Strona główna » Obyczajowe i romanse » Kino „Szpak”

Kino „Szpak”

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-61154-02-0

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Kino „Szpak”

Każdy z nas miał swoją klasę, swoje liceum, swoje kino. Swoją niepowtarzalną młodość. Tęsknimy do nich, choć w gruncie rzeczy nie bardzo wiemy, do czego. Kino "Szpak" to opowieść o minionym czasie, szkolnych przyjaźniach, pierwszych miłościach, bójkach na przerwach, wagarach, młodości, zaufaniu i zagubieniu. Jest podróżą sentymentalną dojrzałego mężczyzny do szkolnych przygód z podwarszawskiej Falenicy. To pełen ciepła i nostalgii zbiór historii o potędze przyjaźni. Powieść klamrowo zamyka współczesna wędrówka dwu przyjaciół zatartymi śladami młodości sprzed trzydziestu paru lat. Autor opisuje świat wspomnień taki, jakim był. Trochę śmieszny, a trochę groźny. Podszyty absurdem. Zniewolony. Zaczarowany przez pamięć, która wszystko zmienia na lepsze. Kino "Szpak" już nie istnieje. Ale przewracając kartki książki, można jeszcze obejrzeć jakiś zapomniany, wyblakły, nieznośnie wzruszający film.

Polecane książki

Lapidus w wybuchowo wysokiej formie! Emelie i Teddy, partnerzy nie z własnej woli, tym razem zostają wplątani w sprawę, która odbija się czkawką sporemu gronu osób, niezależnie od ich pozycji społecznej. W domu na Värmdö włącza się alarm i na wezwanie przyjeżdża ochroniarz. Nie natrafia tam na zwyc...
Szczypta magii – pierwsza część czarującej trylogii Sophie Nicholls.Ciepła, magiczna, bardzo kobieca opowieść… Suknia urzeka równie mocno jak niezapomniana Czekolada!Gdy pewnego dnia do Yorku przybywają dwie młode kobiety – matka i dorastająca córka –mieszkańcy miasta jeszcze nie zdają sobie sprawy,...
W publikacji "Odpowiedzialność zarządu spółki z o.o. za nieopłacone składki ZUS" zamieszczono omówienie zasad odpowiedzialności za długi składkowe. wyjasniono, w jaki sposób i w jakich przypadkach członek zarządu może się uwolnić od odpowiedzialności za nieopłacone składki na ZUS....
Doktor Bentley Rydel jest właścicielem kliniki weterynaryjnej, w której odbywa się nieustanna rotacja personelu. Szef kocha zwierzęta i jest gotów nosić je na rękach, wobec ludzi jednak jest bezwzględny. Żyje według własnych zasad, unika bliższych znajomości. Pewnego dnia w jego uporządkowane życie ...
W dzisiejszym świecie ludzie coraz mniej troszczą się o prawdę, a bardziej o pewność. Prawda jest dla nich pojęciem abstrakcyjnym, istniejącym gdzieś na zewnątrz, pojęciem, które być może ma niewielkie znaczenie praktyczne. Pragną jednak pewności, ponieważ daje im ona poczucie bezpieczeństwa. To...
Corporate wellness to zarówno filozofia zarządzania, jak i zbiór konkretnych instrumentów wspierających dobrostan pracowników w przedsiębiorstwie. Podejście to zyskuje w ostatnich latach na popularności, zwłaszcza w kontekście warunków rynku pracownika oraz konieczności zabiegania o pozyskanie i zat...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Marek Ławrynowicz

Marek Ławrynowicz

Kino „Szpak”

Jirafa Roja

Warszawa 2008

© Copyright by Marek Ławrynowicz, 2008 © Copyright by Jirafa Roja, 2008

Redakcja: Zdjęcia na okładce:

Zdjęcie autora: Projekt okładki, łamanie:

Druk i oprawa:

Łukasz Gołębiewski

Honorata Kawecka | Dreamstime.com

Ana Sousa | Dreamstime.com

Agnieszka Herman Tatsu ^ tatsu@tatsu.pl

Abedik S.A. www.abedik.com.pl

ISBN 978-83-61154-02-0

www.jirafaroja.pl

Wydanie II zmienione Warszawa 2008

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Dedykacja

mojej żonie Kasi Józkowi Kurylakowi

oraz Poldkowi Ziantkowi Borówie i Szpuntowi

KINO „SZPAK”

