraju, moja popularność stwarzała mi coraz więcej kłopotów. Zapraszano mnie do programów radiowych i telewizyjnych jako eksperta od Kyzył-kum, a potem zaczęto interesować się moim życiem prywatnym. Jeden z największych państwowych portali informacyjnych przyznał mi tytuł Bohatera Unii. Zapraszano mnie do programów kulinarnych, żebym gotowała razem z celebrytami, znani z koszmarnego smaku dekoratorzy wnętrz proponowali, że na nowo zaprojektują mi salon w domu, politycy chcieli mnie sadzać na honorowym miejscu podczas wielkich gali i konwencji partyjnych, miałam chodzić po czerwonych dywanach i tak dalej. Za każdym razem odmawiałam, bo przerażało mnie, że w końcu stanę się powszechnie rozpoznawaną osobą. Dlatego – choć może to dość dziwnie zabrzmieć – powroty do Kyzył-kum, gdzie katastrofa humanitarna wciąż trwała, przyjmowałam z ulgą.

W końcu nie dało się tak dłużej żyć. Stało się tak z wielu różnych powodów. A jak już wszystko zaczęło się sypać, to na dobre. Polecono mi zakończyć projekt i dwa lata po pierwszej wizycie musiałam opuścić Kyzył-kum na zawsze. Po powrocie do domu byłam w bardzo złej kondycji. Pierwszy miesiąc spędziłam na zamkniętym oddziale rekonwalescencji w szpitalu dla kombatantów i weteranów. Potem przeniesiono mnie na bardziej wyspecjalizowany oddział, aż w końcu dostałam wypis i wróciłam do rodziny i do mojej dawnej pracy przy biurku. Po pewnym czasie ogarnęła mnie nuda, poczucie bezsensu, a zwłaszcza wstydu: oto bowiem wróciłam do mojego bezpiecznego kraju, wygodnego domu i pełnej lodówki, podczas gdy ludzie w Kyzył-kum nadal potrzebują pomocy. Poczułam się tak, jakbym ich na różne sposoby zdradziła. Przypomniała mi się książka, którą dawno temu czytałam. Opowiadała o nieszczęściach, jakie spadały na ludzi obarczonych poczuciem strasznej winy, że udało im się przeżyć. Wtedy wydawało mi się to absurdalne, ale teraz, w świetle tego, przez co przeszłam w Kyzył-kum, stało się to dla mnie w pełni zrozumiałe. Czułam się tak, jakbym nie miała racji, jak gdyby gdzieś popełniono błąd. A może po prostu udawałam? Po powrocie do kraju, podczas pobytu w szpitalu, miałam ochotę tylko na jedną rzecz: żeby się wreszcie porządnie wyspać. Kiedy jednak rehabilitacja dobiegła końca i wypisano mnie do domu, zaczęłam sypiać coraz gorzej. Kyzył-kum nadal mocno we mnie tkwiło. Byłam jak górnik, który po latach pracy w kopalni nie może zmyć z rąk pyłu węglowego. Ogarnął mnie strach i niepewność. Nocny chłód, wszechobecny niepokój, szepty dobiegające z sali, w której spaliśmy, nocne eksplozje, dalekie i bliskie… Słyszałam drapanie szczurów, kroki ludzi, nakrywałam się cienkim wojskowym kocem, jakbym marzła, chociaż leżałam we własnym mieszkaniu pod ciepłą puchową kołdrą. Często siadałam nocą na kanapie i zaspanymi oczami oglądałam telewizyjne programy o groźnych zwierzętach, wojnach albo zbrodniach popełnionych przed laty, czarno-białe kroniki filmowe albo filmy dokumentalne o spokojnej akcji, które lecą w telewizji w porze, gdy normalni ludzie śpią. Często siedziałam tak do świtu, słyszałam, jak gazeciarze wrzucają mi przez szczelinę w drzwiach prasę do mieszkania. Bałam się tego dźwięku, a zarazem czekałam na niego, bo był dla mnie sygnałem, że zarwałam kolejną noc i doznałam kolejnego niepowodzenia. Ten sam dźwięk oznaczał też, że mogę wrócić do łóżka, żeby się ze dwie godziny przespać, zanim budzik wyrwie mnie ze snu, zapowiadając nowy dzień.

