Strona główna » Obyczajowe i romanse » Korpokracja. Imperium głupców

Korpokracja. Imperium głupców

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7859-496-3

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Korpokracja. Imperium głupców

Jerry Dawson, dziennikarz filadelfijskiego tygodnika ekonomicznego lata świetności ma już za sobą. Długo pracował na prawdziwy sukces, który nigdy nie nastąpił. W pogoni za karierą stracił kontakt z córką, zaprzepaścił małżeństwo i został zupełnie sam. Wydawać by się mogło, że życie nie zaoferuje mu nic więcej, gdyby nie fakt, iż pewnego dnia trafia na trop afery korupcyjnej rozgrywającej się w sercu Pensylwanii.

Śledztwo, które prowadzi daje mu szansę na rehabilitację i odzyskanie wszystkiego, co stracił. Nie wie jednak, że po odsłonięciu kurtyny korupcji, nic nie będzie dla niego już takie samo.

 

***

Jest styczniowy poranek 2001 roku. Jerry budzi się z potężnym kacem. Przez pulsujący ból głowy, przedziera się obraz ubabranych krwią ubrań i ściany obskurnego motelowego pokoju. Nie pamięta, jak się tam znalazł. Nie wie, czyją krew ma na sobie. Wie tylko, że musi się stamtąd wydostać. Czuje to każdą komórką ciała.

 

Tak mógłby rozpocząć się kryminał, czarna komedia lub polityczny dreszczowiec. Korpokracja jest jednak czymś więcej niż tylko kolażem gatunków. Na kanwie wydarzeń autentycznych, które ukształtowały ustalony ład dwudziestego i dwudziestego pierwszego wieku autor buduje zawiłą historię, w której główny bohater zostaje rzucony w labirynt swoich fobii i realnych, fizycznych niebezpieczeństw. Autor zręcznie prowadzi czytelnika po zaułkach historii i absurdalnej rzeczywistości, w której dziennikarski obiektywizm urasta do rangi wielkiego wyzwania, idealizm aktywistów kotłuje się i eksploduje, a wszelkie próby zmiany ustalonego porządku rzeczy rozbijają się o bezlitosną logikę wielkiego biznesu i polityki. Tytułowa „Korpokracja” to choroba cywilizacji. To oskarżenie i ostrzeżenie. To niewidoczny fundament Imperium Głupców.

Polecane książki

Magda Jurkowska-Bogusz i Tomek Bogusz przemierzyli cały świat. Ich podróż trwała dokładnie 1405 dni, a zaczęła się 14 lipca 2010 roku na lotnisku w Warszawie, gdzie kupili bilet w jedną stronę i polecieli do Nowego Jorku. Byli na 4 kontynentach, w 27 krajach. Przebyli 700 mil autostopem, 8 000 m...
Seria kieszonkowych poradników językowo-biznesowych pomoże Ci poszerzyć słownictwo i wiedzę w różnych dziedzinach. Książeczki zawierają tematycznie zgromadzone pojęcia i zagadnienia, a także ich tłumaczenia. Bądź specjalistą w swojej dziedzinie, również w kręgach obcojęzycznych!...
Lista zwierząt chronionych w Polsce jest zaaprobowanym prawnie wykazem. Celem takich działań jest zapewnienie przetrwania i właściwego stanu ochrony dziko żyjących zwierząt i ich siedlisk. Atlas zawiera zwięzłe opisy poszczególnych gatunków fauny polskiej, które zostały ubogacone fotografiami....
Detektyw Robert Hunter musi zmierzyć się ze swoją przeszłością, żeby przechytrzyć najbardziej perfidnego mordercę, z jakim miał do czynienia. W prowincjonalnym miasteczku w stanie Wyoming dochodzi do wypadku. Kierowca ciężarówki, który zasłabł za kierownicą, wjechał do przydrożnego baru, po drodze ...
Jest maj 1833. Powstanie listopadowe upadło, ale na teren Galicji przenikają z Królestwa niedobitki rajdu płk. Zaliwskiego. Jeden z partyzantów trafia pod dach prowincjonalnego rejenta gdzieś pod Tarnowem...   Wraz z odsłoną kolejnych kart powieści, zostajemy przeniesieni do świ...
30 lat historii dziewczyny, która dzięki pracy, zdolnościom, odwadze i odrobinie szczęścia zostaje najpierw naukowcem, a potem robi karierę w administracji państwowej. Po drodze z mężem, także pracownikiem uczelni, podróżuje po świecie, zarówno służbowo, jak i prywatnie. Irak w czasach świetnośc...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Paweł Śmieszek

PAWEŁ ŚMIESZEK

IMPERIUM GŁUPCÓW

Korpokracja

© Copyright by

Paweł Śmieszek & e-bookowo

Projekt okładki: Paweł Śmieszek

Korekta: Patrycja Żurek

ISBN 978-83-7859-496-3

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2015

Konwersja

Podziękowania

Rodzicom, za to, że dali mi dom, zrozumienie i czas

tak potrzebne by oddawać się pasji pisania.

Agnieszce, za to, że wspierała mój idealizm i wierzyła w sukces na każdym etapie mozolnej pracy.

Bartkowi, za rozmowy i zaangażowanie, wiarę i entuzjazm,

które wciąż utwierdzają mnie w przekonaniu, że warto.

„Spektakl ma zasadniczo tautologiczny charakter, jego środki są bowiem tożsame z jego celem. Jest słońcem, które nigdy nie zachodzi nad imperium nowoczesnej bierności. Pokrywa całą powierzchnię świata i nurza się niedbale w przestworzach własnej chwały”.

„Spektakl, pojmowany jako całość, jest równocześnie rezultatem i celem istniejącego sposobu produkcji. Nie jest dopełnieniem realnego świata, jego dekoracyjną oprawą, ale samym rdzeniem nierealności realnego społeczeństwa. We wszystkich swych poszczególnych formach – informacji lub propagandzie, reklamie lub bezpośredniej konsumpcji rozrywek – spektakl wyznacza dominujący model życia społecznego. Jest wszechobecną afirmacją wyboru dokonanego już w produkcji, a zarazem konsumpcją jej wytworów. Zarówno forma, jak i treść spektaklu służą uprawomocnianiu założeń oraz celów panującego systemu. Spektakl jest również ustawiczną obecnością tego uprawomocnienia, jako że wypełnia większość czasu spędzanego poza sferą produkcji”.

„W spektaklu nie należy dopatrywać się zwykłego nadużycia technik masowego rozpowszechniania obrazów. Jest to raczej wizja świata, która stała się rzeczywista, znalazła materialny wyraz; uprzedmiotowiony światopogląd”.

„Spektakl jest spadkobiercą całej ułomności zachodniego projektu filozoficznego […]. Nie urzeczywistnia filozofii, ufilozoficznia rzeczywistość. Spektakl to konkretne życie wszystkich ludzi, które wyrodziło się w spekulatywne uniwersum”.

