Strona główna » Obyczajowe i romanse » Kolumbowie. Rocznik 20

Kolumbowie. Rocznik 20

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7985-349-6

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Kolumbowie. Rocznik 20

KOLUMBOWIE ROCZNIK 20 to pierwsza powojenna książka opowiadająca o młodych akowcach i ich codziennym życiu, ale także o tym, jak szli na śmierć podczas Powstania Warszawskiego. O dwudziestolatkach zmuszonych do podejmowania trudnych, nierzadko tragicznych decyzji. I angażujących się nierówną walkę z Niemcami - początkowo spontanicznie, później w sposób zorganizowany. Kultowa powieść, która dała nazwę całemu pokoleniu Polaków urodzonych koło roku 1920.

Polecane książki

  W serii powołanej dla uczczenia 100. rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości w 1918 r. oraz utrwalenia w polskiej świadomości zbiorowej wiedzy historycznej o genezie i przebiegu odbudowy państwa polskiego ukażą się monografie, biografie i źródła, dla których tematyczną klamrą będzie idea p...
  „Strasznie lubię cię, piosenko”. Szkice o tekstach Wojciecha Młynarskiego to pierwsza tak obszerna monografia poświęcona w całości twórczości jednego z największych poetów polskiej piosenki. Analizy tekstów Wojciecha Młynarskiego podjęli się językoznawcy, literaturoznawcy i kulturoznawcy. Wśród op...
Kira Santiago, dotychczas najpotężniejsza i najniebezpieczniejsza istota w okolicy, nagle zostaje porwana, a sprawa nowonarodzonych wampirów wciąż nie zostaje wyjaśniona. Towarzysze łowczyni robią wszystko, co tylko w ich mocy, żeby odnaleźć Kirę na czas. W mieście pojawiają się nowi intruzi, mnoży ...
Przez Zanzibar i Arkadię do hotelu @lantyda – w Sylwetkach i cieniach Andrzej Sosnowski porywa czytelnika w rejs last minute tropem bohaterów, "ku lądom podbitym, bez umów o dzieło". W tle snów dzwoniących czelestą buczą mikroprocesory, brunatny karzeł przechodzi przez niebo, w oddali słychać okrzyk...
W publikacji wyjaśniamy najważniejsze zagadnienia związane z dobrą reputacją w transporcie po ostatnich zmianach w przepisach. Dowiesz się, za jakie naruszenia możesz stracić dobrą reputację, ale także jak ją odzyskać. Informacje w niej zawarte pomogą we właściwym stosowaniu obowiązujących prze...
Sukces firmy jest zawsze pochodną strategicznych wyborów i szczęścia. Na szczęście nie mamy wpływu, możemy mu jednak pomagać – dyscypliną. Dyscyplina strategii wymaga od menedżerów starannej analizy i interpretacji zmian w otoczeniu, klarownego ustalenia granic firmy, wyznaczenia ambitnych celów i z...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Roman Bratny

O książce

Kultowa powieść, która dała nazwę całemu pokoleniu Polaków urodzonych około roku 1920

„Kolumb czuje, jak dzikie uniesienie jeży mu włosy. Z pogardliwą litością patrzy na przygiętego pod krzyżem Chrystusa: Biedaku, mądrzysz się, że umarłeś za ludzkość, my potrafimy umierać za jednego kumpla”.

„Kolumbowie” to pierwsza powojenna książka opowiadająca o młodych akowcach i ich codziennym życiu, ale także o tym, jak szli na śmierć podczas powstania warszawskiego. O dwudziestolatkach zmuszonych do podejmowania trudnych, nierzadko tragicznych decyzji. I angażujących się w walkę z Niemcami – początkowo spontanicznie, później w sposób zorganizowany.

Bratny nie ograniczył się tylko do ukazania bohaterów w pracy konspiracyjnej. W niezwykle sugestywny sposób opisał osobiste dramaty Jerzego, Kolumba, Zygmunta, Basi i Niteczki, opowiedział o ich miłościach skażonych cieniem wszechobecnej śmierci, o zwątpieniu i poświęceniu, o małych radościach – jakby na przekór okrutnej wojennej rzeczywistości. Kolumbowie kochali życie – pod tym względem nie różnili się od współczesnej młodzieży. Choćby to przesądza o ponadczasowości tej prozy.

NA PODSTAWIE „KOLUMBÓW” POWSTAŁ SERIAL TELEWIZYJNYZ UDZIAŁEM NAJWIĘKSZYCH GWIAZD POLSKIEGO KINA.

Copyright © Roman Bratny 1957All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2016

Projekt graficzny okładki: Katarzyna Meszka

Korekta: Marta Gral

ISBN 978-83-7985-349-6

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em

IŚmierć po raz pierwszyI

Jaskółki latały wysoko. Piłka wybita do góry przerwała cień rzucany przez parkowe drzewa, błysnęła w zachodzącym słońcu.

– Aa! – grający pokwitowali z uznaniem przyjęcie „ściętego”. Zygmunt rzucił do Kolumba przez zaciśnięte zęby:

– Dawaj jeszcze raz.

Piłka wystawiona idealnie nad siatkę. Młody opalony brunet przygotowuje się do skoku. Spóźnia się o sekundę – jakby unieruchomił go spieszny jęk policyjnego wozu nadlatujący skądś od głównej ulicy. Ale Zygmunt jest rutynowanym siatkarzem. Za późno na ścięcie? Piłka oddana miękko tuż za siatkę myli grających, dotyka ziemi. Przeciwnicy nie ruszają się.

– Trzynaście… No, przejechali. Czego się gapisz, do cholery? – gromi niższego od siebie o pół głowy Kolumba. „R” wymawia w nieporównanie zabawny sposób: to już nie „h”, ale jakieś mieszane głoski „h” i „k”. Tym razem Kolumb respektuje jego wezwanie. Odwraca głowę.

– Dawać piłkę, nasz serw – ponagla przeciwników. Ocknęli się już.

– Jakie trzynaście, uważaj! Żandarmi na was nie zapracują – rzuca któryś. – Dwanaście do dziesięciu – poprawia.

Dograli seta.

– Z ciebie też siatkarz jak z koziej dupy trąba – powiedział Zygmunt, wciągając spodnie. Zatrzymał się z paskiem w dłoni, widząc, że Kolumb patrzy za odchodzącymi kolegami. Szli w spodenkach kąpielowych, niosąc ubrania w rękach. Wisła była blisko.

– Nie idziesz z nimi?

– Nie mam czasu! – odparł Kolumb. Starł wierzchem zabrudzonej dłoni lśniącą warstwę potu z wklęsłego opalonego brzucha i sięgnął po koszulę.

Po chwili obaj szli w stronę wiaduktu.

Zygmunt studiował biologię na tajnym uniwersytecie, miał nienagannie skrojoną marynarkę i pracował w zakładach remontowych. Jego ausweis to nie był jakiś tam groszowy, fałszowany śmieć. Zdawało się, że sama „wrona” niemieckiej pieczęci siedzi dumna i zadowolona na gnieździe literowych skrótów malujących ważność przedsiębiorstwa dla wojennej gospodarki Rzeszy. Nie o same papiery szło zresztą w tym wypadku. Zygmunt był mistrzem samozaopatrzenia. Liczba opon, samochodowych części, szoferskich kożuszków, jakie ginęły w zakładach, była tajemnicą nawet dla najbliższych kolegów i przyjaciół, co nie znaczy, że Zygmunt był sobkiem i egoistą. Kiedy dwa tygodnie temu, w dniu imienin wykładowcy na tajnym kursie uniwersyteckim, urządził składkę na garnitur dla profesora, suma zebranych pieniędzy wyniosła nieoczekiwanie dziesięć tysięcy złotych. Podobno ani mrugnięciem oka nie dał do zrozumienia, jak „zebrał” taką kwotę wśród okupacyjnych golców ganiających na wykłady w drewniakach. A nowe oficerki Kolumba? Kto by uwierzył, że Zygmunt wystarał się na bezugschein o prawie darmową skórę dla kolegi. I Kolumb świecił po Żoliborzu wysokimi „szklankami”, jak nazywano usztywnioną część buta, która winna mieć wygląd czarnego, świecącego naczynka. Dziś z uwagi na upał i zakończone właśnie spotkanie siatkówki był w trepkach. Zamiast oddzwaniać energicznie krok, nogi człapią w nich nieprzyjemnie, tupoczą, jakby lazł rozczochrany jeż, a nie podchorąży.

Zygmunt szedł w milczeniu, ssąc zerwaną po drodze trawkę. Przechodzili koło muru, na którym czyjaś niewprawna ręka wypisała ogromnymi wolami: „My Hitlera w dupie mamy”. Zamiast podpisu figurował znak kotwicy.

– Bronią ojczyzny – mruknął Zygmunt. Kolumb, eksbohater Małego Sabotażu, z trudem zniósł prowokację.

– No to cześć! – pożegnał się szybko.

– Powodzenia… – mruknął Zygmunt.

Gdyby wiedział, że umówiłem się z nią u Lardellego, gotów by zakazać – pomyślał Kolumb o przyjacielu z nagłą niechęcią. Niedawno ogłoszono przecież bojkot kawiarni, w której podczas kameralnych koncertów publiczność polska mieszała się z niemieckimi oficerami i żołnierzami.

* * *

Pierwszy raz się tu umówiłem i mam rację. Inaczej ona by znowu poszła kiedyś do kina – monologował jeszcze, wstępując po stopniach kawiarni. Zielone mundury siedzących przy stolikach oficerów przejęły go dreszczem. Dopiero po chwili, na widok pasa z pistoletem przewieszonego przez poręcz krzesła, uspokoił się. Gdyby tak swój pobyt tutaj okupić nową parabelką? Zląkł się nieomal, że ta myśl jest już postanowieniem. Rozglądał się uważnie w poszukiwaniu dziewczyny i czuł, że serce bije mu spieszniej. To przez ten pistolet – bronił się przed upokarzającym przypuszczeniem, że nieobecność Baśki przyprawia go o tak niemęskie lęki. Znalazł wolny stolik. Skrępowany i niezgrabny, odsunął krzesło. Czuł się mimo wszystko fatalnie. Spojrzał na zegarek. Był spóźniony o dziesięć minut.

Może już poszła? – zaniepokoił się. Wojowała z nim o tego Lardellego od miesiąca, przypuszczenie, że mogła wyjść, nie doczekawszy się, było absurdalne. Niedawno, kiedy wygadała mu się, że była w kinie, nie widywali się przez tydzień.

– To ja jako zupełny szczeniak wypisywałem „tylko świnie…”, to ja „gazowałem”, a ty… – plątał się po tym jej wyznaniu.

