Strona główna » Humanistyka » Karaluch w uchu

Karaluch w uchu

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-935113-9-6

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Karaluch w uchu

Karaluch w uchu” to zbiór sześciu opowiadań fantastycznych, w których bohaterowie zmierzyć się muszą z demonami, potworami i jedną dziewczynką o oczach tak intensywnie brązowych i ciepłych, że aż wydają się czerwone. Przede wszystkim jednak – muszą zwalczyć własne lęki. To zbiór opowiadań o tym, co niezwykłe i groźne, ukryte tuż pod twoim nosem. Strać czujność choć na chwilę, a cię dopadnie.

Polecane książki

Mietek – chłopak z osiedla marzy o karierze sędziego lub trenera. Niestety trudno być trenerem bez własnej drużyny. A jak tu zbudować zespół, jeśli połowa chłopaków jest za Barcą, a połowa za Realem, i ani myślą o współpracy? A do tego wszystkiego na osiedlu pojawia się dziewczyna, która gra lepiej ...
Tadeusz Gajcy - Do potomnego...
  Hipnotyzująca, wstrząsająca historia, Statek pełen złoczyńców, koszmar morskiego żywiołu...Frachtowiec „Per Se" płynie z Islandii do Surinamu. Jego załoga to dziewięciu mężczyzn, z których każdy coś ukrywa, a tylko jeden z nich zna prawdziwą historię statku. Gdy wskutek sabotażu jednostka traci łą...
Drugi tom cyklu o Marynie Mniszchównie, która tylko dziewięć dni zasiadała na rosyjskim tronie, ale przez dziewięć lat – od 1605 do 1614 roku – była centralną postacią swej epoki. Opowieść o burzliwych dziejach polskiej szlachcianki i o próbach odzyskania przez nią carskiej korony, a także o stoczon...
Tematyka: W opracowaniu tym przedstawiamy Państwu najczęściej występujące sytuacje nieuregulowanych stanów prawnych oraz sposoby ich uregulowania. Stan prawny nieruchomości to ogół praw przysługujących w stosunku do danej nieruchomości. Oczywiście najszerszym i podstawowym z tych praw jest praw...
Ekskluzywny magazyn dla kobiet zalicza Devona do grona dziesięciu najseksowniejszych singli. Od tego czasu Devon jest pod ostrzałem wścibskich mediów. Postanawia odegrać się na Sarze, współautorce rankingu. Szantażem zmusza ją do wyjazdu do Paryża w charakterze jego narzeczonej. W ...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Agnieszka Żak

Karaluch w uchu

Agnieszka Żak

Copyright 2014 Agnieszka Żak

Redakcja i korekta

Joanna Ślużyńska

Maciej Ślużyński

Zdjęcie użyte na okładce:

Matt Reinbold CC-BY SA 2.0 @ Flickr

Wydanie I

ISBN 978-83-935113-8-9 (Mobi)

ISBN 978-83-935113-9-6 (ePub)

ISBN 978-83-935113-7-2 (PDF)

Warszawa 2014

Zapraszam na stronę autorską agnieszkazak.wordpress.com.

Spis treści

Karaluch w uchu

Zmęczenie

Miejskie potwory

Lwy morskie

Strachy z dzieciństwa

My rotten Valentine

Karaluch w uchu

1.

Rzeźnik stanął w progu pomieszczenia i wstrzymał oddech. Na podłodze siedział starszy mężczyzna przykuty do sterczącej ze ściany, obdrapanej rury. Głowę opierał miękko na piersi – ogólnie robił wrażenie rozmiękczonego, bezładnie rzuconego w kąt. W powietrzu unosił się kwaśny zapach moczu; najwyraźniej człowiek ten siedział tu zbyt długo. Rzeźnik przeraził się, że za chwilę skończy tak samo. Skurczył się, wciskając głowę w ramiona, spodziewając się odbierającego przytomność ciosu zza pleców. Nie wiedział tylko, za co miałaby go spotkać taka kara. Był dobrym lekarzem, dawał z siebie wszystko i powszechnie ceniono jego usługi, głównie dzięki umiejętności niezadawania głupich pytań w rodzaju „kto cię postrzelił?”. Robił, co do niego należało, osiągając całkiem niezłe wyniki, choć oczywiście nazywali go Rzeźnikiem nie bez powodu. Szybko dokonał w myślach przeglądu kilku ostatnio wykonanych zabiegów. Nie wydawało mu się, żeby któryś zbytnio spierdolił. Nie na tyle, żeby teraz skończyć przykuty do kaloryfera, pływający we własnych sikach.

Atak nie następował, a dziewczyna, za którą tu przyszedł, pociągnęła go nieśmiało za rękaw.

– No, to on, panie doktorze.

Rzeźnik rozluźnił się. Więc ten śmierdzący dziad miał być jego pacjentem? Nie zaszkodziłoby spytać, czemu jest skuty, jednak – jak już wiadomo – Rzeźnik zdobył sobie renomę właśnie poprzez niezadawanie tego typu pytań.

