Strona główna » Literatura faktu, reportaże, biografie » Gdańsk jako wspólnota

Gdańsk jako wspólnota

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7453-511-3

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Gdańsk jako wspólnota

"Po dziesięciu latach od napisania książki Gdańsk jako wyzwanie i dwadzieścia osiem lat od rozpoczęcia najpiękniejszej przygody życia – samorządowej pracy dla Gdańska – podejmuję ryzyko napisania drugiej książki. Czy moja wizja Gdańska Anno Domini 2008 się spełniła? Co w moim myśleniu było dostatecznie dojrzałe, a co naiwne? Czy i jak zmieniłem się jako człowiek, obywatel, prezydent miasta? Jakimi doświadczeniami i przemyśleniami o naszym mieście mogę się podzielić z gdańszczankami i gdańszczanami?

Ta książka nie ma być jednak prostym rozrachunkiem ze zrealizowanych programów wyborczych. Gdańsk jako wspólnota jest raczej podziękowaniem dla mieszkańców Gdańska, którzy aż siedmiokrotnie mi zaufali, wybierając mnie na radnego i prezydenta miasta."

Paweł Adamowicz

Polecane książki

Inwestowanie na giełdzie wzbudza emocje. Każdy, kto zetknął się choć raz z rynkiem akcji, towarów, instrumentów pochodnych, czy innych dóbr podlegających zorganizowanemu obrotowi, doskonale zna towarzyszący temu dreszczyk emocji. Jest sprawą oczywistą, że najwyraźniej odczuwa się go dopiero wtedy, g...
Angielski Przy Okazji! Pełny Angielski Tekst. 100% Tłumaczenia! Ucz się angielskiego czytając ciekawe książki, przygotowane według Metody Edukacyjnego Czytania Ilyi Franka ----------------------- Opis serii: Książki z serii Metoda Edukacyjnego Czytania Ilyi Franka służą do nauki języka angielskiego ...
Niezwykła historia sekretnej czterdziestoletniej przyjaźni między dwiema kobietami, które choć pochodziły z wrogich obozów, miały wspólną pokojową misję Ta podwójna biografia przedstawia burzliwe życie Rut Dajan – założycielki słynnego izraelskiego domu mody i Raymondy Tawil – palestyńskiej dziennik...
Charles Foster chciał wiedzieć, jak naprawdę wygląda życie z perspektywy borsuka, wydry, jelenia, lisa i jerzyka. Postanowił doświadczyć tego na własnej skórze.   Przez kilka tygodni niczym borsuk mieszkał w norze i odżywiał się dżdżownicami. Jako wydra pływał nocą w rzekach północnej części hrabstw...
Wybór Anny Marii Nurowskiej, nowe wydanie powieści Postscriptum z 1989 roku, to historia przejmująca i opowiedziana z niezwykłą empatią. Anna Łazarska, czterdziestoletnia skrzypaczka, trafia na zapiski swojego ojca, Witolda Łazarskiego, i odkrywa, że nie jest osobą, za którą się uważała. Jej prawdzi...
Szukasz sensu na jedną noc? A może seksu na całe życie? Polizwiązku z kilkoma fajnymi osobami? Stałej, monogamicznej relacji? Dalej nie możesz znaleźć miłości? A może była, ale się skończyła? Na Tinderze możesz znaleźć to wszystko, a nawet więcej. Asia Jędrusik korzystała z tej apki tak intensywnie,...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Paweł Adamowicz

MAGDALENIE, ANTONINIE I TERESIE

Wstęp

Dziesięć lat temu napisałem Gdańsk jako wyzwanie. Na ponad dwustu stronach opowiedziałem o mojej wizji Gdańska, o mojej pasji, jaką jest Gdańsk. Przedstawiłem swoją filozofię zarządzania miastem i nakreśliłem kierunki działania. Ta książka z 2008 roku była nie tylko podsumowaniem dziesięciu lat moich doświadczeń jako prezydenta Gdańska, lecz także opisem mojej drogi samorządowej od początku: jako radnego, poprzez obowiązki przewodniczącego rady miasta, aż do objęcia fotela prezydenckiego.

Tamten obraz, w sumie osiemnastu lat pracy, był opisem zmian, również osobistych, ale przede wszystkim zmian w moim rozumieniu świata i miasta. Złożyły się na to poszczególne fazy doświadczeń: intelektualnych, menedżerskich, społecznych, politycznych, samorządowych, wreszcie – osobistych. Z perspektywy upływającego czasu mój rozwój, podobnie jak niemal każdego z nas, nie był precyzyjnie zaplanowany czy przemyślany. Nowe obowiązki, pojawiające się każdego dnia nowe zadania wymuszały reakcje, uczenie się rzemiosła samorządowego. Uczenie się na błędach własnych i cudzych, uczenie się z lektur i konferencji, poznawanie nowych, intrygujących postaci zmieniało mnie intelektualnie i osobowościowo. Wszakże ani ja, ani moi poprzednicy nie ukończyliśmy „wyższej szkoły dla prezydentów”. Dlatego też praktyka, codziennie podejmowane decyzje, krytyka życzliwa i bezwzględna, własne przemyślenia czy studia stanowiły „szkołę ustawicznego samorządowego kształcenia”. Najwięcej jednak dali mi ludzie – ci, z którymi mogłem i mogę pracować na co dzień, i ci, których spotykam w swoich wędrówkach po mieście i świecie.

Po dziesięciu latach od napisania tamtej książki i dwadzieścia osiem lat od rozpoczęcia najpiękniejszej przygody życia – samorządowej pracy dla Gdańska – podejmuję ryzyko napisania drugiej książki. Czy moja wizja Gdańska Anno Domini 2008 się spełniła? Co udało mi się zrealizować, a co nie wytrzymało próby czasu, ograniczeń budżetowych czy też braku konsekwencji w działaniu? Co w moim myśleniu było dostatecznie dojrzałe, a co naiwne? Czy i jak zmieniłem się jako człowiek, obywatel, prezydent miasta? Jakimi doświadczeniami, przemyśleniami o naszym mieście mogę się podzielić z gdańszczankami i gdańszczanami?

Ta książka nie ma być prostym rozliczeniem ze zrealizowanych programów wyborczych, przypomnieniem, rejestrem zmian materialnych w przestrzeni miejskiej – te znają wszyscy, bez względu na stopień przychylności czy krytycyzmu dla mojej polityki czy decyzji, jakie podejmowałem. Powszechnie dostępne są coroczne sprawozdania z wykonania budżetu miasta, coroczne sprawozdania z realizacji programu, a przestrzeń miasta jest pełna „dowodów materialnych” działań moich i moich współpracowników. Ta książka jest raczej podziękowaniem dla mieszkańców Gdańska, którzy aż siedmiokrotnie mi zaufali, wybierając mnie na radnego miasta i prezydenta Gdańska.

Kiedy w styczniu 2013 roku Guy Sorman w ramach cyklu „Europa, na jaką czekamy” opublikował tekst A może Gdańsk stolicą Europy?1 i pisał: „Symbolem nowej Unii może być jej nowa europejska stolica. Proponuję Gdańsk, w pół drogi między Wschodem a Zachodem, miasto, którego historyczne koleje losu przypominać nam będą o tym, od czego chroni nas Europa. Dewiza dawnej gdańskiej «Solidarności» – odwaga i umiar – może się stać dewizą nowej, federalnej Europy”, odczuwałem nie tylko dumę, lecz także siłę wyzwania, jakie niósł ze sobą ten przekaz. Nasze miasto, nasz kraj, Europa – to nasz zbiorowy obowiązek. Może właśnie szczególnie dzisiaj!

Czuję potrzebę opowieści. Czuję ogromną potrzebę podzielenia się z gdańszczankami i gdańszczanami swoimi przemyśleniami, intuicjami, wątpliwościami, swoimi dotychczasowymi doświadczeniami.

1.Miasto jako figura przyszłości

Trzymam w ręku opasły tom o intrygującym tytule Gdyby burmistrzowie rządzili światem. Dysfunkcyjne kraje, rozkwitające miasta. Na jednej z pierwszych stron odautorska dedykacja: „Naszym kosmopolitycznym burmistrzom, którzy biorąc na siebie odpowiedzialność za świat w sytuacji, gdy nie mają nad nim pełni władzy, i którzy cofnęli nas znad przepaści dzięki temu, że zamiast debatować nad problemami, upierają się, by je rozwiązywać. A zwłaszcza obecnym i byłym burmistrzom, których miałem szczęście poznać osobiście – tej reprezentatywnej garstce, której glokalne działania stały się dla mnie inspiracją”. I tutaj autor wymienia nazwiska burmistrzów i nazwy miast (kolejność jak w książce): Gdańsk, Los Angeles, Nowy Jork, Wrocław, Denver, Moskwa, Bogota, Palermo, Seul, Hamburg, Stuttgart, Singapur, Rzym i Ateny.

„Glokalne” – to słowo ukute przez autora w jakimś sensie odwołuje się do stworzonego przez René Dubosa motta ekologów i alterglobalistów: myśl globalnie, działaj lokalnie… Pokazuje, jak różne są drogi, które prowadzą do tego samego celu. Zresztą autor ani na moment nie zapomina o miejskiej rzeczywistości, pisze o idei, ale też o nierównościach. Stawia jednak tezę, że miasta nie funkcjonują w kategorii racji stanu i dlatego powinny tworzyć sieci współpracy i nie czekając na decyzje państw, rozwiązywać globalne problemy.