I choć to nie on wymyślił slogan „Tylko świnie siedzą w kinie” i nie on rozpisał go wszędzie na warszawskich murach, ale kto przy wejściu do kina Napoleon, obok napisu, potrafił naszkicować dwa ogromne knury rozwalone w kinowych fotelach? Kto wymyślił inny, może mniej popularny, lecz nie mniej groźny skrót „Padlina idzie do kina”? Kto ma na koncie dziesięć udanych „gazowań”, w czasie których „zakrztusił” ładnych parę tysięcy amatorów zakazanej rozrywki?

Przypomniał sobie doświadczenie prowadzące do wykrycia mieszanki, której zapalenie powodowało murowany popłoch na kinowej sali, a zaduch korkował ją na parę dni.

Rozjuszyło go ostatecznie wytłumaczenie, jakiego chwycił się Basik: Chodzi do kina również po to, żeby zobaczyć „gazowanie”. Ona też chce być w pobliżu roboty. Kolumb nie pozwala jej samej, to chociaż tak – zobaczy… Zaraz zresztą, nastraszona, dopowiedziała tym swoim niskim głosem (stąd imię Basik, od „bas”), że mniejsza o „gazowanie”, ale ona nie ma zamiaru umrzeć, nie widząc kina.

– Ona umrzeć! – Zaśmiał się gorzko, podkreślając, komu to bliżej do śmierci, ale nie wywołał pożądanego efektu.

Zerwał z nią wtedy, „do zmądrzenia”. „Zerwał”! Może ona domyślała się, skąd te częste omyłki telefoniczne, przy których jej „halo” pozostawało bez odpowiedzi. Jak on ją lubił, nawet ten jej głos! Dzwonił prawie co dzień, byle usłyszeć chociaż to „halo”. Któregoś dnia zamiast „halo” zapytała po swojemu: „No?…” – jakby dając do zrozumienia, że wie, kto to dzwoni i milczy z tamtej strony słuchawki. Otworzył usta, żeby rzucić pozdrowienie, i w ostatniej sekundzie złapał zębami koniec bakelitowej tubki. Wytrzymał tydzień. Na spotkaniu Basik się popłakał i przyrzekł, że z kinem to się już nigdy nie powtórzy. Wtedy nastąpiło załamanie Kolumba. Wiedział, jak kocha muzykę, więc zaprosił ją „w drodze wyjątku, raz na całą okupację”, do Lardellego. Oto siedzi, zerkając niespokojnie na drzwi, na jadowite zielenie mundurów utkane tu i tam wśród licznych stolików.

Już jest. Stanęła w progu. Spostrzegła go od razu. Idzie w tym tłoku prosto, zręcznie, jakby całe życie spędziła na takich okazjach. Zrywają się oklaski. Kolumb jest spocony. Wszystko zdaje się być adresowane do niej. Dopiero gdy przycupnęła na brzeżku krzesła i sama złożyła do oklasków dłonie, spostrzegł, że publiczność wita dyrygenta, który właśnie pojawił się za jego plecami. Kolumb, choć nastawiony sceptycznie, spojrzał z mimowolnym szacunkiem na mężczyznę z lwią grzywą. Dyrygent, korzystając ze swej ukraińskiej listy narodowościowej, reprezentował niemal monopol na wykonywanie muzyki poważnej.

Baśka przysiadła na brzeżku krzesła, trochę po pensjonarsku, ale jedno spojrzenie po sali i postawa jej zmieniła się. Naprzeciw Kolumba siedzi już dama. A to paskudna smarkata! – gromi ją w myślach Kolumb, ale odczuwa miłą satysfakcję, jakby dopiero teraz przekonywał się, jak wygląda naprawdę ta jego dziewczyna. Widzi spojrzenia od sąsiednich stolików.

– Spóźniłaś się. Było co? – zapytał jeszcze, nim orkiestra zaczęła grać.

Wahała się przez sekundę, czy nie skorzystać z okazji i nie usprawiedliwić się jakąś łapanką lub bałaganem na trasie, ale pokręciła przecząco głową.

– Spóźniłam się zwyczajnie – rzuciła z przekornym męstwem.

Przyjął to z radością, jak podziękowanie za długie godziny, podczas których przezywała go mściwie harcerzem, a w których on uczył ją poszanowania dla własnego słowa.

Uderzyła muzyka. Kolumb na początku wojny miał szesnaście lat. Muzyki uczył się do dwunastego roku życia, ale potem, poznawszy urok boiska, stwierdził, „że będzie grał na centrze, nie na fortepianie”, i tak długo i uparcie strajkował, aż oberwał pierwsze w życiu lanie od spokojnego zazwyczaj ojca. Mimo to zwyciężył. Sądził, że muzyka nic go nie obchodzi. Przyszedł tu dla Baśki, i oto całkiem niespodzianie zabrały go gdzieś ogromne fale dźwięków. Zapomniał, gdzie jest. W pewnej chwili napotkał jej spojrzenie i już w nim pozostał. Potem odczuł nagle strach przed upływem czasu. To, co niekiedy prześladowało go myślą, że z każdym dniem zbliża się do daty swej śmierci, która mogła już być tu, na sąsiedniej ulicy, teraz odezwało się jeszcze boleśniejszym poczuciem przemijania. Prawie słyszał plusk czasu w strunach, kotłach.

Przerwali. Oklaski otrzeźwiły Kolumba. W rozjaśnionym świetle dostrzegł nad brwią Baśki maleńkie znamię. Była to blizna nabyta w dzieciństwie. Zachwycał się i tym.

– Musisz przyjść do mnie jutro – postanowił lekko. Niezdarnie wypowiedział myśl, z którą nosił się od miesiąca, jeszcze przed ich tygodniowym zerwaniem o kino.

– A która jest teraz? – zainteresowała się godziną. W odpowiedzi zablagował kwadrans. Ale ona była czujna. Za chwilę wyciągnęła rękę do jego zegarka. Schował dłoń za plecy, a następnie uderzył nagle wierzchem nadgarstka o marmurowy blat stolika. Szkiełko zegarka stuknęło.

– Co robisz?

– Niszczę czas…

Szkiełko musiało kosztować ze dwieście złotych – myślała zdumiona. A jak to się stawiał przez ten tydzień. O głupie kino. Pewnie, że może zrezygnować z kina. Na razie nic nadzwyczajnego nie idzie.

Następnego utworu słuchała z pewnym roztargnieniem. W przerwie sięgnęła nawet przez stolik i odsunęła rękaw marynarki na przegubie Kolumba. Martwa tarcza ze stłuczonym szkłem. Zawstydzona czymś i spłoszona, cofnęła rękę.

Gdy wychodzili, nad miastem był mrok. W zaułku kościoła przy placu Zbawiciela żebraczka, zajęta bilansowaniem uzbieranego zarobku, spłoszyła się na ich widok i zbyt późno podjęła proszalne pomruki. Podjeżdżał zaciemniony tramwaj. Dziewczyna porwała się do biegu.

– Gazu, Basiku! – Skorzystał z okazji i uchwycił ją za rękę. Zdyszani dopadli przystanku. Wskoczyli, gdy tramwaj ruszył. Konduktor sprawnie wręczył Kolumbowi dwa bilety odebrane przed chwilą od wysiadających i strzepnąwszy bilon do torby, usiadł. W wagonie było luźno. Jakaś spiesząca do domu szmuglerka z koszami, stary pan w cwikierze wyglądający na wykładowcę wracającego z tajnych kompletów. Nawet tam, u nich, u „sezonowców”, w przedniej części wozu, było pustawo.

– Cholera, musi być późno – zaniepokoił się Kolumb.

– Która godzina? – denerwowała się Baśka.

– Za dziesięć – odrzekł pan w cwikierze.

– Oj, żebyś zdążył. Ze mną nie wysiadaj. Bez odprowadzań – zamruczała Baśka, wyskakując. Tramwaj skręcał do zajezdni. W sekundę Kolumb był już na ulicy. Lubił wysiadać w pełnym biegu. „To zastępuje narty” – wytłumaczył kiedyś matce. Popędzany krokami ostatnich przechodniów, ruszył spiesznie przed siebie. Nadciągała powszednia okupacyjna noc. Trzasnęła jakaś zamykana brama. Z ulgą wszedł na pusty, niezabudowany odcinek drogi prowadzący ku wiaduktowi. Gdzieś od strony dworca zaniosła lokomotywa, raz, drugi. Szedł uważnie, patrząc, czy nie spotka wzrokiem sylwetek patrolu. Odczuwał podniecenie, nierówne w stopniu natężenia, ale podobne do tego, którego zaznawał już od dwóch lat w Małym Sabotażu, jako wybitny specjalista od napisów i znaków Polski Walczącej na murach. Równocześnie czuł smak triumfu. Basik. Jutro przyjdzie do niego.

Chciał coś zawołać w górę ku spokojnym gwiazdom. Podchodził już do pierwszych bloków. Nagle przez jezdnię przebiegł w poprzek… tak, nie było wątpliwości: kot. Kolumb rozglądał się przez chwilę i zawrócił biegiem. Skręcił w boczną uliczkę. Tędy z wolna, wyglądając ostrożnie zza rogów, zbliżył się do tyłów ogromnego gmachu, w którym mieszkał. Miał właśnie przejść na drugą stronę ulicy, gdy nagle oświetlił ją snop reflektorów. Kolumb cofnął się pod mur. Na jego oczach przez wysoką ogrodową bramkę na dziedziniec domu, w którym mieszkał, wjechała żandarmska buda.

* * *

Po kwadransie zadzwonił do drzwi stojącej na uboczu kamieniczki.

Mimo że dzwonek nacisnął krótko trzy razy – umówionym sygnałem – drzwi otwarto dopiero po chwili i nie otworzył ich Zygmunt.

– Do cholery, czego straszysz ludzi! – zaczął, gdy ściągnięto go już ze starego gołębnika, który latem spełniał funkcję bimbrowni, a poza tym znakomicie ułatwiał zejście do zarośniętego ogrodu. Całą tę budowlę skonstruował Zygmunt pod domem, by usprawnić odwrót w nagłej potrzebie. Teraz urwał w pół zdania, spojrzawszy na twarz kolegi.

– Coś u ciebie?

– Nie wiem – powiedział powoli Kolumb. – Siostra dziś nie nocuje w domu, ale starzy… No, buda w podwórzu…

– Tam na jednej tylko twojej klatce schodowej masz dziewięć mieszkań – pocieszał nerwowo Zygmunt, dowiedziawszy się, jak niewiele wie Kolumb. – Co się mogło stać?… U nas porządek, nikt nie siedzi… – Wziął go za rękę i wprowadził do swego pokoju.

Kolumb wyrwał rękę, jakby czymś obrażony. Przestraszył się, że kolega wyczuje jej drżenie. Nie mógł wobec Zygmunta motywować swej pewności, że ojciec i matka zginęli. Nie mógł mu powiedzieć, skąd czerpie tę pewność. O tym nikt nie mógł wiedzieć. Usiadł na tapczanie i cierpliwie zaczął liczyć powtarzający się idiotycznie motyw gałązki na tapecie. Spojrzał na zegarek i nagle bezwiednie uśmiechnął się. Bezruchowi jego wskazówek zawdzięczał spóźnienie, a więc dużo, bo życie.