Podszedł bliżej więźnia i spojrzał pytająco na dziewczynę. Gdy podchwyciła jego wzrok, od razu zrozumiał, że popełnił błąd. Wołali na nią Ruda, ale nie przez kolor włosów. Otaczające jej głowę, żyjące własnym życiem włosy – Rzeźnik miał wrażenie, że coś w nich pełzało – wyglądały, jakby kiedyś bardzo chciały być rude, kręcone i ładne, ostatecznie jednak poddały się nieugiętemu prawu ponurej rzeczywistości, przybierając barwę rozczarowania i żałoby po miedzianym odcieniu. Za to oczy… Oczy tej dziewczyny były ciepłe i brązowe; tak ciepłe i brązowe, że aż wydawały się czerwone, zwłaszcza na krawędziach, gdzie tęczówka stykała się z białkiem. Ludzie uważali ją za czarownicę, topielicę albo córkę topielicy – w zależności od tego, jaką plotkę usłyszeli. Ale Ruda przyszła do Rzeźnika z pieniędzmi, co prawda pomiętymi, zawilgotniałymi i – mężczyzna mógłby przysiąc – zabrudzonymi kropelkami krwi, ale wciąż pieniędzmi. A prawdziwy lekarz nigdy nie odmawia potrzebującemu. Czy coś takiego.

W oczy Rudej starał się jednak nie patrzeć, bo choć przesądny raczej nie był, to czuł, że krew zamarzała mu w żyłach od tego spojrzenia.

– Więc co z nim? – zapytał.

– Niech mu pan doktor tego robaka wyjmie z ucha. – Ruda wydawała się onieśmielona.

– Karalucha! – krzyknął ktoś, zbiegając głośno ze schodów.

Po chwili Rzeźnik zobaczył gówniarza Hrabiny – kobiety, która raz na jakiś czas wpadała do jego domu, sprzątała, gotowała coś dobrego i zaciągała go do łóżka, a jej dzieciak czekał na ulicy i rzucał kamieniami w okna sypialni, nie pozwalając się Rzeźnikowi skupić. Lekarz był zadowolony z takiego układu, bo czasem wypadało wysterylizować szarą piwnicę, robiącą za salę operacyjną. Dobrze było też przytulić się do obwisłego cycka i pozwolić, by Hrabina delikatnie przeczesywała palcami jego rzednące włosy. Ale mężczyzna nie chciał mieć Hrabiny w domu na stałe, bo baby to same kłopoty, zwłaszcza w interesach przeszkadzają. Choć czasem kusiła go myśl o własnej pielęgniarce, takiej, co to ociera pot z czoła chusteczką, gdy on kroi jakiegoś nieszczęśnika. Zawsze jednak po góra dwóch dniach wspólnego życia Rzeźnik wyganiał Hrabinę, przypominając sobie, że razem z nią do jego domu przywlekłaby się najgorsza zaraza w postaci jej bachora.

– A ten czego tu?

– Nie wiem czego, podobno mu coś mówi. Znaczy, ten karaluch – doprecyzowała Ruda, zanim zdała sobie sprawę, że mężczyzna zapytał o chłopca.

– No ale co ja mam z nim zrobić?

– Wyjąć z ucha.

– E, kiedy ja nie takimi rzeczami się zajmuję, ja to raczej – odchrząknął – większy kaliber robię. To jakaś drobnica jest, grzebać trzeba strasznie. Ja nie jestem… ten, no… ortopeda żaden. Ja się nie znam na grzebaniu w uchu albo w nosie. W zębach to jeszcze, zęba łatwo wyrwać. Ja to chirurg jestem, rozumiesz. Zresztą ręce mnie się trzęsą, gdzie ja tu bez precyzji będę grzebać, ogłuszę go.

Ruda od razu zrozumiała aluzję i poleciała po flaszkę.

– Ruda, Ruda! – wydarł się chłopak. – A taki ortopeda to co robi?

– Ptaki bada – odpowiedziała dziewczyna z powagą.

Mały roześmiał się.

– Jakie ptaki?! Uszy! – wydarł się Rzeźnik, pociągając z butelki śmierdzącego bimbru. Wykręciło mu twarz już od samego zapachu, a jeszcze gorzej od smaku. – Każde dobre lekarstwo potrzebuje chwili, zanim zacznie porządnie działać. W międzyczasie ten, no, wywiad zbiorę. Więc o co z tym karaluchem chodzi?

Ruda westchnęła przeciągle.

2.

Smutna wiocha leżała tuż za krańcem świata. Nie można tu było dotrzeć żadną drogą – należało podążać za zarośniętymi zmizerniałą trawą śladami wielkich opon traktora. Nie było też sklepu, dlatego raz na tydzień jeden z mieszkańców brał młotek oraz wódkę i walił w silnik wysłużonej maszyny rolniczej tak długo, aż ten odpalił. Następnie brał baby na przyczepę i jechał do innej wiochy, która miała szczęście leżeć przy drodze gminnej. Miała też element decydujący o jej wysokim statusie w okolicy – sklep spożywczo-monopolowy.

