Strona główna » Obyczajowe i romanse » Ferit. Aga janczarów. Tom I. Sprawy eunucha

Ferit. Aga janczarów. Tom I. Sprawy eunucha

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7859-566-3

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Ferit. Aga janczarów. Tom I. Sprawy eunucha

Ferit (1425 r.) - urodzony w Krakowie, w Koronie Polskiej. W wieku lat trzynastu uprowadzony do osmańskiej Turcji.  W 1438 roku przyjmuje islam i rozpoczyna edukację w elitarnej szkole paziów pałacowych sułtana Murada II w Edirne. Zarządzana przez białych eunuchów placówka ma jedno zadanie - stworzyć liderów dla aparatu wojskowego i urzędniczego rozkwitającego Imperium Osmańskiego. Przed małym chłopcem - podobnie jak i przed innymi brańcami z Serbii, Albanii, Wołoszczyzny i Grecji - otwierają się wrota do wielkiej kariery...

 

Rok 1438. Europę Zachodnią zżera wojna, która w przyszłości zostanie nazwana stuletnią. Korona Polska trzy lata wcześniej podpisała  w Brześciu Kujawskim traktat pokojowy z Zakonem Krzyżackim.
Bizantyjski Wschód przeżywa upadek obyczajów osłabiających instynkt przetrwania. Rosnące w siłę Imperium Osmańskie coraz silniej spogląda w stronę murów Konstantynopola...
Tymczasem w Krakowie trzynastoletni Jutrowoj, chłopiec z ubogiej rodziny marzy całym sercem, aby - podobnie jak jego bohater, Zawisza Czarny - zostać rycerzem chrystusowym i oswobodzić Grób Pański w Jerozolimie spod muzułmańskiego panowania.
Chłopiec nie ma pojęcia, że los wyznaczył mu inną drogę...

 

 

Sławomir Łuczak (1973 r.) - urodzony w Świdnicy, w Polsce Ludowej. Opublikował powieści: „Archipelag Rynek”, „Fetyszysta”, „Czy to miłość?”, „Chłopcy”, „Polska”, „Namiętność w miejscu publicznym”, „I tak wszyscy tu się znajdziecie”, „Normalne ślady użytkowania”. W 2011 roku jego powieść „I tak wszyscy się tu znajdziecie” znalazła się wśród książek nominowanych do Literackiej Nagrody Europy Wschodniej Angelus.

Polecane książki

W poradniku tym znajdziecie wskazówki, pomocne rady i przydatne informacje, które z pewnością ułatwią Wam przejście gry Sacrifice. Sacrifice - poradnik do gry zawiera poszukiwane przez graczy tematy i lokacje jak m.in. James (Jednostki) Persefona (Jednostki) Bogowie Charnel (Jednostki) Sprawy ogólne...
  Angielski Przy Okazji! Pełny Angielski Tekst. 100% Tłumaczenia! Ucz się angielskiego czytając ciekawe książki, przygotowane według Metody Edukacyjnego Czytania Ilyi Franka ----------------------- Opis serii: Książki z serii Metoda Edukacyjnego Czytania Ilyi Franka służą do nauki języka angielskieg...
Powieść dla młodzieży opowiadająca o zdobyciu Sandomierza przez wojska Księstwa Warszawskiego w roku 1809. O krwawej bitwie z Austriakami....
Każda dziewczyna ma swoją cenę... Stephanie chce zostać aktorką, ale nie stać jej na studia. Przyjeżdża do Tokio znęcona opowieściami przyjaciółek o łatwości zarabiania tam pieniędzy – wystarczy pracować jako hostessa i śmiać się z dowcipów podpitych biznesmenów. Żadnego seksu! Na miejscu okazuje si...
Czasem doświadczamy czegoś, od czego chcemy uciec. Nigdzie konkretnie – byle dalej. Ona próbuje uwolnić się od przeszłości. On już dawno stracił nadzieję na lepszą przyszłość. Oboje skrywają w sobie zbyt wiele bólu i tajemnic, żeby móc zaufać drugiej osobie. Kiedy drogi do wolności 19-letniej Neli...
„Kollokacja” to druga powieść Józefa Korzeniowskiego, oprócz wątków znanych ze „Spekulanta”, wprowadza nowy temat – narodziny polskiego kapitalizmu. Zjawisko to traktuje w sposób zdystansowany, akcentując zagrożenia wywołane rozwojem nowych stosunków społecznych. Wskazuje też na upadek podstawow...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Sławomir Łuczak

Sławomir Łuczak

Ferit.
Aga janczarów

Sprawy eunucha

© Copyright by

Sławomir Łuczak & e-bookowo

Grafika na okladce: Lachinhatemi (udostępnione na zasadach GNU Licencja Wolnej Dokumentacji)

Projekt okładki:

Sławomir Łuczak

 

Korekta:

Patrycja Żurek

 

ISBN 978-83-7859-566-3

 

 

 

 

 

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: wydawnictwo@e-bookowo.pl

 

 

 

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

WydanieI 2015

 

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

3 czerwca 1453, Stambuł

W imię Allaha Miłosiernego, Litościwego, niech błogosławione będzie imię Jego oraz Proroka Jego, Mahometa. Rozkazano mi walczyć i zabroniono kochać, a z obu tych zadań wywiązałem się najlepiej jak potrafiłem, choć miłości oprzeć się nie zdołałem. Takie jest bowiem serce człowieka, że nie chce bić samotnie, kiedy wstaje dzień i gdy ustępuje miejsca nocy. Z nabytą przez lata biegłością wznosiłem ostrze przeciw niewiernym, ale sprawiłem również, że wdarło się w serce mego ojca oraz przebiło mlecznobiałą pierś tej, którą kochałem najbardziej, jednak – klnę się na Sprawiedliwego – tylko wrogów pragnąłem widzieć na marach.

Dziś, kiedy próbuję zrozumieć, kim jestem naprawdę, obok mnie spoczywa buńczuk1z pojedynczym końskim ogonem, a imię moje wypowiadane jest z szacunkiem zarówno przez wysokich urzędników dywanu2, jaki szeregowych janczarów. Z respektem przeklinali je także bizantyjscy rycerze milczący obecnie ze względu na śmierć, jaką im zadaliśmy, choć pewnym jest, że żyjąc, lżyliby mnie słowami, jakich nie używa się w obecności kobiet.

Dziś, wiedząc, że zmierzę się z potęgą minionych dni, przystroiłem się odświętnie z szacunku wobec tych, których przywołam w długiej opowieści. Głowę moją zdobi błękitny, muślinowy turban owinięty wokół czapki z anatolijskiego filcu. Uświetniają zawój cztery odznaki za męstwo i ofiarność w boju, zaś spina go szafirowa miniatura kotła z tkwiącą w nim wielką warząchwią: dwoma przedmiotami bez jakich istnieć nie mogłaby janczarska orta3. Najbardziej biegły wojskowy krawiec sprawił, że dostarczony z Samarkandy jedwab przemienił się w czerwony kaftan wyszywany żółto-niebieskimi wzorami, biało-żółtą koszulę, bordowe szarawary oraz czerwoną szarfę, zza której wychyla się kindżał o głowicy z kości słoniowej wysadzanej perłami. Żółte buty oficerskie z cholewkami wykonał mistrz szewski Ramiz, dawny janczar wielce zadowolony, że nawet w stanie spoczynku przysłużyć się może towarzyszom broni.

Unosi się nade mną zapach różanej wody mieszający się z wonią łagodzącej ból maści z drzewa sandałowego, jaką natarł hakim4 Kutay moje poranione ciało. Dlatego jestem gotów, by godnie powitać przeszłość, mimo iż jeszcze wczoraj nie było pewne, czy rany odniesione w boju nie skradną mi oddechu i nie rozkażą przestać bić niespokojnemu sercu. Czeka cierpliwie na moje słowa pisarz z narzędziami swojej profesji, a jego zręczność w zapisywaniu cudzych myśli nie ma sobie równych.

Dziś, kiedy jestem zwycięzcą i bez radości patrzę na łzy pokonanych, kiedy spoglądam jak bracia moi, janczarzy, po otrzymaniu zgody od tego, którego nazywają al-Fatih – Zdobywca – grabią upadłe miasto, wiem, że nie można ich w tym procesie zatrzymać. Że dopóty hańbić będą kobiety i zadawać śmierć próbującym jeszcze walczyć o godność i cześć, dopóki nie zagarną wszystkiego, a bogate łupy, jakie zniosą do swoich ort nie zostaną rozdzielone podług sprawiedliwej reguły starszeństwa. Nie można ich za to winić, gdyż wojna jest dla nich wszystkim. Przyuczano ich do niej już w dzieciństwie, aby wchodząc w dorosłość mogli stać się mieczem islamu i przekleństwem dla wrogów. Podlega także wojennym zasadom prawo zwycięzcy, z jakiego skrupulatnie korzystają teraz na ziemi niewiernych, choć po prawdzie Konstantynopol przestał nią być, stając się siedzibą prawdziwej wiary. I ja przyczyniłem się do tego przy pomocy szabli i strzał, o czym opowiem, gdy nadejdzie właściwa chwila, jeśli zechce tego Allah Rozumny i Litościwy.

Z woli sułtana stolica Bizancjum od trzech dni nazywa się Islam Bul5, co oznacza Miasto Islamu. Podkreśla to wyraźnie prześwietny ferman6 Władcy Wiernych odczytywany przez strojnych w zielone kaftany czauszów7 krążących niezmordowanie ulicami, mimo iż więcej zmarłych nie może usłyszeć ich słów, niż żywych nasycić serca dobrą nowiną. Także po całej Rumelii i Anatolii rozjechali się posłańcy, aby ogłosić we wszystkich sandżakach8, że nad niezdobytymi do tej pory przez Osmanów murami przeżartymi zbytkiem, korupcją i zepsuciemz dumą załopotał zielony sztandar Proroka, pokój z nim na wieki. Zobowiązano ich także, by wspomnieli, że litościwy sułtan natchniony wolą Jedynego Boga zagwarantował ocalałym wolność wyznania oraz zezwolił wielu mieszkańcom pozostać w domach, co świadczyć tylko może o jego wielkości i miłosierdziu.

