Strona główna » Sensacja, thriller, horror » Instytut młodych naukowców

Instytut młodych naukowców

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7508-915-8

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Instytut młodych naukowców

"Boston, 1868 rok. Wojna secesyjna dobiegła końca, ale narasta nowy konflikt pomiędzy przeszłością i teraźniejszością, tradycją i technologią. Na miejscu bagnistych pól Massachusetts powstaje słynny Instytut Technologiczny. Pewnego dnia przyrządy statków w bostońskim porcie w niewytłumaczalny sposób wymykają się spod kontroli. Niespodziewany kataklizm wprowadza chaos. Niedługo potem kolejna tajemnicza katastrofa niszczy centrum miasta. Czy to sabotaż naukowców, czy sprzeciw natury wobec ludzi, którzy chcą ją kontrolować? Katastrofy rzucają cień na Instytut Technologiczny w Massachusetts. Oskarżenia padają ze wszystkich stron: konkurencyjnego instytutu w Harvardzie, związków zawodowych i żądnej sensacji prasy. Przyszłość instytutu staje pod znakiem zapytania. Grupa najzdolniejszych studentów zrzesza się potajemnie, by ocalić niewinnych ludzi i odkryć prawdę. Na jej czele stają: nieustraszony młody arystokrata Robert Richards, geniusz Edwin Hoyt i inteligentna studentka pierwszego roku, jedyna dziewczyna w instytucie, Ellen Swallow. Ich bronią jest spryt i wiedza…"

Polecane książki

Matka i córka. Dwa różne światy. Cecylia nie potrafi sprostać oczekiwaniom rodzicielki. Ucieka od życia, zamykając się w wyimaginowanej rzeczywistości. Czy przyjaźń, która – zdaniem matki – nigdy nie powinna się zdarzyć, pozwoli okiełznać lęki?Najnowsza książka Ewy Bauer to niezwykła opowieść o tym,...
Przewodnik pokazuje: - jak interpretować kwestie bezpieczeństwa systemów informacyjnych, od ryzyka począwszy, - jakimi standardami (normami) i metodami się posługiwać, - do jakich wzorców dobrych praktyk sięgać, - jakie ośrodki doskonalące te praktyki obserwować, - z jakim środowiskiem ...
Demon Maxwella jest jednym z najciekawszych eksperymentów myślowych w historii fizyki, o niemal półtorawiecznej historii.   Polega on na wyobrażeniu sobie czynnika (mechanizmu lub istoty inteligentnej) działającego na poziomie molekularnym i zdolnego do sortowania molekuł gazu z...
Opowieść o zakazanej miłości i rodzinnych tajemnicach bestsellerowej autorki "Domu na szczycie klifu" Pełna sekretów posiadłość, która skrywa mroczne rodzinne tajemnice. Dwie historie, które dzieli sześćdziesiąt lat. Dwie kobiety, których losy są splecione na zawsze. Imponującą rezydencję Lillian i ...
Język angielski Poziom B2 – C1 Komunikacja, a zwłaszcza korespondencja nie tylko w świecie biznesu, zmieniła się w ostatnich latach diametralnie. SMS-y, e-maile, komunikatory, profile społecznościowe - Facebook, Google+, Twitter czy globalne sieci kontaktów typu LinkedIn to współczesne metody komuni...
„Brunatne sekrety” Dariusza Krzywdzińskiego to połączenie tajemniczej i mrocznej zagadki z przeszłości oraz współczesnej gonitwy za czarnymi charakterami. Główny bohater powieści Andrzej Nowak jest dziennikarzem śledczym, który tropi afery i nie boi się zaglądać w najciemniejsze zakamarki. Na potrz...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Matthew Pearl

Mojemu synowi

Księga pierwsza

BUDOWNICTWO LĄDOWE I TOPOGRAFIA

14 KWIETNIA 1868ROKU

Dumne kształty żaglowca majaczące w porannej mgle sprawiały, że „Światłość Wschodu” mogła uchodzić za najszczęśliwszy
statek, jaki kiedykolwiek wpłynął do Zatoki Bostońskiej. Żeglarze
o zarośniętych ogorzałych twarzach i skórze schodzącej od słońca
rozgniatali w dłoniach lub pod podeszwą ostatnie racje orzechów,
nucąc starą pieśń o dziewczynie, która została na brzegu.
Dzielnie stawili czoła przeciwnościom, przetrwali gwałtowne marcowe
wiatry, wzburzone morza i niebezpieczne porty, wykonali pracę
nad siły, a teraz czekała ich sowita zapłata. Niebawem mieli zejść
na ląd i oddać się rozlicznym uciechom miasta.

Sternik dzierżył ster pewną ręką, nie spuszczając wzroku
z instrumentów, czekając, aż mgła rozproszy się na tyle, aby ich sygnał
został dostrzeżony z łodzi pilota. Chociaż Zatoka Bostońska miała
powierzchnię siedemdziesięciu pięciu mil kwadratowych, względy
obronne sprawiły, że jej tory wodne były tak wąskie, iż dwa duże
statki nie mogły się bezpiecznie minąć bez pomocy pilota.

Pan Beal, surowy kapitan „Światłości Wschodu”, przechadzał
się po pokładzie wyraźnie rad, co dodatkowo zwiększało
podniecenie załogi. Beal widział oczyma duszy, jak łódź pilota przebija
się przez mgłę, zmierzając im na spotkanie. Wyobrażał sobie, jak
pilot, ubrany niczym przedsiębiorca pogrzebowy, salutuje niedbale
i choć raz uwalnia Beala od ciężaru obowiązków. Chwilę później
ich oczom ukażą się doki i nabrzeża, i wielkie magazyny z granitu
nigdy dość duże, aby pomieścić zagraniczny ładunek sprowadzony
przez kupców, a za nimi lśniącą na horyzoncie złotą kopułę
siedziby legislatury – błyszczącą czaszkę najpiękniejszego miasta świata.

W ciągu ostatnich lat, gdy z wojny z secesjonistami wróciło tylu
ludzi, nawet najskromniejszy z bostońskich kupców stał się
przedsiębiorcą nękanym nadmiarem rąk do pracy. Miasto pyszniło się
swoją historią sięgającą czasów, gdy było małą uroczą osadą, ale
Beal był dość stary, żeby wiedzieć, jak sztuczny i powierzchowny
był jego współczesny obraz. Wyrównano wzgórza, które kiedyś
opadały ku zatoce, a ich pozostałości wykorzystano do
zasypania przesmyków i zatoczek, użyto jako fundamentu ulic, nowych
dzielnic i nabrzeży jak to, do którego za chwilę zacumują. Pamiętał
czasy, kiedy ogród publiczny był bagnistą równiną wyznaczającą
naturalną granicę Bostonu.

Z oddali doleciał ich ryk syreny z komina niewidocznego statku
płynącego swoim kursem lub, jak oni, zmierzającego do kresu
podróży. Beal poczuł głębokie duchowe pokrewieństwo ze
wszystkimi nieznanymi żeglarzami. Spojrzał na sierp księżyca i pomyślał,
że niebawem nawet w tej paskudnej mgle będzie dość światła, aby
wyznaczyć kurs. Przyjemne rozmyślania przerwało jasne światło
rozbłyskujące tuż nad powierzchnią wody. Kiedy kapitan
pochylił się naprzód, porwana przez prąd szalupa wyłoniła się z mgły
i przepłynęła na prawo od ich dziobu.

Obserwator krzyknął ostrzegawczo, a Beal chwycił tubę i wydał
polecenie zmiany kursu. W górę poszybował kobiecy krzyk.
Szkuner wykonał raptowny zwrot, aby uniknąć zderzenia z małą łodzią,
ale było już za późno. Pasażerowie szalupy skoczyli do wody, aby
ratować życie, a łupina została rozerwana na kawałki przez dziób
„Światłości Wschodu”. Krzycząca kobieta trzymała małe dziecko
nad falami. Ku zaskoczeniu kapitana zza gęstej zasłony mgły
wyłoniła się inna przeszkoda, tym razem po sterburcie szkunera –
wycieczkowy parowiec z banderami sygnalizującymi
niebezpieczeństwo i kadłubem nabierającym wody.

– Oczyścić dolny pokład! – krzyknął Beal.

„Światłość Wschodu” nie miała żadnego pola manewru. Bok
jej kadłuba otarł się, a później wgryzł w bok zbłąkanego parowca,
taranując przedni pokład. Rury pękły, a rozgrzana para
wystrzeliła w ciężkie powietrze, gdy pękła ładownia szkunera. Teraz i oni
zaczęli szybko nabierać wody.

Na pokładzie obu statków zapanował chaos. Beal krzyknął, aby
wyrzucić ładunek za burtę, a później powtórzył komendę ostrym
tonem, gdy jego ludzie się zawahali. Wiedzieli, że jeśli tego nie
uczynią, stracą nie tylko zarobek i statek, ale także życie.

– Kapitanie! Tam!

Zdumiony Beal spojrzał znad relingu, gdy powiew wiatru
rozproszył mgłę. W oddali zamajaczyło nabrzeże, ale stało się jasne,
że zbliżają się doń pod niewłaściwym kątem, płynąc
równolegle, zamiast obrać prostopadły kurs. Kapitan rozłożył lunetę, nie
dowierzając własnym oczom. Barkentyna pod brytyjską
banderą uderzyła w koniec jednego z nabrzeży i stanęła w ogniu. Inny
szkuner o nazwie „Gladiator” dryfował wzdłuż nabrzeża, a jego
załoga rozpaczliwie próbowała go przycumować. Kiedy patrzył,
płomienie przeniosły się na żagle „Gladiatora”, które chwilę
później zajęły się ogniem.

Podczas paru chwil dobrej widoczności na obszarze niegdyś
spokojnej zatoki ujrzał kilkanaście statków znajdujących się
w zagrożeniu, rozbrzmiewających przenikliwymi gwizdami, biciem
dzwonów, rykiem syren mgłowych i innych rozpaczliwych
sygnałów.

Beal potknął się i poślizgnął, pędząc jak oszalały do
instrumentów nawigacyjnych. Igła kompasu sterowego pod szklaną
pokrywą obracała się gwałtownie jakby dręczona wyrzutami, a igła jego
kieszonkowego kompasu obróciła się o sto osiemdziesiąt stopni
tak, że północ znalazła się w miejscu południa. Przez całe swoje
marynarskie życie nawigował, korzystając z instrumentów
wyregulowanych zgodnie z wiedzą dziewiętnastu wieków i wiedział, że
nie było mowy, aby wszystkie jednocześnie zawiodły.

Parowiec wycieczkowy, w który nagle uderzyli, z głośnym
łoskotem przechylił się na dziób. Kilka sekund później znalazł się
pod wodą. W miejscu, gdzie się przed chwilą znajdował, powstał
wir, wsysając nieszczęśników, którzy pływali w wodzie,
a następnie wyrzucając ich wysoko w powietrze.

– Do szalup! – ryknął swojej oszołomionej załodze Beal. –
Znajdźcie ocalałych i odpłyńcie tak daleko jak się da!

2NA RZECE CHARLES

Zanurzył się w wodzie. Fale obmywały jego nagie ciało, a silne ramiona poruszały się harmonijnie w rytm nurtu. Chociaż
pierwszy tydzień kwietnia zapowiadał upały, woda była nadal lodowata.
Dobrowolnie znosił chłodny dreszcz ogarniający ciało, bo
rekompensowała go radość pływania. Był sam, ale nie czuł się samotny.
Był wolny od wszelkich ograniczeń i władzy. Mógł unosić się na
wodzie, wierzgać nogami, wykonywać koziołki – hałasować
z całych sił – ale woda sprawiała, że nic nie znaczył.