Właściwie nie wiadomo, z czego żyli mieszkańcy wiochy tuż za krańcem świata. Niebo zawsze było szare, a ziemia twarda i mało co chciało rosnąć. Ludzie alkohol pędzili sobie sami, latem zbierali w lesie jagody i grzyby, z którymi rozstawiali się potem przy drodze. Palili drewnem, a wodę czerpali ze studni. I tak to szło.

Nie można powiedzieć, by wiocha była mała. Chałupy stały porozrzucane w nieładzie, a wokół nich ciągnęły się leżące odłogiem pola i pozostałości dawnej chwały: walące się stodoły, dziurawe kurniki i rzadko zamieszkane psie budy. Ludzie leniwie łazili po przydomowych ogródkach, bez przekonania rwąc chwasty, które rosły chętniej niż warzywa. Miejsce było szare i przygnębiające – ludzie, zwierzęta i zabudowania oczekiwali w milczeniu na swój koniec.

A ten nadchodził od strony lasu. Uparte, małe drzewka wpuszczały korzenie w rynny i rozrywały pokryte papą dachy. Rozsadzały drewniane schodki, a u Grzelakowej były na tyle bezczelne, by wrosnąć prosto w południową ścianę. Puszcza powoli, acz nieustępliwie pochłaniała budynki. Słońce nie świeciło nigdy, a wiatr nie radził sobie z rozwiewaniem porannej mgły, więc mieszkańcy nawet nie zauważyli, kiedy dzika przyroda podeszła tuż pod ich domostwa, połykając opuszczone gospodarstwa na obrzeżach wiochy. Gdy ludzie zbierali drewno lub grzyby, nie rozglądali się wokoło, ignorując sterty cegieł i przekrzywionych desek, by nie wywołać ducha „starych dobrych czasów”. Przestali się też zapuszczać w głąb lasu, kręcąc się na jego skraju, gdyż stawał się coraz gęstszy, a co za tym idzie – ciemniejszy. Ziemia pod porośniętymi mchem drzewami była wilgotna i bagnista, a komary siekły wściekle. Buczenie owadów świdrowało w uszach, a zamiast śpiewu ptaków słychać było niemiłosierne skrzeczenie. Zamiast szelestu traw dobiegało plaskanie, gdy stopy ludzi i łapy zwierząt odrywały się z trudem od rozmiękłego podłoża. Wszystko stało się przerażająco dzikie i obce.

Mieszkańcy odczuwali dyskomfort, a niektórzy także strach przed bliżej nieokreślonym „złym”; ale dla przybyszy z miasta ponura gęstwina leżąca tuż za krańcem świata była idealnym miejscem do załatwiania ciemnych jak sam las interesów. Zdarzało się, że do wiochy zajeżdżała czarna beemka, z której bagażnika kierowca wyciągał łopatę i pechowca z workiem na głowie. Mieszkańcy uważnie studiowali połamane, żółte paznokcie. Co odważniejsi opierali się o parapety i zza brązowych od brudu firanek patrzyli, jak między drzewa wchodzi trzech mężczyzn, a wychodzi dwóch. Jak już było po wszystkim, najodważniejszy pukał w szybkę beemki i pytał o szluga.

Odważnym okazał się Rzeźnik. Weterynarz-samouk, opiekun zwierza gospodarskiego nie tylko w smutnej wiosze, ale i w kilku okolicznych osadach. Ale to się działo za czasów jego młodości, gdy był przystojnym chłopaczkiem – ledwo krowa łeb przekrzywiła, a już kobieta miała pretekst, by go wołać na ratunek. Z biegiem lat, jak wszyscy, Rzeźnik zestarzał się, zdziadział, a powykręcane palce nie chciały mu już służyć tak dobrze jak kiedyś. Przestał jeździć po okolicy, zaś w rodzinnej wiosze w końcu została tylko jedna krowa. Krasula wydała na świat więcej cieląt niż ktokolwiek w osadzie potrafił zliczyć, nigdy nie miała problemów z mlekiem ani żołądkiem, a na weterynarza patrzyła niechętnie, muczeniem zapewniając, że nie potrzebuje pomocy. Była stara i żylasta, ale wytrzymała i twarda jak skała. I ludzie wierzyli, że pewnego dnia – zupełnie jak podgryzana przez wodę i wiatr skała – padnie na ziemię bez żadnej zapowiedzi. Mieli jeszcze parę kur, a także psów i kotów – z tymi problem był najmniejszy, bo zawsze jakieś nowe się przyplątywały. Rzeźnik został więc bez pracy. Niespecjalnie mu to przeszkadzało – cała wiocha się obijała, to czemu niby on jeden miałby tyrać.

Nowa robota zjawiła się wraz z beemkami. Rzeźnik specjalistą nie był, ale i złamaną nogę poskładał, i wszelkiego rodzaju ciała obce z koziego zadka umiał wyciągnąć. Gdy się napił, jego powykręcane palce odzyskiwały tymczasowo giętkość, zapewniającą niezbędną precyzję. Rzeźnik był też tani – wystarczyła zwykle flaszka. Ale gdy dostawał gotówkę, pół wsi się zlatywało popatrzeć na papierki. Weterynarz-amator-doktor nie był chciwym człowiekiem, sąsiadów czasem zapraszał, żeby do ściany nie pić.