– Guy Debord, Społeczeństwo Spektaklu

Przedmowa

Większość zdarzeń, o których tutaj przeczytacie, wydarzyła się naprawdę. Odcisnęły piętno nie tylko na bohaterze, ale i na milionach innych, często niemych postaci, ludzi pokonujących własne demony z uporem i heroizmem. Ich historie są zwykle tragiczne i zupełnie nam obce. Im mniej wydają się prawdziwe, tym łatwiej są zatajane i częściej przemilczane.

Ludzie i władza toczą nieustanny bój, w którym naiwność, energia, wiara i egoizm są motorem ich działania, motywują ich lub hamują i spychają w przepaść. To właśnie o nich jest ta książka. O nich i o ludziach, którzy w tej walce jeszcze nie uczestniczą, czyli po części również o nas samych.

Mówiąc, że większość zdarzeń spisanych tu jest prawdą, nie sugeruję wcale, że reszta jest jedynie wytworem wyobraźni. Ludzie tacy jak Jerry istnieją. Żyją wśród nas i brną uparcie pod prąd. Ich opór i walka bywają treścią komentarzy, rzadziej nagłówków gazet, ale ich historie i tak zazwyczaj giną w ogłupiającym jazgocie mediów i szumie umykającego życia. To właśnie ich ucieleśnieniem jest główny bohater i to ich historie ubiera niczym kostium.

Fikcja zatem przeplata się tu z prawdą, by rozwiać anonimowość tych dzielnych ludzi i zdemaskować iluzje naszej codziennej rzeczywistości – w szkołach, na uniwersytetach, w telewizji i prasie. Mieszają się one, by podkreślić istnienie ludzi, którzy podejmując decyzje zza kulis, zniewalają nas, a tych, którzy stawiają opór, niszczą.

Fabuła i bohaterzy są zatem nie tylko motorem akcji, ale również siłą napędową faktów, które przesuwają się nam przed oczami niczym scenografię niedorzecznego filmu. Są to fakty, przed którymi nauczyliśmy się bronić i które oddalamy od siebie uspokojeni złudzeniem izolacji. Zwykle nie obchodzą nas sprawy, które nie dotykają nas bezpośrednio. Wytworzyliśmy pancerz ochronny z własnej, trudnej lub wygodnej rzeczywistości, w której nie ma miejsca na cierpienie innych.

Nasz bohater przybiera więc rolę medium chłonącego świadomość, przenoszącego nas w miejsca rzeczywiste i w te wykreowane, które dzięki historii i autentycznym wydarzeniom mogą okazać się bliższe prawdzie niż świat, który, jak sądzimy, znamy. Jerry porywa nas w rzeczywistość zbudowaną na szkielecie nagiej prawdy, która nas otacza i przed którą nie sposób się ukryć. Aby zachować siłę tej prawdy i przełamać wniesione przez nas przekonania, Jerry zabiera nas w podróż do miejsc i czasów, które powinniśmy poznać, a jeśli je znamy, odkryć na nowo.

Pejzaż, który ukazuje, nie jest jednak kompletny. Jest jedynie fragmentem rzeczywistości. Całkowity obraz zniszczenia mógłby go okaleczyć, zabić w nim to, co istotne i zdyskwalifikować jako nośnika akcji. Prawda i fikcja mieszają się zatem, by chronić w bohaterze to, co ludzkie: siłę, wiarę i odwagę, a nam dawkować świadomość tak, byśmy mieli siłę udźwignąć jej ciężar. Od świadomości bowiem do szaleństwa dzieli nas zwykle cienka granica.

W dzisiejszych czasach stanąć twarzą w twarz z prawdą to prawdziwa odwaga. Nie zlekceważyć jej i nie przejść obok obojętnie to prawdziwy heroizm. Ostatecznie dać się prawdzie pochłonąć i stracić niewinność to cnota.

Część Pierwsza – Głupiec
I. Tabula Rasa

Gdy budzimy się rano i wszystko wskazuje na to, że nadchodzący dzień będzie prawdziwą kąpielą w szambie, bosym spacerem przez trawnik obsrany przez stado bezpańskich psów, uwierzcie mi, dzień ten najprawdopodobniej taki właśnie będzie. I nie dzieje się tak dlatego, że jakaś wredna, kosmiczna siła, niech to będzie karma, popycha nas wraz z wózeczkiem naszych nikczemnych uczynków. Dzieje się tak dlatego, że święcie wierzymy w nieuchronność losu.

W chwilach takich jak ta, gdy łatwiej jest zrzucić winę na los albo na tych, którzy go ujarzmili, by szczuć nas nim i poniżać, zastanawiamy się, co właściwie zrobiliśmy tym ludziom i dlaczego to właśnie nas wzięli za cel. Myślimy sobie, karma to suka, przypomina sobie o nas tylko wtedy, gdy zalegamy ze spłatą – i tkwimy w idiotycznym przekonaniu, że to nie my, a ktoś inny nawala na każdym kroku.

I tak, im większa porażka, tym chętniej szukamy winnych. Im bardziej upokarzająca sytuacja, tym łatwiej odsuwamy od siebie autorstwo własnej klęski. A jednak czasami zdarzają się dni, gdy możemy dać sobie dyspensę – dni, w których podnosimy się rano i od pierwszego momentu, wdechu i spojrzenia, wiemy, że spłacamy rachunek zaciągnięty nie przez nas, a przez kogoś innego. Czasami zdarzają się dni takie jak tamten.

Wyobraźcie sobie, że podnosicie się rano z wielkim bólem głowy, ale nie jesteście jeszcze pewni, czy to kac, czy może pozostałość po wczorajszej bójce. Wyobraźcie sobie, że nie wiecie, czy krew, która tu i ówdzie usztywniła wasze cuchnące ciuchy, pochodzi z jednej z ran, którymi wykwitło wasze ciało, czy może wręcz przeciwnie, jest odznaką chwały, herbem agresji, którą uprawialiście poprzedniej nocy. Załóżmy, że ciało, które próbujecie podźwignąć, jest obolałe do tego stopnia, iż z trudem odnajdujecie kończyny i zmuszacie je do heroicznego ruchu w górę. Załóżmy, że zwyczajny kac moralny jest pobożnym życzeniem, odległym luksusem, na który nie możecie sobie pozwolić. Macie przecież o wiele więcej na głowie niż tylko analizę własnego upodlenia. Przyjmijmy, że leżycie teraz u boku sześćdziesięcioletniej Marylin Monroe rozłożonej w pozycji „już dawno nie byłam tak rozluźniona, skarbie”, a pokój, w którym obudziliście się, nie jest żadnym bliżej znanym pomieszczeniem, a jedynie pustą przestrzenią wypełnioną oparami alkoholu i zapachem seksu. Ogarnia was poczucie zażenowania i paląca potrzeba wydostania się z potrzasku. Chcecie się uwolnić, podrywacie się z łóżka, babcia otwiera lewe oko, tętno przyśpiesza i budzik, pieprzony budzik wyrywa was z tego cholernego koszmaru.

