Strona główna » Dla dzieci i młodzieży » Klimek i Klementynka

Klimek i Klementynka

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7791-524-0

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Klimek i Klementynka

Tytułowi bohaterowie to para jedenastoletnich bliźniąt. Klimek jest nie lada urwisem, a Klementynka, jak się okazuje, nie ustępuje mu w poszukiwaniu przygód i odwadze. Akcja toczy się podczas insurekcji kościuszkowskiej, kiedy Warszawa przygotowuje się do obrony, a jej mieszkańcy masowo ruszają sypać szańce. Marzeniem Klimka jest zaciągnięcie się do wojska. Na razie jednak udaje mu się jedynie ocalić z rąk pruskich szpiegów plany umocnień, niestety Prusakom udało się wyszarpać połowę dokumentów i rodzeństwo postanawia odzyskać cenne karty.

Potyczka może wydać się nierówna: dwójka dzieci przeciwko dorosłym, ale od czego jest spryt i odwaga?

Bardzo sympatyczna książka, przybliżająca dzieciom historyczne czasy i wydarzenia, a jednocześnie pokazująca, że dzieciaki są zawsze takie same, niezależnie czy to wiek XVIII czy XXI: zawadiackie, przekorne, samodzielne, sprytne, choć i po dziecięcemu naiwne.

Polecane książki

[font=verdana, geneva]Bastiat stawia niezwykle ważną kwestię, od rozstrzygnięcia której zależą wybory ideologiczne. Słusznie krytykując mnogość i nieuniknioną w tej sytuacji sprzeczność oczekiwań wobec państwa, wzywa do zastanowienia, czy Państwo, ze względu na to, czym jest naprawdę, jest w ogó...
Na podstawie książki Wynajmij sobie chłopaka Netflix nakręcił film o tym samym tytule. Dostępny na platformie od 12 kwietnia. Brooks Rattigan nie robił tego dla pieniędzy. W każdym razie nie na początku. Kiedy Brooks proponuje, że zabierze na bal absolwentów kuzynkę Brudette’a, którą chłopak wysta...
Sejm Żydów litewskich (waad litewski) był centralną reprezentacją żydowską na terenie Wielkiego Księstwa Litewskiego. Działał przez prawie półtora wieku (1623-1764), a jego aktywność dotyczyła wszystkich sfer życia społeczeństwa żydowskiego. Podejmował szeroko zakrojone działania na rz...
Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i angielskiej. A dual Polish-English language edition. Doktor Watson otrzymuje list od Sherlocka Holmesa, który prosi go, by przybył on do Boscombe Valley w sprawie niecierpiącej zwłoki. Watson, namówiony przez żonę, by nie porzucał przyjaciela w nieszcz...
Czy uwierzysz, gdy ktoś powie ci, że magia może zmienić twoje życie? Albo że twoim najlepszym przyjacielem zostanie nierozgarnięty potwór, który miał zamiar cię zjeść? Nie uwierzysz? Tymek też nie wierzył… Tymoteusz to nastolatek, któremu nic się nie udaje. Pewnego dnia spotyka tajemniczego mężcz...
Szczęście to stan ducha, część naszej świadomości, zależna od harmonii i równowagi z otaczającą nas rzeczywistością. Jakimi prawami rządzi się nasz świat i życie, w którym uczestniczymy? Kto ustalił te zasady i jak sprawić, byśmy płynęli z prądem rzeki zwanej „życiem”? Jak dostąpić spełnienia i w ja...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Maria Kruger

Ilustracje

Bożena Truchanowska i Wiesław Majchrzak

Opracowanie graficzne okładki

Sylwia Malon

Skład

Magdalena Gawrońska

ISBN 978-83-7791-524-0

© by Piotr Bieliński

Wydawnictwo Siedmioróg

ul. Krakowska 90, 50-427 Wrocław

Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg

www.siedmiorog.pl

Wrocław 2016

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em

Najpierw kilka słów o starej kamieniczce

Jest w Warszawie piękna, stara ulica, zwana Krakowskim Przedmieściem.