I tak to szło. Rzeźnik rzadko dostawał robotę, bo gangsterzy przyjeżdżali do niego tylko wtedy, gdy spierdolili tak straszliwie, że nigdzie indziej nie mogli się pokazać. Rzeźnik był często ostatnią deską ratunku i ta rola łechtała mile jego ego. Czasem dorabiał też, użyczając swojego domu na kryjówkę. Nikt nie zaglądał do wiochy tuż za krańcem świata, więc była to miejscówka wyjątkowo bezpieczna.

Ruda zawitała do wiochy w dniu, w którym do Rzeźnika zwieziono dziewczynę na okup. Mężczyzna kręcił się po podwórku, wypędzony z własnego domu po tym, jak spytał, czy ma jej odciąć palec do wysłania, jak na filmach. Porywacze spojrzeli na niego dziwnie i wygonili za drzwi. Rzeźnik przysiadł w końcu na dużym kamieniu i pozwalał, by kurz osiadał na jego ubraniu, włosach i rękach. Co jakiś czas przecierał łzawiące oczy. Nudził się i zastanawiał, czy nie iść w las, do Hrabiny. Normalnie to ona zachodziła do niego. Gdy już zaczął zbierać się do drogi, zauważył we mgle niewyraźną ludzką sylwetkę. Ruda weszła między chałupy niepewna, co ze sobą zrobić, z oczami pełnymi pokory, jak u szukającego ludzkiej litości psa. Mieszkańcy zlecieli się poplotkować, a Rzeźnik z ciekawością nadstawił ucha.

Wersji wydarzeń było kilka i wykluczały się wzajemnie. Jedna mówiła, że matka Rudej zmarła już w trakcie porodu, oczywiście z winy szatańskiego dziecka, które rozerwało ją od środka. Według innej Ruda zabiła matkę trzy lata po porodzie, a według jeszcze innej – że miało to miejsce niedawno, a ojciec wyrzucił dziewczynkę z domu i dlatego pałętała się od wsi do wsi. Ruda miała się urodzić opętana przez złe moce, co było wyraźnie widać w jej czerwonych oczach. Podobno w ogóle jej nie ochrzczono – jak powiedział jeden z plotkujących; ale zaraz drugi sprostował, że to nieprawda, bo dziecko było chrzczone, tylko woda święcona rozstępowała się na boki, rozpryskiwała i parowała, zanim zetknęła się ze skórą. W Rudej siedziało zło, które najpierw, jako płód w łonie, wyczerpało jej matkę, a potem powoli wyssało z biedaczki resztki życia. Jedna z bab zapewniała, że dopiero co była na pogrzebie tej chudej, wymizerowanej kobiety. Poszła tak dla rozrywki, bo co miała w domu siedzieć – tak to sobie chociaż na żałobników popatrzyła. Opowiadała, że konkubent zmarłej, a ojciec Rudej, tak samo był chudy i smutny, wiedział więc, co robił, gdy wyganiał dzieciaka z domu. Widać i do niego złe próbowało się dobrać.

Ruda na pogrzebie stała z pochyloną głową, by nie denerwować ludzi swoim wyglądem. Jeśli musiała iść, wbijała wzrok w krawędź ojcowskiego płaszcza i podążała za nim. Przyzwyczaiła się, że wszystko było jej winą, a obcy źle o niej gadali. Także wychudły, udręczony ojciec nie służył ciepłym słowem. Ruda nie przejmowała się tym specjalnie. Zawsze każdemu okazywała troskę i uprzejmość, próbując nie dawać nikomu powodu do przykrych uwag. Wierzyła w siłę dobrego słowa, choć najczęściej i tak obrywała. Nie przeszkadzało jej więc przebywanie w samotności – jak to dziecko umiała znaleźć sobie różne zabawy. Biegała za żabami i konikami polnymi, a lasy, łąki i pola znała jak własną kieszeń. Jej ojciec tymczasem zgorzkniał i się rozpił. Nie miała do niego pretensji, rozumiejąc, że po śmierci żony musiało mu być przykro. Kiedy więc przestał interesować się domem, a na córkę patrzył z narastającą niechęcią, Ruda dla obopólnej wygody zdecydowała się spać pod gołym niebem. Była to również świetna przygoda, gdyż mogła obserwować gwiazdy i rozpoznawać nad ranem ptaki po pierwszych trelach. Tak samo błąkanie się od wsi do wsi uznała nie za zmartwienie, ale za możliwość zobaczenia nowych ludzi, miasteczek i kawałka świata. Cieszyło ją to niepomiernie, bo całe życie siedziała w jednej wsi, gdzie wszyscy byli jej niechętni. Liczyła, że w podróży spotka przyjaźniej nastawionych ludzi.

Tyle że przyszła jesień i Ruda zrozumiała, że trzeba się gdzieś w cieple zaszyć na stałe, bo inaczej dupa jej do ziemi przymarznie.