Spędził dzieciństwo w portowym mieście, więc nasłuchał się
opowieści o „zaginionych na morzu”. Teraz to określenie
wydawało mu się najdziwniejszym paradoksem, bo tak długo, jak
długo przebywał w wodzie, nie mógł być zaginiony. Mógł się w niej
pławić, zażywać kąpieli, nurkować, a ona otaczała go zewsząd
i osłaniała, w Bostonie i w domu. Nie żeby tęsknił za domem, jak
niektórzy studenci Instytutu, którzy przyjechali na uczelnię
spoza miasta. Codziennie pokonywał sześćdziesiąt kilometrów
pociągiem z Newburyport i do niego wracał, aby ograniczyć koszty,
choć zajmowało to ponad godzinę w każdą stronę.

Matka i ojczym uważali Instytut za osobliwą przeszkodę, za
rezygnację z dobrej posady w fabryce i pozbawienie pomocy w domu. Jego
ojczym, James, był wiecznie niezadowolony, bo nie dosłyszał na lewe
ucho, co czyniło zeń obiekt drwin lokalnej społeczności i przyjaciół.
Pracował jako nocny strażnik u jubilera, woląc samotność
i pozbawiony przygód charakter tej pracy. Sądził, że ludzie źle o nim mówią
za plecami, bo nie może ich usłyszeć, zaś to prowadziło do
kolejnego wniosku, że z natury hałaśliwe miejskie życie to istna kakofonia
oszustwa. Jego matka była pobożną niewiastą z gatunku dawnych
purytanów upatrujących zagrożeń w miejskim życiu i nie
dostrzegała niczego wartościowego w tym, że jej syn studiuje w Bostonie.

Nawet teraz, kiedy był na ostatnim roku i do dyplomu pozostały
mu marne dwa i pół miesiąca, nie zaakceptowali, że on – ze
wszystkich ludzi akurat on, Marcus Mansfield – był studentem college’u.

***

Marcus zanurzył głowę w lodowatej wodzie, czując mrowienie uszu
i badając rzekę – spokojną, pełną przebaczenia aleję
przebiegającą między Bostonem i Cambridge – opasaną z lekka pochyłą
murawą dostarczającą cienia pływakom i wioślarzom w upalne dni
lata, które miały niebawem nadejść. Niewidoczne w gęstej mgle
unoszącej się nad brzegiem, polami i mokradłami, czaiło się
zatłoczone miasto z cegły i żelaza, miasto sklepione złotem, pchające
Marcusa naprzód z potężną siłą gigantycznego silnika.

Na płytkim zakolu Marcus wziął kolejny głęboki oddech
i zanurkował, zamykając oczy i rozkoszując się nurem. Poniżej,
w błotnistym łożysku rzeki tkwiły jakieś szczątki i kawałki drewna.
Ocierając się o obce przedmioty, usłyszał wołający go głos, daleki, jakby
dochodzący z nieba.

– Mansfieldzie! Mansfieldzie! Jesteś nam potrzebny!

Marcus wynurzył się na powierzchnię i uchwycił burty łodzi.

– Tu jesteś, Mansfieldzie! Spóźniłeś się!

– Skąd wiedzieliście, że pływam?

– Skąd wiedzieliśmy? Ha! Bo ujrzeliśmy ubranie na brzegu!
Któż inny odważyłby się zanurkować w tym lodowatym Styksie!

Wysoki blondyn za wiosłem pomachał pękiem ubrań nad
głową Marcusa.

– Szczerze mówiąc, to Eddy rozpoznał twoje rzeczy.

– Witaj, Marcusie – odezwał się drugi, mniejszy wioślarz
z charakterystycznym szerokim uśmiechem.

– Eddy i ja byliśmy już gotowi – ciągnął dalej Bob. –
Wypłynęliśmy więc, żeby cię odnaleźć.

– Przybyliście za wcześnie – rzucił Marcus, płynąc do brzegu.
– Przyszliście, zanim zdążyłem się spóźnić.

– Ha! Zgoda! Ubieraj się, potrzebujemy trzeciego do wiosła!

Otrząsnął się do sucha na brzegu, a później założył swoje szare
spodnie i przewiewną koszulę. Dwaj towarzysze, którzy pomogli
mu wsiąść do łodzi, stanowili swoje przeciwieństwo. Bob był
kwintesencją mieszkańca Nowej Anglii, o czystej skórze i grzywie
uroczych loków, stojący beztrosko na krawędzi łodzi. Z kolei Edwin
Hoyt, drobny i kruchy, balansował swoim niewielkim ciężarem,
pochylony w drugą stronę, przewidując tragiczne zatonięcie.

Chociaż Marcus dobrze znał wodę i łodzie, nie dorósł do tego,
żeby oddawać się tak niepraktycznemu zajęciu jak wiosłowanie dla
przyjemności, ze wszystkimi arbitralnymi zasadami i sloganami,
które były z tym związane. Pewnego ranka, kilka tygodni temu,
Bob oznajmił Marcusowi i Edwinowi, którzy studiowali razem
z nim na ostatnim roku Instytutu Technologii, gdy wysforował
się do przodu w drodze na wykład:

– Nadszedł wielki dzień, koledzy!

– Jaki dzień?

– Nadeszła wiosna, Mansfieldzie, a ponieważ jest to nasza
ostatnia wiosna w college’u, spełnię obietnicę i zabiorę was na łódkę.
Dodam, że w wieku dziewięciu lat nie potrafiłem odróżnić
jednego końca wiosła od drugiego. Byłem chuchrem, najmniejszym
z Richardsów! – Powiedział to, żeby podkreślić, jakim wspaniałym
gościem stał się dwudziestodwuletni Bob. Marcus nie
przypominał sobie, żeby Richards obiecał, że nauczy ich wiosłować, ale
pominął to milczeniem, widząc entuzjazm kolegi.

Ku swojemu zaskoczeniu Marcus odkrył, że wiosłowanie nie
jest taką stratą czasu, jak sądził. Wyprawa odwróciła jego myśli
od obaw o nadchodzącą dużymi krokami przyszłość po
ukończeniu Instytutu. Wiosłowanie okazało się jednocześnie
uspokajające i ekscytujące, gdy łódź sunęła po powierzchni wody jak żywa.
Próbowali skrzyknąć więcej ochotników spośród kolegów z roku,
ale kilku chętnych nigdy nie znalazło na to czasu.

Kiedy ich mała łupina płynęła nieprzerwanie naprzód, Bob
zaśmiał się do siebie.

– Pomyślałem o moich braciach! – wyjaśnił. – Ostrzegali mnie
przed wężem morskim imieniem Charles. Potwór mierzył sto stóp
długości, miał garby niczym wielbłąd, a jego głos przypominał
ryk osła połączony z trąbieniem słonia. Sami wiecie, jak bardzo
zajmuje mnie badanie wszystkich zjawisk przyrody. No cóż, trzy
miesiące szukałem starego poczciwego Charleya, aż uznałem, że
woda nie zdołałaby mu zapewnić odpowiedniej diety.

– Skąd wiedziałeś, czym się żywi wąż morski? – spytał
poważnie Edwin.

– Słuchaj, Bob. Czy byłbyś łaskaw wiosłować nieco bardziej na
wschód? – zaproponował Marcus.

– Dokąd płyniemy?

– Nie byłem w zatoce od czasu… – Marcus nie dokończył zdania.

– Lepiej nie, Marcusie – odparł szybko Edwin. – Widziałem ją
dziś rano, kiedy to wszystko się skończyło. Całą zatokę spowijał
dym. Czułem się tak, jakbym oglądał zły znak.

– Chcesz ujrzeć obraz zniszczenia?

– Mówiąc szczerze, Bob, miałem nadzieję się czegoś nauczyć,
obserwując, jak przystępują do napraw – poprawił go Marcus. –
W łożysku rzeki jest trochę szczątków, które musiały napłynąć
wraz z prądem. – Przerwał, widząc, że twarz Boba się wydłużyła,
kiedy spojrzał na wodę za nimi. – Co tam jest?

– Takie już mam szczęście! – odparł Bob. – Szybciej, koledzy!
Naprzód! Mocniej, Mansfieldzie! Szybciej! Wiosłuj jak należy,
Hoyt! Droga wolna, naprzód!

Licząca czterdzieści dziewięć stóp łódź wystrzeliła jak
błyskawica spomiędzy drzew osłaniających wąski kanał. Sześć
połyskujących wioseł pruło toń rzeki zsynchronizowanymi ruchami,
zostawiając za sobą białą smugę. Wioślarze byli obnażeni od pasa
w górę, mieli głowy obwiązane szkarłatnymi chustami, a ich
pracujące muskuły lśniły w coraz silniejszym słońcu. Kiedy Marcus
na nich spojrzał, pomyślał, że wyglądają jak zręczni piraci.
Wiedział, że nie zdołają im umknąć.

– Co za jedni? – zdziwił się.

– To Blaikie – wyjaśnił Bob, gdy wszyscy trzej wiosłowali
z całych sił. – Mówią, że jego szóstka jest najlepsza na Harvardzie.
Will Blaikie… facet siedzi na rufie. Wołałbym spojrzeć
w paszczę węża…

– Blaikie był… w Exeter… z Bobem i ze mną – wysapał
między kolejnymi pociągnięciami Edwin.

Druga łódź zbliżała się z ogromną prędkością i była zaledwie
jedną długość za nimi.

– Plymouth! – huknął ostatni wioślarz o zapadniętych
policzkach. Łódź znalazła się na ich wysokości, a następnie
zwolniła i zaczęła płynąć obok. – To ty, Plymouth?! – krzyknął Blaikie,
uśmiechnięty wioślarz siedzący z tyłu łodzi. Nawet teraz
spoglądał nań z wyższością studenta ostatniego roku Harvardu. – Nie
widziałem cię całe wieki! Chyba nie skompletowałeś osady trójki?

– Wypożyczyliśmy łódź z klubu żeglarskiego – odrzekł Bob,
dając znak swoim towarzyszom, żeby przestali wiosłować. Marcus
nie przypominał sobie, żeby widział go tak sflaczałego.

– Chyba nie studiujesz w tym niewyklutym college’u,
Plymouth? – spytał Blaikie.

– Jesteśmy na ostatnim roku, jak ty.

– Tant pis pour vous[1] – wtrącił się jeden z chłoptasiów
z Harvardu, wzbudzając rechot pozostałych.

– Obawiam się, że ucywilizowanie twoich kolegów
i uczynienie z nich szanowanych dżentelmenów zajmie więcej czasu niż
nauczenie ich wiosłowania – ciągnął radośnie Blaikie. – Nauka
nie zastąpi kultury, marynarzu. Nie daje mi spokoju, Plymouth,
kim wolałbym być: rufowym wioślarzem z Harvardu,
przewodniczącym Christian Brethren czy najlepszym studentem w klasie.
Teraz wiem, co to znaczy zostać każdym z nich. – Jeden
z towarzyszy przypomniał mu, żeby wspomniał o tytule
przewodniczącego jednego z najlepszych bractw. – Racja, Smithy! Ale z obcymi
lepiej nie gadać o bractwach!