Czytam dedykację z emocją, nie tylko ze względu na znakomite towarzystwo, w jakim pojawia się Gdańsk – niemal fizycznie bowiem czuję moc zadań, które wskazuje autor tej książki, Benjamin Barber. Niestety 24 kwietnia 2017 roku, po długiej chorobie, Barber odszedł. Zawsze będę miał w żywej pamięci przeprowadzone z nim rozmowy, inspirujące i pełne erudycyjnej pasji, dyskusje z jego udziałem w Gdańsku, Sopocie i Amsterdamie. Jakże często, uczestnicząc w różnych konferencjach – od Rzymu, Rotterdamu, Brukseli po Stambuł – spotykałem i spotykam burmistrzów, których podobnie jak mnie, głęboko porusza i inspiruje humanistyczna myśl Barbera.

Benjamin Barber był wielkim entuzjastą miast, życia miejskiego; z dumą podkreślał, że jest nowojorczykiem. W swojej książce i w licznych wystąpieniach przypominał, że ludzkość rozpoczęła swój marsz ku cywilizacji właśnie z miast, z polis. Topolisbyła źródłem demokracji, dźwigała brzemię rozwoju. W przeszłości jednak miasto często było sytuowane – zdaniem Barbera niesłusznie – w cieniu monarchii, imperium czy państwa narodowego.

Dziś, w XXI wieku, gdy rządy narodowe często nie potrafią sprostać piętrzącym się problemom, miasto staje się ratunkiem dla ludzkości. Barber to dostrzegał i piętnował jałowość dyskusji i brak decyzji po stronie rządów. Przeciwieństwem owego stanu inercji były w jego przekonaniu liczne miasta, których burmistrzowie poszukują rozwiązań i wprowadzają zmiany na przekór bierności rządów.

Barber widział w miastach, w burmistrzach, w obywatelach i organizacjach społecznych nadzieję na ożywienie demokracji, na większe zaangażowanie obywateli w rozwiązywanie problemów społecznych i ekologicznych. Z entuzjazmem i zapałem krzewił ideę globalnych rządów miast. Pierwsze, anglojęzyczne wydanie książki Gdyby burmistrzowie rządzili światem ukazało się w roku 2013; od tej pory aż do śmierci Benjamin Barber nieustannie zabiegał o powołanie globalnego parlamentu burmistrzów. Jeździł po całym świecie, dyskutował i przekonywał do swojej idei. Kilkakrotnie odwiedził też Gdańsk, a wówczas mogliśmy bez przeszkód rozmawiać o wszystkim. Bardzo interesowała go historia Hanzy i rola Gdańska w tym związku w późnym średniowieczu.

W 2016 roku w Hadze zwołane zostało spotkanie inaugurujące powstanie Globalnego Parlamentu Burmistrzów (GPM)1. Z zapałem i zainteresowaniem włączyłem się w działalność tego forum, które daje rzadką okazję do skonfrontowania własnych doświadczeń z doświadczeniami i problemami innych miast – od Azji do Ameryki Północnej, od Afryki po Europę. Tym spotkaniom towarzyszy nieodparte wrażenie, że mieszkańcy miast stanowią jedność w całej swej niezwykłej różnorodności, a wielu spośród burmistrzów to ludzie przepełnieni pasją czynienia miast najlepszymi miejscami do życia. Tym bardziej rozumiem i podzielam entuzjazm Barbera.

Kiedy dwadzieścia osiem lat temu rozpocząłem swoją miejską przygodę, tuż po upadku komunizmu w Polsce, nie wyobrażałem sobie nawet przez chwilę tak ogromnego potencjału talentów i możliwości, tkwiących zarówno w samym Gdańsku, jak i w jego mieszkańcach. Moja ówczesna miejsko-samorządowa wyobraźnia, kształtowana w epoce peerelowskich ograniczeń, nie potrafiła wybiec dalej niż rok, dwa w przyszłość. A dziś, w 2018 roku, ta wyobraźnia sięga daleko poza miasto, widzi niezwykłe znaczenie jego rozwoju, kreowania jego pozycji w metropolii i stojące przed nim globalne wyzwania… Widzi, jak ogromne znaczenie może mieć wykorzystanie doświadczeń wspólnot samorządowych dla rozwoju kraju i wspólnot międzynarodowych. Nie ma tu ani krztyny separatyzmu, nie ma chęci izolowania się od wyzwań współczesnego świata. Jest pragnienie działania na rzecz dobra wspólnego, pragnienie dzielenia się i bycia obdarowywanym doświadczeniem zarówno sukcesów, jak i porażek. Nie wolno tylko stać w miejscu. Miasto jest podstawową strukturą terytorialną, może szybko dostrzegać problemy i rozwiązywać je z coraz bardziej różnorodnymi, a jednocześnie charakterystycznymi dla danego miejsca społecznościami. Może działać skuteczniej niż rząd.

*

Mam pięćdziesiąt trzy lata, z tego ponad dwadzieścia osiem, bez jakiejkolwiek przerwy, poświęciłem Gdańskowi. Miałem wyjątkowe szczęście – przez ponad połowę życia oddawałem się mojej pasji, mojemu miastu.

Każdego z nas kształtuje wykonywany zawód, często mówi się, że osobowość człowieka rzeźbiona jest realizowaną przezeń rolą zawodową. Dla zilustrowania tego zjawiska przywołuje się na przykład zawody nauczyciela, policjanta, lekarza czy prawnika. W wypadku „zawodu” – a raczej roli publicznej – prezydenta miasta presja zewnętrzności jest wyjątkowo silna, moc i ostrość rylca rzeźbiącego osobowość wyjątkowo głęboka. Wszak nie tylko zawód, lecz także samo miasto i mieszkańcy stają się współtwórcami osobowości swego prezydenta. Miasto, jego tożsamość i mieszkańcy oddziałują na osobowość prezydenta i ją przekształcają. Zachodzi przy tym sprzężenie zwrotne: osobowość lidera w jakimś stopniu wpływa na myślenie obywateli.

Czy pamiętamy Gdańsk roku 2008?

Jeszcze trwa budowa hali widowiskowo-sportowej na pograniczu gdańsko-sopockim, dziś zwanej Ergo Areną. Dopiero ruszy budowa stadionu piłkarskiego Baltic Arena w Letnicy, dziś zwanego Stadionem Energa Gdańsk, a Lechia Gdańsk po dwudziestu latach przerwy awansuje do piłkarskiej ekstraklasy. W 2008 roku jeszcze nie mogliśmy jeździć przebudowaną ulicą Słowackiego ani skrócić sobie drogi do Warszawy, mknąc aleją Macieja Płażyńskiego i dalej jadąc pod Wisłą tunelem Księdza Arcybiskupa Tadeusza Gocłowskiego. Jeszcze cztery lata dzielą nas od finału Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej w Polsce i na Ukrainie.

Rok 2008 przeszedł do historii świata jako rok początku wielkiego kryzysu finansowego w USA i w Europie. We wrześniu upadek banków Lehman Brothers, Fannie Mae i Freddie Mac w USA uruchomił proces innych spektakularnych bankructw, a wraz z nim załamanie bądź głęboki kryzys systemu finansowego większości państw członków Unii Europejskiej.

W Polsce rządziła koalicja PO–PSL, na czele rządu stał Donald Tusk, a prezydentem RP był Lech Kaczyński. W gdańskim Kościele na emeryturę przechodził ksiądz arcybiskup Tadeusz Gocłowski; rozpoczynał się czas księdza arcybiskupa Sławoja Leszka Głódzia.

Przypomnienie zaledwie kilku faktów z roku 2008 uświadamia nam skalę i rozmiar zmian, jakie nastąpiły w Gdańsku, w Polsce, na świecie w dekadzie 2008–2018. Już dziś gubią nam się daty, a w naszej indywidualnej pamięci wiele obrazów uległo zatarciu. Ten nieubłagany proces dotyczy również mojej pamięci. Często pytam sam siebie: kiedy to było? Posiłkuję się Encyklopedią Gdańska, Gedanopedią, Wikipedią… Zaglądam do terminarzy. Czas płynie!

Ta książka powstaje w bardzo konkretnej rzeczywistości politycznej. Być może, kiedy Państwo weźmiecie ją do ręki, ta rzeczywistość będzie jeszcze bardziej skomplikowana niż dzisiaj. W Polsce faktyczne rządy sprawuje Jarosław Kaczyński wraz z Prawem i Sprawiedliwością. Konstytucja Rzeczpospolitej Polskiej z 1997 roku została wielokrotnie naruszona. Trybunał Konstytucyjny sprowadzono do roli usłużnej agendy PiS. Media publiczne pod rządami tej partii przypominają aparat propagandy z najgorszych czasów PRL, ponad stu trzydziestu dziennikarzy zostało zwolnionych bądź zmuszonych do odejścia z publicznych rozgłośni radiowych i telewizji już w pierwszym roku rządów PiS2. Służba cywilna w administracji państwowej została zlikwidowana. Spółki Skarbu Państwa stały się łupem niekompetentnych osób powiązanych z PiS, których symbolicznym uosobieniem stał się swego czasu Bartłomiej Misiewicz. W zarządach spółek Skarbu Państwa trwa ciągła wymiana personelu, porównywana do karuzeli lub rodeo3. Na naszych oczach dokonał się rzeczywisty demontaż wymiaru sprawiedliwości, tym samym zniszczony został trójpodział władzy. PiS forsuje szkodliwe dla Polski i Polaków ustawy, jak na przykład nowelizacja ustawy o IPN, rujnujące nasz wizerunek w świecie. A to zapewne nie koniec.

