Strona główna » Literatura faktu, reportaże, biografie » El Negro i Ja

El Negro i Ja

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-942777-3-4

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “El Negro i Ja

El Negro i Ja" to reporterska próba odtworzenia życia tzw. buszmena z Banyoles - zmumifikowanego, wypchanego człowieka, który był wystawiany publicznie aż do lat 90. XX wieku jako eksponat muzealny. Frank Westerman, holenderski reporter, próbuje przywrócić buszmenowi z Banyoles jego ludzką godność, jednocześnie stawiając pytania o istotę rasizmu.

Polecane książki

Dokładny opis przejścia gry przygodowej Undercover: Operation Wintersun, w której jako angielski fizyk, profesor John Russell, zostajesz zwerbowany przez M16 i wysłany Niemiec w celu odkrycia i zneutralizowania tajnej broni III Rzeszy. Undercover: Operation Wintersun - poradnik do gry zawiera poszuk...
PROROCZE NAMASZCZENIE NA DZIŚ Decydujący Moment to fascynujące spojrzenie na niezwykłe sposoby, jakimi posługuje się Bóg, aby używać zwykłych lu­dzi, którzy zmieniają dzieje świata. Opowieść ta stanowi jed­nak więcej niż samą historię. Rzuca ona światło na teraźniej­sz...
Liryczna i halucynacyjna mieszanka prozy, poezji, tekstów piosenek oraz autobiografii będąca poszukiwaniem źródła sensu, inspiracji i miłości.  Zarazem – jak to określa sam Cave – „poemat drogi i horror, gdzie Autostopowicz miesza się z Księgą Psalmów, z Johnem Berrymanem, z domieszką indygenizmu i ...
Część 5 serii Bound Hearts. Kimberly unikała Jareda już od roku. Wyczuwała, że to właśnie on stanowi największe zagrożenie dla jej postanowienia. A była zdeterminowana przerwać bezsensowny cykl ciążący na kobietach w jej rodzinie. Wymuszone życie w cnocie i małżeństwo z mężczyzną wybranym przez o...
Kolejna po „Seksbombach PRL-u” bogato ilustrowana opowieść Krzysztofa Tomasika o kinie, seksie i PRL-u snuta poprzez biografie gwiazd polskiego filmu. Tym razem bohaterki – Ewa Krzyżewska, Halina Kowalska, Anna Chodakowska, Marzena Trybała, Ewa Sałacka i Maria Probosz – reprezentują typ dużo odważni...
Postępowania cywilne w zakresie nieruchomości to monografia, która zawiera omówienie przepisów procedury cywilnej oraz prawa materialnego dotyczącego praw i roszczeń związanych z własnością nieruchomości oraz innymi tytułami prawnymi do jej posiadania. Omawiając poszczególne zagadnienia autor podawa...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Frank Westerman

Tytuł oryginału

El Negro en ik

Copyright © Frank Westerman, 2004, published with De Bezige Bij, Amsterdam

Copyright © for the Polish translation by Małgorzata Woźniak-Diederen, 2015

Copyright © for this edition by Fundacja Instytut Reportażu, 2015

Wydanie pierwsze

Wydawca dziękuje za wsparcie otrzymane od Holenderskiej Fundacji

na rzecz Literatury (Dutch Foundation for Literature)

REDAKCJA

Justyna Wodzisławska

KOREKTA I POPRAWNOŚĆ JĘZYKOWA

Małgorzata Włodarczyk

PROJEKT GRAFICZNY I TYPOGRAFICZNY SERII I OKŁADKI

Magdalena Wdowicz-Wierzbowska

ADAPTACJA PROJEKTU OKŁADKI, SKŁAD I ŁAMANIE, DTP

Dominika Jagiełło /OneOnes Creative Studio/

www.behance.net/OneOnes

FOTOGRAFIA NA OKŁADCE

© Hans Neleman/The Image Bank/Getty Images

FOTOGRAFIA AUTORA

Keke Keukelaar

ISBN 978-83-942777-3-4

REDAKTOR NACZELNA WYDAWNICTWA

Julianna Jonek

Dowody na Istnienie

Imprint Fundacji Instytut Reportażu

Gałczyńskiego 7, 00-362 Warszawa

www.instytutR.pl, dowody@instytutR.pl

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Prolog

Czy można ustalić przyczynę śmierci kogoś, kto zmarł ponad sto pięćdziesiąt lat temu?

Zespół dziewięciu koronerów podjął taką próbę w czerwcu 1993 roku. Na stole leżało zakonserwowane ciało nieznanego Afrykanina zmarłego w 1830 czy 1831 roku – Obiekt numer 1004.

Na wszelki wypadek, aby uniknąć posądzeń o stronniczość, biali medycy – antropolodzy sądowi, radiolodzy i toksykolodzy – wybrali do raportu z autopsji cytat z przemówienia Martina Luthera Kinga: „Uważamy za prawdę oczywistą, że wszyscy ludzie zostali stworzeni równymi”.

Koronerzy zabierają się do pracy skrupulatnie; zaczynają od badania ciała. Każdy centymetr kwadratowy dokładnie sprawdzają, opukują i oglądają pod szkłem powiększającym. Na lewym boku, od biodra do pachy, widać długą bliznę – wygląda jak zamek błyskawiczny kombinezonu nurka. Okazuje się, że była to rana cięta, płytka, zaszyta. Jedynym innym okaleczeniem jest brak napletka: zmarły był obrzezany. Poza tym na ciele nie widać szram, stłuczeń ani obrażeń.

„Nie znaleźliśmy żadnych śladów użycia przemocy zewnętrznej, które mogłyby wskazywać na gwałtowną śmierć” – raportowali koronerzy.

Analiza uzębienia wykazała, że mężczyzna miał dwadzieścia siedem lat – z marginesem błędu około trzech lat. Był niewysoki, za życia miał sto trzydzieści pięć centymetrów wzrostu (najwyżej sto czterdzieści). Palce u nóg miał szeroko rozstawione, co mogło wskazywać na to, że przemierzał duże odległości na bosaka.

Badania dermatologiczne sugerują, że skóra została wyprawiona jak cielęca. W jej porach znaleziono resztki arszeniku, który zaburzył pigmenty, co w rezultacie doprowadziło do bielenia naturalnego koloru skóry. Aby zapobiec wybieleniu, smarowano skórę pastą do butów.

W katalońskim mieście Girona, w Szpitalu Uniwersyteckim imienia Doktora Josepa Truety, ciało prześwietlono promieniami Roentgena. Podświetlone fotografie ujawniły, że kręgosłup został zastąpiony dwoma żelaznymi prętami. Tak jak betonowa rzeźba zawdzięcza swoją wytrzymałość żelaznemu uzbrojeniu, tak ciało tego człowieka zostało od środka wzmocnione podwójnym żelaznym prętem od pięt po czubek głowy.

