Strona główna » Obyczajowe i romanse » Kiedy księżyc jest nisko. Odyseja odważnej Afganki, która ucieka z rodziną do lepszego świata

Kiedy księżyc jest nisko. Odyseja odważnej Afganki, która ucieka z rodziną do lepszego świata

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-65442-91-8

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Kiedy księżyc jest nisko. Odyseja odważnej Afganki, która ucieka z rodziną do lepszego świata

ODYSEJA ODWAŻNEJ AFGANKI, KTÓRA WRAZ Z RODZINĄ PRÓBUJE PRZEDOSTAĆ SIĘ DO LEPSZEGO ŚWIATA – PIERWSZA TAK PORUSZAJĄCA POWIEŚĆ O UCHODŹCACH

Mahmud kocha swoją żonę Feribę ponad życie. Są razem szczęśliwi i dobrze im się wiedzie. Wszystko jednak się zmienia, gdy w ich kraju wybucha wojna, a do władzy dochodzą talibowie.

Mahmud, z zawodu inżynier, staje się celem nowego reżimu fundamentalistów i zostaje zamordowany. Feriba, zmuszona do opuszczenia Kabulu z trójką dzieci, ma tylko jedną nadzieję: przedostać się do Europy i dołączyć do rodziny siostry w Anglii. Pod osłoną nocy, dzięki fałszywym dokumentom i życzliwym uchodźcom spotykanym po drodze, Feriba przedziera się do Iranu. Wyczerpana, zrozpaczona, ale zarazem silnie zdeterminowana, by dotrzeć do celu, nielegalnie dociera aż do Grecji. To w tym kraju rozegra się prawdziwy dramat: na ruchliwym rynku nastoletni syn Feriby, Selim, zostanie rozdzielony z resztą rodziny.

Główna bohaterka, stojąc w obliczu tragicznego wyboru, decyduje się na dalszą podróż z dwójką pozostałych dzieci, Selim zaś wpada do tak zwanego podziemia – grupy niezidentyfikowanych Afgańczyków, którzy nawiedzają ulice europejskich stolic.

Czy  Feriba i Selim w końcu się odnajdą? Czy uda im się zacząć nowe życie na europejskim kontynencie? Jak potoczą się ich dalsze losy jako uchodźców w obcej dla nich kulturze?

DOWIEDZ SIĘ, CO NAPRAWDĘ PRZEŻYWAJĄ UCHODŹCY PRÓBUJĄCY PRZEDRZEĆ SIĘ DO EUROPY…

—–

O autorce

Stojąc u progu kariery lekarskiej, Nadia zdecydowała się na pierwszą podróż do Afganistanu. Poznanie kraju przodków oraz doświadczenia i wychowanie autorki zaowocowały rozwinięciem pasji pisarskiej i pierwszą powieścią z fabułą osadzoną w odkrytej na nowo ojczyźnie. Nadia Hashimi urodziła się i wychowała w Nowym Jorku, dokąd wyemigrowali jej rodzice we wczesnych latach 70. ubiegłego wieku. Przywiązanie do afgańskiej kultury wyniosła z rodzinnego domu, przesyconego duchem opowieści o kraju przodków snutych przez liczne ciotki, wujków i kuzynów.

Polecane książki

Nigdy dotychczas koncepcja pracy zespołowej nie miała tak istotnego znaczenia dla funkcjonowania i sukcesu organizacji. Ken Blanchard, współautor bestsellerów Raving Fans, Jednominutowy Menedżer oraz Gung Ho!, wraz z Donaldem Carewem i Eunice Parisi-Carew opisuje cztery etapy rozwoju...
Publikacja w przejrzysty i uporządkowany sposób przedstawia zasady działania środka prewencyjnego, jakim dysponuje Szef Krajowej Administracji Skarbowej, tj. blokady rachunku bankowego. Opracowanie zawiera też instrukcję dla każdego właściciela rachunku, który jest taką blokadą zagrożony. Instrukcja...
Krocząc nocą ulicami miasta, miej oczy otwarte. Nie jesteś bezpieczny. Głodni drapieżcy bezszelestnie podążają twoim tropem.  Wystarczy chwila nieuwagi i… No dobrze, tak naprawdę chodzi im o twoje kanapki, no chyba że masz przy sobie kawałek pizzy. Groza czająca się wśród nocy jes...
Ethan to pośmiewisko i popychadło wśród szkolnej społeczności. Felix niekoniecznie, ale… również; Co wyniknie, gdy spotkają się dwa odrębne środowiska, tak skrajnie różne, ale mające ze sobą wiele wspólnego? Kto ostatecznie zostanie nastoletnim frajerem?...
Opowieść o wielkiej, choć krótkotrwałej miłości legendarnej piosenkarki Edith Piaf i wybitnego boksera francuskiego Marcela Cerdana. Jej bohaterowie poznali się w 1946r. W jednym z nocnyvh klubów w Paryżu i niebawem zostali kochankami. Ona - drobna kobieta o przeciętnej urodzie, bez wykształcenia i ...
Jacek Kosmala to uczeń piątej klasy, łobuz i chuligan z upodobaniem dokuczający słabszym kolegom i zwierzętom. Pewnego dnia, za sprawą tajemniczego Balonikarza, chłopiec zostaje zamieniony w niedużego żółtego jamnika. Teraz na własnej skórze może się przekonać, jaki jest los bezbronnego krzywdzonego...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Nadia Hashimi

OkładkaKarta redakcyjna

Dedykuję Zoranowi, który obiecując mi,

że zawsze będzie moim najlepszym przyjacielem,

uczynił mnie najszczęśliwszą dziewczyną na świecie.

Mały człowiek klatki buduje dla każdego, kogo zna i kocha,

podczas gdy mędrzec, który musi chylić głowę,

kiedy księżyc jest nisko,

jak noc długa i świat szeroki, gubi klucze dla pięknych

awanturujących się więźniów.

– Hafiz

Prolog

   PROLOG

Chociaż uwielbiam patrzeć na swoje dzieci, kiedy spokojnie śpią, cofam się myślą do naszej podróży. Jakim cudem dotarłam aż tutaj – do pokoju hotelowego, w którym dwoje z moich trojga dzieci śpi zwinięte w kłębek na szorstkiej narzucie łóżka? Tak daleko od domu… tak daleko od znajomych głosów.

W czasach mojej młodości Europa stanowiła dla mnie oazę mody i klasy. Kraj pachnących kremów do ciała, dobrze skrojonych żakietów, słynnych uniwersytetów. W Kabulu podziwiano imperialistów o jasnej karnacji z drugiej strony Uralu. Trzepotałyśmy rzęsami, patrząc na nich i próbując pogodzić ich wytworność z naszą plemienną egzotyką.

Kiedy Kabul się rozpadł, prysły romantyczne marzenia mojego pokolenia. Nie oglądałyśmy już tych wszystkich europejskich ozdóbek. Skrzydła tej wojny tak bardzo zaciemniały niebo, że z trudem można było dojrzeć cokolwiek poza własną ulicą. Kiedy ja i mój mąż zdecydowaliśmy się na ucieczkę z ojczyzny, nasz zachwyt nad Europą ograniczał się tylko do jednego aspektu tego kontynentu – pokoju.

Już nie jestem panną młodą, nie jestem nawet młodą kobietą. Jestem matką, bardziej oddaloną od Kabulu, niż byłam kiedykolwiek wcześniej. Razem z dziećmi przeszliśmy przez góry, pustynie i oceany, żeby w końcu dotrzeć do tego zawilgoconego pokoju hotelowego, bynajmniej niewyrafinowanego i z pewnością niepachnącego. Afganistan nie spełnił moich oczekiwań. Na szczęście te wszystkie dobre rzeczy, jakich pragnęłam w młodości, nie mają teraz dla mnie znaczenia.

Nic z tego, co widzę, słyszę, czego dotykam, nie należy do mnie. Moje zmysły wypalają się wobec obcości tych ostatnich dni.

Nie mam odwagi, by niepokoić dzieci, a równocześnie całym sercem pragnę, żeby się zbudziły i przerwały moje rozmyślania. Pozwoliłam im spać, bo wiem, jak bardzo są wyczerpane. Wszyscy stanowimy taką zmęczoną gromadkę, czasem zbyt osłabioną, żeby się do siebie nawet uśmiechnąć… Chociaż jestem bardzo senna, wiem, że powinnam czuwać i słuchać tych nerwowych łomotów w swojej głowie.

Tak marzę, żeby usłyszeć odgłos energicznych kroków Selima na korytarzu…

Mojej ręki nie zdobią już złote bransolety, nie słychać ich melancholijnego brzęku. Postanowiłam je sprzedać. Nie mamy pieniędzy, żeby stawić czoło dalszej podróży. A przed nami jeszcze długa droga.

Selim tak bardzo chce się sprawdzić. Przypomina swojego ojca bardziej, niż mogłoby sobie z tego zdawać sprawę jego młodzieńcze serce. Myśli o sobie jako o mężczyźnie: sądzę, że to głównie za moją sprawą. Zbyt często dawałam mu powody, żeby uwierzył, że naprawdę nim jest. Lecz w istocie jest tylko chłopcem – i ten świat, który nigdy nie przebacza, chętnie mu o tym przypomina.

„Idę, madar dżan1. Jeżeli się będziemy chować w pokoju za każdym razem, kiedy się denerwujemy, nigdy nie dotrzemy do Anglii”.

Mówił prawdę. Ugryzłam się wtedy w język, ale teraz mam to sobie za złe. Zanim mój syn nie wróci, będę patrzyła na te przyprawiające o mdłości białe ściany, na obrazki z kotwicami, na spłowiałe sztuczne kwiaty… Będę czekać tak długo, aż te ściany się rozpadną, kotwice zlecą na podłogę, a kwiaty zamienią się w pył. Chcę, żeby Selim już wrócił.

Teraz myślę o swoim mężu więcej, niż myślałam, kiedy był przy mnie. Cóż za głupie, niewdzięczne serca mamy w młodości.

Czekam, aż gałka w drzwiach się obróci i do pokoju wejdzie mój syn, chwaląc się, że zrobił dla naszej rodziny coś, czego ja nie zdołałam. Wszystko bym oddała, by móc zaryzykować tak wiele jak on. Lecz nie mam niczego, co mogłabym ofiarować w zamian za tak naiwne pragnienie. Wszystko, co mam, to leżące przede mną dwie niewinne duszyczki, poruszające się lekko w niespokojnym śnie.