– Zajmujemy się znacznie ważniejszymi sprawami… których
nie zdołałbyś pojąć, Blaikie.

– Ilu was tam jest w Instytucie Technologii?

– Piętnastu z rocznika sześćdziesiątego ósmego i około
trzydziestu pięciu na trzech młodszych latach. Spodziewamy się
znacznie więcej zgłoszeń w następnej turze – wyrzucił z siebie jednym
tchem Bob.

– Pięćdziesięciu studentów. Pięćdziesięciu słuchaczy, i to ma
być college?! Cóż za tupet!

– Możesz sobie kpić ile wlezie. Kiedy chwalebnego
piętnastego czerwca ukończymy studia, będziesz mógł śledzić nasze losy
w gazetach, w rubryce poświęconej ludziom przecierającym nowe
szlaki.

Marcus był poruszony, widząc, jak Bob identyfikuje się ze swoją
klasą zamiast z kumplami, wśród których dorastał w przytulnych
salonach dzielnicy Beacon Hill.

– Jeśli zdacie – odparł Blaikie.

– Co to znaczy „jeśli”, Blaikie? – zapytał Edwin.

– Trzymaj język za zębami, siwku. Miałeś okazję, żeby się
z nami zmierzyć.

Edwin zgarbił się w łodzi, a jego dłoń odruchowo dotknęła
jasnego pasemka włosów.

– Sam trzymaj język za zębami, przyjacielu – wtrącił się Marcus.

– On mówi do mnie? – Blaikie odwrócił się do kolegów,
a później spojrzał na Marcusa, jakby zauważył go dopiero teraz. Kiedy
ich oczy się spotkały, barki Blaikiego się napięły i lekko się
cofnął. Marcus wywierał taki wpływ na ludzi. Jego muskularny tułów
był kształtny i silny. Gęste kasztanowe włosy i staromodne wąsy
w kształcie półksiężyca podkreślały intensywną barwę jego
zielonych oczu. Co ważniejsze, otaczała go aura pewności siebie
inżyniera, która wywoływała wrażenie, że panuje nad każdą sytuacją.

– Coś za jeden? – spytał Blaikie.

– Nazywam się Marcus Mansfield.

– Marcus… Mansfield… – powtórzył w zadumie Blaikie
i wzruszył ramionami. Spojrzał na swoich, którzy odpowiedzieli
wzruszeniem ramion. – Przepraszam, ale cię rozczaruję. Nigdy o tobie
nie słyszałem. Cóż, moi chłopcy muszą jeszcze trochę
powiosłować, Plymouth. Niektóre osady szóstek obawiały się wyciągnąć
łódź z powodu tego, co zaszło ostatniej nocy na zatoce. Mówią,
że wybuchł pożar. Zderzyło się dziesięć lub piętnaście statków.
Wszystkie stanęły w ogniu i utonęły. Do licha, wyobrażacie sobie,
co pomyśleli ci przesądni głupcy? Idę o zakład, że zaczęli
rozprawiać o czarnej magii.

– Całe miasto pogrążyło się w panice, fabryki stanęły, aby
zapobiec stratom. Nigdy nie słyszałem, żeby tyle statków wpadło na
siebie jednocześnie… pewnie za dużo wpłynęło we mgle do zatoki
– zaczął spekulować Edwin.

– Za wiele?! – powiedział Bob. – W naszej zatoce jest ponad
dwieście nabrzeży i doków. Gdyby je ze sobą połączyć, miałyby
długość ponad ośmiu kilometrów, Eddy. Nawet przy znacznie
gorszej mgle moglibyśmy przyjąć…

– Kogo to obchodzi! – przerwał mu kapitan osady
z Harvardu. – To nie moja sprawa! Nie pozwolę, żeby powstrzymało nas to
przed trenowaniem, jeśli mamy rozgromić osadę Oxfordu, jak tych
z Yale. Przybij piątkę, Plymouth. Z Bogiem, koledzy z Technologii.

– Z Bogiem, koledzy z Harvardu – odrzekł Bob, wyciągając rękę.

Na znak Blaikiego jego ludzie uderzyli dziobem w bok łódki
chłopaków z Tech. Marcus chwycił się burty, żeby ustabilizować
łódkę, ale Bob poleciał głową naprzód i z pluskiem wpadł do lodowatej
wody. Edwin, który starał się go uratować, wypadł za nim za burtę.

– Za chłodno na kąpiel, Plymouth! – krzyknął Blaikie,
wybuchając śmiechem ze swoimi karmazynowymi piratami.

Marcus chwycił wiosło niczym kij, gotów bronić łodzi przed
kolejnym sponiewieraniem. Blaikie posłał mu zaczepne
spojrzenie, prowokując do uderzenia.

Po chwili Marcus się rozluźnił i zapanował nad emocjami.

– Mądry z ciebie gość – powiedział Blaikie, kiwając głową
z aprobatą. – Bycie dżentelmenem nie jest takie fajne, jak mogłoby
się wydawać, prawda, marynarzu? – Później odwrócił się do
swoich i zakomenderował: – Trzykrotne hip, hip, hurra i „tygrys” dla
rocznika sześćdziesiątego ósmego z Harvardu! Niech żyje
sześćdziesiąty ósmy! – Po trzykrotnym hurra ciszę idealnym unisono
rozdarł gardłowy ryk, a później osada Harvardu skręciła
w boczne zakole rzeki majaczące w oddali.

– Bob miał rację! Pokażemy tym palantom! Będziemy
prawdziwymi pionierami! – krzyknął Edwin, wytrząsając wodę z ucha.

– Chrzanię, co powiedziałem, Eddy! – zawołał Bob, otrząsając
włosy i płynąc do łodzi. – Dalej, Mansfieldzie, przestań się gapić
i wyłów nas z wody!

[1] Franc. „macie pecha”.

3BOSTOŃSKA POLICJA

W sobotę sierżant Lemuel Carlton z bostońskiej policji
przechadzał się uszkodzonymi nabrzeżami i dokami. Mgła się podniosła,
ale niebo nadal było pochmurne, zaś powietrze bardziej zimne niż
zwykle o tej porze roku. Na szczęście mieli wreszcie przerwę od
deszczu, który doskwierał im w ostatni paskudny marcowy tydzień.

– Podejdźcie no tu! – krzyknął do policjanta patrolującego
ulice, który go zaskoczył. – Nareszcie wróciliście! Co powiedział
kapitan „Gladiatora”?

– Przesłuchujemy go, proszę pana.

– Wolę mówić o tym, co zaszło w czasie przeszłym – zauważył
z niesmakiem Carlton.

– Zeznał, że… powiedział to samo co inni, proszę pana!
Niemal słowo w słowo!

– Że co? Że nie był pijany w czub… może tylko trochę
wstawiony. Facet wstydzi się przyznać policji, że jest opojem – dodał
Carlton, drapiąc się niczym mędrzec w wydatną brodę.

– Przesłuchałem go starannie. Przysiągł na wszystkie
świętości, że nie wypił ani kropelki. Nie stwierdziłem przy nim
alkoholu, nie zauważyłem też flaszki w jego pokojach ani nie znalazłem
innych, którzy widzieli, jak pił.

Carlton pochylił głowę i usiadł na beczce stojącej na skraju
pomostu, gapiąc się na deski pływające na powierzchni wody.
W głowie mu huczało od daremnych rozmów, które odbył tego ranka ze
swoimi ludźmi, zdenerwowanymi marynarzami, wściekłymi
armatorami i płaczącymi pasażerami. Odprawił podwładnego, aby
pomógł pozostałym w wyławianiu szczątków. Policja z zatoki
otoczyła nabrzeże łodziami i zawracała nadpływające statki, w tym mały
rybacki kuter z wytrzymałą siecią, polujący na zaginiony ładunek.

Za plecami usłyszał głośny stukot butów i wyprężył się na
baczność zanim się odwrócił.

– Witam, komendancie Kurtz – zasalutował, schylając głowę.
– Mam nadzieję, że uzna pan, iż opanowaliśmy sytuację.

– Faktycznie! – odrzekł ze zdumieniem Kurtz, ciągnąc koniec
jednego z krzaczastych wąsów i wskazując głową obraz
zniszczenia. – Powiedzcie mi, sierżancie Carlton, co tu się dzieje? Widzę,
że dwa najważniejsze nabrzeża handlowe naszego miasta zostały
zniszczone.

– Zatonęły trzy statki, cztery inne uległy zniszczeniu lub zostały
uszkodzone w inny sposób. Straty przekraczają dwadzieścia
cztery tysiące dolarów. Piętnaście osób odniosło obrażenia. Głównie
złamania rąk i nóg oraz oparzenia. Nikt nie zginął jedynie dzięki
wysiłkom kilku doświadczonych marynarzy.

– Jak do tego doszło? – spytał Kurtz, kiedy Carlton skończył
zdawać raport. – Co się stało?

– Oto jest pytanie – odrzekł Carlton, podnosząc jedną brew
i odchrząkując.

– Nie jąkaj się! Mów.

– Panie komendancie, rozmawiałem z kilkoma kapitanami
i pilotami ze statków, które uległy katastrofie. Poleciłem też
swoim ludziom, żeby przesłuchali wszystkich innych, których uda się
znaleźć. Co do jednego twierdzą, że instrumenty zawiodły –
pokazywały błędne dane – wszystkie w ciągu tych samych kilku minut.

– Jak to możliwe?

– To niemożliwe, proszę pana! Nie musi pan mi wierzyć.
Kapitan policji w zatoce twierdzi kategorycznie, że nie jest
możliwe, aby tyle kompasów i innych urządzeń jednocześnie zawiodło.

Kurtz spojrzał ponuro na zatokę.

– Myślicie, że to sabotaż?

– Panie komendancie… – sierżant przerwał na chwilę, jakby
się wahał. – Komendancie, wspomniane instrumenty
znajdowały się na statkach płynących z różnych portów, mających różne
rozkłady. Niektóre wpływały do zatoki, inne wypływały w morze.
Jakim sposobem sabotaż? Zmagałem się z tym pytaniem z takim
samym powodzeniem jak Jakub z aniołem.

– Cóż nam wobec tego pozostaje, sierżancie Carlton?
Nekromancja? Diabeł? Niektórzy marynarze już o tym przebąkują, a to
oznacza, że statki będą unikały naszego portu, narażając obywateli
na dziesiątki tysięcy dolarów strat. Jeśli burmistrz i legislatura wbiją
w to zęby, obudzą wulkan pod moimi stopami. Co proponujecie?

– Usuniemy szczątki tak szybko jak się da, aby miejscy
inżynierowie mogli przystąpić do odbudowy.

Kurtz zacisnął szczęki, zdjął z głowy czapkę i rzucił ją do zatoki.

– No to macie kolejny przedmiot do wyłowienia, sierżancie!

– Tak jest, panie komendancie! – odpowiedział posłusznie
Carlton. – Każę ludziom natychmiast go wyłowić.

Kurtz zakręcił oczami.

– Będzie pan mógł przynieść czapkę do mojego gabinetu, kiedy
dowie się, co spowodowało, że statki zeszły z kursu. Do tego
czasu wolałbym nie oglądać na komendzie waszej zdumionej gęby.

– Panie komendancie, może policja z zatoki powinna
poprowadzić śledztwo?

– I bez tego konsumują zbyt wiele naszych środków.
Z radością przyjmą każdą wymówkę, aby wyssać więcej pieniędzy. Nie.
Po moim trupie, Carlton.