Stoimy z Józefem w kinie „Szpak”. On w kasie biletowej, ja, w trzecim albo czwartym rzędzie. Józef drepcze po kasie, jakby szukał kogoś, kto mu sprzeda bilet. Ale kasy już nie ma, ani ekranu, ani rzędów skrzypiących krzeseł, rozpadła się kabina projekcyjna, zbutwiały witryny, w których wieszano kiedyś plakaty. Stoimy na gruzach, wśród pokrzyw i kępek wyleniałej trawy. Z zewnątrz kino jeszcze istnieje, jest mur, drzwi prowadzące do holu, choć po klamce pozostał tylko poszarpany otwór. Po tej stronie rumowisko. Pokazuję Józefowi, gdzie zwykle siedziałem; gdzie Bumcek, gdzie Borówa. Rozwieram ramiona, by mu uzmysłowić, jak duży był panoramiczny ekran. Prowadzę w kąt poczekalni, gdzie dyskretnie pijano tanie wino zwane jabolem. Ale Józef ma własne sprawy w moim kinie. Wraca do kasy. Podejrzewam, że gdy mu powiedziałem, dokąd jedziemy, coś sobie wymyślił i właśnie kasa biletowa jest mu do tego potrzebna. Józef jest poetą i zawsze szuka tego, co innych ludzi zupełnie nie obchodzi. Pewnie ukryty za szczątkami okienka ogląda film, którego nie chce mi pokazać, ale nie dbam o to, bo ja oglądam mój tu na widowni, stojąc dokładnie na miejscu dziesiątego krzesła w trzecim rzędzie i mając po lewej stronie Borówę, a po prawej Ziantka.

W domu za rumowiskiem otwarło się niespodziewanie małe okienko i ukazała się w nim twarz chudego staruszka. Przygląda się nam natarczywie, pewien, że jesteśmy tu ze względu na niego, przeciwko niemu, jakieś grube chcemy mu zrobić świństwo, więc staruszek daje nam do zrozumienia, że nas przejrzał i żebyśmy sobie nie myśleli, że nam się uda. Jeśli przyszliśmy tu na rumowisko, będące kiedyś kinem „Szpak”, po jego długo zbierane oszczędności, to musimy wiedzieć, że on ma liczych sąsiadów, także staruszków, i że wszyscy będą bronić swych oszczędności do ostatniej kropli krwi. Powinienem pójść do niego i powiedzieć, że nie mamy złych zamiarów, że Józef jest poetą i nigdy nie robi krzywdy staruszkom, że jesteśmy obaj w podróży sentymentalnej, która nie chce się skończyć. Jeździmy moim starym samochodem i szukamy niegdysiejszych śniegów. Chodzimy po istniejących kiedyś ulicach i wypytujemy ludzi, czy kogoś kiedyś nie znali, czy nie widzieli pani takiej a takiej, albo pana, a oni nigdy nic nie pamiętają, patrzą na nas zdziwieni, podejrzewając — jak ten staruszek — że chcemy im zrobić coś złego. Powinienem też wyjaśnić, że tak naprawdę nie szukamy żadnych kobiet i mężczyzn, tylko samych siebie, bo zgubiliśmy się sobie po drodze, nawet nie zauważając kiedy, i wydaje nam się, że to nasze zgubione ja mieszka tam w minionym czasie i gdyby odnaleźć ten czas i ono odnalazłoby się cudownym sposobem. Ale czas, przecież minął, nie ma go i nie będzie, są tylko ruiny kina „Szpak” i wiszące na skrawku muru okienko kasy biletowej. Nie ma nikogo, kto sprzedałby Józefowi bilet na film, który sobie wymyślił. Nic nie ma, oprócz staruszków, którzy nie pamiętają nikogo i niczego. I jest jeszcze nasza podróż sentymentalna — rdza na samochodzie, drogi, stacje benzynowe, fragmenty murów, pokrzywy, nerwowo biegające pająki. Jeśli nawet istnieje ten film, który Józef sobie wymyślił, to i tak nie ma i nie będzie już nigdy kina, które mogłoby go wyświetlić. I nas też nie będzie, bo przecież nie znaleźliśmy siebie wśród pokrzyw i stacji benzynowych, przeminęliśmy na zawsze. Nie ma podróży sentymentalnych, są tylko wyprawy donikąd.

