Strona główna » Literatura faktu, reportaże, biografie » Festung Warschau

Festung Warschau

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-64682-95-7

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Festung Warschau

Skąd się wzięły w Warszawie podwórkowe kapliczki? Gdzie znajduje się Skwer Szmalcowników? O czym kłamie kobieta z pomnika na placu Krasińskich, schodząc z dzieckiem do kanału? Czego jeszcze nie wiemy o Akcji pod Arsenałem?

Historii, jaką opowiada w swoim eseju Elżbieta Janicka, nie uczą nas w szkole. Nie utrwalają w pomnikach i tablicach pamiątkowych. A jednak jest uporczywie obecna, nie tylko w pamięci ludzi i na kartach zakurzonych książek. Jest obecna w przestrzeni miasta, które obsesyjnie próbuje się od niej uwolnić.

Festung Warschau to spacerownik po Warszawie: minionej i obecnej, wyobrażonej i rzeczywistej.

Pamięć miasta wpisana jest w jego topografię - zmieniającą się pod wpływem kolejnych wojen, konfliktów ideologicznych i architektonicznych. Tu nie wystarczy ustawić pomniki, przybić tablicę i nazwać ku czci. Pod asfaltem, pod ziemią, wreszcie w zmielonych murach byłego getta czai się Pani Przeszłość. Co z nią zrobimy, gdy już ją odkryjemy? Co jej powiemy, kiedy przyjdzie do nas nieoczekiwanie? Warto znaleźć odpowiedzi w książce Elżbiety Janickiej - jako zakładnicy i zakładniczki oblężonego miasta musimy dbać o pamięć.
Sylwia Chutnik

 

Więc o czym jest ta opowieść Elżbiety Janickiej? O walczącym mieście, a raczej o społecznych grupach pamięci i/lub politykach, którzy pozyskują dla siebie zdobycze terytorialne: domy, ulice i parki. Dawna niesłuszność usunięta, nasza słuszność uwieczniona. A dawna niesłuszność, jeszcze jako słuszność, też miała swoją niesłuszność, którą pominęła, usunęła, zarosła. I tak w koło.
Bożena Keff, fragment wstępu

Polecane książki

Moja Ciotka Sroka to księga pełnych humoru bajek opowiadanych przez srokę - bajarkę, a zarazem opowieść o dorastaniu do zrozumienia świata i samego siebie. Słuchaczką, a jednocześnie bohaterką tych bajek jest kilkumiesięczna księżniczka Julianka, która wraz z Ciotką Sroką będzie zgłębiać tajemni...
Okazuje się, że wcale nie trzeba zaburzać pierwotnego układu danych w Excelu, aby je wydrukować. Odpowiednio zdefiniowane ustawienia drukowania umożliwią uzyskanie na papierze czytelnych i estetycznych raportów....
Odkąd Matty przybył do wioski sześć lat temu, z niesfornego chłopca wyrósł na odpowiedzialnego młodzieńca. Kierując się wizjami ślepego mentora, Matty przenosi wiadomości przez otaczający ich las. Tylko on jeden umie bez szwanku przedrzeć się przez śmiertelnie groźne pułapki i ma nadzieję, że w ko...
„Raj jest tutaj, na naszej ziemi! Z nami jest wielki prorok szanowny przewodniczący Mao” - pisali chińscy dziennikarze. On sam, przewodniczący Mao, wierzył, że jest Nadczłowiekiem. Jak filozof Lao-cy, ojciec taoizmu, który dzięki swym receptom na życie zgodne z rytmami natury przeżył podobno w dobry...
Człowiek jest Panem Świata. Sportowcy biją rekordy szybkości siły i wytrzymałości. Naukowcy wciąż przesuwają granice poznania i tego, co możliwe. 100 lat temu tylko najśmielsi pisarze i futurolodzy mogli snuć marzenia choćby o osiągnięciach techniki i medycyny, które dziś są niemal naszym chlebem po...
Pierwszy w Polsce ebook z praktycznymi poradami, z którego dowiesz się, jak telefonem komórkowym zrobić dobrej jakości zdjęcia kulinarne. Profesjonalista radzi, jak w warunkach domowych zorganizować sesję fotograficzną i stworzyć apetyczne zdjęcia potraw....

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Elżbieta Janicka

TRUPHORROROBCZYZNABożena Keff

Na początek do opowieści Elżbiety Janickiej o chodzeniu po mieście Warszawie dołożę swoją opowiastkę1. Otóż jakiś czas temu siedzę ja sobie przelotem na ławce niedaleko skrzyżowania Anielewicza i Andersa – kwiaty pachną, dziecko na łyżworolkach robi rumor, słońce świeci przez liście, ptaszę ćwierka. Podnoszę oko i okazuje się, że siedzę na Skwerze Więźniów Politycznych Stalinizmu.

Nie wszystkich jednak. Bo opodal stoi kamień upamiętniający, który informuje, że nazwa skweru dotyczy tych ofiar stalinizmu, które były wierne hasłu „Bóg Honor Ojczyzna”. Czyli powinna brzmieć: „Skwer Więźniów Politycznych Stalinizmu Wiernych Hasłu «Bóg Honor Ojczyzna»”. No, bo o inne ofiary nie chodzi. Kamień je wyklucza.

„Trup Horror Obczyzna”, jak powiada parodia hasła. No, bo jak ma nie powiadać.

A nazwa miejsca, nawet w krótszej wersji, wyklucza z kolei bieżącą formę życia. Nie pasuje do pogodnego dnia, nie pasuje do łyżworolek, do tulipanów i do ptasząt. Aura grobu, umęczenia i śmierci, która niweluje tych żywych i nawet zadowolonych, a ci znów wobec nazwy i kamienia, który jest przypisem do nazwy, są jacyś nie à propos.

