Strona główna » Obyczajowe i romanse » Kochaj mnie

Kochaj mnie

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-66201-82-8

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Kochaj mnie

Emilia wraca do domu, żeby rozliczyć się ze swoją rodziną i ze sobą. Nie jest to łatwe, gdy ma się do czynienia z apodyktycznym ojcem i nieżyjącą matką. Nowa sytuacja zmusza dziewczynę do podjęcia ważnych wyborów, które będą rzutować na jej dalsze życie.
Czym jest miłość i jak ją odnaleźć? Na to pytanie Emilia szuka odpowiedzi w drugiej części Bieszczadzkiej Rapsodii Kochaj mnie.
Różne oblicza uczuć, walka z przeciwnościami losu i poszukiwanie recepty na szczęśliwe życie towarzyszą bohaterce w codziennej drodze do upragnionej prawdziwej miłości. Czy uda się jej znaleźć własne miejsce na ziemi?

Polecane książki

Cyd. Poemat średniowieczny hiszpański. Książka zawiera również pierwszą część poematu przetłumaczoną wierszem przez Władysław hr. Tarnowskiego. „Rodrigo (Ruy) Díaz de Vivar (1043-1099, zwany Cydem Walecznym, hiszpański bohater narodowy czasów rekonkwisty, zdobywca i późniejszy zarządca miasta Walenc...
Wypracowania - Średniowiecze „Charakterystyka epoki - część II”   Opisy wypracowań: Motyw Stabat Mater.  Motyw Stabat Mater w literaturze, malarstwie I muzyce średniowiecza. Omówienie tematu odwołującego się do wybranych utworów. – Wypracowanie zawie...
Autorzy książki szukają odpowiedzi na pytanie, jak konkretnie realizować wezwanie zawarte w Katechizmie Kościoła Katolickiego, abyśmy osoby o kondycji homoseksualnej traktowali „z szacunkiem, współczuciem i delikatnością”. Oprócz wielu reportaży i rozmów z wierzącymi...
Szczęściary to książka dla osób, które przeżywają trudne chwile i poszukują sensownego rozwiązania, czyli… dla każdego z nas.   Siedem kobiet – tytułowych „szczęściar” – odkrywa własne problemy dopiero w chwilach, gdy próbują wspierać swoje ...
Dotychczasowe systemy zarządzania w administracji publicznej są nieskuteczne zwłaszcza w kontekście współczesnej roli informacji i jej wykorzystywania (Strategia kierunkowa rozwoju informatyzacji Polski do roku 2013 oraz perspektywiczna prognoza transformacji społeczeństwa informacyjnego do roku...
„Sędziowie” to utwór dramatyczny Stanisława Wyspiańskiego, wydany w 1907 roku. Akcja dramatu oparta została na autentycznych wydarzeniach we wsi Jabłonicy, które miało miejsce w lipcu 1899. Doszło tam do zabójstwa Jewdochy Abramczuk, służącej u karczmarza Heinzla. Kobieta zginęła w wyniki postrzał...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Karolina Klimkiewicz

Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej książki nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt okładki i stron tytułowych

Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Zdjęcia na okładce

©EmotionPhoto | stock.adobe.com

©Lasse Kristensen, kwasny221 | stock.adobe.com

Redakcja

Justyna Nosal-Bartniczuk

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Barbara Kaszubowska

Niniejsza powieść to fikcja literacka. Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe.

Wydanie I, Katowice2019

Wydawnictwo Szara Godzina s.c.

biuro@szaragodzina.pl

www.szaragodzina.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

ul. Kabaretowa 21, 01-942 Warszawa

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

© Copyright by Wydawnictwo Szara Godzina s.c., 2019

ISBN 978-83-66201-82-8

Dla Małgosi Kratowskiej.

Dziękuję za wsparcie i każde miłe słowo.

Mam nadzieję, że zakończenie nie zawiedzie!

Nadzieja bierze mnie w ramiona i trzyma w swoich objęciach, ociera mi łzy i mówi, że dziś, jutro, za dwa dni wszystko będzie dobrze, a ja jestem na tyle szalona, że ośmielam się w to wierzyć.

Tahereh Mafi, Dotyk Julii, przeł. M. Kafel, Warszawa: Wydawnictwo Otwarte 2014.

2 listopada 2017, WrocławEmilia

Ludzie powiadają, że każdy dostaje dokładnie to, na co zasłużył. Nie byłam pewna, kogo skrzywdziłam aż tak bardzo, żeby zapracować na to wszystko, co podarował mi los.

Przyglądałam się krajobrazowi przez szybę auta. Jeszcze kilka godzin temu mijałyśmy góry i polany, łąki i pastwiska. Przyroda otaczała nas z każdej strony. Teraz byłyśmy wśród blokowisk, pędzących samochodów, tramwajów i autobusów. Z każdym kilometrem, z którym zbliżaliśmy się do domu, czułam większą pustkę i wątpliwości, czy słusznie postąpiłam. Czy aby na pewno los zadecydował? Czy dostałam to, na co zasłużyłam, czy całkowicie odwrotnie – sama zafundowałam sobie to wszystko? Tak bardzo bałam się zaangażować i pozwolić, żeby ktoś mnie pokochał, że stworzyłam iluzję, w którą zaczęłam wierzyć. Samospełniające się proroctwo – głuchy śmiech pełen żalu, który wirował w mojej głowie, nie chciał odejść, bez ustanku przypominając, jaka ze mnie kretynka.

– Jesteśmy. – Głos mojej siostry wybił mnie z rozmyślań.