Ojciec Mehmeda Zdobywcy, sułtan Murad9 – niech pamięć o nim trwa wiecznie – pod którego rozkazami służyłem i przelewałem krew, niechętnie szedł na wojnę na ziemię niewiernych. Rozumiał jednak, że dżihad jest obowiązkiem, który nie dopełniony wyda na świat trujący owoc wojny przywleczonej na teren państwa Osmanów. Była bitwa dla Murada wyłącznie radykalnym środkiem dyplomatycznym, z którego korzystał w chwili, gdy zawodziły inne, ale nie mogę powiedzieć, żeby nie cieszył się ze zwycięstw i nie rozpaczał nad porażkami. Oprócz tego, że z woli Allaha został Jego Cieniem na Ziemi, był także zwykłym mężczyzną, płakał i śmiał się jak inni, mimo iż wielu wydawało się to dziwne i niepojęte. Szczerze miłował pokój i był człowiekiem skromnym, oddanym prawom szariatu, za co wyznawcy prawdziwej wiary wielce go szanowali, choć twarz jego zawsze pełna była surowości. Podobnie jak sądy, jakie sprawował przed Bramą Szczęśliwości10 podczas obrad dywanu, niejednego powiodły ku śmierci, aby sprawiedliwości stała się zadość.

Teraz, kiedy widzę, kim stał się jego syn, Mehmed11, oby Allah Mocny i Niepokonany starł na proch wszystkich jego wrogów, rozumiem jak bardzo w swym charakterze odmienny jest od ojca. Ale i on zdobył moje serce, szablę oraz obietnicę, że powiodę janczarów poza obronne mury stolicy Bizancjum, które upaść musiały z woli Stworzyciela Nieba i Ziemi. Tak bowiem zapisane zostało w wielkiej Księdze Życia, a nie znam nikogo, kto ośmieliłby się wykłócać z jej wyrokami. Dopełniłem danego słowa, omal nie płacąc za to ceny najwyższej, jednak świadomość ta nie wywołuje we mnie dreszczy, gdyż nie boję się śmierci. Jest ona bowiem litościwą kurtyną, która zasnuwając oczy sprawia, że nie widać już i nie czuć ścieku życia, a człowiek wyzbywa się złudnego przeczucia, że los jego dzieli się na etapy pozwalające lepiej zrozumieć, jak formował się na przestrzeni lat. Teraz wiem, że nie ma żadnych etapów, lecz ciągłość istnienia posiadająca wyznaczony przez Jedynego Boga początek i koniec. I dlatego nie lękam się umierać, a częściej boję się żyć, bowiemw istnieniu czyha wiele niebezpieczeństw, podczas gdy śmierć jest jedna.

Będąc chłopcem wydawało mi się, że ludzie są różni, a świat olbrzymi, tajemniczyi wart odkrycia. Po latach przekonałem się, że prawdą jest tylko to drugie, a ludzie wszędzie tak samo padają czy to od chorób, czy od strzał i ciosów szabli. W podobny sposób kochają, nienawidzą i wyrażają dziesiątki innych uczuć, z dumą twierdząc, że odróżnia to ich od zwierząt. Ja jednak jestem pewny, że na ziemi to człowiek jest najgroźniejszą istotą, gdyż najbardziej dzikie bestie wedle mej wiedzy zabijają wyłącznie wtedy, gdy muszą i nigdy nie czynią ze śmierci rozrywki.

Godzina minęła, odkąd przyszedł do mnie hakim Kutay, aby sprawdzić, czy jego wiedza medyczna okazała się wystarczająca wobec ran, jakie odniosłem w boju. Ofukał mnie za nierozumną chęć dzielenia się ze światem historią mojego życia, skoro on śmierć dopiero ode mnie odprawił i nie może zagwarantować, że nie wróci, aby znów przyjrzeć mi się bliżej.

– Wróci, hakimie, wróci – mówię. – Ale nie dziś, ani jutro, inszallah12.

– Inszallah, Fericie. Uważam jednak, że nie powinieneś się emocjonować, a znając ciebie wiem, że tak właśnie będzie, bowiem losu twojego nie da się opowiedzieć urzędniczym tonem. Dlatego właśnie serce będzie bić ci szybciej, w oczach pojawi się woda, której tak się wstydzisz przed światem, a wszystko to z wielką niekorzyścią dla twojej kuracji. Z tego powodu sugeruję, abyś wstrzymał się ze wspominaniem do czasu, kiedy ciało twoje gotowe będzie, aby zmierzyć się z ciężarem minionych chwil, jakie w opowiadaniu przywołasz. Musisz wiedzieć, co wielokrotnie ci powtarzałem, że umysł i ciało to jedność, a gdy szwankuje jedno, podupada też drugie, dlatego najważniejsza jest harmonia, chłopcze. Wybacz, Fericie, że zwracam się tak do ciebie, co z pewnością kłóci się z twoją godnością, ale dla mnie zawsze pozostaniesz chłopaczkiem, jakiego przed laty poznałem, nawet jeśli z woli Allaha dożyjesz dwustu lat. Widzę, żeś już zdenerwowany tym, co za chwilę ślina na język ci przyniesie. Zdradza to twoja dłoń, którą zaciskasz na buńczuku, jakby w obawie, że ktoś ci go odbierze, mimo iż wiesz, że tak się nie stanie, bowiem nikt nie zapracował na swój tytuł tak ciężko, jak ty. Wiedział o tym Murad i wieo tym syn jego, Mehmed, którego twoi janczarzy słusznie okrzyknęli Zdobywcą, gdyż dokonał tego, czego nie udało się dwukrotnie ojcu.

Tak właśnie postękuje czcigodny Kutay, zmieniając mi opatrunek. Przekonuje mnie, abym zostawił na razie małego chłopczyka niskiego stanu, marzącego przed laty na ziemiach niewiernych, aby zostać chrześcijańskim rycerzem polskiego króla Władysława. Nie mogę jednak spełnić zaleceń hakima i pozwolić odejść dzieckuz mojej głowy. Zbyt wyraźnie bowiem widzę jego szeroko otwarte, ciekawe świata oczy i słyszę setki zadawanych przez niego pytań, a wszystko to sprawia, że rodzą się we mnie słowa, które pisarz Besim zamieni na piękniejsze niż są w rzeczywistości.

– Tylko nie posyłaj po mnie – grozi medyk, zbierając się do odejścia – kiedy przed oczami migotać ci będą krwawe plamy, a serce bić zacznie niespokojnym rytmem, jaki z pewnością wywołasz swoim gadaniem.

Już mam zajrzeć w przeszłość i podjąć opowieść, kiedy dostrzegam dziewczynę zmierzającą pewnym krokiem w naszą stronę. Nie ma więcej niż szesnaście lat. Suknia jej porwana, splamiona krwią i żołnierzami. Nie próbuję zgadywać iloma. Złota siatka na głowie smętnie opada na prawy policzek. Młode piersi nieszczęsnej to wysuwają się, to chowają pod rozerwanymi szatami mieniącymi się błękitem, zielenią i bielą. Łono krwawi obficie, znacząc wymęczone lędźwie. Jeden tylko pantofel spełnia swą rolę, druga stopa boso powłóczy po ziemi, raniąc się o kamienie. Nie widzę w dziewczynie nic ludzkiego. Bardziej zjawą jest niż żywą istotą, ona również ma tego świadomość. Dlatego nie chce być już zjawą. Dlatego nie chce już być. Nie potrafiłbym jej w tym przeszkodzić.

Widzi nas wyraźnie, nieszczęsna, jednak nie zwalnia kroku. Zwraca się hakim Kutay szeptem do Allaha Miłościwego i Sprawiedliwego. Przeszywa powietrze pierwsza sura świętej księgi Koranu. Dołączam do modlitwy, szepcząc słowa Fatihy13. Doglądający mojego spokoju dwaj oficerowie janczarów zajęci grą w tryk taka, zrywają się gwałtownie z ziemi. Obnażają broń. Lśnią bruzdy na płazach świeżo wypolerowanych szabli z damasceńskiej stali. Kto wie, ile zatrutych sztyletów mogła niewierna schować pod resztkami sukni? Nie takie rzeczy się zdarzały. Nie zwraca na nich uwagi pogodzona z losem dziewczyna. Pustym, wypalonym przez chuć żołnierzy wzrokiem spogląda w toń ujścia Złotego Rogu, w niej szukając pociechy. Dłonią wstrzymuję oda baszych14. Pozwalam męczennicy zbliżyć się do skarpy, aby spotkać mogła się z przeznaczeniem, ku jakiemu z taką pewnością i odwagą kroczy. Rany nie pozwalają mi odwrócić za nią głowy, jednak dokonuję tego, nie zważając na ból. Widzę, jak pewnie zawierza się morzu, wierząc, że skrzywdzi ją mniej niż żądza janczarów.

Krążą na niebie trzy sokoły wypuszczone przez czakyrdży baszę15 sułtana Mehmeda. Tęsknią za łowami, jakim jeszcze niedawno oddawały się w lasach Edirne. Rozwiewa wiatr odór palonych ciał. W popiół wrazz nimi obracają się wybitne księgi bizantyjskich autorów. Wdzierają się w odgłosy lamentów i biadań pohańbionych niewiast pokrzykiwania architektów i budowniczych. Dostanie niebawem Ayasofya16 cztery wieże minaretów, skąd muezini wielbić będą imię Jedynego Boga. Powstanie obok nich seraj17 sułtana z Bramą Szczęśliwości, przed którą Władca Wiernych rozstrzygać będzie spory poważne i błahe. Ożyje cuchnące śmiercią miasto. A wtedy spojrzy na nie z okien nowego pałacu ten, którego zwą Zdobywcą i z bólem w sercu wspomni, jak pod jego murami tracił wiarę i nadzieję.