– W takim razie może powinienem się poradzić któregoś
z profesorów nowego college’u w dzielnicy Back Bay? Znają się
na wszystkich nowych naukach. Skoro zwyczajne przyczyny
katastrofy odpadają, może doradzą nam, gdzie szukać odpowiedzi?

Kurtz ujął go pod ramię i odprowadził na stronę, z dala od
funkcjonariusza, który chodził w pobliżu.

– Oszaleliście, Carlton?

– Słucham, panie komendancie?

– Nie doprowadzaj mnie do pasji! Chcesz gadać z profesorami
Instytutu Technologii? Nie wiesz, jaką reputację ma to miejsce?
Ich nauki są uważane za czyste pogaństwo. Jeśli do nich pójdziesz,
ściągniesz na nas ogień. Skoro potrzebujesz pomocy, pogadaj
z kapitanem portu! Wypytaj miejskiego inżyniera.

– Już to zrobiłem! Nic nie wiedzą! Musimy znaleźć kogoś
zdolnego pojąć, jak coś takiego mogło się wydarzyć! W przeciwnym
razie nie poruszymy się ani o włos.

– Nie wiesz, że miejsce, w którym skupiły się najwybitniejsze
umysły kraju, znajduje się po drugiej stronie rzeki? Nie
pomyślałeś o tym?

– Harvard.

– Właśnie! Pojedź tam i znajdź kogoś mądrzejszego od siebie.
Bez ociągania! Jesteśmy tu po to, żeby bronić miasta. Nie przeżyję
kolejnego takiego wstydu!

– Jadę natychmiast, komendancie Kurtz. Komendancie, proszę
poczekać! Nie widział pan jeszcze… – zawołał sierżant Carlton, ale
komendant odszedł, nie oglądając się za siebie. Komendant policji
w mieście, które Carlton tak kochał, szedł bez czapki do
oczekującego powozu, na oczach całego Bostonu.

4OBWODY ELEKTRYCZNE

Niemal wszędzie, gdzie Marcus sięgnął wzrokiem, stojąc przed wspaniałym gmachem przy Boylston Street, widać było
nieużytki dzielnicy Back Bay lub „nową ziemię”, jak ją nazywano. Jeszcze
kilka lat temu rozciągały się tu bagna i nawet dziś niewiele ulic
biegło na zachód, gdzie parowe koparki oraz wozy ze żwirem
i piaskiem zasypywały zatokę. W sąsiedztwie Instytutu znajdowało się
niewiele instytucji – murzyński przytułek dla starców i katolicka
szkoła żeńska – które, jak on, wolały pozostawać w pewnym
oddaleniu od miasta. Rejon Back Bay był idealnym miejscem dla ich
niewyobrażalnego college’u.

Choć uczeni powinni pracować w ciszy, rektor Rogers zawsze
powtarzał, że naukowcy zajmujący się techniką winni się otaczać
ludźmi postępu. Rejon Back Bay był sztucznym terenem, gdzie
studenci, choć za młodzi, aby go oglądać w najgorszym stanie, mogli
obserwować, jak inżynieria lądowa przekształca chore mokradła
– kipiący kocioł miazmatów spływających z miasta – w krajobraz
pełen szerokich ulic mogących ulżyć zatłoczonemu staremu
Bostonowi zalewanemu przez tak duże fale przybyszów ze wsi
i obcych krajów, że trudno było się poruszać. Teren miał się stać
najnowszym przykładem nowoczesnej architektury, handlu i postępu
przemysłowego, co było nadzieją ciągle jeszcze młodego i w większości niezamieszkanego rejonu Back Bay.

– Nareszcie – mruknął Bob. – Jeśli będziemy pracować
w takim tempie, prędzej dostaniemy dyplom, niż zakończymy
przygotowania.

Jeśli skończycie studia.

Marcus wynosił sprzęt na dwór razem z Bobem.

– Jestem dwa kroki za tobą, Bob.

Mimo upływu pięciu dni szyderstwo wypowiedziane przez
wioślarza osady Harvardu na rzece Charles drążyło umysł
Marcusa Mansfielda z uporczywością pasożyta. Z jednej strony
obudziło w nim pozbawiony wszelkich logicznych podstaw dziecinny
przesąd, że nie ukończy studiów. Chociaż zamienił robotę
w fabryce na sale wykładowe i laboratoria Instytutu, Marcus obawiał się
w głębi duszy, że ktoś taki jak on nie ma prawa być absolwentem
college’u i za sprawą interwencji losu w ostatniej chwili zostanie
pozbawiony tytułu.

Z drugiej strony istniał bardziej praktyczny powód
zmartwienia. On i pozostali słuchacze rocznika sześćdziesiątego ósmego
mieli być pierwszymi absolwentami Instytutu Technologicznego,
a dopóki to nie nastąpi, nie można było przekonująco dowieść, iż
uzyskanie dyplomu jest faktycznie możliwe. Wkładali im to do
głowy od pierwszej godziny nauki w Tech.

Wiedział, że Bob Richards wyśmieje jego obawy, więc pewnie
dlatego mu o nich nie powiedział, gdy kończyli przygotowywanie
sprzętu do wieczornego pokazu dla mieszkańców. Można było
odnieść wrażenie, że Bob przyszedł na świat z rzadką umiejętnością
przespania każdego problemu, jak inni spali po spożyciu piwa.
Tymczasem myśli Marcusa wirowały bez końca wokół
jadowitego szyderstwa ostatniego wioślarza osady Harvardu. Koniec
studiów się zbliżał, a on, zamiast skoncentrować się na nauce (jeśli ukończycie studia), czuł się zagubiony i zdezorientowany, winą
obarczając tych zarozumialców z Harvardu, których pewnie
nigdy więcej nie zobaczy.

Oprócz Marcusa i Boba tylko garstka studentów przyszła na
pokaz. Koniec semestru był blisko, więc większość słuchaczy
o siedemnastej pędziła do domu, żeby zakuwać do końcowych
egzaminów i pisać pracę dyplomową. Marcus zauważył Chauncy’ego
Hammonda Juniora patrzącego w zachmurzone niebo.
Kruczoczarne włosy Hammiego były zaczesane w schludny przedziałek,
odporne na powiewy wiatru, ale jego wydatne czoło
i przypominająca tykwę, niestarannie ogolona broda przesłaniały inne,
skądinąd nijakie rysy twarzy, sprawiające wrażenie, jakby zostały
niedokończone przez Stwórcę. Hammie, kandydat na prymusa
rywalizujący z poczciwym Edwinem Hoytem, żył we własnym,
oderwanym od rzeczywistości świecie liczb i wzorów. Przy
frontowych stopniach stał wścibski Albert Hall, zapisując coś
w trzymanym w ręku brulionie, może nazwiska obecnych studentów (lub,
co bardziej prawdopodobne, ze złością odnotowując tych, którzy
nie byli obecni). Obok Alberta stał Bryant Tilden z rękami
skrzyżowanymi na piersi, wielkiej jak pień drzewa.

Ellen Swallow stała sama na skraju tłumu. Jako jedyna
słuchaczka Instytutu panna Swallow uczęszczała na indywidualne
zajęcia, więc jej widok należał do rzadkości. Ruchliwe oczy Ellen
rozglądały się wokół, aby w końcu spocząć na nim. Dotknął
dłonią krawędzi kapelusza, ale ona spojrzała w drugą stronę
z piętnem rumieńca na bladych policzkach. Rektor Rogers zbliżał się
wolno do podium ustawionego przed frontem budynku. Za jedno
ramię podtrzymywał go Darwin Fogg, dozorca Instytutu, a za
drugie drobna pokojówka. Niewiasta ostrożnie przylgnęła do swojego
pracodawcy, choć uczyniła to z wyraźną opiekuńczością. Marcus
ze smutkiem pomyślał o stanie, w jakim znajduje się ich rektor, bo
pamiętał czasy, gdy cieszył się lepszym zdrowiem.

W drodze na podium Rogers wyciągnął monokl z kamizelki
i wypuścił go z ręki. Monokl odbił się od jego ramienia, ale
pokojowa złapała go jedną ręką, zanim upadł na ziemię, i podała
rektorowi, nie czekając na pochwałę.

– Jakie ma włosy pod czepkiem? Jasne czy ciemne? – usłyszał
za plecami głos Boba.

– Kto?

– Ta śliczna mała nimfa. Gapisz się, jakby jej oczy były
naładowanymi elektromagnesami. Ta irlandzka służka podtrzymująca
Rogersa. Nieważne. Czy ci wspomniałem, że tego lata porządne
towarzystwo z Bostonu planuje urządzić kilkanaście hucznych
balów? Będziesz miał powodzenie jako absolwent college’u. Te damy
są tak dobrze wychowane, że wolałyby raczej umrzeć niż nie
pojawić się na publicznej imprezie. Nie przygładzaj tak wąsów, bo nie
widzę twojej miny. Śmiejesz się czy drwisz ze mnie?

– Za chwilę Rogers rozpocznie pokaz. Obwód gotowy?

– Ty drwisz? Nie, zaczekaj. Śmiejesz się!

– Nigdy z ciebie, Bob.

– Witam panie i panów – zaczął rektor Rogers, gdy wskazówki
zegara dotarły do dwudziestej. Mimo osłabienia jego głos niósł się
wśród zebranych z władczym spokojem. – Mieszkańców
Massachusetts zawsze interesowała mechanika, a nasze czasy ujrzą
jeszcze wiele podobnych dziwów. Szczerą nadzieją uczonych Instytutu
Technologicznego Massachusetts jest, by ciekawość nowych
wynalazków była równie zaraźliwa poza murami college’u, jak w jego
ścianach, gdzie zabiegamy o to, żeby rozwinąć zdolność obserwacji
i logicznego myślenia w młodych umysłach, pytając każdego dnia:
jakie granice wiedzy człowiek musi jeszcze przekroczyć? –
Przerwał, położył kartkę z notatkami na podium i spojrzał w niebo,
przecierając monokl. – Robi się ciemno, nieprawdaż? Przyznaję,
czuję się nieco zakłopotany. Ledwie czytam własne notatki.

Skinął głową w ich stronę, a jego twarda, surowa twarz
rozpogodziła się łagodnym uśmiechem. Bob poklepał sprężynę na
pudełku. Za piętnaście, dwadzieścia sekund lampy na Boylston Street
zamrugają, a później rozświetlą się równocześnie długim szeregiem
łagodnie płonących kul. Kiedy latarnie zapłonęły, rozległo się
zbiorowe westchnienie i zapanował wyraźnie wyczuwalny entuzjazm.

Rogers poczekał na oklaski, a następnie wyjaśnił, że Boston ma
pięć tysięcy ulicznych latarni i co roku wydaje ponad
czterdzieści dwa tysiące dolarów, żeby zapłacić ludziom, którzy je zapalają,
nie licząc gazu marnotrawionego każdej nocy w pierwszych
latarniach, które trzeba było wcześniej zapalić, aby przed zapadnięciem
zmroku pracownicy mogli zakończyć obchód. Dzięki
wynalazkowi Instytutu, owocowi czteroletniej pracy słuchaczy studiów
inżynierskich i kadry – urządzeniu składającemu się z przewodów
połączonych w obwód pozwalający, aby elektryczność przepływała
z centrali do kolejnych latarni gazowych – można je uruchomić
w tym samym czasie. Marcus otworzył główne pudło. W środku
znajdowało się koło zębate podłączone do szeregu zwojów.

