Strona główna » Literatura faktu, reportaże, biografie » IMPERIUM. Podróż po Cesarstwie Rzymskim śladem jednej monety

IMPERIUM. Podróż po Cesarstwie Rzymskim śladem jednej monety

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-07-03467-6

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “IMPERIUM. Podróż po Cesarstwie Rzymskim śladem jednej monety

Autor zabiera czytelników w wyimaginowaną podróż po Cesarstwie Rzymskim w okresie jego największej potęgi i rozwoju terytorialnego, za panowania cesarza Trajana, w latach 115–117 naszej ery.


Książka stanowi swego rodzaju kontynuację Jednego dnia w starożytnym Rzymie (wydanie polskie – Czytelnik, Warszawa 2016 r.), poświęconego życiu codziennemu w stolicy cesarstwa.


Tym razem Alberto Angela oprowadza nas po największym imperium świata starożytnego, podążając śladem jednej ówczesnej obiegowej monety – sesterca – która przechodzi z rąk do rąk. Wraz ze swymi kolejnymi właścicielami sesterc dociera zarówno do głównych ośrodków cesarstwa, jak i jego prowincjonalnych zakątków – od Brytanii, Hiszpanii i nadreńskiego limesu po Ateny, egipską Aleksandrię oraz azjatycki Efez i Antiochię. Przechodzi przez ręce i legionisty, i właściciela ziemskiego, i bogatego handlarza garum (słynnego sosu rybnego), i chirurga wykonującego niebezpieczną operację, i niewolnika, i kobiety lekkich obyczajów… Wreszcie trafia nawet do samego cesarza, prowadzącego wówczas kampanię wojenną w odległej Mezopotamii.
Dzięki temu zabiegowi czytelnicy mogą zetknąć się z różnymi postaciami i grupami społecznymi tamtej epoki. Mogą poznać ich wygląd, otoczenie, domy, zajęcia, ubiory. Przyjrzeć się relacjom społecznym, rozrywkom, sprawowaniu kultów religijnych, a nawet zabiegom magicznym. Taki jest bowiem główny cel autora – w sposób bardzo przystępny, interesujący i zrozumiały pokazać kulturę i życie codzienne ludzi zamieszkujących starożytne Imperium Rzymskie.
Zrelacjonowana w książce wędrówka sesterca jest oczywiście hipotetyczna, ale całkowicie prawdopodobna, a wszystkie opisy miejsc i ludzi oraz realia ich życia są prawdziwe, oparte na rzetelnych badaniach historycznych i archeologicznych.


W sumie Imperium. Podróż po Cesarstwie Rzymskim śladem jednej monety – podobnie jak i Jeden dzień  w starożytnym Rzymie – oferuje czytelnikom zarówno wciągającą lekturę, jak i sporą dawkę wiedzy historycznej, przekazanej w bardzo atrakcyjnej formie.


Tekst uzupełniają: mapka Imperium Rzymskiego w czasach panowania cesarza Trajana z zaznaczoną trasą wędrówki sesterca oraz czternaście ilustracji – rysunków, których autorem jest artysta grafik Luca Tarlazzi.

 

Polecane książki

Dlaczego pewni ludzie walczą zapamiętale z przeciwnikami politycznymi, a inni próbują rozwiązywać konflikty, poszukując porozumienia? Dlaczego w pewnych okolicznościach spokojni, rozsądni ludzie angażują się w irracjonalne działania eskalujące konflikt polityczny? Czy politycy różnią s...
Krzysztof Ziemiec, gwiazda telewizji, jeden z najpopularniejszych i najbardziej lubianych prezenterów (aktualnie „Wiadomości” TVP1), a równocześnie człowiek niezwykle doświadczony przez los. Ogromna popularność, wielkie emocje i duże kontrowersje, jakie towarzyszyły jego autorskiemu programowi „Niep...
Noblista przez kilka dekad pracował nad wpływem witamin na ludzki organizm i stwierdził, że prawie wszyscy ludzie cierpią na niedobór witaminy C. A to właśnie ona zabezpiecza nasz organizm poprzez wzmacnianie jego naturalnych mechanizmów ochronnych, a w szczególności układu odpornościowego. W tej, o...
    Barwny obraz niezwykłego życia w buszu. Daphne, urodzona w Kenii w rodzinie brytyjskich osadników, zawsze czuła się ściśle związana z naturalnym dla niej światem afrykańskiej sawanny i zamieszkujących ją dzikich zwierząt. Kiedy wychodziła za mąż za Davida, jednego z prekursorów ochrony przyrod...
Jest styczeń 1990 roku. Jarle Klepp ma 17 lat i uczy się w liceum w Stavanger, małym mieście w zachodniej Norwegii. W jego życiu liczą się rock, seks i polityka. Razem z najlepszym kumplem gra w kapeli punkowej, ma świetną dziewczynę, chodzi w czarnym płaszczu i arafatce, a do tego cały czas stara s...
Witajcie na wyspie tajemnic! Rapa Nui, w Polsce bardziej znana pod nazwą Wyspy Wielkanocnej, jest poetycko opisywana jako najbardziej samotna wyspa świata. Sporo w tym prawdy – rzeczywiście leży ona w odległości ponad dwóch tysięcy kilometrów od najbliższej zamieszkanej wyspy! To również miejsce...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Alberto Angela

Alberto Angela

IMPERIUM

Podróż po Cesarstwie Rzymskim śladem jednej monety

Z języka włoskiego przełożyła
Tamara Łozińska

Czytelnik

WSTĘP

Spójrzmy na mapę Cesarstwa Rzymskiego w czasie, gdy osiągnęło ono
największy w swych dziejach zasięg terytorialny. Niewątpliwie potężne
wrażenie robi rozległość imperium. Używając dzisiejszych nazw, możemy
powiedzieć, że rozciągało się od Szkocji po Kuwejt, od Portugalii po
Armenię.

Jak żyli jego mieszkańcy? Jakich ludzi spotkalibyśmy w miastach? Jak
Rzymianie zdołali stworzyć tak ogromne państwo, jednocząc tak różne ludy
i miejsca?

W tej publikacji chcę zaprosić Czytelników na wyimaginowaną wędrówkę po
Imperium Rzymskim w poszukiwaniu odpowiedzi na te właśnie pytania.

Książka, którą Czytelnik trzyma w ręku, stanowi w zamyśle kontynuację
Jednego dnia w starożytnym Rzymie – pracy poświęconej życiu
codziennemu w stolicy cesarstwa. Przedstawiłem je na przykładzie pewnego
zwykłego dnia, który podzieliłem na godziny. Założyłem, że był to jakiś
wtorek za panowania cesarza Trajana w roku 115 naszej ery.

A teraz wyobraźmy sobie, że budzimy się następnego ranka, w środę, i wyruszamy w podróż przez całe imperium. Oddychamy atmosferą rozmaitych
miejsc, wchłaniamy zapachy zaułków Aleksandrii oraz woń perfum dam
przechadzających się po Mediolanie, słuchamy stukania dłut w jednym z warsztatów rzemieślniczych w Atenach, oglądamy kolorowe tarcze
legionistów maszerujących do Germanii i tatuaże lub malunki na ciałach
barbarzyńców mieszkających na najdalej na północ wysuniętych rubieżach
imperium, na ziemiach dzisiejszej Szkocji.

Jaką konwencję narracyjną można przyjąć, by odbyć tego rodzaju podróż po
Cesarstwie Rzymskim?

Przyszedł mi na myśl obiegowy pieniądz, konkretnie sesterc. Podążając
śladem jednej monety, która nieustannie przechodzi z rąk do rąk,
teoretycznie jesteśmy w stanie dotrzeć w ciągu kilku lat do każdego
zakątka państwa. A co ważniejsze, gdy spotykamy osoby, które kolejno
posiadają monetę, możemy przy okazji poznać ich wygląd, uczucia,
otoczenie, domy, sposób życia, zasady i obyczaje.

Sesterc wędruje od legionisty do właściciela ziemskiego, od niewolnika
do lekarza, który próbując uratować dziecko, wykonuje skomplikowaną
operację, od zamożnego handlarza garum (słynny sos, bardzo ceniony
przez Rzymian) do kobiety lekkich obyczajów, od śpiewaczki, która otarła
się o śmierć podczas katastrofy statku na Morzu Śródziemnym, do
marynarza. Trafia nawet w ręce Trajana. I jeszcze wielu innych osób.