Wpatrzony zatem w unoszące się nad Złotym Rogiem sokoły, ja, Ferit, najmizerniejszy spośród niewolników Allaha, czorbaczy basza18 janczarów, rozpoczynam długą opowieść, a świadomość cow niej ukryte sprawia, że oczy zachodzą wodą nie przystającą mojej godności. Jeśli jednak z woli Jedynego Boga będę musiał zapłakać, uczynię to, gdyż nie mnie, niegodnemu protestować przeciw boskim zamysłom. Amen.

Rozdział pierwszy

Sierpień 1438, Kraków

Trzynaście lat miałem, gdy ziemię krakowską wypalał żar sierpniowego słońca przełomowego dla mnie roku. Osiem miesięcy wcześniej ducha wyzionął cesarz rzymski, Zygmunt Luksemburski, człowiek niechętny Koronie Polskiej, przez wielu nawet nazywany jej wrogiem. Ster władzy przejąć miał po nim jego zięć, August Habsburg, co wielce nie podobało się możnym panom czeskim. Tak bardzo, że zwrócili się o pomoc do Polski, w bracie panującego monarchy wypatrując pana i władcy. Nie można było zapomnieć, że wschodnie rubieże nękała tatarska orda pod wodzą Chana Ahmeda, zabierając za każdym razem wiele istnień, mogących znaczącą odegrać rolę, gdyby król wplątał się w poważniejszą awanturę. Z kolei zaś rycerstwo francuskie i angielskie wykrwawiało się w ciągnącej się od kilkudziesięciu lat wojnie, choć mało już kto pamiętał, o co w istocie toczy się spór nie pozwalający żonom korzystać z mężowskiego uroku, a dzieci przemieniający w sieroty.

Dziesięć lat minęło, od kiedy w bitwie pod Gołąbcem życie stracił bohater mojego dzieciństwa, dobry rycerz polski Zawisza Czarny z Grabowa. Pamięć o nim wciąż jednak żyła w mieszkańcach Krakowa, a podrostki niezależnie od stanu marzyły, aby dorównać mu legendą, gdyż w marzeniach małych dzieci nikt prześcignąć nie zdoła. Nie sądzę jednak, abym za życia doczekać się miał rycerza godnego, by zmierzyć się czynami Zawiszy, niech Allah ma go w opiece, choć zginął jako niewierny.

Smutna ponoć była uroczystość pogrzebowa być może najświetniejszego rycerza europejskiego, gdyż ciało nie wróciło, by spocząć w ziemi ojczystej. Do grobu tylko tarcza i miecz bohatera złożone zostały przez brata jego, Jana Farureja, a nad nimi kanonik krakowski Adam Świnka epitafium wygłosił własnym piórem spisane. Niósł się jego drżący głos po całym kościele franciszkańskim, i mimo iż mało kto rozumiał łacińskie słowa, dawało się wyczuć, że dzieło poety opowiada o rzeczach wielkich i ponadczasowych. Niewieści szloch i ciężkie, wzburzone oddech mężczyzn zdawały się wzlatywać ku niebu, a w sercach rycerzy rodziło się pragnienie zemsty, które długo szukać miało ujścia. Trzy lata miałem, kiedy ducha Zawiszy ziemi powierzano, dlatego nie pamiętam tamtych wydarzeń, jednak zostały mi opisane tak detalicznie, że dziś mówiąc o nich, odnoszę wrażenie, że byłem ich uczestnikiem.

Od roku tysiąc czterysta trzydziestego czwartego brzmię władzy spoczęło na młodych barkach Władysława III za sprawą możnych panów, biskupa Zbigniewa Oleśnickiego i woli bożej, mimo iż niektórym wydawało się, że biskupie zamysły silniejsze były od boskich. Ojciec chłopca, Władysław Jagiełło, tak bardzo dał się we znaki wojującym braciom Zakonu Najświętszej Maryi Panny, że w roku tysiąc czterysta dziesiątym przy pomocy walecznego rycerstwa pozbawił życia Wielkiego Mistrza, Ulricha von Jungingena. Z wielką chęcią opowiadali o tym wydarzeniu weterani spod Grunwaldu i chełpiąc się dokonanymi czynami tęgo pociągali miód z gąsiorów.

Nie mogłem pojąć, dlaczego dobry i pobożny rycerz polski wzniósł miecz przeciwko niemieckim braciom w białych płaszczach przeciętych czernią krzyża świętego. Nie interesował się jednak ojciec mój, Ziemowit, chłopięcymi dociekaniami, jakimi zakłócałem jego ulubione zajęcie. Wspólnie z przyjacielem rodziny, księdzem Bogusądem zbywał moją ciekawość wymijającymi odpowiedziami, powołując się na kwestie polityki, o jakich z dziećmi nie zamierzał rozmawiać. Mimo braku wsparcia ze strony dorosłych, byłem pewny, że zamiast krew toczyć chrześcijańską, kwiat europejskiego rycerstwa winien zjednoczony wyprawić się przeciw Osmanom coraz śmielej poczynającym sobie na Bałkanach i nieustannie zerkającym na święte mury Konstantynopola, jakich nie udało się im jeszcze zdobyć.

Być może tego samego zdania był brat Zawiszy Czarnego, Jan Farurej, kiedy w grudniu roku tysiąc czterysta trzydziestego piątego, jako stolnik krakowski podpisał w Brześciu Kujawskim traktat pokojowy z Zakonem Krzyżackim. Po czteroletniej wojnie względny pokój zapanował w Koronie Polskiej. Nikt chyba jednak nie traktował go nazbyt poważnie, gdyż nie ma takiego traktatu pokojowego, którym nie można podetrzeć sobie zadka i wyruszyć na bitewne pole, gdzie jedni się wzbogacali, inni tracili wszystko, a śmierć nie widziała różnicy między rycerzami i giermkami.

Rozleniwieni trwającym trzy lata przestojem w wojowaniu dobrzy rycerze polscy zabijali czas hulankami, sporami o ziemię oraz płodzeniem kolejnych pokoleń rycerzy oraz przyszłych powiernic serc rycerskich. Niewielu z nich zajmowało się doskonaleniem wojennego rzemiosła podczas turniejów na wawelskim zamku. Po prawdzie nie było w tym ich winy, gdyż mniejszy entuzjazm w organizowaniu widowiskowych potyczek wiązał się ze skarbcem spustoszonym wymaganiami dziań zbrojnych. Jedynie młody król Władysław, pamiętając o chwalebnych czynach ojca swego, a zwłaszcza o bitwie na grunwaldzkim polu snuł marzenia, w których wybiegał do Grobu Świętego zajętego przez śmiertelnych wrogów chrześcijańskiej sprawy. Rwało się serce chłopięce do świata szerokiego, do Jerozolimy, gdzie świętość stała obok świętości, wywołując ekstazę u tysięcy pielgrzymów z całego świata. Podsycały tęsknoty dawne kroniki opisujące bohaterskie czyny rycerstwa łacińskiego poprzednich krucjat, a każda z tych nierzadko ubarwianych historii toczyła umysł młodego władcy, jak woda wartkiej rzeki żłobi kamień, jak śmiertelna choroba wdziera się w silne niegdyś ciało.

Przyklaskiwali jedni marzeniom króla i, wspominając męstwo i rozwagę jego ojca, wierzyli, że dziecinne marzenia staną się rzeczywistością, a im uda się zapisać wzniosłe rozdziały w historii wojskowości. Inni z kolei biadali, że dopóki skłócony Zachód zajęty wydzieraniem sobie władzy i zbrojnym przekonywaniem się o swoich racjach nie zjednoczy się pod wspólnym sztandarem, nie może być mowy o wyprawie do Ziemi Świętej. Nikt jednak nie mógł przewidzieć, jak potoczą się losy króla, zbyt wcześnie wkraczającego w dorosły świat pełen pułapek i niebezpieczeństw. Był przecież jeszcze Władysław wielką tajemnicą zarówno dla siebie jak i poddanych, bowiem czternastoletni chłopiec wciąż pozostawał dzieckiem swojej matki i marionetką w rękach doradców, czyli Rady Opiekuńczej oraz regenta biskupa Oleśnickiego, na których w istocie spoczywał ciężar rządzenia.

Ja także motywowany rycerskimi opowieściami dokonywałem w wyobraźni czynów heroicznych na wzburzonym od bitewnego hałasu bojowym koniu z francuskiej La Perche. Sercem całym marzyłem, aby na olbrzymim, właściwie odkarmionym perszeronie zakutym wraz ze mną w stal, wymierzać siłą miecza i sprytem strzał sprawiedliwość bożą w Zamorzu19. I tylko matka moja, Zbysława, załamywała ręce, bowiem przypuszczała, jak nieznośną dla niewiasty męką bywa wojaczka najbliższych jej sercu. Rozumiała, jak wzdrygać się ono musi przed każdą zbrojną wyprawą, skąd najbliżsi powrócić mogli jako naznaczeni śmiercią bohaterowie, z których żadna kobieta nie mogła już mieć pożytku. Widziała mnie raczej w klasztornych murach, gdzie wśród zapachu kadzideł i przejmującej, pokutniczej ciszy zgłębiałbym nauki chrześcijańskiego Boga. Niepomny na biadania matki mówiłem z zapałem o wydarciu Grobu Pańskiego z rąk niewiernych, ponownym obsadzeniu twierdz Akki czy Aszkelonu, a przede wszystkim o przywróceniu Królestwa Jerozolimskiego. Chyba tylko po to, aby znów możni tego świata spierać się mogli, czy ma być ono lennikiem Watykanu, Cesarstwa Rzymskiego czy może Cesarstwa Bizantyjskiego. Dlatego też niezmiennie śniłem o bitewnych polach, o mężnych rycerzach ścierających w proch odwiecznych wrogów io triumfalnych powrotach z wypraw, kiedy to lud wylegając na ulice rzucał kwiaty, a dziewki z radością gotowe były oferować bohaterom wszystko najlepsze, co miały, choć nie wiedziałem, o czym była mowa.