Jarosław Kaczyński wraz z PiS, nie zmieniając Konstytucji RP, buduje państwo autorytarne, niszcząc podstawy działania demokratycznego państwa prawa. Wola prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego ma wyznaczać i legitymizować kierunki działania najwyższych władz państwa, od sejmu, senatu do rady ministrów i prezydenta. Wola prezesa Kaczyńskiego „najlepiej” wyraża wolę suwerena, czyli elektoratu PiS. Wola prezesa jest twórczo interpretowana, wdrażana i rozwijana przez posłusznych funkcjonariuszy państwa PiS. Te jednoosobowe rządy Kaczyńskiego nie są niestety niczym nowym w najnowszej historii Polski. Rozmiar i głębokość populistyczno-nacjonalistycznej rewolty PiS skłania do zastanowienia nad trwałością i siłą przywiązania do wartości demokratycznych w polskim społeczeństwie.

Należy postawić pytanie, w jakim stopniu samorząd terytorialny, burmistrzowie i prezydenci polskich miast sprzyjają zakorzenianiu się postaw otwartości, szacunku dla odmiennych poglądów i wartości demokratycznego państwa prawa w lokalnych społecznościach? Czy może jednak aktywność samorządowców skoncentrowana jest tylko na modernizacji i rozbudowie materialnej infrastruktury służącej mieszkańcom? A sfera kultury obywatelskiej, relacji wewnątrz społeczeństwa, relacji społeczeństwo obywatelskie – władza samorządowa jest nieistotną bądź drugorzędną sferą aktywności liderów?

Reakcja społeczna na wzrost fali populizmu i niechęci wobec uchodźców – i w ogóle „obcych” – słaby opór społeczny wobec zamiarów podporządkowania sobie niezależnego sądownictwa, rozbudzone demony antysemityzmu i ksenofobii, podporządkowanie życia publicznego woli jednej partii – oto mierniki głębokości zakorzenienia wartości porządku liberalno-demokratycznego w naszym społeczeństwie.

W dalszej części książki szerzej przedstawię swój pogląd na temat roli burmistrzów i prezydentów miast w sytuacji nieustannie zaostrzającego się konfliktu politycznego w Polsce. Nie tylko zapytam, lecz także postaram się odpowiedzieć, jakiego typu liderów samorządowych potrzebują lokalne wspólnoty i Polska samorządowa w trzeciej dekadzie XXI wieku.

Dziesięć lat temu, pisząc Gdańsk jako wyzwanie, stawiałem przed sobą i swoimi współpracownikami wiele zadań do realizacji. Opowiedzieliśmy się za rozwijaniem idei „Gdańska obywatelskiego”, zarządzania miastem przy możliwie szerokim udziale mieszkańców. Wprost określiliśmy pożądany kierunek ewolucji gdańskiej demokracji w stronę demokracji współuczestniczącej. W 2008 roku pisałem, że „miasto to więcej niż jego zakłady pracy, parki, ulice i wieżowce […] przede wszystkim to potencjał duchowy, zapisany w umysłach mieszkańców…”, a rozwój kultury w dużej mierze decyduje o atrakcyjności miasta, o jego kreatywności i możliwościach dalszego rozwoju.

Kreśląc strategiczne cele rozwoju Gdańska, nie pomijałem znaczenia gospodarki, energii i przedsiębiorczości gdańszczan. W rozmaitych dyskusjach często powtarzam oczywistą regułę: żeby wydać, trzeba najpierw zarobić! Na cztery lata przed finałem Mistrzostw w Piłce Nożnej EURO 2012 przewidywałem ożywczy impuls tej wielkiej imprezy dla różnych dziedzin życia Gdańska: od rynku mieszkaniowego, biurowego, hotelarskiego po gastronomię.

W roku upadku Lehman Brothers i początku wielkiego kryzysu finansowego, niejako na przekór rozpowszechniającemu się pesymizmowi, wezwałem do budowy współpracy metropolitalnej miast – od Lęborka, poprzez Wejherowo, Rumię, Redę, Gdynię, Sopot, Pruszcz Gdański, aż po Tczew. Zarysowałem cele zorganizowania stowarzyszenia metropolitalnego, konieczność samoorganizacji.

Ile udało mi się zrealizować z tego, co opisałem w 2008 roku? Czy założone priorytety rozwoju Gdańska wytrzymały próbę czasu? Które myśli o mieście były dojrzałe, a które naiwne, może podyktowane pragnieniem osiągnięcia spektakularnych efektów? Jak się zmieniło moje postrzeganie roli prezydenta miasta? A w jakim stopniu ja sam się zmieniłem pod wpływem gdańszczan, lektur i przemyśleń, spotkań i podróży?

2.Gdańsk – miasto otwarte

Rankiem 9 grudnia 2016 roku razem z córką Antoniną, przez Bramę Świętej Anny przekroczyliśmy granicę włosko-watykańską. Po podwójnej kontroli dokumentów, lekko błądząc, dotarliśmy do położonej na niewielkim wzniesieniu pięknej szesnastowiecznej budowli – Casina Pio IV, siedziby Pontificia Academia Scientiarum (Papieskiej Akademii Nauk). Tę willę w stylu manierystycznym zbudował Pirro Ligorio jako letnią rezydencję papieża Piusa IV. Pełna zdobień, antycznych posągów, fontann, fresków i obrazów, stoi pośród Ogrodów Watykańskich. Niestety jest niedostępna dla turystów.

Przyjechałem, podobnie jak siedemdziesięciu trzech innych europejskich burmistrzów, na zaproszenie papieża Franciszka, wystosowane przez kanclerza Akademii, Marcela Sánchez Sorondo1. Temat dwudniowej konferencji był prosty i jasny: „Uchodźcy – nasi bracia i siostry”.

Papież Franciszek od początku największego od drugiej wojny światowej kryzysu humanitarnego w Europie często wyrażał dobitnie i bezpośrednio swoją solidarność z uciekinierami z Syrii i z innych dotkniętych wojnami krajów. Prosił i apelował do europejskiej opinii publicznej, rządów, biskupów i parafii o udzielenie schronienia i pomocy uchodźcom.

Teraz zaprosił przede wszystkim przedstawicieli miast już goszczących uchodźców. Zjechali się burmistrzowie miast od Lizbony, Madrytu, Barcelony, poprzez Rzym, Palermo, Parmę, Zurych i Genewę, Drezno, Kolonię, Berlin, Brukselę, Manchester, Glasgow, po Kopenhagę, Rygę, Warszawę i Gdańsk. Przez dwa dni każdy z nich opowiadał o swoich doświadczeniach z przyjęciem uchodźców. Padały liczby, statystyki pokazujące ogrom wykonanej pracy. Jak przystało na doświadczonych gospodarzy, prezydenci miast precyzyjnie podawali informacje o poniesionych kosztach gościny uchodźców i wydatkach planowanych na następny rok.

W ich opowieściach jednak dominowały emocje. Ludzie opowiadali o ludziach, o ich losie i cierpieniu. Burmistrzowie byli dumni z ofiarności i zaangażowania swoich miast, opowiadali o inicjatywach wolontariackich w dzielnicach, parafiach i szkołach. Nie pomijali też bardziej gorzkich doświadczeń – mówili o lękach części swoich obywateli, o pojawiającym się zmęczeniu.

Żaden ze zgromadzonych na konferencji mówców nie ukrywał problemów i trosk związanych z niesieniem pomocy uchodźcom. Wszyscy zwracali uwagę na konieczność ciągłego kontaktu z mieszkańcami, informowania o działaniach, o potrzebie budowania społecznego zrozumienia i empatii wobec przybyszów. Dzielili się swoim doświadczeniem, przytaczali przykłady dobrych praktyk w integrowaniu nowych mieszkańców ze wspólnotą miejską. Opowiadali, że to głównie sport stał się naturalnym sposobem spotkania młodych uchodźców z miejscową młodzieżą. Wspólna zabawa, gra w piłkę, zawody pływackie zbliżają i przełamują stereotypy.

Szczególnie mocno utkwiła mi w pamięci przejmująca opowieść odważnej pani burmistrz sześciotysięcznego miasteczka, słynnej już wtedy Lampedusy. Pani Giusiu Nicolini (później wyróżniona przez „Tygodnik Powszechny” Medalem Świętego Jerzego2) w prosty, emocjonalny sposób opowiadała o ludzkich tragediach wydarzających się na Morzu Śródziemnym. Wszystkimi wstrząsnęło wspomnienie o przyjęciu w Lampedusie trzystu sześćdziesięciu sześciu trumien z ciałami uchodźców, którzy zginęli u wybrzeży wyspy. W tych trumnach były też ciała dzieci. Ciała matki i dziecka, które dopiero się urodziło, związane nieodciętą jeszcze pępowiną. Większość ofiar trzymała w dłoni krzyżyk albo medalik… Jak w swojej znakomitej książce Wielki przypływ3 pisał Jarosław Mikołajewski: „Lampedusa nie jest podobna do innych śródziemnomorskich wysepek – jej centrum przypomina bardziej zaniedbane przedmieście Bejrutu i próżno szukać w nim uroczych zakątków. Bogactwem Lampedusy jest człowieczeństwo jej mieszkańców”.