UCIEKINIERZYSTARY BORÓWA

Po pierwsze, musisz wiedzieć, Józefie, że na ulicy Margerytki słońce wschodziło nad dachem Borówy, a zachodziło za dach Szpunta. Dzięki temu byliśmy zawsze w środku dnia. Borówa rzucał długi cień, ja krótki. Czasem dołączał cień Poldka. Czasem Ziantka. Czasem nikomu nie chciało się iść i słońce panowało bez przeszkód nad ulicą.

Kim wtedy byłem? Argonautą, Ikarem czy zwykłym chłopakiem z Falenicy, jak moi kumple? Czy myśmy wtedy czegoś pragnęli, za czymkolwiek tęsknili, czy tylko przesuwaliśmy się wraz ze słońcem od Borówy do Szpunta, zgodnie z porządkiem świata? Nie pamiętam.

Wiem, że o świcie pierwsze światło zapalało się w oknie starego Borówy, a w chwilę później w ciszy rozlegał się doniosły, cerkiewny chór. Zapalało się światło w oknie Borówowej, słychać było wrzask, zaciekłe jazgotanie, trzask drzwi — i chór milkł gwałtownie. Wtedy zapalały się światła w następnych oknach, jedno po drugim, aż do końca ulicy

Rodzice mojego kumpla Borówy byli, Józefie, najdziwniejszym małżeństwem na świecie. Łączyło ich tylko jedno — oboje mieli po sto dziewięćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu

Stary Borówa był chudy jak patyczek, gdy szedł ulicą Margerytki w wietrzny dzień, pochylał się komicznie na boki, a czasem chwytał się latarni i odpoczywał. Głowa opadała mu nieustannie na ramię, robił wrażenie zawstydzonego swoim wzrostem, zapewne zrobiłby wiele, żeby się zmniejszyć i zniknąć z oczu

Jedyne, za co mieszkańcy ulicy Margerytki cenili starego Borówę, to motocykl marki „Junak”, którym odjeżdżał od czasu do czasu, kurczowo trzymając się kierownicy.

Nie do uwierzenia, że stary, nieśmiały Borówa zakochał się kiedyś w Borówowej i spłodził z nią Borówę.

Teraz kochał tylko chóry cerkiewne. Pudełka z taśmami wypełniały cały jego pokój, do każdego była przyklejona karteczka z dokładnym opisem. Stary Borówa mógł mówić godzinami o chórach cerkiewnych, ale nikt go, Józefie, nie chciał słuchać. Siedział więc biedak w domu i sam sobie opowiadał o chórach, cerkiewnej architekturze, popach, popadiach, diakonach Mówił szeptem, tak że trudno było rozróżnić słowa Wyglądało to na zaklinanie, zamawianie. Cała ulica współczuła staremu Borówie

Było też komu zazdrościć, bo w pół drogi między Borówą a Szpuntem mieszkał mistrz szabli Pawłowski, za którym biegliśmy nieraz, gdy sunął ulicą swym eleganckim, delikatnie szumiącym mercedesem Tak to sąsiadowały ze sobą upadek i sukces

Borówowa… Gdybyś, Józefie, jak ja mógł w młodości widzieć Borówową, być może nie byłbyś teraz poetą, tylko podróżnikiem, wędrowcem, uciekinierem Nie dość, że miała sto dziewięćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, ale była gruba, masywna, monstrualna. Gdy szła na swych klocowatych nogach, ziemia drżała

Borówowa była salową w szpitalu Przemienienia Pańskiego i codziennie przejeżdżając tramwajem obok praskiej cerkwi, publicznie wygrażała jej pięścią