Takich nazw martyrologiczno-odwetowych pojawiło się w Warszawie w ciągu ostatnich 15 czy 20 lat mnóstwo. Piszę „odwetowych”, bo chyba pierwszym celem tych nazw jest odwet na poprzedniej epoce, na PRL-u, „przestemplowanie” jej stempli. Ale też jakiś resentyment do życia w ogóle i do witalności tego miasta w szczególe, żeby nie było za bardzo przywiązane do życia, nie za wesołe. Nazwa nie w stylu ulicy Kubusia Puchatka, tylko raczej w stylu pomnika Małego Powstańca. Za sprawą tych martyrologicznych nazw atmosfera miasta przesiąknięta jest jakąś mdłą, nieukojoną pretensją pomieszaną z cierpiętniczą dumą.

(1 sierpnia pod pomnikiem Małego Powstańca rodzice ustawiają swoje dzieci do fotografii, czasem poprzebierane w niemieckie panterki i wielkie hełmy. Chyba w charakterze kolejnych „kamyków na szaniec”, ofiar składanych bogu Wojny i Narodu. Ciekawe, nawet Aztekowie składali swoim krwiożerczym bogom w ofierze raczej pojmanych jeńców, nie – swoich.)

Jest w tych nazwach też akcent groteski – niezamierzonej, jak rozumiem. Na przykład w swojej rozbudowanej opisowości „Skwer Więźniów…” jest jakby aluzją do nazw z czasów rewolucji kulturalnej w Chinach: „Skwer zadręczonych na śmierć ubogich wieśniaków padłych z ręki Kuomintangu”. Widziałam gdzieś na Śląsku coś takiego jak: „Rondo pilota inżyniera magistra lotnictwa majora XY”. Nie pamiętam nazwiska, pamiętam wrażenie śmieszności, na które zapewne pilot nie zasłużył.

Cóż, przechodzę na drugą stronę jezdni. Druga strona, co się zowie. Ulica Mordechaja Anielewicza. Prowadzi do pomnika Bohaterów Getta i Muzeum Historii Żydów Polskich w budowie. Jest tu ciągle ulica Lewartowskiego, który był i Żydem, i komunistą, ale tu się ostał, bo to teren rezerwatu. Na Żoliborzu nie utrzymała się ulica Lucjana Szenwalda i poległa pod nazwą Bitwy pod Rokitną (1920), jak to powinien polec Żyd i komunista, choć de facto nie na tej wojnie on zginął. (Przy okazji dobry poeta i świetny tłumacz. Oraz autor tekstu piosenki Niech żyje wojna! – ostatnio śpiewali ją Maleńczuk i Waglewski.)

No, ale Żoliborz nie należy do rezerwatu.

Więc o czym jest ta opowieść Elżbiety Janickiej? O walczącym mieście, a raczej o społecznych grupach pamięci i/lub politykach, którzy pozyskują dla siebie zdobycze terytorialne: domy, ulice i parki. W zoologii nazywa się to „znaczeniem terenu”. Dawna niesłuszność usunięta, nasza słuszność uwieczniona. A dawna niesłuszność, jeszcze jako słuszność, też miała swoją niesłuszność, którą pominęła, usunęła, zarosła. I tak w koło.

Szczęśliwsze kraje mają dużo bardziej integralnie, i w przestrzeni, i w podręcznikach, zapisaną własną historię. Co zaszło, to się odkłada, warstwa po warstwie, i tworzy bardziej wieloelementową opowieść. Nie ma zwyczaju, żeby każdorazowo przeprowadzać Rewolucję Kulturalną, która ma wymieść z historii poprzednią epokę, która nie wiadomo skąd się wzięła, spadła z Marsa, była kukułczym jajem, w każdym razie NAS przy tym nie było. Inni też mają swoje mity, oczywiście, ale nie muszą, jak Mao Zedong, nakazywać wyrwania z korzeniami tej trawy, która służyła nie naszym przyjemnościom lub ideom. Nie trzeba było w Helsinkach wysadzać pięknego soboru zbudowanego przez cara, jak zrobiono w Warszawie.

Nazwy w dzisiejszej Warszawie sugerują, że najważniejszym wydarzeniem historycznym, jakie tu miało miejsce, było Powstanie Warszawskie. Jest muzeum, oczywiście, jest (szpetny) pomnik, a poza tym dziesiątki mikroplacyków i skrzyżowań, którym patronują bataliony harcerskie, dowódcy i zgrupowania AK z czasów Powstania. Skrzyżowania, placyki i trawniczki, dawniej swobodnie bezimienne, zostały wzięte na patriotyczną smycz, krótko przy nodze i ledwie zipią przywalone nazwą często szerszą i dłuższą niż one same.

Miasto, w poprzedniej epoce skorygowane pod kątem dowartościowania polskich komunistów i lewicowych ruchów radykalnych (Plac Komuny Paryskiej, dawniej Wilsona i dziś Wilsona), teraz korygowane pod kątem dowartościowania prawicy i nacjonalizmu. Był pomnik Dzierżyńskiego, teraz pomnik ma Dmowski. (Ach, nie był takim znowu strasznym antysemitą! – powiedział pewien historyk i polityk, dawniej związany z lewicą. Choć nie o to chodzi, czy był, bo był – strasznym – chodzi o to, że można to pominąć.) W Gdańsku ulica komunisty i współzałożyciela SDKPiL Juliana Marchlewskiego przeszła pod patronat tegoż Dmowskiego; sama nie wiem – może o ten odwetowy kontrast chodzi? W Warszawie dawna Marchlewskiego nazywa się, jak wiadomo, Jana Pawła (Marchlewskiego).

(W Berlinie wschodnim od 1950 roku była ulica Juliana Marchlewskiego i jest Marchlewskiego, nieopodal ulicy Róży Luksemburg. Berlinowi to nie szkodzi, Berlin może to wchłonąć.)

Zatem dziś miasto zostało skorygowane pod kątem dowartościowania niekoniecznego Powstania, w efekcie którego wymordowano 200 tysięcy mieszkańców i obrócono je w ruinę. Viva la muerte!