Jeszcze ciągle mogę ich dotykać, przekonuję samą siebie. Selim wróci, jeśli Bóg pozwoli, a wtedy znajdziemy się już blisko tego, żeby być razem, najbardziej, jak mamy nadzieję, że będziemy. Kiedyś nadejdzie dzień, w którym już nie będziemy oglądać się za siebie ze strachem, ani spać na cudzej ziemi z jednym otwartym okiem, ani trząść się na sam widok byle munduru. Kiedyś nadejdzie dzień, w którym znajdziemy dla siebie dom. A ja zaprowadzę dzieci – dzieci mojego męża – tak daleko, jak to możliwe; i będę się modliła, żebyśmy dotarli tam, gdzie będą mogły zasnąć spokojnie, a ja będę mogła odpocząć.

1 Madar dżan – droga matka (wszystkie przypisy pochodzą od redakcji).
CZĘŚĆ IRozdział 1

ROZDZIAŁ 1

Mój los został przypieczętowany krwią w dniu, w którym się urodziłam. Gdy ja walczyłam, próbując się wydostać na ten pokręcony świat, moja matka właśnie z niego zrezygnowała, odbierając mi szansę na to, by stać się prawdziwą córką. Położna przecięła pępowinę, uwalniając tym samym matkę od dalszych zobowiązań wobec mnie. Jej ciało stopniowo bladło, gdy moje różowiało; jej oddech zanikał, kiedy ja już krzyczałam. Umyto mnie, owinięto w kocyk i zaniesiono ojcu, który dziś przeze mnie został wdowcem. Padł na kolana, z twarzy odpłynęła mu cała krew. Padar dżan2 sam mi potem opowiadał, że upłynęły trzy dni, zanim zdołał wziąć w ramiona córeczkę, która mu odebrała żonę. Wolę nie wyobrażać sobie, jakie myśli chodziły mu wtedy po głowie – cóż, kiedy mogę. Jestem pewna, że gdyby miał wybór, wybrałby moją matkę, nie mnie.

Ojciec robił, co mógł, lecz nie potrafił podołać zadaniu. Na jego obronę trzeba powiedzieć, że w owym czasie to nie było łatwe. Zresztą – chyba nigdy łatwe nie jest. Padar dżan był synem wezyra cieszącego się ogromnym szacunkiem miejscowej ludności. Ludzie w mieście zwracali się do mojego dziadka o radę, pomoc w mediacjach albo o pożyczki. Dziadek – baba dżan3 – był zrównoważony, stanowczy i mądry. Bez trudu podejmował decyzje i zawsze bronił swoich racji. Nie wiem, czy zawsze miał rację, ale mówił z takim przekonaniem, że ludzie w to wierzyli.

Wkrótce po swoim ślubie baba dżan dzięki mądrej transakcji handlowej stał się właścicielem sporego kawałka ziemi. Owoce tej ziemi wykarmiły i utrzymały całe pokolenia. Moja babka, bibi dżan4, która zmarła na dwa lata przed moimi tragicznymi narodzinami, urodziła dziadkowi czterech synów: mój ojciec był z nich najmłodszy. Wszyscy czterej dorastali, korzystając z przywilejów, jakie im zapewnił ojciec. Rodzina cieszyła się szacunkiem całego miasta: wszyscy moi wujowie dobrze się ożenili, dziedzicząc część ziemi i zakładając własne rodziny.

Mojemu ojcu też przypadła w udziale część ziemi – a ściśle biorąc, sadu. Na co dzień pracował w mieście jako urzędnik. Kabul, tętniąca życiem stolica Afganistanu, kryła się na piersi Azji Środkowej. (Dopiero w późniejszym okresie życia doceniłam znaczenie położenia geograficznego). Padar dżan był tylko słabą kalką dziadka. Baba dżan miał dobre chęci, ale nie potrafił ich wykorzystać.

Żeniąc się z moją matką, ojciec odziedziczył swoją część posiadłości rodzinnej, sad owocowy. Oddał się temu sadowi całą duszą, opiekując się nim od rana do nocy. Wdrapywał się na drzewa, by zerwać dla mojej matki najpiękniejsze owoce. W gorące letnie noce sypiał wśród drzew, odurzony słodkim zapachem dojrzałych brzoskwiń. Część plonów z sadu oddawał w zamian za utrzymanie domu i służby. Wydawał się zadowolony z takiego obrotu spraw. Był szczęśliwy i nie szukał niczego innego.

Moja matka – sądząc z tego, co słyszałam – była piękną kobietą. Gęste loki hebanowej barwy opadały jej poniżej ramion. Miała ciepły wzrok i królewską linię policzków. Podśpiewywała podczas pracy, zawsze nosiła zielony wisiorek i była znana ze wspaniałej asz5 z delikatnymi kluseczkami i z korzennych befsztyków w sosie jogurtowym, rozgrzewających żołądki podczas ostrej zimy. Na samo wspomnienie tych potraw aż cieknie ślinka. Krótkotrwałe małżeństwo moich rodziców, choć aranżowane, było szczęśliwe, sądząc z tego, jak oczy ojca lśniły przy tych rzadkich okazjach, kiedy mówił o żonie. Chociaż zajęło mi to wiele czasu, przemyślałam wszystko, czego się dowiedziałam o matce, i nabrałam przekonania, że wybaczyłaby mi to, jak bardzo zaszkodziło jej moje przyjście na świat. Nigdy nie poznałam swojej matki, ale ciągle potrzebowałam jej miłości.

Mniej więcej w rok po ślubie urodziła ona zdrowego chłopczyka. Gdy tylko ojciec go zobaczył, natychmiast nadał mu imię: Asad6. Mój dziadek, który wtedy szeptał noworodkowi do uszka azan7, udzielił mu muzułmańskiego chrztu. Wątpię, by wtedy Asada to interesowało. Chłopiec nie słyszał azan dziadka, już wtedy zajęty psotami i niezwracający uwagi na napomnienia.

Asad już w kołysce uważał się za pana tego świata. W końcu był pierworodnym synem, źródłem dumy całej rodziny. Miał przedłużyć istnienie rodowego nazwiska, odziedziczyć ziemię i troszczyć się o rodziców u schyłku ich życia. Jakby wiedząc, jakie życie go czeka, po prostu wysysał z rodziców wszystkie soki. Nawet pierś matki ssał tak długo, że była cała obolała. Ojciec pospiesznie robił zabawki dla syna. Konstruował je tak, by czegoś go nauczyły. Z jeszcze większą determinacją starał się o wszystko, co było potrzebne młodej matce.

Matka była dumna, że dała syna mężowi, w dodatku zdrowego. Ze strachu, by sąsiedzi albo członkowie rodziny nie byli zazdrośni i nie „uroczyli” dziecka, wszyła mu w ubranko ofiarowany przez szwagierkę mały, niebieski kamień, amulet, który miał go chronić przed „złym okiem”, nazar8. Zrobiła coś jeszcze. Dysponowała całą gamą rytuałów odczyniających nazar. Gdy Asad wydał się jej cięższy albo kiedy gość zrobił uwagę na temat jego różowych, tłustych policzków, zerkała na swoje paznokcie. Wszelkie komplementy kwitowała, szepcząc: nam-echada9, wzywając imię Boga. Wiedziała, że wynoszenie się nad innych przyciąga nazar z gwałtownością błyskawicy na otwartym polu.

Asad rozwijał się na mleku matki, jego buzia nabierała kształtów, a udka robiły się coraz grubsze. Czterdzieści dni po porodzie matka wydała westchnienie ulgi: jej syn przeżył najbardziej niebezpieczny okres! Dwa tygodnie po urodzeniu Asada matka widziała dziecko sąsiadów, sztywne i rozpaczliwie rozdygotane, opanowane jakąś okropną chorobą. Dusza tego noworodka odeszła, zanim rodzice zdążyli mu nadać imię. Potem się dowiedziałam, że dziecko zmarło w wyniku odcięcia pępowiny brudnym nożem. Prawda czy nie, my, Afgańczycy, mocno wierzymy, że nie wolno liczyć kurcząt, zanim nie upłynie czterdzieści dni od ich wylęgu.

Jak wszystkie matki madar dżan wierzyła w tajemniczą moc nasion dzikiej ruty, zwanych espand10. Garść czarnych nasion kazała wędzić, a potem wysypywać je na otwarty ogień, tak by dym unosił się nad głową Asada. Śpiewała przy tym:

To odpędza oko złe, to jest espand

Błogosławieństwo Króla Naqszbanda

Oko niczego, Oko ludzi

Oko przyjaciół, Oko wrogów

Ktokolwiek życzy źle, niech spłonie w tych węglach.

Ta pieśń pochodziła z dawnych, przedislamskich czasów, kiedy panował zoroastryzm11. Jego wyznawcy, a nawet muzułmanie ciągle wierzyli w potęgę tej religii. Ojciec natomiast cieszył się, że jego żona tak bardzo troszczy się o bezpieczeństwo jego potomka. I – och! – jak to musiało działać!

Śmierć matki nie wpłynęła na życie mojego brata tak bardzo, jak na moje. Nadal był tym pierworodnym, nadal odnosił sukcesy w życiu, zwykle kosztem innych. Jego beztroskie występki raniły ludzi z jego otoczenia, także mnie, niemniej jednak zawsze zdawał się wychodzić z nich bez szwanku. Matka karmiła go piersią tylko przez dwa lata, lecz mimo to zyskał siłę, która zapewniła mu dobrą pozycję w społeczeństwie.

Moja matka zmarła, zanim zdążyła wszyć amulet do mojej sukienki i wyszeptać nam–e chada, zanim zdążyła popatrzeć na swoje paznokcie i zanim zdołała z miłością rozpylić espand nad moją głową… Moje życie stało się pasmem niepowodzeń, pewnie dlatego, że matka nie miała szans, by odpędzić ode mnie zły czar. Moje narodziny zostały naznaczone śmiercią matki – i kiedy baba dżan żałośnie szeptał mi do ucha azan, nad wyczerpanym ciałem matki odmawiano zupełnie inne modlitwy. Azan mówiony głosem dziadka zawładnął całym moim jestestwem, każąc mi zachować wiarę. Na szczęście posłuchałam go, i to mnie uratowało.

Matkę pochowano na nowym, specjalnie dla niej przygotowanym cmentarzyku niedaleko domu. Nie odwiedzałam jej często, po trosze dlatego, że mnie tam nikt nie zabierał, a po trosze z powodu poczucia winy. Wiedziałam, że to przeze mnie tam leży, a inni mi o tym przypominali.

Ojciec został młodym wdowcem z dwuletnim synem i nowo narodzoną córeczką. Brat, nieporuszony brakiem matki, zajmował się sobą, podczas gdy ja naiwnie szukałam matczynej piersi. Mając dwójkę dzieci do opieki, ojciec pochował młodą żonę i zaczął się rozglądać za nową matką dla nich.