Wciąż słyszałam ten uporczywy chichot. Westchnęłam i spojrzałam na nasz dom. Duży biały budynek z piętrem i strychem, klasycznym czerwonym dachem i z wielkim ogrodem. Żywopłot oddzielał nas od świata. Mieszkaliśmy na przedmieściach Wrocławia. To sprawiało, że czułam się odizolowana. Dzisiaj jednak nie miało to dla mnie najmniejszego znaczenia. A może jednak miało? Cieszyłam się, że tak właśnie jest. Pragnęłam znaleźć się jak najdalej od ludzi, zamknąć we własnej stratosferze i umrzeć tam z rozpaczy i żalu.

Nic nie odpowiadając, wysiadłam z samochodu, wzięłam swoje rzeczy z bagażnika i ze strachem, że natknę się na ojca lub Darię, weszłam do środka. Rozejrzałam się jak spłoszony kot i nie widząc nikogo na swej drodze, pobiegłam do pokoju.

Reklamówki z rzeczami rzuciłam na podłogę, zamknęłam drzwi na klucz, zasłoniłam rolety i starając się wyłączyć w swej głowie ten uporczywy chichot, położyłam się do łóżka i modliłam o ukojenie oraz zapomnienie.

2 listopada 2017, Tarnawa WyżnaDymitr

Nie wiedziałem, która jest godzina, ale spałem zbyt długo. Zastałe kości i obolała głowa jednoznacznie mnie o tym poinformowały. Przeciągnąłem się leniwie i spojrzałem na zegarek zawieszony na ścianie. Przetarłem oczy i popatrzyłem na niego jeszcze raz.

– Boże, to już dziesiąta!

Dawno tyle nie spałem. Czując, że zaniedbuję obowiązki, podszedłem do szafy, by wyciągnąć z niej ubrania. Założyłem T-shirt, dżinsy i skarpetki oraz bluzę z kapturem. Włosy związałem gumką, po czym udałem się do łazienki, żeby umyć zęby i twarz. Musiałem szybko uporać się z obowiązkami. Chciałem jeszcze raz porozmawiać z Emilią, by wszystko wyjaśnić. Czułem się podle w związku z tym, jak ją wczoraj potraktowałem. Potrzebowałem czasu i miałem nadzieję, że uda nam się dojść do porozumienia.

Ujrzałem złożoną kartkę na podłodze. Podniosłem ją i rozprostowałem. Już pierwsze zdanie sprawiło, że usiadłem na łóżku.

Kochany Dymitrze!

Nigdy nie szukałam miłości, wręcz odpychałam ją na wszelkie możliwe sposoby, nie chcąc dopuścić jej do swojego serca. Wydawała mi się czymś złym i niepotrzebnym, czymś, co nie powinno się zdarzyć. Wmówiłam sobie, że nie istnieje, i żyło mi się z tym naprawdę bardzo dobrze, do czasu gdy poznałam Ciebie i przekonałam się, że nie miałam racji, bo miłość istnieje i przepełnia nasze ciało i duszę tak bardzo, że nie zostawia miejsca na nic innego.

Gdy piszę ten list, Ty smacznie śpisz w swoim łóżku, nieświadomy niczego. Obudzisz się rano z uśmiechem i gdy zawitasz do mojego pokoju, jedyne, co będzie na Ciebie czekać, to pustka i kilka rzeczy przypominających Ci, że w ogóle istniałam. Zanim uświadomisz sobie, że to list pożegnalny, minie kilka chwil, ale kiedy to nastąpi, postaraj się dotrwać do końca, proszę.

Przyjechałam do Odskoczni, żeby odszukać mamę, poznać ją i zrozumieć. Myślę teraz o tym i wiem, że żadna z tych rzeczy mi się nie udała. Nie rozumiem jej i myślę, że nie zbliżyłyśmy się nawet o krok. Poznałam jednak siebie i mimo że nie wszystko jestem w stanie pojąć, wreszcie zrozumiałam, czym jest miłość. Z całą pewnością mogę Ci zdradzić ten sekret.

Ludzie wciąż poszukują drugiej połówki, osoby, która będzie pasowała do nich idealnie, zrozumie ich i zaakceptuje, doceni i będzie zawsze przy nich. Poszukują kogoś, bez kogo nie mogą żyć, kto będzie zapierał im dech w piersiach i bez ich obecności będą się dusić oraz odchodzić od zmysłów. To złudne i bezcelowe, bo to nie miłość, a uzależnienie. Toksyczne wyparcie się siebie na rzecz kogoś innego.

Jak mówiłam: nie szukałam miłości, to ona znalazła mnie. Ukryła się w uśmiechu, spojrzeniu, w gestach i słowach. Zapisała w czułości i delikatnym dotyku, w nutach granych na gitarze… Była we wszystkim. Od samego początku była we mnie! Żeby pokochać drugą osobę, musimy pokochać siebie. Musimy odkryć miłość w sobie, a dopiero później w drugim człowieku. Nie poprzez wypieranie własnego ja, a dzięki pogodzeniu się z nim. Zrozumiałam to bardzo późno, ale w końcu to do mnie dotarło. Nie mogłam pojąć, dlaczego jesteś w stanie tyle dla mnie zrobić, skąd Twoja pewność co do uczucia. Byłam zła i rozgoryczona. W końcu spojrzałam na Twoją śpiącą twarz, na Twoją unoszącą się klatkę piersiową, na to, jaki jesteś bezbronny i delikatny. Spojrzałam na Ciebie tak naprawdę, w skupieniu, i wtedy pojęłam, że dla Ciebie jestem krucha i delikatna tak jak Ty dla mnie w tym momencie. Musisz się mną opiekować i się o mnie troszczyć, obdarować mnie miłością za siebie i za mnie, za moją mamę i ojca. Pojęłam, że chcesz zabrać cały ból, jakiego doświadczyłam, i sprawić, żebym zrozumiała, że może być też dobrze. Gdy to do mnie dotarło, zamarłam. Nie mogę bowiem wiecznie tylko brać.