Siri nadal mieszkała u Nour. Niby nie było w tym nic dziwnego, ale tylko pozornie. Nour zadziwiła mnie już w dniu, w którym Siri się urodziła, bo zaczęła robić rzeczy, których nie doświadczyłam od niej przez całe moje dzieciństwo. Pierwszym prezentem, jaki podarowała Siri, była sukienka przypominająca tort na wesele oligarchy: gigantyczne białoróżowe ciasto z migdałowej masy w kształcie wieży, udekorowane wzdłuż i wszerz koronkami. Odwróciłam sukienkę na drugą stronę i znalazłam nalepkę z informacją, że należy ją prać chemicznie. Wyraziłam wątpliwość, czy niemowlę potrzebuje sukienki, której nie można uprać w zwykłej pralce, ale Nour pokręciła z irytacją głową.

– Powinnaś się pozbyć tak pruderyjnego nastawienia – powiedziała, zaciągając się mocno dymem z cygaretki. Robiła to mimo tabliczek z zakazem palenia tytoniu na szpitalnym oddziale. – Niech nosi ładne ubrania, nikt od tego jeszcze nie umarł.

Tego rodzaju stwierdzenie w ustach kogoś, kto kiedyś strzygł włosy swojemu dziecku za pomocą kuchennych nożyc i co rok kupował mu używane wojskowe ubranie, bo było „niedrogie, praktyczne i poprawne politycznie”, wydawało się dużą przesadą. Nour posługiwała się tymi czterema słowami, aby w skrócie opisać, jak mnie wychowywała w tamtym okresie. I tylko w jednym była dobra – w zapominaniu. Czułam jednak wobec niej wdzięczność, że okazywała Siri tak duże zainteresowanie, co wcale nie musiało być aż tak oczywiste, choć była jej babcią.

Szybko się okazało, że Nour nie tylko interesuje się Siri, ale naprawdę ją kocha. Na dodatek Siri odwzajemniała to uczucie. Kochała swoją „mommo” z twarzą pooraną zmarszczkami, farbowanymi na czarno włosami (Nour posiwiała, choć właściwiej byłoby powiedzieć, że włosy jej zbielały; stało się to przed wielu laty, ale Nour nadal je farbowała), jej szorstkim obejściem i zakasanymi po łokcie rękawami koszuli. Nour pachniała tytoniem i szamponem z domieszką olejków z brodźca paczulki. Kiedy wpadała w złość, waliła kulą o podłogę; kiedy gotowała ćevapčići, nuciła coś pod nosem i paliła tytoń. Mieszkała na Osiedlu Olofa Palmego, które kiedyś nazywano Starym Miastem. Siri często u niej zostawała, jeszcze zanim wyjechałam do Kyzył-kum. Później doszłam do wniosku, że chyba zbyt często. Nour odbierała Siri z wojskowego żłobka, przywoziła ją do swojego domu, gotowała jedzenie. Ja odbierałam ją od Nour około siódmej wieczorem. Jeśli pracowałam do późnych godzin, Siri zostawała u niej na noc.