Polityka historyczna jest jak żelazna lita maska wsadzona na twarz historii; nareszcie nie ma zeza ani zmarszczek! Ale ten akt demonstruje głębokie niezadowolenie z własnego wyglądu, to jest z własnych dziejów. Niemniej kolejna ideologizacja i upolitycznienie, kolejne manipulacje przy historii powodują jednocześnie, że nie można się od niej odczepić. Nie można przejść od „wczoraj” do „dziś”, a już szczególnie do „jutro”. Błędne koło – po raz kolejny ci sprawujący władzę, zgodnie ze swoimi upodobaniami ideologicznymi, wybierają jako swoją kolejną wersję historii. Resztę wyklinają. Był Dzierżyński – a, to teraz będzie Dmowski, na pohybel Dzierżyńskiemu. Strefa symboliczna ma ciągle większą moc władania uczuciami i zaangażowaniem niż sfera realna, bo jest strefą symbolicznych, ale też realnych konfliktów i zwycięstw. Wydarzenia i postaci historyczne są miejscami teraźniejszych walk o teraźniejszość, to normalne, to jest tło życia społecznego, ale tu wydaje się, że jest odwrotnie – życie społeczne jest tłem.

W taki sposób nie można się dorobić historii.

Władający w sferze publicznej dyskurs prawicowo-nacjonalistyczny ze swojej totalnej natury musi zagarniać całą narrację, musi mieć opowieść o historii całkowicie pod kontrolą. Celem jest tworzenie homogenicznej, jednorodnej wersji historii jednorodnego plemienia. Od Piasta Kołodzieja „tu staliśmy my, a tam stało ZOMO” – że przywołam jedno z najbardziej pustych i cwanych haseł na temat podziałów w historii. Trzeba mieć jak najprostszą wersję historii, hasłową, najlepiej skrótową jak komendy wojskowe: „Smoleńsk!”, „ZOMO!”, „Katyń!”. A ci, którzy wiedzą, o co chodzi, odpowiadają wezbranymi uczuciami.

Klasyczne już środki z repertuaru populizmu, nowej wersji faszyzmu, w których chodzi o mobilizację, o poczucie przynależności i o pokładanie nadziei w mężu opatrznościowym, który wie, jak nas obronić przed utratą narodowej tożsamości i przed końcem (narodowego) świata. Utwierdza nas też w „znanej powszechnie polskiej odwadze” (jak głosi napis reklamujący pewien film), czyli w dyspozycji do gardzenia życiem – swoim i innych. Do gotowości, w zamian za podtrzymanie wyobrażenia o swojej odwadze, do tego, by dać je sobie odebrać. Ta wojowniczość, jak każda (niekonieczna) wojowniczość, świadczy o tym, że w trakcie socjalizacji wyposażono ludzi w większy szacunek dla zbiorowej tożsamości, za którą się nie odpowiada, niż dla swojej własnej, indywidualnej. Takich społeczeństw, które cenią sobie dyspozycję do bycia „kamieniami na szaniec”, należy się bać. Bo ludzie nie rodzą się kamieniami, muszą zostać w nie zamienieni.

Szaniec, okop, który jest wspólnym brakiem domu, brakiem udanego życia, brakiem takiego życia, które chce się chronić, brakiem pozytywnych więzi – i ma te braki wynagrodzić. Ale nie wynagrodzi. Odwrotnie, zabierze to, co jeszcze zostało.

To polskie przepisywanie historii na nowo jest odpowiedzią władającego nacjonalizmu na powojenne przepisywanie historii w duchu władającego realnego socjalizmu. Jest reaktywne i zdradza bliskie pokrewieństwo wrogów. Jedni i drudzy to autorytarni patriarchowie. Choć ta wrogość jest w istocie przereklamowana – realny socjalizm przynajmniej od 1968 roku był w świetnych stosunkach z nacjonalizmem, z antysemityzmem, był purytański i antyfeministyczny, i choć Kościół nie miał takiego znaczenia politycznego, jakie chciałby mieć, czyli bezgranicznego, to miał spore. Cel też był podobny – homogenizacja obowiązującej wersji historii i definicji narodu. Celem dominującego w Polsce prawicowego dyskursu jest to samo – maksymalnie homogeniczna wersja historii i tożsamości homogenicznego narodu; wszyscy będą w niej mieli podobne biografie ukształtowane według podobnych wartości, a jeśli ktoś będzie się upierał przy swojej odrębności, to się go wykreśli z rejestru. Nacjonalizm musi być zawsze gotów do walki, bo przedmiot jego zainteresowania i manipulacji – naród – nigdy nie jest dość jednorodny i spójny. Niejednorodność z kolei trąci zdradą („ukryta opcja niemiecka”, jak skomentował były premier śląskie poczucie odrębności). Każdy totalitarny projekt – od Państwa Platona do III Rzeszy – polega też na tym, że lista dozwolonych elementów tożsamości i postaw jest tak uboga, że uchodzi z niej życie. „A, widać, można żyć bez powietrza” – że przywołam Pawlikowską (choć ona z pozoru w innej sprawie).