Musnąłeś moją duszę, nie dotykając ciała. Poruszyłeś ciało, dotykając jedynie duszy. Byłeś przy mnie, nie odbierając mi wolności i swobody. Liczyłeś się z mym zdaniem, pozostając wciąż w zgodzie ze sobą. Kochałeś, nie oczekując nic w zamian. Chciałabym podarować Ci taką samą miłość i wolność, ale żeby to uczynić, muszę wyzbyć się tego, co mnie ogranicza, i odnaleźć w sobie siłę oraz miłość do siebie. Gdy pokocham siebie, będę w stanie pokochać Cię szczerym uczuciem, jak na to zasługujesz. Wyjdę Ci wówczas naprzeciw, równa Tobie i godna Ciebie. Stanę się Twoją równoprawną partnerką a nie małą, zagubioną istotą, którą trzeba się opiekować. Chcę być Twoją kochanką, kobietą, przyjaciółką, powierniczką, a nie ofiarą!

Nie oczekuję, że na mnie zaczekasz. Nie chcę Cię zatrzymywać i prosić o zbyt wiele. Żyj, podążaj za głosem serca i rób to, co uważasz za stosowne, a ja zrozumiem i zaakceptuję wszystko. Proszę Cię, byś o mnie pamiętał i gdy pewnego dnia się spotkamy – a spotkamy się na pewno – uśmiechnij się i spójrz swymi księżycowymi oczyma, a ja odwzajemnię ten uśmiech i wówczas nie będzie miało znaczenia nic więcej.

Jeśli wtedy zdołasz mi wybaczyć i zapomnisz o bólu, jaki Ci sprawiłam, pocałuję Cię, wyznam miłość i wszystko powróci do nas: ciało znów połączy się z duszą, tworząc jedność.

Jeśli nie… Odejdę i nigdy więcej mnie nie ujrzysz, a świat będzie wyglądał tak, jakbym nigdy nie pojawiła się w Twoim życiu.

Do tego czasu… Wybacz mi, kochaj mnie i myśl o mnie.

Twoja Emi

Spoglądałem w nicość, nie mogąc się poruszyć. Bałem się oddychać, myśleć. Bałem się zrobić cokolwiek. Odniosłem wrażenie, że jeśli uczynię nawet najmniejszy gest, wszechświat wokół mnie rozpadnie się, okaże się złudzeniem, a ja znajdę się pośrodku nicości. Wielkiej, ciemnej nicości, która mną zawładnie. Przeczytałem list jeszcze raz i kolejny. Czytałem go tak długo, aż coś poczułem, coś więcej niż tylko pustkę i przerażenie: strach, który obezwładnił mnie całego. Pragnąłem być na Emilię zły, wręcz wściekły, jednak nie potrafiłem. Od samego początku wiedziałem, że to musiało się tak skończyć. To ja ją kochałem, ja! Ona nigdy nie wyznała mi uczuć, choć wydawało mi się, że coś do mnie czuje, że wierzy we mnie, w nas… w siebie. Nie mogłem oczekiwać, że się dla mnie zmieni, że się postara. A może właśnie w taki sposób powiedziała, że to robi? Napisała w końcu, że… NIE! Nie mogłem znów żyć pozorami! Musiałem ją urealnić. Ją i tę całą sytuację.

Złożyłem list i wsunąłem kartkę do szuflady biurka. Westchnąłem. Ciężar, który czułem w klatce piersiowej, nasilił się. Wiedziałem, że mogę udawać, ale od tej chwili nic nie będzie takie, jak przedtem. Musiałem spróbować.

Wolnym krokiem wszedłem do kuchni, zastanawiając się, co mam powiedzieć mamie. Czy wie? A jeśli nie, to czy uświadomić ją od razu, czy jednak poczekać, aż sama zacznie temat? Nie byłem pewny, czego obawiam się najbardziej. Tego, że mama ją znienawidzi, czy tego, że mimo nienawiści będzie za nią tęsknić.

– Wszystko w porządku? – zacząłem.

Stałem w progu i czekałem na jej reakcję.

– Nie – rzuciła mama oschle. – Usiądź. – Zmieniła ton, jakby się skarciła za to, że pokazała, co tak naprawdę o tym myśli.

Miałem wrażenie, że wokół niej wiruje zdanie: „A nie mówiłam?!”. Owszem, mówiła. Nie chciałem słuchać. Jednak nawet gdybym znał przyszłość, nie zmieniłbym niczego.

– Jeśli chodzi o Emilię, to w porządku. Chciałem się tylko upewnić, że u ciebie również. – Wciąż stałem w tym samym miejscu. Nie miałem zamiaru siadać. Chciałem wyjść z domu. Musiałem, żeby nie zwariować.

– Czyli wiesz, że wyjechała? – dopytała z rezerwą.

Potrafię dostrzec troskę w jej spojrzeniu. Czułem ją, mimo że ukrytą za złością.

– Tak, wiem. Zostawiła list.

– Hmm – mruknęła i sięgnęła do kieszeni spódnicy. – Tego listem nie można nazwać, ale… – Podała mi liścik, na którym widniała jedna linijka: Zostawiam na następny raz. Dziękuję za gościnę! – Znalazłam to w szafie dziś rano. Zostawiła kilka swoich rzeczy.

Drgnąłem. Czy mogło to oznaczać, że Emilia naprawdę chce wrócić? Najwidoczniej mama to dostrzegła, bo dodała po chwili:

– Myślę, że zostawiła ubrania, bo nie miała w co ich spakować.

– Jakub wie? – Zlekceważyłem jej uwagę i przystąpiłem do zbierania pozostałych informacji.

– Tak. Bardzo to przeżywa. Nawet się nie pożegnała. Jak nagle przyjechała, tak się ulotniła. I jeszcze…

– Rozumiem – rzuciłem, przerywając jej.

Włożyłem kurtkę oraz buty. Raz jeszcze spojrzałem na mamę i wyszedłem na zewnątrz.