Podróż jest oczywiście hipotetyczna, ale całkowicie prawdopodobna.
Napotykane po drodze postacie – z nielicznymi wyjątkami – rzeczywiście
żyły w tym okresie i niemal zawsze w opisanych miejscach. Prawdziwe są
ich imiona i wykonywane zawody. To efekt żmudnych poszukiwań,
studiowania stel nagrobnych, starożytnych inskrypcji i tekstów. Znamy
nawet rysy twarzy wielu osób, a to dzięki dziełom malarskim, takim jak
rewelacyjny zbiór portretów z Fajum. Malowidła te, odnalezione przez
archeologów w Egipcie, a stworzone w pierwszych wiekach naszej ery,
czyli właśnie w epoce, podczas której odbywamy naszą podróż,
przypominają fotografie wykonane przez Oliviera Toscaniego czasów
starożytnych. To portrety zwykłych ludzi, które najpierw zdobiły ich
domy, a po śmierci przedstawionych osób były wraz z mumiami składane do
grobu. Wizerunki te stały się inspiracją dla stworzenia postaci
niektórych bohaterów Imperium.

Jakby więc za sprawą czarów ujrzymy na ulicach miasta, w zaułkach portu
lub na pokładzie statku ich twarze – przybywające ze starożytności, a jednak znajome. A w ich oczach dostrzeżemy obrazy z życia kulturalnego i codziennego epoki.

Również żarty, wypowiadane przez Rzymian i zapisane na kartach tej
książki, są w większości oryginalne i pochodzą z dzieł sławnych autorów
łacińskich, takich jak Marcjalis, Juwenalis czy Owidiusz.

Moją intencją było możliwie najwierniejsze przedstawienie epoki, ludzi,
miejsc. Jeśli na przykład w Leptis Magna w Afryce Północnej za czasów
Trajana nie istniały jeszcze wielkie termy (wzniesione niedługo potem
przez Hadriana), to nie zobaczymy ich, spacerując po mieście podczas
naszej wędrówki śladami sesterca.

Książka ma niekiedy styl narracyjny, ale każde miejsce, każda okolica
czy budowla, każdy pejzaż, z którymi Czytelnik zetknie się w czasie
lektury, zostały starannie przestudiowane na podstawie starożytnych
źródeł i dokumentacji archeologicznej, aby opis w książce odpowiadał
temu, jak to wszystko widzieli Rzymianie. Jeśli pojawiły się błędy,
bardzo za nie Czytelników przepraszam.

Celem tej publikacji jest również sprawienie, by Czytelnik mógł zanurzyć
się w realiach ówczesnego życia codziennego. A także opisanie pasjonatom
historii i archeologii tych szczegółów i klimatów, o których podręczniki
zazwyczaj nie wspominają; myślę tu na przykład o cieniach w kształcie
arabesek, rzucanych przez plecione kratki okienne, albo o woni tłumu
podziwiającego wyścigi kwadryg w Circus Maximus.

Ponieważ nie wiemy wszystkiego o tym, co wydarzyło się w ciągu tych
kilku lat, kiedy trwa nasza podróż – kończąca się w roku 117 naszej ery
– w niektórych wypadkach musiałem dokonać pewnych korekt. Toteż niekiedy
opisywany epizod naprawdę zdarzył się w czasie nieco innym od tego, w którym go umieściłem – ale jest wielce prawdopodobne, że mógłby wydarzyć
się także wtedy.

Czerpałem z rozmaitych źródeł. Przede wszystkim z dzieł autorów
starożytnych. Ponadto słuchałem archeologów, którzy często opowiadali mi
osobiście o swoich odkryciach. Czytałem opracowania naukowe, gdzie
znajdziemy przebogate opisy i interpretacje ówczesnego życia. Niemożliwe
jest wymienienie tu wszystkich autorów, z których prac korzystałem,
powołam się więc na jednego. To profesor Lionel Casson, wielki badacz
dziejów podróży.

Co odkryjemy, czytając tę książkę? To, co w Imperium Rzymskim
pozostawało schowane „za kulisami”.

Przekonamy się, że świat Rzymian był w gruncie rzeczy bardzo podobny do
naszego. Doszło wówczas do pierwszej w dziejach globalizacji. W całym
imperium płacono tymi samymi pieniędzmi, posługiwano się jednym
oficjalnym językiem – łaciną (z równouprawnioną greką na Wschodzie),
niemal wszyscy umieli czytać, pisać i rachować, obowiązywał ten sam
system prawny, panowała swoboda obrotu handlowego. Można było zasiąść w gospodzie czy to w Aleksandrii, czy w Londynie, czy w Rzymie i zamówić
to samo wino pochodzące z Galii lub doprawić danie tą samą oliwą z Hiszpanii. W pobliskim sklepie można było kupić tunikę (trochę jak
dzisiejszy T-shirt) z płótna, na które len uprawiano w Egipcie, a sam
materiał tkano już w Rzymie.

Przy drodze, jak za naszych czasów, można było napotkać „motel” lub
„autoserwis”; można też było wynająć pojazd, by przemieścić się z miasta
do miasta. W sumie, podróżując po imperium, oddychało się wszędzie taką
samą atmosferą.

Ówczesne społeczeństwo było też nękane przez problemy podobne do
naszych. Były to na przykład: wzrost liczby rozwodów i spadek narodzin,
blokada sądów spowodowana wielką liczbą procesów, skandale związane z defraudacją pieniędzy publicznych przeznaczonych na poważne, lecz nigdy
niezrealizowane inwestycje, intensywne wyręby lasów wywołane
zapotrzebowaniem na drewno, „zabetonowanie” fragmentów wybrzeża w wyniku
budowy luksusowych willi. I wreszcie – także wówczas trwała… wojna w Iraku. Inwazja armii Trajana na Mezopotamię, czyli na ten sam obszar,
gdzie niemal 2000 lat później interweniowały wojska Sojuszu, pokazuje,
że problemy militarne i geopolityczne bywały niekiedy zaskakująco
podobne do obecnych.

Kiedy dziś analizujemy minione dzieje, największe wrażenie robi na nas
owa niewiarygodna „nowoczesność” starożytnego społeczeństwa. W czym
tkwił sekret imperium? Jak się przekonamy, Cesarstwo Rzymskie zdołało
podbić ówczesny świat nie tylko dlatego, że było potęgą militarną, ale
również dlatego, że osiągnęło przewagę w dziedzinie inżynierii (budowa
akweduktów, term, dróg, miast wyposażonych we wszelkie wygody).

Co więcej, zwraca uwagę wyjątkowość Cesarstwa Rzymskiego w historii. Aż
do czasów najnowszych żadna inna kultura czy cywilizacja nie zdołała
tyle dokonać. Czy to mieszkańcy imperium tak wyprzedzili epokę, czy może
to my jesteśmy tak zapóźnieni?

Podróż, w którą wyruszymy, ukazuje pewien „magiczny moment” w dziejach.
Po raz pierwszy i jak dotąd ostatni basen Morza Śródziemnego i Europa
zostały zjednoczone. Przez pierwsze cztery wieki ery chrześcijańskiej
można było podróżować bez granic – a także nie obawiając się piratów i wrogów – z jednego krańca imperium na drugi. Wkrótce potem ta niezwykła
epoka się zakończyła, by już nigdy (jak dotąd) nie powrócić.

W książce pojawia się postać, bez której cała podróż wyglądałaby
zupełnie inaczej. To cesarz Trajan. Publikacje historyczne poświęcają mu
niewiele miejsca. Imienia Trajana nikt obecnie we Włoszech nie nadaje
synowi, co zdarza się w wypadku imion innych wybitnych postaci z przeszłości, takich jak Cezar, August, Konstantyn, Aleksander, czy nawet
Hadrian, następca Trajana. A tymczasem to właśnie Trajan doprowadził
Imperium Rzymskie do największej potęgi terytorialnej, przyczynił się do
jego rozkwitu, bogactwa, dobrobytu i sprowadził na kraj „moment łaski”
nieznany w późniejszej historii. Prezentowane w podręcznikach mapy
największego zasięgu Imperium Rzymskiego ukazują je właśnie w czasach
Trajana.

Książką tą chciałbym skierować uwagę Czytelników na tego cesarza,
nazywanego optimus princeps, i na niezwykłą epokę, którą zdołał
ukształtować.