Tekst Elżbiety Janickiej jest esejem z pełnym, szczegółowym wsparciem warsztatu akademickiego i jednocześnie dynamicznym opowiadaniem o wielkiej sile emocji i jasności poglądów. Narratorka opowiada o tym, jak się porusza w dwóch przestrzeniach jednocześnie – w oficjalnej i nieoficjalnej, w zaznaczonej i odznaczonej, w zaprojektowanej do znaczeń, głównie patriotyczno-narodowych i w zaprojektowanej do braku znaczenia, do zapadania się w nicość. Jest to jednocześnie trajektoria najczęstszego polskiego stosunku do Żydów, z czasów wojny i potem, opowieść o przepisywaniu historycznej przestrzeni miasta, które było przed wojną największym skupiskiem Żydów w Europie. Przepisywanie jest proste i ma prosty cel – usunąć heterogeniczne, obce, czyli żydowskie elementy. Czy to przepisywanie jest świadome? Nie wiem, czy stawiam w ogóle dobre pytanie. To takie zapisywanie już zapisanej przestrzeni, jakby była „czysta”. Jak na macewie użytej jako katolicki polski nagrobek – na hebrajskie litery nałożono polskie; to z wystawy o Macewach codziennego użytku2. Ten zmarły, na którego grobie pierwotnie stała macewa, na której następnie wyryto krzyż i nazwisko zmarłego Polaka-katolika, ten pierwszy, oryginalny zmarły nie miał ludzkiego znaczenia, a właściwie nie miał żadnego znaczenia. Jego nagrobek „zdziczał”, wrócił do stanu natury. „Zdziczał” to znaczy wtórnie nabrał cech surowego kamienia, stał się jakby dziełem przyrody, czy naturalnego półfabrykatu, natura go dziwnie ukształtowała i ozdobiła, ale wolno jej mieć swoje kaprysy. Ten kamień nie znaczył i mógł zostać zapisany, bo w gruncie rzeczy był niezapisany, „czysty”.

Synonim obcego to w Polsce „Żyd”. Na wieki wieków pozostanie już – z nacjonalistycznej perspektywy – emblematycznym obcym, niewchłania(l)nym i nieprzystającym. Przepisywanie przestrzeni dotyczy więc także „zdziczenia” śladów i znaków żydowskiego czasu przeszłego w polskiej rzeczywistości. Te wtórne twory przyrody jak macewy mają swoją wartość rynkową, niewielką zresztą. W ogóle to, co żydowskie, ma tylko wartość rynkową, inne nie przysługują. Ikoną i zwieńczeniem tej zasady są słynne „żydki” – malowane, rzeźbione, lepione z modeliny, na ścianę, na lodówkę. „Żydki z pieniążkiem” – sprzedawane jako narodowy symbol powodzenia fiskalnego, gdyż jak głosi napis w pewnym sklepie: „Żyd w sieni / pieniądz w kieszeni”. Świetnie to pasuje do tysięcy wojennych wspomnień, do zdjęć i filmów z ostatnimi reprezentantami społeczności żydowskiej w Polsce – zagłodzonymi, oberwanymi, oszalałymi, umierającymi na ulicach, w gettowych norach, w lasach, w obozach. Ogołoconymi ze wszystkiego, w sensie najgłębiej dosłownym. Patroni majątku! Polskie lary i penaty od „pieniądza w kieszeni”. Ale te obrazki, te „żydki” wyciskające, jakże aluzyjnie, cytrynę na lemoniadę i liczące monety po nocach, te wizerunki trwają poza historią, poza prawdą w jej komplikacji, ale za to głęboko zgodnie z naturą antysemityzmu. Stanowią ilustrację do wiedzy o każdym Żydzie, zdobytą przed-empirycznie: znam Żyda niezależnie od tego, czy go kiedykolwiek spotkałem, wiem o nim wszystko, znam jego myśli, jego działania, jego krew, jego naturę; i jest to wiedza wieczna. Poszczególny, indywidualny Żyd nie istnieje, chyba o tyle, o ile jest klonem „Żyda jako takiego”.

„Żyd jako taki” zostaje więc w przestrzeni jako patron sprytu, pieniędzy, powodzenia. Powodzi mu się, nie ma źle. Obyśmy my, Polacy, tak mieli, choć jesteśmy z natury uczciwi. Powodzi mu się i nie cierpi. Żydowskie cierpienie też jakoś się rozpływa, rozmywa, w liczbach, nazwach i pojęciach. W tekście poświęconym KinderszenenJarosława Marka Rymkiewicza Elżbieta Janicka poddała analizie specyficzny sposób przedstawiania polskiego doświadczenia, polskich strat, który określiła jako holokaustyzację3. Holokaustyzacja – podobnie jak polonizacja żydowskich ofiar – w zasadzie istniała zawsze, tylko nie miała nazwy. Na przykład kiedy w szkole uczono, że zginęło sześć milionów Polaków. Na przykład w fakcie, że kiedy wyszłam ze szkoły średniej, uważałam, że Korczak był dobrym Polakiem, który z jakiegoś nieokreślonego powodu znalazł się w getcie, opiekując się żydowskimi dziećmi. To, że tak uważałam, nie wynikało z tego, że tak mi powiedziano, raczej wynikało z tego, czego nie powiedziano.

W sumie więc Holokaust dotyczy Polski i Polaków, i nie było żadnych innych niż polskie cierpień.

Pamiętam swoje zaskoczenie, kiedy przy jakiejś kompletnie przypadkowej okazji znalazłam się w Modlinie i na monumencie żołnierzy poległych we wrześniu 1939 roku zobaczyłam tyle żydowskich imion i nazwisk! Mnóstwo. Tyle opinii o Żydach słyszałam w Polsce, zazwyczaj na temat ich interesów, zdrad i tego, jak tu rządzą, ale nie słyszałam nigdy, żeby jakiś Żyd zginął w obronie Modlina czy jakiegokolwiek innego miejsca. Podobnie jak nie słyszałam, że do siedmiu procent oficerów zabitych w Katyniu było Żydami4. Film Wajdy Katyń, który – obawiam się – będzie przez długie lata najpopularniejszym źródłem wiedzy o Katyniu, pokazał oficerów tylko i wyłącznie jako Polaków i katolików, pomija więc zresztą też niektórych Polaków.

Ale podobno Żydzi nie walczyli i podobno ich historia nie krzyżowała się – jakimś sposobem – z historią Polaków. Była osobna. Bo była taka, oczywiście, w znacznym stopniu. Kiedy powstanie Muzeum Historii Żydów Polskich, będzie można powiedzieć: przecież mają SWOJE muzeum! I zadekretować tę osobność na amen.

Do utrzymania tej osobności, do zapominania, do niedopuszczania do pamięci i do statusu jakiejkolwiek wartości służy Festung Warschau, twierdza ostrzeliwująca się narodowymi pociskami przeciw żydowskim prochom, na których stoi – tak chyba mogę podsumować myśl Elżbiety Janickiej.