– To urządzenie nazywamy „wyłącznikiem” – wyjaśnił Rogers. –
Kiedy sprężyna jest wciśnięta, jak pokazał pan Richards, jeden
z naszych studentów ostatniego roku, koło wykonuje obrót o połowę,
odcinając elektryczność i gasząc lampy lub inaczej „przerywając”
przepływ elektryczności. Kiedy wciśniemy ją ponownie, koło
wykona kolejny obrót, tym razem otwierając zawór i oświetlając nasze
ciemne ulice. Już dziś system ten jest instalowany w całym mieście.

Ludzie się poruszyli, żeby lepiej widzieć, podziwiając maszynę,
dzięki której można w jednej chwili zapalić latarnie na wszystkich
ulicach. Urządzenie brzęknęło, jakby uderzyło weń coś
twardego. Kamień. Drugi kamień trafił w ramię Rogersa, a kolejny
rozbił szybkę pobliskiej latarni, pogrążając ich w ciemności. Marcus
poczuł deszcz szkła na kapeluszu i ramieniu.

Spomiędzy drzew wyłonili się trzej mężczyźni, ciskając w nich
zgniłymi pomidorami.

– Technologia sprowadzi na nas gniew Boży! – krzyknął
mężczyzna ubrany w elegancką, świeżo odprasowaną
ciemnogranatową bluzę żołnierza Unii, jasnoniebieskie spodnie i rękawiczki
z koźlęcej skóry. – Miesiąc temu maszyna zerwała włosy z czaszki
dziewczyny, która obsługiwała ją w Lowell! Zdarła z czaszki! Co
się stało ze statkami na nabrzeżu tydzień temu?! Poproście, żeby
to wyjaśnili w swoich klasach, jeśli się odważą!

Marcus odprowadził rektora Rogersa na bok, z dala od
sypiącego się szkła.

– Wezwę policjanta, rektorze – powiedział podekscytowany
Albert, który ukrył się za plecami kadry, kiedy wybuchło zamieszanie.

– Nie, panie Hall – odrzekł Rogers. – Proszę ich nie niepokoić.
To ludzie ze związków zawodowych.

– Hall ma rację, rektorze Rogers! Takie zachowanie jest
niedopuszczalne! – zaprotestował Bob. – Nic mnie tak nie drażni, jak
maniakalne, wrogie nastawienie do maszyn. Dzięki maszynom
ludzka praca stanie się lżejsza i bezpieczniejsza.

– Panie Richards – odpowiedział spokojnie Rogers –
niektórzy z zapalających latarnie stracą pracę, kiedy nasz wynalazek
zostanie wdrożony. Niech pan to rozważy, zanim ulegnie gniewowi.

– Proszę wsiąść do powozu, profesorze! Szybko! – przynagliła
go pokojówka, energicznie prowadząc Rogersa w kierunku ulicy.

– Panie Mansfield – powiedział Rogers, przywołując Marcusa.
– Nie chcemy więcej kłopotów.

Marcus podążył za wzrokiem Rogersa i ujrzał, że Hammie idzie
w kierunku protestujących.

Hammie dał upust gniewowi, zanim Marcus zdążył do niego
dotrzeć.

– Zabierzcie kamienie i róbcie zadymy gdzie indziej, dranie!
Wszystkie szumowiny ze związków nie przestraszą swoim wyciem
jednego studenta Tech. – Odwrócił się do Marcusa, który stanął
między synem magnata i agitatorami. – Byłbyś łaskaw się
odsunąć, Mansfieldzie? Panuję nad sytuacją!

– Hammie, pilnujmy swojego nosa.

– Odczep się! Dranie wybijają nam okna! Podłożyli materiał
wybuchowy w biurku brygadzisty w fabryce lokomotyw. Nic nie
robią, tylko się przechwalają, Mansfieldzie. Szczególnie Rapler.
Łotr udaje robotnika, a pobiera składki od nieszczęśników, którzy
nie potrafią wymyślić niczego lepszego.

Jeden z agitatorów skoczył na Hammiego, który się potknął
i prawie upadł. Marcus go podtrzymał, ale Hammie go odepchnął,
oszołomiony i upokorzony.

– Zabieraj ręce, Mansfieldzie… Policja! Policja! To napaść! –
Hammie krzyknął do policjanta, który nadchodził od strony
Berkeley Street. Funkcjonariusz zatrzymał się, ale nic nie zrobił.

– Brat tego policjanta jest członkiem związku murarzy –
wyjaśnił Rapler, mężczyzna w wojskowej bluzie, który, gdy nie krzyczał,
przemawiał niezwykle uprzejmym tonem, bo stracił dwa przednie
zęby. – Poprosiliśmy go, żeby zapewnił nam bezpieczeństwo przed
takimi nerwowymi młodzieńcami jak wy.

– Powiedziałeś wszystko, co miałeś do powiedzenia? – spytał
grzecznie Marcus. – Rozejrzyj się. Spójrz, ludzie się rozchodzą.
Proszę, idź za ich przykładem.

Rapler spojrzał na niego z zaciekawieniem.

– Czego chcesz? Z powodu waszych maszyn w Bostonie nie
będzie pracy.

– Celem naszego Instytutu jest wyłącznie dociekanie prawdy
– odrzekł Marcus. – Rektor Rogers mówił o tym, ale byłeś zajęty
rzucaniem kamieniami.

– Pomyślałeś o tym, jacy potężni się staniecie, chłopcze? Czy
człowiek nie przewyższa Stwórcy, skoro nie wie, gdzie sięga jego władza?

– Kończy się tam, gdzie ludzie nie potrzebują ochrony, której
dostarcza technologia.

Rapler wskazał ludzi, którzy go otaczali.

– Mężczyźni i kobiety, którzy popierają naszą sprawę, nie są
wrogami nauki. Widzimy jedynie, że dzisiejsza nauka zapomina
o człowieku. Maszyny, które panowie – i jedna zbłąkana dama,
jeśli dobrze się orientuję – wytwarzacie w waszym Instytucie, stały
się tak skomplikowane, że niebawem zaczną nad nami panować,
zamiast odwrotnie. W przyszłości awaria jednej maszyny
spowoduje, że człowiek pogrąży się w ciemności, bo nie będzie
pamiętał, jak zapalić świeczkę. Będzie uwięziony, bo zapomni, jak
poruszać się na nogach zamiast na stalowych szynach. Maszyny są
martwe i pozbawione duszy. Nasze związki szanują inteligencję,
która umożliwia człowiekowi działanie i podejmowanie decyzji,
do których tylko on jest zdolny. W przeciwnym razie staniemy
się narzędziami własnych maszyn. Jak nas przed tym uchronisz?
– Mówca wydawał się zadowolony, kiedy Marcus postanowił nie
przedłużać konfrontacji. – Do szeregu!

Rapler splótł ręce z innymi członkami związku i ruszyli przed
siebie, śpiewając:

Trwajcie na ojczystej ziemi,

Trwajcie na grobach ojców,

A będziecie żyć z uczciwego znoju i nigdy nie zgodzicie się

zostać niewolnikami!

– W końcu sobie poszli – powiedział chwilę później Bob. – Nie
zdołali nas powstrzymać przed pokazaniem działania obwodu
elektrycznego! – zapiał.

– Ludzie, którzy przyszli na pokaz, będą pamiętać jedynie to,
że zbito latarnię – odrzekł Marcus. – A nie że zapłonęły światła.

5„WSTĘP SUROWO WZBRONIONY”

Wchodząc do środka, człowiek odnosił wrażenie, jakby coś
zaatakowało jego zmysły. W powietrzu unosiła się dziwna mieszanina
zapachów, bo świeże opary łączyły się ze starymi, które nie uległy
rozproszeniu. Obraz przysłaniała mgiełka kurzu – nie z powodu
brudu (choć czasami bywało tu cudownie brudno), ale
zamkniętych okien i mikroskopijnych cząstek, niekiedy krystalicznych,
niekiedy żarzących, które unosiły się w powietrzu.

Powierzchni dotykało się na własne ryzyko, bo często była
nieoczekiwanie gorąca lub lodowata. W różnych miejscach stały
cztery piece wykonane z gliny, cegły i kamienia, z dowodem ich
różnorodnego przeznaczenia w postaci resztek na popielniku oraz
wiszącymi obok szczypcami, gotowymi usunąć lub poprawić tlącą
się w środku zawartość.

Jakaś substancja zastygła na posadzce i teraz błyszczała jak
złoto. Kawałek dalej cegły na ścianie poczerniały od przypadkowej
eksplozji, do której doszło w niedalekiej przeszłości. Pośrodku
głównej sali znajdował się otoczony szklanym ekranem stół, a na
nim miedziany pojemnik wypełniony piaskiem. Z palnika
odchodziła rurka prowadząca do pudła, a w pobliżu stały szklane tygle,
dmuchawy, naczynia i inne urządzenia używane do doświadczeń
z substancjami gazowymi.

Gazometry, mierniki, pompy powietrzne i koryta z wodą oraz
płynem galwanicznym wypełniały resztę pomieszczenia,
swoim zastosowaniem przekraczając granice pojmowania
zwykłego człowieka. W rzeczy samej można było odnieść wrażenie, że
w tym pomieszczeniu w jeden dzień dałoby się stworzyć, zmienić
lub zniszczyć cały świat za pomocą wszystkich zdumiewających
i olśniewających instrumentów.

Na wysokim biurku do pracy na stojąco leżała gruba
księga otwarta na stronie niedaleko środka, gdzie wyszczególniono
wagi i miary. Wydawało się, że jest to jedyny tom, który człowiek
mógłby dostrzec wśród mnóstwa sprzętów i narzędzi
ustawionych na stołach i półkach oraz szafkach. Eksperymentów, które
tu przeprowadzano, nie opisano w żadnej książce i nigdy miały
do niej nie trafić.

Oczywiście nie wpuszczano tu gości. W pomieszczeniu nie
było niczego, co można by pokazać publiczności. Dłoń
czyniąca staranne notatki w księdze nagle zamarła w pokusie. Jakiej
pokusie? Chodziło o pobliskie okno, a konkretnie o cudowny
widok rozciągający się za grubymi okiennicami. W szklanym
kwadracie widać było majaczącą w oddali zatokę, gdzie
wczesnym rankiem statki z dźwigami i maszynami kontynuowały
naprawę nabrzeży. Obraz Bostonu poruszonego wskazówką
nadciągającej katastrofy.

Jednak choć od tamtych wydarzeń minął niemal tydzień,
znaczenie wskazówki nie zostało jeszcze uchwycone przez
niemrawych intelektualnych gigantów tego miasta. Cudowna
satysfakcja na widok zniszczonych nabrzeży była zaledwie pierwszym
krokiem. Ten ranek miał przynieść prawdziwy postęp. Wilgotny
czubek ołówka metodycznie dodawał świeże zapiski do księgi, aby
odnotować tę okazję.