Przed wielu laty, bo w roku 1794, w jednej z wąskich, dwupiętrowych kamieniczek przy tej ulicy mieszkała rodzina nosząca nazwisko Andrychiewiczów. Pan Andrychiewicz był jurystą — to znaczy w dzisiejszym języku: prawnikiem. Czasem przez wąskie okna kamieniczki można go było dojrzeć, kiedy siedząc za stołem zawalonym ogromnymi księgami pisał coś białym gęsim piórem. Można też było dostrzec przez te okna, jak w dużych, ciemnawych pokojach krząta się pani Andrychiewiczowa, a razem z nią grubiutka, zawsze uśmiechnięta gosposia Kordula oraz jej pomocnica, zapędzona i roztrzepana Marcysia.

Widać też było i dzieci. A było ich czworo. Jasnowłosa, piętnastoletnia Agnisia, która często siadywała przy oknie, pochylona nad krosienkami, i haftowała coś pilnie, siedmioletni Sylwek, który przez prawie cały dzień galopował na swoim drewnianym koniu, i wreszcie para bliźniąt, jedenastoletnich czarnowłosych diabelców: Klimek i Klementynka!

Wtedy kiedy Klimek i Klementynka przeżywali swe dzieciństwo w murach starej kamieniczki, czasy były niespokojne, trudne i pełne wydarzeń. Był to bowiem, jak już wspomniano, rok 1794. Działy się w owym roku rzeczy ważne i niezwykłe. W osłabionej drugim rozbiorem Polsce, której caryca Katarzyna zabrała część Litwy, Ukrainę, Podole, a także część Wołynia, a król pruski — prawie całą Wielkopolskę z Gdańskiem i Toruniem, lud burzył się. Wszyscy pragnęli wolności kraju i tylko zbrojne powstanie, którego celem byłoby zrzucenie panowania obcych, mogło tę wolność przywrócić.

W domu państwa Andrychiewiczów często i gorąco mówiło się o tych sprawach, a wszystkie dzieci, nie wyłączając Sylwka, wiedziały, jaka jest sytuacja w kraju. Wiedziały też, że to Naczelnik Kościuszko przewodzi tym, którzy dążą do oswobodzenia ojczyzny; że w dniu 24 marca ogłosił w Krakowie na Rynku akt Powstania i złożył przysięgę narodowi, iż walczyć będzie o jego wolność aż do ostatniego tchu. W tym samym dniu Naczelnik Kościuszko powołał pod broń mieszczan i chłopów, co wydarzyło się po raz pierwszy w historii Polski.

Najwięcej wiadomości o owych wydarzeniach przynosił zawsze do kamieniczki na Krakowskim Przedmieściu wujek Dziarkowski. Wujek Hiacynt Dziarkowski, rodzony brat pani Andrychiewiczowej, który żył w największej przyjaźni z panem Kilińskim. Pan Kiliński, ten sam, który przed Insurekcją1 robił najpiękniejsze buty w Warszawie i miał sklep przy Rynku, zawsze wszystko najlepiej wiedział. Dlatego więc wujek Dziarkowski miał od niego najświeższe nowiny. I o bitwie 4 kwietnia pod Racławicami, i o tym, że w tej bitwie tak bohatersko bili się chłopi uzbrojeni tylko w kosy. A najdzielniejsi między nimi byli: Bartosz Głowacki, którego Naczelnik Kościuszko od razu na polu bitwy mianował chorążym, i Stach Świstacki. Naczelnik wtedy, kiedy wręczał sztandar Bartoszowi, ucałował go i nazwał bratem; sam też przywdział sukmanę krakowską na znak, że w ludzie upatruje moc i zbawienie ojczyzny — tak opowiadał wuj Dziarkowski.