Szczęśliwej podróży. Vale

Alberto Angela

Rzym, 9 listopada 2010 roku

RZYM

GDZIE WSZYSTKO MA SWÓJ POCZĄTEK

Slumsy Rzymu

Spieszy naprzód zapuszczonymi zaułkami, przeciskając się przez ciżbę.
Twarz zakryła woalem, żeby nikt jej nie rozpoznał. Jest elegancką,
delikatną damą, wytworną w obejściu. Jej dłonie mają długie i szczupłe
palce, paznokcie są zadbane. Te dłonie nigdy nie pracowały… Znalazła
się więc naprawdę nie na swym miejscu tu, w Suburze, dzielnicy rzymskiej
biedoty, gdzie nie widać ani jedwabi, ani marmurów, a jedynie głód i nędzę.

Ze zręcznością kotki unika dotknięcia ludzi, co jednak nie jest łatwe.
Mija szczerbatych rzeźników niosących na ramionach ćwiartki wołów,
niskie matrony, grube i nerwowe, dyskutujące podniesionymi głosami,
ogolonych niewolników, mizernych mężczyzn roztaczających wokół przykry
zapach typowy dla osób niedbających o higienę osobistą, biegające
dzieci. Musi też uważać, gdzie stąpa: pod nogami płyną strumienie
ścieków, a w cienkich strugach, na jakie się rozdzielają, poją się
chmary much, które nagie stopy przechodniów daremnie próbują przegonić.

Z prawej strony dobiega ją przenikliwy i podekscytowany damski głos –
zza mijanej bramy słychać kłótnię. Nie zdążyła tam zerknąć, gdyż hałas
trzepoczącego się ptactwa kazał jej odwrócić głowę w przeciwnym
kierunku. Dostrzega sklepik ze stertą drewnianych klatek pełnych kur,
wydających charakterystyczny dla drobiu fetor.

Młoda dama gwałtownie przyspiesza, jakby chciała możliwie najszybciej
zostawić za sobą tę uliczkę, mija siedzącego starca, który podnosi
głowę, wyraźniej nawet niż muśnięcie jej tuniki czując woń perfum, jaką
ona roztacza wokół siebie. Oczy mężczyzny, z których jedno pokrywa
bielmo, daremnie szukają owej „czarodziejki”. Zdrowe oko zauważa tylko
rąbek welonu, który powiewając, znika za rogiem.

Tak, to tutaj. To z pewnością to miejsce. „Skręciwszy za róg, idź
uliczką biegnącą w dół, ale zanim dotrzesz do końca, zobaczysz aediculę,
miniaturową świątynkę przy murze. Naprzeciwko dostrzeżesz wejście ze
schodami prowadzącymi w dół. Tam ją znajdziesz” – powiedziała jej stara
piastunka.

Młoda kobieta się waha. Wejście jest naprawdę wąskie i ciemne, schody
nikną w mroku… Rozgląda się, wokół widzi tylko ściany wysokich,
kompletnie zaniedbanych kamienic czynszowych. Mury są naznaczone
nalotami wilgoci i plamami brudu, okna mają wyłamane okiennice, z balkonów, które zdają się rozpadać, zwisają sznury… „Jak ludzie mogą
żyć w ten sposób” – pyta się w duchu. I jeszcze: „Co ja tutaj robię?”.
Odpowiedź ma przed sobą, za tym ciemnym wejściem. Wzrok młodej kobiety
napotyka na spojrzenie staruchy w wymiętej tunice, która wychylając się
z okna, z macierzyńskim uśmiechem daje jej skinieniem znak, by weszła,
jakby rozumiała, dlaczego ona się tu znalazła i próbowała dodać jej
otuchy. Kto wie, ile już widziała przychodzących tu podobnych dam.

Młoda kobieta bierze głęboki wdech i wchodzi. Niemal natychmiast otacza
ją drażniący zapach czegoś, co się gotuje lub przypala, ale nie potrafi
odgadnąć, co to jest. Ta piekielna atmosfera upewnia ją, że znalazła się
w miejscu, którego szukała. Serce bije jej tak mocno, że w panującej
wokół ciszy ma wrażenie, jakby niemal je słyszała. Robi jeszcze kilka
kroków, gdy nagle w półmroku naprzeciwko dostrzega starszą twarz i niemal podskakuje przestraszona.

To czarownica.

„Czarownica” i zaklęcie

Czarownica wygląda jak kobieta z ludu: jest otyła, ma zaniedbane włosy
przetykane siwizną. Uwagę zwracają jej oczy, czarne i przenikliwe, a przede wszystkim spojrzenie – zdecydowane i pewne.

– Masz wszystko?

Młoda kobieta podaje zawiniątko. Starsza bierze je, a później ściska i przyciąga do siebie ręce dziewczyny.

– Chcesz, żeby umarł?

Jej oczy wpatrują się intensywnie w oczy młodej, która ze strachem
przytakuje.

Starsza została już uprzedzona, że ma za pomocą zaklęcia sprawić, aby
mężczyzna, którego dziewczyna poślubiła z woli rodziców, zszedł z tego
świata. To człowiek brutalny, regularnie bije żonę. Jakiś czas temu
młoda kobieta znalazła pocieszenie w ramionach innego mężczyzny.
Zrodziło się między nimi wielkie uczucie. Teraz zwraca się ku magii, by
znaleźć rozwiązanie…

Czarownica otwiera zawiniątko zawierające włosy i paznokcie męża, które
młoda kobieta zdołała zdobyć w domu. Zaczyna przygotowywać rytuał: musi
ulepić figurkę z ciasta zmieszanego z „fragmentami” mężczyzny, którego
klątwa ma dotknąć.

Żąda zapłaty, oczywiście z góry… Młoda niewiasta wyciąga skórzaną
sakiewkę z pieniędzmi i podaje ją czarownicy. Ta otwiera woreczek i potrząsa nim, aby sprawdzić zawartość. Uśmiecha się, w sakiewce jest
dużo pieniędzy. Odwraca się i ukrywa ją w kołysce podwieszonej na
taśmach pod sufitem. Wewnątrz śpi mała dziewczynka. Czarownica
delikatnie porusza kołyską. Ma 35, może 40 lat, ale jej zniszczone ciało
i niechlujny wygląd sprawiają, że wygląda na znacznie starszą.

W mieszkaniu jest ciemno i brudno. Światło pochodzi głównie z płonącego
paleniska. Wisi nad nim niewielki kociołek z dziwnym naparem, który
gotując się, wydziela ów drażniący zapach, jaki młoda kobieta poczuła
przy wejściu. To jedna z magicznych mikstur, przyrządzanych przez
wiedźmę dla klientek.

Ten rodzaj kociołka, zwany po łacinie caccabus, jest
charakterystycznym naczyniem, używanym przez owe kobiety z ludu – możemy
nazywać je czarownicami – które bądź sporządzają lecznicze eliksiry na
bazie ziół, bądź rzucają uroki i zaklęcia. Wspomina o nim między innymi
Wergiliusz. Taki kociołek przez długi czas pozostawał atrybutem
czarownicy. I rzeczywiście wszystko tu pasuje do powszechnych wyobrażeń:
stereotypowa czarownica to kobieta niemłoda, pozbawiona urody (a ta, u której jesteśmy, jest wręcz zdecydowanie brzydka), niebogata, skromnie
ubrana, mieszkająca biednie, nie w pałacu rzecz jasna, i przyrządzająca
trucizny. Pośród kobiet z ludu we wszystkich epokach (nie tylko w czasach rzymskich) były takie, które trudniły się „czarami” i rzucaniem
klątw, wykorzystując łatwowierność osób prostych, ich słabości, a przede
wszystkim ich cierpienie.

Toteż sakiewki pełne sesterców, drachm, florenów, szylingów czy… euro,
które przez stulecia i tysiąclecia trafiały w ręce „czarownic”, należały
zawsze do dochodów dość podejrzanych i trudnych do wytropienia przez
urzędy. Było tak również w Rzymie w czasach Trajana.

Figurka jest gotowa. Ma męskie rysy twarzy, a nawet genitalia. Na jej
powierzchni, w cieście, które jeszcze całkiem nie wyschło, kobieta żłobi
magiczne formuły. Prawdopodobnie tylko ona potrafi je odcyfrować.
Następnie, po całej serii gestów i zaklęć wypowiedzianych na głos, by
przywołać bóstwa ciemności, umieszcza figurkę głową w dół (w pozycji
magicznej) w cylindrycznym pojemniku z ołowiu, który z kolei wkłada do
dwóch kolejnych, większych.