Burmistrz Nicolini mężnie stanęła wobec kryzysu humanitarnego, nie schowała się za specami PR, nie ograniczyła się do pustych, gładkich telewizyjnych orędzi. Wyszła do mieszkańców, cierpliwie tłumaczyła, że wszyscy lampedusjanie i wszyscy uchodźcy trafiający na wyspę dzielą się przez chwilę tą samą ziemią, a rolą burmistrza jest reprezentowanie i ochrona zarówno jednych, jak i drugich. Apelowała o europejską solidarność w kwestii uchodźców: „Nikt z nas nie powinien bezczynnie czekać, aż rządy europejskie przekonają się w końcu, że prowadzona przez nie polityka zamkniętych granic prowadzi do śmierci, bólu i desperacji. Nie możemy czekać, aż rządzący zrozumieją, że podsycanie strachu – tylko po to, aby wyglądać na silnych w oczach swych współobywateli – nie rozwiązuje problemu bezpieczeństwa”4.

Słuchając tych opowieści, popadałem w coraz głębszy smutek. Zadawałem sobie pytanie: co ja tu robię? Co ja, przybysz znad Morza Bałtyckiego, z Gdańska, co mogę, co powinienem powiedzieć? Ze ścian auli, w której trwała konferencja, patrzyły na nas rzeźbione twarze papieży, w tym „papieża z dalekiego kraju”, Jana Pawła II. Mój wstyd rósł z każdą mijającą godziną. Tym bardziej, że moje wystąpienie zaplanowane zostało pod koniec konferencji, drugiego dnia.

Przyjechałem z kraju świętego Jana Pawła II, jestem przedstawicielem „narodu pielgrzymów”, emigrantów. Z Polski, w której 87% populacji identyfikuje się z katolicyzmem, a 45% deklaruje, że co tydzień chodzi do kościoła5. I to właśnie rząd tego ponadtrzydziestosiedmiomilionowego, katolickiego kraju odmówił wywiązania się ze zobowiązań wobec wspólnoty europejskiej i przyjęcia 6182 (!) uchodźców (sześć tysięcy sto osiemdziesiąt dwie osoby to dokładnie 0,0176% populacji naszego kraju) w ramach programu relokacji z obozów w Grecji i we Włoszech, podczas gdy same Niemcy w latach 2015–2016 przygarnęły z marszu osiemset tysięcy, a potem jeszcze prawie trzydzieści tysięcy w ramach relokacji. Swoje zobowiązania wypełnili też nasi sąsiedzi, Litwa i Estonia (co prawda tylko częściowo – w 40%).

Rząd PiS w ramach mechanizmu relokacji nie przyjął ani jednego uchodźcy. A już wyjątkowo oburzające jest to, że nie przyjął ani jednego syryjskiego dziecka. Po sześciu latach wojny ponad dwa miliony syryjskich dzieci stało się uchodźcami. Przypomnę, że zgodnie z unijnym prawem Polska mogła co trzy miesiące dokładnie określić preferowane cechy uchodźców, którymi zechce się zaopiekować. Poszczególne państwa UE różnie definiowały przyjmowane grupy. Bułgaria na przykład odmówiła przyjęcia obywateli Erytrei. Swoje oczekiwania przedstawiły też Słowacja (wyłącznie kobiety i dzieci), Litwa, Francja i Niemcy. Polska nie skorzystała z tego prawa i w ciągu trzech lat nie przyjęła nikogo6.

Poruszony do głębi opisem zaangażowania mieszkańców miast Europy Zachodniej i osobistym świadectwem koleżanek i kolegów burmistrzów, złamałem ustaloną konwencję i wstałem, by do nich mówić (wystąpienia były wygłaszane na siedząco).

Powiedziałem, że wstyd mi za rząd mojego kraju, który uporczywie odmawia przyjęcia uchodźców. Opowiedziałem o przygotowanym w Gdańsku programie integracji imigrantów. Wyraziłem nadzieję, że w czasie zbliżających się świąt Bożego Narodzenia Polki i Polacy dostrzegą w nowo narodzonym Człowieku-Bogu uchodźcę, a w Świętej Rodzinie – rodzinę uchodźców.

Nasze doświadczenia

Już w kwietniu 2015 roku w szkole podstawowej na Oruni zainaugurowane zostały prace interdyscyplinarnego zespołu ekspertów i społeczników. Kluczową rolę – od początku prac zespołu – odgrywał Piotr Olech, pozyskany z sektora pozarządowego pracownik Urzędu Miasta. Ogromny wkład w przygotowanie gdańskiego modelu integracji imigrantów wniosła Marta Siciarek, prezeska Centrum Wsparcia Imigrantów i Imigrantek, oraz grupa nauczycieli na czele z Niną Markiewicz-Sobieraj, dyrektorką Szkoły Podstawowej nr 16. W pracach wzięły udział doktor Katarzyna Stankiewicz, Jolanta Andrysiak-Olszewska, Bogumiła Bieniasz, Jolanta Bocian, Beata Bukowska, Anna Dąbrowska, Lilya Dulinowa jako reprezentantka imigrantów, Danuta Galant, Liliana Gdowska, Aleksandra Goryszewska, doktor Dorota Jaworska-Matys, doktor Natasza Kosakowska, Iwona Kuźmińska, Lucyna Maculewicz, doktor Magdalena Żadkowska, doktor Małgorzata Zielińska, Renata Świrko, Katarzyna Szczepańska, doktor Anna Strzałkowska, Joanna Pietrzak, profesorowie Aneta Lewińska i Cezary Obracht-Prondzyński oraz przedstawiciele Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie z ówczesną dyrektor Janiną Liedtke-Jaremą i przedstawiciele instytucji kultury, a wśród nich szczególnie aktywnie wicedyrektor Patrycja Medowska i Anna Fedas z Europejskiego Centrum Solidarności.

Przygotowywany model integracji objął osiem obszarów tematycznych: edukacja, społeczność lokalna, kultura, przemoc i dyskryminacja, zdrowie, praca, pomoc społeczna i mieszkalnictwo. Wypracowany w zespołach roboczych materiał poddany został konsultacjom społecznym. Odbyły się liczne spotkania, także z uczniami w szkołach, wideoczaty, konferencje. Prace nad modelem zbiegły się z zaostrzającym się tonem debaty publicznej na temat uchodźców, który towarzyszył pierwszym miesiącom rządów PiS. Na ulicach Gdańska niestety odbyło się kilka antyuchodźczych pikiet i manifestacji organizowanych przez Młodzież Wszechpolską.

W takiej atmosferze 30 czerwca 2016 roku w Radzie Miasta Gdańska odbyło się głosowanie nad przyjęciem Gdańskiego Modelu Integracji. Mimo pisemnego wsparcia, jakiego udzielił inicjatywie arcybiskup gdański Sławoj Leszek Głódź, klub radnych Prawa i Sprawiedliwości zagłosował przeciw, poparcia udzielili radni Platformy Obywatelskiej, choć i oni niejednogłośnie. Głosowanie poprzedziła burzliwa dyskusja. Reprezentatywna dla związanego z PiS głosu opinii publicznej może być wypowiedź radnej Anny Kołakowskiej: „…śmieszą mnie takie wypowiedzi, że nas ubogaci kultura przybyszów z Afryki czy gdzieś tam z krajów islamskich, nie żartujmy sobie i traktujmy poważnie całe dziedzictwo kulturowe Polski i cywilizacji europejskiej”7.

Przyjęcie przez Radę Miasta Gdańska modelu integracji otworzyło nowy etap w budowie klimatu otwartości i przyjazności wobec imigrantów wśród gdańszczan. 19 września 2016 roku w symbolicznym miejscu – Europejskim Centrum Solidarności – zainaugurowała swoją działalność pierwsza w Polsce Rada Imigrantów i Imigrantek. W Gdańskim Urzędzie Pracy powstał referat ds. zatrudniania cudzoziemców. Podjęliśmy krajową i międzynarodową współpracę z organizacjami zajmującymi się prawami człowieka, imigrantów i uchodźców.

Jednym z przykładów tej współpracy może być włączenie się Gdańska w sieć miast ICORN (International Cities of Refuge Network). Celem tej niezależnej organizacji miast i regionów jest udzielanie pomocy i schronienia prześladowanym za przekonania pisarzom i artystom, promowanie prawa do wolności wypowiedzi, obrona wartości demokratycznych i międzynarodowej solidarności. Do sieci przystąpiło ponad sześćdziesiąt miast z Europy i USA. Z Polski – oprócz Gdańska – w ICORN uczestniczą także Kraków i Wrocław. 3 maja 2018 roku, po pokonaniu ogromnych problemów, przybył do Gdańska pierwszy rezydent ICORN w naszym mieście – dwudziestoośmioletni Palestyńczyk z Gazy, poeta Sari Alhassanat. Od 2008 roku jest za swoje poglądy prześladowany przez rządzący w Gazie Hamas. Przez rok będzie mógł, mam nadzieję, w spokoju pisać, uczyć się języka polskiego, poznawać naszą kulturę…

Nasz gdański model integracji imigrantów zyskał uznanie – Gdańsk został uhonorowany między innymi Nagrodą Złotych Wachlarzy 2016 przez Międzynarodową Organizację ds. Migracji (IOM). Przygotowanie modelu zaowocowało też nieoczekiwanie innymi, nieplanowanymi pozytywnymi efektami na arenie międzynarodowej. Jako prezydent Gdańska, a jednocześnie członek Europejskiego Komitetu Regionów w Brukseli, miałem sposobność promocji skromnego, ale ważnego gdańskiego dorobku na licznych konferencjach. Dzięki temu Gdańsk zyskał – albo potwierdził – swą polityczną twarz: liberalnego, otwartego miasta, kontrastującą z populistyczno-ksenofobicznym obrazem rządu. Moje wywiady i wypowiedzi publiczne wskazywały części zachodniej opinii publicznej, że nie cała Polska zamknęła się na obcych, że Gdańsk to nie tylko z nazwy miasto wolności i solidarności, które w okresie autorytarnej władzy daje świadectwo zgodne z wartościami i „historycznym DNA”.

