Strona główna » Obyczajowe i romanse » Jej inne życie

Jej inne życie

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7859-974-6

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Jej inne życie

Powieść "Jej inne życie" opowiada o kobiecie, która postanowiła zerwać z dotychczasowym życiem i urządzić się na nowo zmieniając swoją tożsamość. Buduje swoje inne życie dręczona obawami przed odkryciem jej tajemnicy. Akcja dzieje się w połowie lat pięćdziesiątych nieco alternatywnej wersji historii powszechnej. Dlatego znajdują się w niej odniesienia do istniejących, lub nieistniejących już miejsc, oraz wspominane nazwiska osób naprawdę kiedyś żyjących.

Polecane książki

Miesięcznik dominikański z 40-letnią tradycją. Pomaga w poszukiwaniu wiary i pogłębianiu życia duchowego. Porusza na łamach problemy współczesności, perspektywę religijną poszerza o tematykę psychologiczną, społeczną i kulturalną....
Książka jest jedyną, jak dotąd, w świecie antologią legend Mandżurów i innych ludów, związanych z historyczną Mandżurią. Autor, znany mandżurysta, wykonał ogromną pracę, gromadząc dziesiątki rozproszonych po różnych, zwykle trudno dostępnych źródłach tekstów, tłuma...
Grant przed laty opuścił rodzinne strony z postanowieniem, że nigdy tu nie wróci. Teraz musi przejąć spadek po ojcu – farmę nad malowniczą zatoką. Chce wszystko sprzedać, ale musi obalić zapis o przekazaniu części ziemi ekologom. Ich szefowa, Kate Dickson, nie zamierza poddać się bez walki. Nie zna ...
Warunki i jakość życia pozwalają w sposób kompleksowy opisać sytuację, w jakiej znajdują się jednostki czy zbiorowości, oraz określić ich poziom zadowolenia i poczucie satysfakcji w relacji do istniejącej infrastruktury, sytuacji gospodarczej czy stopnia zaspokojenia potrzeb życiowych. W książce opi...
Poradnik do gry Call of Juarez: The Cartel skupia się na postaci Bena McCall. Zawiera kompletny opis przejścia kampanii oraz wszystkich ukrytych sekretów, a także porady dotyczące trudniejszych starć.Call of Juarez: The Cartel - Ben McCall - poradnik do gry zawiera poszukiwane przez graczy tematy i ...
Amber powinna być najszczęśliwszą kobietą na świecie. Ma zamożnych rodziców, którzy spełniają wiele jej zachcianek, i bogatego narzeczonego, który szybko pnie się po szczeblach kariery politycznej. Pewnego dnia postanawia jednak zmienić swoje na pozór wspaniałe życie. Zrywa z narzeczonym, zawiadamia...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Arthur de Fer

Arthur de Fer

Jej inne życie

© Copyright by Arthur de Fer & e-bookowo

Skład: Ilona Dobijańska

ISBN 978-83-7859-974-6

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2018

Konwersja

Od autora

Aby stworzyć tę opowieść musiałem zmienić historię świata. Miała otaczać ją rzeczywistość, w której polityka jest kierowana przez zdrowy rozsądek, a rzeczy dzieją się według wszelkiego prawdopodobieństwa. W takim świecie niezliczone okropieństwa, jakie przynosi babcia-historia, nie miałyby miejsca, a moje ulubione miasto wciąż byłoby piękne.

A to wszystko tylko po to, aby namalować tło dla opowieści o pewnej kobiecie…

Tego deszczowego wieczoru Trix siedziała przy swoim ulubionym stoliku w Cafe Vivian, z dobrym widokiem na drzwi wejściowe i małą scenę. Trwał właśnie występ jednego z bardziej utalentowanych, miejscowych śpiewaków. Na zewnątrz zapadał zmrok i przez okna, w świetle latarń, można było dostrzec sylwetki przechodniów, pochylających się w obronnym geście przed strugami deszczu i dokuczliwie zimnym wiatrem.

Trix skuliła się w swoim fotelu – im dłużej przypatrywała się w znudzeniu przechodniom za oknem, tym bardziej wydawało się jej, że cieniutka materia szyb oddzielająca ją od tego widoku, przepuszcza coraz więcej wiatru i wilgoci. Złudzenie, ale jakże sugestywne. Pochyliła się nad kieliszkiem Martella. Szybkim, zdecydowanym ruchem wzięła łyk i opadła z ulgą na oparcie. Westchnęła głęboko i przez chwilę skupiła się na cieple rozchodzącym się po ciele. Zapaliła papierosa i rozejrzała się po lokalu. Kilka par siedzących przy stolikach, pochłonięte było swoimi rozmowami, dwóch obcych, młodych ważniaków spoglądających z poczuciem wyższości na resztę klientów. Jakiś starszy mężczyzna w eleganckim garniturze, popijający piwo i przysłuchujący się występowi… Przynajmniej do czasu, kiedy śpiewak zszedł ze sceny i zastąpiła go muzyka nadawana przez radio. W przeciwległym rogu, na sofie za stolikiem, siedziały przytulone Flora i Dagmar. Akurat, kiedy Trix na nie spojrzała, Flora nieśmiało, ostrożnie i delikatnie pocałowała Dagmar w usta. Ta uśmiechnęła się i cicho coś powiedziała, jakieś słowa, których nikt, oprócz nich, nie mógł usłyszeć. „Nareszcie” – pomyślała Trix. – „Nareszcie się na to odważyły, nieśmiałe, niewinne duszyczki”. Znała je, znała większość dziewcząt pojawiających się często w tym lokalu, w tym właśnie miejscu, w którym podobne sceny nie wywoływały zgorszenia. Nie były też niczym dziwnym, ani zdrożnym.

„Jakie to teraz wyraźne… Odpowiednie miejsce dla takich dewiantek jak my. Dobry, ciepły kąt, w którym można schować się przed tym całym, cholernie zimnym, światem” – pomyślała Trix. Jakby potwierdzając te słowa lokal powoli wypełniał się stałymi bywalcami, w większości znanymi Trix. Niektórzy pozdrawiali ją z daleka, inni tylko uśmiechali się na jej widok. Niektórzy podchodzili na chwilę, tak po prostu, żeby zamienić kilka słów. Atmosfera stawała się niemal rodzinna.

Ciemność na zewnątrz dopełniła się. Deszcz stawał się coraz bardziej intensywny, wiatr nie tracił na sile. Zgodnie z prognozami, które Trix słyszała tego dnia w radiu, pogoda załamała się. W lokalu robiło się powoli tłoczno, wszystkie miejsca były zajęte, wielu gości stało to tu, to tam, popijając i rozmawiając. Szum wielu głosów mieszał się z niezbyt głośną muzyką z radia. Niektórzy lekko podrygiwali w jej rytmie. Papierosowy dym wypełniający salę wydawał się dopełniać zagęszczenia. Atmosfera wewnątrz ocieplała się i jednocześnie wypełniała tym rodzajem chaosu, który może powstać tylko w tłumie.

Przez chwilę, ponad gwar, wybił się wysoki głos Margit, jednej z kobiet często odwiedzających ten lokal. Stojąc na krześle, zaśpiewała kilka taktów jakiejś arii, jej towarzysz przez chwilę bił jej brawo, a wianuszek otaczających ich dziewcząt uśmiechał się słodko i z wyraźnym uwielbieniem. Margit dawała następny pokaz swojego niezaprzeczalnego talentu i piękna. Jak zawsze spotykający się ze świetnym przyjęciem towarzystwa nieświadomego faktu, że Margit zawsze występuje przede wszystkim przed samą sobą. Była śpiewaczką operową, kiedyś w jednej z rozmów zwierzyła się Trix, że kiedy staje przed publicznością, w blasku jupiterów, staje się, w swoim własnym odczuciu, osamotniona. Tak, że cały występ poświęca samej sobie, że robi to tak, jakby w promieniu setek kilometrów nie było nikogo. Wtedy śpiewa najpiękniej, tak pięknie, że sama daje się ponieść własnemu śpiewowi, spontanicznie i bez zahamowań.

Trix siedziała wciąż sama i przyglądała się temu zgromadzeniu oryginałów. Tak wiele ciekawych, barwnych postaci, a jednak razem zbijali się w czarno-białą masę, tłum, który tak bardzo przypominał każde inne zgromadzenie ludzi. Ich oryginalność była tą cechą, która w tak wielkim zagęszczeniu łączyła ich w bezkształtną materię, zwyczajny tłum, zwyczajne zgromadzenie szarych, codziennych postaci.

Rzuciła okiem na otwierające się właśnie drzwi i zamarła. Przez chwilę ogarnął ją chłód mrożący ciało od stóp do głów. Do Cafe Vivian weszła obca kobieta w potarganym przez wiatr płaszczu i z przemoczonymi włosami. Ciągnęła za sobą ciężką walizę, jak podróżny tobół, który wyraźnie jej przeszkadzał w poruszaniu się. Wydawało się, że wraz z jej wejściem wtargnął do wnętrza zimny wiatr. Szeroko otwartymi oczami wodziła po tłumie, jakby w poszukiwaniu kogoś znajomego. Niby nie było w tym widoku nic niezwykłego, jednak twarz tej kobiety przyciągnęła uwagę Trix. Nieznajoma jeszcze przez chwilę rozglądała się, po czym zaczęła przedzierać się przez tłum, najwyraźniej w poszukiwaniu wolnego miejsca. Wyglądała jak dziewczynka zagubiona w ciemnym lesie.

Trix wstała. Ogarnięta jakimś niesamowitym wrażeniem nierealności, szybko wypiła ostatni łyk koniaku, postawiła kieliszek na stoliku i zaczęła przeciskać się przez tłum, który zdawał się jej w tym przeszkadzać. W końcu stanęła przed kobietą, która wciąż rozglądała się dookoła. Trix chwyciła ją za rękę i pociągnęła lekko do siebie. Nieznajoma spojrzała na nią zaskoczona, ale nie stawiała oporu. Dała się pociągnąć do stolika i posadzić w wygodnym fotelu. Uniosła głowę, żeby spojrzeć na Trix. Ta przez sekundę popatrzyła na nią z góry, po czym przykucnęła przed siedzącą i chwyciła za jej złożone dłonie. Szybko powiedziała:

– Siedź tutaj i nie ruszaj się stąd, dobrze? Zaraz do ciebie wrócę.