Obłożona klątwą „matrioszka” zostaje opieczętowana woskiem, a na
zewnętrznych ściankach czarownica wycina nożykiem formuły i symbole
złych mocy. Później, ze spoconą twarzą, unosi pojemnik, drapiąc go
czubkami spiczastych paznokci. Recytuje jeszcze jakieś zaklęcia i wreszcie podaje pojemnik młodej kobiecie.

– Idź – mówi – wiesz, gdzie go złożyć.

Kobieta bierze pojemnik, który ma rozmiar sporej puszki i jest ciężki ze
względu na ołów. Owija go w kawałek tkaniny i wychodzi, nie oglądając
się na czarownicę. Światło na zewnątrz zmieniło się. Co prawda w zaułkach Rzymu promienie słoneczne rzadko docierają do powierzchni
ziemi, ale dziewczyna orientuje się, że słońce przewędrowało już na
drugą stronę dachów. Kto wie, ile czasu spędziła u czarownicy.

Teraz musi się stąd jak najszybciej oddalić.

Źródło Anny Perenny

Następnego dnia młoda kobieta w towarzystwie piastunki opuszcza Rzym pod
pretekstem odwiedzin u krewnej. Podążają via Flaminia. Niemal
natychmiast za miastem, po prawej stronie drogi wznoszą się skały
pokryte żółtymi osadami, całkowicie porośnięte lasem. To wzgórze czy
raczej wypiętrzenie terenu przetrwało do naszych czasów. Dzisiaj
rozciąga się tam jedna z podmiejskich dzielnic Rzymu – Parioli. Jest to
teren gęsto zabudowany, ale z zachowanym skrawkiem lasu, który pozostał
nietknięty w środku miasta jako jedna z licznych zielonych wysp stolicy.
Drzewa, obdarzane przez automobilistów i przechodniów tylko przelotnym
spojrzeniem, wywodzą się bezpośrednio od tych, które tworzyły święty las
w epoce rzymskiej.

Kobiety podążają bitą drogą, odchodzącą w bok od via Flaminia i zagłębiającą się w dolinę, która przecina wzgórze. Dookoła nich rozciąga
się święty las. W tym bardzo pięknym miejscu panuje taki spokój, że
słychać śpiew ptaków. Po chaosie Rzymu różnica szokuje. Wzdłuż zboczy
niewielkiej doliny, pomiędzy drzewami otwierają się groty poświęcone
nimfom. Ten las jest nietykalny, nie wolno w nim zrywać roślin ani
zbierać drewna, jest dla Rzymian niczym świątynia. Ale nawet na terenach
nie tak uświęconych należało uważać, zanim ścięło się drzewo, Rzymianie
wierzyli bowiem, że na przykład pod korą dębów żyją nimfy, hamadriady,
pozostające w ścisłym związku z drzewem. Przed ścięciem go kapłan
powinien odprawić rytuał, który sprawi, że nimfa się oddali.

W centrum doliny – w miejscu, gdzie się ona rozszerza, tworząc płaską
polanę – bije naturalne źródło. Obudowano je prostokątną konstrukcją z cegieł; gromadząca się wewnątrz woda ze źródła Polla spływa do
znajdującego się z tyłu basenu, z którego czerpią ją wierni.

Źródło jest otaczane czcią, ponieważ poświęcono je bóstwu – a nie
kobiecie, jak można by sądzić z jego nazwy – o szczególnym imieniu: Anna
Perenna.

To bogini opiekująca się upływem roku oraz jego ciągłym odradzaniem się.
Nieprzypadkowo jedno z życzeń, jakie składali sobie Rzymianie, zwłaszcza
na Nowy Rok, brzmiało: Annare perennereque commode, czyli mniej
więcej: „Dobrego roku od początku do końca”.

Kiedy przypadał rzymski Nowy Rok? W czasach cesarstwa – 1 stycznia;
natomiast dawniej, w okresie republiki – w słynne idy marcowe, czyli 15
marca. Tysiące Rzymian przybywały wówczas do źródła Anny Perenny, by
świętować. I, według starożytnych, rozgrywały się tam niezwykłe sceny.

Rzymski Nowy Rok: starożytny Woodstock

Wyobraźmy sobie: długa kolumna mężczyzn i kobiet wychodzi z Rzymu i dociera tutaj, by ucztować, śpiewać, bawić się. Wzdłuż via Flaminia
ustawiono stoły, ale niemal wszyscy zasiadają wprost na trawie, jakby
uczestniczyli w olbrzymim pikniku. Śpiewają, tańczą, wreszcie upijają
się (niektóre z toastów są niemożliwe do spełnienia: kielich wina za
każdy rok, który chciałoby się jeszcze przeżyć). Bardzo to wszystko
przypomina nasze obchody Nowego Roku, a może nawet swobodniejsze
imprezy, takie jak… Oktoberfest.

Tylko że tutaj panuje chyba jeszcze większe rozluźnienie obyczajów…

Według Owidiusza święto było bardzo radosne i miało wyraźne podłoże
erotyczne, kobiety z rozpuszczonymi włosami intonowały pieśni o takiej
właśnie wymowie, pito wino i uprawiano seks. Dla wielu młodych ludzi
była to okazja do inicjacji, wiele dziewcząt traciło wówczas dziewictwo.
W atmosferze przypominającej festiwal Woodstock pary kładły się wprost
na trawie lub chroniły się w prowizorycznych szałasach zbudowanych z gałęzi, trzciny i płaszczy. Fragmenty drewna znalezione w głównym
basenie zostały przez niektórych badaczy zinterpretowane właśnie jako
części owych improwizowanych szałasów.

Źródło odkryto przy okazji budowy podziemnego parkingu, a podczas
późniejszych prac badawczych prowadzonych przez profesor Marinę
Piranomonte z rzymskiego Departamentu Nadzoru Archeologicznego
odnaleziono wiele przedmiotów wrzuconych do wody w charakterze ofiary.
Na przykład liczne jajka (symbolizujące płodność i urodzaj) oraz szyszki
(także symbolizujące płodność, ale i czystość). Natrafiono również na
przedmioty, które zadziwiły archeologów, gdyż nie były związane z kultem
Anny Perenny, lecz z rytuałami magicznymi i rzucaniem zaklęć.

Przedmioty magiczne

Podczas wykopalisk odnaleziono przede wszystkim wspaniały caccabus
(„kociołek wiedźmy”) oraz ponad 500 monet, które Rzymianie wrzucali w miejscach ważnych i świętych, podobnie jak
wiele osób robi również dzisiaj. I tak samo jak w naszych czasach, nie
wrzucano monet o dużej wartości. Archeolodzy znaleźli głównie asy –
drobne pieniążki równe jednej czwartej sesterca; ich wartość dzisiaj
odpowiadałaby mniej więcej 50 eurocentom.

Odnaleziono również około 70 lampek oliwnych; a co dziwne: niemal
wszystkie w chwili wyrzucenia były nowe. Po co w różnych epokach
przynoszono aż tutaj, poza Rzym, lampki i wrzucano je do źródła? Zarówno
Owidiusz, jak i Apulejusz opisują magiczne rytuały czasów starożytnych.
Odprawiano je z reguły nocą, toteż kaganki były niezbędne tak
czarownicom, jak i ich klientom. I musiały być nowe. Jest więc
prawdopodobne, że te odnalezione wiązały się z jakimś magicznym rytuałem
lub rzucaniem zaklęć, a nie z kultem Anny Perenny. Co więcej, sześć z nich miało we wnętrzu zaklęcia wyryte na ołowiu.

Interesująca jest kwestia tych zaklęć, klątw czy złorzeczeń
(defixiones). W basenie znaleziono ogółem około 20 takich napisów.
Wykonano je na niewielkich ołowianych blaszkach – „arkusikach”. Ołów
jest ciągliwy i nie podlega korozji, toteż stosowano go chętniej niż
inne materiały. Na niewielkiej, cieniutkiej blaszce ryto magiczne
formuły mające zaszkodzić wskazanej osobie; następnie blaszkę zwijano i wkładano do grobu albo wrzucano do studni, rzeki czy źródła. Wybierano
miejsca pozostające w bezpośredniej łączności z rzekami zaświatów lub z bóstwami ciemności, które miały spełnić klątwę. Jest rzeczą dziwną, a nawet nieco zabawną, że wśród magicznych formuł oraz znaków (rytych dla
osiągnięcia większej skuteczności) umieszczano powtórzone wielokrotnie
imię ofiary lub bardzo szczegółową informację o niej (gdzie mieszka,
czym się zajmuje). Po to, żeby moce ciemności nie pomyliły osób i nie
dotknęły klątwą niewinnego. Trochę jak kontrakt dla płatnego zabójcy.