Nasza aktywność została dostrzeżona przez niezależny międzynarodowy think tank City Mayors Foundation. W 2016 roku znalazłem się na tak zwanej krótkiej liście nominowanych do World Mayor Award, nagrody przyznawanej co dwa lata najbardziej aktywnym wobec wyzwań współczesności prezydentom miast. W roku 2016 nagroda przeznaczona została dla prezydenta miasta najbardziej zaangażowanego w pomoc uchodźcom. Znalazłem się tam, mimo że w przeciwieństwie do Lampedusy, Barcelony czy Aten, Gdańsk nie pomaga uchodźcom z Syrii, Iraku czy Libii. Nie pomaga, bo rząd PiS zdecydował, że Polska nie przyjmie ani jednego człowieka szukającego schronienia przed wojną. Zauważono jednak, że Gdańsk, wbrew rządowi, prowadzi politykę miasta otwartego, solidarnego, które daje sygnał, że migranci ekonomiczni, choćby z Ukrainy, Mołdawii, Białorusi, są mile widziani. Stąd moja obecność na tej prestiżowej liście.

Dziś w Gdańsku przebywa od dwudziestu do trzydziestu tysięcy cudzoziemców (w większości Ukraińców), tylko trzy tysiące trzystu spośród nich ma zameldowanie stałe lub czasowe. W gdańskich szkołach uczy się blisko pięćset cudzoziemskich dzieci.

W Gdańsku i licznych pomorskich miastach masowa obecność migrantów ekonomicznych staje się częścią lokalnego krajobrazu społecznego. Wielu przedsiębiorców może rozwijać swój biznes dzięki napływowi nowych pracowników ze Wschodu. Język rosyjski i ukraiński są stale słyszane w sklepie, w restauracji, w komunikacji publicznej, wszędzie tam, gdzie gromadzą się ludzie.

Migracje zarobkowe to nowe zjawisko w naszych miastach. Zbiegło się ono z trwającą w Polsce od kilku lat koniunkturą gospodarczą, spadkiem bezrobocia (w Gdańsku stopa bezrobocia wynosi niecałe 3%, w województwie pomorskim – 6%) oraz trwającą nadal emigracją zarobkową Polaków. Według danych GUS liczba Polaków przebywających za granicą wciąż rośnie. W 2016 roku sięgnęła 2 520 000 (118 000 więcej niż w 2015), a w Wielkiej Brytanii przybyło kolejne 68 000 Polaków (a było już ich tam 778 000). W niedawnym badaniu 56,6% Polaków wyraziło wątpliwość, by dobra sytuacja na krajowym rynku pracy skłoniła emigrantów zarobkowych do powrotu8.

Gdański Urząd Pracy w 2017 roku odnotował deficyt rąk do pracy aż w pięćdziesięciu dwóch branżach. Brakuje między innymi spawaczy, pielęgniarek i położnych, fryzjerów, kierowców autobusów i samochodów ciężarowych, kucharzy i cukierników, murarzy i tynkarzy, brukarzy, ale także specjalistów IT. Natomiast na liście zawodów „nadwyżkowych” jest tylko sześć profesji: historycy, filozofowie, politolodzy, kulturoznawcy i pedagodzy. Polski rynek pracy dziś i w przyszłości będzie potrzebował migrantów, polskie miasta potrzebują nowych mieszkańców, potrzebują nowych talentów, nowych podatników. Jakkolwiek obecny obóz rządzący w Polsce doszedł do władzy i wciąż utrzymuje duże poparcie między innymi dzięki pobudzaniu wśród Polaków lęku wobec uchodźców, to nasz kraj potrzebuje przemyślanej polityki osiedleńczej i migracyjnej. Już w 2007 roku, za rządów PO–PSL, powołano Zespół ds. Migracji przy Prezesie Rady Ministrów. Zespół ten przygotował w 2012 roku dokument strategiczny: „Polityka migracyjna Polski – stan obecny i postulowane działania”, który został przyjęty przez Radę Ministrów.

W obecnej sytuacji politycznej obowiązek wypracowania lokalnych i regionalnych polityk integracji imigrantów spoczywa na barkach liderów samorządowych. Reżim PiS nie będzie trwać wiecznie, a racją stanu jest stworzenie przez nasz kraj spójnej, racjonalnej i opartej na najlepszych praktykach polityki migracyjnej. Samorządy dużych polskich miast oraz innowacyjne samorządy wojewódzkie, opierając się na sieci współpracy w ramach EUROCITIES9, Europejskiego Komitetu Regionów i na wielu innych partnerstwach, powinny odważnie i roztropnie opracować własne polityki integracji imigrantów. Samorządy terytorialne powinny w tym zakresie zastąpić bezwładne, niezdolne do państwowego myślenia struktury rządu PiS. Trzeba stworzyć warunki do integracji, tak aby Polska nie była traktowana jako kraj tranzytowy i pomost do bogatszych krajów Unii Europejskiej. Polskie miasta powinny też szerzej włączyć się w międzynarodową pomoc humanitarną realizowaną w Syrii i w Libanie; mocniej wesprzeć miasta w Grecji i we Włoszech. Nie może zabraknąć głosu polskich samorządowców, prezydentów miast i marszałków województw, upominających się o potrzebę solidarności i przyjęcia uchodźców. To kwestia wartości – w tej sprawie nie można kalkulować zysków i strat w oczach opinii publicznej.

Dynamiczna rzeczywistość społeczna wymusza na nas nie tylko kopiowanie dotąd wypracowanych dobrych praktyk. Powinniśmy szukać nowych, innowacyjnych sposobów integracji i reagować elastycznie. Nasze miasta powinny zabiegać o bezpośredni dostęp do środków Unii Europejskiej. Trzeba promować partnerstwo miast z organizacjami pozarządowymi w realizacji projektów finansowanych z funduszy UE, w tym Funduszu Azylu, Migracji i Integracji (FAMI, w języku angielskimAMIF). W chwili obecnej środkami Funduszu dysponują władze centralne. Od czasu przejęcia rządów przez PiS żaden z konkursów na dofinansowanie ze środków europejskich nie został rozstrzygnięty, co paraliżuje działalność organizacji społecznych i utrudnia imigrantom dostęp do usług finansowanych z FAMI. Świadczy to o polityczno-ideologicznej blokadzie ze strony ministra spraw wewnętrznych. „Mechanizm relokacji uchodźców to próba zdestabilizowania europejskiego systemu wartości, wykreowania nowego społeczeństwa, zburzenia dotychczasowych więzi społecznych”10 – mówił minister Błaszczak, do niedawna szef wspomnianego resortu. W swoich opiniach o tytuł „handlarza strachu”11 rywalizował z Jarosławem Kaczyńskim i Beatą Szydło12.

Pracując nad gdańskim modelem integracji imigrantów chcieliśmy też poznać bliżej opinie samych gdańszczan na temat ich stosunku do cudzoziemców w ogóle i różnych aspektów problemu uchodźców. Badania prowadziliśmy w 2015 i 2016 roku. W listopadzie 2015 na pytanie: „Czy władze miasta powinny zgodzić się na przyjęcie przez Gdańsk około 150–300 uchodźców z Bliskiego Wschodu?”, nieco mniej niż 1/3 badanych (29,6%) odpowiedziała pozytywnie, 17% nie miało zdania na ten temat, natomiast ponad połowa (53,4%) wyraziła sprzeciw13. U podstaw negatywnych opinii i niechęci do uchodźców z Bliskiego Wschodu leżą obawy gdańszczan związane z zagrożeniem terroryzmem (49,5%). Źródłem niechęci jest także lęk przed obcą, nieznaną kulturą (20%). Przeciwnicy przyjęcia uchodźców wyrażali również obawę, iż w mieście – wzorem niektórych państw zachodnich – zaczną powstawać getta etniczno-religijne (13,3%). Inni łączyli przyjęcie uchodźców z możliwym wzrostem przestępczości pospolitej w mieście (9,7%) oraz wzrostem wydatków miasta na lokale mieszkalne oraz utrzymanie (7,5%)14.

W badaniu przeprowadzonym w grudniu 2016 roku zapytano gdańszczan: „Czy Polska powinna przyjmować uchodźców z krajów objętych konfliktami zbrojnymi?” Zaledwie 8,3% uważało, że Polska powinna przyjmować uchodźców i pozwalać im się osiedlać w naszym kraju, 37,4% zaś wyrażało pogląd, że Polska powinna przyjmować uchodźców czasowo, do momentu, gdy będą mogli wrócić do swego kraju. 38,3% badanych wypowiedziało się przeciw przyjmowaniu jakichkolwiek uchodźców; 16% nie miało zdania na ten temat. Największe otwarcie na uchodźców deklarowały osoby z wykształceniem wyższym. Przyjęciu uchodźców, podobnie jak w badaniu ogólnopolskim, najczęściej sprzeciwiali się najmłodsi gdańszczanie (53,1%)15. W kontekście deklarowanej przez wielu gdańszczan niechęci do przyjęcia nawet niewielkiej grupy uchodźców należało zadać pytanie o stosunek do cudzoziemców już mieszkających w naszym mieście. Z przeprowadzonych badań wynika, że nieco ponad połowa mieszkańców (51,8%) miała w ciągu mijającego roku jakiś kontakt z cudzoziemcami. Najczęściej deklarowali go najmłodsi, do 29. roku życia (69,5%), oraz osoby z wyższym wykształceniem (67,9%). Wśród nich aż 73% oceniło te kontakty jako „bardzo dobre” i „raczej dobre”. To dowód, jak bezpośredni kontakt przełamuje potencjalne negatywne nastawienie. Tylko 4,9% badanych oceniło kontakty „raczej źle” i „bardzo źle”, a 23,2% – „czasem dobrze, czasem źle”. Większość gdańszczan (62,9%) zauważyła pozytywny wpływ cudzoziemców na rozwój Gdańska, co czwarty badany (24,9%) wyrażał opinię ambiwalentną: „trudno powiedzieć”, co dwunasty (12,2%) ocenił wpływ cudzoziemców negatywnie16.