Rzeźnik drapał się po brodzie, patrząc, jak Ruda kręciła czubkiem zdartego buta w piachu i zbierała się do poproszenia kogoś o pomoc. Żal mu było dziewczyny, bo ludzie patrzyli na nią wrogo i pluli pod nogi, choć Ruda wyglądała prawie jak aniołek, tylko strasznie umorusany – ale jaka wiocha, takie anioły. Uprzejmie zagadywała wszystkich po kolei, czy nie potrzebują pomocy w gospodarstwie. Tutaj? Na tym pustkowiu zabitym dechami? A nawet gdyby coś do roboty było, nikt nie chciał do pomocy Rudej – przez oczy, które wydawały się normalne, brązowe, ale zaraz jakiś chochlik się w nich pojawiał i połyskiwały czerwienią. Ciężko to było dostrzec w wiecznej szarości, przecież słońce nigdy tu zza chmur nie wychodziło – a jednak ludzie widzieli, co chcieli.

Plotkarze się rozeszli, tylko Rzeźnik dalej siedział na kamieniu. Ruda podeszła, uprzejmie spytała, czy może się dosiąść, a mężczyzna w odpowiedzi charknął doniośle, oczyszczając sobie zatoki.

– Przepraszam pana, czy…

– Nie, nie, ja to nie…

– Rozumiem, dziękuję.

– A ty co taka księżniczka? Przepraszam, dziękuję… Z pałacu jakiegoś żeś przylazła? Dziewucha dla Hrabiny, w mordę jeża, lepsza niż ten jej bachor. Dzieciak niby krew z krwi, a jak gówno bardziej.

– A to państwo tu mają hrabinę? Taką z pałacem? – Ruda rozejrzała się zaskoczona, ale nawet gdyby wiocha miała własną średniowieczną twierdzę, nie dojrzałaby jej we mgle.

Rzeźnik roześmiał się tak mocno, że aż się zakrztusił. Nie zdążył jednak niczego dziewczynce wyjaśnić, bo porywacze zawołali go do pomocy. Przemyśleli pomysł z palcem.

– Amatorzy – burknął pod nosem weterynarz.

3.

Józek wracał od Grzelakowej niezadowolony. Pomógł jej pozbyć się wrośniętego w ścianę chałupy drzewa, ale w zamian dostał tylko napar z jakichś chwastów „na wzmocnienie”. Jego gospodarstwo znajdowało się tuż przy lesie i zdawał sobie sprawę, że było następne w kolejce. Dawno już przestał panować nad tym, co rosło na jego ziemi, a drzewa wyciągały gałęzie tuż nad dachem. Powykręcane konary, pokryte czymś co bardziej przypominało rozpasaną pleśń niż listowie, pochylały się nad Józkowym domem z niewypowiedzianą groźbą. Józek miał dość przemykania z lękiem po własnym podwórku i wbijania wzroku w ziemię. Spoglądanie wprost w las budziło w nim dziwny lęk. Czuł, jakby coś pełzło mu pod skórą, oblewał go zimny pot, nogi miękły. Dlatego upatrzył sobie Grzelakową – wdowę, która swoje lata już miała, ale jej dom stał z dala od lasu, był ciepły, przytulny i zadbany – oczywiście jak na panujące we wiosze warunki. Od czasu do czasu radio Grzelakowej – jedyne we wsi – łapało jakąś stację i przez szumy można było posłuchać piosenek po angielsku. Wiadomości już się słuchać nie dało, bo głos spikera brzmiał zbyt niewyraźnie, ale Józkowi niespecjalnie zależało na tym, by wiedzieć, co tam słychać w wielkim świecie. Wystarczyłoby mu spanie pod normalną pierzyną, nie zapleśniałą. Oczywiście las zapuścił swoje korzenie nawet u Grzelakowej, ale twarda kobieta walczyła uparcie z żywiołem. Tylko z drzewkiem w ścianie nie umiała sobie sama poradzić, więc Józek wykombinował, że jak się nim zajmie, to Grzelakowa weźmie go do siebie.

Niewiele z tego wyszło – Józek skruszył kawał muru. Korzenie nie ustępowały łatwo, a im mocniej Józek w nie uderzał, im zacieklej je skrobał, ciągnął, im głębiej w nich dłubał, tym mocniej wgryzały się w cegły, jak głodne zwierzęta, które ktoś próbuje oderwać od zdobyczy. Grzelakowa nie była zachwycona zniszczoną ścianą.

Józek wracał do domu rozeźlony. Stanął na własnym podwórku i spojrzał w gęstwinę, rzucając jej milczące wyzwanie. Las odpowiedział.

Najpierw chłop zauważył niewyraźny cień – równie dobrze wiatr mógł poruszyć krzakami. Po chwili wyłoniła się mara. Szła we mgle tak gęstej, że nie było widać jej nóg, zupełnie jakby unosiła się w powietrzu nad trawami. Na sobie miała podartą sukienkę, twarz umorusaną, a we włosach mech. Przedzierała się przez trawy, idąc prosto na Józka, ale go nie widząc. Mara kichnęła głośno, zatrzymała się i dopiero dostrzegła, że nie jest sama. Na widok Józka przetarła sobie twarz ręką, a jej nos, usta i broda pokryły się krwią.

