Strona główna » Obyczajowe i romanse » Hotel Bankrut

Hotel Bankrut

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-276-2117-7

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Hotel Bankrut

Spowolnienie, zapaść, recesja. Kryzys od kilku lat nie schodzi z pierwszych stron gazet. Ten ekonomiczny często przeradza się w osobisty. Każdy przeżywa go na swój sposób. Bezrobotna menedżerka z kredytem we franku, absolwentka na śmieciowej umowie, emerytka ledwie wiążąca koniec z końcem i drobny przedsiębiorca, który splajtował. Co ich łączy? Dzielone z oszczędności mieszkanie. Dręczący ich bezwzględny pracownik banku. A także o wiele więcej, niż mogliby przypuszczać. Czy tracąc wszystko, można coś zyskać? Jedno jest pewne: każdy kryzys prowadzi do przełomu.

Polecane książki

Historia rozgrywki, w jaką podejrzany o zabójstwo mordercy swojego syna Edward Chojar wciąga prokuratora Tomasza Brackiego i adwokata Adama Getza. Tych trzech mężczyzn łączą tajemnice sprzed lat, które wyjdą na jaw w toku prowadzonego śledztwa i pełnych emocji przesłuchań. Życie zawodowe przenika si...
Jeden dzień pełen niezwykłych wydarzeń w najróżniejszych miejscach świata. I niezwykła książka o tym, jak ów dzień zmienił losy świata. Poniedziałek, 30 kwietnia 1945 roku, to ostatni dzień III Rzeszy. W Berlinie trwają zacięte walki, Armia Czerwona zdobywa miasto. Hitler popełnia samobójstwo...
„Aktualności kadrowe” stawiają sobie za cel, aby z szumu informacji wyłowić tylko takie, które naprawdę w danym czasie mają znaczenie praktyczne dla pracodawcy, kadrowego czy specjalisty ds. HR oraz aby informacje te zapakować w krótką, zwięzłą formę. Stąd liczne wzory, przykłady i schematy, które u...
Ślub panny Ofelii zbliża się wielkimi krokami. Wydaje się, że nic nie może zmącić jej radości. Tymczasem cienie z przeszłości opuszczają mroczne zakamarki i wychodzą na światło dzienne. Kto śledził Mary Jane na stacji King's Cross? Jaki sekret skrywa stary Szkot Evan Swanson? I jaki z tym związe...
Najnowsza książka Tomasza Łysiaka, znanego publicysty historycznego, Medalion na pancerzu to doskonała lekcja historii Polski i patriotyzmu w jednym. W kilkudziesięciu esejach autor prowadzi czytelnika szlakiem swoich, a właściwie naszych bohaterów.Te wspaniałe wizje polskiej przeszłości, nie tyl...
Pewnego ranka Michael niespodziewanie dla samego siebie budzi się w nieznanym miejscu. Pragnąc powrócić do dawnego życia, rozpoczyna niezwykłą podróż po wyśnionej krainie. Tak odkrywa tajemnice Hidyby – miejsca, w którym zachody słońca bywają najpiękniejsze… Jednak zanim to się stanie, straci wsz...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Magdalena Żelazowska

Magdalena ŻelazowskaHotel Bankrut

Napisz tak:

Tu żyć się nie da, tu nie da się mieszkać,

Mało, że syf i bieda, to do tego depresja.

Władza nie głaszcze, raczej myśli, jak cię zarżnąć,

a na przykład chodnik – krzywy. Proszę bardzo.

(…)

Tyle dziur jest zapadłych w Polsce i

że akurat tobie przyszło żyć w najgorszej z nich,

że w takiej nędznej miejscówce los cię zamknął.

Wyślij sobie pocztówkę stamtąd.

Wyślij sobie pocztówkę

Łona i Webber, słowa: Łona

Rozdział pierwszyLeon

Człowiek myśli, że kogo jak kogo, ale jego na pewno to nie spotka.

Do pewnego momentu każdy sądzi, że ma przed sobą jakąś przyszłość, a porażka dotyczy tylko niektórych. Patologii, pechowców albo wyjątkowych nieudaczników. Wiadomo, każdemu może powinąć się noga, ale żeby tak zupełnie się stoczyć? Dno ma się zapisane w genach. Wystarczy rzut oka i od razu wiadomo – z tego delikwenta nic nie będzie. Od urodzenia coś go ciągnie w dół.

Najpierw zły przykład rodziców. W szkole wagary i papieroski. Potem gangsterka albo nieletnia ciąża. I już równia pochyła, już spirala nieszczęść. Długi, kryminał i komornik, a wszystko obficie podlane wódką. Na nic kuratorzy i straszenie sądem. Dla przegranych nie ma ratunku.

Leon Laskowski pokręcił głową, wypłacając zawstydzonej kobiecie gotówkę za przyjęty łańcuszek. Pięćdziesiąt przeżytych wiosen to wystarczająco długo, by przestać wierzyć w mrzonki. Lata prowadzenia lombardu nauczyły go, że nie urodził się jeszcze człowiek, który nie mógłby skończyć na bruku. Na przykład ta klientka. Zupełnie nie przypominała bankrutki – czysta, schludna, normalna. A jednak.

Kiedy kilka lat wcześniej rejestrował spółkę, od inicjałów nazwaną skrótem L&L, w okolicy rozwijanym jako lombard i lichwa, nie przypuszczał, ile nauczy się o życiu. Klientela punktu przy ulicy Organizacji Wolność i Niezawisłość, w skrócie WiN, co bardziej odpowiadało upodobaniom i sumieniom mieszkańców Starych Bałut, stanowiła galerię typów i losów ludzkich, tworzących leksykon błędów i życiowych porażek. W swojej dzielnicy Leon znał każdą rysę, każde pęknięcie i każdy wykwit pleśni na murze. Z taką samą dokładnością mógł wymienić skazy w duszach i umysłach tutejszych ludzi. Widział zbyt wiele, by coś mogło go jeszcze zaskoczyć. Przyjmował w swych progach kobiety i mężczyzn, trzeźwych i pijanych, starych i młodych. Na wykolejenie zawsze była dobra pora.

Od razu wiedział, kto przychodził kupić, a kto sprzedać. Tych drugich rozpoznawał z daleka, kiedy niepewnie krążyli przed wejściem, łudząc się, że nikt ich nie zauważy. Rzadko wkraczali z otwartą przyłbicą, częściej wślizgiwali się ukryci za kołnierzem płaszcza, nerwowo rozglądając się na boki. Wkładali kaptury, naciągali czapki, wiązali szale sięgające nosa. Za to, co przynosili, dostawali ochłapy, ale dla nich liczyła się każda złotówka.