A kim były ofiary?

Jedno z odnalezionych złorzeczeń ma wyryte imię (Sura) i postać
mężczyzny oraz informację o jego zawodzie (arbiter lub sędzia).
Zleceniodawca zwraca się do bóstw podziemnych, by wyłupiły mu oczy –
najpierw prawe, następnie lewe (!) – ponieważ, jak można przeczytać:
Qui natus est da vulva maledicta…

Rzymskie figurki voodoo

Odkrycie źródła Anny Perenny stało się sławne przede wszystkim dzięki
znalezisku siedmiu (nietkniętych) małych figurek ludzkich, używanych do
rytuałów magicznych przypominających zaklęcia rzucane za pomocą laleczek
voodoo.

Właśnie to robiła czarownica.

Badania laboratoryjne pozwoliły stwierdzić, że figurki ulepiono z ciasta
przygotowanego z mąki i mleka. Tylko jedną zrobiono z wosku. W odpowiednich miejscach zaznaczano oczy, usta oraz narządy męskie lub
kobiece. Co najmniej jedna spośród znalezionych figurek miała celowo
złamane nogi. Chociaż figurki były kruche, to jednak zachowały się,
ponieważ po wrzuceniu do wody spoczęły na dnie basenu, gdzie stopniowo
zagłębiły się w warstwie mułu, który odciął dostęp tlenu i ochronił je w ciągu wieków przed bakteriami i zniszczeniem.

Wszystkie pojemniki, w których znajdowały się figurki, wykonano z ołowiu
i zawsze były trzy, włożone jeden w drugi. Powtarzająca się liczba trzy
miała z pewnością znaczenie magiczne. „Kręgosłup” każdej z figurek
stanowiła kość, na której w co najmniej jednym przypadku wycięto
łacińskie litery. Odpowiada to zaleceniom odnajdywanym na słynnych
greckich papirusach magicznych, opisujących podobne rytuały.

Badając figurki ze źródła Anny Perenny, możemy odkryć ślady jeszcze
innych rytuałów. Jedna z nich ma magiczne znaki wyryte na całym ciele
oraz głęboki otwór w głowie. Nietrudno sobie wyobrazić, co miało się
przydarzyć ofierze.

Najbardziej zdumiewa figurka przedstawiająca postać oplecioną zwojami
wielkiego węża, który kąsa jej twarz. Dla wzmocnienia uścisku węża
ofiarę opasuje jeszcze metalowa blaszka. Jakby tego było mało, drugą
metalową blaszkę z zaklęciami przytwierdzono do figurki – jeden z gwoździ przebijał jej pępek, drugi stopy, co prawdopodobnie miało
znaczenie symboliczne.

Tego typu praktykom musiało oddawać się bardzo wielu Rzymian. Można tak
wnioskować z faktu, że pojemniki wytwarzano seryjnie. Zainteresowani
kupowali je i zanosili do czarownic. Rynek kwitł i generował duży obrót
pieniędzy.

Badając zamknięcie jednego z pojemników, zapieczętowanego żywicą wokół
korka, naukowcy odkryli odciski palców. Obiekt przekazano do policyjnego
laboratorium, gdzie okazało się, że dłoń, która niegdyś zamknęła
pojemnik, była drobna i mogła należeć albo do młodego chłopca, albo
do… kobiety! Mamy niemal potwierdzenie tego, co starożytne źródła
mówią o czarownicach.

Przesyłka dla bóstw piekielnych

Młoda kobieta i jej piastunka zbliżają się do źródła. Rozglądają się
wokół, nie dostrzegają nikogo. Gwałtownym gestem piastunka odwija
tkaninę, chwyta cylindryczny pojemnik i ciska go do źródła. Pojemnik
znika z oczu i po chwili oczekiwania słychać plusk, znak, że uderzył o powierzchnię wody. Kobiety spoglądają na siebie z uśmiechem…

Źródło Anny Perenny jeszcze długo, przynajmniej do III wieku naszej ery,
było ośrodkiem kultu związanego z płodnością, dobrymi życzeniami,
świętowaniem nowego roku. Z czasem stopniowo tradycja ta słabła, aż do
IV–V wieku, coraz bardziej „zainfekowana” przez ponure i związane z zabobonami praktyki rzucania zaklęć za pomocą figurek umieszczanych w pojemnikach. Schyłek owych praktyk nastąpił w wyniku likwidacji źródła w następstwie wydanego przez cesarza Teodozjusza zakazu pogańskich kultów.
Był to już jednak okres powszechnego zmierzchu wartości starożytnego
społeczeństwa rzymskiego, którego koniec miał nadejść niebawem. Po
upływie kilku kolejnych dekad rzeczywiście przestało ono istnieć.

Co nie oznacza, że nawet w czasach, kiedy w tym miejscu świętowano
nadejście nowego roku, wrzucenie do źródła cylindrycznego pojemnika z ołowiu z figurką w środku było niemożliwe. Historia, którą
opowiedziałem, tylko trochę wyprzedza swoje czasy. To, co możliwe, jest
prawdopodobne.

Kobiety oddalają się od źródła. Ich „misja” została pomyślnie wykonana i zakończona. Na dnie głównego basenu, pomiędzy jajkami i szyszkami
spoczywa pojemnik zawierający życzenie śmierci. Mężczyzna, którego owa
klątwa dotyczy, na razie ma się znakomicie i nieświadom niczego udaje
się konno w podróż w interesach.

Ale dla obu kobiet spełnienie się klątwy jest tylko kwestią czasu… Są
o tym przekonane. Tej zaś nocy, korzystając z nieobecności męża, młoda
kobieta znowu spotka się ze swoim ukochanym.

Kolory nocy

W jej oczach odbijają się barwy nocy. Promienie księżyca wpadają przez
kratki w oknach, rysując na podłodze eleganckie, dekoracyjne arabeski.
Są niczym ciemny bluszcz, który wsuwa się do wnętrza pokoju i pnie się
na łóżko, sięgając poduszek i spowijając jej nagie ciało, pieszcząc
piersi i twarz. Blask i cienie zdają się konkurować ze sobą na
powierzchni jej skóry. W oazie światła ukazują się jej pełne usta, na
których rysuje się łagodny uśmiech. W innym skrawku światła pojawiają
się oczy barwy zielonoorzechowej. W dzień przyciągają spojrzenia i budzą
pożądanie, a teraz, w poświacie księżyca, przypominają dwie gwiazdy
lśniące w nieskończoności wszechświata. Tymczasem kobieta zatopiła się w innej nieskończoności, zmysłów.

Pomiędzy jej piersiami pojawia się niespodziewany rozbłysk. To kropla
potu, lśniąc niczym diament, spływa po skórze, towarzysząc ostatnim
drgnieniom miłosnej nocy. Później, kiedy mięśnie się rozluźniają, niczym
żagle puszczone luźno, kropla znika pomiędzy męskimi wargami.

Po długim, czułym uścisku mężczyzna podnosi się i przechodzi przez
niewielki pokój. Przy każdym kroku światło księżyca zdaje się rzeźbić
jego muskuły, ramiona i pośladki. Mężczyzna wychodzi na obszerny taras i opiera dłonie na drewnianej poręczy. Jego pierś rozszerza się jak miech.
Tej upalnej letniej nocy niemal nie ma czym oddychać.

Kilka chwil później słyszy lekkie kroki kobiety, a potem czuje dotyk jej
ciała. Na szczęście na tarasie pałacu stojącego na szczycie Kwirynału
zawsze można wyczuć delikatny powiew. Stoją tak, milczący i objęci,
podziwiając wspaniały widok, jaki mają przed oczami. Przed nimi
rozpościera się jedna z najpiękniejszych panoram, jakie można sobie
wymarzyć: miasto Rzym w kulminacyjnym okresie swej świetności i potęgi.