Sięgacie ręką po komórkę i próbujecie ją wyłączyć. Wiecie instynktownie, że tam jest. Przez sen, półprzytomni, nie tyle słyszycie, co czujecie, jak jęczy i charczy. Jesteście w połowie drogi z kanalizacji marzeń. Sięgacie po nią i już wiecie, że to ona jest wszystkiemu winna. Chwytacie komórkę, próbujecie wyłączyć, zaciskacie wokół niej pięść i rzucacie nią o ścianę. Robicie głęboki wdech, aby wasz mózg przyzwyczaił się do braku Marylin Monroe. I w tym właśnie momencie, gdy odwracacie wzrok, wasz układ nerwowy doznaje kolejnego wstrząsu. Marylin Monroe wciąż leży obok, może nieco młodsza, może odrobinę mniej zużyta, ale wciąż tak samo rozluźniona. Nie śpi. Spogląda na was lubieżnie. Zainfekowane dziąsła i brunatnożółte uzębienie odsłaniają uśmiech, który opowiada własną historię: mężczyzn, których całowała, whisky, którą piła, crack, który paliła, zaciągając się drżącymi dłońmi. Czujecie instynktownie i po chwili jesteście pewni, że musicie być niewidoczni, bezszelestni, zupełnie jakby was nie było, jakby straciła wzrok, wiecie, że musicie się podnieść, wstać i uciec, zanim zdąży wydusić dźwięk, do którego właśnie składa usta…

– Byłeś cudowny, skarbie – szepnęła zalotnie, wtulając się w mój nagi tors.

– Byłem? – spytałem głupio.

– Nie bądź taki skromny, złotko. Nie miałam takiego rżnięcia, odkąd zaczęłam się dobrze prowadzić.

Kłamała. Nie winię jej. Takie kobiety nie prowadzą się dobrze. Dają się prowadzić, a potem parkują z powrotem na miejscu, chodnik przed monopolowym, cztery płyty na prawo od wejścia.

Tak, zdecydowanie lepiej wyjść, zanim powie coś, czego wolałbym nie wiedzieć. Na samą myśl o dotykaniu jej, włos jeży mi się na głowie.

I co dalej? Niby wszystko w porządku, niby wszystko w normie. Wstaję, ubieram się, a ona patrzy na mnie kocim wzrokiem, śledząc moje dłonie walczące z rozporkiem. I właśnie wtedy, kiedy wydaje mi się, że opanowałem sytuację, kiedy myślę, że udało mi się cudem umknąć śmierci, wyssania przez miss zombie, narzucam bluzę, podchodzę do lustra i dostrzegam w nim gościa, którego nie rozpoznaję.

Ma średniej długości zaczesane do tyłu ciemne blond włosy i twarz ukrytą pod kilkudniowym zarostem. Wygląda na zmęczonego, trochę zaniedbanego, jakby kradł całą noc batoniki z maszyny przed motelem. Jasnoniebieskie, prawie szare oczy podpowiadają, że jest dobrym facetem, chociaż mogę się mylić, w końcu kradł te batoniki. I wtedy właśnie zadaję sobie pytanie: kim jest gość w lustrze? No właśnie. Nie wiem.

W taki właśnie sposób rozpoczął się tamten dzień. Który? Tamten. Dla mnie pierwszy, dla niego ostatni. Dlaczego rozdzielam siebie od niego? Spójrzmy prawdzie w oczy, on i ja to dwie zupełnie inne osoby. On jest tam, za zakrętem, przykucnięty trzyma cienką nitkę czasu przywiązaną na drugim końcu do mojej nogi i tylko czeka na odpowiedni moment, żeby szarpnąć i mi dowalić. Pociąga lekko, od czasu do czasu nadając morsem litanię parszywych uczynków, wybuchających mi w twarz z opóźnionym zapłonem. Chce, żebym się potknął, przewrócił, zatrzymał i zastanowił, ale ja nie mam zamiaru. Co to to nie. Kimkolwiek był, jest tam, a ja tutaj. Zostawił mnie samemu sobie, poza zasięgiem sumienia i zobowiązań, skazanego na wierzycieli, alimenty i urząd podatkowy, mimo że jestem przecież czysty jak łza, niewinny jak szata komunijna, dziewiczy jak czysta tablica, na której mogę zapisać, co mi się żywnie podoba.

Tak więc reasumując, tabula rasa: nic nie pamiętałem, nie wiedziałem, gdzie jestem, nie wiedziałem, kim jestem, i nie zastanawiałem się nawet, dlaczego mi to nie przeszkadza.

Wyszedłem na ulicę z cuchnącego motelowego pokoju. Nieprzyjemny, mroźny podmuch przetoczył się po ciele, przyklejając przepoconą, zakrwawioną koszulę do piersi, ramion i pleców. Zadrżałem.

Przede mną rozpościerał niewyszukany widok na pusty parking, za nim chodnik i przystanek autobusowy. Dalej rozciągała się dwupasmowa droga, biegnąca równolegle do ściany frontowej motelu. Za jezdnią rozciągało się wzniesienie pokryte szarą trawą, łysymi drzewami i krzakami.

Była zima. Wiatr dmuchnął, wgryzając się w skórę. Przez moment zastanawiałem się, czy nie wrócić. Wystarczyło wejść do środka i zamknąć drzwi.

Kawa i gorący prysznic były na wyciągnięcie ręki. Intymna chwila w zamkniętej kabinie i mała czarna z cukrem zdawały się mieć magiczną moc. Walczyłem z tą myślą najwyżej pięć sekund, bo moją uwagę przykuła nieco inna mała czarna.

Jedna z dobrodusznych dziewcząt zaparkowanych przy jezdni po prawej spostrzegła moje wahanie, poprawiła futerko, unosząc wystawione na chłód piersi i ruszyła mi na ratunek. Jej ciemne oczy i kakaowa cera przywodziły na myśl starą, zastygłą kawę, ani do końca czarną, ani wybieloną, z całą pewnością niestrawną.

– Czy wyglądam aż tak źle? – pomyślałem.

Piętnastodolarowa piękność uśmiechnęła się, lekceważąc wyraz zdegustowania na mojej twarzy i przyśpieszyła kroku. Wyglądała na czterdziestkę. Po kilku krokach na pięćdziesiątkę. Poczułem się jak ktoś zupełnie wyjątkowy.

Nagle zza rogu po prawej dobiegł pisk. Szara, zdezelowana furgonetka wyrzucona siłą odśrodkową wpadła w poślizg i runęła na jednokierunkową prowadzącą pod motel. Miała przyciemniane szyby, przerdzewiałe srebrne błotniki i nadpobudliwego kierowcę, który zdzierał asfalt z nonszalancją Jamesa Deana. Imponowanie dziwkom musiało być jego życiową ambicją. Dziewczyny z porannej zmiany nie wyglądały na zainteresowane. Jedna, stojąca z czekoladową czterdziestką poprawiła biustonosz, powiększając zapraszający gruźlicę dekolt, splunęła pod koła przejeżdżającego obok rowerzysty i odwróciła się w przeciwnym kierunku. Druga, zdeterminowana, wciąż uparcie kroczyła w moją stronę. Mimowolnie pomyślałem o portfelu.