Dziadek namawiał, by zrobił to jak najszybciej, wiedząc, że noworodek może nie przeżyć bez matki. Jako wezyr znał wszystkie rodziny z sąsiedztwa. Znał pewnego miejscowego farmera z pięcioma córkami, z których najstarsza była już w wieku odpowiednim do zamążpójścia. Baba dżan był pewien, że rolnik, obarczony licznym potomstwem, z ulgą przyjmie jego ofertę.

Dziadek udał się do domu farmera i, zachwalając swojego syna jako szlachetnego i godnego zaufania młodzieńca, który miał nieszczęście tak wcześnie owdowieć, zainicjował rozmowy o zaręczynach najstarszej córki z moim ojcem. Delikatnie zaznaczając, że trzeba wziąć pod uwagę dobro dwojga małych dzieci, szybko posunął sprawy naprzód. Po paru miesiącach Mahbuba weszła do naszego domu, gdzie jak większość młodych mężatek przyjęła nowe imię, tak zwane domowe. Nienazywanie kobiety jej rodzinnym imieniem oznacza wyrażanie szacunku wobec niej. Myślę jednak, że jest w tym coś więcej. Myślę, że to sposób powiedzenia pannie młodej, że od tej chwili nie powinna patrzeć wstecz. Czasem to dobrze.

Koko Gul, najstarsza z pięciu sióstr, w domu opiekowała się młodszym rodzeństwem i była w pełni przygotowana do opieki nad dwójką dzieci. Szybko zdecydowała, że nie będzie żyć w cieniu mojej matki. Po swojemu urządziła pokoje w naszym domu, wyrzuciła ubrania matki i pozbyła się wszelkich śladów jej istnienia – no, z wyjątkiem mojego brata i mnie. Stanowiliśmy jedyny dowód na to, że nie jest pierwszą żoną mojego ojca – co było ważne nawet wtedy, kiedy pierwsza żona już nie żyła.

W tamtych czasach normą było, że mężczyźni brali sobie więcej żon – praktykę tę zarzucono dopiero po wojnie, głównie dlatego, że trzeba było te kobiety utrzymywać. Przyczyniło się to do powstania napięcia wśród żon. Status pierwszej żony był nieporównanie wyższy od statusu kolejnych. Koko Gul została obrabowana z możliwości bycia tą pierwszą przez kobietę, której nigdy nie poznała i z którą nie mogła rywalizować. Musiała natomiast wychowywać jej dzieci.

Koko Gul nie była złą kobietą. Nie głodziła mnie, nie biła ani nie wyrzucała z domu. Karmiła mnie, kąpała, ubierała i robiła to wszystko, co powinna robić matka. Kiedy zaczęłam mówić, nazywałam ją „mamą”. Swoje pierwsze kroki skierowałam właśnie do niej, do kobiety, która szczęśliwie przeprowadziła mnie przez gorączki i tarapaty dzieciństwa.

Jednak wszystko to robiła jakby na odległość. Bardzo szybko odczułam jej urazę, chociaż jeszcze nie potrafiłam nazwać tego uczucia. Brat był inny. W ciągu paru miesięcy zaczął nazywać koko Gul „matką” i wkrótce zapomniał, że kiedyś jej miejsce zajmowała inna kobieta. Tyle że trochę bardziej domagał się tego, co mu się należało: doskonale zdawał sobie sprawę, że macocha – rozpieszczając go – będzie chciała pozyskać serce ojca. Ten zawsze zadowolony z siebie mężczyzna, kiedy był w domu, cieszył się, że znalazł odpowiednią matkę dla swoich dzieci. Dziadek jednak, z wiekiem coraz surowszy, wiedział, że trzeba nas zawsze obserwować i być przy nas.

Nie byłam sierotą. Miałam rodziców i rodzeństwo, ciepły dom i dość jedzenia. Powinnam się czuć spełniona.

Ale żyć bez matki to jak zostać rozebranym do naga i rzuconym w śnieg. Moim największym strachem, który rósł wraz z miłością do moich dzieci, było, że mogę je opuścić w taki sam sposób.

Nie wiem, czy ten strach kiedykolwiek mnie opuści.

2 Padar dżan – ojciec.
3 Baba dżan – dziadek.
4 Bibi dżan – babka.
5 Asz – afgańska gęsta zupa jarzynowa z kluskami.
6 Asad – lew.
7 Azan – wezwanie do modlitwy.
8 Nazar – urok, „złe oko”.
9 Nam-e chada – imię Boga.
10 Espand – ruta stepowa, roślina, którą spala się, a następnie okadza się wnętrza pomieszczeń, by odczynić złe uroki, lub w celu oczyszczenia powietrza. Zwyczaj znany na terenie Iranu i Afganistanu.
11 Zoroastryzm – jedna z najstarszych religii monoteistycznych, rozwijająca się w starożytnym Iranie (ok. XIII–VI w. p.n.e.) . Współcześnie nadal ma swoich wyznawców w różnych rejonach świata.
Rozdział 2

ROZDZIAŁ 2

Koko Gul miała miły wygląd, ale tego rodzaju urody nie zauważyłoby się w pokoju pełnym ludzi. Była niemal wzrostu mojego ojca, miała gęste, czarne, sięgające do ramion włosy. Takie włosy, które zaraz po zdjęciu lokówek opadają płasko. Była zanadto piersiasta, żeby wyglądać filigranowo, a za chuda, żeby robić wrażenie władczej. Rzec można, że namalowano ją bardzo niewyraźnymi kolorami.

Dwa lata po ślubie z moim ojcem koko Gul urodziła pierwsze dziecko, dziewczynkę; było to dla niej wielkie rozczarowanie, a winą za to obarczyła natychmiast ducha mojej matki. Moją przyrodnią siostrzyczkę nazwano Nadżiba – na cześć naszej nieżyjącej babki. Nadżiba odziedziczyła po koko Gul okrągłą twarz i ciemne oczy z gęstymi, wygiętymi w łuk brwiami. Koko Gul zgodnie z tradycją malowała powieki córeczki kohlem12, żeby miała dobry wzrok i wyraziste oczy. Przez pierwsze dwa miesiące koko Gul spędzała całe godziny, szykując napar z nasion koperku i ziół, by zmniejszyć kolkę u dziewczynki i uciszyć jej ciągły płacz. Dopóki się nie uspokoiła, obie, matka i córka, tworzyły wiecznie spragniony snu, nieznośny duet.

Brak cierpliwości koko Gul w stosunku do przybranych dzieci, od chwili pojawienia się własnego, przybrał na sile. Jeszcze bardziej świadoma tego, że nie jesteśmy jej własnymi dziećmi, szybko wpadała w rozdrażnienie i tłukła nas, uderzała szybko jak żmija. Karała nas biciem wierzchem dłoni. Kiedy w domu nie było ojca, podawała nam byle jakie posiłki. Jedliśmy naprawdę „rodzinnie” dopiero wieczorem, kiedy wracał ojciec.

Wraz z narodzinami Nadżiby łono koko Gul zapłonęło chęcią noszenia dzieci: w ciągu następnych czterech lat urodziła jeszcze trzy dziewczynki. Z każdą ciążą jej cierpliwość malała, a ojciec, który nade wszystko cenił sobie spokój, ale nie potrafił go egzekwować, coraz bardziej się oddalał. W rok po urodzeniu Nadżiby na świat przyszła Sultana. Koko Gul nawet nie starała się ukryć faktu, że oczekiwała syna – przeciwnie niż mój ojciec. Podczas trzeciej ciąży, prawie dwa lata później, modliła się. Niechętnie, ale jednak dawała jałmużnę biednym i jadła wszystko to, co, jak słyszała, może jej zagwarantować urodzenie męskiego potomka. Narodziny dziewczynki, którą nazwano Maurija, były dla niej kolejnym zawodem: uważała, że to duch mojej matki zesłał przekleństwo na jej łono. Kiedy urodziła się Mariam, moja czwarta siostra, koko Gul nie była już ani zawiedziona, ani zaskoczona. Czuła się zniszczona przez moją nieżyjącą matkę i ze smutkiem postanowiła nie mieć już więcej dzieci.

Jedynym synem mojego ojca pozostał Asad.

Moje najwcześniejsze wspomnienie powinno wiązać się ze szkołą albo z ulubioną lalką… jednak moje dzieciństwo było zupełnie inne.

Pamiętam, jak koko Gul leży na poduszce w salonie, obok niej nowo narodzona Maurija, ciasno owinięta modlitewnym szalem. Mam sześć lat.

– Feribo! – woła koko Gul. Malutka buzia Mauriji się wykrzywia: jest zbyt ciasno owinięta, żeby inaczej reagować.

– Tak, madar dżan.

Stoję kilka kroków od niej. Koko Gul, jeszcze w połogu, nie może robić nic poza karmieniem dziecka. Wiem, bo mi o tym przypomina aż nazbyt często.

– Feribo! Twoja ciotka zostawiła na ogniu trochę potrawki z kury. Nie starczy jej dla nas wszystkich. Może nazbieraj trochę kartofli w ogródku, żeby jedzenia wystarczyło dla każdego?

To oznacza dwie rzeczy: po pierwsze, że dziś wieczorem tylko mój ojciec i brat będą jedli kurczaka, a reszta będzie się musiała zadowolić gotowanymi kartoflami. Po drugie, że to ja będę musiała wyjść do oszronionego ogródka, żeby wykopać trochę bulw. Wcześniej, jesienią, zakopaliśmy zapas kartofli, rzodkwi, marchwi i rzepy w ziemi za domem.

– Madar, mogłabyś poprosić Asada, żeby to zrobił? – Na dworze jest zimno; już sobie wyobrażam siebie z łopatą!

– Nie ma go tutaj, a kartofle trzeba wykopać już teraz, inaczej nie będą gotowe na kolację. Włóż płaszcz i mitenki, te, co ci kupił ojciec. Nie zajmie ci to więcej niż kilka minut.

Nie chciałam wychodzić.

– No, idź, kochanie. Pomóż mamie, dobrze?

Ten pieszczotliwy ton był jak cukier, którym sypano gorący chleb. Dałam się nabrać.

Pamiętam, jak walczyłam z oporną łopatą, tak długą jak ja; w końcu poddałam się i znalazłam łopatkę odpowiednią do swojego wzrostu. Oddech mi zamarzał na mroźnym powietrzu, a palce – mimo mitenek – sztywniały. Czym prędzej wykopałam cztery ziemniaki i już miałam z powrotem zakopać resztę, kiedy zauważyłam kilka rzodkiewek. Nie wiem dlaczego – nie pamiętam – zabrałam także i te warzywa: wetknęłam je do kieszeni, bo ręce miałam zajęte.