W tę noc pełni księżyca Wieczne Miasto wydaje się nie mieć granic.
Budowle ciągną się jak okiem sięgnąć i dopiero gdzieś w oddali znikają w ciemności. Dobrze widoczne są budynki stojące bliżej. To podobne do
dzisiejszych bloków ogromne insulae (domy czynszowe) z pobielonymi
ścianami, kryte dachówką. Widać okna z otwartymi z powodu upału
okiennicami, a także zarysy balkonów; niektóre z nich zdobią donice z kwiatami, tak samo jak to jest i obecnie. Można też dostrzec balkony
zamknięte kratkami, podobne do tych widywanych współcześnie w Indiach.
Przypominają nieco szafy przyczepione do ścian budynków.

W głębi pomieszczeń panuje ciemność, ludzie śpią. Ale gdzieniegdzie
blask lampy zdradza, że codzienna aktywność nie zanikła wraz z nastaniem
nocy. Rozproszone na ogromnym obszarze jasne punkty – światła lamp i pochodni – wyglądają niby gwiezdna galaktyka, ukazując zasięg miasta, w którym życie zatrzymuje się nocą.

Uderza cisza. W dzień w rzymskiej metropolii, zamieszkanej przez ponad
milion osób, panuje wszelkiego typu harmider; nocą jest całkiem inaczej.
W niektórych zaułkach i na placykach cisza jest niemal absolutna,
zakłócana tylko szumem wody spływającej z publicznej fontanny,
dochodzącym z oddali szczekaniem psa lub niekiedy wrzawą jakiejś nagłej
bójki.

Noc to oczywiście także czas dostaw towarów do sklepów, warsztatów,
term. Turkot jadących wozów, przekleństwa woźniców spierających się o pierwszeństwo na skrzyżowaniu oraz kupców, którzy nie otrzymali
oczekiwanej dostawy – rozbrzmiewają co jakiś czas pośród cichych ulic i dzielnic.

Jednakże w porównaniu z dniem Rzym w nocy odzyskuje cały swój urok. Taki
sam, jaki odczuwamy dzisiaj, spacerując nocą po jego ulicach.

Ze szczytu Kwirynału – nazwanego tak na pamiątkę znajdującego się tu
niegdyś ołtarza poświęconego staroitalskiemu bóstwu Kwirynowi – można
rozróżnić w blasku księżyca ciemne masywy kilku spośród siedmiu wzgórz,
a także znajomy zarys Koloseum.

Zakochani, z głowami wspartymi o siebie, szepczą miłosne wyznania. Ich
oczy utkwione są w olbrzymim amfiteatrze, którego sylweta odcina się na
tle coraz bardziej jaśniejącego o poranku nieba. Biała masa marmurów,
lampy i pochodnie przymocowane w arkadach przyciągają ich wzrok jak
magnes. Oboje są zatopieni w rozmowie. Nie wiedzą, że niedaleko od nich
– tam, gdzie połyskują światła – coś właśnie powstaje. Coś, dzięki czemu
odbędziemy niezwykłą podróż, docierając i do najwspanialszych, i do
najodleglejszych zakątków Imperium Rzymskiego. Przybiera właśnie swój
ostateczny kształt w przerażającym miejscu, w prawdziwym piekle
znajdującym się niedaleko Koloseum. W mennicy.

Powstaje sesterc

W środku panuje obezwładniający upał. O ile już na zewnątrz wydawało
się, że nie ma czym oddychać, to tutaj mamy wrażenie, że trafiliśmy do
wnętrza pieca. Także z powodu koloru pomieszczenia. Niewyraźne światło
lamp spowija wszystko wokół i cała sala zdaje się być żółtopomarańczowa.
Naszą uwagę zwraca długa ściana i potężne drzwi nabijane ćwiekami. W wielu miejscach tynk odpadł, a po obłupanej powierzchni pełzają nikłe
cienie. Pojawiają się i znikają. Niekiedy wykonują jakiś szalony taniec,
aby za chwilę ponownie zniknąć. Co się dzieje w tym wielkim
pomieszczeniu?

Przechodzimy przez drzwi. Głośne uderzenia przenikają powietrze i wibrują w uszach. Uderzenia są potężne, metaliczne. Naszym oczom ukazuje
się scena iście dantejska: spoceni, półnadzy mężczyźni stoją w regularnych grupkach; unoszą nad głowy ciężkie młoty, aby następnie
opuścić je z hukiem. Tu powstaje sesterc (po łacinie sestertius),
zanim trafi do obiegu w imperium. I nie tylko on; w niektórych okresach
roku wybija się tutaj również monety srebrne (denary) i złote (aureusy),
a także „brązowe” (czyli faktycznie mosiężne lub miedziane) o mniejszej
wartości: dupondiusy, asy i semisy.

W ustalonym przez Augusta sztywnym systemie monetarnym, który stał się
podstawą dla handlu w Imperium Rzymskim, jeden złoty aureus stanowił
równowartość:

– 25 denarów (srebrnych),

– 100 sesterców (mosiężnych),

– 200 dupondiusów (mosiężnych),

– 400 asów (miedzianych),

– 800 semisów (mosiężnych).

Zbliżamy się do grupy mężczyzn. To pracownicy mennicy; wszyscy są
niewolnikami. Należą do tak zwanej familia monetalis. Są ściśle
nadzorowani i pilnowani. W zależności od okresu obrabiają srebro, a nawet złoto. To wymaga nieustającej uwagi ze strony strażników. Po
zakończeniu zmiany niewolnicy są poddawani drobiazgowej rewizji, jeden
po drugim, by zapobiec kradzieżom. Sprawdza się ich sandały, szczegółowo
ogląda włosy i wnętrze ust. Nawet kratownica podłogi służy do tego, by
łatwiej można było zebrać najdrobniejszy okruch, który spadł.

Dzisiaj bite są sesterce i możemy obserwować, w jaki sposób te monety
powstają. Pierwszym krokiem jest wykonanie lasek z odpowiedniego stopu
metali.

W przyległym pomieszczeniu znajduje się niewielka odlewnia, gdzie metal
jest wytapiany w niewyobrażalnej temperaturze. Teraz kowal zdejmuje
tygiel z ognia za pomocą długich szczypiec i wlewa metal do formy z ogniotrwałej gliny. „Brąz” ma postać gęstego, wrzącego płynu, który
znika we wnętrzu formy. Z otworu wydobywa się obłok pary i kowal
przymyka oczy zaczerwienione od pracy, która nie zna odpoczynku. Ma
twarz czerwoną, może nawet bardziej niż włosy. Trzeba zaczekać, aż metal
się schłodzi. Jeden z niewolników otwiera tymczasem inne gliniane formy,
już wystygłe, i wydobywa z nich laski gotowego surowca.

Są one teraz krojone na plastry za pomocą noża, dokładnie tak, jak kroi
się kiełbasę. Z każdego „plasterka” powstanie jeden sesterc. Należy je
teraz nieco ukształtować, by były idealnie okrągłe (toteż gwarowo mówi
się o nich: „krążki”). Na razie jest to moneta w stanie surowym, bez
napisów i figur.

Każdą dokładnie się waży. To bardzo istotny szczegół, ponieważ wartość
monet nie zależy od tego, co przedstawiają, lecz od tego, jaka jest ich
waga i surowiec, z którego zostały wykonane (odnosi się to i do złotych
aureusów, i do srebrnych denarów, i do „brązowych” sesterców…).

Następnie „krążek” zostaje podgrzany i przekazany niewolnikom, którzy
odcisną na nim oblicze cesarza z jednej strony oraz wszystkie napisy i figury z drugiej (to awers i rewers, ma się rozumieć).

Stoimy obok tych ludzi. Są nerwowi i wyczerpani morderczą pracą oraz
ciągłym nadzorem strażników, którzy za każdym razem, gdy któryś z niewolników się pomyli, zachowują się jak prawdziwi oprawcy.

Jeden z robotników zbliża się, trzymając za pomocą szczypiec gorący
„krążek”. Kładzie go na niewielkim okrągłym kowadle. Nie gdziekolwiek,
lecz dokładnie pośrodku – tam, gdzie znajduje się stempel z wizerunkiem
cesarza. Kiedy nastąpi uderzenie, sztanca odciśnie podobiznę imperatora
na awersie powstającej właśnie monety. A jak opracowuje się drugą
stronę? W taki sam sposób. Jeden niewolnik unieruchamia monetę pośrodku
kowadła, drugi przykłada od góry metalowy cylinder z innym stemplem,
tym, który ma się znaleźć na rewersie. W tym momencie wszystko jest
przygotowane do bicia. Trzeci niewolnik unosi potężny młot.