II

Po kilkakrotnych nieudanych próbach Jerzy zrezygnował. Z handlu nic nie wychodziło. Diabli wiedzą czemu.

– Pewno jeszcze za słabo stoisz z ekonomią – zażartowała matka po ostatniej klęsce szmuglerskiej syna. Potrafił ocenić jej wysiłek. Była nieskora do uśmiechu. Chciała zbagatelizować porażkę. Strata wypchanej mięsem walizy na dworcu w Dęblinie stanowiła kompletną ruinę domowych nadziei. Śmieszne, jak nie powodziło się Jerzemu w dziedzinie gospodarczej. A mógł rozwinąć drukowane na grubym papierze świadectwo ukończonych w Warszawie w 1940 roku Kursów Handlowych Gracjana Pyrka, jedynej „wyższej uczelni” w Warszawie. Nie ruszyły wówczas jeszcze podziemne uniwersytety. „Ekonomista” i „filozof” z oczytania, „handlowiec” z zawodu, a tu grosza nie umie ściągnąć do domu. Rok czterdziesty „przeczytał”, żyjąc z jakichś resztek matczynych. Ale teraz od kilku miesięcy szarpał się już jak w matni. Nie wychodziło…

Tego dnia, po powrocie ze szlaku złamanej kariery „szmuglerskiej”, zjadł na kolację kilka kartofli okraszonych uśmiechem i pocieszającym komentarzem, że „młode i tak smaczne”, i położył się do łóżka. Spod wpółprzymkniętych powiek widział, że matka, krzątając się za uchylonymi drzwiami kuchni, podtrzymuje ogień. Co ona jeszcze szykuje? – zamyślił się, głodny i senny. Niby na jawie przeżywał okropny tłok kolejowego wagonu, triumf szczęśliwej transakcji za Łukowem, makabrę ćwiartowania krowiego zewłoku, moment, gdy po zatrzymaniu pociągu, zamiast uciekać na żandarmski wrzask, wyleciał z wagonu jak spętany przez swoją walizę. Przeklęty Dęblin. Gołocin – przypieczętował złe wspomnienie uzasadnioną szmuglerską nazwą. Widział jeszcze światło w kuchni, myślał o matce. Trzeba zawołać, niech idzie spać, co ona tam robi? Wreszcie zasnął.

Gdy rano otworzył oczy, natrafił spojrzeniem na uchylone drzwi do kuchni. Matka płakała nad formą wypełnioną jakąś brunatną masą.

– Chciałam chleb… chciałam ci chleb, ale ta mąka przerośnięta… – Uderzała się małymi piąstkami po głowie.

Zdążył ją złapać, uważnie kontrolując spojrzeniem, czy na stole leżą tylko noże z okrągłymi końcami. Coraz gorzej znosiła wszystko, co składało się na życie w owym roku.

– Już na wiosnę będę lepsza – usprawiedliwiała się przed paru miesiącami, gdy złapał ją na tym, jak nad zamarzniętą miednicą wody usiłowała przeciąć sobie żyły. Pokaleczyła się tylko, tak samo niedołężna jak przy swoich normalnych gospodarskich zajęciach, wychuchana przez los, a teraz tak opuszczona, odkąd ojciec Jerzego, przed wojną świetnie zarabiający architekt, siedział w niewoli.

– Przecież doskonały chleb. – Popukał w ciemną powierzchnię, ale nawet zgięty pod nieostrym kątem palec zanurzył się swobodnie w kleistej masie. – Świetny – ciągnął, trzymając matkę za ramiona, i by ją zabawić, sięgnął po łyżkę.

Patrzyła podejrzliwie przez łzy, jak połykał pierwszą porcję.

– Wcale nie żartuję… – dorzucił szczerze, puszczając ją, by przysunąć bliżej formę.

– Zaszkodzi – zaoponowała nieśmiało, już uśmiechając się przez łzy, jak mała dziewczynka, która zbroiła i choć wie, że była niegrzeczna, nie chce przeprosić.

– E tam, zaszkodzi! Komu „dźwiękowiec” nie zaszkodził, tego nic nie zmoże. – Użył komplementującego porównania do kartkowego chleba. – Ja wezmę tę lekcję, a mój pokój wynajmiemy… – ustalał stanowczo podstawy przyszłej egzystencji.

Nie wiedział, czy w pełni pojmowała, czemu tak się przed tym bronił. Był ambitny. Ambicja dyktowała wszystko, nawet w obecnym jego życiu.

„Nie pali” – matka chwaliła się przed znajomymi wyrzekającymi na wydatki u swoich na tytoń. A on nie nauczył się palić, bo widząc śmieszność gimnazjalnych kolegów, szukających w papierosie znamion dojrzalej powagi, próbował znaleźć ją w świadomej decyzji, że on właśnie nie pali.

„Został…” – mówiła z dumą zimą trzydziestego dziewiątego roku, gdy tylu jego kolegów z harcerstwa ruszyło w Karpaty i dalej przez Rumunię na Zachód. Nie ruszył się nie tylko dlatego, że zostałaby sama; został, bo widział przygodową pozę tych, którzy szli, bo rozumiał, że tu będzie trudniej i „ważniej”.

I dlatego właśnie takim upokorzeniem było przyznanie się, że czegoś nie potrafi. „Pech” – próbował usprawiedliwiać się z początku. Nie potrafił „zrobić” potrzebnych pieniędzy. Teraz ambicją najwyższą było pokonać własny upór, zrezygnować chwilowo z ambicji, byle zdobyć pieniądze na nowy start. Oferta nauczycielska przyszła przed tygodniem od sąsiadów z przeciwka. Mieszkali tam od pół roku państwo Kosiorkowie. On, dotychczas rzeźnik, od jesieni czterdziestego roku stał się potężnym przemysłowcem głodzonego miasta. Był właścicielem czy udziałowcem fabryczki sztucznego miodu, prowadził rozgałęziony handel tłuszczami przejmowanymi z jakichś oficjalnych źródeł.

Jerzy, postanowiwszy, że zrozumie, co się koło niego dzieje, przeczytał przez rok blisko sto ekonomicznych publikacji, jak szły, co wpadało w rękę, i samorzutnie dokonał już kierunkowej selekcji, wybierając orientację, której nie nazywał marksizmem, tylko przez skrępowanie ubóstwem własnej wiedzy czy przez brak obycia z samym terminem. Teraz na każdego konduktora, który prowadził istną drogerię, handlując mydełkami w tłumie podróżujących, patrzył jak na agenta „monopolistycznego kapitału”, dowiedział się bowiem, że Kosiorek, podbierając przez swoje kontakty surowce Schichta, prowadzi produkcję mydła na gigantyczną skalę.

Stąd czy skądinąd pochodzące pieniądze skamieniały oto w kształt domu sąsiadującego z ich willą.

– Chodźmy zaraz – przynaglał matkę. Jak Julian Sorel, pocieszał się w myślach, ustaliwszy warunki swej pracy. Gdy jego chlebodawca jednym obojętnym skinieniem głowy zgodził się na wymienioną przez Jerzego sumę, chłopak przybladł z obrazy. Więc tak mało znaczyły dla tamtego pieniądze, za które kupował jego czas?

– A pan miał, zdaje się, inne plany? – Kosiorek się uśmiechnął. – Jakiś handel? – zapytywał pobłażliwie, jak dobry ojciec prowokujący wyznania syna, zabawne, bo zbyt dojrzałe na jego wiek i możliwości umysłowe.

– Zrezygnowałem – bąknął Jerzy i jak zawsze poniosła go chęć odpłacenia za lekceważenie. – Miałem handlować, ale brzydzę się mięsem – powiedział tonem zwierzenia, patrząc z uśmiechem w oblicze eksrzeźnika.

Wywołał efekt niespodziewany. Pan Kosiorek plasnął otwartymi dłońmi po rozstawionych kolanach, obciągniętych eleganckim, niechybnie angielskim kortem, i pod wysokim sufitem rozległ się jego donośny śmiech. Ten nieprzewidziany efekt własnej złośliwości speszył młodego nauczyciela.

– A co do mnie, nic mnie nie zbrzydzi.

I potoczyła się opowieść, jak to Kosiorek zmuszony w trzydziestym dziewiątym roku prowadzić ubój dla zwycięskiej niemieckiej armii, potrafił dać jej godną nauczkę.

Zdarzyło się, że któregoś z kwatermistrzów odbierających mięso zemdlił zapach krwi. Na dumne zdanie Kosiorka, że „polskiego rzeźnika nic nie zbrzydzi”, towarzyszący delikatnisiowi feldfebel ośmielił się wyrazić wątpliwość. Stanął zakład, w rezultacie którego Kosiorek na oczach Niemców skosztował zawartości świeżo otworzonego krowiego żołądka.

– Tak. Wziąłem w paluszki jak baby w sklepiku kiszoną kapustę z beczki do spróbowania… Z samego patrzenia trzech ich się pochorowało, a mnie nic… – Uśmiechnął się triumfująco, wpierając zad w elegancki klubowy fotel. Błyszczące oczy wbił w Jerzego i nagle zakończył półgłośno, pochylając się w jego stronę: – Więc i rzeźnictwa nie ma się co wstydzić…

Następnie przedstawiono Jerzemu uczniów. Jedenastoletnia dziewczynka dygnęła, jej starszy o rok brat szurnął nogą. Jerzy objął nowe obowiązki.

Odprowadził matkę do furtki i powiedziawszy, że ma coś do załatwienia w mieście, ruszył w stronę Puławskiej.

Skoro mam od jutra regularnie zarabiać, rzecz przestaje być szaleństwem, rozmyślał nad nabyciem tomu Nietzschego, który przed paru dniami wyszperał na Mazowieckiej i uciekł od pokusy. Dochodząc do rogu ulicy, spostrzegł, że rusza tramwaj stojący na pętli krańcowego przystanku. Przed nim zatupotał, podrywając się do biegu wysoki, smukły żołnierz SS. Jerzy, biegnąc za nim, z przyjemnością obserwował jego zgrabną sylwetkę. Niemiec wskoczył na stopień, nie chwytając się poręczy. Jerzy uśmiechnął się. Był o dziesięć metrów za tamtym i identyczny skok przestawał być identyczny wobec większej już szybkości tramwaju.

Zadrobił po nierównym bruku. Skoczył. Bez rąk. Na pomoście, patrząc, jak tamten przechodzi za odgradzającą Polaków barierkę, z przyjemnością odbierał i amortyzował ugięciem w kolanach zrywy gnającego tramwaju. Nagle jego wzrok padł na jakiś tytuł w gazecie, którą ktoś rozpostartą trzymał obok. „Najwyższy szczyt Kaukazu…” – wyłuskał z komunikatu alpinistyczny sens wieści o hitlerowskiej fladze nad Elbrusem i spojrzał raz jeszcze na barczystego, zgrabnego esesmana. Idiotyczne współzawodnictwo w ściganiu tramwaju podrażniło go boleśnie. Przegroda Nur für Deutsche oddzielała ostrzej niż przed chwilą. Tramwaj zahamował gwałtownie. Jakiś stojący obok Jerzego robotnik poleciał siłą bezwładu krok do przodu, trącając go podeszwą drewniaka. „Jesteśmy mierzwą” – przeleciało przez głowę czyjeś zdanie. „Oto nasz udział w walce z tymi, co zdobywają najwyższe szczyty świata” – pokwitował wzrokiem żółwia narysowanego kredą na murze kościoła Zbawiciela.