Nieznajoma pokiwała głową i opadła na oparcie fotela. Zamknęła oczy i głęboko westchnęła. Trix wstała i pośpiesznie przedarła się do baru, powiedziała do Christiana:

– Dwa razy Martell, szybko.

Barman spojrzał na nią bokiem i zorientował się, że mówi poważnie. Szybko wypełnił dwa kieliszki i podał na bar. Chwyciła je i ruszyła w drogę powrotną, wypatrując z niepokojem nieznajomej. Czy czasem gdzieś nie zniknęła? Lecz kobieta siedziała wciąż rozglądając się zagubionym wzrokiem. Trix podeszła, podała jej jeden kieliszek i powiedziała:

– Pij, to cię rozgrzeje.

Patrzyła jak ociekająca wodą nieznajoma wychyla łyk, po chwili drugi, szybciej, wyraźnie jej pomógł. Kiedy siedziały już obok siebie przy stoliku, zwróciła wzrok w stronę Trix i powiedziała miłym, aksamitnym głosem z nieco dziwnym akcentem:

– Dziękuję. Już mi cieplej. Kto ty jesteś? Dlaczego to zrobiłaś?

– Od razu zadajesz pytania? Wszystkiego się dowiesz, nie martw się. Nie jesteś stąd, prawda? Zgubiłaś się?

– Tak, jestem… jestem z Londynu. Miałam tu się zatrzymać na jeden dzień i dołączyć do przyjaciół, ale pomyliłam drogę i… i…

– Zostawili cię samą w obcym mieście? Nie zostawili nawet mapy?

– Tak… Nie zostawili, miałam tylko dotrzeć do portu, ale zgubiłam się i spóźniłam na statek, który już odpłynął i szukałam jakiegoś… miejsca, żeby… żeby się zatrzymać na tą noc i…

– Już nie szukaj, pójdziesz ze mną.

– Ale dokąd, gdzie? – zaniepokoiła się nieznajoma.

– Do mnie, to niedaleko, przenocujesz w moim mieszkaniu.

– Ale ja…

– O nic się nie martw, zaufaj mi, nic ci nie zrobię. Jak masz na imię?

– Ma… Sylvia – szybko poprawiła się nieznajoma.

– W porządku Sylvio, ja jestem Trix. Dopij koniak i pójdziemy, dobrze? – Trix zorientowała się, że chyba lepiej nie zadawać tej kobiecie zbyt wielu pytań. Coś ukrywała, ale w tej chwili nie miało to znaczenia. Patrzyła jak Sylvia dopija koniak i jak przechodzi przez nią dreszcz. Trix podała jej drugi kieliszek i znów przyglądała się, kiedy ta powoli pociągała z niego. Miała delikatne, szlachetne rysy twarzy, ładnie zarysowane usta i duże, szare oczy. Jej włosy stawały się już powoli suche, jaśniały.

– Czy już? Możemy iść?

Sylvia skinęła głową i powoli podniosła się z fotela. Obróciła się do Trix i nieśmiało powiedziała:

– Jestem cała mokra. Znów mam wyjść na zewnątrz?

– Spokojnie, moja droga. Zaraz będziemy u mnie i wreszcie będziesz mogła odpocząć.

Sylvia opuściła wzrok i szybko pokiwała głową. Pozwoliła wziąć się za rękę i poprowadzić do wyjścia. Na zewnątrz uderzył w nie wiatr niosący ze sobą strugi ulewnego deszczu. Po wyjściu z ciepłego pomieszczenia wydawało się, że na dworze panuje mróz. Trix rozłożyła swój wielki parasol, obydwie schowały się pod nim i ruszyły. Szybko skręciły za róg, skąd miały tylko jakieś sto metrów do celu. Weszły do środka budynku i Trix pokazała Sylvii drogę w górę po schodach. Pomogła jej wciągać do góry ciężki bagaż. Cały czas milczały, aż stanęły przed drzwiami właściwego mieszkania. Prowadząca otworzyła je, wzięła walizkę Sylvii i poprowadziła ją pod rękę do środka. Po wejściu zatrzymała się, poczekała aż Sylvia wejdzie dalej i zamknęła drzwi opierając się o nie plecami. Sylvia obejrzała się na nią niepewnie.

– Więc dobrze – powiedziała po angielsku Trix – Możesz już zdjąć płaszcz. Tutaj odpoczniesz. Jesteś głodna? Zjesz i powiesz mi, skąd tak uciekasz, aż do Hamburga. I nie bój się, nic ci tutaj nie grozi.

* * *

Lato miało się ku końcowi. Czas upałów już minął, powietrze odzyskało świeżość i straciło duszny zapach rozgrzanego kurzu. Drzewa wciąż obciążone były bujną, ciężką zielenią, która dawała błogosławiony cień. Plaża, park i ulice wciąż pełne były turystów, hałaśliwych i wszędobylskich. Nadmorski bulwar i okolice parku pełne były biegających dzieci, ich rodziców i dziadków gotowych spełniać wszelkie zachcianki swych wnucząt. Te z kolei biegały wśród licznych kramów, które oferowały wszystko, czego można się było spodziewać w miejscu o tak rekreacyjnym charakterze.

Wśród tego gwaru, po oddzielonej od plaży wąskim pasmem młodych wydm Am Seestrande, szedł młody mężczyzna, ubrany w jasny, letni garnitur. Spokojnym krokiem przemierzał trasę swoich częstych spacerów, napawając się atmosferą gasnącego lata. Bez pośpiechu szedł przed siebie nie zwracając uwagi na kolorowy tłum otaczający go ze wszystkich stron. Cierpliwie wymijał dzieci zabiegające mu co chwilę drogę, staruszków, którzy powoli przemierzali tą samą trasę. I kuracjuszy, którzy wylegli tłumnie na wydmy i plażę, żeby skorzystać z przyjemnego ciepła przed zapadnięciem zmroku.

Mężczyzna zatrzymał się na chwilę przy końcu bulwaru. Po chwili podążył przez skwer pomiędzy nadmorską Strandhalle i Kurhaus. W tym miejscu nie było tłumu, a duże kasztanowce rzucały błogi cień. Skwer był pusty, jeśli nie liczyć dziewczyny, która szła alejką z naprzeciwka, podpierając się laską i trzymając na smyczy ogromnego psa. Powoli zbliżali się, spoglądając ukradkiem na siebie. Nieznajoma ubrana była skromnie, lecz ze smakiem, miała spięte z tyłu włosy mysiego koloru i twarz o dużych, podkrążonych oczach. Jej wzrok zdawał się skupiać z niezwykłą intensywnością na wszystkim, na co spojrzała. Kiedy zbliżyli się do siebie na parę kroków, mężczyzna odniósł wrażenie, że młoda kobieta chce coś do niego powiedzieć. Obrócił twarz w jej stronę, ona jednak ominęła go bez słowa, odwracając wzrok i z uporem wpatrując się przed siebie. On sam przeszedł jeszcze sto kroków, zaskoczony nagłym uczuciem pustki, które go ogarnęło. Zatrzymał się przy końcu alei i obejrzał za siebie. Dziewczyna była już po drugiej stronie – szła w tym samym tempie stukając laską. Drobnymi, lecz zdecydowanymi ruchami przyciągała do siebie psa, który miał najwyraźniej ochotę pobiec przodem, lecz nie szarpał smyczy na tyle mocno, by kobieta mogła stracić równowagę. Przez chwilę patrzył na tą scenę pełną dziwnego, ulotnego patosu. Dziewczyna podążała przed siebie pomimo swej ułomności, uparcie i metodycznie przeciwstawiając się losowi, który skazał ją na takie trudy. Po chwili zniknęła skręcając w stronę plaży.

Mężczyzna powoli odwrócił się i podążył dalej, w kierunku domu. Wciąż pod wrażeniem krótkiego spotkania z nieznajomą, pokonał całą drogę niemal bezwiednie, nie zwracając uwagi na przechodniów, samochody i brzęczące tramwaje. Wciąż rozmyślał o dziewczynie z psem. Wydawała się znajoma, przypominała kogoś, jak dawno niewidziana osoba, którą się kiedyś dobrze znało. Miał wrażenie, że powinien coś zrobić, powiedzieć. Ten krótki epizod wepchnął go w poczucie jakiejś pustki, jak coś niedokończonego. Po minięciu kilku bocznych uliczek skręcił z Danzigerstraße, poszedł w kierunku swojego domu na Feldweg. Pogrążony w rozmyślaniach automatycznie otworzył drzwi przy bramie, wszedł do budynku i zaczął powoli wspinać się po schodach na piętro. Otrząsnął się dopiero w drzwiach, wchodząc do swojego mieszkania. Zdjął marynarkę i powiesił ją na krześle stojącym w długim przedpokoju. Spojrzał na stojący w rogu zegar, wszedł do gabinetu, otworzył drzwi balkonowe i wyszedł na zewnątrz. Zapalił papierosa. Podniósł z podłogi balkonu małą popielniczkę, postawił ją na parapecie okna i spojrzał na kamienicę po drugiej stronie ulicy. Sylvia Alsenor stała na balkonie swojego mieszkania i przyglądała mu się, paląc papierosa.