Trzej mężczyźni przez ułamek sekundy spoglądają sobie w oczy. Niewolnik
trzymający młot, olbrzymi rudowłosy Celt, przecina powietrze potężnym
ciosem. Dwaj pozostali zamykają oczy. Zwłaszcza Syryjczyk zaciska je tak
mocno, że niemal znikają wśród zmarszczek twarzy. Afrykanin natomiast
ukazuje bielusieńkie zęby, kontrastujące z kolorem skóry.

Uderzenie jest tak silne, że drży kratownica pod nogami. Na moment
wszyscy się odwracają, nawet stojący najbliżej strażnicy. Tak potężne
uderzenie nie zdarza się często. Syryjczyk czuje brzęczenie w uszach i mrowienie w dłoniach. Ale dziękuje bogom, że olbrzym dobrze wycelował, w przeciwnym razie zmiażdżyłby mu ręce. Afrykanin nic nie mówi. Celt o rudych włosach spogląda z zadowoleniem. Nagle tak zwyczajna w tym
miejscu czynność znalazła się w centrum zainteresowania. Wszyscy
oglądają monetę. Człowiek odpowiadający za jakość, gruby mężczyzna o kędzierzawej brodzie, podnosi sesterca szczypcami. Bada go dokładnie.
Uderzenie było doskonałe. Oblicze cesarza znajduje się idealnie
pośrodku, napisy są czytelne. Widać drobny defekt: z jednej strony
pojawiła się rysa. Nikt nie jest temu winien. Jak się tutaj mówi:
stempel jest zmęczony; posłużył już do wybicia bardzo wielu monet i w końcu zaczął pękać. Mężczyzna po raz ostatni spogląda na monetę i wrzuca
ją do skrzyni, zawierającej nowo wybite pieniądze. Później krzyczy do
trzech niewolników, żeby natychmiast wracali do pracy. A oni
instynktownie rzucają jeszcze spojrzenie na sesterca, który ląduje na
stosie innych, bliźniaczych monet i podejmują swoje czynności. Teraz
uderzenia nie są już tak mocne.

Świeżo odlany „brąz” ma barwę złota. Sesterc z rysą lśni, jakby był
żywy. Na jego powierzchni odbijają się, niby w starym zwierciadle,
postacie niewolników produkujących kolejne monety…

Właśnie ten sesterc poprowadzi nas w podróż po Cesarstwie Rzymskim. I jeszcze dalej. Nikt tutaj, w mennicy, nie zdaje sobie z tego sprawy, że
będzie to podróż wyjątkowa.

LONDYN

WYNALAZKI RZYMIAN

Początek długiej podróży

Żołnierz daje znak. Wielkie białe konie zaczynają ciągnąć grube liny,
które przywiązano do pierścieni przytwierdzonych do solidnych,
drewnianych skrzydeł bramy. Nieużywane od dłuższego czasu zawiasy
najpierw skrzypią, później z ich powierzchni unoszą się kłęby pyłu,
wreszcie słychać przeciągły metaliczny jęk.

Skrzydła bramy rozchylają się powoli, niczym ramiona jeszcze na poły
uśpionego olbrzyma. Za sprawą słońca, które właśnie wschodzi, rzucają
szeroki czarny cień na porośnięte mchem mury fortu. Nieprzyjemnym
skrzypieniom zawiasów wtórują suche rozkazy, typowo wojskowe,
wykrzykiwane po łacinie z wyraźnym germańskim akcentem. W niewielkim
forcie stacjonuje oddział auxiliów, złożony z żołnierzy pochodzących z galijskiego plemienia Tungrów, zromanizowanego od pokoleń, a zamieszkującego tereny położone na północ od Ardenów.

Jeszcze zanim masywne skrzydła zostaną w pełni rozwarte, przez bramę
wypada galopem turma jazdy – oddział 30 jeźdźców. To kurierzy wojskowi.
Do obu boków każdego konia przylegają wielkie juki. Wypełniono je
niedawno wybitymi monetami, które kurierzy mają dostarczyć na najdalej
na północ wysunięte rubieże cesarstwa: do fortów, stolic prowincji,
siedzib namiestników i prokuratorów, do miast ważnych pod względem
ekonomicznym i strategicznym.

Nowo wybite monety zawsze rozsyłano natychmiast do wszystkich zakątków
imperium. W czasach, kiedy nie było ani telewizji, ani radia, ani
telefonów, pełniły rolę nie tylko środka płatniczego, ale także
narzędzia propagandy i informacji. Były „rzecznikiem” cesarza,
wyrazicielem jego ideologicznego programu, świadectwem jego osiągnięć,
realizacji zamierzeń…

Na awersie widniała ujęta z profilu głowa cesarza w wieńcu z liści
laurowych. Trajan jest poważny, zwrócony – jak nakazuje obyczaj – zawsze
w prawo. Przesłanie dla poddanych brzmi uspokajająco: najpotężniejsza
osoba w imperium (jedyna pełniąca swe obowiązki dożywotnio) wierzy w klasyczne wartości, to żołnierz, „syn” senatu, wybrany na następcę przez
cesarza Nerwę, szanujący tradycję i pragnący kontynuacji.

Na rewersie przedstawiano jedno z ówczesnych osiągnięć imperium i jego
władcy. Czasem była to budowla mająca służyć rzymskiemu ludowi (Circus
Maximus, port w Ostii, monumentalny most na Dunaju, akwedukt
dostarczający wodę dla Rzymu, forum w sercu miasta), niekiedy zwycięstwo
odniesione nad zewnętrznym przeciwnikiem – na przykład nad Dacją (krajem
położonym na ziemiach dzisiejszej Rumunii) – ukazanym jako pokonana
postać.

Kiedy indziej na rewersie pojawiała się personifikacja bóstwa
uosabiającego określoną wartość, cnotę lub ideę (jak na przykład
Abundantia – obfitość, Providentia – opatrzność, Concordia – zgoda) dla
podkreślenia, że bogowie sprzyjają cesarzowi.

Informacja o każdym podboju, nowej budowli, nominacji czy triumfie
musiała dotrzeć do wszystkich mieszkańców imperium, na podobieństwo
wiadomości nadawanych dziś w rządowych mediach. I moneta spełniała
właśnie taką funkcję: za jej pośrednictwem najpotężniejszy człowiek w cesarstwie zwracał się do poddanych.

Można sobie wyobrazić, jak ważne było przekazanie odpowiedniej
informacji w przypadku dojścia do władzy nowego cesarza. Już po kilku
godzinach zaczynano bić serie monet z jego obliczem, by rozesłać je do
wszystkich części imperium. Niekiedy poprzestawano na zmodyfikowaniu
monet dopiero co zmarłego władcy – przerabiano jego wizerunek na oblicze
nowego imperatora (taki starożytny Photoshop). Najczęściej jednak do
pracy przystępowali natychmiast najprawdziwsi geniusze rytowania, którzy
w pośpiechu grawerowali wzór monety z profilem nowego cesarza, aby
wszyscy dowiedzieli się, jak wygląda, legitymizując tym jego dojście do
władzy.

Świadomość, jak ważny jest dla polityka jego wizerunek, nie zrodziła się
w naszych czasach. Rzymianie jako jedni z pierwszych zdali sobie sprawę
ze skuteczności jego oddziaływania i szeroko tę wiedzę wykorzystywali.
Nie dysponując telewizją ani prasą, sięgali po wszystkie dostępne
ówcześnie „media”, od monet po posągi, od napisów wyrytych na kamieniach
i budynkach po płaskorzeźby zdobiące pomniki i budowle.

W sytuacji, kiedy nie było potrzeby nagłego działania, monety wykonywano
z zachowaniem wszelkich zasad sztuki, ku wielkiej satysfakcji mennicy,
tak jak w opisanym wypadku bicia sesterca. Następnie to małe arcydzieło,
powielone w setkach tysięcy egzemplarzy, można było rozprowadzać w całym
cesarstwie. Monety, których śladem podążamy, stanowią przykład
oddziaływania „propagandowego”, coś jak rozdawnictwo ulotek.

Ich bliźniaczki przejdą drogę znacznie bardziej tradycyjną. Z rzymskiej
mennicy trafią do skarbca, a następnie będą krążyć przede wszystkim po
stolicy imperium, przechodząc z rąk do rąk na bazarach, w warsztatach, w gospodach. Niektóre z nich wyruszą dalej; trafią na szlaki handlowe i przemieszczając się drogami lądowymi albo statkami morskimi, będą mogły
dotrzeć w dowolne miejsce. Ich wędrówce będzie sprzyjać działalność
kantorów wymiany oraz takich osób jak argentarius, starożytny żywy
odpowiednik naszych banków.