Na wysokości obojczyka radioskopia pokazała poprzeczną drewnianą belkę zastępującą ramiona, do której przyczepione były prawdziwe kości rąk (ramienna, promieniowa i łokciowa).

Mięśnie, organy i warstwy tłuszczu usunięto. Ciało wypełniono słomą.

Medycy chwalą pracę preparatora, bo chociaż mężczyzna został pozbawiony kręgosłupa, to proporcje ciała „zachowały doskonałą harmonię”.

Aby określić rasę Obiektu numer 1004, patomorfolodzy sięgnęli do antropometrii. Ta technika etnicznej identyfikacji ludzkich kości opiera się na wyróżnieniu trzech głównych grup: kaukaskiej (białej), mongoidalnej (żółtej) i negroidalnej (czarnej). Na podstawie tuzina kryteriów, między innymi indeksu czaszki (szerokość podzielona przez długość razy sto) i wyglądu jamy nosowej (w kształcie kropli, owalnej albo okrągłej), grupa uczonych doszła do wniosku, że ma do czynienia z „typem negroidalnym o cechach charakterystycznych dla afrykańskiego Buszmena”.

Jedyną wskazówką co do możliwej przyczyny śmierci są wrośnięte paznokcie rąk i nóg, co może świadczyć o zapaleniu płuc.

Z zachowanego skąpego materiału organicznego (dokładnie mówiąc: włosów łonowych) lekarze pobrali próbki, aby wyznaczyć profil DNA. Ten kod genetyczny nie został ujęty w raporcie, ale jest przechowywany w sejfie ratusza w Gironie.

Sala CzłowiekaBanyoles, 1983

Autostop jest jak korrida. Autostopowicz ustawia się na poboczu drogi. Pochylony do przodu, z hardym wyrazem twarzy trzyma kawałek tektury w ręce. Automobilista szturmuje i śmiga obok. A jeśli cię zabierze, to nie masz pojęcia, gdzie wylądujesz.

W grudniu 1983 roku jeździłem autostopem po Hiszpanii. W towarzystwie przyjaciela (podobnie jak ja studenta pierwszego roku) spacerowałem po pasie parkingowym dla klientów hurtowni ceramiki. Słońce wisiało nisko, świeciło prosto w oczy, już tak słabe, że można było na nie patrzeć bez mrużenia powiek. Przydrożne słupki oraz donice i amfory ułożone za nami tonęły w słonecznym blasku. Dwa gipsowe lwy z wyciągniętymi łapami strzegły wjazdu do Cerámica García Cuesta SA.

Mieliśmy po dziewiętnaście lat. Co nas mogło obchodzić, że podróż nie posuwała się ani o metr do przodu? Albo że chaotyczne przedmieścia Girony (wtedy Gerony), z salonami meblowymi, kawiarniami dla kierowców ciężarówek i szklarniami pokrytymi folią, były takie brzydkie? Z daleka zęby Pirenejów wcinały się w firmament i to był spektakularny widok. Po kolei trzymaliśmy kawałek kartonu z napisem FIGUERES, najpierw jeszcze w skupieniu, pełni nadziei, ale po jakichś dwóch godzinach błagalnie, z teatralnymi gestami. Mijający nas automobiliści pukali się w czoło albo stukali w kierownicę. Hiszpania była beznadziejnym krajem na autostop, zamieszkanym przez ksenofobów, którzy ukryci w swoich puszkowych skorupach pędzili do przodu. Już trasa Barcelona – Girona (niecałe sto kilometrów) zajęła nam osiem godzin.

Razem ze zniżaniem się słońca spadała temperatura, zimny wiatr przewiewał nasze kurtki. Kiedy wreszcie zatrzymało się jakieś renault 4, dobry kawałek za lwami, pospieszyliśmy do niego, trzymając nasze worki. Kierowca wystawił przez okienko brodatą twarz. Nie jechał do Figueres, nawet nie w tym kierunku (dirección, jak zrozumiałem), ale mógł nas podrzucić do Banyoles.

Wsiedliśmy bez wahania. Ja z przodu, żeby podtrzymywać ewentualną konwersację. Cały trymestr zjadałem sobie zęby na hiszpańskich słówkach w czasie praktyk językowych. Metoda nazywała się Cuanto antes. Jak najszybciej. Jednak powtarzając bez przerwy ze słuchawkami na uszach nagrany na taśmę magnetofonową przepis na gazpacho, nie można nauczyć się hiszpańskiego. Najlepiej pojechać do Hiszpanii.

Powiedziałem zesztywniałym głosem, że robi się zimno, szczególnie wiatr doskwiera.

– Tramontana – odpowiedział kierowca i przełączył ogrzewanie z poziomu niebieskiego na czerwony. – Wieje z ośnieżonych stoków górskich.

Nasz kierowca wyglądał na nieco zaniedbanego, jakby sam był autostopowiczem. Bruzdy na jego twarzy rozchodziły się na wszystkie strony, koniec nosa był punktem środkowym. Nawet kurze łapki przy oczach akcentowały ten gwiaździsty kształt.

Miał na imię Ricardo. Był geologiem, a właściwie wulkanologiem, i pracował jako strażnik w Parku Wulkanicznym Garrotxa. Czy wiemy, że obszar, po którym jedziemy, usiany jest trzydziestoma czterema kraterami wygasłych wulkanów?

Nie mieliśmy o tym zielonego pojęcia.

– Jezioro Banyoles jest bezpośrednio połączone z wulkanami i zasilane wodą głęboko spod ziemi.

Zaledwie pięć minut żyliśmy ze świadomością istnienia miasteczka Banyoles (a może to była tylko wieś?), a teraz okazuje się, że istnieje jeszcze jezioro o takiej nazwie. Miałem wrażenie, że nasz kierowca jest zachwycony tym, że wiezie nas w kierunku przeciwnym do Figueres.

Jakby czytał w moich myślach, bo zapytał:

– A co was sprowadza do Figueres?

Wymieniłem Muzeum Salvadora Dalego i dodałem:

– Mój przyjaciel studiuje na akademii sztuk pięknych, académia del arte – usłyszałem swój własny głos.

Wulkanolog wcale nie zainteresował się tym tematem. Prawdopodobnie przedkładał realizm lasów nad surrealizm Miękkich zegarów.

Po kilkuminutowym milczeniu zauważył:

– Dobrze mówisz po kastylijsku.

Brzmiało to jak komplement, ale szczerze mówiąc, nic z tego nie rozumiałem. Kastylijski? Czy wymawiam jakoś niedobrze? Czy miał na myśli kataloński?

– Kastylijski – powtórzył. – Język Madrytu.

– Okej – odpowiedziałem niepewnie, zdając sobie sprawę z zademonstrowanej właśnie ignorancji. Poczułem, że się czerwienię, i odwróciłem głowę w kierunku stoków porośniętych rzędami winorośli. Zaczęło do mnie docierać, dlaczego mój ćwiczony z takim entuzjazmem hiszpański oprócz sympatii wywołuje także niechęć. Kiedy pytałem o miasto Gerona, stanowczym głosem wskazywano mi drogę do Girony. Katalończycy byli widocznie tak dumni ze swojego języka, że hiszpański określali jako kastylijski, degradując go z języka narodowego do języka regionalnego1. Była Katalonia ze stolicą w Barcelonie i była Kastylia z centrum w Madrycie. Dwie osobne, ale równorzędne wielkości.