3 listopada 2017, WrocławEmilia

Noc nie była dla mnie łaskawa. Nie ukoiła rozdartego serca, nie zagoiła ran. Obudzona przez wielki ból głowy, z jeszcze większą dawką wyrzutów sumienia i wątpliwości, usiadłam na skraju łóżka, szlochając przeraźliwie. Twarz wtuliłam w całkiem przemoczoną poduszkę. Starałam się przekonać samą siebie, że nie miałam wyboru, że musiałam tak postąpić, że w innym wypadku unieszczęśliwiłabym i siebie, i jego.

Płacz nie pomagał, a jeszcze bardziej pogrążał mnie w rozpaczy, która nie była mi teraz do niczego potrzebna. Musiałam działać. Wiedziałam, jaka jest stawka i co leży na szali: moje szczęście, które sama postawiłam w tym zakładzie nierównych szans!

Mogłam złościć się na ojca, że był zbyt zimny, na matkę, że nas okłamywała, na Jakuba, że dotrzymywał obietnicy i nie rozwiązał tego lepiej, mogłam wyliczać, ile bólu przysporzył mi Sebastian, a nawet doszukiwać się nieuczciwości w zachowaniu Dymitra. Jedyne, czego nie powinnam i nie chciałam robić, to zapomnieć, jaką ja odegrałam rolę na końcu. Porzuciłam ich, uciekłam, utrzymując, że to dla dobra nas wszystkich. Jak mama, która zadecydowała za mnie, za niego – za nas. Wiedziałam, że krzywdzę Dymitra, a mimo to napisałam list i wyjechałam.

Nie mogąc dłużej pozwolić sobie na użalanie się, wstałam i podeszłam do reklamówki z ubraniami. Wolnym krokiem poszłam do łazienki. Ciuchy wsadziłam do pralki, dołożyłam detergenty i zamknęłam bęben z hukiem, nastawiając pranie na czterdzieści stopni. Szum pralki, mimo że wcześniej zawsze mnie irytował, dziś koił. Był jedynym dźwiękiem, który mi nie przeszkadzał. Zadaniem pralki było wyczyścić brud i niechciane resztki, pozostawiając ubrania czyste, miękkie i pachnące. Szkoda, że nie mogłam wsadzić tam swojego zakutego łba. Może bym zmądrzała… Może.

Westchnęłam, poirytowana sobą. Czułam się okropnie we własnym ciele. Nie znosiłam przebywania ze sobą, swoich myśli, niczego… Przypomniałam sobie słowa, jakie zawarłam w liście do Dymitra, że miłość była we mnie.

– Bożeee! – krzyknęłam i podeszłam do umywalki. Odkręciłam zimną wodę i włożyłam głowę pod kran.

W pierwszej chwili zamarłam. Miałam poczucie, jakby mój mózg zamarzł. Czułam dreszcz przechodzący przez całe ciało. Dopiero po kilku minutach przywykłam i poczułam się nieco lepiej. Westchnęłam po raz kolejny i jeszcze przez moment się nie ruszałam. W końcu wyciągnęłam głowę i zawinęłam mokre, zmarznięte włosy w ręcznik. Spojrzałam w lustro i uśmiechnęłam się z politowaniem.

– Zimny prysznic, co? – prychnęłam sama do siebie, a w głowie miałam pierwsze spotkanie z Jakubem, pierwszy poranek w Odskoczni i mój zimny prysznic.

Pukanie do drzwi okazuje się skuteczną metodą oderwania mnie od gapienia się w lustro i zatracania w niepotrzebnych wspominkach.

– Słyszałam, że nie śpisz – zaczęła Lusia, gdy otworzyłam.

– Niestety nie – mruknęłam.

– Widzę, że wisielczy humor wciąż ci dopisuje – zadrwiła.

Poszłyśmy do mojego pokoju. Tam położyła się na łóżku, nadal wpatrując się we mnie pytająco.

– Nie mam nastroju na twoje gadanie. Czego chcesz?

– Uuu. Kąsasz – zaśmiała się i uniosła brwi.

– Łucja! – krzyknęłam, zmuszając ją do streszczania się. Czułam się wystarczająco podle. Nie potrzebowałam, żeby siostra jeszcze dobitniej mi to uświadamiała.

– Chciałam zaprosić cię na śniadanie. To wszystko. – Wzruszyła ramionami. Wstała i podeszła do drzwi. – Swoją drogą nie rozumiem, co ty ze sobą robisz, dziewczyno.

– Nie musisz!

– Nie o to chodzi. – Spoważniała, a jej rysy złagodniały. W oczach widziałam troskę, która jeszcze dobitniej wywołała we mnie poczucie winy. – Tak się uczepiłaś tego, że jesteś biedna i nieszczęśliwa, że nie widzisz piękna, jakie cię otacza. Sama siebie unieszczęśliwiasz, siostrzyczko. – Mówiąc to, zamknęła za sobą drzwi i wyszła. Zostawiła mnie sam na sam z moją posraną psychiką.

Wiedziałam, że ma rację! Jednak wiedzieć a czuć to dwie różne kwestie. Owszem, skrzywdziłam Dymitra. Porzuciłam go tak, jak i ja zostałam porzucona. Nie wiedziałam, jak to zmienić, jak zmienić siebie i uczucie pustki oraz odtrącenia, jak pozbyć się przekonania, że jest się niewystarczająco dobrym, żeby być kochanym. Nie wiem… I dopóki się tego nie dowiem, nie mogę być ani z Dymitrem, ani z nikim innym. Właśnie ta pewność, że w tym jednym mam rację, tak mocno trzymała mnie przy resztkach zdrowego rozsądku.