– Mam je, madar dżan – zawołałam z kuchni.

– Dobra z ciebie dziewczynka, Feribo. Niech cię Bóg błogosławi. Teraz je umyj i obierz, wrzuć do garnka, zagotujemy je z sosem pomidorowym.

W tej chwili Maurija zaczęła popłakiwać.

Zrobiłam to, co mi kazała koko Gul, pokrajałam ziemniaki tak, jak mnie uczyła, uważając przy tym, żeby sobie nie pokaleczyć palców. Umyłam też i pokroiłam rzodkiewki, po czym w chwili natchnienia kulinarnego… wsadziłam je do tego samego garnka. Pomieszałam to wszystko, wyjęłam łyżkę aluminiową i poszłam do innych sióstr.

– Co za ohydny smród! Feribo! Coś ty narobiła? – Krzyk koko Gul rozległ się po całym domu, jakby miał nogi i własną wolę. Już wcześniej poczułam ten zapach, ale – będąc beztroską sześciolatką – nie zwróciłam na niego uwagi.

Nie przypuszczałam, że mam coś wspólnego z tym zapachem aż do chwili, kiedy koko Gul wstała, poszła do kuchni i podniosła aluminiową pokrywkę. Kuchnię natychmiast wypełniła chmura gryzącego dymu. Zakryłam nos ręką, zdziwiona, że dotąd tego nie czułam.

– Feribo, ty głupia! Ty głupia! – Powtarzała te słowa nieskończoną liczbę razy, trzęsąc głową z irytacją, a ręką przytrzymując niemowlę śpiące na jej plecach.

Czerwony miąższ rzodkiewek zdradził, co zrobiłam. Tego dnia nauczyłam się, że te twarde, czerwone kulki po ugotowaniu obrzydliwie śmierdzą. Nigdy nie zapomnę tego zapachu.

Kiedy miałam już tyle lat, że powinnam pójść do szkoły, koko Gul przekonała ojca, że potrzebuje mojej pomocy przy młodszych dzieciach. Ojciec, nie mogąc sobie pozwolić na służącą, zgodził się, żebym jeszcze przez rok została w domu. Chociaż mała, byłam użyteczna: mogłam chodzić po różne rzeczy i wykonywać niewielkie prace domowe. W następnym roku padł znów ten sam argument – i zostałam w domu, podczas gdy koko Gul była w ciąży z Mariam. To samo powtarzało się po każdych kolejnych narodzinach. Oczy dzieci były malowane kohlem, obdarowywano je słodyczami, kiedy przeżyły pierwsze czterdzieści dni, a główki golono, by potem wyrosły im gęste loki. Mnie pozostawiono ze słabym wzrokiem, byle jakim losem i włosami, które mi urosły, mimo że nikt nic z nimi nie robił.

Na szczęście baba dżan, mój dziadek, pilnował nas jak oka w głowie. Często do nas wpadał, a wtedy zachowanie koko Gul zmieniało się całkowicie. Dziadek zabierał Asada i mnie na spacery, a w kieszeniach miał dla nas zawsze pełno drobnych monet i łakoci; na niczyją wizytę nie czekałam z takim utęsknieniem jak na niego! Kazał nam odmawiać modlitwy, sprawdzał nasze ubrania i macał, czy na rękach mamy choć trochę sadełka. Koko Gul obserwowała go kątem oka: wyczuwała, że dziadek jej nie ufa, i miała do niego o to żal, ale milczała.

Niestety, wizyty baba dżan miały niewielki wpływ na moje codzienne życie. Kiedy siostry dorastały i koko Gul zajmowała się wyłącznie nimi, mnie odsuwano coraz bardziej na bok, do prac domowych. Karmiłam kury, opiekowałam się kozą i nosiłam wiadra z wodą ze studni. Codziennie trzepałam dywany i doglądałam młodszych sióstr. Kiedy Nadżiba osiągnęła wiek szkolny, koko Gul stwierdziła, że ma za dużo roboty, żeby sobie sama poradzić. Ojciec się zgodził – i na kolejny rok zostałam w domu. Młodsze siostry chodziły się uczyć alfabetu i liczenia – ja uczyłam się gotować. Ręce miałam zniszczone od szorowania plam na brudnych ubraniach. Jednak najbardziej bolało mnie to, że – podczas gdy inne dzieci szykowały się rano do szkoły – ja zostawałam w kuchni.

Mania przesądów koko Gul uprzykrzała wszystkim życie. Oczywiście zabobonów w naszej kulturze nie brakuje; koko Gul jednak hołdowała im ze szczególną gorliwością. Nie wolno nam było spać w skarpetkach, bo moglibyśmy oślepnąć. Jeśli ktokolwiek upuścił jakieś srebro stołowe, musiałam szorować cały dom od góry do dołu w oczekiwaniu na gości. Kiedy koko Gul kaszlnęła podczas jedzenia czy picia, przeklinała kogoś, kto niewątpliwie gdzieś źle o niej mówił. Myślę, że uwielbiała mieć przekonanie, że inni ludzie jej zazdroszczą wygodnego życia, jakie wiodła.

Jakby nie dość było tych przesądów, koko Gul wymyślała nowe. Dwa ptaki latające nad głową oznaczały, że pokłóci się z najlepszą przyjaciółką. Jak przypaliła cebulę – komuś nie smakowało jej danie, a jeśli kichnęła więcej niż dwa razy, zagrażały jej złe duchy. Padar dżan nie komentował zachowania macochy, tylko potem tłumaczył nam spokojnie, że ona sama wymyśla te wszystkie rzeczy. Prosił, żebyśmy o tym nikomu nie mówili. Nie chciał mieć kłopotu. Koko Gul nie była typem człowieka, który zachowuje swoje myśli dla siebie, dlatego wszyscy sąsiedzi doskonale wiedzieli o jej fantasmagoriach.

W rogu naszego sadu rosły wspaniałe drzewa morwowe, których wielkie gałęzie opadały, dzięki czemu mogliśmy zrywać ich drobne owoce. Drzewa były stare, z ciężkimi, pokręconymi pniami. Drzewo w środku było pokryte korą tak węźlastą i sękatą, że koko Gul przysięgała, że w liniach tej kory może dostrzec twarz złego ducha. Przerażało ją to, ale i tak bardzo lubiła jeść owoce morwy. Dlatego, ilekroć miała na nie ochotę, wzywała mnie.

– Feriba dżan – wołała słodko, wyjmując z kredensu ceramiczną miskę – chciałabym, żebyś mi zerwała trochę morw w sadzie. Wiesz dobrze, że nikt nie potrafi zrywać tych drobnych owoców tak delikatnie jak ty. Gdybym poprosiła o ich zerwanie kogoś innego, wyszedłby z tego najwyżej dżem!

Jej pochlebstwa były niepotrzebne, ale ja, wiedząc, że koko Gul po prostu boi się wychodzić do sadu, uśmiechałam się pod nosem. Kiedy byłam chudą dziewięciolatką o prostych jak struny włosach, bałam się koko Gul bardziej niż tajemniczych labiryntów drzew w sadzie. Właściwie w świetle dnia, podczas gdy dom był pełen ludzi, sad stawał się moim schronieniem.

Pewnego wieczoru siostry ślęczały nad zadanymi lekcjami – koko Gul opanowała przemożna chęć zjedzenia owoców morwy. Posłusznie wyszłam z domu tylnymi drzwiami z pustą miską i ruszyłam w kierunku znajomego drzewa. Poskręcana kora wykrzywiała się do mnie złośliwie w bursztynowym świetle księżyca. Z braku światła dziennego na oślep szperałam w gałęziach w poszukiwaniu jagód. Zdążyłam zerwać najwyżej dwa, może trzy owoce, kiedy poczułam za plecami delikatny powiew, jak szept…

Odwróciłam się i zobaczyłam jarzącą się w ciemnościach postać mężczyzny: stał za mną. Nie odważyłam się odetchnąć, kiedy położył mi rękę na ramieniu tak lekko, że ledwie poczułam jego dotyk.

Dotknęłam jego długich, wąskich palców, potem ramienia, i objęłam go. Był stary, z krótką białą brodą i gęstą siateczką zmarszczek na twarzy. Jego oczy zasłaniały gęste, białe brwi, prawie całkiem przysłaniając szaroniebieskie oczy. To był przyjaciel – od razu o tym wiedziałam. Moje gwałtownie bijące serce uspokoiło się, gdy usłyszałam jego serdeczny głos.

– Feriba dżan… Kiedy będziesz szła w ciemnościach, ja będę szedł za tobą i oświetlał ci drogę. Gdy będziesz czuła się samotna, ja będę czuwał nad tobą. Teraz tylko idź naprzód!

Mrugnęłam – a on zniknął. Rozejrzałam się w nadziei, że go zobaczę pomiędzy drzewami, ale już go nie było. Jego słowa wyryły się w mojej pamięci: wyraźnie słyszałam ten głos. Szeptałam je, żeby nie uleciały. Bardzo rzadko słyszałam swoje imię wymawiane z taką miłością.

– Feribo! – zawołała mnie koko Gul. Zaczynała się niecierpliwić.

Czym prędzej zebrałam tyle owoców, ile mogłam: palce miałam fioletowe od soku. Pobiegłam z powrotem do domu, od czasu do czasu rzucając okiem za siebie w nadziei, że staruszek znowu się pojawi. Ręce mi się trzęsły, kiedy stawiałam miskę przed koko Gul, która doglądała swoich córek, pilnie zapisujących coś w zeszytach. Zaraz zaczęła wcinać. Stałam przed nią nieruchomo.

– Coś ci się stało? – parsknęła.

– Madar dżan, byłam na dworze, pod drzewem morwy…

– No, i co?

– To znaczy… kiedy tam byłam… zobaczyłam jakiegoś staruszka. Wyszedł jakby ze światła, z roszani13. Nazwał mnie po imieniu i powiedział, że będzie szedł za mną i oświetlał mi drogę i że będzie nade mną czuwał. – Kiedy to mówiłam, w głowie dźwięczały mi słowa tamtego mężczyzny.

– Jakiś staruszek? No, a dokąd poszedł? – spytała koko Gul, patrząc spod przymkniętych powiek, po czym pochyliła się do przodu.

– On… zniknął. Pojawił się nagle, czułam jego rękę na ramieniu. Kiedy tylko skończył mówić, zniknął. Nie widziałam, dokąd poszedł, po prostu się rozpłynął! Nie wiem, kto to był… – Brakło mi tchu, ale nie czułam strachu. Czekałam, żeby koko Gul mi wyjaśniła, co takiego widziałam.