Wieczór zapowiadał się pogodnie, jak większość wieczorów tego lata. Słońce chylące się powoli ku zachodowi nadawało wszystkiemu złoty odcień, a lekki wiaterek przynosił znad morza zapach rozgrzanego piasku. Ruch na tej ulicy nie był zbyt intensywny. Z innych miejsc dobiegał tu zaledwie cichy szmer zwykłego ulicznego hałasu. Nieliczni przechodnie poruszali się bez pośpiechu, a niezbyt odległy odgłos tramwajów i samochodów wydawał się robić mniej hałasu niż zwykle. Sylvia stała i cieszyła się zarówno wieczornym powietrzem, jak i niezwykle spokojnym nastrojem, jaki panował na ulicy. Wiatr lekko poruszał jej włosami i sukienką. Z któregoś z okien sąsiedniej kamienicy dobiegło parę taktów spokojnej, łagodnej muzyki. Zgasiła papierosa w ciężkiej, szklanej popielniczce stojącej na balkonowym stoliku i właśnie miała wrócić do środka mieszkania, kiedy zatrzymała się i bez pośpiechu odwróciła głowę. Człowiek na balkonie po drugiej stronie ulicy podniósł wzrok i spojrzał dokładnie na nią. Przez krótką chwilę patrzyli sobie w oczy, po czym znów opuścił wzrok, pogrążając się we własnych myślach. Sylvia powoli odwróciła się i z lekkim uśmiechem na ustach mruknęła pod nosem:

– Wiedziałam, że przyjdzie.

Weszła do mieszkania i zamknęła za sobą drzwi. Zaciągnęła zasłony i udała się do sypialni, gdzie czekała na nią dopiero co otwarta książka.

* * *

Jeszcze dziesięć lat wcześniej ulica ta była tylko polną drogą biegnącą z zachodu na wschód. I tak też nazywała się teraz – Feldweg. Po jej południowej stronie, gdzie mieszkała Sylvia, znajdowały się tylko cztery nowe domy. Po północnej było ich pięć. Dalej, w stronę pozostałości starego fortu, ciągnęły się nieco podmokłe łąki, które z rzadka wykorzystywano jako pastwiska przedzielone wąską, gruntową drogą. Sama ulica nie była więc zbyt często uczęszczana. Ot, mały lokalny ruch, czasem ciężarówka podążająca w kierunku wojskowych instalacji przy torach kolejowych. Nic specjalnego. Feldweg nie była też zbyt szeroka. Jej nawierzchnia była utwardzona nowym brukiem, po obu stronach ciągnęły się wąskie chodniki. Okoliczne pary czasem po nich spacerowały, zawracając w miejscu, gdzie brukowana nawierzchnia kończyła się za zabudowaniami. W czasie lata i wczesnej jesieni było tu naprawdę uroczo, szczególnie wieczorami. Pomimo bliskości Danzigerstraße, od której Feldweg brała swój początek, było tu w miarę cicho. Czasem tylko słychać było pociągi, dojeżdżające do niedalekiego portu.

Dom oficjalnie należał do ciotki Sylvii – Berthy Schrödinger. Ona sama zajmowała całe piętro budynku. Na parterze znajdował się prowadzony przez Sylvię sklep. „Sklep Papierowy” – głosił szyld nad wejściem. Mała księgarnia, jedyna w okolicy, wszystko, co można było wykonać z papieru i trochę materiałów do rysunku i malowania. Sylvia nie mogła sobie tego odmówić, przecież wciąż miała ogromny sentyment do rysunku. Lokal znajdujący się na zapleczu parteru był umeblowany, lecz niezamieszkały. Pierwotnie miał służyć jako magazyn sprzętu ogrodniczego, gdyż za domem znajdował się zaniedbany ogród, właściwie nieużytek, teraz pozostawiony sam sobie.

Na pierwszym piętrze kamienicy po drugiej stronie ulicy mieszkał pewien człowiek, Sylvia wiedziała tylko tyle, że mężczyzna ów nazywa się Kempf. Niewiele więcej mogła o nim powiedzieć. W pewnym sensie był miejscową ciekawostką, obiektem okazyjnych rozmów i domysłów. Nikt nie znał go dobrze, niewielu mieszkańców Brösen kiedykolwiek z nim rozmawiało, nikt nie wiedział, czym się zajmuje, ani skąd pochodzi. Był świetnym tematem rozmów dla okolicznych plotkarek i niektóre z nich opowiadały Sylvii niestworzone rzeczy, kiedy kupowały coś w jej sklepie. Gadały o tym, że jest bardzo dziwny, bo wie pani, nie wiadomo, co robi, skąd ma pieniądze na ten piękny apartament w tym ładnym domu, ten piękny samochód i garnitury. Bardzo dobre garnitury, widziała pani? Plotki mniej lub bardziej prawdopodobne. Niektóre mówiły, że Kempf jest synem bogatego człowieka, który go wygnał, nie pozbawiając jednak majątku. Były też i takie, które mówiły o tym, że w najlepszym wypadku jest przestępcą i zboczeńcem, ukrywającym się tutaj przed wymiarem sprawiedliwości. W tym momencie plotkarki przechodziły do bliższych im tematów. A przecież w tej dzielnicy mieszkało wiele innych ciekawych i majętnych osób. Niektórzy z nich posiadali piękne domy, często otoczone zadbanymi ogrodami. Bogatsze rezydencje znajdowały się jednak bliżej plaży, w atrakcyjniejszych miejscach, bardziej prestiżowych. Kempf wybrał jednak to. Sylvia czasem myślała, że może faktycznie, jak ona sama, Kempf ma coś do ukrycia.

Trwało to od jakiegoś czasu. Nienachalnie przyglądali się sobie, trochę jak nieśmiali nastolatkowie. Nigdy ze sobą nie rozmawiali. Nikt nigdy ich ze sobą nie poznał. Nie wiedzieli zbyt dużo o sobie, poza tym, że mieszkali w sąsiedztwie. Po prostu kiedyś, jakiś rok wcześniej, Sylvia przez przypadek zobaczyła, że w otwartym oknie domu, dokładnie naprzeciwko jej, także otwartego okna, stoi młody mężczyzna i patrzy na nią. Na początku poczuła się nieswojo, przez chwilę wpadła w popłoch. Później jednak stało się to jakimś zwyczajem. Po prostu od czasu do czasu przypatrywali się sobie.

Wiedziała, że najprawdopodobniej Kempf zajmuje całe pierwsze piętro tej kamienicy. Przez jego okna, których nie zasłaniał nawet firankami, widziała jednak tylko część tego apartamentu. Po jej prawej stronie widać było jego bibliotekę ze stołem do bilarda na środku, po lewej było coś w rodzaju małego saloniku, w środku zaś gabinet. Apartament musiał mieć jeszcze inne pomieszczenia. Nie widziała u niego zbyt wielu gości. Czasem pojawiali się jacyś mężczyźni, z którymi Kempf rozmawiał. Najwyraźniej prowadzili jakieś interesy. Czasem przychodziła dziewczyna o długich blond włosach. Nie wyglądała na gosposię, ale najwyraźniej pomagała Kempfowi w utrzymywaniu porządku. Z tego, co Sylvia zauważyła, pojawiała się ona dosyć nieregularnie. Oprócz niej, w mieszkaniu Kempfa widziała tylko jedną kobietę. Pojawiła się jedynie dwa razy. Była to wysoka kobieta o czarnych, bardzo długich włosach, która wspierała się laską. Sylvia widziała ich kiedyś razem na ulicy. Twarz nieznajomej przyciągała uwagę, szczególnie jej oczy. Przypominały oczy polującego kota. Robiła dziwaczne wrażenie – odrobinę wyższa od Kempfa, utykająca, chodziła jednak energicznie i z pewną gracją. Razem tworzyli ciekawą parę, dawało się też dostrzec pewne podobieństwo między nimi.

Sylvię intrygowała jego postać. Była w nim jakaś tajemnica, coś co powodowało, że powracał w jej myślach. I przynosił ze sobą ten stary lęk przed byciem obserwowaną. Kto wie, może nawet ocenianą? Nie działo się jednak nic niepokojącego, więc szybko odpędzała ten lęk od siebie. Było w nim też coś pociągającego, bo wspólne przyglądanie się sobie nawzajem przerodziło się w jakiś rodzaj okazyjnego rytuału.

Nie obywało się oczywiście bez refleksji. „Jestem śmieszna” – myślała czasem, spoglądając w jego okna. – „Mam już trzydzieści pięć lat, a zachowuję się, jakbym była nastolatką, chcącą podglądać chłopaka. Co to za pomysły, żeby przyglądać się ukradkiem obcemu człowiekowi? Może i jest to zabawne i interesujące czasami, ale również głupie i niedojrzałe. No i nie całkiem ukradkiem. Powinnam przestać”.

* * *

Widoczne od północy chmury zabarwione były dramatyczną czerwienią, przechodzącą ku zachodowi w pomarańcz. Siedząca na fotelu Sylvia z przyjemnością obserwowała przez okno ich powolny przemarsz. Rozparła się wygodnie w fotelu i wyciągnęła nogi na stojący przed nią mały stołeczek. Przez chwilę myślała o tym, jak przyjemne może być korzystanie z drobnych uroków samotnego życia. Przez uchylone okno dobiegały ją krzyki wysoko krążących mew. Poczuła na twarzy delikatny powiew chłodnego powietrza. Z oddali dobiegł dźwięk dzwonka przejeżdżającego po Danzigerstraße tramwaju.

Sylvia z zadowoleniem przeciągnęła się. „Ależ przyjemnie” – pomyślała. – „Wygląda na to, że w końcu poczułam to, o co chodziło. Zwyczajny, bezpieczny spokój. Tu mnie już nikt nie znajdzie, zniknęłam. Upragnione poczucie błogiego bezpieczeństwa w końcu przyszło. O rany, dlaczego ludzie nie dostrzegają wartości bycia zwyczajnym nikim? Tego, że można spokojnie gapić się w niebo, nie myśląc o tym, że następnego dnia trzeba będzie opowiadać obcym o sobie i o tym, jak się wymyśliło swoje historyjki. Tłumaczyć się z tego i tamtego, znosić to zainteresowanie obcych osób, o których nie ma się bladego pojęcia, a trzeba choć trochę się przed nimi wywnętrzać. Ufff, co za ulga, mam to już za sobą. Tylko dlaczego odczuwam to tak intensywnie dopiero teraz? Czyżbym walczyła z jakąś nie uświadomioną nerwicą?” Sięgnęła po papierosa, kiedy zadzwonił stojący na stoliku obok telefon. Westchnęła i podniosła słuchawkę. Po drugiej stronie usłyszała głos ciotki Berthy.