* * *

Odgłos uderzających o siebie sztućców był irytujący. Głucha cisza raziła uszy. Wszystkie spojrzenia zostały skierowane w talerze. Szczęki żuły bezgłośnie i leniwie. Nie miałam ochoty jeść. Nie mogłam jednak nie zejść na posiłek. Bunkrowanie się w pokoju nie przyniosłoby nic dobrego, a konfrontacja z ojcem musiała nastąpić wcześniej czy później. Wolałam mieć to z głowy.

Kończąc parówkę, obserwowałam wszystkich z dezaprobatą. Łucja jadła sałatkę warzywną, wpatrując się w wyświetlacz telefonu. Daria była spięta, co chwilę ukradkiem zerkała na ojca, wysyłając mu oczami znaki, żeby zaczął rozmowę. Ojciec jak zwykle przy śniadaniu czytał gazetę, udając, że jest zupełnie sam w pomieszczeniu.

Pokiwałam głową, uśmiechając się z żalem. Odchrząknęłam, by zwrócić uwagę domowników. Jedynie Daria zareagowała napiętym uśmiechem i wciąż rozbieganym wzrokiem.

– Dolać ci herbaty? – spytała, starając się uniknąć najważniejszego tematu.

– Dziękuję. Jeszcze mam – odpowiedziałam beznamiętnie.

Chwilowa pauza pozwoliła jej zrozumieć to, co oczywiste. Kobieta na szczęście była domyślna. Wstała, by pozbierać brudne naczynia ze stołu.

– Lusia, pomóż mi! – odezwała się do córki, szturchając ją w bok, żeby oderwała się od swojego smartfona.

– Co?! – Dziewczyna podniosła głowę i spojrzała na matkę. Już chciała dodać trzy grosze, gdy zobaczyła moją minę i oczy wpatrzone w tatę, a raczej w mur z gazety. – Aaa… okej. – Podniosła się i nic więcej nie mówiąc, ruszyła za matką do kuchni.

Starałam się cierpliwie poczekać, aż ojciec zrobi pierwszy krok: zacznie na mnie krzyczeć, powie, że się martwił lub nawet wyzwie od kretynek. Wszystko byłoby lepsze od ciszy i chłodu, jakie wibrowały w całym pomieszczeniu. On jednak milczał. Przewracał tygodnik kartka za kartką, pił kawę i udawał, że wszystko jest w porządku.

– Nie zapytasz, jak było? – zaczęłam, nie mogąc dłużej znieść ciężaru zalegającego w klatce piersiowej.

– Nie – odpowiedział zdawkowo, nie zmieniając pozycji.

– Nie interesuje cię, jaka ona jest? Czy się dogadałyśmy? – Zmarszczyłam brwi, świdrując gazetę wzrokiem. Marzyłam, żeby posiadać laser, który zrobi dziurę w kawałku papieru.

– Nie – mruknął.

Czułam, jak zalewa mnie fala furii, której nie będę w stanie opanować. Zacisnęłam pięści i z całej siły uderzyłam o stół, raptownie wstając.

– Spójrz na mnie! – wrzasnęłam. Nie płakałam. Byłam tak wściekła, że nie umiałabym uronić ani jednej łzy.

Tata odłożył gazetę i bez emocji spojrzał na mnie. Jego obojętność była przykra i bolesna. Złamała mi serce, które starałam się zlepić od ponad miesiąca. Czułam, jakby uderzył mnie w twarz i napluł mi na głowę. Poniżył mnie jak nigdy wcześniej. Mimo że nic nie zrobił i był po prostu sobą, oczekiwałam czegoś więcej: odrobiny rodzicielskiej iskry, przebłysku, że mu zależy, że jestem dla niego ważna, że coś znaczę.

Przygryzłam wargę i wciąż na niego patrzyłam, jakby moje błagalne spojrzenie mogło coś zmienić. Nie zmieniło. Mijały minuty, a on siedział jak robot i wbijał mi kolejne szpile w poranioną duszę. Właśnie w tej chwili podjęłam decyzję, być może najlepszą w życiu, i pewnie powinnam być mu wdzięczna, że zmusił mnie do zrobienia stumilowego kroku, na który nie odważyłabym się w innej sytuacji.

– Jeśli myślisz, że będę żebrać o twoją miłość, to jesteś w błędzie.

Odsunęłam się od stołu, spojrzałam kątem oka na płaczącą Darię i Łucję stojące w progu jadalni i poszłam na górę. Bez trzaskania drzwiami, bez łez i lamentu. Weszłam do pokoju, usiadłam przed komputerem i w okno wyszukiwarki wpisałam „stancje Wrocław”. Wyświetliło się wiele stron. Na żadną ofertę jednak nie było mnie stać. W ferworze poszukiwań natknęłam się na witrynę z ogłoszeniami dla studentów. W domu rodzinnym nie mogłam zostać ani dnia dłużej. Wystarczająco długo dawałam sobą gardzić, codziennie błagając o spojrzenie, uśmiech, miłe słowo, krztę zainteresowania ze strony ojca. Miałam dość. Nie musiał się ze mną zgadzać, nie musiał akceptować moich wyborów, ale miał zasrany obowiązek mnie kochać i troszczyć się o mnie. Wolał jednak być obrażony na mamę, na mnie i na cały świat.

– Jego wybór – wymamrotałam do siebie, nie mogąc ogarnąć galopujących myśli.

Kliknęłam zakładkę „szukaj mieszkania” i wpisałam wszystkie wytyczne. Cena nie mogła przekraczać pięciuset złotych w miesiącu. Na monitorze wyskoczyło sporo ofert. Byłam mile zaskoczona. Wybrałam pierwsze trzy i sięgnęłam po telefon.

– Dzień dobry, dzwonię w sprawie wynajmu. Czy ogłoszenie jest aktualne? – zaczęłam energicznie.

– Niestety już nie – odpowiedziała kobieta.