Jedni milcząc, spuszczali wzrok, w napięciu czekając na wycenę. Inni przesadnie dużo opowiadali o sobie, jakby szukali usprawiedliwienia. Zarzekali się, że mają tylko przejściowe trudności i lada moment przyjdą wykupić to, co oddawali w zastaw. Kłamali. Lombard był jak sierociniec – nikt nie zostawiał tu niczego, po co zamierzał wrócić.

Dlatego Leon zamarł na widok przedmiotu, który przyniósł ostatni klient. Ciężarówka-zabawka. Zostawił ją milczący okularnik, zaraz po nim weszła kobieta od łańcuszka. Kiedy Leon usłyszał dźwięk damskich obcasów, patrzył już tylko na nią. Wyprostował się i kątem oka zlustrował swoje odbicie w jednej ze szklanych witryn. Wypiął tors, w duchu gratulując sobie błękitnej koszulki polo, świeżo wyprasowanych dżinsów i ponadczasowej klasy białych adidasów. Jego zdaniem ten zestaw ujmował mu lat. Nie spuszczając z oka kobiety, przystąpił do pobieżnej wyceny miniaturowego samochodu.

Starannie wykonany model z czarnej, błyszczącej blachy musiał powstać przed zalewem chińszczyzny. Cacuszko w stylu retro. Leon zawsze miał do takich słabość. Okularnik mruknął coś o synu, który dorósł, i wyszedł, nie czekając na wypłatę. Leon zawołał za nim, ale nie mógł przecież zostawić czekającej klientki samej sobie. Wzruszył ramionami i wrócił do pracy.

Zabawką zajął się dopiero, kiedy został sam. Odkładał ją właśnie na półkę, gdy niespodziewanie otworzyła się ukryta wewnątrz skrytka. Spod malutkiej klapy wysunął się plik listów. Leon miał złe przeczucia. Otworzył jedną z kopert. Przebiegł wzrokiem kilka linijek i ścisnął kartkę w dłoni. Natychmiast podbiegł do drzwi i szarpnął je, wprawiając zawieszony nad nimi dzwonek w hałaśliwą huśtawkę. Wybiegł na zewnątrz, rozglądając się dookoła. Po mężczyźnie dawno nie było śladu.

Weronika

Na Facebooku dwieście osób polubiło jej status. Ten status to: bezrobotna. Weronika nie ubrała go akurat w to słowo, ale wynik sprowadzał się do tego samego. Wersja oficjalna brzmi: koniec z tym. Na opublikowanym zdjęciu pokazała znaczący gest przed siedzibą firmy, w której przez ostatnie osiem lat upływało jej życie. Zgrabny równoważnik zdania przekazuje pewną część znaczenia, pomijając niewygodny podmiot (Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością) oraz krępujące orzeczenie (przechodzi reorganizację). Gdyby wdać się w niepotrzebne szczegóły, mogłoby się okazać, że to nie Weronika skończyła z firmą, tylko firma z nią. Strona bierna: Weronika jest skończona.

Wzięli ją z zaskoczenia. Po pierwsze, był poniedziałek, w dodatku rano. Kto wręcza wypowiedzenie na początku tygodnia? Przecież od tego są piątki, zwłaszcza te na koniec miesiąca. Jeśli wtedy szef niespodziewanie zaprasza na rozmowę do gabinetu, od razu wiadomo, o co chodzi. Po niedzieli jest już posprzątane. Puste biurko, zablokowana poczta, nieaktywna karta do drzwi.

– Nie chciałem psuć ci weekendu – wyjaśnił Rafał, szef Weroniki, wskazując jej krzesło obok kadrowej, w roli świadka czekającej za szklanym stołem. – A tak od razu rzucisz się w wir roboty i nie będziesz rozmyślać. Szybciej rozchodzisz stres, nie będziesz mieć czasu się nad sobą użalać.

– Szlachetnie.

Zajęła miejsce. Kadrowa wlepiła wzrok w blat. Leżał na nim srebrny długopis i przezroczysta teczka z dokumentami.

– Ile zostało mi czasu?

Widziała już kilka zwolnień lub, jak mówiono w korporacyjnym dialekcie, rozstań z firmą. Zazwyczaj były niespodziewane, natychmiastowe i nieodwołalne.

– Trzy miesiące. Będziesz pracować do końca okresu wypowiedzenia. Trzeba domknąć projekt. Sama wiesz, że się nie wyrabiamy. Potrzebujemy cię.

– I dlatego likwidujecie moje stanowisko?

– Oszczędności. – Rafał poluzował kołnierzyk bladoróżowej koszuli z Royal Collection. – Przykro mi. Za wypowiedzeniem czy za porozumieniem stron?

Wyszczerzył zęby w nieudanym uśmiechu, a kadrowa bez słowa wyciągnęła w jej stronę dwa arkusze pokryte drobnym drukiem, który, jak to zwykle bywa, wiele zmieniał. Weronika wzruszyła ramionami i wybrała wersję za wypowiedzeniem.

Rafał sprawiał wrażenie urażonego.

– Mam kredyt hipoteczny. Porozumienie stron pozbawia mnie ubezpieczenia od utraty pracy – usprawiedliwiła się. – Poza tym strony zupełnie się nie rozumiały – dodała już w myślach.

Gabinet szefa zgodnie z transparentną polityką firmy miał przeszklone drzwi. Wszyscy już wiedzieli. A jednak reakcja współpracowników była dla niej kolejnym zaskoczeniem. Kiedy wyszła z pomieszczenia, w którym TO się stało, najpierw zamknęła się w łazience. Odkręciła wodę i poczekała, aż zacznie lecieć lodowata, przenikająca cienką skórę dłoni aż do kości. Zwilżyła twarz i szyję, uważając, by nie zmoczyć starannie wyprostowanych, ciemnych włosów, bo te w kontakcie z wilgocią nieznośnie się puszyły. Próbowała zapanować nad oblewającym ją rumieńcem i piekącymi powiekami. Ostatni raz czuła się tak w szkole, kiedy przed całą klasą wydało się, że nie odrobiła pracy domowej. Wstyd. Upokorzenie. Złość, przede wszystkim na siebie. Wtedy po raz pierwszy i jedyny dostała żółtą kartkę. Dziś, trzydzieści lat później, kazali jej zejść z boiska.