– No tak, portfel – wymruczałem do siebie. – Wypadałoby sprawdzić, kim jesteś.

Kierowca furgonetki wyminął zaparkowanego pick upa, przyśpieszył i opanował pojazd, zarzucając tylnym zderzakiem na boki. Wyprostował i nacisnął hamulec zmuszając opony do kolejnego pisku. Długi, czarny ślad zdartej gumy kończył się tuż przede mną.

Spojrzałem na kierowcę i jego niedogoloną, kwadratową szczękę. Układał w myślach jakieś zdanie.

Czekałem przez chwilę z nadzieją, że ruszy do przodu. Kątem oka widziałem, że moja randka zbliżyła się na niebezpieczną odległość.

– Jeśli potrzebujesz wskazówek, lepiej kup mapę – rzuciłem w stronę kierowcy. Byłem poirytowany.

Kac zdążył już dojrzeć i siał spustoszenie. Nie miałem ochoty na rozmowy, zwłaszcza że nie miałem pojęcia, gdzie jestem. Poza tym jego gęba nie wróżyła niczego dobrego. Ruszyłem w lewo, chcąc go wyminąć, i tylko na moment mój wzrok zatrzymał się na twarzach w szoferce. Coś mnie tknęło. Zupełnie jakbym już gdzieś widział te gęby.

Gość za kierownicą spojrzał na mnie, jakbym ćwiczył na nim esperanto. Obrócił się w stronę pasażera, który z równie elokwentnym wyrazem twarzy wzruszył ramionami. Nagle wewnątrz pick upa coś się poruszyło, coś stuknęło o blachy i zaklęło głośno. Odwróciłem wzrok tylko na moment. Pasażer z przedniego siedzenia wyparował. Pomyślałem, że wbił się na tył, sprawdzić, co jest grane. Przez moment zapomniałem o irytacji i zbliżającej się adoratorce. Mój wzrok przyssał się do twarzy mężczyzny. Byłem pewny, że gdzieś go już widziałem.

Nagle kierowca obrócił się, dał znak komuś w tyle i chrząknął. Drzwi furgonetki rozsunęły się. Dwójka niezamaskowanych, całkowicie rozpoznawalnych zbirów wciągnęła mnie do środka.

– Ani słowa! – ryknął grubas, szarpiąc się ze mną, jakbym był workiem gnoju. Dyszał przy tym ciężko. Nie był w najlepszej formie. Męczył się, prawie mu współczułem.

– Na miłość boską! – usłyszałem głos z tyłu. Na twarzy pasażera, unoszącej się nade mną, malowało się zażenowanie.

– Pomożesz mi Cliff, czy jak? – Grubas szarpnął mocniej, dzięki czemu mogliśmy razem runąć na podłogę. Był dość niezdarny. Drugi zresztą również. Spięcie moich nadgarstków opaską samozaciskową okazało się sporym wyzwaniem. Z nogami poszło im lepiej, ale też mieli problemy. Dopiero gdy Gruby usiadł na mnie, chudy mógł zapoznać mnie z linką.

– Ile razy mam ci powtarzać?! – ryknął. – Bez imion, kurwa, bez imion!

Niezamaskowany, przedstawiony oficjalnie Cliff najwidoczniej nie przepadał za kolegą. Na jego twarzy, podobnie jak na twarzy grubego, nie było ani kominiarki ani pończochy, ani nawet chusty, tak nieocenionych w podobnych sytuacjach. Pomyślałem, że nie wróży to dobrze ani mnie ani ich kryminalnej karierze.

– Gdzie macie rajtki, chłopaki? – zapytałem. Wciągnęli mnie do środka więc wypadało zagadać. – Nie boicie się, że ktoś was rozpozna?

– Drugi raz nie uciekniesz – syknął Cliff.

– Dlaczego bandziory zawsze muszą wciągać ludzi do furgonetek? – spytałem. – Muszę przyznać, że jesteście wyjątkowo mało oryginalni.

– Stul ryj! – ryknął gruby. Obrócił się, podniósł i wsunął głowę między siedzenia. Kierowca toczył walkę z zapłonem.

– Co jest, do kurwy nędzy?! – wrzasnął jeszcze głośniej gruby. Kierowca spojrzał na niego, napiął się poirytowany i wrócił do piłowania rozrusznikiem.

– Nie mogę odpalić – krzyknął znad kierownicy.

– Pomocy – szepnąłem nieśmiało.

– Co on, kurwa, znowu kombinuje? – usłyszałem głos z tyłu. Postać przesunęła się na przód furgonetki i stanęła nade mną niczym kat. Kiedy podniosłem wzrok, zrozumiałem dlaczego się chował. Miał metr dwadzieścia w butach i zdeformowaną twarz. O mało nie parsknąłem śmiechem. Myślę, że tak reaguję na strach i na komicznych twardzieli.

– Coś z rozrusznikiem! – wrzasnął kierowca.

Karzeł trzymał w ręku taśmę izolacyjną. Rozciągnął ją, oderwał kawałek i z błyskiem w oku nachylił się nade mną.

– Pomocy! – krzyknąłem, próbując dopasować tembr do skrzeku karła. Nie spodobało mu się to. Kopnąłem energicznie w drzwi, a potem powtórzyłem to jeszcze dwa razy. Pokurcz sięgnął za kurtkę i wyjął zza pazuchy ogromny pistolet. Przyłożył mi zimną lufę do skroni i uśmiechnął się. To był paskudny, szeroki uśmiech. Przypominał ropuchę wyduszającą skrzek.

Wnętrze pojazdu było dość schludne. W powietrzu unosił się delikatny aromat brudnych skarpetek, ropy i nieświeżego oddechu. Podłoga wyścielona była niegrubym dywanikiem o włosiu przyjemnym w dotyku, a kolor butów grubego doskonale komponował się z gównem, w które wlazł ten drugi, szczuplejszy bandzior.

– Brzydzę się przemocą – wyznał mały, spoglądając na mnie z góry. – Ale nie pozostawiasz nam wyboru – nachylił się, przyjrzał mi się dokładnie, po czym z sadystycznym uśmiechem kopnął z całej siły w żebra. Nagły ból rozlał się po moim ciele, blokując na moment rozbiegane myśli. Chciałem go zapamiętać. Musiałem zapamiętać. Wiedziałem, że kiedyś zabiję tego karła, a do tego potrzebowałem pamięci, która najwyraźniej nie była moją najmocniejszą stroną.

Dołożył mi jeszcze ze dwa razy, zanim się uspokoiłem. Potem przypomniał sobie o taśmie w dłoni, przycisnął kolanem moją klatkę i zakleił mi usta. Tymczasem kierowca wyszedł na ulicę, otworzył maskę i wymienił kilka kwiecistych uwag pod adresem silnika. Potem opuścił ją, wrócił za kierownicę, odmówił modlitwę, przekręcił kluczyk i zalał świece do końca.

– Do kurwy nędzy, Bobby! – warknął karzeł. – Ruszysz, czy mam przenieść tę kupę złomu na plecach?! – Pokurcz wydawał się być coraz bardziej poirytowany.