Józek krzyczał tak długo, aż zemdlał. Ruda potrząsnęła nim, chcąc go obudzić. Ten otworzył oczy i zamknął je gwałtownie z powrotem.

– Proszę pana…

– Pójdę do kościoła, obiecuję! Na tacę dam, pożyczę od Rzeźnika… albo nie będę pił! Nie będę pił cały tydzień i dam na tacę! Jezuuu!

Kulawy Andrzej wyszedł sprawdzić, co się dzieje – zobaczył tylko wyciągnięte nad mgłę w obronnym geście dłonie Józka i stojącą nad nim, pokrytą krwią dziewczynkę.

Ludzie omal się nie pozabijali, tak gwałtownie rzucili się plotkować. Zadziwiające, jakie rzeczy potrafili wymyślić, biorąc pod uwagę, że normalnie ich umysły pozbawione były jakiegokolwiek bodźca – szara, nieciekawa codzienność usypiała ich myśli. Wystarczyło jednak najdrobniejsze szturchnięcie w mózg, by ten odpalił maszynę wyobraźni. Kolejne wersje wydarzeń stawały się prawdą chwilę po tym, jak opuszczały usta. Przez uszy prawda wlewała się do głowy, przechodziła przez szare komórki i wychodziła następnymi ustami, tym razem jeszcze prawdziwsza.

Ruda miała więc zapędzić się za daleko w las, zaklinować w poskręcanych korzeniach, paść twarzą prosto w bagno. Zdradzieckie błoto miało ją wciągnąć i udusić. Na wschodzie tereny stawały się coraz bardziej podmokłe i niepewne. Gdy już dziewczynka padła na ziemię, do nieprzytomności posiekały ją komary, pijawki i węże. Umierać miała powoli, rozkładana od środka przez truciznę; z wnętrznościami stopniowo rozpuszczanymi jadem, jak u muchy złapanej w pajęczą sieć. Albo dusiła się powoli, wchłaniana przez bagno, czując każdą kolejną porcję śmierdzącej paćki wpływającej do płuc. Szarpała się, walczyła, jak to dziecko, nie rozumiejąc, że z każdym ruchem zapada się coraz głębiej. Pewnie płakała.

Inna wersja mówiła, że to wszystko wydarzyło się dlatego, bo nikt nie okazał serca dzieciątku i nie przyjął jej do siebie. Roboty we wsi brakowało, ale można było pozwolić się małej ogrzać, dać jej coś do jedzenia i picia. Ot, ludzki gest. Takie gadanie szybko jednak przygnębiło mieszkańców wiochy. Nie chcieli mieć nic wspólnego z tą tragedią, to nie była ich wina. Trybiki w głowach znów zaczęły się gwałtownie kręcić i popychać nawzajem, by wyprodukować nową historię.

Plotkowali, że dziewczyna kręciła się po wsiach, bo uciekała przed ojcem. Ten obwiniał córkę o śmierć żony, zemsta go zaślepiła, zapędził więc Rudą do lasu, zacisnął dłonie na cienkiej szyi i zaraz było po wszystkim. Słabe, dziecięce ciało musiało ulec, przygniecione męskim kolanem do ziemi. Wystarczyłoby trochę mocniej złapać ją za nadgarstek i kość pękłaby na kawałki. Nie miałaby się jak bronić. A teraz duch błąka się po lesie, niespokojny, nie mogąc zasnąć.

– Pamiętajcie o tych oczach! Może ojciec wiedział, co robi… – szepnęła Grzelakowa, a reszta przytaknęła gorliwie.

Ruda chciała całą tę sytuację wytłumaczyć, powiedzieć, że Hrabina zabrała jej ubranie do prania, a w zamian dała sukienkę – luźną i cienką, w żaden sposób niepasującą do surowych warunków życia w lesie. Przedzierając się przez gąszcz pokaleczyła się o kolce, gałęzie poszarpały sukienkę i włosy. Nieroztropnie też wytarła spływające z nosa smarki, zostawiając na twarzy krwawą plamę – skaleczyła się wcześniej w dłoń. Była zirytowana, bo na co dzień poruszała się między drzewami pewnie jak po wyasfaltowanej drodze. Sukienka może była bardziej dziewczęca, ale zdecydowanie mniej praktyczna.

Ruda przebrała się w swoje ciuchy, umyła dokładnie twarz i podjęła rozpaczliwą próbę rozczesania włosów. Na opornych kłakach połamała większość ząbków grzebienia. Zastanawiała się, czy nie należałoby zanieść Józkowi prezentu na przeprosiny, ale nie posiadała nic wartościowego, nawet jak na tutejsze standardy. Tak wyszykowana, ruszyła do wiochy, by przeprosić.