– Tak właśnie jest – powiedział wulkanolog.

Spoglądał w boczne lusterko, bo chciał wyprzedzić ciężarówkę. Droga była kręta i pięła się teraz pod górę. Przez następne trzy kilometry mogły się pojawiać na szosie jelenie. Ricardo powiedział nam, że jest redaktorem czasopisma dla miłośników sportów górskich. Ukazuje się ono w języku katalońskim i istnieje od 1925 roku.

– Za Franco publikowaliśmy reportaże o trasach narciarskich albo o nowych ścianach wspinaczkowych. Staraliśmy się, żeby temat na okładce był zawsze neutralny. To było bardzo ważne, aby móc je wydawać w języku katalońskim.

W rzeczywistości, tłumaczył, była to przykrywka, bo w środku redakcja stworzyła półlegalne forum wspierania kultury katalońskiej. Między mapami tras narciarstwa biegowego i czarno-białymi zdjęciami szałasów górskich ukryte były opowieści o lokalnej historii, archeologii, a czasami o wojnie domowej.

– Mimo że Franco nie żyje od ośmiu lat, nadal mamy status gazetki opozycyjnej – dodał Ricardo.

W ramach lektur szkolnych przeczytałem książkę George’a Orwella W hołdzie Katalonii i wiedziałem, że w 1937 roku, żeby złamać ducha oporu Basków, generalissimo kazał niemieckim oddziałom legionu Cóndor zbombardować nalotem dywanowym miejscowość Guernica. Nie miałem pojęcia, że Franco zwalczał separatyzm także poprzez próby wyeliminowania języków regionalnych, w tym przypadku katalońskiego.

– Dziesięć lat temu książki w języku katalońskim były rzadkością. Dostępną tylko z przemytu – mówił Ricardo. – Trzeba było przejechać Pireneje, żeby je kupić w Perpignan.

Przejeżdżaliśmy obok fabryki z neonem na dachu głoszącym czerwonymi literami: CHOCOLATES TORRAS. Po chwili, nie zmniejszając prędkości, wjechaliśmy między zabudowania Banyoles. Pamiętam rondo przed miejscowym szpitalem z gigantyczną betonową tabletką aspiryny pośrodku niczym środek karuzeli. Poza tym wiele zręcznie poprzycinanych platanów i historyczny plac o nazwie Plaza Mayor, gdzie gromadziła się młodzież na skuterach.

Oczywiście musieliśmy nocować w tym miasteczku. Ricardo wysadził nas na rogu ulicy w śródmieściu i przepraszał, że nie mógł zawieźć do Figueres.

– Ale jeśli interesuje was kultura – rzucił na pożegnanie – to Banyoles ma wspaniałe Muzeum Historii Naturalnej. Najstarsze w prowincji, sławne z powodu wypchanego Murzynka.

Tak dokładnie powiedział: nie negro, alenegrito.

Sztuka nie za bardzo mnie interesowała. W moim pokoju studenckim wisiał jednak znany plakat z obiegiem wody Eschera i fajka Magritte’a z napisem: Ceci n’est pas une pipe, co jest oczywiście genialne2. Ale większość artystów uważałem za egocentryków, którzy jeśli wyznaczali sobie jakieś zadania społeczne, to rzadko kiedy je wypełniali. Wielokrotnie rozmawialiśmy na ten temat z moim towarzyszem podróży i w tym względzie zupełnie się nie zgadzaliśmy. Różniłem się diametralnie od niego i dążyłem do bardziej przyziemnych celów. Chciałem pracować w organizacjach pomocy krajom rozwijającym się, być kimś, kto zajmuje się przekazywaniem praktycznej wiedzy ludom uciskanym i wykorzystywanym. Studiowałem kierunek rolnictwo krajów tropikalnych, który kształcił inżynierów projektujących i budujących systemy irygacji w krajach Trzeciego Świata.

Wybór takich studiów zrodził się już podczas szkoły średniej, w warunkach, które – jeśli o mnie chodzi – nie pozostawiały wiele miejsca na odwieczną radę: „Wybierz to, co lubisz”. Uczęszczałem do protestanckiej szkoły chrześcijańskiej, porządnej i surowej. Na ścianie auli żeliwne litery głosiły: ABY POZNALI CIEBIE. Lekcje we wszystkich klasach zaczynały się o ósmej piętnaście czytaniem Biblii. Codziennie powtarzano nam, że należy miłować bliźniego i nadstawiać lewy policzek, jeśli ktoś nas uderzy w prawy. Zaakceptowałem ten pacyfizm i strasznie się złościłem na nauczycieli, którzy mówili o miłości bliźniego, a jednocześnie usprawiedliwiali politykę „Gwiezdnych wojen”3 Reagana. To była obłuda. Uważałem, że należy być konsekwentnym – odrzucać wszelką przemoc. Dlatego nosiłem ogrodniczki (co samo w sobie było deklaracją), a na lewym pasku, tuż nad klamrą, przypiąłem znaczek ze złamanym karabinem. To były czasy, kiedy w naszej szkole pojawiły się pierwsze chusty palestyńskie. Bojkotowaliśmy grejpfruty z Południowej Afryki, w herbaciarniach zajadaliśmy owsiane ciasteczka, solidaryzowaliśmy się z rewolucją w Nikaragui – i dla nas te wszystkie wybory miały ze sobą związek.

Patrząc z perspektywy czasu, przełom nastąpił w momencie wezwania na komisję wojskową. Podniosłem z podłogi list z ministerstwa obrony i zdałem sobie sprawę, że tu chodzi nie o sprawdzian zdrowia, ale charakteru.

W dniu komisji ubrałem się oczywiście w to co zwykle – to była konsekwencja woli bycia konsekwentnym.

– Rozbierać się, wszyscy! – brzmiał pierwszy rozkaz wojskowego w mundurze. – Zostawić spodnie i majtki. Do zobaczenia za trzy minuty w sali gimnastycznej!

W zwolnionym tempie ujrzałem przed sobą nieuchronnie zbliżającą się scenę: chichot na widok jedynych ogrodniczek pomiędzy nagimi torsami wszystkich innych poborowych.

– Nie ma się z czego śmiać – powiedział lekarz wojskowy spod wąsa.

Ustawił nas w szereg od najmniejszego do najwyższego i pospiesznie przeglądał nasze warunki fizyczne. Od razu popchnął lekko do tyłu chuderlawego chłopaka na znak, że może wyjść. Mnie wywołał do przodu.

– Co to jest?

Zanim zdążyłem otworzyć usta, dwoma rękoma jednocześnie ściągnął mi szelki z ramion.