Ba . . . 68-6 . . . 78–58

F . . . 18-7 . . . 21–42

BaF . . . 87 3 . . . 100 0

związek chemiczny 17a 

Baryt 87-47

hipotet. anhydryt fluorowodorowy. Kwas 12 53

100 0

eksperyment… ostateczny

obliczenia… ostateczne

dowód końcowy – bliski

6DZIEŃ DOBRY

Od dnia, w którym Marcus pierwszy raz pomyślał o wstąpieniu do college’u, minęło ponad cztery i pół roku. Pracował w fabryce
lokomotyw Hammonda, kiedy spostrzegł nieznajomego idącego
przez halę. Wyprostowany mężczyzna mający sto osiemdziesiąt
centymetrów wzrostu, z ogorzałą szlachetną twarzą okoloną
długimi siwymi włosami, przypominał filozofa w świecie, gdzie nie
było miejsca na filozofię. Wszyscy operatorzy maszyn
i terminatorzy pochylili się pilnie nad swoją pracą, kiedy przeprowadzał
inspekcję hali.

– Co za jeden? – spytał Marcus, szturchając Franka Brewera,
maszynistę pracującego z nim na wiertarce.

– Jakiś ważniak – odpowiedział Frank, doskonale
wyczuwając napięcie panujące w hali. Całe ciało Franka wibrowało, kiedy
kończył wiercenie. Miał gęste czarne włosy i brwi, a jego twarz
była bardziej męska niż przystojna. Choć muskularny, jego
wysoka szczupła postać była tak koścista, że można było pomyśleć, iż
pod ubraniem są same gnaty. Podczas gdy Marcus panował nad
maszyną, Frank ze swoją wychudłą, niemal szkieletowatą postacią
prawie stapiał się ze skomplikowanym urządzeniem, które
obsługiwał, stanowiąc jego cielesne przedłużenie.

Nawet po dwudziestu godzinach ciężkiej pracy w fabryce Frank
potrafił znaleźć czas na rzeźbienie miniaturowych figurek
w swoim pokoju w pensjonacie, tak jak w znacznie bardziej surowych
warunkach, w których obaj się poznali. To właśnie ta cierpliwość
i staranna uwaga, gdy nikt nie patrzył, była dla Marcusa
kwintesencją Franka Brewera. Jego ulubioną rzeźbą Franka była
wykonana z brązu statuetka przedstawiająca Jeźdźca bez głowy z Legendy o Sennej Kotlinie. Kiedyś zasugerował Frankowi, żeby wyrzeźbił
do kompletu postać Ichaboda Crane’a. Dopiero później
przypomniał sobie ze złością, że z powodu podobnych niezgrabnych
rysów „luźno trzymających się kupy” Frank był ironicznie
porównywany do bohatera słynnego opowiadania.

Kiedy elegancki starszy pan szedł przez halę, Marcus nie
przestawał pracować. Może to właśnie intensywne skupienie
zwróciło na niego uwagę Williama Bartona Rogersa, który zatrzymał
się przy ich stanowisku. Zwykle obcy byli udręczeni
ogłuszającym hukiem maszyn, który brzmiał im w uszach, przenikliwym
metalicznym stukotem i buczeniem olbrzymich urządzeń. Z tym
było inaczej. Po przedstawieniu się zaczął nieoczekiwanie mówić
o college’u, który zakłada.

– Czy nauka w pańskiej szkole będzie bardzo droga? – spytał
Frank. – W Instytucie…?

– W Instytucie Technologii, synu.

Frank powtórzył to słowo z zaintrygowanym uśmiechem,
odsłaniając małe okrągłe zęby.

– Jeśli to konieczne, stworzymy studentom możliwość
odpracowania czesnego – ciągnął dalej naukowiec.

– Cóż! Nie zostałem przeklęty fortuną – cmoknął
z przekąsem Frank. – Cztery lata bez pieniędzy, w towarzystwie
przemądrzałych arystokratów, głupków i elegantów niewiele by pomogło,
prawda, proszę pana?!

Marcus zaśmiał się razem z Frankiem.

Pogodny gość zwrócił się do Marcusa:

– A ty, młodzieńcze? Czy myślałeś kiedyś o college’u?

Przyłączył się do nich Chauncy Hammond Senior, właściciel
fabryki lokomotyw.

– Daj chwilę odpocząć dłoniom, młody człowieku – powiedział
do Marcusa. – Pan Mansfield to jeden z najlepszych operatorów
maszyn na tej hali, profesorze Rogers. Nie ma problemu, którego nie
umiałyby rozwiązać jego ręce. Boston pęka w szwach. Krążą
plotki, że wchłonie Brookline i Cambridge, kiedy już połknie Roxbury.
Pojawi się wielka potrzeba nowych maszyn i kolei oraz inżynierów,
którzy się nimi zajmą. Czy wiesz, Mansfieldzie, że mój syn zamierza
wstąpić do szkoły pana profesora jako student pierwszego roku?

Frank uśmiechnął się znacząco do Marcusa. Chauncy
Hammond Junior – Hammie – na pewno znajdzie tam miejsce.
Zasłużenie lub nie.

Hammie spędził minione lato jako kreślarz w biurze fabryki,
unikając przywykłych do ciężkiej pracy maszynistów. Jego
postawa wyższości i odpychające maniery – chłopak potrafił być
odstręczający, nawet gdy się uśmiechał lub chichotał – wydawały się
czynić go reliktem dawnego Bostonu.

– Proszę nie zwracać uwagi na powściągliwość mojego
przyjaciela – rzekł Frank, wymawiając słowo „powściągliwość”
z entuzjastycznym akcentem człowieka, który co noc czyta jedną stronę ze
słownika Webstera. – Czasami jego język bierze sobie wolne. Nie
sądzę, żeby czuł się bardziej zawstydzony brakiem wykształcenia
od większości z nas. Może być brygadzistą jednego z tutejszych
wydziałów – idę o zakład, że któregoś dnia obaj nimi zostaniemy.

– Nigdy dotąd nie myślałem o college’u – odpowiedział
w końcu Marcus, potrząsając zdrętwiałą prawą dłonią.

– A chciałbyś pomyśleć? – zapytał gość, rzucając szybkie
spojrzenie na dłoń Marcusa, a później podnosząc wzrok.

– Proszę pana, posiadam jedynie podstawowe wykształcenie.
Moja rodzina nie miała pieniędzy. Oprócz tego nie znam łaciny.
– Powiódł wzrokiem po stole montażowym, jakby chciał
sprawdzić, czy rzekł, co trzeba.

Frank wzruszył ramionami: fakty to fakty.

Twarz Rogersa rozpromieniła się niezwykłym magnetycznym
uśmiechem.

– Łaciny? Nie przejmuj się takimi rzeczami, mój synu. Stary
system edukacji odszedł do lamusa. Robimy coś zgoła innego.
Coś nowego. Są ludzie, którzy się tego lękają, nawet wśród moich
kolegów. Potrzebuję odpowiednich młodych ludzi, aby pokazać
im, jak bardzo się mylą.

***

W piątek o świcie Marcus zaczął zbierać kawałki szkła i inne
szczątki z pola przed gmachem Instytutu. Słaba mżawka
i pochmurne niebo sprawiły, że odnajdywanie drobnych, ostrych jak
brzytwa kawałków tak, żeby się nie skaleczyć, wlokło się
niemiłosiernie.

Poprzedniego wieczoru, kiedy agitatorzy ze związków odeszli,
reporter, który przyszedł obserwować zapalenie latarni, zagadnął
Rogersa, kiedy ten gramolił się po stopniach powozu.

– Rektorze Rogers, czy to prawda, co słyszeliśmy
o incydencie w zatoce? Że owo dziwne zjawisko nie było przypadkowe i że
jeśli nie jest dziełem czarnoksiężnika, musi być wynikiem jakiejś
naukowej manipulacji?

– Czy wydrukują to w gazetach? – spytał ostrożnie Rogers.

– Już to zrobili. Dzisiaj, proszę pana.

Na twarzy Rogersa ukazał się mroczny cień.

– Rozumiem to, co się stało, nie bardziej niż pan –
odpowiedział, wycierając resztki pomidora z marynarki. – Pan wybaczy.

Woźnica zamknął drzwi, zapieczętowując Rogersa w środku
i zostawiając sfrustrowanego reportera na ziemi.

Kiedy zamieszanie ucichło, odszedł także Bob,
podenerwowany i sfrustrowany, wracając do swojego pensjonatu. Z Marcusem
pozostał jedynie Albert Hall. Hall, o pulchnych, płonących
z podniecenia policzkach, stanął z oczekiwaniem obok Marcusa.
Wsunął kciuki pod pachy swojej kamizelki w zielone i czarne groszki,
uszytej według mody obowiązującej półtora roku temu.

– Czego chcesz, Hall?

– Chcesz to posprzątać? – zapytał niecierpliwie. – To twój
obowiązek, no wiesz… jako stypendysty.

– Też jesteś stypendystą.

Albert mrugnął oczami, odgarnął kosmyk z czoła i darował
sobie westchnienie współczucia. W jego przypadku wzdychanie było
zbędne. Każda wypowiedziana sylaba brzmiała tak, jakby została
wypowiedziana na wydechu.

– Posłuchaj, Mansfieldzie. Z przyczyn, które są dla ciebie
oczywiste, w ramach finansowej umowy powierzono ci zadanie
wymagające, by tak rzec, wysiłku fizycznego. W przeciwieństwie do
ciebie moim obowiązkiem jest pilnowanie, aby studenci Instytutu
przestrzegali reguł i wykonywali swoje indywidualne obowiązki,
płacili zaległe rachunki i pokrywali szkody, a także zachowywali
porządek w gmachu szkoły i wokół niego. Zaufaj mi, nie
chciałbyś, żeby spoczywał na tobie taki ciężar. Można odnieść
wrażenie, że z powodu naszego skromnego pochodzenia jesteśmy tacy
sami, Mansfieldzie, ale różni nas to, że ja dobrowolnie i bez
wstydu przyjąłem narzucone ograniczenia. W tym przypadku
zasady nakazują, abyś posprzątał to pobojowisko bez żadnej pomocy
z mojej strony.

– Masz rację. Nie jesteśmy tacy sami – odparł ironicznie
Marcus, choć jego pewność siebie lekko się zachwiała pod wpływem
słów Alberta.

– Świetnie – odrzekł z uśmiechem Albert, podając mu dłoń
i zbierając swoje manatki. – Wiedziałem, że prędzej czy później
się zrozumiemy. Dobranoc, Mansfieldzie!

Kiedy nawet w świetle gazowych latarni wieczór zrobił się zbyt
ciemny, żeby Marcus mógł dokończyć sprzątanie, postanowił
wrócić pociągiem do Newburyport. Teraz przyjechał do Bostonu
najwcześniejszym pociągiem.

Kiedy chodził na czworakach i kucał z torbą pełną szkła,
usłyszał zgrzyt żwiru, podniósł głowę i ujrzał, że nie jest sam. Nad nim
stał Bryant Tilden. Od Tildena wolał nawet Alberta. Marcus udał,
że go nie zauważył.

– Wazeliniarz. Znowu podlizujesz się profesorom, panie
Lizusie? – spytał Tilden, strzelając palcami.

Tilden był niski, ale korpulentny, o kwadratowej szczęce.

– Nie jestem w nastroju do bójki, Tilden.

Zapisując się do Instytutu, Marcus oczekiwał, że jego koledzy
będą wyrafinowanymi dżentelmenami przeklinającymi wyłącznie
po łacinie. Wzorem bostońskich manier i typowej dla Nowej
Anglii powagi lub, jak by to ujął jego przyjaciel Frank Brewer,
arystokratycznymi głupkami. Takimi się też wydawali pierwszego dnia
studiów, ale po tygodniu lub dwóch zaczęli się zmieniać na jego
oczach w zepsutych głupców, którzy wolą sport i psikusy od
udawania. Patrząc wstecz, odetchnął z ulgą, porzucając mitologiczne
wyobrażenia na temat studenckiego życia.