Wkrótce potem, kiedy do Warszawy przyszła wiadomość o tej zwycięskiej racławickiej bitwie, to w sam Wielki Czwartek, o godzinie czwartej rano, ledwie świtać zaczęło, rozległo się w całym mieście wielkie bicie w dzwony i słychać było strzelaninę. Klimek i Klementynka, obudzeni tymi odgłosami wojennymi, rzucili się zaraz do okien, żeby zobaczyć, co się dzieje. Ojca wtedy w domu nie było, tylko mama i Kordulcia. Odciągnęły ich co prędzej w głąb pokoju i krzyczały na dwoje diabelców, że nie wolno stać przy oknie. Zwłaszcza Kordulcia wykrzykiwała, że na ulicach jest wojna, a wojna to nie zabawa, i że kule na ulicy świstają i mogą trafić w okno.

No i naturalnie, wskutek takiej gadaniny, mama zaraz kazała wszystkim dzieciom z wyjątkiem Agnisi — to znaczy bliźniętom i Sylwkowi — przejść do tych pokoi, które były od podwórza. Może gdyby ojciec był w domu, to pozwoliłby trochę powyglądać — Klimek i Klementynka byli o tym jak najbardziej przekonani — ale z Kordulcią i z mamą jakiekolwiek pertraktacje były po prostu beznadziejne.

A tymczasem do kamieniczki Andrychiewiczów coraz ktoś wpadał z nowinami o tym, że wojsko i mieszczanie biją się z carskimi żołnierzami, że rosyjskie pułki wycofują się z miasta i że sam Igelström, ambasador carycy i dowódca jej wojsk, po prostu uciekł z Warszawy, że pan Kiliński jest pułkownikiem i dowodzi powstaniem i że chyba najwaleczniej z całego polskiego wojska bije się pułk działyńczyków2. Tę ostatnią wiadomość przyniósł Kuba — ten, który u państwa Andrychiewiczów był do pomocy w gospodarstwie. Tylko że teraz zapisał się do Gwardii Narodowej i był wobec tego okropnie ważny. Tatko, kiedy później, już prawie nocą wpadł do domu, bardzo chwalił dzielność Kuby.

Dziwnie wtedy było w Warszawie, groźnie i wspaniale. Dni to były niezwykłego uniesienia, bohaterstwa i zbratania ludu warszawskiego.

Tak więc zacny jurysta pan Andrychiewicz i jego rodzina całym sercem przeżywali wydarzenia, które rozgrywały się zarówno w Warszawie, jak i w innych częściach ciągle szarpanego przez wrogów kraju. W szarej, wąskiej kamieniczce na Krakowskim Przedmieściu, w owe pamiętne i gorące dni, Agnisia przestała haftować na swych krosienkach róże i niezapominajki, a jej cienkie palce zręcznie i szybko skubały teraz szarpie dla żołnierzy, którzy mogli zostać ranieni w bitwie. Mały Sylwek dosiadając swego drewnianego konia wołał, że jest żołnierzem, a Klimek i Klementynka…

To już jest cała długa historia, co robili Klimek i Klementynka wtedy, kiedy wojska moskiewskie opuściły już stolicę i miasto trwało w oczekiwaniu dalszych wydarzeń.

Czy dobrze jest mieć siostrę bliźniaczkę

Po czysto wyszorowanych, drewnianych schodach z rzeźbioną poręczą biegnie szybko długonogi i ciemnowłosy chłopak. Spieszy się widać bardzo, ale jednocześnie rozgląda się ostrożnie, zupełnie jakby nie miał ochoty na spotkanie z kimkolwiek. Przystanął na chwilę, nasłuchując, a potem na palcach podszedł do dużych drzwi, ozdobionych okuciami. Po krótkim wahaniu uchylił je i zajrzał do wnętrza mrocznej izby, w której zwykł był przesiadywać ojciec. Ale w pokoju nie było nikogo.