Otrzepała dłonie i przygładziła ołówkową spódnicę, niesfornie marszczącą się na brzuchu. Mokre palce zostawiały ciemne smugi na beżowym materiale. Weronika zaklęła, ale przynajmniej miała powód, by dłużej zostać w łazience. Kiedy w końcu zajęła miejsce przy biurku, modliła się, by nikomu nie przyszło do głowy ją pocieszać. Mogłaby się niebezpiecznie rozkleić i stracić resztki godności. Wyobraziła sobie siebie z rozmazaną, skapującą na białą bluzkę maskarą, z zapuchniętymi oczami i czerwonym nosem. Poczuła wściekłość. Spodziewała się żenującego pakietu pożegnalnego, składającego się z poklepywania po plecach, krytycznych szeptów pod adresem szefostwa i zapewnień, że wszystko będzie dobrze. W najlepszym razie parzących w plecy litościwych spojrzeń. Niepotrzebnie się obawiała. Nie wzięła pod uwagę, że nie wydarzy się nic i właśnie to będzie najgorsze do zniesienia.

Trędowata. Tak się czuła, kiedy wzrok byłych współpracowników wędrował obok lub nad jej głową. Nikt o nic nie pytał, a już na pewno nie o samopoczucie. Gdyby chociaż na jej widok w pokoju zapadało niezręczne milczenie. Ale nie, nic takiego nie miało miejsca. Życie firmy toczyło się zwykłym, hałaśliwym trybem, przerywanym dzwonkami telefonu i wybuchami śmiechu. Po prostu Weronika nie była już jego częścią. Nie zapraszano jej na zebrania ani restart przy kuchennym ekspresie do kawy. Wykreślono z listy uczestników zbliżającego się wyjazdu integracyjnego, a adres usunięto z intranetu. Dostawała maile tylko od koleżanki, którą niedawno przyjmowała na staż, a która teraz miała przejąć jej obowiązki. Monika z kopią do szefa prosiła o pisemne przekazanie wszystkich instrukcji, kontaktów do klientów i raportu ze stanu realizacji bieżących projektów. Weronice wydało się to śmieszne, skoro siedziały przy sąsiednich biurkach. Tymczasem reszcie działu udzieliła się zrelaksowana atmosfera. Strzał już padł. Pozostali mogli się czuć bezpiecznie przynajmniej przez jakiś czas.

Ostatni dzień sierpnia i okresu wypowiedzenia był jasny i ciepły, ale kiedy Weronika zamknęła za sobą drzwi biura, na jej głowę lunął deszcz, choć jednocześnie świeciło słońce. Znów dała się zaskoczyć. Smugi złotych, wczesnojesiennych promieni padały na wszystko wokół. Tylko nie na nią.

Kinga

– Nic mnie tu nie czeka – szepnęła, przytulając ojca na pożegnanie.

Miała spierzchnięte usta, a wydychane przez nią powietrze w niespodziewanym chłodzie poranka zamieniało się w nitki białej pary. Jej słowa skraplały się w setki niewidocznych igiełek i przysiadały na wełnianym szaliku, boleśnie kłując usta i nos. Przystanek PKS, siódma rano. Koniec wakacji, pierwszy września. Dobry moment na rozpoczęcie nowego życia, jakich pełno w kalendarzu.

Stali pod przekrzywionym słupem z zardzewiałym rozkładem jazdy. Czekali w ogonku pasażerów i odprowadzających, z lekkim drżeniem, czy wystarczy miejsc. Kierowca rozklekotanego pojazdu z wysiedzianymi fotelami i zamglonymi szybami sprzedawał bilety do przyszłości, której tutaj, w miasteczku, nie było. Nie wyjeżdżała daleko, ale oboje wiedzieli, że na dobre. Z wyprowadzki za pracą nikt nie wraca. Mogło być gorzej: Anglia, Belgia lub Holandia, jak połowa jej klasy. Łódź jest przecież tylko kilkadziesiąt kilometrów stąd. I co z tego? W praktyce nie było większej różnicy. Odtąd jej życie miało się toczyć gdzie indziej.

– Ale będziesz przyjeżdżać? – zapytał ojciec, naciągając jej na uszy czapkę z pomponem.

Nie znosiła tego. Cienkie, jasne włosy w kontakcie z wełną najpierw przyklejały się do czoła, a potem naelektryzowane stawały na wszystkie strony. Dziś jednak nie protestowała. Zgodziła się włożyć wydziergany przez babcię pstrokaty ogrzewacz, chowając w kieszeni czarnej kurtki cieniutki, wyszywany cekinami beret. Przepełniała ją czułość i łagodność winowajcy. Ustępstwo w kwestii czapki i tak nie mogło wynagrodzić tego, co chciała zrobić. Zamierzała opuścić swojego ojca. Na zawsze.

Mama nie żyła, a Kinga była jego jedyną córką. Spędzili razem całe życie. Jej życie. Kolki, siniaki, zdarte kolana. Kolejki w dziecięcej przychodni, szkolne minidramaty i zmienne nastoletnie nastroje. Ogniska na działce, ryby nad jeziorem, niedzielne wycieczki do babci. Cotygodniowe porządki, godziny wysiedziane obok siebie w kościelnej ławce, spacery z psem. I pogrzeb psa też.

Pies! Powinna kupić mu nowego psa. Wypełniłby trochę miejsca po niej. Bo kiedy tata wróci dziś do domu, zastanie ciszę. Ta cisza, przerywana krótkotrwałym gwarem weekendowych odwiedzin, będzie trwać już zawsze. Dom, wreszcie wykończony, budowany przez lata z myślą o kilkupokoleniowej rodzinie, będzie z niego kpił. I po co to wszystko? Mogli zostać w małym mieszkaniu w kamieniczce. Nie żyć ponad stan, nie pchać dorobku życia w niepotrzebny metraż. Może wtedy nie musiałaby wyjeżdżać.

Ale w miasteczku nie ma pracy i nie ma z czego żyć. Dopóki ojciec pracował, ich dwuosobowy budżet jakoś się spinał. Od zawsze jednak wiedziała, że moment przejścia ojca na emeryturę dla niej będzie oznaczał nieodwołalny początek samodzielnego życia.

Jechała do pracy w mieście. Spróbuje w niej wytrwać do wymaganego końca, czyli do sześćdziesiątego siódmego roku życia. Dopiero wtedy będzie wolna i pomyśli o powrocie. To za czterdzieści lat. Jej ojciec nie będzie wtedy żył. Niedługo zacznie się starzeć, słabnąć i odchodzić, a ona będzie wtedy sprzedawać swój czas, by utrzymać się przy życiu gdzie indziej. Nie otoczy go opieką, a on nie zajmie się jej dziećmi. Odtąd ich losy, wcześniej splecione w rodzinny warkocz, miały biec równolegle.