Zerknął na mnie nerwowo, jakby szukał pocieszenia. Uśmiechnąłem się do siebie i tylko przytaknąłem w geście solidarności.

– Melvin! – Kierowca o małpiej twarzy odwrócił wzrok w naszą stronę. – Suki! Jezu! Co robimy?!

– Wiedziałem! Do chuja, wiedziałem! – Cliff syknął, uderzając w coś pięścią…

I w tym momencie przerwę – dla objaśnienia sytuacji.

Otóż ja, na tym etapie wciąż bezimienny, leżałem na podłodze furgonetki. Nade mną stał Melvin, którego imię wspaniałomyślnie zdradził kierowca Bobby. Byłznami jeszcze Cliff, to ten, który siedział na miejscu pasażera. Był trochę strachliwyiczułem, że zaczął się pocić. Nogi trzymał mi gruby, wciąż jeszcze nieznanyzimienia. Tak. To by było na tyle.Ateraz kontynuujmy.

– Spokojnie panowie… – Melvin zdawał się być opanowany, ale krótki sygnał syreny wytrącił go z równowagi.

– Przepchnijcie pojazd! Powtarzam, przepchnijcie pojazd na pobocze! – glina z megafonem brzmiał jak naganiacz obwoźnego cyrku. – Tamujecie ruch!

– Cliff, Mike! – rzucił mały. – Wyskakujcie z Bobbym i przepchajcie nas z tych pieprzonych pasów.

Zanim zdążyli się ruszyć, skorzystałem z okazji i zacząłem mocniej wierzgać. Zdołałem kopnąć w tylną ściankę furgonetki. Sygnał syreny rozbrzmiał ponownie. Słyszałem wyraźnie dźwięk zatrzymującego się za nami radiowozu. Karzeł zacharczał i nadepnął podeszwą na moje gardło. Gruby Mike przycisnął mocniej moje nogi w kostkach.

– Przewozicie coś w środku? – usłyszałem głos gliniarza na zewnątrz.

– Nic przyjemnego – odparł kierowca. Bobby zdawał się być opanowany.

– Dokumenty i karta wozu – glina rzucił znudzonym głosem.

Cliff przeszedł na przednie siedzenie, żeby pomóc Bobbiemu. Przekopał schowki, boczne kieszenie i w końcu zlokalizował papiery dla kierowcy.

– Dzień dobry, panie władzo – Cliff zapiał falsetem.

– Proszę wyjść z wozu i otworzyć bagażnik – powiedział glina.

– No dobrze, ale uprzedzam, to nic przyjemnego – odparł Bobby.

– Słucham?

– Mam tam tylko kilka pustych klatek i dwa przejechane kocury.

– Proszę wyjść i pokazać.

Pechowy szofer wyszedł na jezdnię i stanął na wysokości drzwi po mojej lewej.

– Jak pan chce – powiedział.

Drzwi furgonetki rozsunęły się minimalnie i włochata łapa kierowcy podniosła niewielki plastikowy worek, leżący tuż przy mojej twarzy. W tym samym momencie subtelny do tej pory zapach zmienił się w dojrzały smród rozkładającego się ścierwa. – Jadę właśnie pozbyć się tego zucha – Bobby wysunął na zewnątrz worek i zademonstrował tak, by policjant mógł zobaczyć, powąchać, cofnąć się i może nawet wyrzygać. Glina, rzecz jasna, nawet nie drgnął. Spojrzał na kierowcę znad wąziutkich wąsów i powolnym ruchem dłoni odsunął od siebie ramię zakończone trupem. Mogłem to zobaczyć tylko dlatego, że uchylone przez kierowcę drzwi zaczęły się rozsuwać, powoli, niemal bezszelestnie niczym w idiotycznej scenie z komedii omyłek.

– Pan otworzy drzwi i pokaże te zwierzaki – powiedział policjant, zanim moja twarz zdążyła ukazać się w ciemnym wnętrzu furgonetki.

– Pan funkcjonariusz chce zobaczyć rozjechane zwierzęta? – Bobby tracił pewność siebie.

– Frank! – Policjant obrócił się i krzyknął do kogoś w radiowozie. – Skończ wpierdalać tego pączka i chodź pomóc.

Z przodu, ku zaskoczeniu kierowcy, rozległo się trzaśnięcie drzwiami. Latynos spojrzał na uciekającego wzdłuż drogi Cliffa i odruchowo sięgnął po broń. Gruby Mike puścił moje kostki, skinął na gotowego już karła i ruszył. W tym samym momencie furgonetka poruszyła się, drzwi rozsunęły się do końca, a ja ukazałem się w pełni okazałości. Glina z wąsem wyjął broń i wycelował w stojącego przed nim Bobbiego.

– Na kolana i ręce za głowę! – rozkazał. – Odsuń się od wozu i ręce za głowę – krzyknął. Potem zrobił krok w tył i odbezpieczył pistolet.

– Frank, goń tego gnoja! Mamy tu niezłą akcję! – dodał.

Nie wiem, czy chciał jeszcze coś dodać, ale nie zdążył. Boczne drzwi rozsunęły się do końca i ze środka wyskoczył Mike. W dłoniach zaciskał wielki kij bejsbolowy. Gruchnął nim po przegubach gliny. Pistolet opadł z brzękiem na jezdnię a tuż za nim twarz funkcjonariusza. Obróciłem się na bok. Mike jak opętany okładał glinę po plecach.

– Przestań Mike! – wrzasnął Melvin. – Bob, spierdalamy!

Bobby rozejrzał się, dostrzegł coś za furgonetką i zerwał się do ucieczki w przeciwnym kierunku. Krzyk drugiego policjanta rozległ się od strony radiowozu. Mike wciąż tłukł glinę leżącego na jezdni, pomagając sobie zamaszystymi kopnięciami. Huk wystrzału rozdarł powietrze i gruby Mike zachwiał się. Przyłożył dłoń do piersi, podniósł ją zakrwawioną i zatrzymał nieruchomo na wysokości twarzy. Przez moment próbował utrzymać równowagę, zataczając się i rozglądając na boki. Spojrzał na nas z głupkowatym zdziwieniem, jakby nie wierzył, że ktoś odważył się do niego strzelić, a potem runął na asfalt, uderzając głową w próg rozsuwanych drzwi.

Melvin zaklął po cichu. Przycisnął mocniej lufę do mojej skroni i szepnął.

– Odezwij się. Tylko się odezwij – syknął.

Spojrzał głębokimi czarnymi ślepiami w moje oczy, przeskoczył na przednie siedzenie i po cichu uchylił otwarte przez Cliffa drzwi. W tym samym momencie drugi policjant krzyknął i oddał strzał ostrzegawczy.

– Stój, bo strzelam! – wrzasnął w kierunku Bobbiego. Jego głos drżał. Nie wiedziałem, czy mówi do mnie, czy do biegnącego wzdłuż chodnika kierowcy. Do furgonetki podszedł bezpański kundel. Zatrzymał się przy zalanym krwią policjancie, obwąchał go, zawarczał i przeszedł dalej.