Chłopiec z westchnieniem ulgi zamknął z powrotem drzwi i zawrócił do innych, które ciemniały na końcu wąskiego korytarzyka o łukowym sklepieniu. Za tymi również, jak się zdawało, panowała cisza. Ale chłopiec zmarszczywszy brwi nasłuchiwał przez chwilę, jakby nie dowierzając tej ciszy. Oczywiście że miał rację!

Uśmiechnął się do siebie, gdyż po chwili do jego uszu dobiegło coś w rodzaju ćwierkania. Najostrożniej jak potrafił nacisnął wielką, żelazną klamkę. Ustąpiła zgodnie pod jego chudą, smagłą ręką. Teraz przez wąską szparę w drzwiach można było dojrzeć na tle okna trzy postacie pochylone nad jakąś robotą. To mama, Agnisia i Klementynka.

Mama jest szczupła i jasnowłosa. Agnisia ma też jasne jak zboże warkocze. Natomiast te czarne jak smoła włosy należą do Klementynki. Są zresztą tak samo czarne jak czupryna zaglądającego chłopca — nie darmo przecież są bliźniętami, podobnymi do siebie jak dwie krople wody. I nazywają się podobnie — Klemens i Klementyna. Trochę to może śmiesznie — ale i ładnie. Przynajmniej wszyscy w rodzinie tak uważają.

Ale nie o to teraz chodzi. Teraz chodzi o to, że Klimek musi za wszelką cenę wymknąć się z domu. I to tak, żeby nikt a nikt go nie zauważył. Bardzo dobrze się składa, że właśnie Agnisia coś opowiada tym swoim cienkim głosikiem, który brzmi jak ćwierkanie ptaszka, gdyż nikt w tej chwili nie będzie się interesował tym, co porabia Klimek.

Naraz w głębi mieszkania rozległo się kukanie drewnianej kukułki. Klimek przymknął szybko drzwi i policzył.

— Czwarta — szepnął do siebie. I pomyślał, że chyba zdąży w ciągu godziny pobiec na Leszno, do Antosia, i powrócić, zanim w domu dostrzegą jego nieobecność. Zwłaszcza zanim spostrzeże to Klementynka. Boby mu przecież nie darowała, że latał po mieście, nic jej o tym nie mówiąc. Co prawda, mama uważała, że dziewczynka jedenastoletnia w żadnym wypadku nie może uganiać się po mieście tak jak chłopak, ale Klementynka była wręcz odmiennego zdania.

Szybko i bezszelestnie zjechał po poręczy na dół i, minąwszy ciemną sień, znalazł się na ulicy. Dla wszelkiej pewności spojrzał jeszcze w tę stronę, skąd mógł nadejść ojciec, ale nie dostrzegając znajomej sylwetki, zaczął szybko przedzierać się przez tłum zalewający Krakowskie Przedmieście. Przechodnie mijali się z trudnością na wąskim chodniku. Jadące środkiem ciężkie karoce, modne lekkie kariolki i śmieszne dryndulki groziły najechaniem, a co najmniej obryzganiem piechurów błotem z kałuż, których było pełno po niedawnym wiosennym deszczu. Co chwila też maszerowały ulicą niewielkie oddziały milicji municypalnej3, wojska i Gwardii Narodowej. O ile przy tym oddziały wojska maszerowały w pięknym szyku, to trzeba przyznać, że oddziały Gwardii, mimo usiłowań gwardzistów, człapały trochę niezgrabnie. Ale to nie było ważne. Najważniejsze było to, że do Gwardii, która miała utrzymywać porządek w mieście, należeli ci wszyscy, którzy chcieli jakoś służyć ojczyźnie. Umundurowania na razie nie mieli porządnego, a broń, pożal się Boże — każdy dostał, co się trafiło albo co w domu znalazł — stare szabliska, pamiętające jeszcze chyba wyprawę wiedeńską, strzelby, kto wie, czy nie z wojen szwedzkich, albo po prostu tylko halabardy.