Podziękowałam i rozłączyłam się. Jeszcze kilka ofert okazało się nieaktualnych lub podana cena dotyczyła jedynie czynszu bez pozostałych opłat. W większości należało wnieść kaucję.

Westchnęłam zrezygnowana. Nie mogłam jednak odpuścić. Nie teraz, nie dziś, nie gdy wreszcie podjęłam stanowczą decyzję. Zmieniłam parametry wyszukiwania. Wpisałam tańsze dzielnice na obrzeżu i możliwość dzielenia z kimś lokum. Wyskoczyła tylko jedna nowa oferta, której wcześniej nie sprawdziłam Na moje szczęście dodana godzinę temu. Niezwłocznie wybrałam numer.

– Dzień dobry. Dzwonię, żeby zapytać o stancję.

– Dzień dobry – odezwał się męski głos.

– Czy oferta jest aktualna? – dopytałam.

– Taaak – odpowiedział niepewnie. – Szukasz mieszkania dla siebie?

Potwierdziłam zdziwiona reakcją rozmówcy.

– To oferta przeznaczona jedynie dla mężczyzn. W ogłoszeniu jest informacja.

– Aha… – Poczułam się urażona. – Skąd ta dyskryminacja? – dopytałam.

– Dyskryminacja? – Zaśmiał się nerwowo. – Nie! Broń Boże. Po prostu mieszka tu już trzech studentów i nie sądzimy, by dziewczyna odnalazła się w naszym frywolnym stylu bycia.

– Czy miejsce jest w już zamieszkałym pokoju? – ciągnęłam temat.

– Nie, każdy ma swój. Salon, kuchnia i łazienka są wspólne.

– Bardzo wam zależy, żeby to był facet? – W moim głosie odmalowała się desperacja. Miałam nadzieję, że przez telefon jej nie słychać. Nie chciałam, żeby pomyślał, że jestem jedną z „tych”dziewczyn.

– Bardziej nam zależy na czystej atmosferze, bez kwasów i czepiania się. Poza tym dziewczyna naszego kumpla zastrzegła, że nie chce tu widzieć żadnej laski.

– Jestem ugodowa! – wypaliłam pewna, że teraz na pewno się nie zgodzi, więc szybko dodałam: – Słuchaj, mam okropną sytuację w domu i muszę się dziś wyprowadzić. Zostaliście mi wy lub most. Nie interesują mnie romanse, seks ani flirt. Nie czepiam się, mogę sprzątać i gotować. Nawet prać. Zgódźcie się chociaż na miesiąc, a jeśli po tym czasie będzie tragicznie, spakuję rzeczy i się wyniosę.

Długa cisza nie nastrajała optymistycznie. Jedyna nadzieja w tym, że mój rozmówca jeszcze się nie rozłączył, pomyślałam. Nikły, a jednak pocieszający znak.

– Dobra – powiedział w końcu – ale jak coś, to jesteś kuzynką mojego przyjaciela z rodzinnych stron, okej?

– Dziękuję! – pisnęłam do słuchawki. – Jestem twoją dłużniczką!

– Obym tego nie żałował.

– Nie będziesz! Przysięgam!

Gdyby stał obok mnie, uściskałabym go. Mimo że był całkiem obcym człowiekiem, okazał mi dziś dużo więcej życzliwości niż mój ojciec.

– Chcesz zobaczyć mieszkanie, zanim przywieziesz rzeczy?

– Nie, na pewno jest genialne. Wyślij mi, proszę, adres.

– Jak wolisz… Aha, a jak właściwie masz na imię?

– Emilia – rzuciłam i zaśmiałam się.

– Łukasz Krzesiński. Miło mi. Okej, wyślę ci adres. Do zobaczenia.

– Dziękuję – powiedziałam i rozłączyłam się szczęśliwa, że wreszcie coś mi się udało.

* * *

– Proszę. – Usłyszałam, gdy zapukałam do pokoju Łucji.

Przekroczyłam próg jej pokoju, który był większy od mojego i cały w odcieniach szarości.

– Co tam? Jak się czujesz? – spytała siostra, gdy tylko wsunęłam głowę.

– Chciałam się pożegnać.

Spojrzała na mnie spod rudych pukli, które opadały na jej twarz.

– Wyprowadzam się – sprecyzowałam, stając pewniej.

Drzwi zostawiłam otwarte. Spodziewałam się, co powie. Nie planowałam zmieniać zdania i byłam pewna, że robię słusznie. Wolałam jednak nie wchodzić w polemikę z Łucją, a w razie czego szybko uciąć jej gderanie i wyjść.

– Znowu postradałaś rozum i wyjeżdżasz do tej dziczy? – Usiadła i się wyprostowała. Na jej twarzy odmalowała się dezaprobata, ale i zmartwienie.

– Nie, nie jadę w Bieszczady. Wyprowadzam się do innego mieszkania.

– Do kogo? Gdzie? – Zdumiała się, a ja słyszałam w jej głosie coraz większą irytację. Zrobiłam krok do tyłu i chwyciłam klamkę.

– Znalazłam mieszkanie…

– To przez ojca? – spytała, schodząc z tonu. Tym razem dominował w nim smutek. Słyszała naszą kłótnię, o ile kłótnią można to nazwać, a nie monologiem. Znała ojca i wiedziała, że nigdy nie był wylewny, jednak popis, jaki dał przy śniadaniu, przeszedł nawet jego.

– Jeszcze dwie godziny temu powiedziałabym, że tak, jednak teraz myślę, że on był tylko pretekstem do tego, co powinnam zrobić już dawno.

Łucja zamilkła. Kilka chwil wpatrywała się w coś na podłodze, co dla mnie było niedostrzegalne, a gdy w końcu wstała, podeszła i mnie z całej siły przytuliła. Drgnęłam zaskoczona. Puściłam klamkę i objęłam siostrę. Rzadko kiedy aż tak okazywałyśmy sobie uczucia. Pod tym względem Łucja przypominała tatę. Mocno stąpała po ziemi, lubiła konkrety i jasne sytuacje. Była zupełnie inna niż ja i może właśnie za to kochałam ją tak bardzo, bo odnajdywałam w niej to, czego sama nie miałam. Byłyśmy jak yin i yang.