– Witaj kochanie, co tam słychać u ciebie? Wszystko w porządku?

– Tak ciociu, wszystko gra. Siedzę właśnie sobie wygodnie w fotelu z kubkiem słodkiego kakao i gapię się przez okno na chmury.

– Wieczorny relaks? To dobrze, odpoczywaj sobie. Dzwonię do ciebie, żeby zapytać, czy przemyślałaś już moją propozycję?

– Tę o przyjęciu jakiejś pomocy do domu?

– Tak, właśnie tę.

– Właściwie niespecjalnie się do tego przyłożyłam. Mówiąc szczerze, nie bardzo wiem, czy to dobry pomysł. A poza tym, kogo niby miałabym zatrudnić?

– Pozwól, że ja się tym zajmę moja droga. Pomysł jest na pewno dobry, jak długo chcesz pozostać tam sama? Powinnaś mieć jakąś pomocną dłoń obok siebie. Jeszcze zdziczejesz od ciągłego przebywania w samotności.

– Nie jestem sama, do sklepu wciąż przychodzą inni ludzie.

– No tak, ale to jest twoja praca. Jednak poza nią wciąż się izolujesz. Nie chciałabyś mieć do kogo się odezwać?

– Jak na razie świetnie sobie radziłam. Nie wiem, czy ktoś jeszcze jest mi tu w ogóle potrzebny.

– Jak tylko coś się stanie, to taka potrzeba od razu powstanie. Każdy człowiek potrzebuje pomocy. Każdy, nawet najsilniejszy.

– Wiesz co? Mam wrażenie, że chcesz mnie koniecznie na coś naciągnąć. Bertho, dobrze wiesz, że jestem uparta i…

– Tak, masz rację. Chcę cię naciągnąć. Dla twojego dobra.

– No dobrze, to powiedz wprost o co chodzi.

– Znam pewną młodą dziewczynę, która mieszka prawie w sąsiedztwie. Teraz jest pokojówką w jednym z hoteli, ale szuka sobie czegoś innego. Jest bardzo ciekawa świata i energiczna. Przydałby ci się ktoś taki.

– Hmmm, no nie wiem. Cenię sobie mój spokój, nie chcę, żeby ktoś bardzo ciekawy świata zaglądał w moje życie. Tym bardziej dlatego, że jest zwyczajne i nudne.

– Oj, zgódź się. To bardzo porządna dziewczyna, nie zrobi ci kłopotu, a może pomóc, uwierz mi.

– I chcesz ją przysłać do mnie, żebym chociaż z nią porozmawiała.

– Właśnie tak. Zgodzisz się?

Sylvia milczała przez chwilę. Spojrzała jeszcze raz w chmury za oknem i powiedziała:

– No dobrze, zgadzam się, ale tylko ze względu na twoją rekomendację.

– Świetnie! Zobaczysz, że miałam rację. Przyślę ją do ciebie w sobotę, jeszcze przed zamknięciem sklepu. Trzymaj się, pa!

Po odłożeniu słuchawki, Sylvia siedziała przez moment ze skrzywioną miną. Druga osoba, oprócz niej w domu. A już wydawało się, że ta ukryta samotnia nie zostanie naruszona czyjąś obecnością.

Wstała i podeszła do okna. Dom naprzeciwko wydawał się być pusty. Nikt nie pojawiał się w oknie po drugiej stronie ulicy. Zapaliła wciąż trzymanego w dłoni papierosa. Wydmuchując dym, przyglądała się wnętrzu widzianego naprzeciwko apartamentu. „Myślałam, że obecność obcego człowieka po drugiej stronie ulicy jest całkowicie wystarczająca. Dążyłam właśnie do takiego spokoju, teraz mam to zmienić? Tylko dla zachcianki Berthy? A swoją drogą, gdzie jest Kempf? Gdyby tu się pojawił, jakoś wyraźniej dotarłoby do mnie, czy potrzebny jest tu ktoś inny”. Odwróciła się plecami do okna i oparła o parapet. Popatrzyła na swój salon.

Zza okna wciąż dobiegały jakieś dźwięki, ale dom emanował głuchą ciszą. Na przestrzał, przez korytarz, Sylvia widziała swoją sypialnię z dużym oknem. Za nim widać było tylko nieużytki oświetlone skłaniającym się ku zachodowi słońcem. „Cholera, faktycznie wygląda to smutno” – przemknęło jej przez myśl. – „Cisza i pustka. A może rzeczywiście przesadziłam z tą samotnością? Może uciekłam za daleko, może niepotrzebnie chowam się przed życiem? Porozmawiam z tą dziewczyną. Dam jej szansę. Łatwo nie będzie, jestem za bardzo wybredna, ale może rzeczywiście warto? Brakuje mi elastyczności, nie chcę naginać się do czyichś racji. Ale dobrze, spróbuję. W końcu, jeśli coś mi się nie spodoba, zawsze mogę ją zwolnić i wrócić do obecnego stanu”.

* * *

Zielone, wesołe oczy patrzyły badawczo spod trochę krzywej, rudej grzywki. Sylvia popatrzyła na prosty nos, policzki pokryte piegami i na małe, różowe usta, które szybko i z uśmiechem powiedziały:

– Pani Schrödinger powiedziała, że szuka pani pomocy do domu i sklepu, więc jestem.

Sylvia przyjrzała się stojącej przed nią uśmiechniętej dziewczynie. Ubrana była w białą bluzeczkę, granatową spódniczkę i nałożony na to taki sam fartuszek. Na chudych nogach miała czarne, wypastowane na błysk buciki, z których wystawały bladoróżowe skarpetki, obrębione lekko nadprutą koronką. W ręku trzymała małą, skórzaną teczkę. Sylvia spytała:

– Ile masz lat, dziecko?

– Za parę dni skończę dziewiętnaście.

– Pracowałaś kiedyś w sklepie?

– Nie. Pracuję w hotelu na Conzestraße, ale nie chcę być pokojówką do końca życia. Pani sklepik jest o wiele ciekawszy. – Dziewczyna zatoczyła ręką dookoła

– A gdzie mieszkasz?

– Wynajmuję pokoik w domu na Nordstraße. Pani Schrödinger mówiła, że…

– Że chętnie przyjmę kogoś, kto zamieszka w lokalu na zapleczu. Potrzebny mi jest ktoś, kto zajmie się nie tylko pracą w sklepie, ale i w domu. Będziesz musiała przynieść mi też jakieś referencje, moja droga… Jak się nazywasz?

– Kate. Kate Balfour. Moja rodzina pochodzi ze Szkocji – odpowiedziała dumnie dziewczyna – A referencje mam już ze sobą. Proszę, oto one. – Sięgnęła do teczki, wyciągnęła z niej zapisaną kartkę papieru i podała Sylvii.

Ta przebiegła wzrokiem tekst napisany na maszynie. „Energiczna, sumienna, miła dla gości, porządna, czysta” – w tych słowach zawarte były wszystkie zalety młodej Kate. Sylvia poszukała wzrokiem spisu jej wad – nie znalazła żadnych. Obejrzała pieczęć i podpis właściciela hotelu. Podniosła wzrok i jeszcze raz popatrzyła na dziewczynę. Ta stała wyprostowana, spokojna i uśmiechnięta. Wionęło od niej entuzjazmem.

– Ze Szkocji… Co jeszcze powiedziała ci Bertha? – zapytała Sylvia.

– Że posiada pani dużą bibliotekę, z której na pewno pozwoli mi pani skorzystać i że zna się pani na sztuce.

– Ach tak… – Sylvia udała lekkie zdziwienie. – A powiedz mi… Od kiedy możesz podjąć pracę u mnie?

– Choćby od zaraz. Właściwie to od jutra. – Kate zmarszczyła lekko brwi. – Musiałabym najpierw przynieść swoje rzeczy i wszystko jakoś ułożyć.

– Chcesz to zrobić dzisiaj?

– Oczywiście! Jeżeli tylko mi pani na to pozwoli… – Kate wydała się nieco spłoszona swoją entuzjastyczną odpowiedzią.

– Wiesz co, Kate? Jest dziesiąta. Skoro tak bardzo chcesz, to idź teraz po swoje rzeczy, przynieś je, a później wszystko ci pokażę i wyskoczymy gdzieś, żeby coś zjeść, dobrze?

– Naprawdę? Oczywiście! Już biegnę – Kate odwróciła się i ruszyła do wyjścia ze sklepu.

– Zaczekaj! – Sylvia zawołała za nią. Dziewczyna zatrzymała się i odwróciła. – Zakładam, że znasz język angielski?

– Of course! W mojej rodzinie to język urzędowy.

– Świetnie. Będziemy mogły swobodnie rozmawiać po angielsku. A teraz idź już, będę tu czekała na ciebie.

Kate wybiegła. Sylvia wyszła za nią na ulicę i popatrzyła na oddalającą się sylwetką młodego rudzielca. Wiatr podwiewał jej grzywkę do góry, gdy szła dziarskim krokiem przed siebie, wyraźnie ucieszona. Sylvia uśmiechnęła się z zadowoleniem. To, co opowiadała o niej ciotka Bartha i jej wizyta w sklepie napawało Sylvię optymizmem. Odwracając się w kierunku drzwi sklepowych, spojrzała odruchowo w znajome okno. Spokojnie odnotowała fakt, że tym razem nikogo tam nie było.

* * *

Wkrótce po pojawieniu się Kate pogoda zaczęła się zmieniać. Ciepła jesień była powoli zastępowana przez tę chłodniejszą, zamieniającą wszystkie kolory w szarość. Nagle miało się wrażenie, że pojawiło się więcej wron i kawek, a zeschłe, kolorowe liście zaścielały całe ulice. Powietrze stawało się coraz chłodniejsze, a wiatr bardziej dokuczliwy.