Była przekonana, że w prawosławych chórach ukrywa się diabeł sprzymierzony ze starym Borówą. Dlatego obwiesiła ściany swojego pokoju różnej wielkości krucyfiksami Dziesiątki cierpiących Chrystusów patrzyło na siedzącą na łóżku Borówową, która jeszcze niepewna swego, głośno odmawiała różaniec

Ale i to nie zapewniło jej spokoju, bo za ścianą cichutko, ale nad podziw konsekwentnie śpiewał chór, a gdy milkł, dobiegał stamtąd dokuczliwy szept. Borówowa dostawała histerii, pędziła do pokoju męża, wrzeszczała i waliła pięścią w magnetofon. Stary Borówa zmykał z domu na piechotę albo motocyklem marki „Junak”, jeśli mu się bardziej spieszyło.

Zawsze biegłem wtedy do płotu, żeby powiedzieć staremu Borówie „dzień dobry” i w ten sposób dodać mu otuchy.

W końcu Borówowa nie wytrzymała i poszła do proboszcza

Nasz proboszcz, Józefie, był księdzem starej daty i nie odpychał od siebie żadnej istoty ludzkiej. Poznał natychmiast Borówową, której ogromna postać górowała w kościele nad tłumem wiernych, i widząc ją z bliska mimo woli zadrżał. Jednak przekonany, że to sam Stwórca wystawia go w ten sposób na próbę, spytał dobrotliwie, jak prawdziwy pasterz pytać powinien:

– Co cię do mnie sprowadza, dobra kobieto?

Słysząc słowa „dobra kobieto”, Borówowa wydała z siebie krótki ryk, a następnie siadła gwałtownie na zabytkowym krześle, które zatrzeszczało z przerażenia

– A zatem — kontynuował proboszcz, nie dając się zbić z pantałyku — co cię do mnie sprowadza, dobra kobieto?

– Mąż! — powiedziała Borówowa i już miała opaść na kolana, ale zrezygnowała

Proboszcz westchnął pobożnie.

– Pije? — spytał ze zrozumieniem.

– A gdzie tam, księże proboszczu! Najwyżej oranżadę

– Bi… — zaczął proboszcz i urwał, bo uświadomił sobie, że trudno byłoby znaleźć mężczyznę, który mógłby bijać Borówową, więc zamiast tego spytał: — Męczy?

– Oj, męczy, kochany księże proboszczu, męczy strasznie, tak męczy.

– A w jaki sposób?

– Chórem męczy! Chórem! O popie przeklęty!

Proboszcz pomyślał, że Borówowa cierpi na rodzaj szału religijnego. Niestety nie było w pobliżu nikogo, kto mógłby mu przyjść z pomocą. Zapytał więc jak najdelikatniej:

– A jakże ono męczenie wygląda, dobra kobieto?

– On ma magnetofon, proszę księdza.

– Rozumiem — rzekł proboszcz, ale nie rozumiał.

– I taśmy ma do tego magnetofonu, a na taśmach są same chóry cerkiewne. Chóry śpiewają, a on mamrocze pod nosem. W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego…

I Borówowa z hukiem padła na kolana.

– Wstań, moja córko, i odejdź w pokoju — rzekł ksiądz, nie próbując jednak podnosić Borówowej za ramiona.

A ona jakby tego nie słyszała. Rozszlochała się, biła się w pierś, żegnała, w końcu wydobyła różaniec i zaczęła go krzykliwie odmawiać

Proboszcz patrzył na Borówową z wielkim niesmakiem.

– Ja tu mam interesantów, dobra kobieto — rzekł w końcu — Odejdź w pokoju, powiadam ci!

Borówowa zerwała się z klęczek i wkroczyła wprost do sypialni proboszcza Dopiero po długich tłumaczeniach, że „odejdź w pokoju” nie znaczy „idź do pokoju”, udało się wypchnąć Borówową na korytarz.

Jeszcze dwie godziny siedziała tam i pochlipywała, aż wreszcie, gdy proboszcz poprzysiągł jej na krucyfiksie, że zrobi ze starym Borówą porządek, poszła sobie.