Przyglądając się wynikom tych badań, widzimy, że stosunek do uchodźców i możliwości ich przyjmowania przez Polskę w dużej mierze zależy od wykształcenia i od uprzedniego pozytywnie ocenianego osobistego kontaktu z cudzoziemcami. Mimo to, nawet wśród przedstawicieli kategorii najbardziej otwartych na obcokrajowców aż 30,3% sprzeciwia się możliwości przyjęcia uchodźców. U źródeł tej niechęci leży zapewne silny negatywny stereotyp uchodźcy, ukształtowany w latach 2015–2016 przez propagandowe media rządzącego krajem PiS.

Ta diagnoza percepcji problemu uchodźców wśród gdańszczan stawia poważne wyzwanie przed demokratycznymi i otwartymi liderami samorządowymi i środowiskami działaczy społecznych, związane z opracowaniem i konsekwentnym wdrażaniem programów edukacyjnych i informacyjnych, budujących wrażliwość i empatię wobec migrantów wśród lokalnych społeczności. Jest to tym bardziej istotne, że od połowy roku 2015 obserwujemy wzrost liczby przestępstw wynikających z nienawiści do cudzoziemców. Jedynie systemowa współpraca samorządów, organizacji społecznych, szkół, kościołów, rządu i mediów może przeciwdziałać narastającej fali nienawiści na tle rasowym, religijnym i narodowościowym.

Przygotowując i wdrażając gdański model integracji imigrantów zwracamy dużą uwagę na poczucie sprawiedliwości społecznej. Gdańszczanie nie mogą odnieść wrażenia, że działania integracyjne, skierowane do imigrantów, odbywają się ich kosztem. Nie możemy stygmatyzować imigrantów i uchodźców, także pozytywnie; oferta usług zawsze powinna wyrównywać ich szanse do poziomu dostępnego mieszkańcom. Innymi słowy, usługi dla imigrantów powinny być zintegrowane z usługami dostępnymi dla wszystkich mieszkańców, tak by tej grupy nie wyróżniać. Równocześnie należy indywidualizować podejście. Polityka integracyjna musi brać pod uwagę zróżnicowanie w obrębie grupy przybyszów, ich różne potrzeby. Należy uwzględnić między innymi umiejętności językowe, kontekst kulturowy, poziom wykształcenia, kompetencje, doświadczenie zawodowe, oczekiwaną długość pobytu, powody migracji, traumatyczne przeżycia.

Władze lokalne i regionalne, będąc najbliżej obywateli, są naturalnie predysponowane do tego, by tworzyć forum wymiany wiedzy i doświadczeń w tej dziedzinie. Obecnie w naszym kraju, gdy rzeczywisty rządca państwa Jarosław Kaczyński gra na populistyczno-ksenofobicznej strunie, a jego minister straszy egzotycznymi „strefami szariatu” nad Wisłą, nastał czas wzięcia przez „rzeczpospolitą samorządną” i jej liderów odpowiedzialności za budowę otwartego i gotowego do integracji nowych mieszkańców społeczeństwa. Ukraińcy, Białorusini, Czeczeńcy, Syryjczycy i inni nowi mieszkańcy Polski to wielka szansa dla naszego kraju. Nowe talenty, nowe spojrzenia, nowe kultury wzbogacą nas samych. Powinniśmy nie tylko odwoływać się do argumentów moralnych, lecz także mówić językiem korzyści i szans, jakie stwarzają migracje. W Gdańsku policzyliśmy, że dwadzieścia tysięcy imigrantów wnosi w gospodarkę miasta pół miliarda złotych rocznie. Dzięki naszej otwartości Gdańsk zyskuje nowe miejsca pracy, następuje wzrost ruchu turystycznego, a co za tym idzie – rośnie bogactwo mieszkańców i podnosi się jakość życia. Miasta, o czym wiemy z historii Europy, rozwijają się wtedy, gdy są otwarte i przyciągają nowych mieszkańców. Historia ponadtysiącletniego Gdańska jest tego dowodem.

Ale też z cierpliwością i empatią musimy odnosić się do tych mieszkańców, którzy w sposób naturalny boją się nowej sytuacji w Europie i w Polsce, boją się nieznanego i obcego. Zbyt często ten lęk, wynikający z braku wiedzy, doświadczenia i kompetencji międzykulturowych, utożsamiany jest czy to z rasizmem, czy z ksenofobią i nacjonalizmem. Zbyt mocnymi określeniami możemy utrudnić, a nawet uniemożliwić dialog z tymi mieszkańcami, których później trudno będzie nam pozyskać. Samorządowi liderzy powinni być aktywni w dialogu z obywatelami. Spotkanie, rozmowa, dostarczanie podstawowych informacji w powiązaniu z cierpliwością, systematycznością i uporem jest jedynym efektywnym środkiem. Potrzebujemy edukacji i komunikacji społecznej realizowanej we wspólnotach lokalnych i regionalnych. Jednocześnie ważne jest nagradzanie pozytywnych przykładów wsparcia i zaangażowania mieszkańców w pomoc migrantom i uchodźcom. Dialog z obywatelami musi być szczery i otwarty.

Migracje to stan naturalny, odkąd istnieje osadnictwo. Dają one szansę rozwoju miastom i regionom przyjmującym przybyszów, ale także stawiają wyzwania, a nierzadko przynoszą porażki w procesach integracyjnych. Ważne, by mówić o tym szczerze, aby dopuścić prawo do błędu i się do niego przyznawać.

Papież Franciszek, odwołując się do Ewangelii Mateusza, przypomina nam: „Każdy cudzoziemiec, który puka do naszych drzwi, jest okazją do spotkania z Jezusem Chrystusem, utożsamiającym się z cudzoziemcem przyjętym lub odrzuconym każdej epoki”17. Dalej ten syn włoskich emigrantów apeluje do wierzących i do ludzi dobrej woli o wzięcie odpowiedzialności z wielkodusznością, skwapliwie, mądrze i dalekowzrocznie. Papież lapidarnie opiera swoją prośbę na czterech czasownikach: przyjmować, chronić, promować i integrować imigrantów i uchodźców.

Współczesne polskie społeczeństwo jest głęboko nieinkluzywne. Nie jesteśmy otwarci na różne przejawy odmienności. Często wykluczamy osoby z zaburzeniami psychicznymi, osoby bezdomne, przedstawicieli mniejszości religijnych, osoby homoseksualne, osoby innego koloru skóry. Jesteśmy społeczeństwem o niskim poziomie zaufania do siebie samych. Trzeba przyznać, że nie bez powodu Polska nie przyjmuje symbolicznej grupy siedmiu tysięcy uchodźców – brakuje społecznego poparcia dla tego humanitarnego aktu. Reżim Kaczyńskiego nie tylko prowokuje wśród Polaków strach poprzez totalną propagandę antyuchodźczą, lecz także odwołuje się do mentalności przeważającej części naszego społeczeństwa. W jakimś sensie to nasza homogeniczność etniczna pozwala tak łatwo rozniecić w nas lęk. Sprawa uchodźców jest niechcianym lustrem, w którym my, Polacy, możemy się przejrzeć…

W tym kryzysowym momencie współczesności kluczowa jest odpowiedzialność lokalnych liderów: miejskich, powiatowych, wojewódzkich. Liderów politycznych i społecznych, ale także religijnych, którzy odpowiedzialni są za wzmacnianie w ludziach tego, co dobre, wzmacnianie tego, co łączy nas z innymi, a nie rozbudzanie lęków i fobii. Pamiętajmy, strach sączony przez polityków i część mediów zatruwa dusze Polaków. Strach wypiera nadzieję i działa błyskawicznie, blokując inne emocje. Trzeba obnażać kłamstwa i manipulacje demagogicznych polityków, którzy karmią się ludzkimi lękami wypływającymi z różnych źródeł. Ci „handlarze strachu” potrafią nawet wzbudzić lęk irracjonalny, jakim jest obawa przed muzułmanami, którzy w ogóle do Polski nie trafili. Pamiętamy zawstydzającą wypowiedź szefa PiS, Jarosława Kaczyńskiego, o „pierwotniakach i zarazkach”, jakie zostaną do nas przywleczone przez uchodźców, jeśli nie postawimy im tamy.

Trzeba przeciwstawić się mowie nienawiści. Nie można obojętnie przyglądać się wzbierającej fali islamofobii. Doświadczyłem wielokrotnych ataków ze strony kontrolowanej przez PiS telewizji. Złożyłem – jako prezydent Gdańska – pozew o naruszenie dóbr osobistych przeciw zarządowi TVP. Podobny pozew złożyłem, gdy Młodzież Wszechpolska wystawiła mi „akt zgonu”, kiedy wraz z jedenastoma prezydentami największych polskich miast (wyłamał się prezydent Katowic, Marcin Krupa) ogłosiliśmy deklarację otwarcia na nowych mieszkańców – migrantów. Prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania. Czekam na rozpatrzenie przez sąd zażalenia na działanie prokuratury.

