Strona główna » Literatura faktu, reportaże, biografie » Jan Paweł II Świadectwa świętości

Jan Paweł II Świadectwa świętości

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7595-767-9

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Jan Paweł II Świadectwa świętości

Jan Paweł II – człowiek, który został ŚWIĘTYM „na naszych oczach”!

Książka jest zbiorem wyjątkowych wywiadów przeprowadzonych przez o. Stanisława Tasiemskiego  OP – watykanisty, z ważnymi i bliskimi Janowi Pawłowi II osobami, m.in. z prof. Joaquinem  Navarro-Vallsem  - rzecznikiem  Stolicy Apostolskiej, abp. Piero Marinim - mistrzem Papieskich Ceremonii Liturgicznych, dr Wandą Półtawską - współpracowniczką i znajomą Papieża, ks. prałatem Pawłem Ptasznikiem -  kierownikiem Polskiej Sekcji Sekretariatu Stanu Stolicy Apostolskiej - współpracownikiem Jana Pawła II i redaktorem kilku książek Papieża Polaka.

Karol Wojtyła całe życie dążył do świętości. Wszystko, co w swym życiu czynił, wynikało z jego ciągłego dialogu z Bogiem.
To właśnie stanowiło najgłębszą tajemnicę Jego wielkości.

Przejmującym potwierdzeniem drogi do świętości były ostatnie chwile życia. Wówczas, zmagając się z chorobą, ukazał milczące zjednoczenie z Chrystusem cierpiącym na Krzyżu.

Polecane książki

Po odczytaniu testamentu męża obrazek idyllicznego związku Pauliny rozpada się na drobne kawałki. Kobieta postanawia wyruszyć do Grecji, by znaleźć spadkobiercę należnego jej majątku i zdemaskować oszustwa męża. Czy uda się jej odkryć tajemnice podwójnego życia Janka? Kim są ludzie ze starych fotogr...
Miranda – antyutopijna powieść Antoniego Langego, wydana w 1924 w Warszawie, uważana przez niektórych badaczy za pierwszą nowoczesną utopię w Polsce, prekursorską względem późniejszych powieści demaskujących zbrodnie ustroju sowieckiego. Określana mianem „romansu naukowego rozszerzonego do wymiarów ...
Ten poradnik marketingowy jest wyjątkowy, ponieważ autor zabierze cię w podróż pełną zabawnych porównań, nietypowych wniosków, a momentami mocnego sarkazmu. Z każdym kolejnym rozdziałem przedstawia świat i zachowania konsumenckie w świetle swoich własnych doświadczeń, od czasu do czasu uwypuklaj...
Gabriel Stone, earl Edenbridge, jest doskonale znany w Londynie. W towarzystwie krążą plotki o jego miłosnych przygodach, niesłychanym szczęściu do gier hazardowych i gorszącej arystokratów szlachetności. Pewnego ranka po bardzo udanym wieczorze karcianym niespodziewanie odwiedza go panna Car...
Przeczytanie tej książki zakończone pisemnym i ustnym egzaminem z jej treści powinno być ustawowym obowiązkiem każdego polskiego urzędnika mającego jakikolwiek wpływ na kształt miasta – napisał Filip Springer we wstępie do książki „Miasto Szczęśliwe”. Miasta są przyszłością ludzkości, to w nich ...
Ostatnie dni gorącego lata 1939 roku w Łomży. Mieszkańcy miasta i jego okolic z niepokojem przyjmują informację o wybuchu międzynarodowego konfliktu. Jedenastego września, po kilku dniach walk nad Narwią, hitlerowcy zajmują Łomżę, by wkrótce oddać ją Sowietom. Nowe władze szybko wprowadzają swoj...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Stanisław Tasiemski OP

Strona redakcyjna

Rozmawiał i tekst opracował:

Stanisław Tasiemski OP

Korekta:

Ewa Meszka

Barbara Turnau

© Copyright by Wydawnictwo M, Kraków 2014

ISBN 978-83-7595-774-7

Wydawnictwo M

31-002 Kraków, ul. Kanonicza 11

tel. 12-431-25-50, fax 12-431-25-75

e-mail:wydawnictwom@wydawnictwom.pl

www.wydawnictwom.pl

Publikację elektroniczną przygotował:

Wstęp

W ciągu niemal osiemdziesięciu pięciu lat życia Karol
Wojtyła spotkał miliony ludzi. Z wieloma utrzymywał korespondencję, ale
niewielu spędzało z nim całe dni, tygodnie, miesiące, przebywało w
normalnych, codziennych sytuacjach. Nie wszyscy chcą się dzielić treściami
dyskusji — czasami ważniejsze wydają się sprawy, chociaż rys osobowy,
personalizm potwierdzony świadectwem życia przebija przez każdą z rozmów,
jakie udało mi się przeprowadzić ze współpracownikami i przyjaciółmi Jana
Pawła II. Ojciec Święty swój stosunek do każdego człowieka ujął
syntetycznie w zdaniu, które zawarł w liście apostolskim Novo millennio ineunte (n. 43). Nauczał, nie tylko słowem przecież, że chodzi o
postrzeganie drugiej osoby jako „kogoś bliskiego”, z kim dzielimy jego
radości i cierpienia, odgadujemy jego pragnienia i zaspokajamy jego
potrzeby, ofiarowujemy prawdziwą i głęboką przyjaźń. Jan Paweł II był
wierny w przyjaźni, co zauważa — spoza „polskiego kręgu” — abp Piero
Marini. Był zdolny do dostrzegania w drugim człowieku przede wszystkim
tego, co jest w nim pozytywne, a co należy przyjąć i cenić jako dar Boży:
dar nie tylko dla brata, który bezpośrednio go otrzymał, ale także „dar
dla mnie”. Umiał „czynić miejsce” bratu czy siostrze, nieść nawzajem
brzemiona. Dlatego też wskazywał, że człowiek jest drogą Kościoła, a
Chrystus jest drogą człowieka. Chodziło mu o konkretnego człowieka,
zanurzonego w czasie, sytuacji, posiadającego swoje wyjątkowe dzieje,
więzy z innymi ludźmi. To ja i my wszyscy jesteśmy pierwszą i podstawową
drogą Kościoła, wyznaczoną przez samego Chrystusa, która nieodmiennie
prowadzi przez Tajemnice Wcielenia i Odkupienia. To ja i każdy z nas
byliśmy przedmiotem troski, posługi i modlitw tego Wielkiego Papieża,
który kochał człowieka, bo zatopiony był w Bogu i całym sercem czcił Matkę
Najświętszą. Tę rzeczywistość dostrzegamy jedynie pośrednio, przez
świadectwa osób, które niepostrzeżenie były świadkami jego modlitwy
wyrażającej się na wiele sposobów. Ale to właśnie modlitwa była jego
pierwszym krokiem w pomaganiu innym, modlitwa poprzedzała spotkania z
politykami, udzielenie święceń biskupich czy kapłańskich. Właśnie ta
relacja z Bogiem, jego wiara mocna i wielkoduszna, wiara apostolska
sprawiała cuda. Pozwalała wytrwać wobec wszelkich przeciwności: kiedy
gwałtownie załamywała się pogoda i do cierpień spowodowanych chorobą
dołączały się przeciwieństwa przyrody — burza śnieżna, jak w Sarajewie w
kwietniu 1997 roku. Do trwania także podczas ostatnich podróży
apostolskich — co znamienne — wiodących do sanktuariów maryjnych w Lourdes
i Loreto. Jego życie było całkowicie oddane Maryi i stąd czerpał siłę, by
ukazywać, zachęcać do świętości, bo kochał człowieka i pragnął jego dobra.
Jak mówił Benedykt XVI: „Pan pozbawiał go stopniowo wszystkiego, lecz on
pozostawał skałą, zgodnie z wolą Chrystusa. Jego wielka pokora,
zakorzeniona w głębokim zjednoczeniu z Chrystusem, pozwoliła mu dalej
prowadzić Kościół i kierować do świata jeszcze bardziej wymowne
przesłanie, i to w czasie gdy siły fizyczne go opuszczały. W ten
nadzwyczajny sposób zrealizował on powołanie każdego kapłana i biskupa:
stał się jednym z Jezusem, z Tym, którego codziennie przyjmuje i ofiaruje
w Kościele”. Także o tym ogołoceniu i cierpieniu ostatnich dni możemy
sobie przypomnieć dzięki dramatycznemu niekiedy świadectwu
współpracowników i przyjaciół Ojca Świętego. Nie mogło zabraknąć — bo byli
obecni szczególnie w papieskiej posłudze — rodaków Jana Pawła II. Jemu
zawdzięczamy historyczne przemiany, ale także lekcję umiłowania ojczyzny,
jej dziejów, literatury, pobożności świętych, obywatelskiej troski o dobro
wspólne. Niech ta skromna książka pomoże nam przypomnieć sobie, w jak
nadzwyczajnych wydarzeniach było nam dane uczestniczyć, jak wielkiego
świętego było nam dane spotkać i słuchać.