Później zabrał mnie do osobnego gabinetu.

– A więc nie chcesz iść do wojska?

Leżałem na plecach na kozetce, w majtkach.

– Chcę pójść na służbę zastępczą – odpowiedziałem.

Lekarz przyciskał moje kolana do brody, sprawdzając, czy coś nie trzeszczy.

– Ciekawa praca. Dwa lata przerzucać papiery w archiwum miejskim. To ci się podoba.

– Nie, chcę pojechać do Afryki.

– Do Afryki?

– Albo do Ameryki Południowej. W każdym razie pracować w organizacji charytatywnej.

Dziś dostrzegam, że ta wypowiedź w tamtym momencie była jeszcze mętnym pomysłem, wyrażonym jednak z pełnym przekonaniem.

Właściwie to, że znaleźliśmy się w muzeum, zawdzięczaliśmy nie tyle Ricardowi, co uczennicom z Banyoles. Po zjedzeniu śniadania, churros4 z kawą, staliśmy niezdecydowani na progu pensjonatu Comas. W prawo czy w lewo? Dachy Banyoles lśniły w zimowym świetle, wokół nie było widać żywej duszy. Scena trwała kilka chwil, dopóki ulicy nie wypełnił śmiech i chichot uczniów wychodzących ze szkoły. Dziewczynki z warkoczykami tłoczyły się pod zadaszeniem Chocolates Torras, a następnie wychodziły stamtąd z kubkami parującego napoju w dłoniach.

Kiedy szliśmy w ich kierunku, zobaczyłem na murze napis: MUZEUM HISTORII NATURALNEJ DARDERA. Wejście znajdowało się za rogiem, za trzema bezlistnymi platanami. Drzewa przypominały świeczniki z sękatymi ramionami, wystającymi krzywo i ponuro ku górze. Marudziliśmy trochę przy drzwiach, bo muzeum okazało się zamknięte.

– Poczekajcie! – zawołała jedna z dziewczynek. – Señora Lola ma klucz!

Odrzuciła kosmyk włosów na ramię i zniknęła za szklanymi drzwiami salonu fryzjerskiego, zostawiając nas przed tablicą wmurowaną w ścianę: FRANCISCO DARDER (1851–1918) – głosił napis. I jeszcze: WETERYNARZ, ZAŁOŻYCIEL OGRODU ZOOLOGICZNEGO W BARCELONIE. Profil pokazywał mężczyznę w modnym, ekstrawaganckim kapeluszu. Pan Darder miał garbaty nos, kurze łapki sięgające bokobrodów i świdrujący wzrok, jakby cieszył się z czegoś, czego my nie mogliśmy zobaczyć. Muzeum istniało dzięki jego prywatnej kolekcji wypchanych zwierząt.

– On jest prawdziwy, naprawdę! – zawołała jakaś rezolutna dziesięciolatka.

– Kto jest prawdziwy?

– El Negro! – jej głos niósł się po całym placu, towarzyszyło mu chichotanie koleżanek.

Zaraz potem z zakładu fryzjerskiego, w swetrze narzuconym na ramiona, wyszła señora Lola. Krucha kobieta ze spiczastą brodą, na której rosło kilka rzadkich włosów. W ręce trzymała pęk kluczy i przesuwała je jak różaniec.

Otworzyła nam muzeum, sprzedała bilety po pięćdziesiąt peset i pokierowała do sali z gadami.

– W tę stronę – nakazała. – A potem przechodzić do sal zgodnie z ruchem wskazówek zegara.

Zuchwale weszliśmy do pierwszego pomieszczenia. Pogłaskaliśmy grzebień legwana i popukaliśmy w skorupy olbrzymich żółwi na ścianie, jeden większy od drugiego. Na wysokości kolan znajdowało się kłębowisko kajmanów skupionych wokół tablicy: NIE DOTYKAĆ. Jakby mogły – cap! – odgryźć ci rękę.

Po gadach przyszła kolej na ptaki. Pamiętam kolekcję strusich jaj wielkich jak rzeczne głazy – robiły większe wrażenie niż same strusie. Drobiazgi – kolibry, kanarki, papużki – stłoczone były w wolierze ze szkła. Może ciekawe dla ornitologa, nas jednak nie urzekły. Poszliśmy do Sali Człowieka, która znajdowała się zaraz za Salą Ssaków. Za ścianą wspinających się małp człekokształtnych i szkieletem goryla nasze rozbawienie zamieniło się w lekkie przerażenie.

Stał tutaj. Wypchany Murzyn z Banyoles. W prawej ręce trzymał włócznię, w lewej – tarczę. Czujny, nieco skulony, z uniesionymi rękami. Na wpół nagi, był ubrany tylko w ozdobę z rafii i włochatą, pomarańczową przepaskę biodrową. Miał nieludzko czarną skórę. Nie wiedziałem, że ludzie mogą być tak czarni oraz tacy mali i wątli. Okazało się, że El Negro jest dorosłym mężczyzną, choć skóra i kości, ledwo sięgał mojego łokcia. Stał w szklanej gablocie pośrodku dywanu. Do cokołu przykręcono tabliczkę z napisem: BUSZMEN Z PUSTYNI KALAHARI.

Czułem, że zacznie się ruszać, czułem to silniej niż w przypadku kajmanów. Lub że na sekundę zwróci wzrok prosto na mnie. Oskarżająco? Ze złością, że go podglądamy? To nie był gabinet madame Tussauds. Nie patrzyłem na iluzję stwarzającą pozory rzeczywistości. Ten Buszmen nie był zatrważająco dobrze wykonanym odlewem woskowym i nie był przypadkowo znalezioną na torfowisku mumią innego gatunku. To był człowiek, wypatroszony i wypchany jak zwierzę. Był więc ktoś, kto to zrobił, a stosunki były oczywiście takie, że preparator musiał być białym Europejczykiem, a obiekt – czarnym Afrykaninem. Sytuacja odwrotna była nie do pomyślenia. Zrobiło mi się gorąco i poczułem mrowienie we włosach – chyba z nieokreślonego wstydu.

Señora Lola nic nam nie wyjaśniła. Nie miała również żadnej broszury. Popukała w stojak z pocztówkami i popatrzyła na mnie zza okularów. Wziąłem jedyną pocztówkę przedstawiającą Buszmena i przeczytałem na odwrocie: „Museo Darder – Banyoles. Bechuana”.

– Beczuana?

Señora Lola dalej patrzyła szklanym wzrokiem. Głowę schowała w ramiona, brodę wysunęła do przodu.

– Pocztówki są po czterdzieści peset – oznajmiła.

Kupiłem dwie.

Tydzień później w laboratorium językowym poszukałem znaczenia słowa „Beczuana” w słowniku. Okazało się, że jest to nazwa mieszkańców Botswany, dokładniej – członków jednej z wielu grup etnicznych Botswany – Tswana. A więc to nie był Buszmen z Kalahari, chociaż duża część tej pustyni leży w Botswanie. Buszmeni byli najmniej licznym plemieniem w tym kraju, praktycznie wymarłym.