Z czasem biuro Nour zamieniło się w pokój dla Siri. Ze stosami książek i papierów działo się coś, co nigdy nie zdarzało się w okresie mojego dzieciństwa – zmieniały albo zwalniały miejsce. Coraz więcej przestrzeni w pokoju zajmowała armia pluszaków i innych zabawek, małe sukieneczki i kwiecista kołdra. W końcu stosy książek wylądowały pod ścianami, gdzie znalazły sobie nowe miejsce. Z czasem niektóre z nich trafiły nawet do kartonów na strychu. Fakt, że podczas mojego pierwszego wyjazdu to właśnie Nour opiekowała się Siri, nie wydawał się niczym niezwykłym. Najdziwniejsze było to, co stało się później: Siri tak naprawdę nigdy nie wróciła do naszego mieszkania, a ja nie zauważyłam, jak i kiedy to się stało. Kiedyś, gdy byłam młodsza, Nour wymusiła na mnie, żebym przeczytała jedną z jej ulubionych, zakurzonych powieści. Zapamiętałam z niej fragment, w którym główny bohater, spytany o to, jak bankrutował, odparł: „Sukcesywnie, a potem nagle”. Dokładnie tak to wyglądało z Siri, gdy przeprowadziła się do Nour. Kiedy pierwszy raz wróciłam z Kyzył-kum, już wiedziałam, że wkrótce znowu tam pojadę. Doszłam więc do wniosku, że nie ma sensu zabierać Siri do siebie. Potem sytuacja się powtórzyła. Następnym razem, gdy wróciłam do kraju chora, uznałam, że zabieranie Siri od Nour jest niepotrzebne, żeby nie powiedzieć: niemożliwe. Później okazało się to niepotrzebne z zupełnie innych, bardziej skomplikowanych powodów. Kiedyś obserwowałam, jak Nour i Siri siedzą z pochylonymi blisko głowami i zrozumiałam, że do siebie pasują. Gdy wychodziły na dwór, Nour wspierała się jedną ręką na kuli, a na drugą brała Siri, chociaż musiało to być dla niej trudne i niewygodne.

Nigdy wcześniej nie postrzegałam Nour w taki sposób. Nagle okazało się, że jej troskliwość jest wprost niezmierzona. Razem z Siri gotowały jedzenie, zaplatały włosy, ubierały się, zaciągały zamek błyskawiczny, zawiązywały sznurowadła. Siri wkładała jej rękę we włosy, kładła na ramieniu, dotykała policzków. Kiedy na nie patrzyłam, widziałam zamknięty, zwarty, samowystarczalny system, w którym jedna strona przekazuje drugiej część swojej energii i w którym niczego nie brakuje. Kiedy wyjeżdżałam, siedziały w domu, tworząc własny, codzienny świat, gdzie bywałam gościem. Czasem odnosiłam wrażenie, że im przeszkadzam. Wydawało mi się, że obie czują wstyd, bo powinny mnie kochać, a nie potrafią. Siri mieszkała więc nadal z Nour, a ja odwiedzałam je dwa razy na tydzień. Ale nawet gdy przebywałyśmy razem w tym samym pokoju, wydawało mi się, że patrzę na nie jakby z zewnątrz. Siedziały w kręgu światła, pochylone ku sobie, pogrążone we wspólnych zajęciach wymagających skupienia i uwagi. Czasem chciałam wyciągnąć rękę, żeby je dotknąć, ale nie mogłam się przemóc. Przestałam być częścią mojej rodziny, a one stały się kimś innym niż ja.

Osoba, która patrzyła na mnie z lustra, bardzo mnie przypominała: wysoka kobieta w średnim wieku, w praktycznym ciemnym ubraniu, z krótko obciętymi włosami, które z jasnych stały się szare. Twarz w lustrze była chuda i poważna. Być może byłaby ładna, a przynajmniej nieodpychająca, gdyby nie zmarszczki, czerwone plamy po egzemie i ciemne cienie pod oczami. I właśnie oczy stanowiły największy problem, bo przestały należeć do mnie. Z głębokich oczodołów patrzyła na mnie zupełnie obca osoba. W jej oczodołach krył się jakiś człowiek, który jakby wyglądał z czarnego okna, ukryty w ciemnościach, nie do zauważenia. Coraz częściej łapałam się na tym, że pragnę wrócić do pełnego namiotów obozu w Kyzył-kum, chociaż tak naprawdę było to ostatnie miejsce na ziemi, do którego chciałabym się przenieść. Mieszkałam we własnym domu, ale nigdy nie czułam się tak zagubiona, jak w tamtym czasie.

I właśnie wtedy zaproponowano mi nowe zadanie.