Pomyślał, że wieczorem znowu przesunie na mapie czarne chorągiewki, którymi znaczył zasięg ich armii na Wschodzie. Rozchmurzył się dopiero, przechodząc przez Świętokrzyską. Otwarte drzwi antykwariatów, małe księgarenki zapraszały go nieuchwytnym zapachem druku, jak pijaka barowe szyldy. Szedł jednak w kierunku Mazowieckiej jak smakosz, który zdążając do znanej sobie restauracyjki, mija obojętnie nęcące napisy. Tam czeka na niego wybrany tom.

Był prawie u celu, gdy zatrzymało go czyjeś wołanie. Obejrzał się. W poprzek jezdni szedł ku niemu z drugiej strony ulicy Zygmunt. Był elegancki właśnie na miarę dziwnego lata. Długa marynarka sięgała do pół uda. Mimo upału szedł w wysokich butach i zielonych wojskowych bryczesach. Było w tym coś w rodzaju czytelnej aluzji do wojskowego drylu, który zmusza do noszenia – lato nie lato – niewygodnego munduru. Szyk konspiracyjny nakazywał, Zygmunt oczywiście słuchał. Jerzy, nie wiedzieć czemu, przypomniał sobie pierwszy pomaturalny kapelusz kolegi. Było to zimowe staroświeckie borsalino, zapewne dar z zasobów ojca. Choć koledzy bardzo z niego kpili, Zygmunt uśmiechał się lekceważąco, błyskiem zębów zniewalając spojrzenia przechodzących kobiet. Wtedy zachowywał większy dystans wobec dyktatu mody niż w trzecim roku okupacji.

Zygmunt miał zresztą własną na ten temat teorię.

– Bo widzisz – powiedział kiedyś – moda to jest też wyzwanie: czy skoczysz wyżej, niż z pozoru można. Zobacz. Kiedy są materiały, tylko wejść i kupić, moda nic, siedzi cicho, kroi kuso. A jak tylko wojna, fabryki w drobny mak, materiałów nie ma, zaraz marynarka jedzie w dół. Jak u Darwina: dobór naturalny, bracie. Moda jest taka, że utrzymuje na kursie tylko okazy silne…

– Co u ciebie? – zapytał teraz kolegę.

– A ty kwitniesz – nie odpowiedział na pytanie Jerzy.

– Bida, co? I niezależność umysłu, co? Czy może już? – Zygmunt jowialnie i niecierpliwie wypytywał o życie i „idee”. W ostatniej ich rozmowie, pół roku temu, Jerzy dał się ponieść: po wykpieniu polemisty, że koncepcja jego polega na cofnięciu czasu do sierpnia trzydziestego dziewiątego roku, zadeklarował swoje „anarchistyczne”, jak określił Zygmunt, stanowisko wobec „Londynu”, ergo i konspiracji. Owo „już” oznaczało teraz pytanie, czy ostatnie półrocze zdążyło go, wbrew tamtej rozmowie, zaszeregować w podziemiu. Zygmunt nie wątpił, że środkowy napastnik szkolnej drużyny futbolowej ma tam jakieś swoje miejsce wyznaczone przez „logikę historii”, jak tamten sam się wyrażał, wciąż pełen oporów i wahań.

– Na jakich papierach chodzisz? – dopytywał się za chwilę, dowiedziawszy się, że „jeszcze nie”.

– Mam, mam – Jerzy wzruszeniem ramion dał do poznania, że nie jest ofermą pozbawioną kontaktów.

– Pokaż no arbeitskartę – zażądał Zygmunt nieustępliwie jak żandarm na patrolu. Stali na środku chodnika, wymijani przez częstych przechodniów. Rzuciwszy okiem na dokumenty, Zygmunt ramieniem zaprosił kolegę do bramy.

– Dałeś górala, co? – zapytał tym razem serio. „R” zawarczało groźnie w rejonach „h”. – I z tym gównem chodzisz po ulicy? Ja bym, bracie, takiemu synowi, co to fabrykuje, dał z miejsca w czapę. Ludzi naraża – parskał pogardliwie, machając pomarańczową tekturką dowodu. – Umówisz się ze mną, przyniosę ci coś lepszego. – Wzruszył litosiernie ramionami. – A teraz dokąd, co?

Nagle filozoficzny sprawunek księgarski wydał się Jerzemu śmieszny i dziecinny. Bąknął coś o jakimś koledze, do którego właśnie się wybiera.

– Mieszkasz po staremu na tym dolnym Mokotowie? – Ledwo Jerzy skinął głową, już Zygmunt trzymał go za guzik marynarki. – A nie znalazłbyś tam w okolicy jakiego pokoju do wynajęcia, co? Chodzi o czyjąś rodzinę. Matka z córką. Wdowa. No?

– To ktoś od was? – zapytał Jerzy i szybko dodał: – Bo jeżeli tak, to coś znajdę u siebie. Tam, gdzie mieszkam.

– To może by zaraz? – Zygmunt spojrzał pytająco, nie dając poznać po sobie radości.

III

Każdy wiedział, kiedy się zaczynała godzina policyjna. Ta granica była wyraźna. Ale kiedy się kończyła? Noc oznaczała nie jak dawniej ciemność i sen, lecz przede wszystkim porę, kiedy brali. Wówczas, latem, trwała dłużej: pisk opon hamującego samochodu straszył jeszcze przy pełnym świetle wschodzącego słońca. Mieszkańcy wylotowych ulic Warszawy, lokatorzy frontowych pokoi Puławskiej czy Grójeckiej, otrzymywali pierwsi sygnał końca tej jasnej nocy: szum przelatujących maszyn przestawał być groźny z chwilą, gdy na jezdni zaklekotały końskie kopyta. To ciągnęły furmanki badylarzy – był dzień. Człapanie kopyt po asfalcie było sygnałem polskiego życia i ruchu. Bo inny, zmechanizowany, a jednak swojski ruch na jezdni zaczynał się później. O tej porze rykszarze spali.

Jeszcze przed rokiem Baśka najdokładniej znała ową granicę, do której trwały godziny nocy. Zazwyczaj broniła jeszcze snu. Słysząc krzątaninę matki, obracała się do ściany, wgrzebywała głowę w poduszki, trwała w obronnej nieruchomości: doświadczyła, że najczęściej zapewnia ona przetrwanie. Matka sama biegła przyjmować towar od furmanów.

Przed rokiem mniej więcej obyczaje handlowe zmieniły się gruntownie. Towar stał się abstrakcją rentującą stokroć lepiej niż przyziemna materialność. Opustoszały sklep stał się rodzajem kawiarni, miejscem spotkań, pertraktacji. Otwierano go o dziewiątej, zawsze robiła to matka.

Dziś jednak Baśka zerwała się rano. Gnał ją jakiś niepokój. Koło południa obiecała zajść do Kolumba.

Co wielkiego? – bagatelizowała w myślach tremę. Zwyczajnie się spotkamy zamiast w kawiarni, tłumaczyła się obłudnie sama przed sobą, pamiętając dobrze intencję swej obietnicy. Zamyślona poszła w stronę sklepu. Zadzwoni. Powie, żeby przyszedł do niej.

Matka pertraktowała z jakimś umorusanym woźnicą. Wóz „zarobionego” gdzieś po nocy węgla stał przed bramą.

– Coś pan oszalał, taka cena! Z czym pan do mnie przychodzi? Dam dwa – ucięła krótko. – I zsypie pan nie tutaj – dobijała targu. – Zaraz skoczę po pieniądze…

Weszła do sklepu. Szybko nakręcała numer telefonu.

– Pani Ada? Mam. Udało mi się wybrać. Trochę drogo, ale za to piękny orzech i z dostawą natychmiast. Trzy. Trzy tysiące. Tak. Zaraz wysyłam.

Spiesznie obliczyła górale, złapała torbę.

– Zostań w sklepie, zaraz wrócę. Ma przyjść Koliński – wymieniła nazwisko któregoś ze swoich stałych klientów.

Baśka ostrożnie podeszła do telefonu. Nie ma co, zadzwonię. Niech nie będzie taki pewny. Przedłużający się sygnał niespodziewanie ją zaniepokoił. Miał czekać na nią od rana. Powiedział, że nie będzie nigdzie wychodził. Spojrzała na zegarek: za pół godziny powinna być u niego. Sygnał brzęczał przeraźliwie. Nikt nie podnosił słuchawki.

* * *

– Co ta baba wyprawia? Chyba całe miasto sprzedaje przez telefon – złościł się w tym czasie Kolumb na jej matkę, stojąc ze słuchawką przy uchu w sklepie z materiałami piśmiennymi, którego załoga trudniła się sprzedażą wojskowych konserw przejmowanych z bocznicy na Dworcu Gdańskim. Tego dnia szczególnego bałaganu narobił transport kilkudziesięciu koców, które należało co rychlej upłynnić. Kolumba co chwilę spotykały nienawistne spojrzenia czekających na telefon gospodarzy, on zaś kręcił i kręcił. Numer Baśki był wciąż zajęty. Wprawdzie Zygmunt twierdził, że Kolumbowa chałupa jest po prostu zapieczętowana i nie ma żadnego kotła, ale Kolumb nie mógł dopuścić, by dziewczyna tam poszła. Nie miał czasu jechać do niej ani czekać na ulicy, w momencie gdy trzeba zająć się siostrą i matką, które ocalały w czasie gestapowskiego nalotu „na kumoszkach”, piętro niżej.

– Jesteś, Basiku! Umówmy się w innym miejscu. Nic się nie stało… Opowiem… Jaki mam głos? Zwyczajny…

Kończył zdanie, gdy Zygmunt stanął w progu.

– Bracie, dosyć flirtów. Chodź, twój stary czeka…

– Co?!… – Kolumb odłożył słuchawkę, na którą spadł jak sęp kierownik sklepu.

– Twój stary siedzi u mnie, czeka…

– Ojciec? – pytał Kolumb, łapiąc oddech.

W mieszkaniu, które do wczoraj zajmowali, wychodzący na podwórze balkon przedzielony był cienką przegródką. Obok mieszkała żona kapitana siedzącego od września w niewoli. Kiedyś w obecności ojca Kolumb przekomarzał się z fertyczną kobietką, że w nocy wejdzie do niej przez balkon.

– Nie wpuszczę…

– A jeśli będę musiał wiać, na przykład przed aresztowaniem, chyba pani otworzy?