o. Stanisław Tasiemski OP

Tajemnica dialogu z Bogiem

„Wszystko, co Jan Paweł II
w swym życiu robił i mówił, wynikało przede wszystkim z jego nieustannego,
mistycznego dialogu z Bogiem… I to było najgłębszą tajemnicą wielkości
tego człowieka” — powiedział ks. prałat Paweł Ptasznik, który od 1996 roku
pracuje w Sekcji Polskiej Sekretariatu Stanu Stolicy Apostolskiej. W tym
charakterze towarzyszył Ojcu Świętemu w codziennej pracy, a także
podróżach apostolskich.

O. Stanisław Tasiemski OP:
Księże Prałacie, przez dziesięć lat miał Ksiądz Prałat przywilej pracy u
boku Jana Pawła II. Kim Ojciec Święty był dla Księdza Prałata?

Ks. Paweł Ptasznik: Moją pracę w Sekretariacie Stanu
rozpocząłem w 1996 roku. Moje zadanie polegało między innymi na tym, aby
każdego dnia udać się z przenośnym komputerem i zapisywać to, co zechciał
podyktować Jan Paweł II. W 1994 roku, kiedy złamał obojczyk, Ojciec Święty
nie chciał przerywać pracy i zaproponowano mu tę formę, która mu się
spodobała i tak kontynuował. Zazwyczaj przygotowywał swoje teksty z dużym
wyprzedzeniem, najczęściej trzymiesięcznym. Tak więc krótko po Bożym
Narodzeniu zaczynał pracę nad tekstami homilii i przemówień Wielkiego
Tygodnia i Wielkanocy. Mogłem obserwować, jak Ojciec Święty pracuje.
Mogłem też z nim być w chwilach niezwiązanych z pracą, jak niedzielne
posiłki, czy przy okazji różnych świąt. Jedną z piękniejszych dziedzin
mojej pracy było towarzyszenie mu w pielgrzymkach do różnych Kościołów, do
różnych krajów. Ta praca u boku Jana Pawła II była dla mnie ogromnym,
niezasłużonym darem, za który codziennie Bogu dziękuję. Jan Paweł II był
dla mnie jak ojciec — nie z tytułu, ale ze sposobu bycia, z odniesienia.
Zawsze w spotkaniach z nim odczuwałem pełen szacunku respekt, ale też
nigdy nie byłem onieśmielony. Sprawiała to jego prostota, wrażliwość i
serdeczna życzliwość. Rozpoczynałem współpracę z Ojcem Świętym, mając
nieco ponad trzydzieści lat. Wtedy byłoby dla mnie największym zaszczytem,
gdybym mógł służyć mu tylko jako zwyczajny skryba, zapisujący skrzętnie
słowo po słowie. Tymczasem od pierwszego dnia dał mi odczuć, że oczekuje
twórczej współpracy. Szybko przekonałem się, że jego „co o tym sądzisz?”
nie było zdawkowym pytaniem, szukaniem potwierdzenia, ale zaproszeniem do
wspólnej refleksji i dyskusji. Czy mógłbym oczekiwać czegoś więcej?