Czuła się jak zdrajczyni. Nie tylko dlatego, że po tylu latach po prostu odchodziła, nie dając nic w zamian. Była hipokrytką. Kiedy tuż po szkole jej chłopak prosił, by wyjechała z nim do Londynu, odmówiła, nazywając go tchórzem, i nie wybaczyła, gdy ją zostawił. Dziś sama zamierzała to zrobić.

– Trzymaj się – chrząknął tata, kłując ją zarostem w policzek, a potem wycofał się ze stopni autobusu.

Kierowca zapuścił silnik, a Kinga zapadła się w śmierdzące siedzenie. Dziwnie jest ten świat urządzony. Trzeba szukać szczęścia gdzie indziej, choć wiadomo, że ono jest tutaj.

Łucja

Niedawno skończyła siedemdziesiąt sześć lat, a jutro czekał ją pierwszy dzień w pracy. Stresowała się jak przed maturą. Choć zdawała ją ponad pół wieku temu, do dziś pamiętała te nerwy i ulgę po wszystkim. Kształcić się już w życiu nakształciła, ale skoro miała czas i siły, grzech było nie dorobić. Każdy grosz się liczył. Nikt nie wiedział tego lepiej niż ona. Przeczytała w gazecie, że należy do pokolenia tysiąc sześćset, bo tyle wynosiła jej emerytura. Pewien radiowy dziennikarz, wstrząśnięty tą kwotą, przeprowadził eksperyment: próbował przeżyć za nią przez miesiąc. Poległ, ale zyskał rozgłos. Łucja żyła tak od lat i jakoś nie przysporzyło jej to sławy. A dziennikarzowi wyjaśniłaby, że emeryturą rozporządza w sposób następujący:

– czynsz, woda, ogrzewanie i wywóz śmieci: 390 zł

– rachunki: gaz, prąd, telewizja 160 zł

– telefon na kartę: 50 zł

– jedzenie: 400 zł (czasem lubiła ugotować coś dla rodziny)

– karma dla osiedlowych kotów: 100 zł

– leki i wizyty lekarskie: 250 zł

– ofiary w kościele: 40 zł

– prasa: 15 zł

Jak widać, nieraz odłożyła parę złotych na następny miesiąc. Częściej jednak pojawiały się dodatkowe wydatki i wtedy w budżecie jak w nadwyrężonej pończosze robiła się dziura.

Czasami Łucja czuła się troszkę zawiedziona. Przed laty, kiedy bywało ciężko, obiecywała sobie w duchu: „kiedyś sobie to wszystko odbiję”. Przetrwała niejeden kryzys, myśląc o tym, że w przyszłości odpocznie i nagrodzi się za trud życia, kosztując tego, czego wcześniej sobie odmawiała. Na przykład podróży. Bardzo chciała zobaczyć choć niewielki kawałek świata.

Ale tak to już jest: marzenia odkłada się na sam koniec, czyli na starość. Był tylko mały szkopuł. Wcześniej jakoś nie pomyślała o tym, że wtedy nie będzie mieć pieniędzy. Mimo to nie użalała się nad sobą. Przecież dawała sobie radę i dla nikogo nie była ciężarem. Czasami miała tylko zwyczajnie ochotę coś sobie kupić, jak każda kobieta. Dlatego szukała okazji. Wiele rzeczy można zdobyć za bezcen. Łucja umiała dbać o przedmioty, reperowała je i dawała im drugie życie. Nigdy nie tolerowała marnotrawstwa, w przeciwieństwie do sąsiadek, które brały lichwiarskie pożyczki pod telezakupy albo wełniane kołdry. Płaciły trzy tysiące, a oddawały sześć. Gdy przestawały spłacać, to zaraz do nich przyjeżdżali. Nachodzili dzień w dzień i wstyd robili na całą kamienicę. Ale cóż, jak się człowiek nie umie powściągnąć, to ma za swoje.

Czasami Łucja sprzedawała kwiaty. To, co zarobiła, starczało na słodycze i jakiś przysmak dla kici. Mało. Zgłosiła się więc do innej pracy. Biurowej. Zadzwoniła pod numer z ogłoszenia i się dostała. Przez pewien czas biła się z myślą, że to niemoralne iść do pracy na emeryturze, kiedy tylu młodych jest na bezrobociu. Ale przecież ją przyjęli, choć mogli wybrać kogoś innego.

Machnęła ręką na skrupuły jak na natrętną muchę i stanęła przed szafą. Otworzyła ciężkie, politurowane drzwi. Na szczęście kilka lat temu za radą sąsiadek przerzuciła się z naftaliny na lawendę. Teraz jej ubrania, nienowe, ale dobrze utrzymane, przyjemnie pachniały. Zanurzyła dłonie między wieszakami i raz po raz wysuwała spódnice i bluzki. Mimo upływu lat udało jej się zachować nienaganną figurę. Szczególną sympatią darzyła swoje nogi, wciąż zgrabne, którym pozwalała figlarnie wyglądać przez niewielkie rozcięcia w materiale. Srebrne włosy kręciła na wałki, dzięki temu zdawało się, że ma ich całą burzę. Nie było źle. Musiała tylko kupić pastę do butów albo odświeżyć wodą tę zaschniętą w blaszanym pudełeczku. Nie można wykonywać służbowych obowiązków w niewyczyszczonych pantoflach. Zastanawiała się tylko, jak przejść przez miasto czystą stopą. Od wielu miesięcy trwały remonty centralnych ulic. Na drodze ku lepszej przyszłości Łódź stanęła w miejscu. Korki, rozkopy, zawieruszone przystanki, błotniste ścieżki zamiast chodników, a pośrodku karawany objuczonych pieszych, skaczących przez dziury i nasypy. Dżungla. No cóż, jakoś będzie musiała sobie poradzić.

Z przyjemnością tak się szykowała i obmyślała stroje na pierwsze dni w nowej pracy. Cichutko pogwizdywała. Zaczynała w poniedziałek.