Naturalnie, różne monety podróżowały w różny sposób. Monety srebrne
przemieszczały się szybciej. Były stosunkowo nieduże, ale o znacznej
wartości, toteż idealnie nadawały się do zabrania w podróż. Wystarczyło
wziąć ze sobą niewielką ich liczbę, by mieć całkiem sporą sumkę; nie
zajmowały miejsca ani nie ważyły dużo (trochę jak dzisiejsze banknoty o wartości 50 czy 100 euro).

Złote monety docierały jeszcze dalej, ponieważ złoto było zawsze
poszukiwane i akceptowane na całym świecie. Archeolodzy odnaleźli złote
rzymskie monety nawet w delcie Mekongu (w Wietnamie) i na północy
Afganistanu. Rzymianie nie docierali aż tak daleko, ale docierały ich
pieniądze, przewożone przez miejscowych kupców.

Inaczej wyglądała sytuacja sesterców, używanych przede wszystkim w tym
regionie imperium, gdzie zostały wybite, między innymi ze względu na ich
relatywnie niewielką wartość. Jednakże wiele spośród nich sporo
podróżowało, tak jak ten egzemplarz, którego śladem podążamy.

Turma jazdy, którą widzieliśmy, jest w drodze już od wielu dni.
Przekroczyła Alpy, przecięła Galię, przeprawiła się na łodziach przez
kanał La Manche. Dotarła do Dubris (dzisiejszy Dover) w Brytanii, po
czym spędziła noc w niewielkim forcie w głębi lądu, którego załoga nie
była przyzwyczajona do tego rodzaju wizyt (odgłosy wydawane przez wielką
bramę świadczyły, że otwierano ją z rzadka). Żołnierze za każdym razem,
gdy przyjeżdżają do jakiegoś ważnego miasta lub twierdzy, przekazują,
stosownie do rozkazów, część monet odpowiedniemu urzędnikowi lub
komendantowi. A następnie udają się w dalszą drogę.

Teraz oddział jeźdźców, w rozwianych czerwonych płaszczach, galopuje na
północ. Ich celem jest granica cesarstwa – tam, gdzie nieco później
wzniesiono tak zwany Wał Hadriana. A jeszcze trochę później Rzymianie
przesunęli granicę bardziej na północ i wybudowali drugi szereg umocnień
– Wał Antonina. Ale zanim turma dotrze aż do granicy, czeka ją ważny
etap – Londyn.

Wartownik w forcie, właśnie opuszczonym przez jeźdźców, mruży oczy,
spoglądając za nimi, gdy oddalają się coraz bardziej. Oddział zmienia
się w niewielki barwny obłok sunący po drobnym żwirze.

Kiedy znikają za horyzontem, żołnierz podnosi głowę i obserwuje inne
obłoki, a raczej chmury – te na niebie. Płyną nisko, jakby chciały
ścigać kurierów. Są nabrzmiałe deszczem i nie można się po nich
spodziewać niczego dobrego. Wartownik poprawia hełm i krzywi się. Tu, w Brytanii, pogoda nie zmienia się nigdy – czy to lato, czy zima zawsze
jest deszczowo…

Londyn, rzymski wynalazek

Oddział jechał już kilka godzin, napotykając niewielkie wozy kupców i grupy pieszych. Ich liczba stopniowo się zwiększała, z czego żołnierze
wnioskowali, że miasto nie jest daleko. Z czasem pojawiły się pierwsze
drewniane domy, a właściwie chaty rozsiane tu i ówdzie wzdłuż drogi.
Stały coraz gęściej, aż wreszcie przekształciły się w zwartą zabudowę po
obu stronach drogi. Żołnierze spodziewali się, że ta „aleja” doprowadzi
ich do centrum miasta, być może do forum. Czekała ich jednak
niespodzianka, zatrzymali się więc zaskoczeni. Droga się skończyła, a przed nimi płynęła wielka rzeka. To Tamiza. Londyn znajdował się na
przeciwległym brzegu.

Na początku II wieku naszej ery miasto wygląda zupełnie inaczej niż
obecnie. To właściwie niewielka mieścina. I nie sposób sobie wyobrazić,
co z niej wyrośnie w ciągu następnych dwóch tysiącleci.

Coś jednak upodabnia starożytne Londinium (jak nazywali je Rzymianie) do
współczesnego Londynu – to długi most spinający brzegi Tamizy. W części
środkowej jest podwyższony, dzięki czemu mogą pod nim przepływać statki.
Prawdziwy przodek London Bridge. I znajduje się też niemal w tym samym
miejscu; przed kilku laty potwierdzili to angielscy archeolodzy. Ale nie
jest stalowy czy żelbetowy, jak mosty budowane w ostatnich wiekach, lecz
drewniany. Teraz pokonuje go grupa 30 jeźdźców.

Stukot końskich kopyt na nawierzchni rozbrzmiewa niby odgłos olbrzymiego
bębna, przyciągając uwagę rybaków na brzegu i marynarzy w zacumowanych
statkach. Wielu zatrzymuje się, by podziwiać czerwone płaszcze żołnierzy
przejeżdżających przez most. Jeźdźcy także są zaskoczeni. Żaden z nich
nigdy tu nie był, toteż z ciekawością przyglądają się miastu.

Zaraz dotrzemy do tego brzegu, na którym w przyszłości wyrośnie City,
ale mamy wrażenie, jakbyśmy znaleźli się na innym kontynencie. Nie widać
wielkich budynków, a jedynie małe drewniane domki. Wieżowce, które staną
tu w czasach najnowszych, to jeszcze bardzo odległa przyszłość… A teren, gdzie kiedyś zostaną wzniesione budowle stanowiące symbole
miasta, takie jak Buckingham Palace, Pałac Westminsterski z Big Benem
czy rezydencja angielskiego premiera przy Downing Street pod numerem 10,
jest teraz szczerym polem poprzecinanym strumieniami. Podobnie wyglądają
i inne miejsca będące dziś celem turystów: Trafalgar Square, Piccadilly
Circus czy Regent Street…

Londyn – starożytne Londinium – to faktycznie „wynalazek” rzymski. Przed
przybyciem legionów rozciągały się tu obszary wiejskie, a z Tamizy
wyłaniały się niewielkie piaszczyste łachy. Nie można wykluczyć, że
istniały jakieś niewielkie osady, jakie widuje się czasami nad brzegami
wielkich rzek. Ale jedno jest pewne – to Rzymianie zdecydowali się
założyć tu miasto. Dlaczego?

Spoglądając ze środka mostu, można zrozumieć powód zasadniczy: Tamiza
zwęża się w tym miejscu (co ułatwiło budowę mostu), ale nadal pozostaje
na tyle głęboka, że morskie statki z towarami mogą dopłynąć aż tak
daleko w głąb lądu i dobić do brzegu rzeki. Miasto ma długie molo, do
którego cumują liczne statki transportowe, duże i małe, także płynące
pod żaglami.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

TYTUŁ ORYGINAŁU: Impero. Viaggio nell’Impero di Roma seguendo una moneta

© 2010 Rai Radiotelevisione Italiana, Roma

© 2010 Arnoldo Mondadori Editore S.p.A., Milano

© 2017 Mondadori Libri S.p.A., Milano

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Katarzyna Konior / www.bluemango.pl

NA OKŁADCE: sesterc cesarza Trajana (fot. Granger Collection / Agencja BE&W); wykorzystano też fragment mapy świata starożytnego z Cosmographia Claudii Ptolemaei Alexandrini… (rękopis iluminowany, przed 1467; Biblioteka Ordynacji Zamojskich, Cyfrowa Biblioteka Narodowa Polona)

ILUSTRACJE: Luca Tarlazzi (www.lucatarlazzi.com)

REDAKTOR: Mariusz Zwoliński

Wydanie I elektroniczne

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela jest zabronione.

Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”
ul. Wiejska 12a, 00-490 Warszawawww.czytelnik.pl

© Illustrations by Luca Tarlazzi, 2019

© Copyright for the Polish translation by Tamara Łozińska, 2019

© Copyright for the Polish edition by Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, Warszawa 2019

ISBN 978-83-07-03467-6