1 Zanim Elżbieta Janicka skończyła rozdział Moje Nalewki, ja napisałam wstęp. Okazało się, że obie, niezależnie od siebie, zauważyłyśmy Skwer i opisałyśmy go, każda po swojemu. Niech więc zostanie w tej książce w dwojakiej postaci.

2 Wystawa: Łukasz Baksik, Macewy codziennego użytku, kuratorka Ewa Toniak, aranżacja wystawy Małgorzata Szczęśniak, konsultacja merytoryczna Joanna Tokarska-Bakir, CSW Zamek Ujazdowski (Galeria Wejście), Warszawa 2010.

3 Por. Elżbieta Janicka, Holocaustization, [w:]Polish and Hebrew Literature and National Identity, red. Alina Molisak i Shoshana Ronen, Dom Wydawniczy Elipsa, Warszawa 2010, s. 275-290. Por. także: taż, Mroczny przedmiot pożądania. O „Kinderszenen” raz jeszcze – inaczej, „Pamiętnik Literacki” 2010, nr 4, s. 61-86.

4 Por. Benjamin Meirtchak, Żydzi – żołnierze wojsk polskich polegli na frontach II wojny światowej, tłum. Zbigniew Rosiński, Dom Wydawniczy Bellona, Warszawa 2001.

FESTUNG WARSCHAU.RAPORT Z OBLĘŻONEGO MIASTA

Kiedy chłopcy szukają klucza, łączniczka mówi, że to do nich nie pasuje. Przypomina sobie, że delikatnie zdjęła z głowy matczyną rękę i przycisnęła do niej zalaną łzami twarz. Kiedy ranny major odwołał starszych chłopców, plac opustoszał. Przypomina sobie, że delikatnie zdjęła z głowy matczyną rękę i przycisnęła do niej zalaną łzami twarz. Przy sztandarze pozostali tylko malcy. Przypomina sobie, że delikatnie zdjęła z głowy matczyną rękę i przycisnęła do niej zalaną łzami twarz. Sztandar, zatknięty przez starszych chłopców, dotąd powiewał nad zburzoną kamienicą. Przypomina sobie, że delikatnie zdjęła z głowy matczyną rękę i przycisnęła do niej zalaną łzami twarz. Wszyscy próbowali stać w pozach wojowniczych – nasadzili czapki na bakier, wypięli brzuchy, założyli ręce za paski i wystawili do przodu prawą nogę. Przypomina sobie, że delikatnie zdjęła z głowy matczyną rękę i przycisnęła do niej zalaną łzami twarz. Chłopcy patrzyli po sobie niepewnym wzrokiem. Przypomina sobie, że delikatnie zdjęła z głowy matczyną rękę i przycisnęła do niej zalaną łzami twarz. Z krzykiem i hałasem dzieci ruszyły za nią. Przypomina sobie, że delikatnie zdjęła z głowy matczyną rękę i przycisnęła do niej zalaną łzami twarz. Ziemia osypała się, tworząc obłoki pyłu. Przypomina sobie, że delikatnie zdjęła z głowy matczyną rękę i przycisnęła do niej zalaną łzami twarz. Wyglądało to jak wybuch. Przypomina sobie, że delikatnie zdjęła z głowy matczyną rękę i przycisnęła do niej zalaną łzami twarz. Wszystkie czapki poleciały w górę. Przypomina sobie, że delikatnie zdjęła z głowy matczyną rękę i przycisnęła do niej zalaną łzami twarz. Dzieci wszczęły dziką bijatykę. Jej wzrok pada na strzęp kolorowego magazynu dla kobiet wroga z tekstem: „Leżę i kicham w słońce za oknem”.

Darek Foks1

„DZIWNE MIEJSCE NAD WISŁĄ,ZWANE WARSZAWĄ”2

Jak to w ogóle brzmi:„Któregoś dnia w Warszawie”?

Andrzej Stasiuk3

WARSZAWA – EREWAN / EREWAN – WARSZAWA

Czy Warszawa istnieje, pozostaje kwestią sporną. Babcia Zela, moja babcia, była nieprzejednana. Nie i koniec. Nie chciała słyszeć, nie chciała widzieć tego, co uważała za… No właśnie, za co? Za nieporozumienie? Za nie wiadomo co? Za otwartą ranę? Za miejsce po miejscu? Nie do przyjęcia w każdym razie. Bardziej skłonna do kompromisu, szukałabym oparcia w mądrości Radia Erewan: „W zasadzie tak, ale…”. Czy Warszawa istnieje? Tak. W zasadzie tak.

Ze wszystkich symptomów istnienia – może z wyjątkiem cmentarzy4 – najsolidniejszy byłby znak na mapie. Znak umowny. Tak zwany znak pusty. W który wolno inwestować dowolne sensy i kształty. Także wzajemnie sprzeczne. Także niemożliwe. To działa. Do momentu zstąpienia w rzeczywistość. Tu, w scenerii mało prawdopodobnych dekoracji5, odbywa się Warszawa. Jako inscenizacja. Imitacja.

Varsavianistka opisuje i nazywa Warszawę – „pozbawioną wystarczająco solidnej i niezmiennej podstawy materialnej”, „niezakorzenioną we własnej materii”: „miasto mamy na niby, które nie chroni ludzi przed niespodziankami natury, nie ułatwia życia, choć w tym właśnie celu miasta wynaleziono. Żeby było pewniej i wygodniej. A u nas nie jest. Tu trwalsze od budowli okazały się cztery podstawowe żywioły: wody, ziemi, powietrza i ognia”6.

MATERIA

Żywioł piąty. Tandeta. „Tandeta budowlana – podobnie jak śnieg, błoto i wykopki – jest również wiecznym warszawskim problemem. Tandeta wszechstronna, decydująca o estetyce i o solidności wznoszonych gmachów, a raczej o ich braku”7. Architektoniczny i urbanistyczny koszmar na jawie, który nie daje się przyswoić. Przysporzy cierpienia każdemu, kto kiedykolwiek widział miasto rzeczywiste.