Całe jej przygotowania poszły jednak na marne, gdyż nim zdążyła zrealizować swój plan, na dom Józka spadł konar z pochylającego się nad chałupą drzewa. Kruchy, od wieków nienaprawiany dach załamał się do wnętrza domu, nie stawiając żadnego oporu i zabijając gospodarza na miejscu.

To wydarzenie ostatecznie przypieczętowało reputację Rudej.

4.

Z Hrabiną było tak. Po tym jak Rzeźnik zostawił Rudą na kamieniu, dziewczyna siedziała tam zawiedziona i zastanawiała się, czy mogłaby potajemnie przenocować w czyjejś stodole albo opuszczonym domu. Zabudowania, które widziała dokoła siebie, nie zachęcały bardziej niż mech pod drzewem. Chwiejne budynki wyglądały, jakby trzymały się w kupie tylko z przyzwyczajenia i mogły rozpaść przy silniejszym podmuchu wiatru. Najwyraźniej ściany przegapiły moment, w którym powinny się przewrócić, i stały dalej, zbyt leniwe i zmęczone, by runąć – zupełnie jak ich mieszkańcy.

Uwagę Rudej przyciągnął powtarzający się dźwięk. Zobaczyła chłopca, na oko dziewięcio-, może dziesięcioletniego, który rzucał kamieniami w dom Rzeźnika. Robił to bez większego przekonania, po prostu podnosił kamienie, obracał je chwilę w dłoni, po czym ze znudzoną miną rzucał, nie celując w nic konkretnie. Na sznurku przywiązanym do szlufki spodni miał żabę. Ona również wyglądała na zrezygnowaną – nie próbowała uciekać i pozwalała ciągnąć się po ziemi.

– Przepraszam… na co ci ta żaba?

Chłopca zaskoczył widok niewiele starszej od niego dziewczyny. Poza nim dzieci we wiosze nie było – każdy, kto tylko wszedł w wiek rozpłodowy, uciekał, jak najdalej mógł. Jeśli nie do miasta, to chociaż do w miarę normalnej wsi. Nikomu z młodych nie marzyło się, by przejąć po rodzicach nic niewartą gospodarkę. Kobiety, które zostały, były już za stare na kolejne dzieci. Raf nie miał żadnych towarzyszy zabaw.

Dzieciak wzruszył teatralnie ramionami i – chcąc zrobić dobre pierwsze wrażenie na nowej koleżance – nadepnął na zwierzę. Rozległ się cichy plusk gniecionego, miękkiego ciałka.

– Nie musiałeś tego robić. Mogłeś ją wypuścić, jeśli ci się znudziła.

Rafowi ta uwaga skojarzyła się z jego wiecznie marudną, strofującą go matką. Postanowił, że nie zaprzyjaźni się z dziewczyną. Znał parę skutecznych sztuczek na odstraszenie natrętów; zdechły szczur wciśnięty w majtki wydawał się dobrym rozwiązaniem.

Odkąd jednak Ruda pojawiła się we wsi, Rafowi tym mocniej doskwierała samotność. Zajmując się swoimi sprawami, zaczął wyobrażać sobie, że dobrze byłoby dzielić je z kolegą. Ba, zawsze chciał mieć towarzysza zabaw, ale od teraz posiadł on realną twarz – oblicze Rudej. Do tego Ruda – jak na dziewczynę – nie była taka zła. Cechowała ją, podobnie jak matkę chłopca, niechęć do krwi i flaków, które z kolei fascynowały Rafa. Ale żaby i koniki polne potrafiła łapać szybciej i skuteczniej niż on. Bez problemu odnajdywała też w lesie żuki gnojowniki oraz mrówki. A gdy Raf w ramach próby zabrał ją nad jar, natychmiast wyczuła niebezpieczeństwo i ominęła zdradliwe miejsce. Chłopak, mimo że dobrze znał tę pułapkę, czasem się mylił, stawiał nogę nie tam, gdzie trzeba, i leciał prosto w dół zarośniętego pokrzywami parowu.

– Chodźmy bawić się gdzie indziej. Tu, za tymi krzakami jest stromo, stąd tego nie widać i wydaje się, że można przejść na drugą stronę, ale tak naprawdę spadnie się i nieźle poturbuje – wyjaśniła spokojnie, nie domyślając się, że Raf przyprowadził ją tu celowo. – Powinniśmy zrobić jakieś ostrzeżenie, przyczepić coś na tym drzewie… albo wyryć scyzorykiem.

Raf zapalił się do tej propozycji, szybko ją modyfikując. Marzyła mu się przybita tymże scyzorykiem do drzewa wiewiórka. Ruda szybko ostudziła jego zapędy, używając logicznych argumentów; raz, że szkoda scyzoryka, a dwa, że truchło szybko zostałoby zabrane przez inne zwierzęta. A nawet jeśli nie, wiewiórka w końcu się rozłoży i odpadnie od drzewa, natomiast znak musi być trwały. Chłopiec zgodził się z takim myśleniem.

W ten sposób Raf zyskał utalentowaną i mądrą towarzyszkę zabaw. Doszedł do wniosku, że lepiej zadawać się z taką Rudą niż z nikim, a jej łagodność i niechęć do zabijania wszystkiego, co pełza i biega po okolicy, dawało się jakoś znosić. Raf ściągnął więc koleżankę do swojego domu.