Ojciec mój z obojętnością podchodził do nierealnych marzeń dziecięcych, gdyż większość czasu spędzał na powinnościach wobec króla i miasta, czego do końca zrozumieć nie mogłem, gdyż na mój chłopięcy rozum obowiązki wobec rodziny powinny być nie mniej istotne. Kiedy zachodził do domu po służbie, siadał w milczeniu przy stole i w towarzystwie gąsiora z miodem zajmował się polerowaniem służbowej halabardy. Podejrzewałem, że zadawał nią w wyobraźni śmiertelne ciosy niezliczonej liczbie wrogów, jednak nie sądzę, żeby wśród nich byli wyznawcy religii Proroka, niech pamięć o nim trwa wiecznie. Walczył w marzeniach raczej z rycerzami tej samej wiary, bo tak nakazywała polityka, o której niewiele wtedy wiedziałem, a i dziś nie zwracam na nią uwagi, zostawiając ją głowom światlejszym od mojej. Ilekroć jednak powracałem do drażniącej ojca kwestii przelewania krwi chrześcijańskiej, kiedy muzułmańska coraz śmielej poczynała sobie w szerokim świecie, rodzic mój tylko burczał i fukał, mówiąc, że to nie sprawy dla dzieci, że kiedyś zrozumiem wszystko tak, jak Bóg tego chce. Gdy dalej dociekałem, czegóż to Bóg może chcieć naprawdę od rycerstwa polskiego, ojciec zbywał mnie milczeniem i w towarzystwie gąsiora z miodem wychodził przed dom, gdzie po chwili zasypiał, zapominając, że miód, wino i piwo wypite w większej ilości posiadają właściwości nasenne. To było jego ulubione zajęcie.

Był zatem mój ojciec, Ziemowit, prostym strażnikiem miejskim, a matka, Zbysława, jeszcze mniej skomplikowaną żoną strażnika miejskiego. Podczas gdy ojciec dbał o porządek w mieście, a wieczorami próbował odnaleźć odpowiedzi na nurtującego go pytania na dnie gąsiora z miodem, matka zajmowała się domem i miałem wrażenie, że była zadowolona ze swojego losu. Dopiero później, kiedy podsłuchałem jej rozmowę z Bogusądem, zrozumiałem, że nie była do końca szczęśliwa. Zazdrościła możnym paniom bogactwa i pięknych strojów, uprzywilejowanej pozycji w świętym kościele oraz – jak się jej wydawało – barwnego życia, o jakim sama niewielkie miała pojęcie, tkwiąc w szarej klatce niezmiennych dni. Dopiero po latach zrozumiałem, że problemy bogatego wcale nie różnią się zbytnio od tych biedaka, rozgrzane słońce wypala na wszystkich ciałach takie same rany, a śmierć dla jednych i drugich w ciężkiej chorobie bywa identycznym wybawieniem. Zanim jednak to pojąłem i ja także utyskiwałem na niskie pochodzenie zamykające mi dostęp do rycerskiej kariery i głośno biadając, że lawirować będę musiał wśród ścieżek niechcianego życia, marzyłem naiwnie o wojennej chwale.

Mieszkaliśmy na południe od Wawelu, na Woli Duchackiej, wsi zarządzanej przez braci Zakonu Ducha Świętego. Tuż obok biegł gościniec prowadzący do spiskiej krainy, gdzie góry były wielkie, lud krzepki i nawykły zarówno do pitki jak i bitki, co wielokrotnie podkreślał Bogusąd, jednak nie miałem pojęcia, skąd czerpał swoją wiedzę. Często patrzyłem na kupców z odległych krajów gnanych do Krakowa żądzą szybkiego wzbogacenia się, dobrych rycerzy polskich wypuszczających się w lasy na polowania na dzikiego zwierza oraz wielu księży i braci zakonnych ciągnących na południe, do Rzymu, gdzie czasem matematycy miewali problem z ustaleniem, ilu papieży rządzi świętym kościołem. Dowodził niezmordowanie Bogusąd, że czasy wielkiej schizmy zachodniej bezpowrotnie minęły za sprawą pontyfikatu Marcina, piątego tego imienia. Świadczyć miał o tym popularny wśród kleru dystans do dni, kiedy kościołem władało trzech antypapieży, a kacerzy w Czechach pod wodzą Jana Husa za sprawą nieznanych wcześniej strategii wojskowych, stali się solą w oku rycerstwa i duchowieństwa. Do chwili, kiedy ich przywódca nie został wezwany do stawienia się na soborze w Konstancji, gdzie podstępnie zdradzony przez Zygmunta Luksemburskiego, spalony został na stosie po długim i żmudnym procesie.

Dom nasz był skromny, drewniany, dwuizbowy, a stojąca obok stodoła świadczyła, że w czasach mego dziada magazynowano tam siano, aby poczęty na nim mógł zostać mój ojciec, co poniekąd przyczyniło się i do mego przyjścia na świat, choć jako dziecko mgliste miałem o tym pojęcie. Wiedziałem tylko, że na sianie matka po raz pierwszy przytuliła mnie do piersi i wiedza ta musiała mi wystarczyć na lata, dopóki nie stałem się człowiekiem dorosłym i sprawy dorosłych przestały być dla mnie tajemnicą.

Blisko naszego domu znajdował się młyn pana Manfreda, Niemca przybyłego przed laty do Krakowa – podobnie jak wielu jego rodaków – w poszukiwaniu szczęścia oraz wymiernych korzyści finansowych nierzadko powiązanych z tym pierwszym. Przy pomocy zgromadzonych na zachodzie oszczędności postawił pan Manfred młyn i dając dobrą cenę za zboże wyjednał sobie przychylność okolicznych chłopów modlących się prawie codziennie za nieśmiertelną duszę niemieckiego producenta. Najbardziej jednak w domu pana Manfreda interesowała mnie jego córka, Bogna, o której urodzie głośno rozprawiali nawet strażnicy miejscy, kiedy ojciec podejmował ich w gościnę, a miód rozwiązał im języki na tyle, że nie było sekretu, którego by nie zdradzili, ani myśli, jakiej nie odważyliby się wyrzec. Nie lubił jednak pan Manfred, kiedy kręciłem się w pobliżu młyna, a działo się tak z pewnością dlatego, że swym niskim pochodzeniem sprawiałem, że mąka stawała się mniej szlachetną, niż była bez mojego towarzystwa. Fochy niemieckiego producenta rodziły się ze względu na polską słomę wijącą się między palcami stóp mojego ojca, której przeklęta moc sprawiła, że nie mógł on dostąpić zaszczytu pasowania na chrześcijańskiego rycerza. Zaszczyt ów i mnie przypadł w spadku.

Niejednokrotnie zachodziłem do stodoły, próbując pojąć istotę chwili, w której ojciec mój został poczęty, a słoma cierpliwie czekała, aby w stosownej chwili wedrzeć się między stopy. Nieświadoma spraw ludzi dorosłych wyobraźnia nie podpowiadała żadnych rozwiązań. Zwracałem się do Bogusąda o pomoc w rozwiązaniu problemu, jednak klecha targał mnie tylko za uszy i w surowych słowach ganił za dociekliwość. Ze zgrozą dowodził, że za jej sprawą skończę w piekle, gdzie czarty i biesy grzeją już dla mnie smołę. Aby uchronić mnie przed wieczną męką na diabelskim łonie, zadawał mi pokutę, sam zaś miodem z gąsiora wznosił toasty za Syna Bożego, wielce się przy tym radując.

Patrzyłem zatem ze smutkiem, jak słoma wije mi się między palcami stóp, najwyraźniej dobrze się tam czując, a kwestia mojego urodzenia wpędzała mnie w teologiczne rozważania.

– Jak to jest, że pan nasz, Jezus Chrystus – pytałem Bogusąda – urodził sięwstodole czy nawetwoborzeimógł osiągnąć wiele, podczas gdy największym osiągnięciem mojego ojca jest liczba wypitych wieczorem gąsiorów,októrychzradością opowiada innym strażnikom miejskim, również ustalającymwtej dyscyplinie piękne rekordy?

Wielebny, nawołując, abym nie wyzywał imienia Boga nadaremno, walił mnie po głowie, biadając, że chyba opętał mnie szatan, którego będzie musiał ze natychmiast wypędzić. I znów klęczałem przed nim pogrążony w modlitwie, a on z zadowoleniem wsłuchiwał się w zadaną pokutę, mrucząc, że może coś jeszcze ze mnie wyrośnie, bylebym przestał męczyć go dziecinnymi pytaniami, gdyż mam już trzynaście lat.

– Słyszałem, że w tym wieku dobrze planować dorosłe życie, a ja najbardziej chciałbym zostać rycerzem, o czym dobrze wiecie – twierdziłem. – Oni to bowiem dokonują bohaterskich czynów, zgarniają bogate łupy, a dziewkom na ich widok miękną kolana i gotowe są zrobić dla nich wszystko, choć nie wiem, co to znaczy.

– Czyś ty rozum postradał, chłopcze?! – Ciężka łapa Bogusąda ponownie spadła na moje czoło, a święty gniew zakwitł na jego pyzatym i rumianym nie od słońca obliczu. – Nigdy nie zostaniesz rycerzem, boś w stodole poczęty i tamże urodzony, co sprawiło, że masz słomę między paluchami i musisz sobie to w końcu uświadomić. Rycerzem się rodzi, a tyś się urodził biedakiem i zrozum to wreszcie! Porzuć więc beznadziejne marzenia, Jutrowoju, i módl się do Boga w Niebiesiech, aby pozwolił ci zachować resztki rozumu, którego z każdym dniem najwyraźniej ci ubywa.

– Nie będę tłukł psów niewiernych? – pytałem drżącym głosikiem, a oczy zachodziły mi łzami.

– Nie będziesz i przestań zadręczać mnie głupimi pytaniami – bąkał gniewnie Bogusądigderając, że zniesienie bez miodu mojej obecności byłoby niemożliwe, wychylał duszkiem pół zawartości gąsiora. – Gdyby wszyscy byli rycerzami, to kto byłby pastuchem, krawcem, gorzelnikiem bądź katem? Tak już ten świat jest urządzony, że…

Przyszłość jeszcze niedawno rysująca się w dziecięcej wyobraźni w pięknych barwach poszarzała i przestałem się w nią wpatrywać. Nie widziałem już siebie na pięknym, zakutym w zbroję perszeronie siejącym spustoszenie w szeregach wrogów, lecz śpiącego na progu domu w towarzystwie opróżnionych gąsiorów. Niemal fizyczny ból sprawił mi ten widok, bowiem nie dostrzegałem w nim niczego wielkiego, ani nawet w najmniejszym stopniu interesującego.