Pędziła ulicą Margerytki, wiatr rozwiewał jej włosy, co pewien czas stawała, unosiła w górę swoją ogromną pięść i groziła nią komuś. Już z daleka słyszała cerkiewny chór, który wyśpiewywał radośnie, ciesząc się z rzadkiej chwili spokoju

Proboszcz długo myślał, jak zaradzić nieszczęściu Borówowej. Są na świecie większe grzechy niż słuchanie chórów cerkiewnych. Z drugiej strony, gdyby zdołał namówić jej męża, by słuchał na przykład chórów gregoriańskich… W tej intencji wybrał się pewnego dnia do starego Borówy.

Miłośnik chórów cerkiewnych ani myślał, że go spotka taki zaszczyt. Siedział w swoim pokoju, ubrany w żółty, nieco już podarty szlafrok. Na magnetofonie wirowała szpula z taśmą, anielskie pienia ulatywały ku sufitowi, a towarzyszył im cichy brzęk wiszącej nad Borówą gołej żarówki.

– Czy można, synu? — spytał kulturalnie proboszcz, wsuwając głowę przez drzwi

Stary Borówa zerwał się z krzesła i gorączkowo zaczął okrywać szlafrokiem chude golenie.

– Najmocniej przepraszam. — wymamrotał. — Jestem nie ubrany.

– Nie szkodzi, synu — rzekł proboszcz, wkraczając do pokoju. — Pierwsi rodzice też nie mieli stosownego odzienia, a mimo to póki szatan nie wmieszał się do sprawy, Pan nasz znajdował w nich upodobanie

Stary Borówa nie rozumiał, w czym proboszcz znalazł upodobanie Przycupnął na brzeżku krzesła i czekał, co będzie dalej

Ksiądz siadł w fotelu i zaczął rozglądać się po pokoju.

– Słuchasz, widzę — powiedział po dłuższej przerwie.

– Za pozwoleniem księdza proboszcza — rzekł stary Borówa, który uważał, że należy wyrażać się precyzyjnie. — Forma „słuchasz, widzę”, nie jest trafna, bo słuchania nie widać. Należałoby raczej spytać: „słuchasz, słyszę”.

– Coś w tym jest, mój synu — zgodził się proboszcz. — Dziękuję, że zwróciłeś mi na to uwagę. A zatem słuchasz, słyszę?

– Słucham, księże proboszczu

– I słusznie, albowiem powiedziane jest: kto ma uszy, niechaj słucha. I cóż takiego słyszysz?

– Królestwo Niebieskie, księże proboszczu. Jakbym już tam był

– Coś podobnego! Królestwo Niebieskie, powiadasz? Daj głośniej, synu.

Stary Borówa przekręcił gałkę i chór ryknął ze wszystkich sił. Borówowa zerwała się i chwyciła stojący na stole ogromny krucyfiks. Wpadła do sąsiedniego pokoju i ujrzała, że Proboszcz i stary Borówa siedzą z zamkniętymi oczami, zasłuchani.

– Panie Boże dopomóż! — jęknęła. — I ksiądz tutaj?!

– Uspokój się, dobra kobieto — rzekł proboszcz. — Jeszcze nie wieczór. Na razie wyjaśniamy sprawę.

– Już ja to widzę! — wrzasnęła Borówowa. — Oj, nie uspokoję się, póki nie padnę do nóg Przenajświętszej Panience

Musisz wiedzieć, Józefie, że na rogu działki Borówów stała kiedyś kapliczka. Potem wpadła na nią ciężarówka, której wiecznie pijany kierowca utopił się rychło w Wiśle, w czym wielu widziało karę Bożą. Kapliczki nie odbudowano, a stary Borówa zamontował w tym miejscu pompę z rzeźbioną rękojeścią

Borówowa nigdy nie przyjęła do wiadomości, że pozbawiono ją kapliczki. Teraz, widząc proboszcza zasłuchanego w chór cerkiewny, wybiegła z domu i padła krzyżem pod pompą

Ksiądz i stary Borówa nadal siedzieli z zamkniętymi oczami

– Czy ksiądz słyszy Królestwo Niebieskie? — pytał stary Borówa.

– Niestety, mój synu, słyszę tylko hałas tego świata.