Rozdział drugiLeon

Odłożył śrubokręt i stuknął w obudowę starego radia. Przy odrobinie wysiłku mógł je spieniężyć jako cacko w stylu retro. Senny głos z trzeszczącego odbiornika donosił, że rocznie z Łodzi ubywał jeden procent populacji. Łatwo policzyć, jak to się skończy. Telewizja i gazety codziennie trąbiły o kryzysie. Czarne chmury recesji od lat zasnuwały światowe niebo. Bezrobocie, spekulacje, pik franka, mielizna na giełdzie. Powódź hiobowych wieści od lat zalewała globalną wioskę, a Łódź była jak lejek, do którego spływa całe zło. Centralny punkt kontynentu zmienił się w epicentrum regresu. Dni Łodzi były policzone. Mimo to trwała, gdy drżenie dzwonka tańczącego nad drzwiami wywołało Leona z zaplecza. Lubił ten dźwięk. Wnosił coś pozytywnego do ponurych wizyt, składanych w jego przybytku. Brzmiał jak śmiech dziecka cieszącego się z każdych odwiedzin. Osobiście uważał, że solidny, wykuty w lśniącym metalu dzwonek przydawał każdemu punktowi handlowo-usługowemu pewnego staroświeckiego prestiżu. Był też przyjaźniejszy dla ucha niż elektroniczne brzęczki, emitujące kakofoniczne melodyjki. Jednak od czasu incydentu z listami dźwięk otwieranych drzwi zaczął budzić w nim niepokój, którego nie potrafił się pozbyć.

W progu lombardu stał mężczyzna w taniej, zdeformowanej od wielokrotnego noszenia kurtce, z przewieszoną przez ramię ortalionową torbą. Wytarł znoszone buty o plecioną wycieraczkę i pewnym krokiem podszedł do lady.

– Pokaż, co chcesz zastawić, a powiem ci, kim jesteś – mruknął Leon ledwie słyszalnie.

Stał się ekspertem w dziedzinie analiz życiorysów na podstawie znoszonych do niego przedmiotów. Przychodzili tu ludzie najróżniejszej maści: emeryci i renciści, ale i studenci, przewlekle bezrobotni, ale też byli dyrektorzy, biznesmeni i kierowniczki, zamieszkałe w melinach konkubiny i eksżony bogaczy, niedoszli przedsiębiorcy z mnóstwem nierealnych pomysłów oraz wiecznym brakiem kapitału, księża i prostytutki. Czasem nawet trafił się ktoś znany, zapomniany polityk albo przebrzmiała gwiazda. Lombard przyciągał każdego, kto znalazł się w potrzebie.

Leon starał się podchodzić do wszystkich uczciwie i bez uprzedzeń. Trafiali do niego złodzieje i pijaczkowie cichaczem wynoszący domowe sprzęty, ale tych odsyłał z kwitkiem. Miał swój honor. Na każdy towar musiał dostać porządny papier: dowód zakupu lub imienne poświadczenie. Nie brał kradzionego ani rzeczy zabranych rodzinie. Obsługiwał tylko tych, którzy przychodzili na własny rachunek. I na własne życzenie.

– Co pan mówił? – zapytał facet po drugiej stronie lady. Chudy, zgarbiony, w

niedzisiejszej brodzie, z twarzy podobny do nikogo.

– Pytałem, z czym pan przychodzi.

Udając zajętego, Leon wertował zeszyt w kratkę, nie zatrzymując wzroku na rozmówcy. Klienci nie lubili, gdy spojrzeniem wprawiało się ich w zakłopotanie. Ostatnio jednak popełnił w ten sposób błąd. To dlatego nie mógł sobie przypomnieć twarzy mężczyzny od listów w ciężarówce.

– Kieł.

– Słucham? – Teraz Leon żądał wyjaśnień, podnosząc głowę.

Facet otworzył torbę. Wyciągnął z niej długi na metr cios słonia z precyzyjnie wyrzeźbionymi, miniaturowymi figurkami afrykańskich wojowników.

– Kość słoniowa. Koronkowa robota – powiedział z uznaniem.

– Panie, przecież to nielegalne.

– Trzydzieści lat temu przepisy były inne. Właściwie nabiera już wartości zabytkowej. Przyzna pan, że piękny. Cokół jest mahoniowy.

– Nic z tego, nie chcę kłopotów.

– To sztuka. – Brodacz nie dawał za wygraną.

– Więc idź pan do muzeum.

– Żarty. W Internecie też nie wystawię, bo zaraz mnie namierzą.

– A ja miałbym ryzykować?

– Możesz go pan ustawić z boku jako prywatną własność. A gdy komuś wpadnie w oko, to się po cichu dogadacie. – Klient mrugnął, gładząc falliczną rzeźbę.

– Codziennie ktoś mi to proponuje. Zamiast lombardu, musiałbym prowadzić skład podejrzanych pamiątek.

– Tym razem gra jest warta świeczki. Można sporo zarobić.

– Nie jestem zainteresowany – Leon trwał przy swoim. – Coś jeszcze?

– A idź pan w cholerę! Nie umiesz się pan poznać na wartości, to pójdę gdzie indziej. Ja się prosił nie będę.

W rzeczywistości nie robił nic innego. Nie dalej jak jutro wróci z podkulonym ogonem, zniżając cenę i dorzucając gratisy. Leon znał ten typ. Desperado. Biedny i wściekły. Nie miał wyboru i wszyscy o tym wiedzieli. A on wiedział, że inni wiedzą, i dlatego się wściekał.

Desperado to na ogół mężczyzna w wieku nieokreślonym, ani młody, ani stary. Ma za sobą tak zwaną przeszłość, czyli rozwód, plajtę albo zwolnienie z pracy, z którego nigdy się nie podniósł. Ewentualnie ciężki wypadek, co to przedwcześnie uczynił go rencistą. Kiedyś żyło mu się nieźle, w każdym razie nie odstawał od normy. Jednak nadmierna wrażliwość i nieprzystosowanie do zasad wściekłego kapitalizmu eksmitowały go poza nawias i uczyniły niepotrzebnym. Na skutek życiowej nieudolności zostawał sam, bez kobiety. Zdezorientowany prowadził swoje żałosne męskie gospodarstwo. Nieporadnie gotował i sprzątał, czując się przy tym jak stara pierdoła. Z oszczędności i lenistwa donaszał ciuchy, które lata świetności, tak jak on sam, miały już za sobą. Świadomy swojej beznadziei, rzecz po rzeczy wyprzedawał to, co mu jeszcze zostało. Kończył się.

Skąd u Leona taka przenikliwość? Z życia. Leon umiał wyczuć, kto znalazł się na dnie, bo sam już tam trafił. To dlatego dziś było mu wszystko jedno. Czasem ktoś mu groził, ale na próżno. Leon beznamiętnie stawiał czoła półświatkowi, lekceważąc obietnice kulki w łeb w zamian za brak chęci współpracy. Wyrzucał anonimy i żądania haraczu, śmiał się z głuchych telefonów, cierpliwie wstawiał wybite zęby i szyby. Pod tym względem przypominał swoich klientów. Człowiek, który nie ma nic do stracenia, przestaje odczuwać lęk. A on zapomniał, jak to jest się bać. Tylko jedna osoba mogła mu o tym przypomnieć. Autor listów wypełniających wnętrze podrzuconej do lombardu zabawki. To, że postanowił je doręczyć właśnie teraz, nie mogło wróżyć nic dobrego.