Każdego dnia biegałem do jednej z przepraw na Wiśle, a flisacy na mój widok zwracali się z pokorą do Stwórcy, aby jak najprędzej uwolnił ich od mojej obecności. Podobnie jak Bogusąd nie przepadali za moją ciekawością i o wiele milsza im była choćby najcięższa przeprawa niż pytania, jakimi nieustannie ich zadręczałem. Na wiele z nich nie potrafili odpowiedzieć, zezując na mnie spode łba z jawną wrogością i szukając pociechy w gąsiorze z miodem, jaki zawsze mieli na podorędziu. Nie wiedzieli, dlaczego Wisła płynie w tę, a nie w tamtą stronę; ile razy przeprawiał się na drugą stronę orszak młodego króla Władysława i czy panujący nie zdradził może swych planów odnośnie Grobu Pańskiego; dlaczego rybki nie umieją latać, choć może bardzo o tym marzą; czy łatwej przewozić im dwudziestu tęgich rycerzy czy może czterdziestu chuderlaków i czy dobry Bóg sprawi wreszcie, że dziesięcina zamieni się w gówno, a nie w złoto w skarbcach duchowieństwa. Jeśli ostatnie z przedstawionych pytań wprawiało flisaków w doskonały nastrój i odpowiadali na nie chętnie przy pomocy rozwiązującego języki miodu, tak pytania pozostałe zbywali milczeniem, które także przepijali miłym ich sercu płynem z gąsiora. W ogóle zauważyłem, że niemal każdą czynność rośli flisacy przepijali miodem, jakby w ten sposób pragnąc potwierdzić, że w istocie miała ona miejsce.

Moja ciekawość doprowadziła nawet do pewnego incydentu, który zmroził mi serce i sprawił, że pytania zacząłem zadawać ostrożniej i odrobinę cichszym głosem. Flisak Mateusz, solidnej postury mężczyzna w kwiecie wieku, rozeźlony moim pytaniem o początek i koniec świata złapał mnie jak małego szczeniaka i za nogi podniósł w górę z ewidentnym zamiarem zawierzenia wiślanej toni. Wrzeszczałem w imię Boga, aby zostawił mnie w spokoju, gdyż niewinny jestem jak sam Chrystus, przez wrogów sprawy chrześcijańskiej na krzyż posłany, aby zbawić mógł nasze nieśmiertelne dusze. Niewzruszenie jednak flisak Mateusz zamierzał wypełnić swą wolę, od czego odwieść go nie zdołała zdrowaśka, jaką naprędce wypowiedziałem w znanych mi językach: po polsku i łacinie. Przerażeni flisacy rozpaczali nad głupotą Mateusza, która niechybnie zawiedzie go pod miecz katowski i opowiadając mu o gąsiorach z miodem, jakich przez to nie będzie mógł wypić, osłabiali decyzję zapadłą w jego poczciwym w istocie sercu. Oswobodził mnie w końcu flisak Mateusz i waląc mocno w czoło zagroził, abym wystrzegał się pytań, gdyż w nich siedzi tylko diabeł, z którym on, flisak Mateusz, nic do czynienia mieć nie chce. Aby ukoić nerwy skołatane moją obecnością na tratwie, wychylił przewoźnik o rumianej nie od słońca twarzy zawartość gąsiora ochoczo podanego mu przez zadowolonych z jego mądrej decyzji towarzyszy.

Najbardziej przeprawiać lubiłem się z rycerzami powracającymi z polowań. Wprawdzie odganiali mnie niegroźnymi kopniakami rozdawanymi z wysokości końskich grzbietów, twierdząc, że ze względu na ich liczebność popłynąć muszę inną przeprawą, jednak nigdy łatwo się nie poddawałem. Zręcznie unikając kontaktu z rycerskim obuwiem sadowiłem się między nimiiwpatrzonywwielkie mieczeiłuki dobrych rycerzy polskich, czułem się niemal jednymznich,wmyślach wybiegającwchwalebną przyszłość.Itylko flisacy patrzyli na mniezpolitowaniem, walącwczoło, ilekroć którychznich przechodził obokwtrakcie wypełniania obowiązków służbowych. Gdzie ty leziesz, wróbelek, mówili, między te tłuste wrony, skoro słomę masz między paluchami, cozdwóch mil nawet niezbyt bystre oko wypatrzyć może. Na co ci, niedojdo,wbroń rycerską się wgapiać, której nawet dotknąć mógł nie będziesz, bo za brudne masz łapy. Uciekaj, szczeniaku, przed gniewem rycerskim, bo, jak biedak raz go doświadczy, to już przez całe życie pod jego jarzmem żyć będzie. Takimi słowy odwodzili mnie ciężko pracujący flisacy od marzeńorycerskiej sławie, która ich zdaniem nie mnie była pisana. Przekonywali mnie, że skoro tak wiele pytań zadaje, wywołującwnich wielkie pragnienie, to może swoje miejsce na ziemi odnaleźć powinienemwmurach krakowskiej akademii albowklasztornej celi, skąd, jak wiadomo, pochodzi cała ludzka mądrość. Nie słuchałem popijających miód flisakówi zciekawością wpatrywałem sięwrycerzy, dla których fakt mojego istnienia pozostawał bez żadnego znaczeniainic nie mogło tego zmienićzpowodu słomy, jaką nosiłem między palcamiustóp. Wciąż jednak nie zwracali najmniejszej na mnie uwagi dobrzy rycerze polscy, nawet kiedy zerkającwich stronę spode łba, głośno modliłem sięwjęzyku łacińskim. Zajęci rozmowąosprawach,ojakich nie miałem pojęcia, potwierdzali głęboką przepaść oddzielający ich stan od mojego. Wzdychałem wtedy ciężko i po prostu żyłem dalej, mając nadzieję, że los mój kiedyś się odmieni i to ja patrzył będę, jak rycerze będą próbowali przyciągnąć moją uwagę.

– Obserwuję cię, smrodzie, jak próbujesz być kimś, kim nigdy nie będziesz, a sprawia to, że w sercu mym rodzi się gniew i mam ochotę zdzielić cię przez łeb – rzekł kiedyś flisak Mateusz, najwyraźniej żałując, że nie ofiarował mnie zdradliwym prądom Wisły. – Popatrz lepiej na mnie i powiedz, co widzisz? – zapytał.

– Flisaka – odpowiedziałem.

– Co jeszcze?

– Gąsior z miodem.

– Nie to miałem na myśli. – Pacnął mnie w czoło. – Choć, oczywiście, w dobrym zdrowiu miód mnie utrzymuje, podobnie, jak wszystkich moich towarzyszy…

– I całe miasto – przerwałem mu. – I całą Koronę Polską!

– Jak dorośniesz, pij dużo miodu, smrodzie. Naród nie może się mylić. Powiedziałeś, że widzisz we mnie flisaka, tak?

– Tak rzekłem.

– I prawdziwe twoje słowa były, gdyż flisakiem jestem i nikim innym być nie pragnę, bo wiem, że inna dola niewiele różna od mojej doli flisackiej. A to, że śmierdzę jak cap, nie sprawia wcale, że w myślach tęsknię do pięknych zapachów, bowiem czy to pachnąc, czy śmierdząc, takim samym bydłem rzeźnym jesteśmy dla tej, co przychodzi pewnie i zabiera wszystko.

– A któż to taki?

– Śmierć, smrodzie – rzekł flisak Mateusz, przepijając odpowiedź solidnym łykiem miodu. Kiedy uznał, że nie odgonił nim wizji tej, co zabiera wszystko, wychylił zawartość gąsiora i czkając z lubością, sięgnął po następny.

Dobrze też znali znaczenie słomy między stopami strażnicy miejscy zachodzący do naszego skromnego domu. Nie przeszkadzała im jednak ona w pilnowaniu miejskiego porządku i przypominaniu mieszczanom, że wszelkie występki przeciw szlachcie są wyjątkowo nieopłacalne. O wiele sroższą karę ponosił mieszczanin działający na szkodę szlachcica, podczas gdy ten drugi uprzykrzając życie pierwszemu, pozostawał nierzadko bezkarny za tarczą swojego pochodzenia. Za wielce niesprawiedliwe uznawałem obowiązujące prawo, ale to pewnie dlatego, że byłem dzieckiem, gdyż dorośli akceptowali taki stan rzeczy i popijając tęgo miód z gąsiorów, nie chcieli go zmieniać. Wszyscy jednak zgodnie nienawidzili dziesięciny, którą płacić musieli świętemu kościołowi, tak aby duchowieństwo żyć mogło w dostatku sprzyjającym głoszeniu słowa bożego na najwyższym poziomie. Wielokrotnie zwracałem uwagę na ten problem Bogusądowi, jednak on tylko wzdychał ciężko, mówiąc:

– Nic o tym powiedzieć nie mogę, gdyż nie ja prawo ustalam i nie ja jestem tym, który przeciw prawu buntować się będzie.

– To zrozumiałe, gdyż to nie wy płacicie, a wam płacą…

– Milcz, nicponiu! – Obruszył się klecha, waląc mnie w czoło, aż mi świeczki w oczach stanęły. – Powiedział wszak pan nasz, Jezus Chrystus, aby Bogu oddać, co boskie, cesarzowi zaś, co cesarskie, i miał świętą rację. W naszym świecie waluta obowiązująca w danym kraju niezbędna jest do prawidłowego funkcjonowania państwa, prawda? Bez pieniędzy nie powstałoby nic, co jest trwałe i co trwale świadczyć może o bożym miłosierdziu. Dlatego mówię, że bez dziesięciny nie ujrzałbyś ni kościołów, gdzie głos Boga słychać najmocniej, nie tylko podczas Mszy Świętej, ni klasztorów, gdzie braciszkowie w blasku świec przepisują święte pisma oraz ważne kościelne dokumenty. A kto tego nie rozumie, ten cap.