W Sklepie Papierowym było jednak cieplej. Pojawienie się w nim młodej, energicznej osoby nadało mu więcej życia. Kate razem z właścicielką w ciągu dwóch dni doprowadziły dom do właściwego porządku, później zajęły się sklepem. Zmieniły nieco ustawienie sklepowych mebli, aranżację dekoracji na wystawie i ustaliły godziny pracy oraz jej zakres. Wszystko to dokonało się jakoś tak łatwo, płynnie i naturalnie, że Sylvia nie odczuła tego jako następnej rewolucji w swoim życiu. Była zadowolona z tego, że ma się do kogo odezwać o każdej porze, no i dlatego, że nie przebywała w domu sama. Świadomość obecności drugiej osoby wpływała na nią kojąco. Tak jakby z pojawieniem się rudej dziewczyny nastał okres spokoju zastępujący dziwny, cichy niepokój, z którego istnienia nie zdawała sobie wcześniej sprawy. Kate nie należała jednak do osób przesadnie spokojnych. Energicznie i radośnie wypełniała swoje nowe obowiązki, ciesząc się z tego, że widziała radość i pełną akceptację w oczach swojej szefowej. Śmiała się, kiedy Sylvia nazwała ją Rudym Wicherkiem i z właściwą sobie swadą odpowiedziała:

– Może i wicherek, ale nie robiący bałaganu!

To co opowiadała o niej ciotka Bartha okazało się prawdą. Kate była żywo zainteresowana zawartością biblioteczki należącej do Sylvii. Szczególnie klasykami i albumami z reprodukcjami prac malarzy flamandzkich oraz fotografiami greckich rzeźb. Zapytana o to, nieśmiało zdradziła tajemnicę, że interesuje się historią sztuki i chciałaby pójść na studia w tym kierunku. Oczywiście, o ile to będzie możliwe. Wieczory często spędzała nad książkami z biblioteczki, co bardzo odpowiadało jej właścicielce.

Czasem, mniej więcej raz w tygodniu, Kate zwyczajowo odwiedzała swoich rodziców mieszkających w Neuschottland. Do tej dzielnicy można było dojechać tramwajem, więc wycieczki takie nie stanowiły dla niej dużego problemu. Godziny, kiedy była nieobecna, Sylvia spędzała tak, jak to bywało przed jej przybyciem. Ze zdziwieniem odkryła szybko, że brakuje jej towarzystwa młodej dziewczyny. Brakowało jej wesołego głosu, energii i codziennej pomocy. „Jak ja miałam zamiar spędzić tak całe życie?” – myślała Sylvia, wspominając jeszcze tak nieodległe czasy. Wciąż jednak miała dużą potrzebę przebywania w samotności. Wieczorami informowała Wicherka, że zamyka się w swoich pokojach i pozwalała Kate robić to, na co tylko ma ona ochotę. Zazwyczaj było to siedzenie nad książką.

Minęły trzy tygodnie od pojawiania się młodej dziewczyny, kiedy Sylvia przypomniała sobie o tym, że powinna odwiedzić Schrödingerów i podziękować za zarekomendowanie tak udanej pomocy. Kate akurat pojechała do rodziców, a za oknem widać było chyba ostatni przebłysk słonecznej jesieni. Sylvia chwyciła więc za słuchawkę telefonu i zadzwoniła do nich, zapowiadając swoje przyjście na niedzielny obiad.

* * *

– Wojna musi być – powiedział pułkownik Schrödinger. – Musi być, już dawno nie było wojny.

– Dlaczego tak myślisz wujku? – Sylvia uśmiechnęła się. Uwielbiała z nim rozmawiać na tematy wszelakie. Pomimo tego, że pułkownik wieścił rychły wybuch wojny odkąd pamiętała.

– Niestety – kiwnął głową – Ludzie nie potrafią długo żyć w spokoju. Tak, jakby co jakiś czas musieli upuścić złej krwi. A czasem… Kończąc jeden konflikt, od razu planują następny.

– Nie rozumiem, co masz na myśli? – Sylvia była naprawdę ciekawa odpowiedzi.

– Spójrz na mapę. Zobacz, jaki kształt granic zaprowadzono w Traktacie Wersalskim. Kiedy po wojnie zobaczyłem ten nowy porządek, pomyślałem sobie: „Już szykują następną wojnę. Przecież to pułapka! A my jesteśmy w mieście, które jest jej zapalnikiem”. To aż się prosiło o awanturę i myślę, że właśnie na to było obliczone. Alianci myśleli, że pozostawienie takiego punktu zapalnego, jak Wolne Miasto prędzej czy później spowoduje konflikt. Na szczęście się przeliczyli – westchnął, wypowiadając to to zdanie. – Nie wierzyłem w to, że rządy demokratyczne sobie z tym poradzą. Nie wierzyłem, że i polscy i niemieccy politycy dostrzegą to zagrożenie i tak zręcznie go unikną…– A mimo to uważasz, że następna wojna jest tuz za rogiem.

– Bo tak jest. Ci cholerni Rosjanie nawet nie ukrywają tego, w końcu zwrócą się ku Zachodowi. A my i Polska będziemy ich pierwszym celem. Razem mamy szansę się im oprzeć, Polakom już raz ta sztuka się udała. Pytanie tylko, co zrobi Francja i Brytania?

– Myślisz, że znowu trzeba będzie walczyć na dwa fronty?

– Jeżeli alianci ulegną pokusie łatwego łupu. Wydają się nie dostrzegać niebezpieczeństwa jakie niesie ta niedorzeczna rewolucja komunistyczna. Na szczęście w Niemczech tę rewolucję zgasiła następna, nacjonalistyczna. A kiedy jej przywódcy zginęli w tym puczu, w München, oczekiwałem następnej. Na szczęście to się nie wydarzyło. Ale obawiam się, że to jeszcze powróci, bo ludzkość…

– Adolfie, na miłość boską, przestań ją zadręczać tymi okropnościami – wtrąciła ciotka Bertha, wnosząc do pokoju parującą wazę gorącej zupy. – Zjedzcie obiad, później pogrążycie się w rozmowach o polityce międzynarodowej.

Pułkownik Schrödinger był wysokim i postawnym mężczyzną. Jako emerytowany żołnierz wciąż prezentował się imponująco, a to przez swoją wyprostowaną postawę i pełen werwy styl bycia. Pomimo wieku był pełen energii i radości życia. Budził respekt, bo miał bardzo silną osobowość i wydawał się być bardzo pewnym siebie. Nie bez racji – ciągle był sprawny fizycznie, zwinny i silny. Sylvia uwielbiała jego towarzystwo. Znała go jeszcze z dzieciństwa, kiedy to często odwiedzała go z rodzicami. Był towarzyszem jej zabaw, chodził z nią po drzewach, karmił koty, zabierał na wycieczki, podczas których zawsze ciekawie opowiadał o odwiedzanych miejscach, parę razy dał się nawet namówić na zabawę domkiem dla lalek. Kiedy była już starsza, pokazywał jej swoją imponującą kolekcję obrazów i dawał do czytania niektóre ze swoich książek. Jak mogła go nie kochać?

Eskalopki ciotki Berthy były świetne. Zjedli obiad, rozmawiając o błahostkach dnia codziennego, po czym przeszli do ogrodu, żeby jeszcze trochę porozmawiać przy stoliku zastawionym łakociami. Należało to do zwykłego rytuału odwiedzin u pułkownika i Sylvia bardzo lubiła te rozmowy. Zazwyczaj były bardzo interesujące i miłe, ale tym razem pułkownik poruszył trudny temat.– Właściwie chciałem z tobą porozmawiać. Sylvio – powiedział, stawiając przed nią kieliszek Porto – zbierałem się długo na odwagę, żeby ci je zadać, w końcu ten moment nadszedł, więc…

– Oczywiście wujku, o co chodzi?

– Powiedz mi, moje droga, dlaczego właściwie tak naprawdę postanowiłaś tu zamieszkać? Dlaczego postanowiłaś porzucić poprzednie życie, męża i przecież dobrze zapowiadającą się karierę. Zamieszkać tutaj, pośród stetryczałych emerytów? – Bertha spojrzała na niego z niesmakiem. – Czy jest jakiś argument, mocny na tyle, żeby mnie przekonać, że tak należało postąpić? Kiedy dostałem twój list z prośbą o pomoc w tej całej szaradzie, nie zadawałem pytań. Uznałem, że wiesz, co robisz, masz w tym jakiś swój cel. Po prostu robiłem to, o co mnie prosiłaś. Później też nie pytałem, miałaś prawo do tego, żeby postąpić jak zechcesz. Minęły już dwa lata z okładem, a Ty… Powiedz mi, proszę, dlaczego?

– Dlatego, wujku, że to poprzednie życie i ta cała kariera były bardzo męczące. Momentami czułam się jak gwiazda Hollywood, no wiesz, wywiady i zainteresowanie innych ludzi moim życiem. Nigdy nie było to tak intensywne jak w przypadku gwiazd filmowych, ale dla mnie wystarczająco męczące. Gwiazdy same chcą być ciągle w blasku jupiterów. A ja tego unikałam. Pomimo to musiałam czasem stanąć przed ludźmi i tłumaczyć się z tego, co zrobiłam. Uciekłam akurat w momencie, kiedy stawało się to zbyt męczące, aby z tym żyć na co dzień. Taka sława nigdy mnie nie interesowała. W dodatku George… nieważne.– Nie martwiło cię to małe zamieszanie, które wywołałaś? – spytał cicho pułkownik.

– Nie bardzo. Szybko się zresztą skończyło. Pisarze nie są tak interesującymi opinię publiczną postaciami, jak aktorzy, czy śpiewacy. Szybko dano spokój mojej sprawie, została odnotowana jako jedna z ciekawostek i tyle. Koniec tematu. Moja sława zdechła śmiercią prawie naturalną. Prawie, bo trochę jej pomogłam, ucinając całą sprawę w momencie, w którym nabierała rozpędu.

– Tak – powiedział pułkownik, w zamyśleniu spoglądając na swój kieliszek wina. – Pięknie nam się to udało, ale czy jesteś pewna, że był to dobry wybór? Nie chciałaś wrócić? Nie chciałaś nigdy znów zacząć pisać? I publikować?