Irytowało mnie, że jeden z dwóch napisów – na cokole lub na pocztówce – był zatem błędny. Im dłużej o tym myślałem, tym ciekawsze mi się to wydawało: człowiek na drewnianym cokole, z przybitym napisem BUSZMEN Z KALAHARI, a jego podobiznę można wysłać z pozdrowieniami z podróży wakacyjnej, podpisaną „Beczuana”. Która z tych dwóch wersji jest prawdziwa? Co się z nim stało? Zastanawiałem się, kto preparował jego ciało i jak, do diaska, trafił do Banyoles? Żywy? Umarły?

Niepewność co do pochodzenia podkreślała jego dezintegrację jako jednostki. Oprócz wnętrzności pozbawiono go także osobowości. Nie miał imienia, nikt nie znał daty jego urodzenia ani śmierci. Wszystkie cechy charakterystyczne zagubiły się, tak że teraz powstało zamieszanie nawet co do jego przynależności etnicznej. Dla uczennic z Banyoles, a także dla Ricarda był to po prostu El Negro. Obiekt numer 1004.

Zastanawiałem się przez chwilę nad znaczeniem tego faktu. Konkretny czarny człowiek został z powodu zatarcia wspomnień o nim zamieniony w anonimowego Murzyna. Mniej więcej tak samo, jak to się dzieje z nieznanym żołnierzem. Jednak to porównanie nie prowadzi dalej, bo różnica jest większa niż podobieństwo: ciało nieznanego żołnierza jest traktowane z najwyższą godnością, spoczywa pod marmurową płytą w pięknym mauzoleum, ponieważ „był jednym z nas”. Ciało El Negro stoi w szklanej gablocie, za pięćdziesiąt peset można się na nie gapić. Ja też tak zrobiłem – choć z poczuciem wstydu.

Pomyślałem: „A jeśli ktoś ustaliłby, kim był El Negro? Wtedy znowu stałby się człowiekiem i nie mógłby być wystawiony na pokaz jak jakiś przedmiot albo zwierzę”. Rozmawiałem na ten temat z moim przyjacielem z akademii sztuk pięknych, który zachęcał mnie do poszukiwań. Ja z kolei zaproponowałem, żebyśmy zrobili projekt artystyczny. Przeżyliśmy wieczór, kiedy człowiekowi wydaje się, że jeden genialny pomysł goni drugi (marzyliśmy o sesji fotograficznej ze zdjęciami wydrukowanymi jako negatywy, żeby El Negro wyglądał na białego, a także o „porwaniu” go, żeby mógł się nagle pojawić w innym miejscu). Jednak nie mogliśmy dojść do porozumienia, jakie dokładnie ma być przesłanie tego pomysłu.

Zająć stanowisko wobec rasizmu? Czy można to zrobić za pomocą takiego zabawnego żartu?

Mniej kłopotliwe i – kto wie – może służące temu samemu celowi było dalsze studiowanie. Wybrałem studia techniczne, ale silniej niż przedtem poczułem, że kierunek rolnictwo krajów tropikalnych zawiera o wiele więcej tematów niż budowa systemów melioracyjnych na pustyni. Będę miał niewątpliwie do czynienia z przepaścią dzielącą białych i niebiałych. Uzmysłowiłem sobie, że pokonanie tej przepaści jest może nawet ważniejsze niż nawadnianie pól. W tym celu muszę tylko zostać cholernie dobrym pracownikiem w swojej dziedzinie, w organizacji pomocy krajom rozwijającym się.

Dreadlock HolidayJamajka, 1985

W Spanish Town oprócz odwiecznej katedry nie ma niczego, co przypominałoby o Hiszpanach. Ślady ich ponadstuletnich rządów zostały wymazane przez tropikalne burze, trzęsienia ziemi, najazdy korsarzy, a w końcu Anglików, którzy podbili Jamajkę w 1655 roku. Przeczytałem w swoim przewodniku, że leniwie płynąca rzeczka, która gasi pragnienie plantacji trzciny cukrowej koło Spanish Town, do tej pory nosi hiszpańską nazwę Rio Cobre, ale już żelazny most z 1801 roku (odporny na huragany) został odlany w Manchesterze i kosztował ponad cztery tysiące funtów.

Zapytałem współpasażerów, czy hiszpańska nazwa miasta Spanish Town – St. Jago de la Vega – jeszcze gdzieś się pojawia. Kręcili głowami albo patrzyli na mnie, nic nie rozumiejąc.

– Grace Jones się tutaj urodziła– oznajmił mężczyzna siedzący obok mnie na przednim siedzeniu.

Otarł czoło rękawem koszuli, a ja patrzyłem na niego w oczekiwaniu na dalszy ciąg komentarza. Ale nic już nie powiedział.

Minibusik wiozący nas do Kingston był piekarnikiem na kółkach. Kilka okien, które posiadał, było otwartych, ręce dyndały przez nie na zewnątrz, a śpiewy gospel z radia rozciągały się w dźwięki, które z trudem można by nazwać muzyką. Jedyne ochłodzenie oferował wiatr powstający w trakcie jazdy. Siedzieliśmy kolano przy kolanie, ściśnięci jak towar. Musiało to być 13 listopada 1985 roku, ponieważ obchodziłem wtedy swoje dwudzieste pierwsze urodziny. Przejeżdżaliśmy przez pola świeżo obsadzone trzciną cukrową. Liście były zielone, ale łodygi żółte jak bambus. Niektóre były połamane albo pochylały się w stronę ulicy, tak że na zakrętach trzeba było uważać, żeby się nie skaleczyć. Wsadziłem rękę z powrotem do środka i wystawiłem ją na zewnątrz dopiero wtedy, gdy pola trzcinowe ustąpiły miejsca slumsom Kingston.

Krajobraz zmienił kolor. Odnogi miasta były szare jak jęzory lawy, a z ruder po prawej i lewej stronie unosił się dym. Riverton City, Hunts Bay, Greenwich Town – wszystkie przypominały bardziej wysypiska śmieci niż dzielnice mieszkaniowe.

Nasz kierowca slalomem wymijał rowerzystów, handlarzy i ciężarówki aż do momentu, kiedy już nie było miejsca, żeby się przecisnąć. Przed nami wyrastały pofałdowane grzbiety Gór Błękitnych, co dodawało scenie dramatyzmu: jakby ktoś wybudował trybunę z lożami, żeby można było podziwiać zgiełk i chaos na dole. Dalej, na wyasfaltowanym placyku obok stacji benzynowej, drżało powietrze.

Zbliżaliśmy się do labiryntu uliczek i sklepów z rumem, aż nagle utkwiliśmy na targu. Nasz busik ze wszystkich stron otaczał tłum ludzi. Według mapy znajdowaliśmy się na Queen Street. Spojrzałem w bok i napotkałem wzrok kobiety sprzedającej olej opałowy. Zza kanistrów i lejków wyciągnęła różową od wewnątrz dłoń.