Mimo to Marcus nie przestał się dziwić, jak Tilden zdołał
dotrwać do czwartego roku. Już na pierwszym roku przyłapał go na
zapisywaniu prostych wzorów trygonometrycznych na
mankietach koszuli. Chociaż Marcus nikomu o tym nie wspomniał,
Tilden nigdy mu nie wybaczył, że wie, po jak kruchym stąpa lądzie.
Tilden tyle razy go poszturchiwał na pierwszym roku, że
pewnego dnia Marcus złapał go za kołnierz. Było to w środku wykładu.
Kumple Tildena przyłączyli się do bitki, co sprawiło, że
wszystkich dwudziestu pięciu słuchaczy pierwszego roku – cały świeży
nabór do college’u, zanim dziesiątka się wykruszyła – pogrążyło
się w szamotaninie. Rogers nie próbował nawet rozdzielić
młodych ludzi, bo byłoby to bezowocne. Zamiast tego wyjął
żyroskop, który nabył dla Instytutu, i go uruchomił. Chłopcy jeden po
drugim przestawali się bić. Poprawiali krawaty i wkładali
koszule w spodnie, podając sobie z rąk do rąk dziwny wirujący
przedmiot. Pierwszy raz w życiu ujrzeli takie urządzenie i, jak słusznie
podejrzewali, jako pierwsi studenci pierwszego roku w kraju mieli
taką okazję. Nikt nie został ukarany za udział w bójce, bo sprawy
nie zaszły zbyt daleko, trudno byłoby też ustalić sprawcę. Marcus
miał szczęście. College nie mógłby sobie pozwolić na
ugotowanie takiej kury znoszącej złote jajka jak Tilden, którego ojciec był
stalowym magnatem, ale prosty stypendysta, Marcus, mógł
studiować tylko dzięki wspaniałomyślności kadry profesorskiej. Był
to pierwszy i ostatni raz, gdy pozwolił, aby gniew przesłonił jego
lepszą stronę studenta Tech.

Do porannych zajęć pozostały jeszcze niemal dwie godziny.
Co u licha robił tu Tilden? Może przyszedł wcześniej, żeby się
poduczyć, rozpaczliwie pragnąc zaliczyć wszystkie przedmioty?

– Ostatniej nocy pokaz z latarniami wymknął się nieco spod
kontroli – rzekł w zadumie.

Marcus spojrzał na gmach Instytutu, jakby nie obchodziło go
to, co się stało.

– Chcesz posprzątać, Tilden?

– Pewnie się zastanawiasz, co tu robię.

– Nieszczególnie.

– Mam wrażenie, że Rogers stracił kontrolę nad tym, co się stało
– ciągnął dalej Tilden, idąc za Marcusem. – A później uciekł, jak
tchórz! Stary czort musi ustąpić, zanim wyjdzie na jaw, że mamy
rektora kalekę. Przyszedłem napisać petycję w tej sprawie
i rozpowszechnić ją na terenie college’u. Facet umrze, a kiedy to się
stanie, college umrze razem z nim.

Marcus poczuł skurcz żołądka. Z najwyższym trudem
zapanował nad gniewem.

– Daj spokój, Mansfieldzie – ciągnął dalej Tilden. – Znasz
prawdę lepiej niż my wszyscy. Będziemy pierwszym rocznikiem
absolwentów, rocznikiem sześćdziesiątym ósmym reprezentującym
Instytut przed resztą kraju. Rogers powstrzymuje Instytut przed
tym co nieuniknione. Podobnie jak ty. Nigdy do nas nie
należałeś. Jesteś jednym z błędów starego capa. Nie byłeś uprawniony
do tego, aby tu przebywać razem z nami. Byłeś eksperymentem,
wrakiem, powodem zgorszenia, jak ta czarownica, którą przyjęli
na pierwszy rok.

Marcus przystanął, położył torbę ze szkłem na ziemi i rozpiął
kurtkę.

– Deszczowy poranek. Powinieneś wejść do środka.

– Nie zmieniaj tematu! – Tilden pstryknął palcem guzik pod
obszarpanym fularem Marcusa. – Och! Mansfieldzie! –
powiedział, widząc furię w jego oczach. – Chciałbyś mi przyłożyć, co?
Zrobiłbyś wrażenie na starej pannie Swallow, prawda?
Słyszałem, że jest religijna, nic z nią nie wskórasz. Wierz mi, już o tym
myślałem, kiedy byliśmy razem w laboratorium w piwnicy. Sam
na sam.

– Licz się ze słowami, Tilden!

Tilden strzelił palcami kilka centymetrów od twarzy Marcusa.
Miał zwyczaj strzelać palcami kiedy popadnie, aby wyrazić różne
emocje lub podkreślić jakąś myśl. Czasami strzelał palcami obu
dłoni, a czasami lewą lub prawą.

– Grozisz mi? – spytał Marcusa.

– Uczciwie ostrzegam.

– Obaj wiemy, że nie możesz mi nic zrobić, Mansfieldzie.
Jeśli uderzysz mnie na terenie college’u, zostaniesz zaprowadzony
przed profesorów i usunięty. Bez wymówki, bez żadnego wyjątku.
Stypendysta musi kroczyć po ostrzu brzytwy. Wiesz, Mansfieldzie,
niemal mi cię żal. Nie masz ojca, który dałby ci nazwisko.

Równie dobrze mógłby powiedzieć, że nie ma „grosza przy
duszy”. Tak czy owak Marcus zacisnął pięści.

– Robiłeś notatki na wykładach profesora Hencka w tym
semestrze? Tych o pomiarach, lokalizacji i konstrukcji, Tilden?

– Jego wykłady to dobra pora na drzemkę – zarechotał Tilden.
– Zwykle sypiam o tej porze. Czemu pytasz?

– Bo teren college’u kończy się przy tej studni – odparł Marcus,
nieznacznie wskazując brodą.

Tilden odwrócił się, aby spojrzeć, i nagle pobladł. Odwrócił się
w samą porę, by oberwać pięścią w twarz. Runął na plecy prosto
w kałużę błota.

Knykcie Marcusa były pobrudzone krwią, a jego ciało
pulsowało uczuciem ulgi.

Tilden otarł krew z nosa i spojrzał na niego wściekle, jak
dzikie zwierzę wypuszczone z klatki.

– Drań! Karłowaty drań! Już ja ci się przysłużę. Mansfieldzie!
Ty żałosny insekcie! Teraz widzę, kim jesteś!

– Kim?

– Nie jesteś jednym z nas.

– Wiem, jestem chłopakiem z fabryki. Powtarzasz to od
czterech lat.

– To nie wszystko, Mansfieldzie! Nie jesteś normalny. W twoich
oczach widać mrok… – Tilden przekręcił się na brzuch, chwycił
duży kawałek skały i cisnął z całej siły.

Marcus bez trudu się uchylił, a gdy Tilden próbował wstać
i uciec, Marcus przyszpilił go ponownie, tym razem naciskając
piętą buta nadgarstek Tildena i wpychając mu kolano między łopatki.

– Zostaw w spokoju pannę Swallow. Słyszałeś, co
powiedziałem, Tilden? Tak?

– Tak! Puszczaj! Przyrzekam!

– Świetnie. Jeszcze jedno. Pamiętaj, że nękasz Rogersa na
własną odpowiedzialność.

– Czemu ci zależy na starym?

– Rogers jest jedyną osobą, która nigdy nie próbowała dać mi
do zrozumienia, że nie mam prawa do czegoś lepszego. Jeśli
ośmielisz się wystąpić przeciwko niemu, wypruję ci flaki. – Nie cofnął
buta, dopóki Tilden nie wykrzyczał, że się zgadza. Jeszcze sekunda
dłużej, a kość nadgarstka pękłaby na leżącym pod nim kamieniu.

7CZĄSTKI

Makler giełdowy Joseph Cheshire szedł energicznym krokiem wąskimi krętymi uliczkami. Pod jedną pachą niósł gazetę, a pod
drugą wysuniętą pod kątem laskę, którą torował sobie drogę
w tłumie. Deszcz, który zaczął padać wczesnym rankiem, przerodził
się w śnieg, który teraz szybko topniał, choć nadal utrudniał
życie przechodniom. Pan Cheshire nie był człowiekiem, który chyli
czoło przed pogodą lub innymi ludźmi. W kwietniowy ranek, jak
co dzień, okazywał tę samą szorstką determinację, która kiedyś
przywiodła go z półwyspu Cape Cod do Bostonu jako młodego
buchaltera pragnącego zbić fortunę. Nikt z rodziny lub przyjaciół
nie wierzył, że mu się uda. Nie doceniali go. Teraz, gdy zgromadził
majątek, ludzie nadal nie doceniali tego, ile może zdziałać. Jakby
nad panem Cheshire’em wisiało przekleństwo, bo jego pieniądze
budziły taki sam szacunek wśród przedsiębiorców Bostonu jak
dawne marzenia u mieszkańców Cape.

Była to jedna z teorii wyjaśniających krzywy grymas, który na
stałe zagościł w cieniu długich krzaczastych wąsów maklera.

***

Christine Lowe, młoda dama o różowych policzkach
i kędzierzawych kasztanowych włosach, pojechała do Continental Theatre,
a stamtąd zatłoczonym tramwajem konnym do pracowni
krawieckiej, aby zostawić pakunek dla dyrektora teatru. Następnie udała
się piechotą do zatłoczonej handlowo-bankowej dzielnicy miasta,
gdzie mieściło się biuro telegrafu. Zegar na wieży dawnej siedziby
legislatury wybił dziewiątą trzydzieści. Wczoraj była w teatrze do
późna i czuła się zmęczona. Bardzo zmęczona. Jakie ciężkie były
podkowy pod jej zielonymi oczami? Jak zdoła dotrwać do końca
dnia i kolejnego wieczoru w teatrze, zanim położy się spać?

***

Theophilus! Theophilus! Stale wykrzykiwali jego imię, wołając go od
jednej roboty do drugiej. W zatłoczonych pokojach gońców
bankowych, w większości trzynasto- i czternastoletnich chłopców jak
on, był znany jako szybki, spolegliwy i uważny, jednym słowem –
najlepszy. Znajdował się w ciągłym ruchu, kręcąc głową i badając
podłogę wzrokiem, stale na palcach, stale czujny. Theophilus!
Nawet niezwykłe imię pomagało odróżnić go od innych, nieomylnie
wyłowić z grona pozostałych chłopców krążących w banku
stojącym pośrodku najbardziej ruchliwej części dzielnicy
handlowo-bankowej, w najbardziej ruchliwej handlowej metropolii
Ameryki. Tylko czasami pozwalał sobie marzyć – o dalekich miejscach,
których nigdy nie widział, jak San Francisco – jego wzrok stawał
się wtedy daleki, a na wargach pojawiał się nieznaczny uśmiech.
A później ponownie rozlegał się okrzyk: Theophilus!

Kiedy był młodszy, ganiał po mieście razem z dwójką kumpli,
jasnowłosych chucher umorusanych ziemią i błotem,
w podartych kurtkach powiewających na wietrze, głodnych, znudzonych
i szczęśliwych jak książęta. Lubili tę część miasta, bo wszyscy wokół
się spieszyli, a kiedy ludzie się spieszą, upuszczają drobne
przedmioty, nawet tego nie zauważając. Także monety.