– Co z tą karetką, do diabła?! – mundurowy warknął do krótkofalówki.

Na krótki moment Bobby zniknął z jego świadomości. Melvin również mu umknął, zapewne przeklinając w myślach posranego ze strachu Cliffa. Tymczasem w otworze rozsuniętych drzwi zobaczyłem go w całej okazałości: tłusty, nieprzyzwoicie spocony glina z trudem podnosił się z pozycji klęczącej. Otarł czoło i pokiwał głową. Minęło kilka długich sekund, zanim jego wzrok mnie uchwycił.

– A ty to, kurwa, kto? – powiedział, zaciskając z wrażenia kciuk na krótkofalówce.

Gdybym mógł, uśmiechnąłbym się. Spojrzałem tylko w kierunku drzwi pasażera. Otwarte na oścież zdradzały drogę ucieczki karła. Sznur samochodów jadących z naprzeciwka musiał zapewnić mu osłonę w ucieczce. Na jego nieszczęście sygnał kolejnych radiowozów rozbrzmiewał z kierunku, w którym zmierzał. Miałem nadzieję, że nie zauważą go, dokładnie tak, jak nie zauważa się psów, gdy kierowcy nie chce się ruszyć kierownicą.

* * *

Wchodząc do ociekającego sennością komisariatu, pomyślałem o emerytowanej Marylin Monroe. Co robi teraz, o tej porze? Co może robić emerytowana Marylin Monroe? Myśl ta była najdalszym wspomnieniem, przy którym mogłem zakotwiczyć ciekawość: zęby Marylin Monroe i wyraz jej twarzy. Musiałem przyznać sam przed sobą, że zaczynało mnie to niepokoić.

– Tędy – zachęcił młody funkcjonariusz. – Proszę usiąść – wskazał na krzesło w przyciemnionym żaluzjami holu. – Zaraz ktoś się panem zajmie, panie Dawson.

W poczekalni obok siedział pobity chłopak z dziwną siatką spinającą włosy na głowie. Gniewne latynoskie spojrzenie podpowiadało, że matka, którą kocha nad życie, nie spisała się najlepiej. Brązowa pończocha naciągnięta na skroń w założeniu miała odstraszać innych samców, a jednak siniak pod opuchniętym okiem nadawał mu wygląd pobitej żony. Czy tak stylizują się tutejsze gangi? Z trudem zdławiłem cisnący się na usta uśmiech.

– Proszę za mną – powiedział młody, około trzydziestoletni gość. Był wysoki i dobrze zbudowany. Typowy hollywoodzki produkt. Nieprzyzwoicie przystojny, jak z reklamy. Kiedy doszliśmy do biurka, wskazał na krzesło, usiadł i wyjął notes. Hollywoodzki potwór, blond twardziel o twarzy dziecka z notatnikiem w dłoni wydawał się mimo wszystko życzliwy.

– Miło znów pana widzieć – powiedział po dłuższej chwili i uśmiechnął się.

– Wzajemnie – odparłem, starając się nie zdradzać, że go nie rozpoznaję. – Może przejdziemy do rzeczy?

– W porządku – rzucił. – Wiem, że jest pan zmęczony i na pewno chce pan wrócić do domu, ale jeśli mamy złapać tych, którzy to panu zrobili, musimy teraz zebrać więcej informacji.

Otarłem ręką czoło i odruchowo wsunąłem dłoń do kieszeni. Nie znalazłem pudełka papierosów. Znalazłem za to odruch.

– Palę – westchnąłem. – Pięknie, kurwa… Do tego wszystkiego muszę rzucić palenie.

– To straszny nałóg, wiem – powiedział laleczka. Wyjął z szuflady paczkę Marlboro i poczęstował mnie jednym. – Niech pan zatrzyma – powiedział i położył przede mną paczkę. – Przydadzą się panu. Przynajmniej dopóki pan nie rzuci.

Zaciągnąłem się i zakaszlałem, czując pieczenie w krtani.

– Albo masz raka, albo jednak nie palisz – pomyślałem.

– Panie Dawson – powiedział po dłuższej chwili – podczas wstępnych zeznań powiedział pan, że nie wie, kim byli napastnicy i nie ma pojęcia, w jakim celu próbowali pana uprowadzić.

– Zna mnie – pomyślałem.

– Panie Dawson? – powtórzył.

– Tak? No, tak. Jasne. Napastnicy – powtórzyłem tępo.

– Powtórzyć pytanie?

– Proszę.

– Pytałem, czy rzeczywiście nie wie pan, dlaczego ktoś chciał pana uprowadzić?

– Cóż… Panie…

– Detektywie – poprawił.

– Panie detektywie. – Uśmiechnąłem się. – Powody uprowadzeń sprowadzają się zwykle do jednej z trzech rzeczy: zabójstwo, okup lub wydobycie informacji z zabójstwem w pakiecie.

– No tak… – Laleczka westchnął. Najwidoczniej nie spodobało mu się moje nastawienie. – A te siniaki i krew na pańskim ubraniu?

– Co z nimi?

– O to właśnie pytam. Czy to jest pańska krew?

– Czy to moja krew?

– Tak. Nie rozumie pan pytania?

– Rozumiem. Tak. To moja krew. Zostałem napadnięty, pobity, zakneblowany i związany. To chyba normalne, że trochę krwi rozlało się tu i tam.

Detektyw zmierzył mnie wzrokiem, który mówił, że stać mnie na więcej. Nachylił się do przodu, złożył dłonie w piramidkę na wysokości ust i zamilkł.

– Niech pan posłucha – kontynuowałem. – Mówiłem już, że ściągnęli mnie siłą z ulicy. Pewnie wzięli mnie za kogoś, kim nie jestem. Spuścili łomot, a potem pojawiła się kawaleria. Kiedy drugi funkcjonariusz zdecydował się w końcu włączyć do zabawy, uciekli. To wszystko. Tyle wiem na ten temat.

– No dobrze. Ale to nie wyjaśnia zaschniętej krwi na pańskiej koszuli. Będziemy musieli wziąć ją do analizy.

Nie odpowiedziałem. Miał zupełną rację. Od początku bałem się, że zauważy ten niekoniecznie drobny szczegół. Cokolwiek robiłem poprzedniego dnia, nie było zwykłym spacerem po parku.

– Czy jest ktoś, do kogo może pan zadzwonić? Potrzebne będą panu ubrania na zmianę.

– Po co?

– Cóż. Nie chcemy chyba, żeby chodził pan obryzgany krwią po ulicach? Poza tym, jak już mówiłem, nie może pan wyjść w tej koszuli. Ona zostaje tutaj.

– W porządku. Wystarczy kurtka. Czy potrzebujecie mnie do czegoś jeszcze?

Laleczka czekał chwilę z odpowiedzią.

– Niech pan powie – odezwał się. – Ten Melvin, o którym pan wspominał, składając wstępne zeznania, czy to ten sam mężczyzna, którego widać na zdjęciu? – Podsunął mi pod nos teczkę z portretem karła. Na zdjęciu lekko uśmiechnięty Melvin trzymał pod brodą tabliczkę z numerem członkostwa w policyjnym fanklubie dla zawodowo aktywnych.