Jaki był Ojciec Święty w
kontakcie z ludźmi?

Kiedyś poprosił, abym przygotował mu propozycję jego
osobistej odpowiedzi na list. Zrobiłem to, starając się wczuć w myślenie i
uczucia Papieża. Skrzętnie zachowuję kopię tego projektu, na którym
napisał odręcznie: „Myśl właściwa i argumentacja dobra. Jednak ze względu
na wiek i pozycję adresata należałoby nieco złagodzić. JPII”. Tak właśnie:
on wiedział, jak bronić prawdy, a równocześnie nie ranić człowieka, który
ma prawo do własnych idei, nawet jeśli wydają się błędne.

Ojciec Święty i jego otoczenie stwarzali bardzo
rodzinną atmosferę. Sprawiało to, że w Sekretariacie Stanu pracowaliśmy z
wielką chęcią i satysfakcją. Na przykład w Wigilię 1999 roku, gdy
rozpoczynał się Rok Święty Wielkiego Jubileuszu, Ojciec Święty wezwał mnie
rano i powiedział, że przygotowana wcześniej homilia jest dobra, ładna,
tyle że można by ją wygłosić podczas każdej innej pasterki. A my mamy
otworzyć Rok Święty. Trzeba napisać nowy tekst. Siadł i napisał. Koło
południa tekst polski był gotowy. Kiedy przetłumaczyliśmy go na włoski,
był już obiad. Bez słowa narzekania wszyscy z sekcji językowych wrócili po
południu i pracowaliśmy nad tą homilią do wieczora. Ale to nie była praca
dla pracy, lecz praca dla Tego Człowieka i dla Kościoła. Jego decyzja była
dla wszystkich święta — tak wielkim cieszył się autorytetem swoich
współpracowników.

Czy mógł Ksiądz Prałat
odczuć, że ma do czynienia z osobą nadzwyczajną, która zostanie
kanonizowana?

Jan Paweł II nie roztaczał wokół siebie jakiejś
niezwykłej atmosfery, nie uprawiał jakiegoś spektakularnego mistycyzmu.
Chodził po ziemi. Był bardzo konkretny. Natomiast uderzał mnie zawsze jego
duch modlitwy. Podczas modlitwy cały był skoncentrowany na Bogu, a
jednocześnie nie był nieobecny. To mnie zastanawiało, bo gdy się mówi o
modlitwie, to zawsze myślmy o człowieku z zamkniętymi oczami, całkowicie
zatopionym w Panu Bogu. Natomiast on widział otoczenie, potrafił spojrzeć
na zegarek. Rzecz jasna nie zwracał uwagi na to, że patrzą na niego
kamery. Ale nie był nieobecny. Czasem modlił się na głos, polskimi
pieśniami, śpiewał w kaplicy Gorzkie żale albo Godzinki. Myśmy mu w tym
nie przeszkadzali. Jeżeli w maju były nabożeństwa majowe, to szliśmy na
taras nad apartamentem papieskim i razem z Ojcem Świętym śpiewaliśmy
litanię do Matki Bożej. A jednak to zjednoczenie z Bogiem było w jego
wypadku wyjątkowe. Czasami mówił, że stosuje swego rodzaju geografię
modlitwy. Miał w swoim biurze duży atlas świata i każdego dnia go wertował
i modlił się za jakąś część Kościoła. On żył Kościołem, pamiętał o każdej
diecezji, o każdym biskupie, nawet na krańcach świata.