– Uchu! Uchu, whity! – krzyknęła.

Poderwała się i chwyciła przechodnia za nadgarstek. Nie odwracając wzroku ode mnie, ostrzegała:

– Patrzcie! Białas!

Z pewnym opóźnieniem zrozumiałem, że jestem atrakcją w tym miejscu. Moja biała skóra przyciągała uwagę niczym zwierzę w ogrodzie zoologicznym i nie wiedziałem, czego się po mnie spodziewają. Mam wykonać jakąś sztuczkę? Powinienem robić głupie miny? Czy byłem poddany celowej pokucie? (Za co i za kogo? Za moich żeglujących przodków?)

Wiedziałem, że Kingston uchodzi za no-go area dla białych. W mieście rozwieszone były tablice: TYLKO DLA CZARNYCH, i kto nie przestrzegał reguł, mógł się spodziewać, że zostanie szybko rozebrany do swojej białej skóry. Każda próba oporu była z góry skazana na niepowodzenie i mogła być śmiertelnie niebezpieczna. Ale ja nie odwiedzałem Queen Street z własnej woli, byłem przypadkowym przejezdnym siedzącym na przednim siedzeniu busa. W poprzek przedniej szyby widniał napis: JESUS COMFORTS YOU. Jezus cię pocieszy. Jechałem oficjalnym, uznanym przez zarząd wyspy środkiem transportu. Czy to moja wina, że jechaliśmy tą trasą?

Samochód przeciskał się powoli do przodu, a w oknie pojawiały się wciąż nowe twarze wykrzykujące coś na mój widok. Próbowałem się wyłączyć z otaczającego mnie świata, nie słuchać wymyślań kierowcy i wycia klaksonu, ale się nie dało. Jakiś drągal w czapce do krykieta nałożonej tył na przód starał się dotrzymać nam kroku. Wskazywał ciągle na Góry Błękitne, tam powinienem się znajdować.

– Uptown, whity! Straight uptown! Na górę, białasie! Prosto na górę!

Na południowych odnogach pasma górskiego, kilkaset metrów nad poziomem morza, znajdowały się dzielnice willowe z alejami i trawnikami przyciętymi co do milimetra. Klimat był tam nieco chłodniejszy niż nad zatoką, a komary mniej dokuczały.

Złożyłem ręce na brzuchu i zerkałem na tablicę rozdzielczą. Przez chwilę, ale na tyle długo, że nie zauważyłem, kiedy droga przed nami rozstąpiła się nagle i mogliśmy przejechać. Tłum przed zderzakiem ustąpił i po minucie dojechaliśmy do przystanku South Parade.

Zatrzymałem taksówkę i zapomniałem o powolnym rytuale, z jakim obcy witają się na Jamajce.

– Uptown please – usłyszałem swój głos. – Do Cherry Gardens proszę.

Przyjechałem na Jamajkę, żeby zanurzyć się w kulturze wyspy, ale nie jako miłośnik reggae, który każe sobie skołtunić dredy grubości lian. Nie przybyłem tu ani dla marihuany, ani dla wizji rastafarian. Gdyby to nie zabrzmiało obco, mógłbym powiedzieć, że przyjechałem na próbę: chciałem się przekonać, czy potrafię się odnaleźć w ubogim kraju leżącym za Zwrotnikiem Raka. Od dwóch lat studiowałem rolnictwo krajów tropikalnych w mieście nad Renem, które w żadnym wypadku nie przypominało tropików. Byłem już w połowie studiów, ale uważałem, że to wszystko jest zbyt abstrakcyjne, zbyt akademickie. Trzcinę cukrową znałem ze szklarni pod nazwą Saccharum officinarum – z praktyki przedmiotu tropikalna hodowla roślin. Potrafiłem ustalić zawartość cukru w łodydze, ale nigdy nie widziałem na oczy plantacji trzciny cukrowej. Nie wiedziałem, czy potrafię się zadomowić w tropikach. Co to właściwie jest „kraj Trzeciego Świata”? Z czego można odczytać dziedzictwo kolonialnej przeszłości i jak najlepiej się z nim obchodzić?

Jednak na Jamajce wszystko przebiegało inaczej, niż przewidywałem. Każdy poczyniony krok był niepewny, byłem nieswój, od samego początku, kiedy musiałem przejść pół metra z pochyloną głową przez drzwi samolotu. Pamiętam ten moment tak ostro, jakby był wycięty z papieru. Godzinę po zachodzie słońca niebo zupełnie pociemniało. Stałem na szczycie schodów samolotu i byłem przekonany, że to rozgrzane silniki pompują na mnie gorące powietrze. Ale na dole, na pasie lotniska, nie było lepiej, przy oddawaniu bagażu również. A więc to było powietrze tropików – duszne jak na krytym basenie.

W Kingston miałem nocować u krajana, Alexandra Hartmana z Nijmegen, który ukończył studia z socjologii niezachodniej. Spotkałem go kiedyś na wykładzie – był na urlopie w Holandii – opowiadał o swojej pracy w Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa w Kingston na Jamajce. Na dwóch cieniutkich arkuszach papieru listowego poczty lotniczej wyjaśniłem, kim jestem i czego chcę. Odpowiedział krótko na kartce: „Zapraszam. Zadzwoń, jak przyjedziesz”.

Czekając przy pustej taśmie bagażowej, zdałem sobie sprawę, że nie mam żadnej alternatywy, jeśli Alexa nie będzie w domu. W hali przylotów wykręciłem jego numer. Usłyszałem „klik”, a potem kobiecy głos, jedno zrozumiałe słowo: „Hello” – nie znałem melodii jamajskiego nazywającego się angielskim. Zapytałem o „mister Hartmana”.

– Me don’t hear no-t’ing… Ja nic nie słyszeć…

Odezwał się wreszcie Alex. Przypomniał sobie mój list i zaproponował bez zbędnych słów, że przyjedzie po mnie, mam czekać na lotnisku.

Trzy kwadranse później jechaliśmy z Alexem wzdłuż wybrzeża jego pachnącym nowością dżipem marki Toyota. Zakreślaliśmy szeroki łuk od półwyspu, na którym leżało lotnisko. W zagięciu zatoki kołysały się lampy przycumowanych statków handlowych.

– Kingston jest miastem z instrukcją obsługi – oznajmił Alex.

Dało się zauważyć. Jechaliśmy lewą stroną szosy, a kierownica toyoty znajdowała się po prawej. Każda para reflektorów była błyskawicznie pojawiającym zagrożeniem, chciałem go instynktownie uniknąć, pochylając się w prawo. Wątpiłem jednak, czy Alex właśnie to miał na myśli. Był małomówny, o dwanaście lat starszy ode mnie, rozważny – i z wąsem.