Sami przed sobą tłumaczymy się z Warszawy – „zawiedzionej nadziei na normalne miasto”8. Mamy w tym niezłą wprawę wskutek wieloletnich, wielopokoleniowych ćwiczeń w tłumaczeniach. No bo „trzy niszczenia Warszawy, wrzesień 1939, powstanie w getcie, od 19 kwietnia gdzieś do 20 maja, i powstanie warszawskie 1944”9 – „po prostu obsunęła się w przepaść wielka połać równiny, grzebiąc ludzi i budowle”10. Tak uczymy dzieci. Tak sobie powtarzamy. Tym sposobem z naszego pola widzenia znika 45 lat opiekuńczo-opresyjnego systemu, w którym zależało od nas więcej, niż chcemy pamiętać. Znikają też następne dwa dziesięciolecia niepodległości i neoliberalizmu, gdy już nikt i o niczym nie decydował za nas.

Warszawa 1945. „Była martwa, pusta, zdradliwa. Była skamieliną niedawnych wojennych okropności, a zarazem wielkim, niebezpiecznym grzęzawiskiem, pełnym śmiertelnych zasadzek – dołów, dziur, wyrw, niewypałów”11. Moja nauczycielka pamięta tamtą Warszawę jako gruzy i leje po bombach12. „Wtedy w Warszawie od Ogrodu Saskiego do Żoliborza była pustynia. Ogród Saski też. Właściwie to od Alej Jerozolimskich do Żoliborza”13. Sześćdziesiąt lat później na skrzyżowaniu Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej, Żelaznej i Chłodnej albo Prostej, Twardej i Ciepłej jest tak brzydko, że pękają oczy. Dość zatem fałszywej skromności! Z międzynarodową pomocą – i owszem – ale sami ciężko napracowaliśmy się, żeby to tak mogło wyglądać14.

RUCH

Nic nie jest wieczne na świecie. A zwłaszcza w Warszawie. „Warszawska wieczność ma charakter negatywny, to znaczy polega na ciągłym braku czegoś, co pozwoliłoby to miasto nazwać normalnym. […] wieczność, którą ofiarowuje nam nasze dziwne miasto, rzeczywiście przyprawia o lęk. Nie jest to bowiem wieczne trwanie materii, lecz wieczne jej przemieszczanie się i ubywanie”15. Co jest obarczone konsekwencjami.

„Podróżni odwiedzający Warszawę po drugiej wojnie światowej nie przypuszczają, że na tej samej przestrzeni stało kiedyś zupełnie inne miasto. Taka zmienność przeciwstawia się ich pojęciom o porządku rzeczy”16. A jeśli ktoś nie jest w Warszawie podróżnym/podróżną? W ustach ma piasek i pył. I smak nicości. Może też cierpieć na syndrom warszawski – chorobę, która „nie figuruje w podręcznikach psychiatrii. Polega na zaburzeniach percepcji czasu. Chory ma przed sobą ciągle klepsydrę, w niej sypie się piasek państw, ustrojów i cywilizacji, natomiast to, co go otacza, traci jakąkolwiek moc istnienia, nie trwa w ogóle, rozpada się, czyli byt jest nierealny, ruch tylko realny. Ci, co sadzą kwiaty, orzą pola, budują domy, zasługują wtedy na litość, jako uczestnicy fantasmagorycznego widowiska”17. W Warszawie, będąc jednocześnie widzem i aktorem, można dostać rozszczepienia jaźni. Jak mówiła Adina Blady-Szwajger: „Człowiek ma wrażenie, że to wszystko tu dokoła jest jakieś nierzeczywiste. […] To, co teraz i tu – jest w jakiś sposób nierzeczywiste, a nierzeczywistym stało się z powodu tamtego. […] Po prostu nie ma powrotu do prawdziwego życia”18.

CZAS

„Ruchome miasto o wirującej materii”. Nic dziwnego, że tyle tu problemów z czasem. Z ciągłością. Z przeszłością. Z przyszłością. Także z teraźniejszością. Warszawa „trwa w jakiejś kłębiącej się teraźniejszości”? Powiedziałabym raczej, że to nie teraźniejszość, lecz Warszawa się kłębi. W swoim dziwnym czasie. W dziwnej samej sobie. Jak to konkretnie wygląda? „W Warszawie czas nie posuwa się normalnie naprzód: to są wstrząsy, paroksyzmy czasu”19.

„Czy można zatem mówić o jakiejś ciągłości w mieście, które nieustannie unieważnia linearne następstwo rzeczy i zdarzeń, którego czas jest krzywy i dziurawy?”. Pytanie jest retoryczne. Nie można. Dowody? „Taki Pałac Kultury starszy jest i metryką, i podupadłym wyglądem od Królewskiego Zamku”. Stary ratusz jest o kilka stuleci nowszy od nowego. Nie mówiąc o Pałacu Saskim, który jeszcze nie istnieje. Ten odbudujemy w przyszłości jeszcze piękniejszy i jeszcze starszy niż w rzeczywistości. Od oryginału nie odróżnisz. Bo oryginału nie ma. Choć „tu, na miejscu, czasem się zdaje, że gdzieś istnieje idealny sobowtór Warszawy, lepszy od oryginału”20.

Czas warszawski różni się od innych stołecznych czasów swoją miarą i wagą: „W takim Rzymie XIX wiek każdemu zdaje się niedawno, a tu i początek XX to jakby Troja przywalona gruzem historii”. Kłopoty są u nas z wiecznością. „Wiadomo tylko, że warszawska wieczność krąży w tutejszym błocie, po krzywych chodnikach, pomiędzy ludźmi i resztkami domów, pomiędzy czyjąś pamięcią, mitami i popękanymi rurami. Raz tu, raz tam się wyłania, jak fatamorgana. I wyłącznie taka wieczność możliwa jest w mieście na ruchomych piaskach”21.