Klimek zatrzymał się jeszcze raz i spojrzał w stronę domu. Bał się, czy czasem mama albo która z dziewcząt nie wyjrzą przez okno. Taki pomysł mógł zresztą przyjść również do głowy i Korduli. Ale na szczęście nie przyszedł — w oknach, w których bielały falbaniaste firanki, nie było nikogo. Mógł więc spokojnie pogapić się na maszerujących. Naraz uwagę jego zwrócił jakiś działyńczyk, który konno galopował między pojazdami. Zachwycony Klimek podziwiał barwny mundur oficera, który być może spieszył z jakimś ważnym meldunkiem. Naraz uprzytomnił sobie, że on przecież też musi się spieszyć. Ruszył w stronę Marywilu4.

Po drodze, mijając kamienicę Morina5, ledwie że się oparł pokusie zajrzenia do cukierni braci Pedrinich. W porę jednak sobie przypomniał, że nie ma nawet już i dwóch groszy, bo wczoraj wydał je w tureckim sklepie na rachatłukum.

Czyż zresztą godne było kogoś, kto ma poważny zamiar zostać w niedalekiej przyszłości oficerem i bohaterem, aby interesował się słodyczami? Wobec tego Klimek szybko minął cukiernię i pobiegł dalej.

Na Bielańskiej zręcznie przepchnął się przez tłum, przyglądający się maszerującemu oddziałowi milicji municypalnej. Wyglądali trochę dziwnie, bo byli rozmaicie uzbrojeni, ale szli równo i dumnie. Klimek z uciechą poznał między nimi Florka, czeladnika od pana Wnęczyńskiego, cyrulika, który przychodził ojcu puszczać krew, gdy ten zimą chorował z przeziębienia. Teraz Florek wyglądał bardzo groźnie — na głowie miał zdobytą widać w czasie kwietniowych walk wielką czapę carskiego oficera, a w ręku trzymał goły bagnet…

Na Lesznie było już mało ludzi i spokojnie jak zwykle. W drukarni Krügerów też było cicho. Właśnie skończono robotę, a jakiś chłopak sprzątał ciemnawy sklep, gdzie stała maszyna drukarska. Antosia nie było. Był za to jego dziadek, wysoki i tęgi, a mimo podeszłego wieku trzymający się prosto — Jan Antonius Krüger. Mówił kiepską polszczyzną, co zawsze śmieszyło Klimka. Ale Antoś bronił dziadka:

— Co chcesz! Przecież jeszcze trzydzieści lat temu siedział w Amsterdamie, hodował tulipany i gadał po holendersku!

Za to Antoś po holendersku nie umiał ani w ząb, zostało w nim tylko owo zamiłowanie do tulipanów. Hodował je zawzięcie i nawet kiedyś podarował Klimkowi jakieś nadzwyczajne, jak zapewniał, cebulki. W rezultacie nic z nich nie wyrosło.

Z dalszej rozmowy z mistrzem Janem Antoniusem Klimek zdołał się dowiedzieć, że Antoś pewnie niedługo przyjdzie i że najlepiej będzie, jeśli Klimek trochę na niego poczeka. Ale jakże można było czekać, kiedy brzuchaty, malowany zegar porcelanowy wskazywał już trzydzieści pięć minut po czwartej.

— No, a co słychać? Co słychać nowego? — dopytywał się tymczasem stary drukarz. — Co będzie z tej Insurekcji?