Pojąłem doskonale ten wywód, podobnie jak nieobca była mi złość ludu wobec nieuchronności spłaty kościelnego podatku. Wydaje mi się jednak, że święty gniew mieszkańców Krakowa nie rodził się z samej wysokości dziesięciny, alezpowodu dziesiątek fałd tłuszczu, jakimi obrastało duchowieństwo,zledwością poruszając się po ulicachi ztakim samym trudem celebrując mszewjęzyku łacińskim, na którym mało kto się wyznawał.

Wlecie ojciec podejmował gości przed domem, gdzie na solidnym drewnianym stole stały rozstawione wcześniej gąsioryzmiodem, gdyż ludzie cywilizowani nie powinni prowadzić dysputy bez ich udziału. Siadałem czasemzbokuipodsłuchiwałem dzielnych strażników miejskich, jak wymieniali się najnowszymi plotkami miejskimiidworskimi, opiewali czyny heroiczne dokonane na żyjących wbrew prawu psich synach, aby ostatecznie skoncentrować się na problemach strategii wojennej. Zazwyczaj głośno biadali nad fatalnym przebiegiem ostatniej krucjaty dowodzonej przez króla węgierskiego Zygmunta Luksemburskiego, którawtysiąc trzysta dziewięćdziesiątym szóstym roku pod Nikipolis srogą poniosła klęskęzrąk Osmanów. Opłakiwali też po wielokroć dobrego rycerza ZawiszęzGrabowa, ubitegowokolicach Gołąbca pod komendą tego samego króla najwyraźniej nie najlepiej wyznającego się na sprawach wojny.

– Ale inaczej być nie mogło – żartował rozochocony miodem ojciec,aja nie wierzyłem, że wyrzec on może aż tyle słów, podczas gdywrozmowie ze mnąimatką najczęściej posługiwał się dwoma – żeśmy klęski ponieśliwdalekich krajach, skoro nami władał król Zygmunt zwany Luksemburskim,aniewiernymi sułtan Bajazyd20tytułowany Błyskawicą.

Znaczną część dyskusji poświęcano problemom nowej krucjaty, podczas której zjednoczone siły chrześcijańskie wyprzeć powinny ostatecznie niewiernychzZiemi Świętej, gdzie ich obecność urągała Boguieuropejskiej godności. Chwilę później wyrażono nadzieję. obficie przepijając ją miodem, że pogłoskiomłodym królu Władysławie okażą się prawdziweiże jego fascynacja dawnymi wyprawami krzyżowymi przekuje się we właściwym czasiewrealny miecz sprawiedliwości, który przetrąci łby pogańskie, aby zatriumfować mogła jedyna prawda. Na te słowa ojciec pędem wbiegał do domu po halabardę, aby nią zademonstrować najbardziej skuteczny system walki bezpośredniejzniewiernymi.Iciął powietrze bronią mój biedny ojciec, strażnik miejski, którywstodole mnie począł, abym w niej mógł przyjść na świat i ranił je i rozpoławiał, a powietrze, jak to powietrze, pozostawało niewzruszone na działanie zaczepne. I wtedy broń przejmowali jego kompanii od gąsiora i również wywijając halabardą wte i wewte, próbowali zmusić powietrze do kapitulacji, jednak bezskuteczność tych zabiegów sprawiała, że prędko markotnieli i osowiali siadali przy stole, racząc się obficie miodem. Zasypiali potem wszyscy, kładąc się gdzie popadnie,apowietrze,zktórym wcześniej nie mogli sobie poradzić, wypełniał miarowy odgłos ich ciężkich, cuchnących oddechów, któreimnie kołysały do snu. Kiedy budziłem się rano, nie mogąc znieść chrapiących, wymykałem sięzdomu poszwendać się po Rynku Głównym, gdzie zawsze coś się działo,adźwięki instrumentów kuglarzyikomediantów mieszałyznawoływaniem kupców orazzciężką pracą katowskiego miecza, który nie wywoływał we mnie trwogiwprzeciwieństwie do ukończonego siedem lat wcześniej kościoła św. Gertrudy. Kiedy strachem swym podzieliłem się ojcem Bogusądem, wytargał mnie za uszyiczyniąc nade mną znak krzyża świętego rozpaczał nad szatanem kontrolującymwpełni me grzeszne serce.

– Nicponiu! Czcicielu zła! – wołał. – Nie spotkałem jeszcze żadnego pobożnego chrześcijanina lękającego się boskiego przybytku, ty podstępny, mały czarcie! Tam mieszka Bóg – westchnął. – Podobnie jak wszędzie indziej – dodał rozglądając się na boki. –ABoga lękać się nie musisz tylko tych, co ze złem na swaty chodząiwniegodziwości wypatrują korzyści.

– Ale Bogusądzie – odpowiadałem, masując obolałe uszy – przecież wiadomo, że na tamtejszym cmentarzu spokój wieczny odnaleźć próbują skazańcy straceni katowskim mieczem ku chwale pana naszego Jezusa Chrystusa, niechaj światłość spływa dzięki niemu na nieszczęsny rodzaj ludzki. Jakże mam zatem nie czuć lęku, skoro zło tam pogrzebano?

– Zacny człowiek wybudował ten kościół – przypomniał klecha, obficie racząc się miodemzgąsiora.

Znałem tę historię, jednak nudziła mnie wielceinie dostrzegałemwniej niczego niezwykłego. Kościół św. Gertrudy ufundował Mikołaj Wierzynek, gdyż za bardzo nie miał gdzie pogrzebać ojca swego, Andrzeja, po tym, jak głowa jego spotkała sięzkatowskim mieczemiponiosła szwankwwyniku tej konfrontacji.Aznalazł się Andrzej Wierzynek przed obliczem katauwylotu Siennej, gdyż jako krakowski skarbnik dopuścił się defraudacji sporej kwoty, czego pewni ludzie nie potrafili przeboleć. Dziś, jak bliżej przyglądam się temu problemowi, zastanawiam się, czego nie mogli bardziej znieść: że to nie im udało się zdefraudować czy też może defraudacji jako takiej?

Rozdział drugi

Podobnie jak większość mieszkańców Krakowa wielką radość czerpałem z egzekucji wykonywanych przez biegłego w swej sztuce oprawcę, a spośród dziesiątek straceń jedno zapadło mi najbardziej w pamięci. Miał zostać mieszczanin Ciechosław skrócony o głowę z wyroku wójta u wylotu ulicy Siennej w pobliżu kościoła Mariackiego, jak to było w dobrym zwyczaju. Nie mógł skazany przeboleć, że będąc w kwiecie wieku nie należy do szlacheckiego stanu i żale swe wyraził przy pomocy noża, co nie było zgodne z obowiązującym prawem. Z zimną krwią, choć pod wpływem sporej ilości miodu, zamordował dwóch szlachciców, a dwóch kolejnych ciężko poranił i nie było pewne, czy żyć będą w zdrowiu, jak z pewnością planowali. Zbrodnia ta, mimo iż zasługująca na najwyższy wymiar kary, celująco obnażyła miasto podzielone na chwilami wręcz nienawidzące się stany. Wychwalali po cichu mieszczanie imię Ciechosława, dopatrując się w jego niechybnej śmierci męczeńskiego pierwiastka. Natomiast szlachta szeptem domagała się rewanżu i głów przynajmniej dwóch losowo wybranych mieszczan. Trwały między nimi spory, czy poranione powinny zostać jeszcze dwie kolejne i także losowo wybrane osoby, ale ostatecznie kwestia pozostała nierozstrzygnięta.

Zacierali ręce na egzekucję kupcy z Rynku Głównego, rachując całkiem słusznie, że na śmierci zawsze zarabia się najwięcej, gdyż tak było, jest i będzie. Nie chcieli jednak właściciele barwnych straganów, aby egzekucje odbywały się zbyt często, gdyż mnogość prowadzi do monotonii, a ta podobno zabija wszelki handel. I tylko raczące się obficie miodem rycerstwo z obojętnością podchodziło do wydanego przez sąd wyroku, gdyż widok śmierci nie był im obcy. Z tego powodu dobrzy rycerze polscy tłoczyli się w wyszynkach, wspominając pola Grunwaldu, marząc o nowych bitwach, chwale i dziewkach, którym na widok ich triumfalnych powrotów mięknąć będą kolana. W międzyczasie prali się po pyskach, gdyż zgodnie ze swoją profesją musieli utrzymywać gotowość bojową, w czym mordobicie bardzo było pomocne.

Na chwilę przed wyznaczoną godziną egzekucji dostrzegłem solidnie przetrąconego miodem studenta o długich blond włosach. Chwiejąc się, próbował nabyć na straganie warzywnym cebulę mającą – jak uparcie twierdził – ochronić go przed chorobą. Z zawziętością odmawiał podania nazwy dolegliwości, jednak jąkając się, potwierdzał, że tylko cebula może go z niej wyleczyć i przywrócić do świata ludzi szczęśliwych, zdrowych i z ufnością wypatrujących pomyślnego jutra, jakie z pewnością nadejdzie dzięki panu naszemu Jezusowi Chrystusowi.

Bardzo zabawnie opowiadał o swojej przypadłości długowłosy młodzieniec, co z pewnością spodobało się też grasującym po Rynku złodziejaszkom najbardziej zainteresowanym zawartością cudzych mieszków. Przyuważyłem jak jeden z nich – powszechnie znany, chudy jak patyk Jaromir – systematycznie zbliża się do studenta finalizującego zakup przywracającego zdrowie warzywa. Kiedy szkodnik znalazł się za plecami przyszłego uczonego, z budzącą podziw wirtuozerią zaczął sprzeciwiać się siódmemu przykazaniu bożemu. Doskoczyłem do obdartusa, wyrwałem mu z ręki mieszek i pacnąłem go w łeb tak, że się zatoczył. Zdemaskowany kryminalista rzucił się do ucieczki, głośno mnie wyklinając, a gnała go z pewnością świadomość surowych kar, jakie spadały na ciała złodziei, gdyż nie sądzę, aby obawiał się gniewu bożego.