– Wiem, że nie uznajesz Darii za swoją mamę, a ojciec potrafi być zimny, ale pamiętaj – oderwała mnie od siebie, chwyciła moją twarz w dłonie i spojrzała mi głęboko w oczy – choćby świat miał się skończyć, morza wyschnąć, a słońce zgasnąć, ja zawsze będę twoją siostrą…

– …do końca świata i o jedną sekundę dłużej – dokończyłam za nią. – Jesteś moją milisekundą.

– Jestem – powiedziała ze łzami w oczach.

– Dziękuję. Gdy się już urządzę, zaproszę cię.

– Nie wyobrażam sobie innej sytuacji.

Śmiech przez łzy, jaki nam towarzyszył, był najlepszym, co mogło mnie teraz spotkać. Byłam tak niesamowicie wdzięczna Łucji, że zachowała wszystko, co myśli, dla siebie, że nie mogłabym tego opisać słowami. Miałam pewność, że ona o tym wie i właśnie dlatego zachowała się tak, a nie inaczej. Kochała mnie tak samo mocno jak ja ją. Wiedziała, że muszę poukładać swoje sprawy z tatą i mimo że nie podobało jej się to, w jaki sposób je porządkuję, zrobiła coś najtrudniejszego: uszanowała to.

– Możesz przekazać to tacie? – spytałam, podając jej kopertę.

– Kolejny tajemniczy list do kolekcji?

– Jak widać pisanie listów staje się tradycją. – Zaśmiałam się.

Łucja wzięła kopertę i położyła ją na biurku.

– Oddam mu. Obiecuję. – Ponieważ milczałam, dodała: – Pamiętaj, że to zawsze będzie twój dom.

– Szkoda, że ktoś inny mi tego nie powie. Pa.

Nie przeciągając, wyszłam i zamknęłam drzwi jej pokoju. W korytarzu stały czarna torba i plecak. Uśmiechnęłam się do bagażu, przypominając sobie czerwoną walizkę, którą zabrałam w podróż w Bieszczady. Mimo że nie minęło wiele czasu, czułam, jakby ta podróż zmieniła dosłownie wszystko w moim życiu. Wyjechała jedna dziewczyna, wróciła zupełnie inna. Starałam się wierzyć, że ta zamiana okaże się dobra dla mnie.

Przeszywające listopadowe powietrze przywitało mnie na progu. Zima zbliżała się wielkimi krokami. Od razu w mojej głowie pojawiła się wizja wspólnych świąt. To już za miesiąc, a ja trzymałam torbę i czekałam na taksówkę, która miała mnie odwieźć Bóg wie gdzie. Westchnęłam przejęta, czy to aby na pewno słuszna decyzja. Tak spontaniczna i pod wpływem emocji, a jednak czułam, że robię dobrze. Odcinałam pępowinę od toksyczności, która wisiała w powietrzu.

– Dzień dobry! – Pod dom podjechał srebrny peugeot. Zza opuszczonej szyby wychyliła się męska głowa. – Przepraszam. Czy tu mieszka Norbert Grzegorzewski?

– Tak, ale ojca nie ma w domu – odpowiedziałam zdziwiona, bo staruszek raczej strzegł prywatności i wszelkie rozmowy umawiał na uczelni. – Coś przekazać?

– Gdzie mógłbym go znaleźć?

– A kim pan jest? – Podeszłam do bramki, żeby przyjrzeć się właścicielowi zachrypniętego barytonu.

Mężczyzna był przystojny, miał dużą szczękę i czarny zarost, ciemne oczy oraz wyrazistą oprawę i zmierzwione ciemne włosy roztrzepane w artystycznym nieładzie. Był starszy ode mnie, ale ewidentnie przed czterdziestką.

– Jego doktorantem z Krakowa. Miałem po profesora przyjechać dziś rano pod dom, ale wynikły problemy na trasie, do tego telefon mi się rozładował, więc nawet nie mogę zadzwonić – wyjaśnił.

Westchnęłam poirytowana. Nie byłam zła na mężczyznę, bo nie był niczemu winny. Zdenerwowała mnie sytuacja. Miałam po prostu wyjść i nie oglądać się za siebie!

Przygryzłam wargę. Musiałam coś na to poradzić. Wpatrywał się we mnie błagalnie tymi ciemnymi oczyma i oczekiwał pomocy. Cholera jasna!

– Proszę poczekać – odezwałam się w końcu. Wyciągnęłam telefon i wybrałam numer ojca.

Po kilku sygnałach odezwał się zmęczonym głosem:

– Coś ważnego? Idę na wykład.

– Tak. Pod domem stoi… – Spojrzałam na mężczyznę pytająco.

– Rafał Rosiński – rzucił mężczyzna w moim kierunku.

– Rafał Rosiński. Twierdzi, że był z tobą umówiony, ale telefon mu padł…

– Tak, to prawda. Niech przyjedzie na uczelnię. Muszę kończyć. – Rozłączył się.

– Standard – powiedziałam sama do siebie, rozbawiona sytuacją, i spojrzałam na mężczyznę. – Musi pan pojechać na uniwerek. Adres proszę wpisać w GPS.

– Telefon… – zmarszczył brwi – rozładował się.

No tak. Telefon. Znów wyciągnęłam komórkę i znalazłam numer firmy taksówkarskiej. Odwróciłam się plecami do swojego rozmówcy i idąc wzdłuż chodnika, odwołałam zamówiony kurs.

– Pokażę panu drogę – poinformowałam Rosińskiego. – Mogę schować do bagażnika? – zapytałam, wskazując na torbę i plecak.