Trzeba też aktywnie budować pozytywne postawy społeczne. W czerwcu 2017 Gdańsk po raz pierwszy zorganizował na Długim Targu spotkanie w ramach kampanii „Gdańsk solidarnie dla ofiar wojny” z okazji Światowego Dnia Uchodźcy. Zaangażowało się Europejskie Centrum Solidarności, Instytut Kultury Miejskiej, Trójmiasto Uchodźcom, Centrum Wsparcia Imigrantów i Imigrantek. Koncerty, stoiska z książkami, ubraniami, biżuterią przyciągnęły ludzi, a pieniądze uzyskane ze sprzedaży trafiły na konto Polskiej Akcji Humanitarnej. Jedna z organizatorek, Natalia Jażdżewska z grupy Trójmiasto Uchodźcom, tak wyjaśniła jeden z celów akcji: „Chcemy nieco ocieplić wizerunek uchodźców i imigrantów, którzy są przedstawiani w skrajnie złym świetle przez wiele mediów i przez polityków. […] wielokulturowość ma wiele zalet i uczy tolerancji, nie tylko ze względu na kolor skóry czy pochodzenie”18.

Warto wciąż przypominać wkład w życie naszych miast, w polską kulturę, naukę i gospodarkę wielu pokoleń obcych – Żydów, Niemców, Czechów, Austriaków, Tatarów, Ormian, Rosjan, Flamandów, którzy stali się Polakami. W Gdańsku od wielu lat wydajemy miejski kalendarz – ten na rok 2018 przypomina wieloetniczność i wielokulturowość Gdańska, przedstawiając konkretne postaci historyczne. Po raz pierwszy też zaznaczyliśmy w gdańskim kalendarzu nie tylko katolickie dni świąteczne. Kropla drąży skałę…

Potrzebne nam zatem duże zaangażowanie miast polskich w walkę z wykluczeniem społecznym, dyskryminacją i nierównościami, potrzebna jest dbałość o każdego mieszkańca i każdą mieszkankę. Zestaw narzędzi pracy społeczników, radnych, burmistrzów i prezydentów jest znany – więcej proaktywnej edukacji i polityki społecznej oraz codziennego zaangażowania obywatelskiego.

Chcemy budować szczęśliwe społeczeństwo, które nie będzie nikogo odrzucać, w którym wszyscy będą czuli się u siebie. Takie społeczeństwo opiera się na prostych wartościach: demokracji, praworządności, wolności wypowiedzi, wolności wyznania, równości kobiet i mężczyzn oraz sprawiedliwości.

Miasto przyjazne imigrantom

Lubię poznawać i odwiedzać nowych mieszkańców Gdańska. Odwiedzam w domach rodziny polskiego pochodzenia, repatriowane do Gdańska z Kazachstanu, a także z azjatyckich republik byłego ZSRR. W ten sposób poznałem też rodzinę pani Susanny Izetdinowej, która jest obywatelką Ukrainy, pochodzącą z zajętego przez Rosję w 2014 roku Krymu, Tatarką. Do Polski przyjechała w 2014 roku, od dwóch lat mieszka w Gdańsku. Pani Susanna samotnie wychowuje czworo dzieci. Córka Azima studiuje iberystykę na Uniwersytecie Gdańskim, syn Osman uczy się w liceum, Khalil uczęszcza do gimnazjum, a najmłodszy Ibrayim jest uczniem szkoły podstawowej. Pani Susanna pracuje w jednej z prywatnych firm w Gdańsku, dorabia też dorywczo. Rozpoczęła studia zaoczne na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Gdańskiego, na kierunku pomoc społeczna. Na moją prośbę rektor UG Jerzy Gwizdała obniżył jej wysokość czesnego. Pani Susanna wynajmuje skromne mieszkanie i ciężko pracuje, by utrzymać rodzinę. Ona i jej dzieci znakomicie mówią po polsku, bardzo dobrze integrują się z nowym, gdańskim środowiskiem. Pani Susanna jest muzułmanką, nosi hidżab, czyli chustę zakrywającą włosy i szyję. Jest optymistycznie nastawiona do świata i ludzi, uśmiechnięta, pogodna i życzliwa.

Odwiedzając tę rodzinę, zawsze próbuję się dowiedzieć, czy przypadkiem w szkole, w miejscu pracy albo w komunikacji publicznej nie spotykają pani Susanny i jej dzieci jakieś przykrości. Pani Susanna opowiedziała mi, że w różnych miejscach, także w pracy, spotkała Polaków, głównie mężczyzn, którzy wypowiadali negatywne opinie na temat muzułmanów. Często nakrycie głowy stanowi przedmiot dociekań. Przybyszka z Krymu z radością podkreśla, że jej obecny pracodawca jest otwartym, serdecznym człowiekiem i poprosił ją, by zgłaszała mu wszelkie przypadki złego traktowania ze względu na pochodzenie, gdyby takie się zdarzały. Jej córka i synowie dobrze sobie radzą z nauką, Azima jest świetną studentką, a chłopcy lubią uprawiać sport. W przyszłości będą zapewne studiować w gdańskich uczelniach i pracować w gdańskich firmach. Jestem pewien, że pani Susanna po skończeniu studiów mogłaby być, jeśliby tylko chciała, niezwykle pożyteczną pracownicą Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie.

Tak więc mamy w Gdańsku pięcioosobową rodzinę, która wybrała Polskę i nasze miasto jako bezpieczne schronienie i tu mieszka, uczy się i pracuje. Ci ludzie, bez większej pomocy państwa i samorządu, organizują swoje życie i planują przyszłość w naszym mieście. Podobnych nowych mieszkańców Gdańska, Ukrainek i Ukraińców, jest szacunkowo około trzydziestu tysięcy. Według badań przeprowadzonych po raz pierwszy w Polsce przez Wojewódzki Urząd Pracy w Gdańsku 32,2% to osoby w wieku 25–34 lata, a 6,4% to młodzież między 18. a 24. rokiem życia19. Największa grupa imigrantów przebywa w naszym województwie od roku do trzech lat; 95,7% wyjechało ze swojego kraju po raz pierwszy. 12,9% Ukraińców przyjechało całymi rodzinami, 17,6% sprowadziło rodzinę po ustabilizowaniu pobytu, a 14,6% założyło bądź planuje założyć rodzinę w województwie pomorskim. Ponad połowa badanych deklaruje chęć pozostania na stałe. 27,6% badanych pracowało w sprzedaży, 27,3% w przetwórstwie przemysłowym, a 22,3% w branży budowlanej; mniejsze grupy w hotelarstwie i gastronomii oraz w innych usługach. Warto zauważyć, że 48,8% mieszkańców województwa pomorskiego pozytywnie ocenia zjawisko coraz większego napływu i podejmowania pracy przez obywateli Ukrainy. Najczęściej przypisywaną Ukraińcom cechą była „pracowitość” (67,3% pytanych). Pracodawcy i imigranci jako pierwszą barierę legalizacji pobytu i zatrudnienia wspólnie wskazywali czas załatwiania spraw w Pomorskim Urzędzie Wojewódzkim. Wielokrotnie interweniowałem u wojewody pomorskiego w sprawie przewlekłego (trwającego nawet rok!) załatwiania formalności pobytowych obywateli Ukrainy. Trudno zrozumieć, że rząd RP nie potrafi sfinansować odpowiedniej liczby urzędników, by standardy, atmosfera i terminy załatwiania spraw obcokrajowców nie przypominały epoki PRL i zbliżyły się do wizerunku urzędu publicznego XXI wieku.

Czy rodzina pani Susanny i tysiące innych ukraińskich rodzin są dziś i w dalszej przyszłości potrzebne Gdańskowi? Czy polska gospodarka potrzebuje imigrantów zarobkowych? To pytania retoryczne. Media alarmują. „Demograficzny armagedon coraz bliżej” albo „Demograficzny Titanic prze do katastrofy” to tytuły z „Rzeczpospolitej” i „Gazety Wyborczej”. W 2040 roku osób starszych będzie w Polsce dwukrotnie więcej niż dzieci. Znajdziemy się w piątce „najstarszych” krajów UE. Na starzenie się polskiego społeczeństwa wpłynie – co cieszy – coraz większa statystycznie długość życia oraz – co już martwi – coraz mniejsza liczba rodzących się dzieci. Do tego dochodzi liczba rodaków, którzy wyemigrowali w ostatnich latach i nie zamierzają wracać – to ponad dwa i pół miliona osób. Demograficzne tsunami najmocniej dotknie województwa podlaskie i lubelskie. Właśnie tam najbardziej odczuwalne są starzenie się obywateli i emigracja w poszukiwaniu lepszych warunków życia. Demografia podmywa fundamenty polskiego wzrostu gospodarczego. Między 2015 a 2050 rokiem aż o 27% zmniejszy się podaż pracy. Brak rąk do pracy i niska w porównaniu z Zachodem wydajność polskich pracowników wpłynie na obniżenie wzrostu gospodarczego. Przy spadającym wzroście gospodarczym (2,7% PKB rocznie) Polska dogoni Niemcy pod względem PKBper capita około roku 2100 (!). I to przy założeniu, że gospodarka Niemiec będzie rosła o 1,2% rocznie20.