– Jakoś nie. Jest mi tu dobrze, zawsze chciałam spokoju. Danzig, a jeszcze bardziej Brösen, leżą na uboczu, nie muszę się tutaj wystawiać na wielki świat. Za to mogę stać obok i obserwować, to w zupełności wystarczy. A pisanie? No cóż, teraz też trochę piszę, ale raczej do szuflady. Nie mam już potrzeby dzielenia się tym z innymi

– Nie wiem, czy jestem w stanie to zrozumieć. Od mojego powołania odsunął mnie wiek. A ty usunęłaś się sama. Och, wystarczy tego.

– Wujku, nawet nie wiesz, jak twoja sytuacja jest podobna do mojej. Ja też jestem już daleko od tego, co było kiedyś mi drogie i nie ma sposobu, w jaki mogłabym wrócić do dawnego życia.

– Ale może jednak chciałabyś?

– Oczywiście, że nie.

– A ja tak. Chciałbym być znów czynnym żołnierzem. A może gdybyś zechciała powrócić do…

Rozmawiali jeszcze przez chwilę. Pułkownik wpadł jednak w melancholijny nastrój. Wspomnienia spowodowały, że zrobił się trochę osowiały. Odchodził na emeryturę, tylko dlatego, że wiek zobowiązywał go do tego, wcale jej nie chciał. Wciąż czuł się na siłach, by podołać swoim obowiązkom. A oto miał przed sobą osobę, która uciekła od świata i zaczęła prowadzić życie, do którego on został zmuszony. Ucieszyło go dopiero włączenie się do rozmowy Berthy.

– Jak tam sprawuje się moja Kate? Mam nadzieję, że spełnia twoje wymagania, moja droga? Kiedy usłyszała o tym, że masz w domu te wszystkie książki, była taka zaaferowana.

– Jest naprawdę wspaniała. Dziękuję ciociu za jej rekomendację. Jak ją znalazłaś? – odpowiedziała z uśmiechem Sylvia.

– Och, daj spokój. Czasem myślę, że wszyscy stali mieszkańcy Brösen się znają. A nawet jeśli nie, to łatwo mogą się spotkać.

– No tak, to prawda. Moi stali klienci są mi zazwyczaj dobrze znani.

– Wiesz, spotkałam ją kiedyś przy piekarni, kiedy wracała z zakupami do domu. Zaczęłyśmy rozmowę i tak jakoś samo to wyszło. Sezon turystyczny się skończył i miała dużo mniej pracy, więc łatwo było jej wyrwać się z hotelu.

– Było jej tam źle?

– Nie, po prostu chciała czegoś nowego. Jakiejś odmiany, czegoś ciekawszego. Twój sklep i ty sama jesteś dla niej prawdziwą nową jakością.

– Stare odchodzi, nowe przychodzi – wtrącił pułkownik.

– No właśnie wujku, a ty się dziwiłeś mojej chęci zmian.

– Może i masz rację. Starzeję się, umysł już nie ten. – Z uśmiechem puknął się w czoło.

– A ten znowu o starości! – podniosła głos Bertha.

Rozmawiali tak jeszcze jakiś czas, nie zahaczając już o trudne tematy. Jak zwykle u Schrödingerów, popołudnia były czasem relaksu i odprężenia. Sylvia uwielbiała takie momenty, jak i samych gospodarzy. Pogoda była nadspodziewanie dobra, więc Sylvia postanowiła jeszcze udać się na mały spacer. Pożegnała gospodarzy i udała się w kierunku swojego domu. Po drodze chciała znów spojrzeć zza ogrodzenia na piękny dom Kullinga. Szła powoli, chcąc nacieszyć się ostatnimi ciepłymi dniami tej jesieni.

* * *

Przy skrzyżowaniu, obok hotelu Deutches Haus, skręciła jednak w lewo, w kierunku plaży. Idąc wzdłuż tramwajowych torów weszła na teren kurortu. Przeszła pomiędzy Kurhausem a zakładem kąpielowym, skręciła w prawo, do parku i podążyła w kierunku portu. Powietrze nawet tutaj było ciepłe, wiatr nie przynosił uciążliwego uczucia chłodu. Szła więc przed siebie, ciesząc się pogodnym popołudniem w tak przyjemnym otoczeniu. Patrzyła na drzewa i ptaki, na dzieci bawiące się na trawnikach, psy biegające za patykami rzucanymi przez ich właścicieli i na opadające liście. Ruda wiewiórka przebiegła przez parkową alejkę przed Sylvią. „Jesień” – pomyślała. – „Wybrałam to, co ludzie nazywają jesienią życia. Pułkownik na pewno tak uważa. Ja myślę jednak, że odnalazłam życie”.

Nagle dziwaczną wydała się jej ta myśl, tutaj, pośród przyrody, która najwyraźniej robiła pierwsze przymiarki do zimowego snu. Sylvia przystanęła, chcąc dobrze zapamiętać ten dysonans. Powoli podniosła głowę i znów ruszyła przed siebie.

Rozmowa z pułkownikiem sprawiła, że wróciła myślami do zmiany życia na inne. I rzeczywiście, wszystko tu było inne. Inne otoczenie, ludzie, kultura i język. No i oczywiście jej nazwisko i imię, też były inne. Teraz już nie była tamtą sobą. I dobrze jej z tym było, tylko… Nie mogła pozbyć się tego cholernego niepokoju. Czy aby na pewno dokonała właściwego wyboru? Kiedy starała się myśleć o tym racjonalnie nie miała wątpliwości. Tak, to był dobry wybór. Ale gdzieś głęboko czaił się ten przedziwny lęk. Może kiedyś cała sprawa się wyda i dopiero wtedy będzie musiała tłumaczyć się z tego, co zrobiła? Gdyby kiedyś ta szarada wyszła na jaw kłopoty miałaby nie tylko ona, ale też pułkownik i George.

George… Młody prawnik z Anglii, który wraz z żoną, wtedy jeszcze Margaret, wyjechał do Ameryki w poszukiwaniu kariery. I karierę robił szybko, jednocześnie dbając o interesy młodej pisarki, jaką była jego żona. Przez chwilę zatęskniła za nim. Za nim, za ich małżeństwem, za tamtym nastrojem panującym w ich domu, tam w Nowym Jorku. Wspólne kolacje, wpatrywanie się w zachodzące słońce, rozmowy, plany… I właśnie te plany spowodowały, że od niego odeszła. Wciąż byli przyjaciółmi, wciąż jej pomagał. Nawet teraz, kiedy był już ponownie żonaty, czasem pisał do niej listy, które były kierowane na poste restante tak, aby nikt nie zorientował się, do kogo pisze. Pogrążona we wspomnieniach Sylvia weszła na szeroką parkową aleję, prowadzącą wprost na plażę. Kiedy do niej dotarła, zdjęła lekkie pantofle i zaczęła brnąć przez piasek w kierunku morza. Powietrze było przejrzyste, daleko na północnym horyzoncie widziała zarys półwyspu otaczającego zatokę od północy. Piasek był ciepły i suchy, a na plaży było niewielu ludzi. W wodzie, przy samym brzegu, unosiła się zapomniana plażowa piłka targana kolejnymi falami. Sylvia podeszła i kopnęła ją tak, że miękka, kolorowa kula przeleciała kilka metrów i opadła na spienioną wodę. Fale natychmiast zaczęły spychać ją na brzeg.

Rozejrzała się. Daleko po lewej stronie, za zabudowaniami kurortów w Glettkau i Zopott, widziała wysoki klif, za którym majaczyły zabudowania polskiego portu w Gdingen. Po swojej prawej stronie zobaczyła wejście do pobliskiego portu. Mały parowiec wychodził właśnie w morze białą sylwetką wyraźnie odznaczając się na tle szarego falochronu. Bliżej, na wysokim nabrzeżu portu, widać było dwa niewielkie budynki przypominające zwyczajne, parterowe domy. „Tam powinnam zamieszkać” – pomyślała Sylvia. – „Na terenie niedostępnym dla osób postronnych, zamkniętym dla świata, za to z pięknym widokiem na zatokę”. Powoli wróciła do parku. Kiedy ponownie założyła pantofle, podążyła w kierunku alei poprowadzonej szczytem starych bunkrów.

Pośród wypielęgnowanych trawników był tam mały skwerek z górującym nad nim pomnikiem ku czci poległych w Wielkiej Wojnie żołnierzy. Sylvia usiadła na jednej z ławek nieopodal i zapaliła papierosa. „Amerykański nawyk” – przemknęło jej przez głowę, – „Kobieta paląca w miejscu publicznym”. Jeszcze raz rozejrzała się po otoczeniu. Po jej lewej stronie wznosiła się w górę wysoka kolumna pomnika zwieńczona pozłacaną kulą. Blask powoli zachodzącego słońca odbijał się od niej nadając otoczeniu złoty odcień.

„Co teraz?” – myślała. – „Przez całe życie były jakieś cele do zdobycia, coś, do czego można było dążyć. Teraz w zasadzie pozostaje tylko trwać i pilnować, aby coś się czasem nie zmieniło. I co? To wszystko? Czy mogę jeszcze oczekiwać czegokolwiek? Czyżbym faktycznie wybrała jesień życia? Czy pozostaje mi tylko pracować, czytać, trochę rysować i w porywach fantazji urządzać sobie pogaduszki z pułkownikiem? To wszystko? Czy naprawdę największą ekstrawagancją mojego życia pozostanie podglądanie Kempfa? Jeśli tak, to… Może powinnam spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać się przed samą sobą, że jednak zrobiłam błąd? A może… Wybrałam miejsce, w którym jest tak pięknie. Spokojny, uroczy kurort na skraju większego miasta. W odróżnieniu od Ameryki, która zawsze wydawała mi się szkaradnie brzydka. Mam to, czego chciałam. Teraz przydałoby się tylko nadać temu życiu trochę treści. Tylko jak?

Po drugiej stronie ulicy mieszka człowiek, który ma jakieś życie. Z kimś się spotyka, rozmawia, coś robi. A ja gapię się na niego jak sroka w gnat, nie wiedząc właściwie po co. Jakbym nie mając własnego życia, interesowała się innymi. Taki malutki wojeryzm. Też sobie znalazłam rozrywkę, stara idiotka. Choć może po prostu szukam inspiracji?”