Tymczasem student sięgnął do mieszka z zamiarem wyjęcia z niego środków płatniczych niezbędnych do uregulowania należności za przynoszący ukojenie produkt naturalny. Z wielkim zdziwieniem odnotował obecność swojej własności w mojej ręce i w pierwszej chwili uniósł w górę dłoń z zamiarem zdzielenia mnie przez łeb, co z pewnością musiałoby zaboleć. Uniesioną w powietrzu rękę powstrzymał jeden z kupców, świadek incydentu i mojej bohaterskiej postawy. Uradowany student wyściskał mnie serdecznie, mówiąc, że gdyby wszyscy ludzie byli podobni do mnie, mielibyśmy raj na ziemi. Rzekłem na to, żeby nie bluźnił, gdyż wielebny Bogusąd pewny jest, że raj jest wyłącznie w niebie.

– Ten śmierdzący tanim miodem cap? – Student roześmiał się głośno i walnął mnie dobrotliwie w czoło, zupełnie jak robił to niedobrotliwie Bogusąd. – Wszak ten opój o niczym nie ma pojęcia, a już na pewno nie o raju.

– Wydaje mi się, że jego wiedza…

– Nie bluźnij, mały, bo krew mnie zaleje. Czegóż to nauczył cię ten spasły klecha? Łaciny przy pomocy rózgiwnajgłupszyzmożliwych sposobów przez bezmyślne uczenie się na pamięć psalmówimodlitw?

– Przyznaję, że ta metoda…

– Ciemnota, mały, zacofanie, powiadam ci, psu na budę to wszystkoijuż. Zjedz cebulę, masz, zdrowszy będziesz. – Wręczył mi jedną główkę,asam zajął się obieraniem drugiej. Zaintrygowany zjadłem warzywo, jednak prawdę mówiąc nie poczułem się lepiej, ale to pewnie dlatego, że nie byłem studentem jak mój rozmówca. Na pewno jednak woniało mizpyska.

– Co mam więc zrobić? – zapytałem mądrzejszego kolegi.

– Wszystko albo nic, mały! Życie jest jednoido ciebie wyłącznie należy.

– Wszystko, albo nic? – Nic z tego nie rozumiałem.

– Jeśli nie zrobisz wszystkiego, aby osiągnąć tego, o czym marzysz, nie będziesz miał nic. Zostanie ci co najwyżej miód w gąsiorze, ale to lekarstwo działa chwilowo. Wiesz, mały, ile mnie kosztowało, aby wyrwać się z domu i dotrzeć tu, do Krakowa, gdzie nauki pobieram w Uniwersytecie, którego sława znana jest już w całej Europie?

– Kiedy ja naprawdę nic nie mogę zrobić, aby zostać tym, kim pragnę! – wybuchnąłem ze łzami w oczach.

– A kimże chciałbyś być, mały? Papieżem?

– Rycerzem – odrzekłem z dumą.

– W czym więc problem?

– Mam słomę między palcami stóp, gdyż w stodole zostałem poczęty i tam się urodziłem, podobnie jak i mój ojciec, dziad i pradziad. Za to Bogusąd przepowiada mi wielką karierę klasztorną, z czego cieszy się wyłącznie moja matka, bowiem ja nie chcę być klechą.

– Rzeczywiście, rycerzem raczej nie zostaniesz, mały. – Cmoknął student, zagryzając cebulę, a ja poprosiłem go, aby wyjaśnił mi cel tej degustacji. Okazało się, że młody człowiek, który przedstawił się jako Sobierad, od pewnego czasu będąc studentem ostatniego roku nauk medycznych, próbuje – póki co bez powodzenia – odnaleźć skuteczny lek na chorobę związaną z wprowadzeniem do organizmu dużych ilości miodu. Ciężka to przypadłość, mówił, śmierdząc cebulą, a jej złagodzenia domaga się jego, Sobierada, niepowstrzymana ambicja i żądza sławy. Na razie jednak, aby odnaleźć skuteczne antidotum pochłania on, Sobierad, duże ilości wszelkich napitków, doprowadzając się nimi do stanu, w którym choroba zaczyna brać górę nad ułomnym ciałem, zmuszając go do poszukiwań odtrutki. Oczywiście, nie ma pojęcia, ile zajmą mu jeszcze próby dostarczenia ludzkości niezawodnego środka przeciw poalkoholowej niemocy, jednak nie będzie on szczędził wysiłków, aby rozwikłać ten palący problemat. Był niemal pewny, on, Sobierad, że rycerstwo polskie błogosławić będzie pewnego dnia trud jego starań i poświęceń, kiedy dostarczy mu lek skutecznie niwelujący chorobę dnia poprzedniego. Wtedy to bowiem, ale tylko wtedy, dobrzy rycerze polscy przed każdą bitwą raczyć się będą mogli do woli pokrzepiającymi serce trunkami bez obawy, że dzień potyczki rozpocznie się dla nich od nieznośnego bólu głowy, przewidzeń oraz ogólnego osłabienia przeszkadzającego w skutecznej wojaczce ku chwale pana naszego Jezusa Chrystusa.

– Cebula, co wnioskuję po moich doświadczeniach, raczej nie pomaga, ale wierz mi, mały, że nie poddam się łatwo, choćbym do końca życia miał opróżniać gąsior za gąsiorem, co jest w istocie czynnością bardzo przyjemną, a o której na razie nie możesz mieć żadnego pojęcia.

Znalazł się Sobierad przy Kościele Mariackim także z innego powodu: studenci medycyny wraz ze swoimi profesorami wielce upodobali sobie miejskie egzekucje, zwłaszcza te przeprowadzane przez ćwiartowanie. Dzięki ciężkiej pracy miecza ich wiedza o ludzkim ciele mogła powiększać się adekwatnie do ilości części ciała, jakimi kat obdarzył ich w swojej łaskawości. Chodziły słuchy, że profesorowie opłacali nawet oprawcę, sugerując mu, że dane ciało – w zależności od wagi, wzrostu, płci oraz wieku – chcieliby mieć posegregowane w tylu a tylu kawałkach, a precyzyjne cięcia powinny zostać przeprowadzone we wskazanych przez nich miejscach. W moim rozumieniu było to bardzo zasadne działanie, gdyż nie kłócąc się ze sprawiedliwością zasądzoną przez wójta, nauka medyczna mogła odnieść wymierne korzyści ze skazańców, którzy swoimi czynami sprzeniewierzyli się woli bożej. Być może właśnie dlatego za najciekawszą budowlę w Krakowie uznawałem gmach Uniwersytetu Jagiellońskiego, który choć powstał w roku tysiąc trzysta sześćdziesiątym czwartym, dopiero kilkadziesiąt lat później zaczął rozkwitać. Działo się to – jak mawiał Bogusąd – za sprawą Matki Boskiej, ja jednak wiedziałem, że nie widziałbym na Rynku Głównym tylu żaków, gdyby nie pieniądze nieboszczki królowej Jadwigi pozostawione w spadku dostojnej uczelni.

Prawdopodobnie ze względu na żywe emocje, jakie wzbudzał we mnie gmach uczelni, codziennie z wielkim zainteresowaniem przyglądałem się studentom prawa, matematyki, medycyny czy astrologii spacerującym ulicami miasta. Po wielu tygodniach wnikliwych obserwacji pojąłem, że młodzi ludzie przyjechali do Krakowa w szlachetnym zamiarze zdobycia konkretnej wiedzy, najchętniej uczyli się pociągać miód z gąsiorów, a kiedy nabrali już wprawy, nie mogli przestać studiować pasjonującej dyscypliny. Ojciec mój twierdził, że największe zło wieczorne pochodzi od rozochoconych napitkiem żaków, nie znających ni umiaru dla miodu, ni litości dla próbujących zasnąć mieszkańców. Wielokrotne interwencje wśród studenckiej braci męczyły go strasznie, gdyż wykłócanie sięzpijanym adeptem astrologii było większym koszmarem, niż użeranie sięzpodpitym rycerstwem panoszącym się po ulicach. Ciężko ponoć było rozmawiaćzprzyszłym uczonym, bo gdy surowy strażnik miejski próbował nawiązać do litery prawa, żak bełkotałociałach niebieskich,wktórych wyczytał przy pomocy nowo nabytej wiedzy, że na ziemi wszystko jest możliwe.

Muszę jednak dodać na korzyść studentów, że w niezmiernie rzadkich chwilach, kiedy przestawali pić, pilnie przyswajali wiedzę ku chwale Korony Polskiej, a tak przynajmniej mówili, wznosząc głośne toasty i szczając gdzie popadnie. Matka moja utyskiwała, gdy ciągnąłem ją w stronę uczelni, uznając ją za sprawą ojcowskich opowieści za wylęgarnię wszelkiego zła i występku.

– Nie rozumiem, dlaczego tak interesuje cię zgromadzona tu wiedza – robiła wyrzuty – skoro powszechnie wiadome jest, że wszelka mądrość pochodzi od Boga i dobrze było, abyś się nad tym lepiej zastanowił.

Nadszedł wreszcie czas egzekucji. Tłum zafalował z radości, gdyż nic tak nie pobudza do życia, jak śmierć mająca objawić się w całej swej krasie. Doprowadzony na miejsce stracenia Ciechosław szedł krokiem pewnym, a zawzięty wyraz jego twarzy świadczył niezbicie, że nie żałuje popełnionych czynów. I tylko żona jego wraz z czwórką bądź piątką dzieci, głośno biadając, przypominała mu o okrucieństwie i porywczości, dzięki którym skazał rodzinę na biedę i poniewierkę. Pojawił się także i ksiądz gotów udzielić rozgrzeszenia zbrodniarzowi, jednak ten Bogu nie miał nic do powiedzenia, a sobie – jak głośno oznajmił – do zarzucenia.