PRZESTRZEŃ

Przestrzeń. A w przestrzeni miejsca. Miejsca to fragmenty przestrzeni – wskazane, określone, często nazwane imieniem własnym22. Za miejscami w Warszawie trudno trafić. Pojawiają się i znikają. Albo są przenoszone w inne miejsce. Albo z miejsca na miejsce – wielokrotnie. Tylko nazwa zostaje. Jeżeli już jakieś miejsce tkwi w miejscu, musi przynajmniej zmienić nazwę.

„Dziwna warszawska przestrzeń nie sprzyja normalnemu życiu”. Jest za to imponującym poligonem wyobraźni. Bo „niełatwo sobie wyobrazić, że dało się chodzić po Śródmieściu kilometrami i ciągle szło się między szczelnymi ścianami kamienic. Bo tylko resztki zostały”. Bez szans w kategorii survival. A jednak. Trwają. Tkwią. Jak szkło w oku. Jak drzazga pod paznokciem. „Zachodnie resztki Śliskiej, Siennej, Złotej i Chmielnej przechowują w swej dziwnej, niepełnej, wysokiej numeracji budynków pamięć po utraconych kamienicach – tak jakby czekały, jakby spodziewały się, że któregoś dnia odrosną z powrotem w stronę Wisły”23. Nie odrosną. Na razie? Stoi im na drodze Pałac z Placem. Jest Plac. Stoi Pałac. Resztki stoją. A ja stoję i patrzę. Warszawskie równanie z samymi niewiadomymi, a każda z nich – natury tymczasowej.

Do problemów z miejscami dochodzą zaburzenia odległości. Bo czy daleko jest na przykład od Złotej do Chłodnej? To temat na traktat: „teraz blisko, przed wojną daleko”24.

Pewnie, że daleko, gdyby chcieć odtworzyć pamięcią mijane przed wojną po drodze szczegóły ulic: Siennej, Śliskiej, Pańskiej, Prostej, Ceglanej, Grzybowskiej, Krochmalnej, dzielących Złotą od Chłodnej. Szło się przez gąszcz dzielnicy żydowskiej, czyli kumulację handlowego i ludzkiego żywiołu. A dziś widać wszystko na przestrzał, zwłaszcza od Pańskiej już wszystko widać, to znaczy powietrze między blokami osiedla Za Żelazną Bramą. Można teraz tamtędy chodzić na ukos i na skróty, bez konieczności trzymania się ulic i omijania podwórek. Bo nie ma ani ulic, ani podwórek, jakieś resztki tylko, a w ogóle to pusta przestrzeń placykowo-parkowa. Nijaka. Więc zrobiło się blisko25.

ENERGIA

Warszawa „nie jest czymś solidnym, utrwalonym przez wieki i na wieki, co sobie istnieje jakby niezależnie od ludzi. Tu ciągle się wszystko rusza i zmienia, więc nieustannie trzeba konfrontować własne o mieście wyobrażenie z rzeczywistością. Czyli poprawiać jego wewnętrzny obraz. Dodawać pamięć do faktów, odejmować – żeby się zgadzało. Żeby mieć poczucie, iż mieszka się cały czas w jednym i tym samym miejscu. Trzeba tu nieprzerwanie pilnować siebie, Warszawy, siebie w Warszawie i Warszawy w sobie”26. Trzeba pilnować. Ale chyba inaczej wygląda dzisiaj to stanie na straży. I na czym innym polega. To nie pamięć dodaje się do faktów lub od nich odejmuje. To fakty dodaje się lub odejmuje – dostosowuje do pamięci. I czy na pewno o pamięć tu chodzi? Czy może o sen na jawie?

Wyruszam na miasto w dni bezludne. Zwalniam kroku. I widzę. To nie wyobrażenie o mieście jest konfrontowane z rzeczywistością, lecz wyobrażenie o rzeczywistości – z miastem. Miasto objawia się w poprzek i wbrew27. Stawia opór. Mimo swojej szczątkowej postaci jest odrębnym kontynentem. Stąd tektoniczne napięcia, pęknięcia, rowy, wypiętrzenia. Wyładowania energetyczne.

Miasto zakłóca sen. Więc trwa próba pacyfikacji miasta. Przez opieczętowanie – oflagowanie niekiedy – newralgicznych szczątków. Wystawianie posterunków w miejscach strategicznych. Teren jest znakowany i pilnie strzeżony. Bo żyjemy na ruchomych piaskach. Dosłownie. Ale też w przenośni. Procedury pacyfikacyjne mają gwarantować spokój snu. A jest to sen o samych sobie. Samowyobrażenie. Autoreprezentacja. Większościowa. Ze wsparciem instytucjonalnym.

Kategoria reprezentacyjnej przestrzeni miejskiej w Warszawie zawodzi. Chyba że całą przestrzeń uznamy za przestrzeń (auto)reprezentacji. Także, a może zwłaszcza, resztki. Szczątki i okolice. Ślady i ślady śladów. Ostatecznie są one przedmiotem ożywionej aktywności i szczególnych zabiegów – ośrodkami kumulacji energii symbolicznej, wyrażającej się w formule upamiętnienia.

Upamiętnienia małe i duże. Mniej i bardziej oficjalne. Oddolne, odgórnie zatwierdzane. Odgórne, inspirowane oddolnie. Związane z danym miejscem lub pozbawione związku, czyli arbitralne – często absurdalne, a zarazem bardziej symptomatyczne.

Saxa loquuntur – mawiali starożytni Rzymianie. „Kamienie mówią”28 – powtarzał za nimi Zygmunt Freud. „Gdy gaśnie pamięć ludzka, dalej mówią kamienie”29 – nauczał (za Freudem?) Stefan Wyszyński, kardynał, prymas Polski. Wreszcie historyk uściślił: „Kamienie mówią – ale to, co my chcemy powiedzieć”30.

Więc co my chcemy powiedzieć?