Na początku Leon pomyślał: „To pomyłka, to mnie nie dotyczy”, ale to nie mógł być przypadek. Jedyne logiczne wytłumaczenie zdawało się tak oczywiste, że aż niewyobrażalne. Przed pewnymi sprawami nie ma ucieczki. Można się miotać lub trwać w bezruchu, a i tak cię dopadną. Nawet pieniądze nie są w stanie kupić spokoju. Nie bał się jutra, ale nie potrafił się obronić przed przeszłością. Mógł tylko czekać.

Weronika

Ostatnie szkolenie, jakie zaliczyła przed otrzymaniem wypowiedzenia, dotyczyło zarządzania ryzykiem. Kurs ukończyła z tradycyjnym wyróżnieniem, mimo to prywatnie poległa już na pierwszym etapie: fazie rozpoznania. Nie połączyła kropek w postaci utraty przez firmę jednej trzeciej klientów, kilkuletniego zatrzymania rynkowych stawek i odgórnie zarządzonego cięcia kosztów. W związku z tym poddanie przegapionego ryzyka analizie jakościowej (głębokie gówno) i ilościowej (wartość kredytu pomniejszona o mizerne oszczędności) nie miało większego sensu. Dlaczego tego nie przewidziała? Przecież odkąd pamięta, ciągle czegoś się spodziewała.

Kiedy była mała, odliczała dłużące się w nieskończoność dni, dzielące ją od pójścia do szkoły. Po pierwszych kilku miesiącach spędzonych w szkolnej ławce, gdy prysł czar nowości, a powiało nudą, zaczęła tęsknić za wakacjami. W drugiej połowie sennej podstawówki marzyła o liceum, które miało być jak Beverly Hills 90210, ale zawiedziona już przed półmetkiem, nie mogła doczekać się studiów. Później, jako znużona teoretycznymi zajęciami i przereklamowanymi imprezami studentka, chciała szybko pójść do pracy, zdobywać doświadczenie i wreszcie zaznać niezależności. Wynajmując obskurny pokój w akademiku, przenosiła się myślą do czasu, gdy będzie już miała własne mieszkanie.

Weronika zawsze widziała coś na horyzoncie. Ale kiedy to, na co czekała, wreszcie nadchodziło, zazwyczaj spotykał ją zawód. Coś się nie zgadzało z opisem, czegoś wciąż brakowało. Jej wymarzone życie zawsze znajdowało się o krok od miejsca, gdzie aktualnie stała. Cały czas miała wrażenie, że je goni. Na zakrętach migał jego jaskrawy, obiecujący koniuszek. Wystarczyło tylko chwycić. Próbowała różnych sztuczek. Na przykład: wybierała starszych facetów, bo chciała przeskoczyć frustrujący etap związków z niedojrzałymi rówieśnikami, potrzebującymi czasu, by dorosnąć. Nie zamierzała im go poświęcać. Kiedy oni opornie wyciągaliby życiowe wnioski, jej skóra traciłaby gęstość, a ona sama, znużona ciągłym wybaczaniem i holowaniem, stałaby się zgorzkniała i nieatrakcyjna. Błąd. Albo: studiowała i jednocześnie pracowała. Kto powiedział, że trzeba skończyć jedno, by zacząć drugie? Tym sposobem po obronie dyplomu nie została seryjną stażystką, tylko awansowała na kierownika zespołu w dużej agencji public relations. Dzięki temu kilka lat później przyznano jej kredyt na mieszkanie o powierzchni, na którą innych stać po trzydziestu latach pracy. A trzydzieści lat Weronika miała w dniu zakupu i nie wyobrażała sobie spędzania najlepszego okresu życia w wynajmowanych klitkach. Czas, jaki pozostał jej do sześćdziesiątych urodzin, zamierzała spędzić, ciesząc się własnym M.

Mimo pewnego niedosytu, dopingującego ją przecież do działania, wszystko układało się zgodnie z planem. Weronice na ogół odpowiadała ta przewidywalność, dawała jej poczucie bezpieczeństwa. Tylko czasami bywała odrobinę rozczarowująca.

„Co jeszcze może mnie spotkać, o czym z góry nie wiem? – myślała, patrząc w lusterko służbowego samochodu, który w ostatnim czasie często grzązł w korkach. – Skończyłam studia, zarabiam niezłe jak na łódzkie standardy pieniądze, jestem samowystarczalna. Przepracuję kilkadziesiąt lat, odbędę ileś podróży, parę razy zmienię fryzurę, z nudów kupię zwierzę lub wymyślę sobie jakieś hobby. Ewentualnie zwiążę się z kimś na stałe”. Wymieniała standardowe punkty programu zapełniającego czas między młodością a starością. Lepiej już być nie mogło, pogodziła się z tym.

Nie wzięła pod uwagę jednego: jej plan nie obejmował tego, że coś może pójść źle. A tu proszę, niespodzianka. Kto by pomyślał, jednak życie potrafi zaskoczyć. Po początkowym zdumieniu Weronika zrobiła to, co umiała najlepiej: przystąpiła do realizacji procedur. A te nakazywały przejść do następnego punktu: planowanie reakcji.

Kinga

– Co zamierzasz?

Ciotka Marianna, zwana w rodzinie Marianem, odczekała z pytaniem całe pięć minut, pozwalając Kindze zdjąć płaszcz i nawet wnieść walizkę do pokoju. I tak długo, jak na jej możliwości. Należała do osób, które obcych pytają o zarobki, a krewnych o życie płciowe. Może brała w ten sposób odwet za wszystkie niewygodne uwagi, wysłuchane w życiu z racji jej staropanieństwa.

– Wszystko mam umówione.

Kinga usiadła na wąskim tapczanie i odruchowo wygładziła dłonią naruszoną powierzchnię szydełkowej narzuty, jakby ten gest miał zaświadczyć, że nie będzie sprawiać kłopotu. Ciotka oparła się o futrynę i położyła dłoń w miejscu, gdzie powinna znajdować się talia.

– Pracę masz?

– Koleżanka szuka zastępstwa w sklepie odzieżowym. Jest w ciąży i chciała polecić kogoś sprawdzonego.

– Nie chce, żeby ktoś obcy ją wygryzł – zdiagnozowała ciotka. – Dobrze się znacie?

– Chodziłyśmy razem do odzieżówki. Ela ma do mnie zaufanie.