Dziwne były wówczas prawa ludzkiej pamięci, jeśli rzucone mimochodem zdanie syna zagrało w umyśle pięćdziesięcioletniego adwokata w chwili, gdy usłyszał łomotanie do drzwi. Przesiedział u sąsiadki przez noc i ranek, potem jeszcze do południa, bojąc się wyjść na ulicę.

– A ja, cholera, na nowym mieszkaniu przedstawiłem już twoją matkę jako wdowę i papiery dostała autentyczne wdowie… – gderał Zygmunt, nie mogąc nadążyć za Kolumbem.

* * *

Po godzinie, zostawiwszy ojca u Zygmunta, Kolumb pognał na umówione miejsce spotkania z Basikiem. Dziewczyna siedziała w kącie pustawej o tej porze cukierni Marlena.

– Dla pana? – zapytała, nie czekając, jakaś harda hrabina podająca w tym lokalu.

– Dla mnie? Lokal dwupokojowy, a na razie kawę… – zażartował Kolumb z rzadką u niego swobodą. Pani, odczytując w owym „lokalu” jakąś miłą aluzję, uśmiechnęła się przyzwalająco i odeszła. Chłopaka rozsadzała radość.

– Basiku, na nic spotkanie, zepsuli nam… – zaczął. Śmiał się, potrząsając przed rozszerzonymi oczami Baśki zegarkiem. – Uratowałaś mi życie…

Śmiał się, że matka została już przedstawiona gospodarzom nowego mieszkania jako wdowa, a ojciec jest, żyje. Zapytała cicho:

– Słuchaj, a co właściwie? Przez kogo? Jak się „spaliło” mieszkanie?

Lubiła używać zbliżającego ją do nich słownika.

Kolumb zamilkł nagle i odwrócił oczy.

– Nie wiem… Nie wiadomo – poprawił się, jakby akcentując, że nie jego, tylko niewiedzy rzecz dotyczy, że interesuje organizację. Kłamał. Ale jakże miał jej powiedzieć prawdę?

– A co będzie z nami? – spytała ona nagle.

– Z nami?

– No, z mieszkaniem – mówiła gniewnie ze zmarszczonymi brwiami. Świadomość tego, że tylko przypadkowi zawdzięcza, że go tu widzi, otwarła w niej wszystkie utajone uczucia. Jak mogłam dziś rano myśleć, że do niego nie pójdę? – rozpaczała w myślach nad sobą, jakby i tak nie czekały tam na nią zapieczętowane drzwi. – No – ponagliła bezwstydnie.

Złapał jej rękę na blacie stolika. Normalnie nie lubiła takich „kawiarnianych czułości”, jak mawiała. Dziś Stach nie puścił jej ręki, nawet gdy zjawiła się hrabina z kawą i z hałaśliwą niedbałością ulokowała szklankę obok ich splecionych dłoni. Kiedy opisywał, jak ocalił się ojciec, Baśka ożywiła się. Spytała o jakiś balkonowy szczegół. Nagle wyswobodziła rękę, odsunęła z czoła czarny kosmyk i patrząc na chłopca spod zmrużonych powiek, powiedziała wolno:

– No, to dziś moglibyśmy się spotkać…

– Spotkaliśmy się przecież.

Wzruszyła ramionami.

– Mówię o poważnym spotkaniu. – Przyjęła jego wzrok.

– Możemy przecież pójść na noc do mego mieszkania. Jest zapieczętowane, nikt nam nie będzie przeszkadzał – zażartował Kolumb, upokorzony właściwie.

– Aha, przez ten balkon? – spytała rzeczowo.

– To niemożliwe… – przeraził się Kolumb. – Ona – mówił o sąsiadce – nie przepuści nas przez swoje mieszkanie…

Nagle pomyślał, że może Baśka tylko nieubłaganie egzaminuje jego uczucia.

– Basik, chcesz, żebym strzelił w mordę tego oficera? – Pokazał oczami stolik w kącie sali. – Chcesz? To wyjdź, stań z drugiej strony w bramie, będziesz widziała przez szybę… No? – Poważnie ofiarowywał jej hołd z własnej odwagi.

– Też mi adoracja! – Wydęła wargi i obejrzawszy się na stolik w kącie, nagle parsknęła śmiechem na cały lokal, aż szczupły oficer Wehrmachtu poderwał głowę. Zamilkła nagle i sama sięgnęła po rękę Kolumba. Byli oboje zmęczeni jak po fizycznym wybuchu czułości. Na szybach kawiarni pojawiły się cętki deszczu.

– Piegowata pogoda. Czemu nie wziąłeś płaszcza? – zatroszczyła się naraz serio.

– Nie mam… Nic nie mam. – Wzruszył ramionami z uśmiechem. Poza tym miał wszystko. Żył.

* * *

W pokoju Zygmunta ojciec Kolumba, który w nocy nie zmrużył oka, pochrapywał na tapczanie. Zygmunt zżymał się, że jego opóźnione przybycie wszystko skomplikowało.

– Tam na Mokotowie nie można nic zmienić. Jeszcze Jurek… głupstwo, swój, choć dziwny, ale jego matka… Nie zdążyłem od nich wyjść, już opowiedziała sąsiadce, że ma lokatorów: wdowę z córką. I żeby chociaż było wiadomo, skąd ta wsypa i o co właściwie idzie. – Spojrzał uważnie na kolegę. Kolumb odwrócił oczy i strzepnął niecierpliwie palcami. – Tak czy tak, musisz zmienić dzielnicę. Pójdziesz do matki i siostry. To się da jeszcze wytłumaczyć, ale mąż się do zmartwychwstania nie nadaje…

– Dzielnicę zmienię, ale nie będę mieszkał razem z nimi – mruknął Kolumb. Ma chyba człowiek prawo do własnej, sensownej śmierci, buntował się w myślach. – Dla starego już coś wymyśliłem – mruknął głośno – a dla siebie znajdę… Jeśli u ciebie niewygodnie, to mogę zanocować w moim mieszkaniu.

– Co? – zdębiał Zygmunt.

– Tak. I w milszym towarzystwie niż twoje…

Nie wytrzymał i pochwalił się swoją dziewczyną i jej balkonowym pomysłem.

– Musi być gorąca – pochwalił Zygmunt i nagle się zamyślił. – Kolumb – zaczął wolno – a gdyby tam tak zajść po wasze rzeczy, co?…

– Właśnie o tym myślałem – skłamał Kolumb, czując, jak serce uderzyło w nim mocno. Szykowała się ładna historia.

* * *

Na drugi dzień była niedziela. Pływali po Wiśle. Zygmunt zły był nawet trochę na Kolumba, bo chciał powiosłować z dziewczyną do Wilanowa, lecz przyjaciel odmówił mu swego składaka. Był z Basikiem.

Zygmunt nie mógł się nawet obrazić. Przecież poprzedniej nocy, gdy ewakuowali mieszkanie Kolumba, był „przeciw składakowi”.

Już dwie godziny holował na dach rzeczy wynoszone przez przyjaciela, gdy usłyszał z dołu, z balkonu, przedziwny rozkaz:

– A teraz wysyp wszystko z tego wielkiego worka!

– Dosyć już – protestował szeptem Zygmunt. – Wyłaź!

– Dawaj, mówię, to wór od składaka, niedoczekanie, żeby szkopy wzięły mój kajak.

Zygmunt posłusznie opróżnił ogromny wór; przecież Kolumb nawet własny pseudonim wywiódł ze swych żeglarskich namiętności.

A w niedzielę przycumował do brzegu na pięć minut przed godziną policyjną.

IV

Jerzemu było coraz trudniej. Ostatnie parominutowe spotkanie uliczne z Zygmuntem wracało w pamięci owym – niezłośliwym zapewne – pytaniem: „czy już?”. Nie mógł się pogodzić z myślą, że Zygmunt mógł w ostatecznym rachunku być od niego mądrzejszy. A jednak udział tamtego w konspirze zdawał się gwarantować mu więcej godności niż to.

Niecierpliwie zatrzasnął okładkę Nietzschego. Leżał na trawniku niewielkiego ogródka. Poprawił się i wsparłszy głowę na rękach, patrzył niewidzącym wzrokiem na liście żywopłotu oddzielającego go od ulicy. Męczył się. Ambicja nie pozwalała mu rezygnować z filozoficznych uzasadnień swej postawy, a przed sobą widział albo wegetację prywatnego nauczyciela Kosiorkowych dzieci, albo chłopczyka stającego w przepraszającej postawie na baczność wobec starych sztandarów.

W 1938 roku miał wylecieć z gimnazjum za nieoddanie honorów wojskowych sztandarowi hufca przysposobienia wojskowego. Był to dzień jakiegoś 3 Maja czy 11 Listopada – zawahał się teraz we wspomnieniach, dopóki nie olśniła jego pamięci wiosenna bluzeczka wzburzonej jego anarchistycznym występkiem Irki na randce tego wieczoru; a więc 3 Maja. Już przed defiladą nauczyciel gimnastyki, odziany tego dnia w porucznikowski mundur, miał z nim scysję na temat „bakieru”, jak się przejęzyczył w złości. Chodziło o to, że Jerzy nosił czapkę na lewe ucho, co zdaniem wykładowcy PW było „nieregulaminowe”.

Gdy po defiladzie poczet sztandarowy odprowadzał sztandar, Jerzy nie oddał honorów wojskowych.

– Co tam jest napisane na sztandarze? – pytał porucznik przestępcę na drugi dzień.

– Honor i Ojczyzna, panie poruczniku – brzmiała regulaminowa odpowiedź.

– A po cóż wyhaftowano te napisy?

– Żeby było ładnie – rzucił Jerzy ze swobodą, połykając w ostatniej chwili zwrot, jaki nasuwała mu niedawna lektura, a który mówił o mydleniu oczu klasie wyzyskiwanej.

– Zostawiam cię w gimnazjum z uwagi na zasługi ojca – usłyszał za dwa dni z ust dyrektora.

Ale co tam ojciec miał do powiedzenia chłopakowi, którego dumą było decydować samemu o sobie, a więc wówczas „tylko” o swoich poglądach. Dziwny splot dziejów potwierdził zresztą gesty sztubackiego „nadczłowieczeństwa” zrywającego z ojczyzną. Wrzesień sprawdził boleśnie i, jak się zdawało, ostatecznie pustkę i słabość sztandarowego frazesu. Osiemnastego września ochotnik batalionu zapasowego, rozbitego poprzedniego dnia w pierwszym ogniu niemieckiego natarcia, już po cywilnemu witał radzieckie czołgi. Wystarczyły dwa dni oglądania ukraińskich nacjonalistów, którzy pod pretekstem rządów nowej klasy siedli na polskie karki, by młody człowiek, pogardziwszy wojskiem w nieobrębionych płaszczach i ze słynnymi karabinami na sznurkach, przeszedł na drugą stronę Bugu jako sceptyk wolny od wszelkich złudzeń.