No właśnie.

SPACERKIEM PO WARSZAWIE

Sobie może pozwiedzamy nasze miasto piękne. Naszą stolicę odbudowaną z niczego, postawioną na stercie gruzów. Wydepilowaną z wszelkich pozostałości przeszłości, które mimo starannych zabiegów plenią się gdzieniegdzie między nowoczesnymi strzeżonymi osiedlami. Są jak miejskie chwasty, na które nikt nie ma pomysłu. […]

Spacer po Warszawie męczy i kłuje w oczy.

Sylwia Chutnik31

MARIAŃSKA 1

Mariańska 1. Róg Pańskiej 34. Gdzie kiedyś Komitetowa. Przed wojną ubezpieczalnia. Po wojnie poradnia dziecięca. Dobre wspomnienia. Czysto. Jasno. Uśmiechy dorosłych. Tata. Mama. Nic nie boli. I nic nie uwiera.

Dziś wisi tutaj tablica z szarego granitu. Prostokątna. Zaokrąglona od góry. Że szkoła tu była. W getcie. Szkoła pielęgniarstwa. „W tym budynku w latach 1940-1942 w getcie warszawskim Luba Blum-Bielicka (1905-1973) prowadziła żydowską szkołę pielęgniarek. Za swoje bohaterstwo i poświęcenie została odznaczona medalem Florence Nightingale przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż”32. Do 1942. Czyli do Wielkiej Akcji.

Tak zwana Wielka Akcja w getcie warszawskim trwała [od 22 lipca – E.J.] do 21 września 1942 r. W tym czasie, w niespełna dwa miesiące, z Umschlagplatzu wywieziono do Treblinki ok. 280 tys. Żydów, 10 300 zmarło lub zostało zabitych na terenie getta, a 11 580 deportowano do obozu przejściowego (Dulag). […] Latem i jesienią 1942 r. liczba ludności żydowskiej w Generalnym Gubernatorstwie radykalnie zmalała. W wyniku działań podjętych w ramach Akcji Reinhardt pod koniec 1942 r. na ziemiach polskich pozostała niewielka liczba Żydów. Dobitnym tego przykładem jest największe skupisko ludności żydowskiej, czyli Warszawa, w której z 450 tys. pozostało zaledwie 60 tys. [35 tys. legalnie, 25 tys. nielegalnie – E.J.]. Ci, którzy zostali, przy kolejnej próbie ich deportacji […] w styczniu 1943 r. podjęli pierwszą próbę walki ze swymi oprawcami, a w kwietniu tego roku zdecydowali się na zbrojne powstanie33.

A więc żydowska szkoła pielęgniarstwa tu była. Do likwidacji w lecie 1942.

Na zatłoczonych, brudnych, szarobezbarwnych ulicach getta widywało się od czasu do czasu grupy dziewczyn w różowych sukienkach, z białymi fartuchami na szelkach i w białych czepeczkach. […] Dziewczyny te były uczennicami Szkoły Pielęgniarstwa. […] Dyrektorka zaprowadziła od razu żelazny rygor, zupełnie taki sam, jaki panował w Szkole od początku jej istnienia. Po prostu nie przyjęła do wiadomości, że Szkoła znajdowała się teraz w getcie. […]

Na wykłady przychodzili lekarze ze szpitali. Uczyli nas bardzo skrupulatnie całej medycyny. […] Prowadziłyśmy zeszyty, przepisywałyśmy wykłady i dostawałyśmy za to stopnie. […]

Co dzień o szóstej rano dwie dyżurne schodziły do jadalni i nakrywały stoliki: na każdym stoliku cztery talerze i cztery filiżanki. Bardzo prędko, już po paru tygodniach, na talerzu znajdowała się jedna ósma, a potem jedna szesnasta część chleba, która musiała nam starczyć na cały dzień. Ale zawsze było to naszykowane na białym talerzu. Przez pewien czas, kiedy schodziłyśmy do jadalni, brakowało porcji na niektórych talerzach. […] Organizowałyśmy warty, nic nie pomagało. Potem jedna po drugiej byłyśmy wzywane do gabinetu dyrektorki. Porcje przestały ginąć, nikt nie został ukarany.

[…] w czasach, kiedy szpital był jeszcze szpitalem i chorzy leżeli w łóżkach, pracowałyśmy na trzy zmiany. […] Dyrektorka przychodziła trzy razy na dobę na inspekcję, żeby zobaczyć, jak pracują jej uczennice. […] wyprzedzał ją zawsze syczący szept: „Krowa”. Znaczyło to, że trzeba spiesznie wygładzić łóżka, poprawić prześcieradła, przejechać szmatą po parapecie okna, żeby palec białej rękawiczki, którą dyrektorka specjalnie nosiła, nie mógł wykryć najmniejszego śladu kurzu. […]

A było to wtedy, kiedy na ulicach za oknami szpitala leżały już trupy pokryte papierem, kiedy zagłodzeni chłopcy wyrywali przechodniom, co się dało, i ładowali w biegu do ust, kiedy pod murami padały strzały, a na cmentarzu nie nadążano grzebać umarłych. […]

„Ot, krowa” powiedziałyby pewno dziewczyny w różowych fartuchach, gdyby udało im się nie pójść do gazu34.

Tablica na Mariańskiej pojawiła się w 2001 roku. Świeża sprawa. Wcześniej mowy nie było35. Nie było mowy. Nie było sprawy. I komu to przeszkadzało?

ZŁOTA 60 / SIENNA 55

Dwa podwórka, przechodzące jedno w drugie. Dwa kawałki muru. Dobre wspomnienia. Znowu. Mama. Tata. Ogródek. Kwietniki. Ciepłe słońce. Mur aż gorący. Cisza. Trochę echo. Wizgi tramwajów od czasu do czasu. Bramy, podwórka – otwarte na przestrzał. Nasz dom zaraz obok. Śliska 10. Blok z betonu. Potem na Platynowej. Też betonowy36.