Nawet dziś, chociaż był szanowanym czternastoletnim gońcem
bankowym, Theo wypatrywał zgubionych monet i świecidełek,
spacerując ulicami. Nie żeby chciał przystanąć i je podnieść, bo
ryzyko przyłapania przez pracodawcę lub klienta banku było zbyt
duże. Gdyby go zobaczyli, mogliby go darzyć mniejszym
szacunkiem, a szacunek był ważny, bo minęło zaledwie kilka miesięcy
od dnia, gdy podjął pracę.

W dawnych czasach Theo i jego kumple lubili wypatrywać
gońców oraz posłańców banków i firm ubezpieczeniowych, chłopców
kilka lat starszych od siebie, przemierzających ulice w różnych
sprawach, aby ich drażnić i prowokować, aż udręczeni, tak
uporczywie pragnący pozostać poważnymi i eleganckimi, załamywali
się i ruszali za nimi w pościg. Jednak najbardziej ulubionym
zajęciem Theo było ciche obserwowanie różnych napraw. Bo
w zatłoczonych wąskich uliczkach zawsze coś się psuło – od powozów
odpadały wirujące na złamanie karku koła, koniom trzeba było
pilnie poprawić podkowę, ludzie potykali się w pośpiechu
i potrzebowali pomocy, żeby ruszyć w dalszą drogę. Dla chłopca nie było
większej przyjemności od oglądania czegoś w wielkim procesie
naprawy, wszystko jedno – człowieka, zwierzęcia lub przedmiotu,
w nadziei że rozrywka potrwa jak najdłużej. Chociaż Theo stał się
jednym z poważnych gońców bankowych, nadal zdarzało mu się
ulec ciekawości i przyglądać naprawom dokonywanym w mieście.

Nie dalej jak wczoraj niedaleko banku trzeba było naprawić
hydrant. Młody goniec przystanął chyłkiem za robotnikiem, badając
powód naprawy. Wspomniane urządzenia umieszczane co kilka
przecznic, w pobliżu krat ściekowych na rogach ulic, były często
niszczone przez strażaków podczas ćwiczeń lub wówczas, gdy
przymocowywano do nich szlauchy. Zimą niszczył je mróz,
powodując pęknięcia, dlatego trzeba było je napełniać mieszanką soli.

Theo dobrze znał majstra od hydrantów, który nadzorował
pobliskie ulice, i z powodu zażyłości zwykle mógł z bliska oglądać
różne prace, a czasami nawet dotknąć wewnętrznego mechanizmu
ukrytego przed resztą świata. Kiedy jednak w czwartek rano
człowiek klęczący na ziemi odwrócił się ku niemu, Theo się
przestraszył. Przeląkł się z dwóch powodów. Po pierwsze, nie znał tamtego.
Po drugie, na widok Theo jego twarz wykrzywiła się
w zdecydowanie nieprzyjemnym grymasie. Czyżby dyrektor banku przebrał
się za robotnika naprawiającego hydranty, aby dowieść, że
zainteresowania Theo są zbyt dziecinne jak na pozycję, którą zajmował
w jego szacownej instytucji? Wszystko było możliwe, więc
odwrócił się, by uciec, zbyt szybko, żeby zauważyć, że typowe rury
znajdujące się wewnątrz hydrantu zostały zastąpione przez szereg
dziwnie wyglądających dysz i przewodów, o których nawet
czternastoletni chłopiec wiedział, że nie powinny się tam znajdować.

***

Prawdę mówiąc, Christine nie była urodzoną aktorką. Nawet nie
uważała się za ładną. Była wysoka, o pociągłej twarzy, małym
nosie, kędzierzawych matowych włosach oraz kościstych ramionach
i nogach. Nie pozwoliła jednak, żeby ostudziło to jej zapał. Inne
dziewczęta pielęgnowały urodę, ale ona była szczęśliwa, że może
występować na scenie, odtwarzając postacie stanowiące
przeciwieństwo tych, które grali przystojni aktorzy. Weźmy dla przykładu
jej obecną rolę. Była panną Miggs w przedstawieniu na podstawie
Barnaby Rudge’a Dickensa. Nadawała się do tej roli lepiej niż inne
ładniejsze dziewczęta z ich trupy. Ludzie chwalili ją za dowcip,
a gdyby sam Charles Dickens przeszedł obok niej, bez wątpienia
rozpoznałby stworzoną przez siebie postać.

Częściowo dlatego, że nawet teraz miała na sobie teatralny
kostium – jasnoróżową suknię mającą przyciągać uwagę
i sprawiać, aby wyglądała na stojącą nieco wyżej od służącej, ale niżej
od pani domu. Z pewnością zwracała na siebie uwagę
przechodniów, kiedy wspinała się wąskimi schodami do biura telegrafu na
drugim piętrze.

– Hej! – Mogła niemal użyć jednej z kwestii wypowiadanych na
scenie. – „Przekonajmy się, czy mój widok nie sprawi panu
przyjemności, proszę pana!”

Chociaż w dzielnicy handlowej znajdowały się wspaniałe
świadectwa chwalebnej przeszłości Bostonu, ludzie żyli tu wyłącznie
chwilą obecną. Jeden ze znanych pismaków z dzielnicy Beacon
Hill nazwał Boston „nowym starym miastem”. Nigdzie indziej nie
było to równie prawdziwe jak tutaj. Siatka przecinających się ulic
i wir interesów w samym sercu Bostonu przypominały
nieprzenikniony labirynt z cegieł. Labirynt, który pożerał obcych
fizycznie i duchowo, sprawiając, że gubili się wśród telegrafów, banków,
kancelarii notarialnych, biur firm ubezpieczeniowych, pracowni
krawieckich i coraz nowszych, wyższych budynków sięgających
w niebo na wysokość sześciu pięter. Joseph Cheshire znał wygląd
i nazwę każdej ulicy i recytował je pod nosem, gdy się do nich
zbliżał: Washington… State… Court… Dawno zapomniał dni,
kiedy jako znacznie młodszy mężczyzna gubił się beznadziejnie
w tej części miasta.

Jak zwykle torując sobie drogę laską w zatłoczonej klatce
schodowej, pan Cheshire wkroczył do dużego gmachu biura
i powędrował na czwarte piętro, po drodze strząsając z butów brudną
breję. Wedle jego kalkulacji im wyżej znajdował się bank, w którym
trzymał pieniądze, tym bezpieczniejsze były one same. Nie żeby
miał zaufanie do każdego banku. Rozdzielił swój majątek,
powierzając go wielu instytucjom, jak Hansel, zostawiając za sobą białe
kamyki, kiedy dowiedziała się, że okruchy chleba zostaną
zjedzone. Wiedział, że ostrożność i precyzyjna metodologia powinny
zyskać mu przyjaciół, nawet gdyby najwięksi z obywateli Bostonu
nie stali niżej od niego, jeśli idzie o odwagę.

Wchodząc do banku, zdjął mokrą czapkę z bobra, ale wzgardził
wieszakami na ścianie, zamiast nich wypatrując…

– Hej, ty!

– Do usług, proszę pana! – odrzekł chłopiec, podbiegając do
niego.

– Jesteś Theo, tak? – zapytał Cheshire.

– Theophilus, ale wołają mnie Theo – przytaknął Theophilus,
promieniując dumą.

– Niechaj i tak będzie. Nie oczekuj, że zapamiętam. Czy mam
pamiętać imię każdego odźwiernego lub chłopca sklepowego
w mieście? Potrzymaj moją czapkę i laskę, kiedy będę omawiał
interesy z tym szpetnym urzędnikiem o wyłupiastych oczach.

– Tak, proszę pana! Zapowiada się brzydki dzień, proszę pana.
Czytał pan dzisiejsze gazety, proszę pana?

– O kompasach?

Theophilus przygryzł wargi. Zadał pytanie wyłącznie dla
podtrzymania rozmowy, bo nie czytał wiadomości. Mimo to odrzekł
rezolutnie:

– Tak, o kompasach! O kompasach, proszę pana!

– Gazety donoszą, że za tym, co wydarzyło się w zatoce, stoi
jakaś tajemnicza intryga. Coś ci powiem, od tego czasu
w przewozach morskich zapanował straszny zastój.

Cheshire usiadł na krześle podsuniętym przez starego
urzędnika bankowego i rzucił na stół plik dokumentów wymaganych
do dokonania zmian na jego rachunku bankowym. Urzędnik
pochylił się, wycierając chusteczką wilgotne czoło i podnosząc małe
okulary, które ześlizgnęły się na czubek nosa.

– Mam sprawę i oczekuję, że zostanie ona natychmiast
załatwiona, panie Goodnow. Będzie pan mógł poprawić okulary
innym razem.

Zapowiadał się paskudny dzień na dworze i w przybytkach
Front Merchants’ Bank.

***

W biurze telegrafu stała długa kolejka ludzi. Ilu z nich chciało
przekazać telegram w sprawie pieniędzy, jak Christine?

Dwanaście dolarów tygodniowo z kasy teatru i dwa dolary za
robótki krawieckie ledwie starczały na zapłacenie mieszkania oraz
rozmaite wydatki, nawet na spółkę ze współlokatorką. Rodzice
mieszkający w Vermont nie mieli pieniędzy na zbyciu, ale powiedzieli,
żeby przysłała telegram, jeśli będzie potrzebować grosza. Zamiast to
uczynić, odkładała każdego zbywającego dolara, a teraz chciała im
przesłać telegraficznie instrukcje, jak podjąć przekazane pieniądze.
Chociaż pogarszało to jej trudne położenie finansowe, nie chciała
zabawiać dżentelmenów poza teatrem, jak to robiły niektóre aktorki.

Czekanie ciągnęło się w nieskończoność. Gdyby nie była
w takim głupim kostiumie, mogłaby iść do lepszego telegrafu
w jednym z tych eleganckich hoteli, jak Parker House, gdzie jadał sam
Charles Dickens.

Stopy ją bolały od chodzenia przez cały ranek, nie
wspominając o godzinach spędzonych na scenie podczas prób
ostatniego wieczoru. Oparła znużone ciało na wąskim parapecie. Z okna
rozciągał się widok na Front Merchants’ Bank po drugiej stronie.
Spojrzała na ulicę w dole. Tętniła życiem, choć z tej wysokości
niczego nie słyszała. Scena uliczna przypominała żywy obraz, jakby
poruszający się w dole mieszkańcy Bostonu uczestniczyli w próbie
kostiumowej, zanim kurtyna odsłoni ich dramat.

***

Theophilus przygotował laskę i bobrową czapkę, zanim makler
załatwił sprawę ze starym urzędnikiem.

– Tu jesteś, chłopcze – powiedział pan Cheshire, odbierając
swoje rzeczy i spełniając własną przepowiednię, że nie
zapamięta imienia Theophilusa. Rzucił monetę na podłogę, a później, po
starannym namyśle, jeszcze jedną.

– Dziękuję, proszę pana. Dziękuję, panie Cheshire – odparł
praktykant. Wiedział, że ten klient potrafi być przykry, jeśli
sprawy nie zostaną załatwione po jego myśli.

Urzędnik za kontuarem ciężko westchnął, porządkując stos
dokumentów, które zostawił po sobie Joseph Cheshire. Jego głośna
konsternacja najwyraźniej uradowała pana maklera, który pragnął
złożyć część swoich ciężarów na barkach innych ludzi.