— Ach! Różności powiadają! — Klimek ucieszył się, że może zaimponować najświeższymi wiadomościami. — Podobno generał Jażeński6 pojechał na Litwę. W sprawie tamtejszego powstania. I formuje się, jak ludzie mówią, na gwałt pułk pikinierów7. I cztery pułki konne…

— Ale co w Warszawie, co w Warszawie? — dopytywał się chciwie mistrz Jan Antonius i dodał, kiwając żałośnie głową: — Sam widzisz, że w drukarni pustki. Moi uczniowie albo zaciągnęli się do wojska, albo do Gwardii. Sam muszę składać wszystkie druki, czasem syn mi pomoże, ale on też w ratuszu ciągle siedzi i prawie zupełnie w domu nie bywa. Więc i ja nie bardzo mam czas wychodzić. Antoś też ciągle biega po mieście nie wiadomo gdzie.

Widać było, że mistrz Jan Antonius jest trochę zagniewany na wnuka za owo bieganie „nie wiadomo gdzie”. Wobec tego Klimek, aby ocalić przyjaciela i poprawić humor starego drukarza, zaczął nieomal jednym tchem recytować wszystkie nowiny, jakie zasłyszał — że moskiewskie pułki siedzą gdzieś tam, chyba nad Bugiem, że od drugiej strony miasta, podobno, jak słychać, nadciągnęli Prusacy i rozłożyli się obozem.

— To dopiero — zmartwił się mistrz Jan Antonius — to dopiero! Co więc teraz będzie? Pewnie będą chcieli uderzyć na Warszawę. Aj, biedne to miasto, biedne.

— E, nie damy się — zapewnił Klimek — nie damy się. Mamy dobre wojsko i dobrych dowódców. Jest przecież pan Kiliński, który został pułkownikiem, i generał Mokronowski8, który jest komendantem miasta. To są bardzo dzielni ludzie! I jeszcze w dodatku lada dzień z pomocą nadejdzie sam Naczelnik Kościuszko! Powiadają, że maszeruje w stronę Warszawy.

Porcelanowy brzuchacz brzęknął bardzo miłym, delikatnym głosikiem. Była za piętnaście minut piąta. Klimek szurgnął nogami w pięknym ukłonie przed mistrzem Janem Antoniusem i wołając, że bardzo już późno, skoczył w stronę drzwi. Wcale nie miał ochoty oglądać swego rodziciela, owego „znakomitego jurystę”, jak o nim mówiono w mieście, kiedy popadnie w słuszny gniew. Pomknął więc najszybciej jak się dało w stronę Krakowskiego. Masz ci los! Koło mennicy, nie wiadomo dlaczego, zebrał się tłum ludzi i ani rusz nie można było przedostać się przez ulicę. Zaczął wobec tego przepychać się gwałtownie, kiedy jakaś gruba paniusia krzyknęła na niego z oburzeniem:

— O! A czemu to się tak rozbija?! I nie daje ludziom spokojnie dowiedzieć się, co tam napisane! A każdy przecież jest ciekaw, a ten się pcha, jakby był najważniejszy.

— Jak to: napisane? — zadziwił się Klimek.

— No jak to? Napisane jest, i już! — Paniusia palcem wskazała na mur narożnej kamienicy.

Rzeczywiście, bielał tam prostokąt naklejonego papieru. Klimek zaraz domyślił się, że to na pewno jakaś odezwa. Tym bardziej więc zaczął się przepychać. Gruba paniusia i paru starszych jegomościów podnieśli zaraz krzyk:

— Patrzcie go! Od ziemi nie odrósł, a starszych potrąca! Jakie to wychowanie dzisiaj!

I gotowi byli naumyślnie nie dopuścić Klimka do odezwy, gdyby nie to, że taż sama grubaska zapytała naraz:

— A może czytać umie? Co! I przeczytałby głośno, co tam wydrukowane? Tak, żeby wszyscy się dowiedzieli!

Reszta publiczności przyjęła projekt życzliwie. Jakiś mieszczuch o czerwonym nosie zaczął zaraz opowiadać coś o stłuczonych okularach i skwapliwie pomógł Klimkowi przedostać się aż pod samo ogłoszenie.

— Tylko aby głośno czytaj, bo i nie dosłyszę trochę — zastrzegał.