I oto dziś Zygmunt, który był może lepszym od niego łącznikiem w napadzie szkolnej drużyny, ale który rzadko czytywał cokolwiek poza stroną dziennika poświęconą wiadomościom sportowym, miał mieć ze swoją konspiracją więcej powagi i godności?

Roztargniony wyłączył z leżącej przed nim książki kartkę z naszkicowanym wierszem. Może to była jego odpowiedź czasom? Przeczytał niezadowolony, lecz z bijącym sercem.

W latach przedmaturalnych chełpił się tym, że nie napisał ani jednej linijki. W tej jego postawie wobec uprawianej przez wielu kolegów „poezji” był jakiś utajony znak równania do sprawy palenia. Lekceważąc nikotynową modę, doroślał we własnych oczach, to samo osiągał, kpiąc z manii intelektualnych wieku dojrzewania. On, najlepszy w klasie polonista, nie miał tajemnic w kratkowanym brulionie. A może zresztą i bardziej zuchwała ambicja odbierała mu prawo startu w tej dziedzinie? Niewątpliwa wrażliwość na poezję prowadziła do paradoksalnego zaniechania. Przeczytał – gdzieś przed maturą – Czarną wiosnę Słonimskiego; wzruszony do łez, wiedział z pewnością, że pióra nie tknie. Już wówczas był tym chłopakiem, który oto dziś, leżąc nad swoim zmiętym w tej chwili niecierpliwie wierszem, zastanawia się nad kwestią, że właściwie narodowy socjalizm, ubóstwiwszy „wodza”, bynajmniej nie sprzyja nietzscheańskiej „woli mocy”.

Cóż może osiągnąć i czego może pragnąć hitlerowiec? Być nawet ministrem czy zastępcą Führera? Jakie to uwłaczające szczerej ambicji, która musi być absolutna i bez granic. Pogłaskał szczupłymi palcami grzbiet książki niespokojnie i wstydliwie, jakby wygładził znów zmiętą kartkę rękopisu. To było mocniejsze nawet od jego ćwiczonej woli. Któregoś wieczoru wybuchnęło, łamiąc wszystkie narzucone rygory. Może sprawiła to dotychczasowa jego asceza wobec konspiracji, jaką narzucił sobie, buntując się przeciw nowemu dyktatowi obyczajowej przyzwoitości, który nakazywał „służbę” – dość, że posłuchał tej nowej pasji z niezwykłą u niego pokorą.

Ale cóż z tego, że ciężko dyszał, kończąc mazaninę, że ze łzami patrzył przez zabite mrozem szyby nieopalonego pokoju – już wówczas, u początku „pisarstwa”, czuł jego niewypowiedzianą nędzę. Nieraz, siedząc w kuchni przy karbidówce, łokciem zasłaniał nierówne rządki wiersza przed krzątającą się matką. „Ekonomia” – tłumaczył się zwięźle, zabierając jej kartkę sprzed oczu. Obecnie było lato i uczniowski brulion, w który wpisywał wiersze dopiero na drugi dzień, gdy „wytrzymały próbę czasu”, odsłaniał ostatnią czystą kartkę. Czy ma ją zapełnić? Jeszcze raz wyciągnął z tomu Nietzschego pomięty arkusik. Przeczytał. Obejrzał się. A więc do tego już dochodzi? Nie dosyć abdykacji z jednej niezłomnej zasady życiowej, zaraz stowarzysza się z nią druga zdrada. W sztubackiej jeszcze dumie, że on „nie pisze”, tkwiło wiele drwiny z wyrażanych wierszami miłosnych szkolnych adoracji. Zaczął pisać wiersze „poważne”, lecz oto masz! W nowym wierszu siedzą jak byk słowa godne przylizanego Jaworskiego z drugiej ławki. Czyżby ta dziewczyna naprawdę zrobiła na nim takie wrażenie? Włosy szare jak popiół, chuda, bo przecież nie szczupła – atakował swą tendencję do idealizacji. Wiedział zresztą, że Zygmunt „zrobił” go swoimi protegowanymi od całkiem niespodziewanej strony. Już na drugi dzień, kiedy ona, spotkana w ogrodzie, uśmiechnęła się tak jakoś beznadziejnie, odczuł niepokój.

Spóźnił się do Kosiorków. Podczas lekcji parę razy przystanął u okna, popatrując w kierunku furtki, aż czujne rodzeństwo zwolniło obroty móżdżków pracujących nad tajnikami rachunków. Ale już wieczorem Kosiorek przydał się Jerzemu. Nie było jeszcze szóstej, gdy dzwonek oderwał go od lektury. Był to jeszcze czas, gdy Jerzy czytał łapczywie, jak małe dziecko ssie, jak zwierzak je. Do obiadu przybiegał kłusem, gniewał się, że zupa gorąca, chłeptał ją gorliwie i po chwili siedział już w swoim pokoju nad książką, tego dnia jednak czytanie pozbawione było smaku. Siedział, nie wiedzieć czemu, nie przy biurku, ale pod oknem i czytało mu się jakoś nieuważnie, pobieżnie. Niespodziewany dzwonek nawet w dzień był czymś nieprzyjemnie elektryzującym. Matka łomotała garnkami w kuchni. Nie słyszy. Jerzy poszedł otworzyć. Nieznajomy, przeprosiwszy, że nie umiał zadzwonić „do pań”, ruszył we wskazane drzwi.

Rzeczywiście, należałoby zaznaczyć, jak do kogo dzwonić, pomyślał Jerzy i zaraz sprostował, że z pewnością one nie życzą sobie, by ich nazwisko wtykać „na afisz”. Spoza zamykanych przez gościa drzwi przedarł się okrzyk radości. Witały go serdecznie, co chwila upominając się wzajem o zachowanie ciszy. Okropnie skrępowane, aż przykro, pomyślał Jerzy, nie wyobrażając sobie innych motywów powstrzymywania owej radości na widok przybysza.

A ojciec Kolumba – mąż jednej i ojciec drugiej z „lokatorek” – nie mógł się nauczyć skrępowania. Od momentu gdy przedwczorajszego wieczoru syn oddał mu ubranie i bieliznę – rzeczy zabrane z zapieczętowanego mieszkania – stary po pierwszym szoku strachu odczuł jakąś gwałtowną ulgę, jakby mu udowodniono, że z całą grozą okupacji można się bawić w chowanego. Złościł się na syna, że ten odradza mu wizytę u żony i córki, wyśmiewał się z jego przestróg, że ma pamiętać o ich „wdowieństwie” i „sieroctwie”. Posłuchał go, oczywiście, jak zawsze. Nie przytaszczył na razie wielu rzeczy: ot, teczkę wypchaną fatałaszkami. Mimo kpin uznał też rację Kolumba, który twierdził, że nie należy kręcić się z początku zbyt często na nowym miejscu, i po prostu umówił się z matką i siostrą na następny dzień w mieście.

Nawet teraz, śmiejąc się, podniecony i szczęśliwy, często oglądał się na drzwi.

– No, po prostu letnisko, proszę pań – zachwycał się nowym mieszkaniem, nadrabiając miną na myśl, że wkrótce musi się pożegnać. – A tam u nas, w kamienicy, koledzy Stacha mają puścić wiadomość, że mnie chcieli aresztować jako oficera rezerwy – rzucił w pewnej chwili żonie.

– Och, panie, panie! – westchnęła półżartem, nie myśląc, że słowo to utrwali się w ich słowniku jako ostatnie z imion, które sobie nadawali w gorących latach swej bliskości. „Kochany Panie”, miała pisywać doń kartki. „Pan” stać się miało nazwaniem żartobliwie czułym, którym posługiwać się miała, gdy zatrącała o niego w rozmowie z córką.

Niebezpieczny czas wrócił świeżość uczuć niepewnych trwania. A on, jak zawsze w powszedniej okupacyjnej codzienności, zajęty był dziwnymi sprawami.

– Miałbym fantastyczny interes, pięćset opon, ale jak tu nawiązać kontakty na nowym nazwisku? Skąd wiedzieć, z kim tu można, a z kim nie?… Pięćset opon – martwił się głośno.

Starszy pan przez dwa ostatnie dni mieszkał u Zygmunta. Niezwykle przypadli sobie obaj do gustu. Wzajemna sympatia zmaterializowała się już na drugi dzień w owych pięciuset oponach. W zgodzie z prawami handlu w owym czasie Zygmunt nie tyle zaoferował towar ciężki i niewdzięczny do transportu i ukrycia, ile lotną i nadającą się znakomicie do spieniężenia wiadomość.

Wiadomość ta – choć dotyczyła przedmiotów spoczywających spokojnie gdzieś aż w magazynach w pobliżu Fortu Bema – miała zrobić z miejsca tu, na dolnym Mokotowie, zawrotną karierę. Oto z okazji odprowadzania gościa do furtki napotkano matkę Jerzego. „Pan Gołębiowski” został zaprezentowany gospodyni lokalu, i tak w rozmowie na ogrodowej ławce wypłynęła raz jeszcze sprawa opon. Nie darmo ojciec Stacha twierdził, że dobre interesy obecnie, kiedy towar bez mała zdematerializował się, polegają na inteligentnym prowadzeniu rozmowy.

Oto matka zawołała Jerzego. Chłopak wyszedł jakiś nieuprzejmy, aż na widok zmieszanego spojrzenia Aliny – tak już po imieniu nazywał ją w myślach – dałby sobie sam w nachmurzoną gębę. Na prośbę matki, by zaszedł do pana Kosiorka z wiadomością o oponach, nie pytając o szczegóły, wyszedł na ulicę.

Kosiorek był u siebie.

– Pięćset – zastanowił się na moment ze ściągniętymi brwiami. – Ile? – zapytał zaraz.

– No, pięćset – zniecierpliwił się Jerzy.

– Ile ma kosztować? – powtórzył z pobłażliwym uśmiechem Kosiorek. Jerzy nie wiedział. Nie miał ochoty wyglądać na nierozgarniętego głupka. Wzruszył ramionami.

– Nie zajmuję się pośrednictwem – palnął. – Skoro rzecz jest interesująca, zaraz skontaktuję pana z kimś, kto sprawę załatwia…

Po półgodzinie „pan Gołębiowski” powrócił. Od progu wylewnie podziękował za umożliwienie mu znajomości z panem Kosiorkiem i przeprosiwszy za natręctwo, raz jeszcze zaszedł do pań. Radosny gwar zza drzwi świadczył o dokonaniu transakcji.

– Przecież nie możemy w drugim dniu pobytu przyjmować obcych mężczyzn – wypychała męża po jakimś czasie pani Wanda. Zbliżała się godzina policyjna.

V

Uliczka, na której mieszkał Jerzy, była tak odludna, samotnicze wille miały wokół siebie tyle powietrza i spokoju, że umieszczony kredą napis: Nur für Deutsche, który obiegał podstawę jednej z dwu stojących na niej latarń, był nie tyle świadectwem ryzykanckiego męstwa autora, ile jego szacunku dla zasad bezpieczeństwa pracy.