– Tak, to ten sam – potwierdziłem.

– W takim razie mamy punkt zaczepienia. Niech pan zaczeka. – Wstał i ruszył w stronę korytarza. Zatrzymał się na moment przy kolesiu siedzącym dwa biurka za nami, powiedział coś, a tamten wstał, podszedł do mnie i usiadł na miejscu detektywa. Był przysadzisty, o wysokim czole i przystrzyżonej równo gęstej brodzie. Przyglądał mi się przez chwilę kpiącym wzrokiem, jakby chciał, żebym coś powiedział, rozpoznał go albo przeprosił. Potem wziął do ręki teczkę ze zdjęciami i przekartkował ją, kręcąc głową. Zanim Kpiący zdecydował się odezwać, Laleczka znów się pojawił. Dał znak koledze, tamten wstał i każdy wrócił na miejsce.

– Proszę rzucić okiem – powiedział, stając nade mną po drugiej stronie biurka. – Czy rozpoznaje pan któregoś? – Wyjął papierosa, zapalił i rozsiadł się wygodnie w fotelu.

– Ten – powiedziałem w połowie pierwszej teczki. – I ten też – wskazałem chudego Cliffa i kierowcę.

– No to mamy komplet – rzucił zadowolony. – Tych dwóch znamy dość dobrze. Nie są może geniuszami zbrodni, ale do świętych też nie należą.

– Czy to wszystko? Mogę już iść?

– W zasadzie… – przyznał, spoglądając jeszcze raz na splamioną krwią koszulę. – Nie widzę potrzeby, żeby zatrzymywać pana tutaj. Musi pan jednak liczyć się z tym, że jest pan niewygodnym świadkiem.

– Jestem świadom. Coś jeszcze?

– Cóż… Z uwagi na dobro śledztwa zaleciłbym panu zostać w mieście, ale tak naprawdę dopóki nie znajdziemy ich wszystkich, nie jestem w stanie zapewnić panu bezpieczeństwa. Mógłbym oczywiście postawić radiowóz przed pana domem, ale to może okazać się niewystarczające. Tak więc najlepiej będzie, jeśli zaszyje się pan gdzieś i nie będzie wychylał przez jakiś czas. Przynajmniej dopóki nie złapiemy pozostałej trójki.

– W porządku. Zrozumiałem. – Podniosłem się, gotowy do wyjścia.

– Nie zapomniał pan o czymś?

– Słucham?

– Koszula. – Wskazał na biurko. – Proszę zostawić ją tutaj.

Zdjąłem ją i zawiesiłem na krześle. Skinąłem, zapiąłem kurtkę i wyszedłem.

Cieszyłem się, że nie zapytali, kim jestem, ani nie dochodzili, jak się tam znalazłem. Wyglądało na to, że wystarczyły im dane z prawa jazdy i rozmowa, którą najwidoczniej odbyliśmy.

W portfelu, który do mnie należał, oprócz prawa jazdy znalazłem dokumenty wozu i kilka kart debetowych. Dopiero po wyjściu z komisariatu mogłem przyjrzeć się im, próbując zidentyfikować siebie.

Według plastikowego prostokąta w dłoni nazywałem się Jeremy Dawson. Mieszkałem w apartamencie przy Panama Street 29. Oprócz dokumentów ukrytych w portfelu, w kieszeni kurtki znalazłem jeszcze kwit ze strzeżonego parkingu. Był na nim mandat, koszt holowania i przede wszystkim data utraty samochodu. Z pomiętego świstka papieru wywnioskowałem, że ford tkwił na policyjnym składowisku już co najmniej dwa dni. Nie mogłem być pewien, czy nie rozstałem się z nim o wiele wcześniej, ale na początek ta informacja wystarczyła. W portfelu, między trzema prawie pustymi przegródkami, znalazłem kilka dolarów i stare paragony. Zasobność portfela mogła oznaczać, że byłem „pod kreską” albo, co zgadzałoby się z kwitem z policyjnego parkingu, że przez ostatnich kilka dni korzystałem z taksówek. W końcu żaden Amerykanin przy zdrowych zmysłach nie posuwa się do korzystania z transportu miejskiego, jeśli nie jest naprawdę zdesperowany. Zdesperowany raczej nie byłem, chociaż gdyby ktoś spotkał mnie wtedy, mógłby spokojnie wziąć za bezdomnego: kilkudniowy zarost, brudne, pogniecione ubranie, siniaki na twarzy i drobne rozcięcia na czole mówiły same za siebie.

Po wyjściu z komisariatu skierowałem się w stronę banku wciśniętego między muzeum i obskurną pizzerią na rogu. Wsunąłem kartę do bankomatu i rozejrzałem się dokoła. Czułem się jak złodziej okradający krewnego. Jakaś kobieta ustawiła się za mną i czekała cierpliwie, aż skończę. Na ekranie bankomatu SkyNet zażądał PIN–u. Zakląłem, walnąłem pięścią w klawiaturę i zrezygnowany oparłem głowę o obudowę. Czterocyfrowy język kodu był poza zasięgiem. Na szczęście bank znajdował się tuż obok, a kobieta w okienku wykazała się większą wyrozumiałością niż automat. Wystarczyło moje prawo jazdy i spojrzenie na zmarnowaną twarz.

Wybrałem dwieście czterdzieści dwa dolary z konta, wyszedłem na chodnik i zatrzymałem taksówkę. Kierowca wlókł się leniwie przez poranne korki, skrzyżowania i wąskie jednokierunkowe ulice, jakby wyczuł, że nie wiem, gdzie jedziemy i celowo wybrał okrężną trasę. Parking znajdował się dość daleko, więc kiedy mój nowy hinduski przyjaciel zatrzymał się przed składowiskiem złupionych wozów, byłem lżejszy o okrągłe pięćdziesiąt pięć dolarów.

Pracownik parkingu okazał się bardzo pomocny, pomógł nawet otworzyć łomem zgniecione od strony kierowcy drzwi. Cokolwiek uderzyło w samochód, nie było żadnym monstrum. Cały bok od strony pasażera był sprasowany i porysowany, zupełnie jakby po uderzeniu auto wpadło w poślizg, zatrzymało się na ścianie i ponownie ruszyło, zdzierając lakier o beton. Silnik chodził bez zarzutu, a wnętrze było nienaruszone i tylko boczna szyba kierowcy była podejrzanie nisko opuszczona. Przekopałem schowek w poszukiwaniu wskazówek, ale jedyne co znalazłem, to notes z adresami i rozładowana komórka.

Kiedy jechałem w stronę mieszkania, czułem delikatny przypływ ekscytacji. Byłem jak nastolatek zmierzający po spadek. Mogłem odziedziczyć penthouse albo obskurną norę. Wydruki z banku nie napawały optymizmem, ale miałem nadzieję, że to, co zastanę na miejscu, nie okaże się pijacką meliną.