– Gdybyśmy tu teraz wysiedli – odezwał się po chwili – to zostalibyśmy obrabowani w ciągu dziesięciu minut.

Moje oczy przeszukiwały otoczenie, ale nie znajdowały nic podejrzanego. Widziałem kontury dźwigów i baraków, szopę służącą za sklep spożywczy, rząd palm królewskich. Smukłe, dominująco wysokie drzewa. Dzieci bawiły się na poboczu pustymi skrzynkami po owocach. Nie mogłem sobie wyobrazić, że Alex jest bojaźliwy (miał posturę koszykarza), więc uznałem, że przesadza.

Zatrzymaliśmy się pod mocno oświetlonym zadaszeniem stacji benzynowej Esso. Alex zatankował do pełna i kupił od ulicznego sprzedawcy paczkę gumy do żucia.

– A tutaj? – próbowałem się dowiedzieć, kiedy wsiadł z powrotem. – Tutaj też nas okradną?

– Nie, tutaj nie. – Kąciki ust Alexa uniosły się w górę. – Przecież ci mówiłem, że Kingston to miasto z instrukcją obsługi.

Pomimo bliskiej obecności morza wilgotny całun okrywający wyspę nie pachniał solą, lecz ziołami. Do tego intensywnego roślinnego zapachu można było szybko się przyzwyczaić. Podobnie jak do łóżka bez koca i do moskitiery nad głową. Po dwóch nocach nie pamiętasz, że można spać inaczej.

Nie mogłem i nie chciałem przyzwyczaić się do personelu w domu. Alex Hartman mieszkał w dzielnicy Cherry Gardens, w willi wzniesionej z naturalnego kamienia i obrośniętej bugenwillą. Wydawała mi się pałacem, szczególnie w porównaniu z pokojem studenckim o wymiarach trzy na cztery metry w wieżowcu w Wageningen, gdzie Alex studiował kiedyś, a ja wciąż jeszcze. A tutaj służący, którzy dla niego harowali – kucharka i ogrodnik. Oboje czarni.

Marcia pojawiła się rano przy furtce dokładnie o jedenastej. Przestraszyłem się, że tak bardzo odpowiada wizerunkowi, jaki sobie uprzednio wyobraziłem: przysadzista kobieta stawiała kroki zewnętrzną stroną stóp, dlatego chodziła trochę jak kaczka. Kucharka nosiła na głowie jasnozieloną chustkę zrobioną z tego samego materiału co sukienka. Alex, który wcześnie pojechał do swojego biura, powiedział mi z grubsza, jakie zwyczaje i rytuały panują w domu. Mogłem odespać jetlag, jak długo chciałem, ale o jedenastej przyjdzie Marcia z koszykiem zakupów. Co do kucharki, to była pewna osobliwość do zameldowania: należała do Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego i przez cały dzień śpiewała albo nuciła psalmy. Ogrodnika nie spotkam, bo pracuje tylko we wtorki.

Próbowałem sobie wyobrazić rolę Marcii w prowadzeniu domu i zobaczyłem w myślach, jak sprząta stół po śniadaniu swojego pana. A więc tak niezachwiane stosunki tu panowały: służyła białemu panu tak jak niewolnicy, z których się wywodziła. Nic nie powiedziałem, ale wbiłem sobie do głowy, że nie poddam się tym zwyczajom bez protestów.

Marcia pozdrowiła mnie serdecznie.

– May the Lord bless you. Niech Pan cię błogosławi.

Rozpoznałem po głosie, że to ona odebrała wczoraj telefon. Była troskliwa i zbyt miła dla mnie. Coś tu się nie zgadzało.

Cały dzień z jej ust płynęły dewocja i wdzięczność, mamrotała i śpiewała. Nie wiedziałem, jak na to zareagować, i im dłużej myślałem o jej radości, tym gorzej się czułem. Przypomniał mi się nauczyciel religii ze szkoły średniej, van Woerkom, pastor wypędzony z Indonezji. Z astmatyczną zadyszką poświęcił kiedyś całą lekcję niewolnictwu i sprawiedliwości wprowadzonej przez chrześcijan. Robili to, powołując się na opowieść z Księgi Rodzaju o trzech synach Noego. Van Woerkom przeczytał fragment, w którym Cham, uważany za praojca rasy czarnej, zobaczył przez przypadek swojego ojca nagiego, jak leżał upojony winem w namiocie. Za ten „grzech” jego potomkowie zostali skazani na rolę „sługi sług braci swoich”.

Mnie wydawało się to szczytem niesprawiedliwości, ale pastor van Woerkom wyciągnął inny wniosek: „A więc widzicie, że Biblii nie należy traktować jak dyktando, ale jak wypracowanie”. No tak, pomyślałem, lecz jeśli Bóg miał na myśli coś dokładnie przeciwnego, to dlaczego w Biblii umieszczono błędny zapis? Nie zdając sobie sprawy z tego, że wzbudził we mnie wątpliwości, dodał jeszcze, że holenderscy handlarze niewolników chrzcili Murzynów w ładowniach statków, wylewając na nich beczki wody morskiej. „Bo na ochrzczonych można było zarobić kilka guldenów więcej”.

Dla kogoś, kto wyrósł w atmosferze miłości bliźniego, takie opowieści były trudne do zaakceptowania. Ta wiedza gnieździła się gdzieś pod skórą i tkwiła jak zadra przez resztę życia.

Pomyślałem przez moment, żeby opowiedzieć o tym Marcii i zapytać, jak można wielbić Boga będącego przecież Bogiem tych, którzy handlowali jej przodkami jak bydłem. Porzuciłem jednak ten zamiar tak szybko, jak przyszedł.

Uśmiechałem się sztywno, kiedy nasz wzrok się krzyżował, a po jakimś czasie zacząłem jej unikać.

Nie pojechałem w tę podróż nieprzygotowany. Przeciwnie, na Uniwersytecie w Utrechcie przez rok uczęszczałem na wszystkie wykłady z karaibistyki. W budynku uczelni u stóp katedry ekonomiści, geografowie społeczni, antropolodzy i historycy prezentowali po kolei swoją wizję Karaibów. Jednak niezależnie od dyscypliny zawsze wracali do historii kolonializmu. To był korzeń, na którym osadzały się aktualne wydarzenia.

Mniej więcej połowa studentów urodziła się w Surinamie albo na Antylach, było kilku Hindusów i Jawajczyków, około dziesięciu Kreolów z marksistowskiego odłamu Redi Doti, co w języku sranan tongo oznaczało „Czerwona Ziemia”. Sympatyzowali z Desim Boutersem, pułkownikiem, który w 1981 roku przejął władzę i w kolonialnej twierdzy Fort Zeelandia kazał zamordować piętnaście osób z grona opiniotwórczych autorytetów. Jednak według studentów z Czerwonej Ziemi nawet to „zdarzenie” trzeba było oceniać w związku z kolonialną przeszłością.