W klasie nie przyjaźniły się szczególnie blisko. Jedna cicha, z nosem w książkach, druga rozkrzyczana, dobra przede wszystkim z wuefu. Elka, bardziej obrotna, wyjechała z miasteczka zaraz po skończeniu technikum. Kinga przez kilka lat po szkole łudziła się, że uda jej się zostać w rodzinnych stronach. Nie lubiła zmian, była raczej mało przebojowa, ale sumienna. Pewnie właśnie dlatego Elka zwróciła się do niej. Kiedy Kinga odebrała telefon z pytaniem, czy jest zainteresowana, zdziwiła się, ale przyjęła propozycję. Druga taka szansa mogła się nie powtórzyć.

– Czyli zostajesz na dłużej?

– Pomieszkam u cioci tylko przez pewien czas, dopóki czegoś nie znajdę. Tak

się umawiałyśmy.

– Ja cię nie wyganiam, ale wszystko kosztuje. Jakoś się dogadamy. Zawsze

lepiej być przy rodzinie niż płacić obcemu.

Kinga miała co do tego pewne wątpliwości. Spojrzała na maleńki pokój o łososiowych ścianach. Większość przestrzeni pochłaniała zwalista dwudrzwiowa szafa, w połowie wypełniona ciotczynym dobytkiem. Wolny skrawek podłogi zajmował nie więcej niż metr kwadratowy. Od świtu całym pomieszczeniem trzęsły tramwaje, które rozpędzały się na długim i prostym odcinku torów biegnących przed kamienicą. Popołudniami zaś pokój nieznośnie nagrzewał się od słońca wpadającego przez zachodnie okna. Kinga wiedziała, bo nocowała tam już wcześniej. Przyjechała przywieźć rzeczy i zmierzyć czas dojazdu do nowej pracy. Lubiła czuć się przygotowana.

Pomijając pewne niedogodności, czekało ją miękkie lądowanie. Mimo to, wysiadając na dworcu Łódź Kaliska, czuła się nieswojo. Wiedziała, dokąd pójść, miała mieszkanie i pracę, a jednak towarzyszył jej trudny do wytłumaczenia niepokój. Przystanęła na chwilę, pozwalając się wyprzedzić tłumowi, wylewającemu się z pociągów i autobusów. Pasażerowie szybkim krokiem rozchodzili się na przystanki lub łapali taksówki. Ona nie miała tu jeszcze swoich spraw, do których mogłaby się spieszyć.

Zatrzymała się. Czuła potrzebę, żeby jakoś uczcić tę chwilę. Pierwszy dzień przybysza. Tyle razy śledziła książkowe i filmowe historie bohaterów wyruszających po lepsze jutro. Z węzełkiem na kijku, workiem zarzuconym na ramię lub z rękoma w pustych kieszeniach pełni nadziei stawali w centrum Paryża, Nowego Jorku albo Hollywood, w oszołomieniu rozglądając się wokół. Dziś sama stała u progu nowego rozdziału. Wyciągnęła rączkę walizki i pociągnęła ją za sobą. Poszła pieszo, choć sceneria nie bardzo przypominała tę fabularną.

Łódź. Kiedyś ziemia obiecana, dziś raczej leżąca odłogiem. Kinga słyszała przygnębiające prognozy. Stała się świadkiem detronizacji miasta z drugiego największego do pozycji mocno średniego. Rówieśnicy z jej stron mówili, że nie ma tu już czego szukać i lepiej od razu startować dalej. Podobno Łódź się kończyła. Dla niej miała być początkiem.

Marsz nie był szczególnie przyjemny i trwał o wiele dłużej, niż zakładała. Kółka walizki uciążliwie grzęzły w wyszczerbionych chodnikach. Nieskoszona trawa na skwerkach sięgała kolan, ukrywając zbutwiałe kikuty po ławkach. W bramach szczerzyły się napuchnięte, nietrzeźwe twarze. Miasto ciągnęło się w nieskończoność, płaskie i rozwlekłe, jakby ktoś przejechał po nim wałkiem. Spleśniałe kamienice w pijackim widzie pożeniono z gierkowskimi kubikami, przepalone neony ochryple szeptały o dawnym blasku, a fasady budynków oblepiały pstrokate szyldy i niekończące się ciągi rusztowań. Zupełnie jakby zawstydzone utratą dawnej świetności miasto próbowało ukryć swoje zmurszałe oblicze. Ale Kinga pod warstwą kurzu i zniszczenia umiała dostrzec wspomnienie czarującej przeszłości. W śródmieściu stało blisko cztery tysiące kamienic, w większości dziewiętnastowiecznych. Przez uchylone drzwi zapuszczonych klatek migały kręcone schody, kiedyś omiatane przez wytworne suknie dam. Po kocich łbach, błyskających tu i ówdzie z uszczerbków w asfalcie, dawniej toczyły się konne powozy. Zdawać by się mogło, że zza poczerniałych, powybijanych szybek w oknach opuszczonych fabryk wciąż dobiega stukot tkalni i przędzalni, a znad farbiarni unoszą się mgiełki barwników, przydające kolorów posiwiałym chmurom nad miastem. Dawna stolica mody. Dziewiętnastowieczne centrum europejskiego włókiennictwa, kwitnące fabrykanckimi willami i pałacami zdobnymi w sztukaterie. Miasto wielkich fabryk, wielkich fortun i wielkich nadziei, które usnęło przez jakąś tragiczną pomyłkę. Ale wciąż jeszcze mogło obudzić się do życia.

Kinga zamierzała mieć w tym swój udział. Zdecydowała, że ona i Łódź powinny dać sobie szansę. Tu, u źródła najstarszych odzieżowych tradycji, chciała zostać projektantką mody. Przyjechała z precyzyjnym planem i teczką pełną szkiców. Wierzyła w to miasto.

„A miasto uwierzy we mnie”, postanowiła, przebijając się przez łódzkie ulice.

Łucja

„Najbardziej żal tych młodych. Co oni mają teraz za życie? Niby jest lepiej niż kiedyś. Są komórki, Internety, samoloty fruwające po całym świecie, istne czary! – Łucji do dziś nie może się to wszystko pomieścić w głowie. – Do tego sklepy pełne wspaniałości, w których półki uginają się od smakołyków. Serki, wędlinki, czekolady, a wszystkiego po kilkadziesiąt rodzajów. Nic tylko chodzić z koszyczkiem i nabierać! A ciuszki! Chińczyki szyją takie cudeńka, że aż żal nie kupić. I wcale niedrogo! Sukieneczki, torebeczki, pantofelki, do wyboru, do koloru”.