Ojciec Święty obejmował swoją modlitwą sprawy
przedstawiane mu w listach przez wiernych z całego świata.
Przygotowywaliśmy listę intencji, wypisywaną na zewnątrz takich koszulek,
a w środku były listy, do których zawsze mógł zajrzeć, zapoznać się bliżej
z konkretną sytuacją i rzeczywiście modlił się w intencji tych osób. Różne
były skutki tych modlitw. Pamiętam taką sytuację, która mi uzmysłowiła, że
nasze pisanie, prowadzenie korespondencji ma sens. Mianowicie pewne
małżeństwo prosiło Jana Pawła II o modlitwę w intencji dziecka
umierającego na raka. Przekazaliśmy intencję Ojcu Świętemu, a następnie
napisaliśmy taki „rutynowy” list, że Ojciec Święty się modli i błogosławi.
Ponad miesiąc później nadeszła odpowiedź od ojca tego dziecka, w której
donosił, że list od Papieża dotarł do nich w momencie, gdy właśnie dziecko
zmarło. Dla nich był to jedyny motyw, żeby nie buntować się przeciw Panu
Bogu, całemu światu i ludziom. To taki zewnętrzny obraz świętości, ale
widziałem skuteczność modlitwy Jana Pawła II w wielu innych przypadkach.

Mieliśmy też bardzo wiele świadectw od małżeństw,
które nie mogły mieć dzieci i prosiły o modlitwę, by mogły mieć potomstwo.
Sam też przyprowadzałem na audiencje małżeństwa, których dotykał ten
problem. Często po dziewięciu miesiącach okazywało się, że małżonka była
„przy nadziei”. Ta skuteczność była wówczas i jest po dzień dzisiejszy,
kiedy wiele osób prosi, żeby ich list znalazł się przy grobie Ojca
Świętego czy żeby odprawić Mszę św. w pobliżu jego ciała w danej intencji.
W wielu listach wierni dziękują za otrzymane łaski. To wstawiennictwo jest
skuteczne.

Wiele razy dzięki mediom
mogliśmy widzieć, że odbiegając od utartych schematów, Jan Paweł II
wychodził na spotkanie ludziom, odpowiadał na ich serdeczne gesty,
pozdrowienia…

To prawda. Ujmowała mnie jego wrażliwość na człowieka.
W spotkaniu z nim miało się wrażenie, że w danym momencie, kiedy się do
kogoś zwraca, to ta osoba jest dla niego najważniejsza, jest całym
światem. Miał niesamowitą pamięć i potrafił sobie o  sprawach poszczególnych osób przypomnieć po
wielu miesiącach, a nawet latach i zapytać o zdrowie danej osoby, o
konkretną przedstawioną mu sytuację, o sprawy ważne tylko dla tej osoby.
Dotyczyło to także spotkań z przedstawicielami świata polityki czy innych
„wielkich tego świata”. Pozytywnie patrzył na wszystkich i  w każdym starał się znaleźć dobro. Otwarty był
na dialog, ufając, że nawet w tych, którzy byli przez świat widziani jako
osobowości kontrowersyjne, może dojść do duchowej przemiany, a
przynajmniej do obudzenia głosu sumienia.

Niezwykłe było też jego umiłowanie Kościoła. Było to
szczególnie widoczne w okresie choroby. Często w pewien sposób płacił
swoim cierpieniem fizycznym za dobro, które dzieje się w Kościele. Tak
postrzegaliśmy jego cierpienie — mówiliśmy wtedy, że widocznie coś dobrego
dzieje się w Kościele. On też tak to przeżywał.

Często świętość kojarzy się
nam z przekraczaniem ludzkich ograniczeń, szeroką perspektywą, w której te
niezwykłe osoby postrzegają sprawy świata…

Ujrzałem to wyraziście, kiedy przygotowywaliśmy teksty
na nabożeństwo wyznania win i prośby o przebaczenie, jakie miało miejsce w
Bazylice św. Piotra, 12 marca 2000. Pozwoliłem sobie wówczas na uwagę, że
my tak często przepraszamy, a może trzeba byłoby powiedzieć więcej o
dobru, jakie Kościół wniósł w życie Europy i świata, począwszy od kultury
po szereg osiągnięć cywilizacji. Ojciec Święty powiedział mi wtedy:
„wiesz, dobro samo się obroni, a zło trzeba demaskować, nazwać po imieniu
i za nie przepraszać”.

Nierzadko to dobro
dostrzegały media i często słyszymy, że był on najbardziej medialnym
papieżem. W czym tkwiła tajemnica tego sukcesu?