Nieodpowiedzialna decyzja rządu PiS o obniżeniu wieku emerytalnego przyśpieszyła gwałtowne zmniejszanie się liczby czynnych zawodowo Polaków. W Gdańsku mamy dziś 120 000 na 463 800 zameldowanych mieszkańców powyżej 60. roku życia i choć liczba urodzeń rośnie, nie odwróci to negatywnego trendu – przyśpieszonego procesu starzenia się gdańszczan.

W województwie pomorskim pracodawcy zgłaszają do urzędów co miesiąc średnio 10 500 wolnych miejsc pracy. Tylko w 2016 roku pomorscy pracodawcy zadeklarowali chęć zatrudnienia 67 400 cudzoziemców. W ostatnich pięciu latach liczba mieszkańców Pomorza wzrosła o 32 000 – do 2 360 000, ale jednocześnie w tym samym czasie liczba osób w wieku „poprodukcyjnym” wzrosła o 76 50021.

Żeby utrzymać miejsca pracy – a przecież należy zwiększać ich liczbę – trzeba nowych pracowników – nowych mieszkańców, nowych podatników – i na Pomorzu, i w Gdańsku. Utrzymanie miasta, infrastruktury drogowej, zieleni, opieki społecznej, edukacji i kultury – to wszystko kosztuje. Im mniej mieszkańców-podatników, tym mniejsze są wpływy do budżetu Gdańska, a co za tym idzie – rośnie groźba spadku poziomu usług publicznych i jakości życia obywateli. Tylko nowi mieszkańcy Gdańska, przybywający z innych części Polski, a także osiedlający się na stałe imigranci zarobkowi z Ukrainy, są realnym sposobem utrzymania, a nawet zwiększenia liczby mieszkańców. Cudzoziemcy ratują polski rynek pracy, a przy tym stają się coraz większym wsparciem dla finansów publicznych. Według szacunków „Rzeczypospolitej” tylko w 2017 roku mogli oni oddać państwu od trzech do sześciu miliardów złotych w postaci różnych podatków22. Aż 440 000 cudzoziemców figuruje w rejestrach ZUS jako osoby zgłoszone do ubezpieczenia. Oczywiście, jednocześnie tysiące Ukraińców podejmują się pracy nierejestrowanej i nieopodatkowanej. Co naturalne, pierwsi z konkretnymi postulatami dotyczącymi zatrudniania obcokrajowców wystąpili do rządu RP pracodawcy. Jako najpilniejsze wskazali skrócenie procedur administracyjnych. Aby tak się stało, konieczne jest jednak zwiększenie liczby pracowników urzędów zajmujących się legalizacją pobytu i zatrudnienia cudzoziemców23. Na tle kraju pozytywnie wyróżnia się Gdański Urząd Pracy, który nie tylko sprawnie obsługuje pracodawców i obcokrajowcówposzukujących pracy. Dyrektor Roland Budnik zatrudnił personel z biegłą znajomością języka rosyjskiego i ukraińskiego, a we Lwowie, we współpracy ze stowarzyszeniem „Przedsiębiorcy Pomorza”, otworzył przedstawicielstwo, żeby bezpośrednio informować o potrzebach gdańskiego i pomorskiego rynku pracy.

Problemy demografii muszą stać się przedmiotem poważnej debaty publicznej w naszym kraju. Partia rządząca powinna zakończyć wrogą politykę wobec emigrantów i uchodźców. Powinniśmy zachęcać do przyjazdu do Polski nie tylko Ukraińców, wykonujących dzisiaj głównie nieskomplikowane prace, lecz także imigrantów wykwalifikowanych.

Gdańsk chce pozostać miastem otwartym i przyjaznym dla nowych mieszkańców, w tym również imigrantów. Susanna i jej dzieci to nasi nowi mieszkańcy. Bardzo chciałbym, żeby ta tatarska rodzina i wiele innych pozostały w Gdańsku na stałe. Od nas i od instytucji samorządowych, od nauczycieli, księży, dziennikarzy zależy budowanie atmosfery szacunku wobec osób innego pochodzenia, innej kultury, innego wyznania.

Już dzisiaj rozpoczęła się batalia o przyszłość demograficzną Gdańska i Pomorza. Wobec ksenofobicznej, wrogiej uchodźcom polityki i propagandy obozu rządzącego wielkim wyzwaniem dla Gdańska jest ciągłe budzenie wśród mieszkańców wrażliwości, otwartości, budowanie zrozumienia problemu uchodźców. Codziennie musimy się mierzyć z naturalnymi, według niektórych, postawami podejrzliwości wobec obcych. Po raz pierwszy od 1968 roku (komunistycznej nagonki na Polaków pochodzenia żydowskiego) jesteśmy świadkami zaplanowanej, organizowanej przez rząd PiS, systematycznej, skierowanej przeciwko uchodźcom, antyimigranckiej nagonki. Niemal codziennie kontrolowane przez Kaczyńskiego media publiczne, zwłaszcza kierowana przez Jacka Kurskiego „narodowa” TVP, prowadzą politykę wzbudzania lęku, strachu przed uchodźcami, przed muzułmanami. Politycy PiS budują w swoich wypowiedziach przekonanie, że każdy uchodźca jest potencjalnym terrorystą. Także media społecznościowe, reprezentujące tak zwaną prawicę narodową i katolicką, aktywnie pobudzają nieprzychylne nastroje wobec uchodźców.

PiS ma w swych nagonkach sojuszników – partię Kukiz i pomniejsze ugrupowania nacjonalistycznej prawicy, jak Obóz Narodowo-Radykalny (ONR) czy Młodzież Wszechpolska. Jak to możliwe, że w społeczeństwie deklarującym wiarę w Boga, społeczeństwie o wysokim poziomie praktyk religijnych, w kraju świętego Jana Pawła II aż 49% deklaruje poczucie zagrożenia wobec przyjmowania uchodźców?24 A portale internetowe i doniesienia telewizji pokazują narastającą falę antysemityzmu i rasizmu? Pozostawiam te pytania bez odpowiedzi.

Niemal codziennie mierzę się z mową nienawiści na Facebooku; staram się tłumaczyć obrzucającym mnie grubymi słowami korespondentom, dlaczego Gdańsk przygotował i pracuje nadal nad modelem integracji imigrantów, dlaczego powołaliśmy gdańską radę do spraw imigrantów. Wciąż bronię się przed populistycznymi kłamliwymi oskarżeniami o „import muzułmańskiego terroryzmu do Gdańska”. A przecież prawie wszyscy dzisiejsi mieszkańcy miasta, poza mieszkającymi tu od zawsze Kaszubami, są „uchodźcami”. Co się stało, że nie potrafią otworzyć się na innego?

Kościół polski a imigranci

Ważnym i naturalnym sojusznikiem w trudnym dziele budowy otwartego, współczującego i solidarnego polskiego społeczeństwa powinien być Kościół katolicki i jego liczni biskupi, proboszczowie, księża, katecheci, katolickie media. Czy instytucjonalny Kościół mediuje, tłumaczy potrzebę, obowiązek miłości bliźniego wobec uchodźcy?

W trakcie prac nad przyjęciem przez Radę Miasta Gdańska uchwały dotyczącej integracji imigrantów ksiądz arcybiskup Sławoj Leszek Głódź, metropolita gdański, w oficjalnym liście napisał: „Z pełnym uznaniem przyjmuję zaangażowanie wielu osób i środowisk w tworzenie Gdańskiego Modelu Integracji Imigrantów, który jest świecką realizacją przykazania miłości Boga i bliźniego wobec osób, które z różnych powodów szukają nowego miejsca do życia”.

Arcybiskup Głódź nie kryje się ze swymi politycznymi sympatiami – jest zwolennikiem obozu politycznego Jarosława Kaczyńskiego. A jednak zdobył się na oficjalny gest wsparcia gdańskiej polityki wobec imigrantów.

Pokrzepiony, wzmocniony moralnie spotkaniem w Watykanie, postanowiłem osobiście namawiać gdańskich proboszczów katolickich parafii do objęcia finansowego patronatu nad konkretnymi syryjskimi rodzinami w ramach akcji Caritas Polska „Rodzina rodzinie”. Sam – i z potrzeby serca, i dla podkreślenia, że słowa powinny iść w parze z czynami – przez rok pomagałem finansowo ofierze wojny, syryjskiej wdowie z dziećmi. Ucieszyło mnie, że wiele parafii włączyło się w akcję pomocy. To wprawdzie jeszcze niewielki, ale konkretny krok w przełamywaniu obojętności i wrogości katolików wobec problemu uchodźców. Marzę, by każdy ksiądz w niedzielnym kazaniu i każdy katecheta na lekcjach religii angażował się w rozwijanie myśli Jana Pawła II i Franciszka o solidarności międzyludzkiej, o otwartości wobec obcych.

Często cytuję słowa Jana Pawła, widniejące w sali Jego imienia w Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku: „Spojrzeć w oczy drugiego człowieka i zobaczyć w nich nadzieje oraz niepokoje brata czy siostry, to odkryć sens solidarności”. Pamiętam też, jak napominał nas, chrześcijan, że „należy postępować w taki sposób, by imigranci niechrześcijanie zawsze znajdowali u chrześcijan jednoznaczne świadectwo miłości Boga w Chrystusie. Powinni oni doznawać przyjęcia tak serdecznego i bezinteresownego, ażeby pobudziło ich do refleksji nad religią chrześcijańską i motywami owej wzorowej miłości”.

W