– Bismillah!14 – wykrzyknęła pobożnie koko Gul. – Widziałaś anioła! To na pewno był anioł, ty głupia dziewczyno! Och, jak mogłaś nie rozpoznać anioła, który cię trzymał za ramię i obiecał nad tobą czuwać!

Anioł? To miałby być anioł? Dziadek opowiadał nam o aniołach i ich niebiańskiej potędze, kiedy razem z nami recytował sury Koranu. Jakże byłam ślepa, że nie rozpoznałam anioła! Koko Gul mówiła dalej, głośno narzekając, że tak nie doceniłam owego nieziemskiego spotkania. Siostry wpatrywały się we mnie szeroko otwartymi oczami. Lecz ostry głos macochy jakby zanikał we mgle, podczas gdy słowa anioła coraz głośniej rozbrzmiewały w mojej głowie.

Będzie nade mną czuwał. Mój anioł stróż zawsze będzie niósł dla mnie roszani… i już nigdy nie będę sama.

W następny dżuma15 czekaliśmy, aż ojciec wróci z masdżed16. Wcześniej koko pouczała go, jak ma się modlić, żeby także ona i jej córki zostały nawiedzone przez anioła stróża. Ojciec niewiele mówił na temat mojego niezwykłego spotkania. Nie wiedziałam, jak bardzo i czy w ogóle w to wierzył.

Lecz koko Gul i ja wierzyłyśmy. W tym względzie miałyśmy jedno zdanie. Macocha dostrzegła we mnie drobne zmiany, a ja widziałam, co one dla niej oznaczały. Stałam się bardziej pewna siebie. Byłam posłuszna, ale już nie drżałam przed nią tak jak przedtem. Dumnie wychodziłam do sadu – tak dniem, jak i nocą. Miałam nadzieję, że anioł znowu się pojawi i powie mi parę ciepłych słów.

Koko Gul wychodziła z siebie. Przyjaciołom się chwaliła, że ja, jej córka, zostałam nawiedzona przez anioła. Takie odwiedziny zwiastowały pomyślną przyszłość, a ona chciała zagarnąć dla siebie chociażby część tego światła. Zaczęła dokładniej analizować własne sny, szukając w nich wskazówek, że niebiosa kontaktują się także z nią. Słyszałam, jak prosiła o to, modląc się. Do mnie zwracała się trochę serdeczniej i nawet głaskała mnie po głowie.

Siostry były zaciekawione tą całą sprawą, choć nie potrafiły zrozumieć pragnienia swojej matki, żeby spotkać człowieka, którego widziałam w sadzie. Nadżiba, najbliższa mi wiekiem, była najbardziej zakłopotana zachowaniem koko Gul.

– Jak ten anioł wyglądał, Feribo? Przestraszyłaś się go? – pytała z ciekawością. Siedziałyśmy po turecku na podłodze, łuskając groszek.

– Wyglądał po prostu jak stary człowiek… no, jak czyjś dziadek. – Moje słowa brzmiały dla niej zbyt zwyczajnie, lecz nie wiedziałam, jak inaczej odpowiedzieć.

– Czyj dziadek? Nasz dziadek?

– Nie, żaden znajomy. Po prostu jak zwykły dziadek… – przerwałam, chcąc mu oddać sprawiedliwość. – Cały jaśniał światłem i wiedział, jak mam na imię. – Wrzuciłam garść groszków do stojącej pomiędzy nami miski.

Nadżiba milczała z wyrazem skupienia na twarzy.

– No, ja tam się cieszę, że go nie widziałam. Okropnie bym się wystraszyła!

Ja także bym tak myślała, gdybym nie widziała dobrych, szaroniebieskich oczu staruszka. Jego łagodny głos wypełniał ciemność i nie zostawiał w niej miejsca na strach. Nadżiba sprawiła, że poczułam się odważna.

Koko Gul widziała to inaczej. Moje spotkanie z aniołem zaczęła traktować jak swoje własne. Któregoś dnia usłyszałam, jak rozmawiała o tym ze swoimi przyjaciółkami:

– I wtedy zniknął? Ot tak, po prostu?

– A coś ty myślała? Miał po niego przyjechać powóz? – odparła koko Gul w swój charakterystyczny, uszczypliwy sposób. Przyjaciółki bawiły się doskonale: przecież to nie do nich był skierowany ten sarkazm.

– Bóg musi nad nią czuwać, skoro przysłał anioła – stwierdziła jedna.

– No wiesz, biedactwo… to duch matki czuwa nad nią w niebie. To pewnie dlatego… – dodała druga ze współczuciem.

Wspomnienie o mojej matce pobudziło wyobraźnię koko Gul.

– To przecież ja jej kazałam iść wtedy w nocy do sadu. Rzadko mi przychodzi taka nagła ochota na morwy, ale wtedy… coś mnie jakby opętało. Aż język mnie swędział do tych słodkich jagód. Próbowałam na to nie zwracać uwagi, lecz nie mogłam wytrzymać. Tak jakby te drzewa na mnie kiwały… chciałam wybiec tam, na dwór… Ale byłam zajęta! Musiałam pomagać dziewczynkom w lekcjach, i dlatego poprosiłam Feribę, żeby je dla mnie zerwała. To taka dobra córka! Wyszła dla mnie do sadu… Nie jestem pewna, kogo właściwie ten anioł miał spotkać. Może to pragnienie owoców to był jego sposób, żeby przywołać tam właśnie mnie? A ja zamiast tego posłałam Feribę… więc nie wiadomo.

Kobietom nie trafiła do przekonania teoria koko Gul, ale się z nią nie spierały.

Weszłam do pokoju, ostrożnie niosąc tacę z trzema filiżankami gorącej herbaty w jednej ręce i cukiernicą w drugiej.

– Te afgańskie dywany są chyba zrobione specjalnie z myślą o Feribie dżan – zauważyła złośliwie koko Gul. – Dzięki temu, że są czerwone, nie wiadomo, ile herbaty się na nie wylało.

Rozległ się cichy śmiech, a ja spuściłam głowę. Z grzecznym uśmiechem postawiłam przed każdą z kobiet filiżankę z herbatą i podałam cukier w kostkach. Poczułam, że jestem bacznie obserwowana.

– Afarin, dochtar dżan17 – pochwaliła mnie koko Gul. – Dobrze sobie radzisz, córeczko. – Wróciłam do kuchni z pustą tacą. Dzisiaj byłam „jej córeczką”.

Prawdę mówiąc, przeważnie nią byłam. Ponieważ nie chodziłam do szkoły, spędzałam dużo czasu w domu z macochą. Ciężar prowadzenia domu spoczywał głównie na moich barkach. Kiedy coś nie szło po myśli koko Gul, surowo mnie beształa. Lecz prawie zawsze byłam przy niej. Spędzałyśmy razem długie godziny, przygotowując posiłki, sprzątając dom, opiekując się zwierzętami. Cięty język koko Gul wymagał słuchacza – albo celu. Uwielbiałam chodzić z nią na bazar. Oglądając stertę poobijanych pomidorów, pytała sprzedawcę, czy czasem na nich nie usiadła jego krzepka żonusia. W sklepie z naczyniami pytała, czy te drogie – zbyt drogie! – naczynia nie pochodzą z prywatnej kolekcji króla. Dowcipy koko Gul albo irytowały, albo powodowały dobroduszny śmiech i… obniżkę ceny.

Działałyśmy wspólnie, kiedy targowałyśmy się o mięso, jarzyny, obuwie… Naśladowałam bezczelne zachowanie koko Gul i uzyskiwałam możliwie najlepszą cenę. Wtedy kiwała głową z uznaniem. Na rynku i w pracach domowych młodsze siostry nie dorastały mi do pięt!

– Nadżibo, popatrz na to – narzekała macocha. – Woda z prania tej koszuli nadal jest brunatna. Jak możesz uważać, że jest czysta? Widziałaś, jak twoja siostra pierze? Ile razy ci mówiłam: nie oczekuj, że koszula wypierze się sama! Dzięki Bogu mam przynajmniej jedną córkę, która mi naprawdę pomaga w domu!

W takich chwilach czułam się z nią związana – z tą kobietą, która była moją matką – nie będąc nią.

12 Kohl – tradycyjny kosmetyk wyrabiany z mieszanki ziół, używany na Bliskim Wschodzie do malowania kresek na powiekach.
13 Roszani – światło, jasność.
14 Bismillah – w imię Boga.
15 Dżuma – piątek.
16 Masdżed – meczet.
17 Afarin, dochtar dżan – Doskonale, kochana córeczko.
Rozdział 3

ROZDZIAŁ 3

Co wieczór moje rodzeństwo ślęczało nad lekcjami, z ołówkiem w prawej i gumką w lewej ręce. Gdy czytali, uczyli się na pamięć, dodawali czy odejmowali, siedzieli z łokciami na stole i podbródkami wspartymi na dłoniach. Początkowo dukali, z trudem dzieląc wyrazy na sylaby, uczyli się, jak każda litera łączy się z sąsiednią wygiętymi liniami. Stawiali kropki i myślniki, które nadają słowom życie. Potem były zdania, krótkie, proste określenia, opisujące codzienne czynności posłusznych chłopców i dziewczynek. Kiedy zaczęli studiować skomplikowane znaki arabskie z Koranu, stałam się jeszcze bardziej zazdrosna. Uczyłam się recytować te modlitwy pod okiem dziadka, lecz nie nauczyłam się ich czytać samodzielnie!

Bawili się liczbami. Uczyli się tabliczki mnożenia z pomocą piosenek. Słuchałam. Na papierze zręcznie operowali liczbami i znakami. Uczyli się obliczać, nadawać sens cyfrom.

Uczyli się różnych historii. Historii naszego kraju. Panowania królów i ich synów. Uczyli się o tym, jak nasz kraj powstał dzięki ciężkiej pracy ludzi, którzy go dosłownie „wyrąbali w skale”. Mój brat pierwszy nauczył się hymnu narodowego i śpiewał go z uniesioną ręką, jakby salutował. Siostry uczyły się piosenek od koleżanek z klasy: beztrosko skakały w ich rytmie i śpiewały, trzymając się za ręce:

Ku ku ku, liściu brzozy

Dziewczynki siedzą rządkiem

Skubią ziarna granatu

Gdybym mogła być gołąbkiem

Wzbiłabym się aż do nieba

Przesiewała piasek w rzece

Piłabym święconą wodę…

Rano patrzyłam, jak siostry wkładają skromne, stalowoszare mundurki. Podciągały wysoko skarpetki i zapinały buciki w pośpiechu, żeby się nie spóźnić, ale jeszcze bardziej, żeby nie wyglądać nieporządnie. Nauczycielki traktowały obie te sprawy bardzo poważnie. Codziennie, gdy siostry wybiegały do szkoły, a ja zostawałam w domu – czułam żal. Zazdrościłam im teczek pełnych zeszytów, ołówków, zazdrościłam opowiadań. Wiedziałam, że jestem równie bystra jak one, a może nawet bardziej.