Na liście lektur znajdowały się naukowe eseje o takich tytułach jak Stosunki rasowe na Karaibach, ale także powieść Wybory w Elwirze Vidiadhara S. Naipaula, w której karaibskie lojalności na podstawie koloru skóry i kultury okazywały się tak płynne i śliskie, że można je było wyczuć, lecz nigdy uchwycić. Ze zdziwieniem czytałem u Naipaula, chociaż to fikcyjna opowieść, że jakieś przesądy wudu o czarnej suce mogły wpłynąć na wynik pierwszych wyborów w Trynidadzie i Tobago.

Były jeszcze epickie opowieści o maronach, których nazwa pochodziła od hiszpańskiego słowa cimarrón – zdziczały. W Surinamie nazywano ich „leśnymi Murzynami” – zdaniem studentów z Czerwonej Ziemi byli to „pierwsi bojownicy o wolność Nowego Świata”. Chodziło o zbiegłych niewolników, którzy jak zwierzyna łowna żyli na skraju karaibskich plantacji. Czytaliśmy o nich w raporcie brytyjskiej Izby Gmin z 1795 roku Observations on the Disposition, Character, Manners, and Habits of Life, of the Maroon Negroes of the Island of Jamaica (Spostrzeżenia dotyczące usposobienia, charakteru, manier i zwyczajów życia maronów murzyńskich na wyspie Jamajka). Autorem tego raportu był Bryan Edwards, urzędnik kolonialny, który w 1759 roku przyjechał z Bristolu, żeby od swojego wujka przejąć plantację na północnym wybrzeżu Jamajki (sześćset hektarów trzciny i pól kokosowych wraz z młynem cukrowym, gorzelnią, stajniami, kuźnią, barakami niewolników, końmi i murzyńskimi niewolnikami). Chłopak ochrzcił swoją posiadłość Bryan Castle. Z wiekiem coraz bardziej interesowała go historia, a nie uprawianie trzciny cukrowej i produkcja rumu z melasy. Nic dziwnego, że zajął się dziejami maronów (grupy co najwyżej kilkutysięcznej), ponieważ zagrażali oni istnieniu kolonii. Ukrywali się na szczytach Gór Błękitnych (maroni nawietrzni) i w krasowych górach Cockpit Country (maroni zawietrzni). Cockpit Country – już sama nazwa brzmiała wzniośle i z wyższością. Gubernator co jakiś czas przeczesywał dżunglę, ale mimo intensywnych polowań gęste lasy i groty zapewniały maronom dosyć miejsc do schronienia. Uzbrojeni w zdobyczną broń i maczety maroni szturmem schodzili z gór i mordowali kolejne rodziny plantatorów.

W trakcie lektury stawałem coraz bardziej po stronie maronów. Jak Edwards pisał o białych, którzy nie odważali się zapuszczać głębiej niż kilka kilometrów od wybrzeża, to myślałem: i dobrze. Po cichu kibicowałem maronom, podobnie jak oglądając korridę w telewizji, zawsze miałem nadzieję, że byk pokona matadora.

Boleśnie przeżyłem odkrycie, że maroni nastawali nawzajem na swoje życie. Istniała rywalizacja między członkami plemienia Aszanti (pochodzącego ze Złotego Wybrzeża, znajdującego się obecnie w Ghanie) i Joruba (dziś w Nigerii). Jednocześnie społeczność z Gór Błękitnych – z uważaną za nie do zdobycia stolicą Nanny Town – była w stanie wojny ze społecznością Cockpit Country. Nazwa Nanny Town pochodzi od legendarnej Queen Nanny, kobiety z plemienia Aszanti, która jako kapłanka religii obeah miała rzekomo być w bezpośrednim kontakcie z przodkami z Afryki. Za pomocą magii potrafiła omotać wojowników aurą niezwyciężoności – mogli się wznieść ponad swoje fizyczne ograniczenia, a jeśli trzeba, zamienić w ptaki. „Wszyscy dają się ponieść czarnej magii z Afryki – pisał Edwards. – Z taką żarliwą gorliwością i bogobojnym zapałem, że – zdaniem moim – tylko śmierć może tę wiarę wytępić”.

Inaczej niż maroni nawietrzni, którzy woleli walczyć na śmierć i życie, niż się poddać, maroni zawietrzni zawarli w 1738 roku pakt z władzami wyspy. W zamian za miniaturowe wolne państewko w Cockpit Country i pozostawienie ich w spokoju zobowiązali się do wydawania władzom kolonialnym każdego zbiegłego niewolnika próbującego szukać schronienia w ich kraju. „Za wynagrodzeniem trzydziestu szylingów za głowę plus koszty”. Kto nie chciał się poddać tej pacyfikacji, miał być „zabity lub uwięziony” przez samych maronów (artykuł szósty traktatu). Jeśli wierzyć Bryanowi Edwardsowi, maroni zawietrzni z zapałem brali udział w polowaniach. Na przykład w 1760 roku na zbiegłego Murzyna ze Złotego Wybrzeża o imieniu Tackey: „Ten nieszczęsny człowiek, który widział, jak zabito większość jego towarzyszy, został odkryty nieuzbrojony i nagi podczas wędrówki po lesie. Maroni natychmiast udali się za nim w pościg, wrzeszcząc niemiłosiernie”. Edwards opisuje szczegółowo koniec tej historii: maroni ścięli mu głowę, a wnętrzności i serce „upiekli i zjedli”.

Trudno było mi to sobie wyobrazić. Założywszy, że to prawda, można było wyciągnąć tylko jeden wniosek: maroni z Cockpit Country byli okrutnymi barbarzyńcami. Nie dało się w prosty sposób wytłumaczyć, dlaczego czarni mieliby pomagać białym wrogom w polowaniu na innych czarnych, a nawet ich zjadać. Ku mojemu zdziwieniu studenci z Czerwonej Ziemi, którzy wszystko potrafili wytłumaczyć, mieli i na to gotową odpowiedź: klasa plantatorów tak długo i intensywnie wykorzystywała zawietrznych maronów, że stłumiła także ich świadomość. Innymi słowy – nie byli odpowiedzialni za swoje czyny. To rozumowanie wywarło na mnie wrażenie. Mimo że miałem problemy z zaakceptowaniem niewspółmiernie dużej dozy „prawa głosu”, które kreolsko-surinamscy marksiści przyznawali sobie na podstawie prześladowań ich przodków, to jednak byłem wrażliwy na ich opinie. Z zazdrością obserwowałem, że ten, kto patrzy przez lewicowy pryzmat, widzi świat zadziwiająco jasno. Pociągał mnie taki sposób patrzenia.

Nasz docent karaibistyki słuchał cierpliwie naszych dyskusji, ale bezlitośnie odbił piłeczkę na końcowym egzaminie. Test składał się z jednego pytania: „Wyobraź sobie, że jesteś prezydentem Surinamu. Jakie decyzje polityczne podejmiesz przez następne pięć lat? Umotywuj”.

Na mojej mapie (Discover Jamaica