Ach, gdyby mogła choć raz się tak obkupić, kiedy była młoda! Starczyłoby jej na całe życie, bo to spędziła w barwach przeważnie szarych. No, ale Łucja czasy młodości miała już za sobą. Dziś była starą babcią, której piękne fatałaszki ani nie były potrzebne, ani jej nawet nie przystawały. Lubiła sobie tylko pooglądać. Zupełnie nie rozumiała młodych dziewczyn, wkładających na siebie jakieś bure worki. I te paskudne, masywne okulary! Wyglądały w nich na ciotki-klotki. Nawet wiekowa Łucja takich nie nosiła, bo byłoby jej nieładnie.

Sama do przepisanych przez okulistę szkieł dobrała cieniusieńkie oprawki na łańcuszku, cudne jak biżuteria. Cieszyła się nimi jak wszystkimi dobrodziejstwami wolnego kraju, który wyszedł na prostą po latach niełatwej historii, i codziennie dziękowała Bogu. Nie mogła się nadziwić nowoczesnym budynkom, czystym pociągom, eleganckim samochodom. Rodacy na ulicach prezentowali się atrakcyjnie i zamożnie – od tych wszystkich ubrań i kosmetyków wyładnieli, odmłodnieli. Umieli się uczesać, pachnęli perfumą i byli szczupli. Łucja lubiła ich obserwować, gdy w soboty i niedziele sprzedawała ogrodowe kwiaty. Siedziała na murku przy przystanku i całymi godzinami patrzyła. Niektórzy kupowali u niej z litości, że starowinka wystaje po całych dniach. A przecież robiła to dla przyjemności. Specjalnie na tę okazję wiązała apaszkę i kręciła włosy. Sąsiadkom mówiła, że wychodzi do miasta. W końcu nie kłamała.

A jednak coś było z tym krajem nie tak.

Bo gdyby wszystko grało, to ludzie chcieliby mieć dzieci. Zapraszaliby na miły świat stadko potomstwa, a temu w przyszłości żyłoby się jeszcze lepiej. Razem cieszyliby się szczęściem i dobrobytem w najlepszych czasach w historii. Ale jakoś nie chcieli.

Nawet jej rodzina, choć przetrwała tyle pokoleń, nieuchronnie zmierzała ku wyginięciu. Łucja wychowała się wśród czwórki rodzeństwa, ale wnuka miała już tylko jednego. A on, ku jej strapieniu, ani myślał zakładać rodziny.

– Babciu, daj spokój – kwitował jej pytania na niedzielnym obiedzie, który przygotowywała u córki.

– Kto jak nie ty? – próbowała kusić. – Przecież jesteś takim porządnym, odpowiedzialnym młodym człowiekiem.

– Otóż to. Dlatego właśnie nie mogę podjąć takiej decyzji. Nie stać mnie – odpowiadał Duduś, ziewając po dokładce, a potem ucinał dyskusję przyciskiem na pilocie telewizora.

I tyle rozmowy. W sumie trudno się chłopakowi dziwić, chciał najpierw coś odłożyć, stanąć na własnych nogach. Podobne zmartwienie miały jej sąsiadki – młodzi gonili za robotą, a wnucząt i prawnucząt było jak na lekarstwo. A przecież babcie z rozkoszą by się nimi zajęły. Armia seniorek o niewykorzystanych zasobach energii marnowała się bezczynnie w opustoszałych gniazdach, wynajdując sobie na siłę zajęcia w postaci uniwersytetu trzeciego wieku czy kuriozalnych warsztatów. Lepiły koślawe garnki, ledwie widząc, pstrykały na oślep na kursach fotografii, na stare lata robiły z siebie pośmiewisko w amatorskich teatrach. Być może Łucją powodowały podobne pobudki, ale ona przynajmniej miała sensowny cel. Szła do pracy, by wesprzeć finansowo wnuka i przyspieszyć jego start w życie.

Kładąc się do łóżka w noc poprzedzającą pierwszy dzień w biurze, ze zdziwieniem spostrzegła, że denerwowała się tak samo jak przed laty. Pamiętała to jak dziś. Ponad pół wieku temu zaczynała pracę w wielkich zakładach, wytwarzających włókna sztuczne. Wcześniej prawie nie spała z przejęcia.

Przerażała ją ogromna hala produkcyjna, tłum obcych ludzi i wielkie, hałaśliwe maszyny. Wszyscy wkoło uwijali się jak w ukropie, nie było czasu na pogawędki ani miejsca na błąd. Mój Boże! To się dopiero nazywa praca pod presją. Teraz młodzi tak nie pracują, mogą inaczej, w ciszy, w czystym i ciepłym biurze. Kiedyś o tym marzyła. Dopiero teraz, na stare lata, miała zaznać takiego luksusu.

Po zamknięciu zakładów poszła na szwaczkę do prywaciarza. I to tyle punktów w CV, które pomogli jej zrobić w osiedlowym klubie seniora, bo w wieku pięćdziesięciu pięciu lat Łucja przeszła na emeryturę. Dawniej wszystko wyglądało inaczej. Nigdy nie musiała się martwić, że ktoś ją zwolni. A nawet gdyby, to przecież praca czekała, nikt się nie musiał prosić. Nie pracował najwyżej ostatni obibok.

„Spędzało się życie w jednym zakładzie, w jednym mieszkaniu i z jednym chłopem – rozmyślała przed snem. – Nie to, co teraz: redukcje, przeprowadzki, rozwody. Nie wolno do niczego przywyknąć, ani niczego być pewnym. Jak można tak żyć?”. Tego nie potrafiła zrozumieć. Zmiany za dużo ją kosztowały, choć przecież z czasem, w miarę życiowego doświadczenia, wszystko niby przychodzi łatwiej. Nowa praca powinna być dla niej bułką z masłem. Co miała do stracenia?

„Ale taki już ten człowiek głupi z natury. Za pierwszym razem zawsze jest trema i nic się na to nie poradzi” – myślała, to okrywając się po samą brodę z zimna, to wystawiając stopy spod kołdry z gorąca. Tej nocy nie dane jej było jednak zmrużyć oka.

Opracowanie graficzne okładki:

Emotion Media

Redaktor prowadzący:

Grażyna Ordęga

Opracowanie redakcyjne:

Karolina Macios

Korekta:

Małgorzata Narewska

© 2016 by Magdalena Żelazowska

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o.Warszawa, 2016

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieł w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

HarperCollins jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Fotografia na okładce: Dorota Frączkowska. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN: 978-83-276-2117-7

Konwersja do formatu EPUB:
Legimi Sp. z o.o.