Brat zawsze się dobrze uczył; może nie był pierwszy w klasie, lecz był na tyle dobry, że ani ojciec, ani dziadek na niego nie narzekali. Jestem pewna, że gdyby spróbował, z pewnością byłby najlepszy, ale lekcje odrabiał pospiesznie, byle prędzej zająć się czymś innym: grą w piłkę nożną z chłopcami z sąsiedztwa, włażeniem na drzewa w sadzie albo jazdą na rowerze. Będąc nastolatkiem, przechodził trudny okres, był pryszczaty, a jego głos – nieprzewidywalny. Wreszcie zaczął mówić głosem pewnego siebie mężczyzny, który chce zawojować świat.

Kiedyś w końcu poruszyłam temat szkoły w rozmowie z ojcem. Dotychczas zawsze mi odpowiadał ze znużeniem w głosie, że koko Gul potrzebuje mojej pomocy w domu przy opiece nad młodszymi dziećmi; teraz jednak to tłumaczenie straciło na znaczeniu. Najmłodsza z moich sióstr, Mariam, miała już siedem lat i chodziła do pierwszej klasy. W domu nie było więcej małych dzieci.

Zmyłyśmy naczynia po kolacji i wtedy znowu zwróciłam się do ojca. Miałam trzynaście lat i byłam zdeterminowana. Wiedziałam, że dziewczęta, które nie uczyły się w szkole, zazwyczaj wcześniej wychodziły za mąż, a ja nie chciałam być zamężna. Każdy rok oddalał mnie coraz bardziej od nauki, za to zbliżał do małżeństwa.

– Padar dżan?

Spojrzał na mnie z uśmiechem. Właśnie wyłączał radio, bo skończyły się wiadomości, których zawsze wieczorem słuchał. Postawiłam przed nim szklankę z gorącą zieloną herbatą i wrzuciłam dwie kostki cukru, które rozpuściły się migiem. Zawsze lubił, żeby jego wieczorna herbata była słodka.

– Dziękuję, kochanie. Właśnie tego mi było trzeba po takiej dobrej kolacji – rzekł, klepiąc się po brzuchu i głęboko wzdychając.

– Nusz-e dżan18 – odpowiedziałam, życząc mu smacznego. – Padar dżan, chciałam cię o coś prosić…

Ojciec uniósł brew i upił ostrożnie łyk herbaty.

– Padar dżan, chcę iść do szkoły, jak moje siostry.

– Znów to samo! – westchnął.

Koko Gul, pochylona nad robotą szydełkową, przerwała pracę, kiedy usłyszała, o czym mówię.

– Mogę dalej pomagać w domu… to przecież tylko parę godzin – ciągnęłam. – Wszystkie dziewczynki chodzą do szkoły, a u nas w domu już nie ma małych dzieci. A ja chcę uczyć się tego, czego one się uczą…

Dalsze słowa uwięzły mi w gardle, a z oczu popłynęły strugi łez. Spuściłam głowę, przeklinając się w duchu za to, że nie potrafię powiedzieć więcej tak, żeby głos mi się nie łamał. Czekałam, aż rozpuści mi się trochę ta gula w gardle… albo że ojciec coś powie. Nie byłam pewna, co nastąpi najpierw.

– Feriba dżan, sądziłem, że już ci nie zależy na nauce w szkole. Twoje siostry zaczęły, kiedy były o wiele młodsze. Jesteś już młodą kobietą, a nie spędziłaś w szkole ani jednego dnia. – Mówił to w zamyśleniu, ze zmarszczonymi brwiami. Zacisnęłam usta w rozpaczy.

– Wiem… – odpowiedziałam.

Koko Gul z furią zabrała się z powrotem do szydełkowania, zadowolona, że wynik dzisiejszej rozmowy będzie taki jak zawsze.

– Czy to znaczy, że chcesz czytać? Może Nadżiba pomogłaby ci w nauce czytania… Albo nawet Sultana: tak dobrze pisze i uwielbia czytać poezję.

Nigdy przedtem nie byłam tak rozgniewana na ojca. Zabolała mnie ta jego protekcjonalna sugestia, a ciepły uśmiech po prostu obrażał. Nie chciałam, żeby młodsze siostry uczyły mnie czytać. Siostry codziennie przynosiły do domu opinie o nich, zasłyszane od nauczycieli. Ich słowa jeszcze bardziej potęgowały moją tęsknotę za szkołą.

– Moallim sahib19 mówi, że moje pismo się poprawiło. Moallim sahib mówi, że powinnyśmy pić codziennie szklankę mleka, żeby zachować siłę i zdrowie.

Nie chciałam, żeby moją moallim była młodsza siostra. Mogłaby mnie nauczyć podstaw alfabetu i wymawiania słów, lecz nie byłaby prawdziwą nauczycielką, stojącą przed klasą, każącą mi recytować na pamięć tabliczkę mnożenia, pilnującą moich postępów w nauce… Chciałam czegoś więcej.

– Nie, padar dżan. – Czułam, jak tchawica mi się rozluźnia, a głos powraca. – Nie chcę uczyć się od uczennicy. Chcę, żeby uczyła mnie nauczycielka.

Ta odpowiedź niewątpliwie go zaskoczyła. Musiał uważać moje aspiracje za dziecinne, nierealne. Pewnie myślał, że chcę nosić szkolny mundurek i uniknąć części prac domowych. Tymczasem chciałam czegoś więcej, niż potrafiłam wypowiedzieć; po prostu wiedziałam, że mam na to coraz mniej czasu. Ojciec uważnie się zastanawiał: kąciki ust mu opadły.

– To nie byłoby dla ciebie łatwe. Musiałabyś zaczynać od początku, w klasie razem z małymi dziećmi.

– Ojciec ma rację. Będziesz jak gigant pomiędzy maluchami. Co za okropny pomysł! To jak kurczak, który chce z powrotem wleźć do jajka! – ostrzegła mnie koko Gul.

– To mi nie będzie przeszkadzać – obiecałam.

Kłamstwo – ale niezbędne. Pierwszy raz zobaczyłam, że ojciec naprawdę zastanawia się nad moją prośbą.

– Daj mi porozmawiać z kierownictwem szkoły. Zobaczymy, co powiedzą. Chociaż jestem pewien, że matce będzie brakowało ciebie w ciągu dnia.

– Chyba to trochę niemądre? Dlaczego teraz miałaby się zajmować szkołą? W domu ma wszystko, czego jej potrzeba! – koko Gul była naprawdę zaskoczona kierunkiem, w którym potoczyła się ta rozmowa.

– Nic nie obiecuję. Pozwól mi porozmawiać z władzami szkoły i zobaczyć, czy to w ogóle rozważą – rzekł. Swoim zwyczajem, unikając jednoznacznej odpowiedzi, ojciec zostawił nam obu nadzieję.

Ku jego wielkiemu zdziwieniu i rozczarowaniu koko Gul szkoła zgodziła się mnie przyjąć, zakładając, że będę musiała zacząć od początku. I tak, spóźniona osiem lat, znalazłam się w pierwszej klasie.

Noc poprzedzającą mój pierwszy dzień w szkole prasowałam prostą spódniczkę i bluzkę, chcąc zrobić jak najlepsze wrażenie na moallim sahib. Mauriję i Mariam, moje najmłodsze siostry, rozbawił widok mnie w mundurku, kiedy po raz pierwszy razem wychodziłyśmy rano do szkoły. Kiedy zaczynałam, jedna z nich była ode mnie wyżej dwie klasy, druga – trzy.

Starsze siostry – Nadżiba i Sultana – były chyba trochę bardziej zainteresowane tym, co inne uczennice powiedzą na widok niemal dorosłej dziewczyny, idącej do pierwszej klasy. W drodze do szkoły Nadżiba próbowała mnie przygotować:

– Moallim sahib sprawdzi, czy masz ołówek i zeszyt. I pewnie poprosi cię, żebyś siadła z tyłu sali, bo wiesz, jesteś wyższa niż inne uczennice.

Doceniłam delikatność Nadżiby. Sultana kiwała głową, zgadzając się z nią, tyle że mniej dyplomatycznie:

– No tak! Nikt nie będzie mógł nic zobaczyć spoza twojej głowy!

Nadżiba rzuciła jej ostre spojrzenie, tak że Sultana zaczęła przypatrywać się własnym bucikom i zwolniła kroku.

– Na pewno cię niedługo przeniosą. Przecież już właściwie znasz alfabet. Szybko nauczysz się czytać.

Posłałam Nadżibie pełen wdzięczności uśmiech. Nie byłyśmy sobie zbyt bliskie, ale jej słowa brzmiały szczerze, a ja właśnie w tym dniu bardzo tego potrzebowałam.

– Jeżeli Sultana mogła się nauczyć, myślę, że nie będę miała z tym kłopotu.

Sultana parsknęła z irytacją, spojrzała prosto przed siebie i przyspieszyła kroku. Nie chciałam, żeby moja uwaga ją uraziła. Zawstydzona spojrzałam na idące za nami Mauriję i Mariam. Szły, trzymając się za ręce, z tornistrami na plecach.

Siostry skutecznie oderwały moje myśli od strachu przed pierwszym dniem w szkole. Kiedy już przeszłyśmy przez żelazną furtkę, Nadżiba pokazała mi drogę do mojej klasy. Sultana natychmiast zniknęła za drzwiami swojej. Maurija i Mariam radośnie mi pomachały na pożegnanie.

Powoli weszłam do środka, rozglądając się dookoła. Nie byłam pewna, czy powinnam sobie znaleźć krzesło, czy najpierw podejść i przedstawić się nauczycielce. Inne uczennice już wchodziły i zajmowały swoje miejsca. Uznałam, że najlepiej będzie ujawnić swoją obecność już teraz, nie czekając, aż nauczycielka mnie zauważy i zrobi awanturę… Byłam już bardziej kobietą niż dziewczynką, a tutaj siedziałam z małymi dziećmi. W innym środowisku mogłabym być ich opiekunką… Tu byłam im równa.

– Witaj, kochanie. Słyszałam, że do nas dołączysz. Siądziesz w ostatnim rzędzie, z tyłu. To ostatnie wolne miejsce. Masz tu książkę. Tego się teraz uczymy, o, stąd… Znasz litery?