Wstała i ruszyła powoli do domu. Pogodny wieczór pomagał porzucać po drodze niewesołe myśli.

* * *

Ciepła i piękna jesień skończyła się ostatecznie. Nadszedł teraz czas pochmurnych dni wypełnionych częstymi deszczami i dalekim hukiem przechodzących sztormów. Nocami odległy szum morskich fal słychać było nawet przez zamknięte okna. Zagłuszał zwyczajne, nocne odgłosy pracującego portu i przejeżdżających w oddali pociągów. Ze względu na nielotną pogodę, nie widywało się przelatujących samolotów. Pobliskie lotnisko Langfuhr wydawało się zawiesić swoją działalność. Spacery nad morzem były za to o wiele ciekawsze niż latem. Można było stać i godzinami patrzeć na wzburzone fale, na wyrzucane wodorosty i śmieci, których morze o tej porze roku wydawało się pełne. Tylko mewy latały wszędzie, jak zwykle wrzeszcząc wniebogłosy, jakby chciały przekrzyczeć huk morza. Dzielnica wydawała się przysypiać, uliczki stawały się senne i ruch uliczny był mniejszy. Turyści w większości opuścili hotele i niewielu nowych przybywało w ich miejsce. Rybackie łodzie spoczywały odpowiednio zabezpieczone na terenie rybackiej wioski. Nie było jednak całkiem pusto. Pozostali ci, którzy byli w Danzig w interesach, bądź załatwiali inne sprawy. Czasem niektórzy z nich wybierali się na spacer po okolicy, która nawet przy tej pogodzie wyglądała uroczo. Krążyli bez celu, oczarowani nastrojem miejsca, zaglądając to tu, to tam, nieśmiało, jakby dopiero co ich przebudzono.

Strandhalle górująca nad plażą, oświetlała ją blaskiem bijącym z jej okien. Patrząc z zewnątrz miało się wrażenie ciepła bijącego od środka. Sala restauracyjna, sylwetki ludzi poruszających się w środku, żyrandole… Ktoś patrzący ze znajdującego się obok mola mógł odnieść wrażenie, że w środku odbywa się jakiś niekończący się raut. Nieco dalej, w głąb lądu, Kurhaus też był rozświetlony od wewnątrz. Kusił spokojnym nastrojem przelewającym się po skwerze pomiędzy oboma budynkami. W kontraście do niego, nad głową spacerujących przelewały się ciężkie chmury zwiastujące rychłe nadejście zimy. Ci, którzy poszli bardziej na zachód wychodzili spośród okalających ten teren kasztanów w światło dnia, nie całkiem jeszcze wygasłe. Dopiero podążając nadmorską Am Seestrande osłoniętą od morza wydmami, omijali hotel Seestern i trafiali do rybackiej wioski, która też przygotowywała się do zimowego porządku. Urok miejsca wciąż przyciągał gości. Pomiędzy nimi poruszali się mieszkańcy Brösen zajęci własnymi sprawami. Życie toczyło się jak zwykle, swoim jesiennym, trochę spokojniejszym rytmem.

Sylvia całymi dniami krzątała się po sklepie, razem z Kate obsługując klientów i czasem organizując dostawy towaru. Wieczory spędzały razem w jej mieszkaniu Rozmawiały, grały w karty, jadły przysmaki przygotowywane przez Kate i od czasu do czasu nieco uszczuplały zawartość barku. Sylvię cieszyło, że Kate większość wolnego czasu spędzała na czytaniu książek. Z zainteresowaniem przeglądała też albumy o sztuce i rozmawiała z nią na temat oglądanych prac. Traktowała Sylvię trochę jak mentorkę, doświadczoną nauczycielkę i słuchała jej bardzo uważnie. A ta czerpała przyjemność z towarzystwa młodego rudzielca i cieszyło ją, że Kate wprowadziła tak dużo uroku w jej samotne życie. Dodatkową radością było to, że będąc same ze sobą posługiwały się językiem angielskim.

Radośnie korzystały z tego, że wspólna praca w sklepie nie obciążała ich zbyt mocno. W pełni korzystały z drobnych przyjemności, jakie przynosił każdy dzień. W czasie, kiedy Sylvia zdecydowała się zamieszkać w Danzig, postanowiła stworzyć sobie kąt, w którym dobrze by się czuła i który pasowałby do tego miejsca. Było tu wszystko, co Sylvia tak lubiła w dzieciństwie. Wszystko, co miało w sobie choćby rys bajkowego nastroju, co przypominało ten fascynujący obraz świata, jaki pamiętała z dziecinnych lat. Wystrój sklepu był staroświecki, nie odpowiadał współczesnej modzie, ale też dzięki niemu miejsce odznaczało się niepowtarzalną atmosferą. Czas zdawał się płynąć tutaj innym tempem, można tu było, choć przez chwilę, oderwać się od codzienności, odetchnąć. I o to właśnie chodziło Sylvii, kiedy tworzyła ten sklep. Wtedy naprawdę potrzebowała wytchnienia, zapomnienia świata, z którego się wycofała. Chciała, by ten zakątek odrobinę przypominał czas dzieciństwa, w którym świat wciąż miał tak wiele fascynujących tajemnic. Klienci podchwycili ten pomysł, sklep cieszył się pewną renomą. Nawet, jeśli ktoś z okolicy nie był stałym klientem, z pewnością słyszał o tym miejscu.

* * *

Sylvia ustawiała dekorację na wystawie, kiedy stojąca za nią Kate powiedziała:

– Jakiś mężczyzna z domu naprzeciwko patrzy na nas. Z okna na piętrze.

– Tak, wiem.

– Zna go pani? To jakiś znajomy?

– W pewnym sensie – Sylvia uśmiechnęła się pod nosem.

– Ojej! Ja chyba wiem, kto to jest! – powiedziała radośnie Kate.

– Taaak? A niby skąd?

– To Kempf! Rudolf Kempf! Nie wiedziałam, że mieszka właśnie tutaj.

– A skąd ty wiesz, jak się nazywa?

– Był kiedyś w hotelu na jakimś spotkaniu przedsiębiorców, czy fabrykantów…

– I co?

– Przyszedł po rozpoczęciu spotkania i wyszedł przed jego zakończeniem. Pan Siebenfreund rozmawiał z nim na korytarzu, potem wrócił na salę wyraźnie ucieszony. Powiedział, żeby zawiadomić go czym prędzej, kiedy pan Kempf pojawi się w recepcji.

– Siebenfreund? – Sylvia była trochę zdziwiona. W jej sklepie było dużo towaru produkowanego przez jego firmę.

– Właśnie tak. On często przyjeżdża tam z żoną.

– Podaj mi, proszę, te wstążki… – Sylvia zrobiła miejsce w oknie na małe ozdoby. – I co dalej?

– I nic, spotkałam go tylko ten jeden raz. Nie wiedziałam, że tu mieszka. Czajnik gwiżdże, to ja pobiegnę zrobić herbatę! Przynieść też ciasteczka?

– Zrób jak zechcesz, moja droga – odpowiedziała Sylvia. Po wyjściu Kate do kuchni na zapleczu wstała i spojrzała do góry. Zobaczyła Kempfa odwracającego się od okna i niknącego w głębi mieszkania.

Edward Siebenfreund… Właściciel firmy Burau, materiały papiernicze i introligatorskie. Kiedy zamawiała u niego towar jakieś pół roku temu, niespodziewanie dostała dużą zniżkę i obietnicę preferencyjnych warunków współpracy. Właściwie bez powodu. A teraz okazuje się, że Kempf i Siebenfreund znają się i najwyraźniej mają coś wspólnego ze sobą. Ciekawe… Wzdychając, ukucnęła znowu przy wystawie. Albumy wymagały drobnego przesunięcia zanim wyjdzie na ulicę, żeby zobaczyć, jak wystawa wygląda z zewnątrz.

Kiedy już patrzyła z chodnika na wystawę, Kate wyszła na zewnątrz, stanęła przed drzwiami do sklepu i spojrzała jeszcze raz w okno na piętrze domu naprzeciwko. Obróciła się i zaczęła przyglądać się wystawie. „Jeszcze tego brakuje, żeby ona też zaczęła zaglądać w jego okna” – przemknęło przez głowę Sylvii. Podeszła do dziewczyny i spytała:

– No i jak? Co myślisz?

– Wszystko dobrze, tylko może trochę więcej papierowych kwiatów, o tu, po bokach. – Kate pokazała ręką.

– Też tak myślę, zaraz coś tam wstawię.

– To może po herbatce? Stoi na kontuarze, z czekoladowymi ciastkami.

– No dobrze, chodź do środka. Chwila relaksu.

Kiedy tylko nalały sobie po filiżance, do sklepu wszedł starszy mężczyzna. Kupił dwa zeszyty i paczkę kopert do listów. Zaraz po jego wyjściu zaczął siąpić mały deszczyk i zrobiło się jeszcze bardziej szaro. W środku jednak panowała ciepła, domowa atmosfera. Kobiety usiadły na fotelach przy małym stoliku stojącym pośrodku sklepu.

– Zupełnie jak w domu, a nie w miejscu pracy – powiedziała Kate.

– Tak, właśnie o to mi chodziło. Chciałam, żeby panował tu taki nastrój.

– Bardzo dobra herbata. Skąd ma pani angielską herbatę? I amerykańską lodówkę? W kuchni widziałam też francuskie wina i koniak. Podróżowała pani po świecie?

– Daj spokój Kate, chcesz żebym teraz opowiedziała ci historię mojego życia? – Sylvia uśmiechnęła się przyjaźnie. – Może kiedyś przyjdzie taki czas, że ci opowiem.

– Tylko wtedy, jeżeli pani zechce, choć brzmi to trochę tajemniczo. Ale muszę pani powiedzieć, że jestem bardzo zadowolona z tego, że tu jestem. Tyle tu ciekawych rzeczy, cały sklep jest ciekawy, no i właścicielka też jest interesująca.