Mimo że napis niedwuznacznie obiecywał Niemcom wywieszanie na latarniach, żaden z nielicznych dozorców nie czuł się w obowiązku ingerować poza teren swojego podwórka. Nawet ten od Kosiorków, wsławiony zamalowaniem smołą uczynionego w poprzek chodnika napisu: „Pawiak pomścimy”, w tym wypadku zachował pełną neutralność. Dopiero październikowe deszcze jęły powoli nadkruszać zuchwałość kredowych znaków. Obserwował to Jerzy dzień w dzień, jeżdżąc na wykłady podchorążówki. Był upokorzony tym, co robi, szczególnie że w niczym nie zmienił poglądów, i cała konspiracja wydawała mu się ową jałową, zmywaną przez deszcz mazaniną. Był w gorszej sytuacji od wszystkich kolegów na kursie, którzy wkuwając regulaminowe tajniki karabinowego zamka, przekonani byli, że bardzo szkodzą hitlerowskiej potędze. Świadomość, że robi się coś „dla ratowania godności”, nie ratowała tej godności, ale odwrotnie, upokarzała. Cóż dopiero, gdy była ona w dodatku tylko wątłym, choć umacnianym przez niego pozorem. Zdawał sobie sprawę, że zrezygnował z niezależności po prostu pod naciskiem kompleksu, jaki zaczął się w nim pojawiać wobec każdego chłopczyka w butach z cholewami i z chmurnie tajemniczym wyrazem twarzy. Parokrotne wizyty Zygmunta z jakimś kolegą u Aliny zbyt blisko były dnia, gdy prosił go o „wciągnięcie”, by nie zdawał sobie sprawy z mizerii wewnętrznych motywów. „Szare włosy, chuda!” – to nie było już żadną linią obrony. Brulion spęczniał od wierszy bałwochwalczych i zuchwałych, postępy małych Kosiorków były zupełnie nieznaczne, na którymś zaś wykładzie o broni major Junosza, zaszedłszy podchorążego podstępnie z tyłu, schwytał w garść jakieś notatki, których czynienie z uwagi na konspirację było zabronione. Szczupła, rasowa twarz siwiejącego oficera pokryła się purpurą.

– Sześć dni ścisłego – wyszeptał do siebie. – Sześć dni paki – pouczył głośno, po ojcowsku podkomendnego – sześć dni dostalibyście za coś takiego w innych warunkach…

– Ja szyfruję – wybełkotał podchorąży.

Niewiele z „zaszyfrowanych” treści zbadał komendant kursu, wystarczyło to jednak, by zdał sobie sprawę, że notatki nie dotyczyły ani kalibru, ani nośności, o których była mowa na wykładzie. Jerzy poczuł przedsmak tego, co w normalnym wojsku określano słowem „podpaść”. To on musiał przerabiać wzorcowo „padnij – powstań”. (Wykłady odbywały się w pomieszczeniu zbyt ciasnym, by cała drużyna mogła wykonywać zaplanowane ewolucje. Na szczęście, lokal, choć nieobszerny, należał do ludzi zamożnych i Jerzy, padając na dywan, nie obtłukiwał sobie łokci). To on odnajdywał azymut według busoli, z którą bohatersko przywędrował major na wykład, i był ostatnim, gdy przychodziło „oddawać strzał”, bez naboju wprawdzie i tylko do ustawionego w rogu pokoju fikusa w doniczce, lecz za to z prawdziwego pistoletu.

– Co się przejmujesz! – uspokajał go któregoś dnia Zygmunt. – Zapytaj kiedy majora o szablę-pistolet, a zaraz pójdziesz w laski…

– Szablę-pistolet?

Zygmunt w krótkich słowach opisał dzieje dokonanego przed wojną wynalazku majora, który, przejęty troską o zmniejszającą się funkcję kawalerii w nowoczesnej armii, postanowił wzmóc jej siłę ogniową. Otóż umieściwszy przy pomocy pułkowego rusznikarza rewolwer w rękojeści szabli, stwierdził, że kawaleryjska szarża wkracza w nową erę, stając się znowu – miał na myśli zapewne powrót do tradycji husarii – rozstrzygającym elementem nowoczesnej taktyki. Próba dokonana w jednym z pułków strzelców konnych, w którym akurat służył major, ukrywający się dziś pod pseudonimem Junoszy, skończyła się tragicznie: postrzeleniem w galopie kogoś z komisji zebranej dla oceny nowego oręża.

– Kpisz? – zainteresował się żywo Jerzy.

– Ani słowa, znam to od jednego z oficerów, który był w tym samym pułku co Junosza. Mówię ci, powiedz mu, że słyszałeś o takim wynalazku, który z braku czasu nie został opatentowany i wprowadzony przed wrześniem, a zaraz da ci spokój…

Tego dnia spadł pierwszy nieśmiały śnieżek. Jerzy był niespokojny i gniewny. Do dziś nie mieli węgla. Myśl o tym, że matka znów może zimować tak jak w ubiegłym roku, upokarzała go głęboko. Z drugiej strony prosić o pożyczkę czy raczej o większą zaliczkę Kosiorka było przykrością, na którą do dziś nie umiał się zdecydować. Nie tak dawno wręczył mu „Biuletyn” zawierający kolejny Dekalog Praw i Obowiązków Dobrego Polaka wydany przez Kierownictwo Walki Cywilnej. Potem dekalog dla lekarzy (zalecający wydawanie fałszywych zaświadczeń o stanie zdrowia w wypadku zagrożenia wysyłką do Niemiec) i następny, szczególnie w wypadku Kosiorka aktualny, a przeznaczony dla „przemysłowców i fabrykantów”. Mówił on o patriotycznym obowiązku pomocy pracownikowi i zawierał zakaz fałszowania środków żywności sprzedawanych na kartki; ten właśnie punkt Jerzy podkreślił niebieskim ołówkiem, z subtelną aluzją do wartości sztucznego miodu Kosiorkowej produkcji. Teraz prosić rzeźnika o zaliczkę…

Najgorsze w tym wszystkim poczucie własnej bezsilności. Miał prawo zabrać jakikolwiek z załadowanych węglem wagonów, na które, jak wygłodniałe wróble na koński nawóz, spadały roje kilkunastoletnich „speców”; bahnschutze zresztą strzelali do nich jak do wróbli. Zygmunt twierdził, że ów Bebe, który rezyduje obecnie na Dworcu Wschodnim, ustrzelił pięciu w ciągu tygodnia. Tak, miał prawo, ale nie miał siły.

Ba, miał prawo zabrać któryś z wozów rozładowywanych przez umorusanych ludzi przed piwnicą Kosiorka. Tak, miał prawo, ale nie miał siły. Za jedyne stanowisko godne jednostki silnej uznawał bezwarunkowy dyktat własnej woli i sumienia, cóż, kiedy owa wola nie miała najmniejszej egzekutywy.

Może jakieś pragnienie kompensaty własnej bezsilności tkwiło w niespodziewanym zapale, z jakim przygotowywał się do podchorążackiego egzaminu na zakończenie kursu. Przez parę ostatnich dni z podręcznika dowódcy plutonu korzystał nawet na tramwajowych pomostach, budząc popłoch tchórzliwych i uważne spojrzenia bardziej świadomych towarzyszy podróży podejrzewających prowokację. Wykuł wcale porządnie taktykę, naukę o broni, ba, nawet pogardzaną musztrę miał dzięki prześladowaniom Junoszy w małym palcu.

Ale major umiał atakować nieprzyjaciela w najsłabiej bronionym punkcie. Już pierwsze pytanie na temat zmiany warty w garnizonie wzbudziło popłoch Jerzego. Gdy następną odpowiedzią odkryć miał tajniki manewrowania pocztem sztandarowym w czasie defilady, zgłupiał zupełnie.

– Służba garnizonowa opanowana bardzo słabo – podsumował już komendant kursu. Jedynie fakt, że majorowi śnił się wypadający ząb, ocalił Jerzego. Tak. Taki ząb – wiadomo: nieszczęście. Junosza jechał na punkt egzaminacyjny w bardzo złym nastroju. Trzeba przyznać, że wiózł wszystko, co powinien: pistolet ściśnięty paskiem gniótł go nieprzyjemnie w brzuch, w spoconej ręce ukrytej w kieszeni zaciskał busolę jak kapitan błądzącego statku. Gdy wyszedł z zatłoczonej siedemnastki, rozejrzał się szybko. Ale – wbrew snom – na ulicy był spokój. Teraz, umyśliwszy, że odniesienie broni nakaże synowi gospodarza lokalu, któremu dał z radości najwyższą lokatę na kursie, był już w lepszym humorze. Tylko dlatego, nie obciąwszy jeszcze nielubianego abiturienta, zadał mu parę pytań z innej dziedziny. Tu Jerzy odpowiadał bez zająknięcia.

– Głupiś, trzeba mu było o tej szabli-pistolecie… – zgromił go na drugi dzień Zygmunt, dowiedziawszy się, że kolega jako jedyny wśród plutonowych i kaprali został „podchorążym bez stopnia”. Może z uwagi na żywą w nim jeszcze pamięć odpisywanych klasówek z polskiego czy zagrań w szkolnej drużynie futbolowej nie opuścił go jednak i Jerzy został przydzielony do jego drużyny w formującym się plutonie dywersyjnym.

W czasie gdy piętnowano Jerzego za zaniedbywanie wiedzy o tajnikach służby garnizonowej, na południe od Stalingradu Niemcy dotarli do Wołgi, biorąc miasto w żelazny klucz. W czasie gdy ćwiczył już na dywanie „padnij – powstań”, 70. dywizja radziecka ze stanu 10 000 ludzi straciła 9200, w Afryce szalały „rozstrzygające” ofensywy, Francuzi topili w Tulonie swą flotę… Odkąd skapitulował i zdecydował o swoim udziale w tym bodaj, co się działo w kraju, coraz boleśniej odczuwał nicość całej tej zabawy. Starczyło tego, by wracając do domu, skłonić się Alinie ze specjalnie zamyśloną twarzą lub też oddawszy mieszkanie na wykład, obserwować, czy ona widzi, co się tu dzieje. Ale czujny krytycyzm sumienia zaczął teraz dręczyć Jerzego w nowy sposób.

Przeczytawszy w „Biuletynie Informacyjnym” o wyroku na szefa Pawiaka, na drugi dzień po przydziale do Zygmunta zaczął nudzić go na temat akcji.

– Ja rok mam drużynę i co, jeden wyroczek robiłem… Spokojnie, spokojnie… – odparł Zygmunt. – Nie martw się. Mamy przejść do dyspozycji Egzekutywy – mile zabrzmiała groźna nazwa komórki wykonującej wyroki – u nas bida z ludźmi. No tak – dodał na zdziwione spojrzenie Jerzego. – Kolumb przeszedł do Dywersji z Szarych Szeregów, a nasza komenda ma umowę z „harcerzami” – to szydliwie – że z robót Egzekutywy będą wyłączeni. Tak jak i kobiety poniżej lat dziewiętnastu. Subtelni, co?