Moją pierwszą nauczycielką była potężna, ale gołębiego serca pani, która na szczęście od razu mnie polubiła. Rozmawiała ze mną inaczej niż z moimi klasowymi koleżankami, i dzięki temu nie czułam się niepewnie, siedząc tak wśród małych dzieci. Zdecydowana i pełna wdzięczności uczyłam się jak szalona. Już wcześniej podsłuchiwałam, jak młodsze siostry uczą się alfabetu, i dlatego wymowę liter opanowałam dość szybko.

Po dwóch miesiącach przeniesiono mnie do drugiej klasy. Byłam szczęśliwa, że tak awansuję, lecz smutna, gdyż opuszczałam moją nauczycielkę. To było, zanim poznałam następną moallim. Nauczycielka drugiej klasy wydawała się zirytowana przysłaniem jej do klasy tak „przerośniętej” uczennicy. Często kazała mi czytać głośno i znajdowała wielką przyjemność w obserwowaniu, jak się męczę przy niektórych słowach. Kiedy koleżanki się ze mnie podśmiewały, strofowała je.

– Dosyć tego! Pamiętajcie, dziewczynki, nie śmiejcie się z tego, że Feriba jest taka duża. Jest nowa w drugiej klasie.

A ja pracowałam jeszcze usilniej i – po zdaniu egzaminu – nie miała wyjścia i musiała mnie przepuścić do trzeciej klasy. Każdego popołudnia, gdy wracałam do domu, zabierałam się do prac domowych: tego nie mogłam uniknąć. Obiecałam przecież, że nadal będę pomagać koko Gul, a nie chciałam, żeby się skarżyła ojcu. Nadal trzepałam dywany, prałam i opiekowałam się zwierzętami. Dopiero po skończeniu tych zajęć, kiedy rodzina już była po kolacji, mogłam zasiąść do nauki. Często pracowałam do późnej nocy. Padar dżan to zauważył.

– Dochtar dżan, pracujesz ciężej nad nauką niż twoje siostry kiedykolwiek. O tym świadczą twoje oceny. Dajesz sobie z tym wszystkim radę?

– Tak, padar dżan. Chcę po prostu dogonić program.

– A jak twoje koleżanki z klasy? Dobrze z nimi żyjesz?

Wiedziałam, o co mu chodzi. Pytał, czy ja – nastoletnia uczennica drugiej klasy – nie zwracam na siebie zbytnio (złośliwej) uwagi dzieci.

– Są miłe. Nie dokuczają mi, a zresztą mam nadzieję już niedługo przejść do następnej klasy.

Ojciec wyszedł zadowolony, pozostawiając mnie odrabiającą lekcje. Później mieliśmy często powtarzać tę rozmowę, aż w końcu znalazłam się w piątej, potem w szóstej klasie. Teraz przedmioty wymagały więcej skupienia i nauki. Czytanie przychodziło mi łatwo, natomiast z matematyką miałam kłopot.

Najprostszego liczenia nauczyłam się, chodząc po zakupy na rynek. Kiedy kupiec z narożnego kramu podawał mi cenę za metr, wiedziałam, ile będzie kosztować pięć metrów. Mogłam obliczyć cenę za ćwierć bądź pół kilograma rodzynek, znając cenę za kilogram. Geometria i algebra były trudniejsze, ale sobie z nimi radziłam.

Uczyłam się na pamięć przy świecy. Recytowałam podczas odkurzania salonu. Kiedy jedliśmy kolację, palcem pisałam na nodze niewidzialne słowa i zdania. Kiedy tylko mogłam, robiłam wszystko, by przyswoić sobie jak najwięcej wiadomości.

Udało mi się dogonić program. W jedenastej klasie miałam szesnaście lat – tyle samo, ile inne dziewczęta! Za trzy lata powinnam była skończyć szkołę. Byłam taka dumna! Mój ojciec także. Dokładnie czytał wszystkie sprawozdania na temat naszych postępów. Kartkował nasze oceny i uwagi i patrzył na mnie. W jego oczach widziałam coś, czego nie potrafił wyartykułować. Jego kąciki ust unosiły się w górę w chytrym uśmiechu. Próbował być nonszalancki:

– Dobrze się spisałaś.

Siedzący w kącie dziadek, z poduszką pod łokciem i plecami opartymi o ścianę, słuchał, zwinnie przesuwając między palcami paciorki tasbih20 – krótkiego różańca. Wystarczyło, że spojrzałam na jego twarz i już wiedziałam, że nie był tym ani odrobinę zdziwiony.

18 Nusz-e dżan! – Na zdrowie! (po tym, jak ktoś dziękuje za posiłek).
19 Sahib – pan, pani – słowo odnoszące się do osób, które obdarza się szczególnym szacunkiem. Moallim – nauczyciel; tu: pani nauczycielka.
20 Tasbih – muzułmański różaniec modlitewny.
Rozdział 4

ROZDZIAŁ 4

Pomimo postu trwającego od wschodu do zachodu słońca ramadan21 był radosnym miesiącem. Jak zwykle byłam tak zajęta nauką i pracami domowymi, że te głodne dni minęły szybko i bezboleśnie. Co prawda burczało nam w brzuchach, za to po zachodzie dogadzaliśmy sobie, spożywając potrawy szykowane przez cały dzień – specjalne dania mające nam zrekompensować rezygnację z jedzenia w ciągu dnia.

Podczas ramadanu mój brat Asad często po południu był zirytowany i złośliwy. W zeszłym roku wszedł do salonu, w którym układałam poduszkę pod plecy baba dżan. Bez słowa rzucił mi na plecy jedną ze swoich koszul. Odwróciłam się zaskoczona.

– Asad! Co robisz? – spytałam. Była to koszula z długimi rękawami, którą niedawno prałam.

– Asad, baczem22… Dlaczego się tak zachowujesz? – skarcił go baba dżan.

– Baba dżan, potrzebna mi czysta koszula, a na tej jest plama! Ona powinna ją była usunąć!

– Jaka plama? – spytał dziadek.

– To sok z owoców morwy.

– Ach… W takim razie to jasne. Nie licz na to, że sok z morwy da się wyprać. A wiesz, dlaczego?

– Dlaczego, baba dżan? – I ja chciałam się dowiedzieć.

– Siądźcie, to wam opowiem. To dobry sposób, żeby spędzić te godziny do iftar23, kiedy już będziemy mogli przestać pościć. A więc: „Było tak czy nie było pod tym naszym niebem…”. Tak, z afgańską wersją „Pewnego razu był sobie…”, baba dżan rozpoczął:

„Pewnego razu była sobie piękna młoda dziewczyna…”.

Opowiedział nam historię o dziewczynie i łuczniku, którzy przypadkiem spotkali się w dżungli. Kiedy piękna dziewczyna usłyszała gardłowy ryk tygrysa na drzewie, przeraziła się i z nosa pociekła jej krew. Umknęła natychmiast, porzucając zakrwawioną chustkę, która jej spadła z głowy. Młodzieniec, kiedy znalazł chustkę z plamami z krwi, a szukał właśnie śladów tygrysa, zrozumiał to w opaczny sposób. Ze złamanym sercem, chcąc pomścić morderstwo ukochanej, ścigał tygrysa, który go, niestety, bez trudu zabił. Młoda dziewczyna nabrała odwagi, żeby wrócić do dżungli. Na widok młodego myśliwego, poszarpanego i leżącego bez życia rozpłakała się. Padła na kolana obok krzewu z trującymi jagodami, w rozpaczy i żalu zerwała garść owoców i włożyła do ust, modląc się, żeby jej dusza połączyła się z ukochanym.

– Od tego czasu tamten krzew morwy – i każde morwowe drzewo – rodzi owoce, plamiące jak krew, która połączyła dwa serca… Tej plamy nie da się wywabić.

Asad słuchał z uwagą, ale kiedy baba dżan skończył opowiadać, mój brat sprawiał wrażenie zawiedzionego, że nikogo nie może oskarżyć o to, że jego koszula już zawsze zostanie poplamiona. Z irytacją podniósł ją z podłogi.

– I tak jest stara. Mam lepsze koszule.

Kiedy rok później szłam przez rynek w poszukiwaniu miękkich, dojrzałych daktyli na nasz iftar, przypomniałam sobie opowiadanie dziadka. Szłam lekkim krokiem, chcąc jak najprędzej zajść do domu i podzielić się dobrą wiadomością. Zdałam egzamin z matematyki z bardzo dobrym wynikiem i otrzymałam nagrodę. Nauczycielka oznajmiła głośno, żeby wszyscy słyszeli:

– Feribo, niemal doskonały wynik, zdałaś jako druga, lepsza od niej była tylko Latifa. Bardzo dobrze, Feribo!

Wiedziałam, że oczy baba dżan zabłysną z dumy, co będzie mówiło więcej niż słowa. Chciałam kupić te daktyle i zanieść je do domu jak najprędzej, żeby zobaczyć się z dziadkiem.

Sklepik właściciela nazwiskiem Szeraga był pełen beczek z przyprawami i suszonymi owocami: orzechami włoskimi, migdałami, kardamonem, kryształami soli, błyszczącą, zmieloną na proszek kurkumą i ostrą papryką. Choć sklep był barwny i przyjemny dla zmysłów, sam Szeraga nie robił takiego wrażenia. Wyszedł ciężkim, powolnym krokiem. Jego czoło – szerokie tak, że starczyłoby dla dwóch mężczyzn – lśniło od potu mimo zimowego chłodu. Rzadko zdarzało mi się coś u niego utargować, ale dzisiaj był nad wyraz hojny. Z pochyloną głową wzięłam od niego woreczek daktyli, ostrożnie, by przypadkiem nie dotknąć tłustych, owłosionych palców Szeragi.

Zanim dotarłam do domu, nasunęłam czador24 na głowę i policzyłam, ile mam monet w woreczku. Koko Gul będzie zachwycona! Zadowolona z sukcesu, nie zauważyłam cienia sunącego za mną wąską uliczką. Dwie monety wyślizgnęły mi się z ręki i spadły na zakurzoną drogę. Schyliłam się, żeby je podnieść, i wtedy usłyszałam słowa – tak plugawe, że aż twarz mi zapłonęła. Dosłownie parę centymetrów ode mnie stał jeden z chuliganów z rynku. Cofnęłam się o krok i popatrzyłam na niego wilkiem. Długie włosy spadały mu na czoło. Oczy miał ciemne, blisko osadzone. Uśmiechnął się, odsłaniając żółtawe, pełne szczerb uzębienie.

– Skąd to? Może byś przystanęła na trochę? Mam w kieszeni trochę ziaren nachod25. Chodź, weź sobie. – Uśmiechał się, pokazując kieszeń, z której wypadło parę ziaren suszonej ciecierzycy.