Ruda zdziwiła się, gdy zobaczyła chatkę w lesie. Myślała, że chłopiec mieszkał razem z innymi we wiosze. Domek nie miał żadnych szans w starciu z przyrodą – przytulił się tylko w obronnej pozie do ziemi, jakby w nadziei, że potulną postawą wzbudzi litość lasu i ten zostawi go w spokoju. Z nadkruszonego komina unosiła się rachityczna strużka dymu. Na ten widok Rudej natychmiast napłynęła ślina do ust.

W środku było ciemno – z mrokiem walczył tylko chybotliwy płomyk świecy. Większe źródło światła kryło się za rogiem, rzucając cienie na posadzkę. Raf pobiegł tam od razu, a Ruda nieśmiało przystanęła w kącie.

– Raf, zupa gotowa.

– Jaka?

– Smaczna. Mamusia zawsze przygotowuje dla swojego synka dobre jedzonko, prawda?

Raf zasępił się natychmiast. Hrabina posiadła niezwykłą zdolność przygotowywania potraw właściwie z niczego. Co znalazła w lesie, ukradła od Rzeźnika albo wycyganiła w inny sposób, to wrzucała do gara. Powstawały z tego papkowate zupy, kasze i potrawki, na które ledwo dało się patrzeć, a co dopiero jeść.

– Och, dziecko, a co ty tu robisz? – zapytała zaskoczona Hrabina, gdy w końcu wypatrzyła w półmroku nieruchomą sylwetkę Rudej.

Dziewczyna przywitała się uprzejmie, czym od razu zdobyła sobie sympatię Hrabiny. Poczęstowana breją, nie marudziła – była na to zbyt głodna i zbyt grzeczna.

Dla Hrabiny zjawienie się dziewczynki było balsamem na obolałe, rozczarowane synem serce. Nie potrafiła zapanować nad małym łobuzem niezależnie od zastosowanej techniki. Nie pomagały kary cielesne ani krzyki; niewiele dawały też słodkie słówka i przymilanie się. Na zachowanie urwisa nie wpływały nawet najładniejsze i najczystsze ubranka, w jakie go stroiła. Próbowała zachęcić go do czytania, nie chciał jednak słuchać bajek ani oglądać kolorowych obrazków. Nie reagował na prośby matki o pomoc przy codziennych zajęciach, nie chciał bawić się pluszakami ani klockami. Hrabina nie miała pojęcia, co dzieje się w głowie jej syna i dlaczego nie może być słodkim, grzecznym chłopcem o złotych loczkach i pucołowatej, uśmiechniętej twarzyczce.

Ruda była całkowitym przeciwieństwem Rafa – zmywała po obiedzie, przynosiła drewno na opał, a na posłaniu ułożyła misia z jednym okiem i jedną łapką, czyli pluszaka, który najlepiej zniósł zabawy Rafa i wciąż trzymał się w jednym kawałku. Przeglądała też ubogą kolekcję książeczek. Hrabinie serce się krajało, bo Ruda była już za duża na tego typu bajki. Mimo to dziewczynka sylabizowała dzielnie, ćwicząc zapomnianą przez wakacje sztukę czytania. Okazała się więc takim dzieckiem, jakie Hrabina zawsze chciała mieć. Po cichutku liczyła też, że uda jej się wzbudzić w Rafie zazdrość o matczyną miłość, dlatego rozpieszczała Rudą miłymi gestami i słowami. Nie potrafiła jednak powiedzieć, czy guma wsadzona dziewczynie we włosy jest przejawem zazdrości czy dziwnego poczucia humoru jej syna.

5.

Matka Rzeźnika uciekła z wiochy niedługo po śmierci męża, który zapił się na śmierć. Sąsiedzi kiwali głowami z pożałowaniem nad losem kobiety, która zamiast za porządnego mężczyznę wyszła za takiego, którego powaliła odrobina wódki. Szybko znalazła więc innego, z kawałkiem ziemi w innej wsi. Własne gospodarstwo opuściła bez sentymentów, choć w tamtym czasie wiocha radziła sobie całkiem nieźle. Na miejscu został jej nastoletni syn, samozwańczy weterynarz. Matka Rzeźnika wykazała się nadzwyczajną intuicją i przez lata nie wracała do domu, jakby bała się złapać gnębiącą mieszkańców chorobę beznadziejności. Dopiero na starość obudziła się w niej tęsknota, która zmuszała ją, by kilka razy w roku przyjeżdżać do syna i narzekać na wszechobecny rozpad.

– Naprawiłbyś to… wymieniłbyś… brudno. A tam co masz? – Gdy pytała o piwnicę, Rzeźnik gimnastykował się, żeby tylko zniechęcić ją do zejścia na dół. – To był kiedyś porządny dom, najładniejszy we wsi. Twój dziad go zbudował, a ty co? O patrz, to przegniło…

Rzeźnik próbował jakoś ataki