To prawda, ale sądzę, że na ten fenomen trzeba
spojrzeć w dwóch wymiarach. Pierwszy to fakt, że dopiero podczas trwania
pontyfikatu Jana Pawła II nastąpił błyskawiczny rozwój technologii
teleinformatycznych, dzięki którym świat stał się „globalną wioską”. Za
pośrednictwem elektronicznych środków masowego przekazu, a przede
wszystkim internetu, telewizji, radia, telefonu, ludzie, znajdujący się w
każdym niemal miejscu na ziemi, mogą uczestniczyć w wydarzeniach, które
dzieją się na drugim jej krańcu. Dlatego też, o ile poprzednicy Jana Pawła
II mogli korzystać z prasy, a potem z radia, gdy telewizja stawiała
dopiero pierwsze kroki, o tyle on sam miał możność wykorzystywać najnowsze
osiągnięcia techniki.

Ważniejszy jest dla nas jednak drugi wymiar:
medialność samego Papieża. Jan Paweł II był „Mistrzem dialogu”, jak
nazywali go sami dziennikarze. Już pół godziny po wyborze na papieża
zaskoczył media i wszystkich zebranych na placu św. Piotra improwizowanym
przemówieniem z balkonu bazyliki, zjednał sobie wówczas serca Włochów
prośbą, by poprawili go, gdy się pomyli, mówiąc w ich i swoim już teraz
języku. Podczas kolejnych spotkań z wiernymi kilkakrotnie przerywał
czytanie napisanego tekstu, by w improwizowany sposób odpowiadać na ich
skandowanie. Hierarchowie watykańscy, a także dziennikarze zajmujący się
od lat tematyką religijną zrozumieli, że nowy Papież będzie inaczej niż
jego poprzednicy, bardziej spontanicznie, zachowywał się wobec wiernych i
wobec mediów. Przy czym serdeczność i poczucie humoru Jana Pawła II w
bezpośrednich kontaktach ze wszystkimi ludźmi, niezależnie od zajmowanych
przez nich stanowisk, budziły duże zdumienie, gdyż wykraczały poza
obowiązujące dotąd w Watykanie konwenanse.

Ta zdolność przełamania
konwenansów objawiła się już w pierwszej pielgrzymce zagranicznej do
Dominikany, Meksyku i na Wyspy Bahama na przełomie stycznia i lutego 1979
roku…

Dziennikarze, którzy towarzyszyli wówczas Papieżowi, z
dużym zaskoczeniem wspominali zaimprowizowaną w samolocie konferencję
prasową. Jan Paweł II przyszedł przywitać się i życzyć im owocnej pracy,
jak robił to w podobnych sytuacjach jego poprzednik Paweł VI. Gdy jednak
jeden z nich odważył się zapytać: „Czy Ojciec Święty ma zamiar udać się do
Stanów Zjednoczonych?”, Papież odpowiedział po angielsku. Potem w kilku
innych językach odpowiadał jeszcze na wiele innych pytań zadawanych przez
ośmielonych już dziennikarzy. Protokół watykański po prostu nie
przewidywał takiej sytuacji, ale Jan Paweł II wprowadził już od tej
pierwszej podróży zwyczaj zaimprowizowanych konferencji prasowych na
pokładzie „volo papale”, czyli papieskiego samolotu. A gdy jako pierwszy w
historii zwierzchnik Kościoła katolickiego przybył do Stanów
Zjednoczonych, gdzie zaskakiwał wszystkich umiejętnością nawiązywania
dialogu i spontanicznością podczas spotkań zarówno z politykami, jak i
młodzieżą w Madison Square Garden czy biednymi z Bronksu, numer tygodnika „Time”
wyszedł ze zdjęciem Papieża na okładce i tytułem John Paul Superstar.

Czy Jan Paweł II miał jakąś
„metodę” przyciągania uwagi lub zyskiwania sympatii i szacunku?