– Bitarbija26! Ty draniu! – wrzasnęłam. Odwróciłam się i uciekłam, modląc się w duchu, żeby naderwane rzemyki moich sandałów do reszty się nie zerwały. Za sobą słyszałam ryk chłopaka.

Wpadłam do domu zlana potem. W kuchni siedziała koko Gul. Kroiła mięso na kawałki i wrzucała je do garnka.

– Och, dochtar! – zawołała, patrząc na mnie ostrzegawczo. Czubkiem noża wskazała kąt kuchni, gdzie pod ścianą stało naczynie, pieczołowicie owinięte szorstkim, zielonym kocem. Koko Gul przygotowywała jogurt, co wymagało absolutnej ciszy. – Zachowujesz się jak słoń w składzie porcelany!

– Przepraszam… – wyjąkałam.

– Co się stało? Wyglądasz na wystraszoną.

Byłam zbyt zawstydzona, żeby opowiedzieć macosze, co mnie spotkało.

– Bałam się, że spóźnię się na kolację…

– I tak się spóźniłaś. Jest prawie gotowa. Umyj ręce i zrób chociaż sałatę. Mnie już zaczynają boleć plecy. Przyniosłaś chorma27? – zapytała, przypomniawszy sobie, co kazała mi załatwić, kiedy wychodziłam rano z domu.

– Tak. – Wydobyłam woreczek daktyli z teczki szkolnej i oddałam jej resztę pieniędzy. Policzyła monety: brakowało kilku – tych, które wypadły mi na ziemię.

– Wyglądają na świeże… W którym sklepie je dostałaś?

– U Szeragi. Miał chyba jeszcze gorszy humor niż zwykle – powiedziałam w nadziei, że to jej wytłumaczy wyższą cenę daktyli. Koko Gul mlasnęła językiem i odłożyła woreczek na bok.

– Takim niedźwiedzim łapom nic nie umknie… No, idź do salonu. Dziadek chce cię zobaczyć.

Minęłam salon i poszłam się umyć. Byłam pewna, że dziadek mnie przejrzy, i to od razu… koko Gul nigdy nie zdoła. Nie mogłabym mu spojrzeć w oczy z tym rumieńcem wstydu na policzkach.

Pomyślałam: „Pochwalę się kiedy indziej…” i zaniosłam kartkę z wynikami do swojego pokoju.

21 Ramadan – nazwa miesiąca w kalendarzu muzułmańskim. Podczas ramadanu muzułmanie zachowują ścisły post od wschodu do zachodu słońca.
22 Baczem – mój synu.
23 Iftar – wieczorny posiłek podczas miesiąca ramadanu.
24 Czador – kobiecy strój muzułmański zakrywający całe ciało.
25 Nachod – ciecierzyca.
26 Bitarbija – drań, chuligan.
27 Chorma – daktyle.
Rozdział 5

ROZDZIAŁ 5

W ostatnim roku nauki w szkole średniej bardziej niż kiedykolwiek ciągnęło mnie do sadu; jego przypominające powykręcane palce gałęzie drzew, obciążone owocami kiwały na mnie zapraszająco. Leżąc w kołysce drzew brzoskwiniowych, wysysając kleisty, bursztynowy sok żywicy, który odrywałam od pnia, zastanawiałam się, co będę robić po skończeniu szkoły. Niektóre moje koleżanki wybierały się na uniwersytet. Inne chciały zostać nauczycielkami. Większość planowała zamążpójście. Ja natomiast nie wiedziałam, czego chcę, ale nie interesowało mnie małżeństwo ani prowadzenie domu.

Kiedy już wykonałam wszystkie prace domowe, wymykałam się z książką do sadu. Trawa była chłodna; jej miękkie źdźbła łaskotały moje stopy. Czytałam, oparta plecami o pień morwy, czasami leżąc na brzuchu. Siostry wypytywały, czemu jestem tak przywiązana do drzew morwy, a ja im mówiłam, że właśnie tam najlepiej mi się marzy.

– A o czym marzysz? – pytały.

– O tym, co będzie jutro.

– A co będzie jutro?

– Nie wiem. Nie potrafię zapamiętać, co było we śnie, lecz budzę się z uczuciem, że to coś wspaniałego. Historia warta tego, żeby ją opowiadać innym.

Tamtego lata zachorował mój dziadek: męczył go ostry kaszel. Leżał w łóżku całymi dniami, trzymając w rękach szklankę ziołowej herbaty, która miała wypędzić chorobę. Obserwowałam, jak ciężko oddycha, jak jego górna warga pokrywa się potem. Padar dżan wezwał lekarza, który zrobił dziadkowi zastrzyk i zostawił mu dwie buteleczki pastylek. Podawałam mu wodę do popicia.

Odwiedzałam go prawie codziennie, w nadziei, że zobaczę jakieś oznaki poprawy. Kiedy szłam z czwartą wizytą, przygotowałam mu zupę i świeżą, słodką herbatę. Ale wypił tylko parę łyków, błagając, żebym mu dała odpocząć.

Znowu posłaliśmy po doktora. Baba dżan leżał w łóżku. Wyglądał na tak słabego, tak malutkiego! Tak bardzo chciałam, żeby wstał, sięgnął po laskę i poszedł do kuchni… Ojciec i ja niemal cały czas siedzieliśmy przy nim, jednak żadne z nas nie przyznało, że baba dżan wygląda naprawdę źle. Padar dżan w ogóle niedużo mówił, jakby się bał własnego głosu.

– Feriba dżan… – odezwał się nagle dziadek.

– Tak, baba dżan?

– Moja kochana wnuczko… Już prawie skończyłaś średnią szkołę, prawda?

– Tak, baba dżan. Został tylko jeden rok do końca.

– Dobrze, dobrze… A co będziesz robiła, kiedy już skończysz tę średnią szkołę?

– Nie wiem jeszcze, baba dżan. Myślałam o studiach, ale…

Oczy miał na wpół przymknięte. Myślałam, że zasnął, i dlatego ściszyłam głos. Lecz nie spał.

– A dlaczego nie?

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Wzruszyłam ramionami i otarłam mu czoło mokrym ręcznikiem.

– Feribo, widziałaś, jak ojciec pracuje w sadzie, prawda? Tam właśnie się rozwinął jego talent. Nauczyłem go tego, czego mogłem, kiedy był mały, ale jeszcze zanim stał się mężczyzną, widziałem, że tutaj właśnie on może mnie czegoś nauczyć. To mistrz w hodowaniu i szczepieniu drzew.

Mówił prawdę. Pewnej zimy widziałam, jak ojciec wycinał ostrożnie „zraz” z jabłoni. Poszłam za nim aż na koniec sadu: tam wykopał dobrze ukorzenione drzewko jabłoni, rodzące owoce o jaskrawoczerwonej skórce. Podśpiewując pod nosem, gładził korę i okrążał pień, szukając odpowiedniego miejsca do wsunięcia szczepu. Z chirurgiczną dokładnością naciął gałąź pod kątem, tworząc szczelinę, którą zacisnął z powrotem. W otworek węższym końcem wsunął szczep, stykając ze sobą dwa przycięte końce dwóch gatunków. Nadal coś mruczał, owiązując długimi paskami materiału szczep dookoła macierzystego drzewa. Czubek szczepu i jego trzy pączki przykrył papierową torebką, chroniąc je przed wysuszającym powietrzem. Następnej wiosny mieliśmy już nową odmianę jabłek z gałęzi młodego drzewka, które właściwie powinno było zwiędnąć i umrzeć. Zamiast tego powstały dwa nowe, żyjące, oddychające gatunki, jedyne w naszym sadzie. Owoce stworzone przez ojca.

– Chciałbym, żeby twój ojciec przekazał dzieciom swój talent, ale on chyba tego nie potrafi… Zatem wszystko jest teraz w twoich rękach, Feribo. – Tu baba dżan potrząsnął głową. Chciałam zaprotestować, powiedzieć mu, że jest zupełnie inny niż koko Gul, ale dziadek kontynuował:

– Nawet twój brat już znalazł własną drogę; nie poczuwa się do obowiązków wobec nikogo. Nie wiem, kogo za to winić. Ma ciało konia, a mózg osła.

– Ale ty przecież zawsze liczyłeś na mnie, dziadku – rzekłam, biorąc go za rękę.

– Może byłem za ostry dla twojego ojca, bo jest za bardzo do mnie podobny. Ty… ty jesteś inna. Podobna do swojej matki, niech ją Allah ma w opiece. Z pewnością nie należała do osób, które widzą tylko czubek własnego nosa. Przy niej i twój ojciec byłby inny. Cóż, trudno… Ona zrobiłaby z niego prawdziwego mężczyznę.

Nogi mi ścierpły, kiedy tak siedziałam w kucki obok baba dżan, ale nie odważyłam się poruszyć. Chciałam zapamiętać każde jego słowo.

– Nie ma sensu gadać o takich sprawach. Jesteś inteligentna. Zaufaj sobie samej i wiedz, co jest dla ciebie najlepsze.

– To ty zawsze wiesz, co dla mnie najlepsze, baba dżan. Zawsze mogę się zwrócić do ciebie.

– Lepiej nie liczyć zanadto na tych o siwych włosach. Jesteśmy za blisko Boga, żeby na nas polegać – ostrzegł mnie i westchnął ze zmęczenia.

Był wyczerpany. Zmieniłam temat i opowiedziałam mu o krzewach róż rosnących przed jego domem. Opowiedziałam też o sprzedawcy kurcząt, który musiał gonić swoje gdaczące kury po targu, bo jakiś dzieciak otworzył klatkę… Dziadek uśmiechał się i kiwał głową, lecz wkrótce ogarnęła go senność.

Ucałowałam go w rękę i obiecałam wrócić nazajutrz rano – ale nazajutrz, jeszcze przed wschodem słońca, baba dżan już był razem z Bogiem i moją matką. Zastanawiałam się, czy przyszedł wtedy po niego mój anioł z sadu… Płakałam przez dwa tygodnie, kiedy nie widzieli tego ani mój ojciec, ani koko Gul, ani rodzeństwo. Chciałam być sama – i czułam, że jedynym miejscem, w którym mogę przebywać, jest gęstwina drzew w sadzie.

W czterdzieści dni po odejściu dziadka poszłam do sadu. Śmierć baba dżan sprawiła, że powróciłam myślami do mojego anioła stróża z dzieciństwa, mimo przekonania, że był tylko wytworem młodzieńczej fantazji. Niemniej jednak czasem myślałam, że gdybym go zobaczyła, zapytałabym go o dziadka i mamę.