Stosując się wobec tego do ogólnego życzenia, Klimek czytał donośnym głosem:

Warszawa, w dniu 27 kwietnia 1794 roku. Wzywamy starców, młodzież, matki i dzieci, panów i sługi, klasztory i zgromadzenia, i to wszystko, cokolwiek od Opatrzności ma siły i zdrowie, do stawienia się przy okopach miasta z rydlami, łopatami, taczkami, koszami i tym wszystkim, co może być potrzebne…

W ten sposób prezydent Warszawy, pan Zakrzewski, wzywał wszystkich do sypania szańców naokoło miasta.

— Ma się rozumieć, że pójdziemy, kiedy tak trzeba — wojowniczo oświadczyły zgromadzone pod odezwą kobiety, a mężczyźni zaczęli wołać:

— Do łopat! Wszyscy do łopat! Na okopy! Nie damy się!

Ale Klimek nie czekał już na dalsze okrzyki mieszczuchów, tylko co prędzej biegł do domu. No, teraz to dopiero porządnie się spóźni! Pocieszał się tylko nadzieją, że jakoś mu to ujdzie wobec tego, że przyniesie nowinę o sypaniu okopów. Chyba że ojciec już wcześniej o tym będzie wiedział. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo przecież ojciec ciągle siedzi na naradach z panem Kapostasem9 albo z panem generałem Mokronowskim, albo z panem majstrem Kilińskim. Bowiem miasto w tych dniach pełne było niepokoju i oczekiwania.

W domu jednak okazało się, że ojciec jeszcze nic a nic nie wiedział o tej odezwie. To znaczy, wiedział, że będzie wezwanie, ale nie wiedział, że już rozklejono na mieście. Wskutek tego Klimek mógł wszystko bardzo dokładnie i wyczerpująco opowiedzieć. Domowi byli bardzo przejęci nowiną, tylko Klementynka ukradkiem pogroziła mu swym małym łapskiem, zwiniętym w kułak. Miało to znaczyć, że ma do Klimka przeogromną pretensję, że nie zabrał jej z sobą na tę wyprawę. W odpowiedzi na to Klimek wzruszył lekceważąco ramionami, aby dać poznać Klementynce, że tego rodzaju pomysł z jej strony był co najmniej nieroztropny. Akurat mama by jej pozwoliła uganiać się po ulicach! Chłopak to co innego! Tymczasem Agnisia i mały Sylwek zaczęli zaraz jedno przez drugie wołać, że oni też koniecznie pójdą do sypania, aż mama musiała ich uciszać.

Naturalnie, że wszyscy pójdą, skoro jest wezwanie. Wszyscy, oprócz Sylwka, który jest za mały na takie rzeczy. Ma przecież dopiero siedem lat.

— Będziesz, synku, bandaże zwijał razem z babunią. Bandaże są bardzo potrzebne na wypadek walki — tłumaczyła mu mama. — Przecież ty chcesz być lekarzem, tak jak wujek Dziarkowski, prawda? I to jest bardzo poważna praca, synku.

Sylwek milczał. Był bliski płaczu i wcale nie wyglądał na zupełnie przekonanego, a mama dalej rozważała i naradzała się z ojcem:

— Tak myślę, mój Ignacy, czy i Klimek, i Klementynka też nie są zbyt mali na to, aby ich zabierać na te okopy? Przecież to ogromne zmęczenie. Narodu tam będzie chętnego do sypania dosyć i co tam robić z dzieciakami! Już prędzej Agnisia… a w ogóle to chyba dotyczy tylko dorosłych. I trzeba umieć choćby trzymać rydel.

— Jak to? — jęknęły z oburzeniem zgodnie i jednocześnie bliźnięta. — My jesteśmy za mali? My? Przecież jesteśmy prawie tacy sami jak Agnisia! My umiemy trzymać rydle, mamo!

Podbiegli