– Jak to? – zaprotestował Jerzy. – Kolumb sam wspominał, że omal nie wpadł przy pierwszym wyroku.

– Ee – machnięcie ręki Zygmunta – on po prostu plakatował wyroczek. W marcu. Widzisz, wstydzi się przyznać, ambitny. – Zachichotał, lekceważąc akcję, która zatrzymała warszawiaków przed paroma setkami plakatów obwieszczających działanie podziemnego sądownictwa. – No więc, spokojna głowa, jeszcze będziesz miał za dużo robótek. A na razie pracuj na chlebuś – zakończył.

I Jerzy spokojnie kontynuował „pracę”. Wychodząc na lekcję do Kosiorków, cierpł cały z nienawiści do dorobkiewiczowskiego luksusu. Kosiorek, mając multum spraw na mieście, często wynajmował na cały dzień rykszarza, który nieraz czekał na pryncypała właśnie w porze, o której Jerzy rozpoczynał lekcję. Kiedy któregoś dnia pomyślał, że na miejscu tego chłopaka wyrżnąłby w spasiony kark i wywaliwszy rykszę do rowu, poszedł kraść, ścięło go smutne przypomnienie, że właściwie tak samo służy Kosiorkowi. Kiedy schodził już tak zelówki, że zaczynała przeglądać skarpetka, i włożył na nogi drewniaki, odrzucił dumnie przyjacielską „pożyczkę” Zygmunta.

– Konspiracja polega na chodzeniu cicho. Jeśli będziesz hałasował drewniakami, wyleję cię z drużyny – żartował po koleżeńsku zwierzchnik znający drażliwość Jerzego.

Jerzy wzruszył ramionami. Stawiał się tak po to tylko, by za tydzień, w dniu Wigilii, otrzymać z rąk wzruszonej matki nowe półbuty, wiedząc przecież, że może to być jedynie dyskretnie zamaskowany prezent Kosiorka dla preceptora dzieci.

VI

Kolumb zamieszkał w „skrzynce”. Był to lokal „spalony”, lecz cudem wciąż jeszcze nieopieczętowany. Właściwi mieszkańcy zniknęli z okazji jakiejś wsypy, mieszkała tam nieustraszenie jedynie głuchawa staruszka, krewna pani domu. Ona prowadziła punkt kolportażowy i umożliwiała eksploatację mieszkania dla celów bezpiecznego przekazywania niebezpiecznych materiałów. Kolumb wolał mieszkać w niezbyt bezpiecznej „skrzynce” niż razem z matką i siostrą.

Tego jednego bał się prawdziwie. Wyobraźnia, śpiąca w innych, o wiele groźniejszych okazjach, tutaj męczyła go po nocach dziwnymi snami, pełnymi syjońskich gwiazd, zatłoczonych, a nigdy niewidzianych uliczek getta. Dwukrotnie był u matki na Mokotowie. Kochał „staruszkę” i szanował bez miary. To ona, nie ojciec, była powiernicą jego wypraw jeszcze w Małym Sabotażu. To ona szyła mu czerwone slipy z chorągwi ze swastyką, którą przyniósł z pierwszej ekspedycji.

Ona niedawno, oddając pocerowane spodnie, choć oczy miała czerwone od łez wypłakanych nad dwoma czystymi, symetrycznymi dziurkami od kul, nie powiedziała ani słowa. A żeby tak dostał wtedy w kostkę, brr!

A mimo to mieszkać razem nie chciał.

– Mnożymy ryzyko, i wy, i ja – mówił do matki. – Za błąd jednego płacilibyśmy we troje – wywodził, utwierdzając się we własnej decyzji, wciąż niezbyt jej pewny. Zamieszkał zresztą w skrzynce w dniu, w którym kolportaż przeniesiono gdzie indziej. Wystarczyło to, by uważał się za szczęśliwego lokatora wspaniałego mieszkania „bez skazy, z telefonem” – jak kończył relację Zygmuntowi. Chwila jego przeprowadzki wypadła akurat na moment nadejścia wiadomości o „sylwestrowym wieczorze w terenie”. Po raz pierwszy Dywersja uderzyć miała szerokim frontem na niemiecki transport.

Zniecierpliwiony rykszarz, z którym zajechał przed dom, by zabrać swoje rzeczy od Zygmunta, dwukrotnie dzwonił do drzwi z awanturą, że nie myśli dłużej czekać. „Już idę, już” – zbywał go Kolumb i wracał do pokoju, w którym radośnie podnieceni koledzy otaczali majora Junoszę, dopytując się o szczegóły zamierzonej akcji. Trudno było im się rozstać, choć na dziś nie było żadnej roboty. Materiał wybuchowy do min miał być przywieziony jutro.

– Z tym jest pewien kłopot. Na punkt przyjdzie dziś paczka plastiku, chciałbym mieć ją zaraz w domu.

– Na który punkt? – Zygmunt podchwycił intencję dowódcy.

– U babci.

Kolumb drgnął. A więc jego nowe mieszkanie używane było również jako skrzynka Dywersji?

– Likwidujemy tam nasze sprawy, to będzie już ostatni przekaz na ten adres, więc możemy go trochę zdekonspirować. – Major patrzył na Zygmunta. – Może tam kogoś poślecie i jeśli paczka jest, od razu ją do mnie.

Zygmunt się uśmiechnął.

– Dobra, dobra…

Major Junosza miał do niego stosunek ojcowski. Kolumbowi nieraz żal było tego starego, który chyba musiał stracić syna podobnego do Zygmunta. Żal mu go było, bo chłopak obok stosunku pełnego adiutanckiej, służbistej gotowości objawiał jakieś nieuchwytne lekceważenie.

– Zawieziesz te pakę do niego, co? – spytał chwilę potem Kolumba.

Stach obejrzał się na Antka siedzącego po swojemu w milczącej kontemplacji własnych butów. Ich diabelski szofer, który potrafił niedawno gnać po Warszawie dziewięćdziesiątką, sprawiał wrażenie zupełnego niezguły.

– Antek miał mi pomóc z rzeczami… Jakby już coś było, to może by on… – zaszeptał niepewnie, umykając spojrzeniem w bok.

– Co, może tam w lokalu czeka już kobieta? Ostro zaczynasz na nowym mieszkaniu. – Zygmunt był jak jasnowidz. – A ona zostać po policyjnej nie może, co? – współczuł.

Za chwilę coś tam poszeptał z Antkiem i wrócił do majora. Mieszkanie Junoszy znali wszyscy z ich grupy. Major, który bał się panicznie wszelkich obciążających rzeczy, miał niewiarygodnie lekkomyślny stosunek do ludzi, jakby całkowicie lekceważył możliwość niebezpieczeństwa z ich strony. Po prostu nie miał wyobraźni lub też bał się do tego stopnia, że prolongatę strachu przyjmował na wszelkich warunkach, choćby na procent absurdalnie wysoki z punktu widzenia techniki konspiracji. On to kiedyś wolał dać swój adres czterem wychowankom, z których potem uformował się „sztab” dywersyjnej grupy, niż jechać na wykład obciążony pistoletem.

Kolumb nie miał czasu. Gotów się spóźnić na spotkanie z Basikiem. W czasie gdy koledzy ustalali termin jutrzejszej zbiórki, nerwowo doładowywał walizę. Właśnie klęcząc na opornej pokrywie, mocował się z paskiem, gdy zbliżył się Zygmunt.

– Nie będziesz przypadkiem jutro z rana u matki, co? – zagadnął półgłosem.

Kolumb podniósł twarz czerwoną z wysiłku, pokręcił przecząco głową.

– Bo nie mam przez kogo posłać wezwania do Jerzego…

Pas „złapał” właściwą dziurkę. Kolumb podniósł się z klęczek.

– Czy tyś temu… twojemu Jerzemu mówił, że to moja rodzina? – zapytał, otrzepując ramię.

– Nie.

– To nie mów.

– Zgoda. Więc rano tam nie będziesz?

– Nie. Zresztą Jerzy i tak widzi, że tam chodzę, więc niechby była i rodzina, ale nie matka i siostra, prędzej żona z teściową, co, Zygmunt? Kiedyś ci wytłumaczę, o co mi chodzi… – plątał się czerwony po krańce uszu i zaraz ująwszy walizę, wychodził przygarbiony niewielkim przecież ciężarem. Antek ruszył za nim.

– Biedny Machabeusz – mruknął Zygmunt do siebie, wzruszając ramionami.

– Może już jest? – Antek usiłował po swojemu pocieszyć Kolumba.

– Kto? – warknął tamten, lokując walizę. – Nogi będziemy trzymali na niej.

– No, ta paczka Junoszy… – tłumaczył współczująco Antek, zajmując miejsce.

– Pod wiaduktem zejdziemy – uspokoił rykszarza Kolumb.

Już mu Zygmunt musiał powiedzieć, że w mieszkaniu mam się spotkać z dziewczyną, pomstował w myślach na kolegę.

Wyjeżdżali na gładką trasę ulicy Mickiewicza. Chybotliwy rowerowy wózeczek, który dotąd jak drobna łódka na dużej fali kołysał i szarpał nieznośnie, teraz popłynął łagodnie. W pewnej chwili Antek odwrócił głowę: z bocznej uliczki wyjeżdżał wóz, węglarz prał batem zad wynędzniałego konia. Odkąd, rok temu, na jego oczach gestapo utłukło mu ojca, chłopak zdziwaczał. To on przy pierwszej okazji, w akcji, wbrew wyraźnym rozkazom zastrzelił rozbrojonego już żandarma i on w drugiej, gdy wypadło mu pilnować dwóch Niemców, przyłapany został na tym, jak odłożywszy parabelkę, gładził małego kota, którego, przebiegając, kopnął któryś ze zdenerwowanych chłopaków.

– Wysiadamy. – Kolumb trącił go za chwilę kolanem. Podjeżdżali już do sporej stromizny wiaduktu i słychać było, jak z tyłu sapie zmordowany rykszarz.

– Przecież płacimy. – Antek, który programowo niszczył w sobie wszelkie współczucie wobec człowieka, wzruszył ramionami.

W nowym mieszkaniu oczekiwanej paczki nie było.

– Tak, wiem, wiem: „Czy pani czeka na pozdrowienia? Tak, od Genia” – staruszka żywo powtórzyła hasło i odzew.

– Musisz tutaj poczekać – zadecydował Kolumb, wprowadzając kolegę do swego pokoju. Rzucił walizkę na łóżko, szybko przeczesał włosy, zmienił kapelusz na tramwajarską czapkę i ruszył ku wyjściu. Znał wrażliwość Basika na wszelkie zewnętrzne przejawy konspiracji i odkąd chodził na papierach pracownika MZK, chętnie ozdabiał głowę tym nakryciem.