Stary Borówa uniósł stojący w kącie głośnik i wędrował z nim po pokoju, szukając odpowiedniego miejsca.

– A teraz?

– Słyszę wielu ludzi, którzy daremnie usiłują śpiewać jednym głosem

Stary Borówa ustawił głośnik między dwoma stosami taśm. Siadł na krześle i przymknął oczy.

Borówowej zrobiło się zimno pod pompą, wstała, wzięła motykę i z wściekłością zaczęła wbijać ją w ziemię Wreszcie muzyka ucichła

– Szukanie Królestwa Niebieskiego to rzecz piękna — rzekł proboszcz, podchodząc do okna — Ale nie należy zapominać o życiu

– Przepraszam, ale nie podzielam poglądu księdza proboszcza Przede wszystkim należy zapomnieć o życiu

Ksiądz popatrzył w głąb ogrodu, gdzie Borówowa zapamiętale wywijała motyką

– Ta kobieta cierpi — rzekł.

Stary Borówa z trudem otworzył oczy i spojrzał na Borówową, która zaparła się nogami i wyciągała z ziemi jakiś chwast

– Więc ksiądz nazywa to życiem?

– Owszem, są powabniejsze jego przejawy Ale ty, synu, niczym nie przymuszony, wybrałeś właśnie ten

– W tym rzecz! — zawołał stary Borówa. — Dlaczego ja to zrobiłem?! Boże miłosierny! Dlaczego?

– Jest w tym tajemnica Ale Pan nasz nic nie czyni bez powodu

Ksiądz oderwał się od okna i ruszył w stronę drzwi.

– A twoje Królestwo Niebieskie, synu — powiedział dobrotliwie – jest tylko złudzeniem. Owszem, Kościół Wschodni jest także chrześcijański, ale to wszystko należałoby. powiedzmy. usunąć.

– Moje taśmy? Co też ksiądz mówi?! Moje taśmy?!

– Więcej pokory i cierpienia, synu. Poza tym. są jeszcze chóry gregoriańskie

– Nie! — zawołał stary Borówa. — Nie! Tylko nie gregoriańskie!

Ale proboszcz już zamknął drzwi równie cicho i delikatnie, jak je otworzył

Wyszedł z domu i ruszył ku Borówowej

– Uczyniłem, co w mojej mocy, dobra kobieto. Ale niewiele mogę. To człowiek opętany.

– Dawno to podejrzewałam! Pamiętam dobrze tę jesień dziesięć lat temu, kiedy go diabeł omotał!

– Mylisz się, ma córko. To człowiek opętany przez anioły.

Oczy Borówowej zrobiły się okrągłe. Stała nieruchomo z motyką oblepioną ziemią, po której łaził tłusty robak. Proboszcz uczynił nad nią znak krzyża i ruszył ku furtce. Dopiero gdy wyszedł na chodnik i znalazł się obok pompy, zawołała nieśmiało:

– A ja, księże proboszczu?! Co ja mam robić?!

– To samo co przedtem, dobra kobieto. Nasz Pan wejrzy i na ciebie…

Borówowa chwyciła mocniej motykę i waliła nią w ziemię tak, jakby Pan Bóg już na nią patrzył. W pokoju starego Borówy znów zaśpiewał cichutko chór

Proboszcz idący ulicą Margerytki ku słońcu, które nieuchronnie zmierzało w stronę Szpuntowego dachu, usłyszał ten chór i nagle zapragnął zawrócić Ale przecież czekały na niego obowiązki: zebranie Rady Parafialnej, pogrzeb w czwartek, ślub w niedzielę. Szedł zgarbiony ulicą Margerytki i jakoś nie cieszył go świat Boży

Stary Borówa stał w oknie i zasłuchany w chór patrzył na Borówową uwijającą się wśród grządek. Po raz pierwszy w życiu pomyślał, że i w niej jest coś boskiego — niepowstrzymana wybujałość natury, która uczyniła ją tak potężną, że nie pasowała do świata zbudowanego dla ludzi przeciętnych. Była to wielkość może zbyt dosłowna, prostacka, ale przecież istniała

Czuł, że znów ją kocha Teraz jako przejaw ustanowionego przez Stwórcę porządku świata.