Nie, on był po prostu sobą. Niczego nie ukrywał ani
niczego nie udawał zarówno wtedy, gdy był młody i silny, jak i wtedy, gdy
był chory, zniedołężniały i cierpiący. Wyraźnie i stanowczo mówił też
zawsze o tym, w co wierzy. Nie dopisywał nigdy w swoich tekstach niczego,
by się komukolwiek przypodobać, ani nie łagodził swoich wystąpień z obawy
przed jakąkolwiek krytyką, również ze strony mediów. Zafascynowany
osobowością Jana Pawła II włoski watykanista Gian Franco Svidercoschi
wspomina, że już na początku pontyfikatu pojechał specjalnie do Polski, by
spróbować zrozumieć, kim jest ten polski Papież. I odkrył to, co
rzeczywiście było zawsze siłą osobowości Karola Wojtyły — jego
autentyczność. Gdy został Papieżem, nie zmienił swego sposobu bycia i
zachowywał się z równą naturalnością i prostotą, jak zachowywał się wobec
ludzi jako biskup w Krakowie czy wcześniej jako wikary, prowadzący
duszpasterstwo akademickie. Tak więc we wszystkim, co mówił i robił jako
Papież, był wiarygodny, bo był autentyczny. Gdy występował w obronie
pokoju, był wiarygodny, bo sam przeżył osobiste tragedie podczas II wojny
światowej. Gdy bronił praw i godności człowieka, był wiarygodny, bo sam
zaznał biedy i przemocy, żyjąc w czasach XX-wiecznych totalitaryzmów. Gdy
jako pierwszy papież w historii przekraczał próg synagogi i gdy mówił o
dialogu z judaizmem, był wiarygodny, bo w młodości mieszkał wśród Żydów i
z wieloma się przyjaźnił. Gdy na spotkaniach z młodzieżą mówił nie tylko o
Chrystusie i Kościele, ale też o pracy i miłości, był wiarygodny i
nawiązywał z tymi młodymi ludźmi świetny kontakt, bo rozmawiał z nimi w
taki sposób, jak wtedy, gdy jako ksiądz i biskup z grupą studentów chodził
po górach czy pływał na kajakach. Wreszcie, jego medialny wizerunek był
wiarygodny, a Papież nawiązywał dobry kontakt z widzami i słuchaczami
właśnie dlatego, że zachowywał się naturalnie i był w rzeczywistości
mistrzem w prowadzeniu dialogu, również poprzez niewerbalne gesty. Już
sama jego postawa wobec ludzi — wyprostowana sylwetka, rozłożone lub
wyciągnięte do góry ręce — wyrażała otwartość i zachęcała do zaufania.

Z Ojcem Świętym spotykali
się czołowi politycy czy też gwiazdy mediów. Czy również im udzielała się
ta otwartość Jana Pawła II?

Ojciec Święty ciepłym gestem, serdecznym słowem,
uśmiechem czy spojrzeniem potrafił błyskawicznie przełamać dystans
onieśmielenia, tak że rozmówca miał wrażenie, jakby rozmawiał z kimś
bliskim, kogo zna już od dawna. Papież zawsze patrzył prosto w oczy i
jakby przenikał wzrokiem, zachęcając do mówienia. Jego bezpośredniość
wywierała ogromne wrażenie na gwiazdach mediów: sportowcach, artystach,
politykach, którzy przyzwyczajeni do tego, że uwaga otoczenia zwykle
skupia się na nich, w jego obecności tracili pewność siebie i czuli się
wzruszeni. Warto przypomnieć, jak na spotkaniach z Papieżem zachowywali
się np. dyktatorzy i politycy, którzy mieli na swoim sumieniu rozmaite
zbrodnie. Choć doradzano Papieżowi, że nie powinien w ogóle spotykać się z
Arafatem, Pinochetem, Jaruzelskim, Castro, on podawał im rękę. Nie
usprawiedliwiał czynionego przez nich zła, mówił o nim głośno i stanowczo.
Ale spotkaniem i rozmową jakby odwoływał się do głębi ich człowieczeństwa,
a oni w jego obecności zachowywali się z zakłopotaniem, trochę tak, jakby
stali przed trybunałem sumienia.

Co było źródłem tej
umiejętności nawiązania bezpośredniego kontaktu z każdym człowiekiem?