– Dość już szykan ze strony szlachty. Skończyć z nimi trzeba, jako i ja skończyłem – rzekł hardo, wznosząc do góry łeb, który za chwilę miał zostać odjęty przez wciąż nieobecnego kata. Przedstawiciel wójta odczytał wyrok skazujący Ciechosława na śmierć przez ścięcie,a wjego uzasadnieniu wspomniałookrutności popełnionego czynu oraz wykazał, że brak skruchyuwinnego zasługuje na publiczne napiętnowanie. Ze strony mieszczan rozległy się liczne protesty zagłuszone natychmiast przez rozwścieczoną taką postawą szlachtę.Wpowietrzu zapachniało przemocą fizyczną, której póki co nikt nie chciał się oddać,adziało się tak pewnie ze względu na obecność strażników miejskich próbujących halabardami złagodzić obyczaje.

Kiedy wyrok został już odczytany, a ksiądz zrozumiał, że pan Jezus Chrystus opuścił na zawsze duszę i serce skazanego, zapadła chwila niezręcznego oczekiwania na pojawienie się kata, którego miecz oparty o pieniek błyszczał złowrogo w południowym słońcu. Szeptem z ust do ust przekazywano sobie wieści, jakoby kat, biorąc stronę mieszczan, odmówił wykonania wyroku. Z drugiej zaś strony dało się słyszeć, że zwleka on z przyjściem, aby skazany poczuł mocniej nieuchronność śmierci, aby ugiął się przed jej majestatem i zapłakał nad sobą i swym ponurym losem. Pojawił się wreszcie oprawca: rosły, potężny, niemal w trupa pijany, o czym świadczyły nie tylko plączące się nogi katowskie, ale i gromkie okrzyki, jakie z siebie wydawał.

– Tu jesteście! – wołał do zgromadzonych ludzi. – Patrzeć chcecie, co? Śmierć was pociąga? Miecz mój wprawia w drżenie? Sztuka moja czyni was zdrowszymi? Sprawia, że bardziej cenicie życie? Ale wiedzcie jedno: kiedy któryś z was łeb przede mną złoży, nie będę się zastanawiał, jakiego jest stanu. Sprawiedliwie każdego ostrzem obdaruję, psubraty, niegodziwcy, więc w Bogu pokładajcie nadzieje, aby dzień ten nigdy nie nastąpił.

Tak pokrzykując i zataczając się, podszedł kat do swojego stanowiska, przy którym z pokorą oczekiwał ostateczności opuszczony przez Boga Ciechosław. Zlustrował go kat, specjalną uwagą obdarzając szyję, na której skoncentrować zamierzał całą swoją biegłość.

– Niewinny, co? – zapytał nieoczekiwanie skazańca, czkając przy tym głośno.

– Że co? – wydukał zaskoczony Ciechosław, szeroko otwierając usta.

– Wszyscy, których tu poznałem, niesłusznie byli na śmierć posłani, a tak przynajmniej głośno wołali.

– Winny – odparł hardo Ciechosław.

– Toś mi z nieba spadł, gołąbeczku, bo właśnie sprawiłeś, żem gąsior miodu wygrał z moim czeladnikiem, którego do ciężkiej katowskiej roboty przysposabiam, choć wolałbym, żeby został klechą. Powiedziałem, mu że winę swoją głośno będziecie potwierdzać, podczas gdy Jędrek uparcie dowodził, że będzie inaczej, klnąc się przy tym na samego Boga w Niebiesiech.

– Wina moja pewna i udowodniona: dwa trupki i dwóch trwale okaleczonych po sobie pozostawiam, aby świadczyli, że różnic między szlachtą, a mieszczaństwem nie ma żadnych i wszyscy jednako kładziemy się pod ciosami noża.

Upiorna cisza zaległa niemal na całym Rynku po tym ideowym wystąpieniu, a zaraz z niej urodził się zgodny krzyk mieszczan, który potężniejąc z każdą chwilą, wywołał nikły uśmiech na twarzy Ciechosława.

– Wszyscy jedni! Wszyscy równi!Wimię Boga! Równość! Równość!

I ja „równość” krzyczałem, gdyż nagle pomyślałem sobie, że gdyby wszyscy nagle królewskim dekretem równi się stali, to i ja mógłbym rycerzem zostać i dokonać wielkich czynów na bitewnych polach ku chwale pana Jezusa Chrystusa oraz dziewek cierpliwie wypatrujących mojego powrotu z bogatymi łupami. „Równość” krzyczała także i moja matka, myśląc z pewnością, że zrównana z możnymi paniami i dworskimi damami mogłaby, jak one, strojna w bogate suknie usiąść na samym przodzie Katedry Wawelskiej, gdzie Boga lepiej widać i słychać. Także Sobierad zagryzający cebulę „równość” gromko wykrzykiwał, co najwyraźniej wprawiało go w euforyczny nastrój. I tylko mój ojciec milczał, gdyż znał on tylko dwa słowa: „tak” i „nie”. Poza tym zajęty był ze swoją halabardą uspokajaniem najbardziej porywczych mieszczan, którzy z wielką chęcią rzuciliby się do gardeł szlachty przerażonej werbalnym atakiem.

Kiedy kat uznał, że powiew niechybnej śmierci owiał wystarczająco dumnie wyprężoną sylwetkę skazańca, nakazał mu uklęknąć i nadstawić karku, aby miecz z impetem mógł dokonać swego. Zataczając się podszedł do niego, rozejrzał się po zgromadzonej publiczności, jakby chciał w jej twarzach znaleźć potwierdzenie dla słuszności czynu, który w imieniu prawa zamierza popełnić. Nieruchome jednak były ludzkie twarze, zapatrzone w śmierć unoszącą się to nad katem, to nad jego ofiarą. Aż w końcu poprosił oprawca skazanego o wypowiedzenie ostatniego słowa, pod warunkiem, że będzie ono miłe panu Jezusowi Chrystusowi, Matce Jego Przenajświętszej zawsze dziewicy, Duchowi Świętemu oraz Bogu Ojcu w Niebiesiech.

– Żyłem, jak żyłem i umrę jak i wy wszyscy umrzecie, gdyż od tego nikt wolny być nie może. I nie będzie. – Tak brzmiały ostatnie słowa Ciechosława, a zaraz potem jego łeb zręcznie oddzielony od ciała potoczył się po bruku, wieńcząc krwią swój doczesny żywot.

Zgromadzona publiczność niezależnie od stanu zaczęła gorliwie czynić znak krzyża świętego, modlić sięiwyrażać nadzieję, że śmierć przyjdzie do nich znacznie później niż do zbrodniarza Ciechosława, który za swoje niecne występki zapłacił cenę najwyższą.Itylko ubrani na czarno profesorowie medycyny wrazzciekawymi tajemnic życiaiśmierci studentami podeszli do mieszczańskiego trupkaipodziwiając zręczny akt dekapitacji, zaczęli rozprawiaćocałkiem wyraźnie widocznych mięśniachiżyłach. Kat, chwiejąc się na nogachzpewnością nie ze zmęczenia, oddalił sięwswoją stronę, choć nie było żadną tajemnicą, że rozumieć przez nią należy jedenzwyszynków, gdzie katowska dusza przy pomocy miodu uwalniała się od ciążącej na niej profesjiiwynikającejzniej odpowiedzialności przed Bogiemiwójtem.Azwłaszcza tym drugim, gdyż za pieniądzezwójtowskiego urzędu zaprowadzał kat boską sprawiedliwośćiupijał się do nieprzytomności, aby zapomniećotrudachiudrękach swojego zawodu.

Nie zrobiła na mnie większego wrażenia te egzekucja, ale to pewnie dlatego, iż nie była pierwszą, jaką oglądałem, i na pewno nie ostatnią. Szlachta bardzo prędko rozeszła się do swoich zajęć, dzięki czemu wyszynki znów wypełniły się gwarem, a kabzy szynkarzy mile brzęczącymi monetami ułatwiającymi znacznie ciężar codziennego życia. Jedynie mieszczanie wpatrywali się z nabożną czcią w oddzielony od ciała łeb swojego męczennika, mając nadzieję, że Bóg pomoże powstać mu z martwych, gdyż pozbawiając życia szlachciców działał w dobrej wierze i walczył o równość i sprawiedliwość społeczną. Niestety, nic takiego się nie stało, ale to pewnie dlatego, że pan Jezus Chrystus był zajęty w innych częściach świata, a przynajmniej tak to sobie tłumaczyło moje trzynastoletnie serce, choć miałem wrażenie, że myśli takie ocierają się o bluźnierstwo. O to jednak nie zamierzałem pytać Bogusąda, gdyż jego ręką z dnia na dzień stawała się coraz cięższa.

– Widzisz, Jutrowoju – przestrzegła mnie matka – do czego człowieka gniew zaprowadzić może? Wystrzegaj się go, jak i nienawiści wszelkiej, żyj spokojnie i godnie, nie wadź nikomu i nie porywaj się na cudze, a serce będziesz miał lekkie i ducha takiego samego – mówiąc te słowa, pogłaskała mnie po głowie, po raz kolejny namawiając, abym zastanowił się nad życiem klasztornym, gdzie pełniłbym posługę miłą Bogu, a będąc bliżej Niego może wymodliłbym lepszy los dla swoich rodziców. Nie odpowiedziałem matce, gdyż nie chciałem kłamać i czynić jej złudnych nadziei. Jeśli od zawsze chciałem być rycerzem, którym zostać nie mogłem, tak nie pragnąłem nigdy osiąść w klasztorze pośród świętych pism, aby później przy pomocy trzciny zapoznawać dzieci z potęgą i magią języka łacińskiego.

Nie zmieniła jednak egzekucja męczennika Ciechosława stosunków panujących między mieszczaństwem a szlachtą. Wciąż spoglądali na siebie wilkiem, obmawiając się przy każdej okazji, a nawet i bez niej. Nie rozumiałem tego zupełnie, gdyż i jednym i drugim powodziło się lepiej bądź gorzej, a dodatkowo wszyscy posługiwali się tą samą mową. Kiedym próbował zasygnalizować nierozwiązywalny problem społeczny Bogusądowi, ten tylko pacnął mnie w czoło, mówiąc, że nie moja to sprawa, ani tym bardziej jego i