– Tak! – Wysiadł z auta i pomógł mi. – Wyjeżdża pani gdzieś?

– Emilia. – Wyciągnęłam do niego dłoń, a on mocno ją uścisnął, raz jeszcze się przedstawiając. – Nie. Przeprowadzam się.

– Popsułem ci plany? – spytał, otwierając drzwi od strony pasażera.

– Trochę. – Zaśmiałam się.

– Wynagrodzę ci to, okej? Planuję zostać dłużej we Wrocławiu, więc może dasz zaprosić się na obiad w ramach podziękowania?

– Na razie jeszcze nic nie zrobiłam. Może wywiozę cię na manowce.

Potrzebowałam żartów, zresetowania mózgu. Pragnęłam zapomnieć o problemach związanych z długami, obiadami i potencjalnymi facetami. Miałam nadzieję, że nie powróci do tego tematu, a ja nie będę musiała się zgadzać.

– No dobrze, prowadź!

Rafał

– Dziękuję. Jestem twoim dłużnikiem – powiedziałem, parkując przed budynkiem uniwersytetu.

– Jestem pewna, że sam byś sobie poradził – stwierdziła z wymuszonym uśmiechem, co chwilę spoglądając na zegarek.

– Nie zatrzymuję cię już, bo widzę, że się spieszysz.

– Trochę. Przepraszam, ale inaczej planowałam ten dzień.

– Rozumiem. – Uśmiechnąłem się pogodnie.

Wysiadłem, podszedłem do bagażnika i wyciągnąłem jej rzeczy. W tym czasie Emilia zdążyła stanąć obok mnie.

– A może poczekasz? Uzgodnię szczegóły z twoim ojcem i cię zawiozę.

Zmarszczyła nos i brwi. Ewidentnie nie było jej to w smak.

– Poradzę sobie. Wezmę taksówkę – odparła.

– Moje towarzystwo aż tak ci nie odpowiadało? – zażartowałem, ciekaw jej reakcji.

– Nie mam najlepszych relacji z tatą i nie chcę się z nim widzieć.

Zdziwiłem się. Nie spodziewałem się, że to właśnie powód jej zachowania. Norbert nie był wylewny. To fakt. Nigdy nie zaczynał tematów osobistych.

– W porządku. Rozumiem. Może skoro nie ja jestem powodem, to dasz mi swój numer i pozwolisz zaprosić się na ten obiad?

Byłem zbyt nachalny. Czułem to, zależało mi jednak, żeby jeszcze się z nią spotkać i poznać ją. Potrzebowałem pretekstu, a na lepszy nie mogłem liczyć.

– Skoro nalegasz… – Po dłuższej chwili wyciągnęła z torebki kartkę i długopis. Zapisała swoje imię i nazwisko wraz z numerem telefonu. – Przepraszam, ale muszę iść. – Wręczyła mi ją, wzięła swoje rzeczy i nie czekając na moją reakcję, zniknęła za łukiem.

Spojrzałem na karteczkę, uśmiechnąłem się i dumny, że udało mi się osiągnąć jeden z celów już pierwszego dnia, schowałem świstek do kieszeni.

Łukasz

Stała w naszym przedpokoju uśmiechnięta od ucha do ucha. Nigdy wcześniej nie widziałem, żeby ktokolwiek aż tak cieszył się nowym mieszkaniem i to takim jak nasze. Cztery pokoje wielkości schowka na miotły, salon z aneksem kuchennym, zagracony, z klejącą się podłogą i resztkami na stole oraz blacie. W zlewie zalegały brudne talerze, bo żaden z nas nie miał czasu, żeby je pozmywać. Sterta kartonów po pizzy i puszek po piwie piętrzyła się przy drzwiach balkonowych. Łazienka – gdyby nie to, że Julka od czasu do czasu w niej sprzątała, żaden z nas nie wpadłby na to, że trzeba to robić. Przecież i w zlewie, i w muszli klozetowej, a tym bardziej pod prysznicem ciągle leci woda, więc czyści się samo. Nasza nowa lokatorka wyglądała jednak tak, jakby jej to w ogóle nie przeszkadzało, a mieszkanie było najlepszym apartamentem na świecie. Zaczynałem się zastanawiać, czy nie pochodzi z patologicznej rodziny.

Ta nagła przeprowadzka, determinacja, radość na twarzy i przejęcie, to wszystko wydawało mi się nad wyraz podejrzane.

– Jest idealnie – stwierdziła, odrywając wzrok od brudnych ścian i skupiając się na mnie. – Jestem ci naprawdę wdzięczna.

– Spoko, mam nadzieję, że się jakoś dogadamy.

– Jestem przekonana!

W jej uśmiechu było coś przyciągającego; może irracjonalizm, a może to, że był taki beztroski i dziecięcy. Większość dziewczyn, które znałem, nie potrafiła się tak szczerze i radośnie cieszyć z drobiazgów.

– Chodź, pokażę ci pokój.

Otworzyłem drzwi do pomieszczenia na samym końcu korytarza. Pokój był najmniejszy. Okno wychodziło na stację PKP. Ściany były białe, a raczej szare od brudu. Klitka nie była umeblowana. Na środku leżał jedynie stary materac.

– Warunki, jak widzisz, kiepskie.

– Jest dobrze! Czy mogę go sobie urządzić? – spytała.

Byłem pewny, że gdy zobaczy lokum, zacznie krzyczeć i ucieknie, ona jednak wciąż miała promyczki podniecenia w oczach. Spojrzałem na nią jak na psychicznie chorą. Dziewczyna to chyba dostrzegła, bo szybko dodała:

– Nie jestem nienormalna. Po prostu cieszę się, że wyprowadziłam się z domu, a pokój to tylko ściany. Ode mnie zależy, co z tym zrobię.