– Naprawdę?! Cóż we mnie takiego interesującego? – Sylvia była trochę zaskoczona.

– Oj, nie jest pani taka zwyczajna. Ciekawe książki w domu, towary z różnych stron świata, szerokie zainteresowania, ciekawie poprowadzony sklep… Aż dziwne, że trzyma się pani trochę na uboczu. Prawie jakby się pani ukrywała.

– Dobry masz zmysł obserwacji. – Uśmiech zgasł na ustach Sylvii – Ale muszę cię rozczarować, nie ukrywam się. Po prostu lubię ten spokojny nastrój miejsca. No i ciszę.

– I muzykę Mozarta, której słucha pani wieczorami.

– Słyszałaś tam, u siebie? Było za głośno?

– Nieee, ja też ją lubię. Podoba mi się tak, jak ten sklep, i ten nastrój, i całe to miejsce.

– A jak twoje mieszkanie? Brakuje ci czegoś?

– Wszystko jest w porządku. Myślałam, że dostanę tylko mały pokoik dla służby, z osobnym wejściem ukrytym za budynkiem. A tutaj mam dwa pokoje, własną kuchenkę, łazienkę i okna na ogród. Tylko osobne wejście się zgadza. Ale nawet nie naciskała pani, żebym z niego korzystała.

– Nie jesteś tutaj służącą. Potrzebny był mi ktoś, kto byłby dobrym towarzyszem. Ktoś kto potrafiłby zająć się i domem, i sklepem, i z kim lubiłabym spędzać czas. Jesteś domownikiem.

– Jeśli mam być towarzyszem, to powinnam chyba wiedzieć trochę więcej o pani. Kiedy opowie mi pani swoją historię?

– Nie teraz Kate, nie teraz. Bądź cierpliwa, ten czas jeszcze kiedyś przyjdzie.

Do sklepu weszła kobieta w średnim wieku. Kate wstała, żeby ją obsłużyć. Sprzedała jej cały bukiet papierowych kwiatów, wyglądających prawie jak żywe i wdała się z nią w krótką rozmowę. W rezultacie kobieta wyszła ze sklepu nie tylko z kwiatami zawiniętymi w folię, ale i reprodukcją starej mapy miasta. Kate zadowolona usiadła z rozmachem na fotelu, aż granatowa spódniczka podwinęła się na jej chude kolana. Z zadowoleniem powiedziała:

– No i wygląda na to, że zabrakło nam kwiatów do uzupełnienia wystawy.

– Tak. – Sylvia uśmiechnęła się. – Mamy to z głowy. Co myślisz o tym, żebyśmy dzisiaj darowały sobie domowy obiad i wyszły gdzieś, żeby coś zjeść?

– Czy ja wiem? Trochę pada, nie zmokniemy za bardzo?

– Nie! Mam dobre, duże parasole, też angielskie. A w restauracji Strand Hotel serwują świetne żeberka wieprzowe po prowansalsku. Zrobimy sobie przerwę i pójdziemy na…

– Dobrze, ale tym razem ja płacę! – Ucieszyła się Kate

– Nie, to była moja propozycja!

– Ale teraz moja kolej!

Wstały i żartobliwie się sprzeczając zaczęły szykować się do wyjścia. Kate zawiesiła na drzwiach tabliczkę z napisem „Przerwa obiadowa”.

* * *

Stojąc przy oknie Sylvia po prostu patrzyła przed siebie. Ręce miała splecione na piersiach, a w prawej dłoni trzymała kieliszek do połowy wypełniony winem. Po prostu stała i wpatrywała się w niebo nad dachem domu naprzeciwko. Daleko, nad morzem, przechodziły gęste chmury, ledwie widoczne w padającym monotonnie deszczu. Typowe niedzielne popołudnie, szare i nużące, wtrąciło ją znowu w ten stan dziwnego zamyślenia. Nie myślała o czymś konkretnym, po prostu chłonęła nastrój i pozwalała myślom płynąć swobodnie.

Z dołu usłyszała dźwięk otwieranych drzwi, później kroki i odgłos zamykanego parasola. Najwyraźniej Kate wróciła do domu. Sylvia ucieszyła się tym, że nie jest sama. Odgłosy krzątaniny z parteru spowodowały, że znów miała wrażenie, że dom zaczął żyć.

– Pani Sylvio, jest pani w domu? – Z dołu dobiegło wołanie Kate.

– Tak, jestem na górze, co się stało? – odpowiedziała Sylvia.

– Zaraz… – Ze schodów dobiegły pośpieszne kroki. Wicherek wspięła się po nich przeskakując po dwa naraz. Skręciła do pokoju od frontu i stanęła w drzwiach. Smutnym głosem powiedziała – Przed sklepem siedzi mały kotek i płacze. Jest cały mokry i bardzo chudy, na pewno głodny.

– No już! – Sylvia szybko odstawiła kieliszek na parapet i odwróciła się – Na co czekasz! Trzeba go zabrać do środka! Idź szybko, zanim sobie pójdzie.

Kate odwróciła się i pobiegła na dół. Sylvia podążyła za nią i stanęła na dole akurat w chwili, kiedy dziewczyna wchodziła z powrotem do domu, niosąc przytulonego do piersi małego, szarego kociaka. Podeszła do niej i spojrzała na małego.

– Biedactwo… – Pogłaskała go delikatnie. – Chodź, zaniesiemy go do ciebie.

Wniosły kotka do mieszkania dziewczyny, ta ściągnęła koc z fotela i rozłożyła na podłodze. Postawiły na nim małego i usiadły przyglądając mu się. Kotek otrzepał się, polizał łapę i rozejrzał dookoła. Potem spoglądał to na jedną, to na drugą, jakby czegoś od nich oczekiwał.

– No i co teraz? Co z nim zrobimy? – spytała Kate.

– Najpierw nakarmimy i wysuszymy.

– Tak, ale później?

– Hmmm, nie wiem… – mruknęła Sylvia. – Jak cię znam, to pewnie będziesz chciała go tutaj zatrzymać?

– A ja myślę, że nie bardzo nas stać na to, żebyśmy się nim zajmowały. Jest mały, będzie broił, potrzebuje dużo uwagi.

– No fakt, nie stać nas… – Sylvia trochę się zmartwiła, patrząc w duże kocie oczy.

– Nas nie, ale moją matkę tak! – Kot nastawił trochę za duże uszy patrząc na Kate. – Rozmawiałam z nią jeszcze dzisiaj, wspominała o tym, że chciałaby mieć kota.

– A ty chcesz ją od razu zaskoczyć, dostarczając jej małego jeszcze tego samego dnia? – Uśmiechnęła się Sylvia.

– Tak! Schowam go do płóciennej torby zawiniętego w kocyk i zawiozę tramwajem do rodziców.

– I dostanę mandat za przewożenie zwierzaka bez biletu – dokończyła Sylvia. – Wiesz co? Dam ci pieniądze i zawieziesz go w torbie, ale taksówką.

– Naprawdę?! Ale fajnie! To ja pójdę po jakiś kocyk i jedzenie dla małego!

– A ja zadzwonię po taksówkę. Niech przyjedzie za jakieś pół godziny, mały musi coś zjeść – Sylvia patrząc na odchodzącą Kate, krzyknęła za nią – Hej! A z czego żyją twoi rodzice?

– Z przejadania resztek rodzinnej fortuny! – odkrzyknęła dziewczyna.

„Rany, chyba każdy tutaj coś ukrywa i nie chce o tym powiedzieć” – pomyślała Sylvia.

* * *

Kiedy po wypadzie do miasta Sylvia wróciła do domu, położyła na stoliku list wyjęty ze skrytki pocztowej i poszła zrobić herbatę. Dom był cichy, panował w nim mroczny spokój, który tak lubiła. Było sobotnie popołudnie, Kate znów była u swoich rodziców, a sklep zamknięty. Została całkiem sama, nie zanosiło się już dzisiaj na żadne spotkania. Kiedy zaniosła filiżankę do salonu, spojrzała w okna domu naprzeciwko. Panował w nich mrok. Zastanowiła się przez chwilę nad faktem, że już dawno nie widziała Kempfa, w jego oknach nie paliło się światło, a przed domem nie parkował samochód. Przez chwilę patrzyła w ciemne prostokąty tych okien. „Może wyjechał” – myślała. – „Może jest czymś zajęty, a może w ogóle się wyprowadził. Trochę szkoda, będzie mi brakowało tego przedziwnego rytuału przyglądania się sobie. Zresztą, nieważne”.

Spojrzała w dół, na stolik, na którym leżał list od ciotki Edith. Wysłany z poczty w Swansea, a nie z Cardiff, w którym mieszkała wraz z jej rodzicami. Sylvia westchnęła i podniosła list z blatu. Trzeba go będzie przeczytać. Usiadła w fotelu i powoli, ostrożnie otworzyła kopertę. Rzuciła okiem na litery i rozpoznała energiczny charakter pisma Edith. W środku złożonych kartek znalazła czek opiewający na sumę pięciuset funtów. Oczywiście wystawiony na okaziciela. Złożony list jakby domagał się przeczytania, ale nie chciała tego robić. Odłożyła go z powrotem na stolik i wyciągnęła się wygodnie. Westchnęła głęboko. Z jej miejsca widać było już tylko szczyty okien i dach sąsiedniego budynku. Nad nim było tylko zachmurzone niebo z kilkoma odległymi sylwetkami krążących ptaków. Przemknęło jej przez myśl, że o wiele wygodniej było przyglądać się odległemu życiu innych, niż zajmować się swoimi własnymi, choć odległymi, sprawami rodzinnymi. W końcu sięgnęła po list. Szybko uznała, że Edith, jak zwykle, zdawała raport z minionych wydarzeń. Niby nic ciekawego, ale jeden z ostatnich akapitów przyciągnął jej uwagę.

„(…)I kiedyz nim rozmawiałam, nagle wspomniał o tobie. Stał się trochę zamyślony, jakby bardziej zdystansowany. Niezwykłe jak na twojego ojca. Trochę za cicho mówił o tym, że zastanawiali się z