Stanąłem w wąskim, mrocznym korytarzu na parterze i zatrzasnąłem drzwi. Zza progu mieszkania po prawej, w głębi korytarza, wyłonił się czyjś zgarbiony profil. Podszedłem bliżej, przyglądając się zbliżającemu się starcowi, który dokuśtykał z trudem do schodów, wsparł się o balustradę i zagrodził mi drogę na górę czarną, drewnianą laską.

– Czynsz, panie Dawson. Wie pan co to takiego? – wycharczał w moim kierunku.

Starałem się nie wpatrywać w jego szklane oko, ani nie spoglądać na sztywną, jakby trochę dłuższą lewą nogę, ale widziałem go wtedy po raz pierwszy i wydawał się fascynująco groteskowy.

– Czy pan mówi do mnie, czy do kogoś obok? – spytałem, przyglądając się perle w lewym oczodole.

Była jaśniejsza od lewego oka, jakby starła się od wieloletniego mrugania. Mężczyzna wsparł się drugą dłonią o balustradę, żeby utrzymać równowagę. Zastanawiałem się, jakim cudem udawało mu się jeszcze egzekwować czynsz od kogokolwiek. Ominąłem go, wszedłem kilka stopni wyżej i stanąłem, patrząc, jak z trudem obraca się w moją stronę.

– Do pana mówię, a do kogo, do cholery, miałbym mówić?

Wyciągnąłem z portfela trzy pięćdziesiątki, zszedłem niżej i wcisnąłem je do kieszeni starca.

– To za dzisiejszy dzień. Jutro będę miał resztę pieniędzy.

– Jutro, jutro. Zawsze tylko jutro. Czy wy nie znacie innego słowa? – wycharczał poirytowany.

Ruszyłem na górę, sięgając po klucz. Oczywiście nie było go w żadnej kieszeni.

– Nie ma pan czasami zapasowego klucza? – krzyknąłem w dół, wychylając się przez barierkę.

– A po cholerę ci klucz? – warknął. – Przecież wiesz, że muszę wymienić zamek na nowy! Przez te twoje machloje znów zdemolowali mi lokal – wycharczał. Zanim zdążyłem stanąć przed moim „lokalem”, trzask zamykanych drzwi potwierdził koniec rozmowy.

Przekręciłem gałkę drzwi i lekko je pchnąłem. Wewnątrz było ciemno. W powietrzu unosił się słodkawy odór metanu z domieszką stęchlizny. Zepsute jedzenie, niewyrzucone śmieci – melina, moje mieszkanie, mój apartament. Wąski przedpokój prowadził do otwartego salonu. W przyćmionych prześwitach między zasłonami skrzył się słaby blask zimowego słońca. Na stole dojrzałem resztki pizzy i muchy krążące nad pudełkiem. Były tłuste i leniwe. Wydawały jednostajny niski dźwięk. W drodze do okna potknąłem się o coś, co przypominało zwłoki. Po rozsunięciu zasłon okazały się wypchaną po brzegi torbą podróżną. Blade światło rozlało się po zdewastowanym salonie. Na podłodze leżały poprzewracane regały na książki, rozpruty fotel i kilka egzemplarzy Przeglądu Politycznego. Kanapa również straciła wnętrzności na rzecz dywanu, który usiany był fragmentami gąbki i waty. Rozejrzałem się dookoła, zastanawiając, od czego zacząć. Kuchnia i łazienka czekały na inspekcję po lewej, sypialnia po prawej. Wszystkie pomieszczenia były mocno zdemolowane. Jedynym miejscem, do którego nie byli w stanie się dobrać, był sejf ukryty w ścianie salonu. Otaczała go seria dziur po kulach, dowodząca chwilowej frustracji włamywacza.

Przyłożyłem krzesło do drzwi, blokując klamkę i zabrałem się za porządkowanie bajzlu. Potem wziąłem długi prysznic, ogoliłem się i przyjrzałem nieco lepiej doprowadzonej do porządku twarzy. Stojąc przed lustrem przyglądałem się sobie i szukałem w odbiciu czegoś znajomego. Zupełnie jakby ktoś przedstawił mi dawnego kumpla, którego za nic nie mogłem sobie przypomnieć.

I chyba wtedy dotarło do mnie, że gość w lustrze jest dość przystojny. Być może miał kilka nadprogramowych kilogramów, a podkrążone oczy nie były powodem do chwały, ale generalnie, pod maską odświeżonego bezdomnego krył się całkiem przystojny facet.

Zastanawiające było, co robiłem w takiej norze? Przecież z taką twarzą, mogłem mieć wszystko. Wystarczyło postarać się o odpowiednią kobietę i byłbym ustawiony na całe życie.

A jednak nie spodobała mi się ta myśl. Nie spodobało mi się też to, co mówiła o mnie.

Po kilku kwadransach, gdy przywróciłem mieszkanie do jako takiego ładu, usiadłem w rozprutym fotelu i wziąłem do ręki prawo jazdy.

Zastanawiałem się, czy dawny „ja” siliłby się na zabezpieczenie sejfu wyjątkowo wymyślnym szyfrem. Spojrzałem na mieszkanie, niechlujne i kiepsko utrzymane, w stanie, który sugerował odpowiedź na pytanie. Dawny „ja” był nieudacznikiem. Musiałem się z tym pogodzić. Nie wygrałem wygranej na loterii. Odziedziczyłem spis grzechów i zaniedbań leniwego człowieka.

Wstałem i podszedłem do sejfu. Szyfr nie mógł być specjalnie skomplikowany. Spojrzałem na prawo jazdy i datę urodzenia. Sięgnąłem po pokrętło i wykręciłem pierwszą kombinację. Potem pozamieniałem kolejność lat i miesięcy. Po trzeciej próbie usłyszałem kliknięcie i ku mojemu zdziwieniu zamek otworzył się. To zaczynał być naprawdę dobry dzień. Czegokolwiek intruzi szukali, musiało mieć sporą wartość.

Pociągnąłem ciężkie drzwiczki sejfu i zajrzałem do ziejącego pustką wnętrza. Oprócz oczywistego braku oszczędności na dolnej półce dojrzałem dwie dość sporych rozmiarów koperty i Berettę M9 z niewielkim napisem „REPLICA” po obu stronach lufy.

– Po co mu broń? – zdziwiłem się. Nie miałem pojęcia i w końcu uznałem, że nie chcę wiedzieć.

Wyjąłem koperty i usiadłem na tapczanie. Wysypałem zawartość na szklaną ławę. W jednej znajdował się maszynopis, raport lub szkic tekstu. Z notatek i bazgrołów na marginesach ciężko było cokolwiek odczytać. W drugiej kopercie znalazłem zapiski i zdjęcia, a oprócz nich również dwie płyty z zapisanymi na nich datami. Ktokolwiek włamał się do mieszkania, musiał szukać właśnie tego.

Zawartość około piętnastostronicowego raportu nie była jakoś szczególnie powalająca. Napisano go topornym językiem, bez wyczucia i polotu. Jedyne co zrozumiałem z komentarzy autora to to, że od dłuższego czasu grupka bandziorów zastrasza przedsiębiorców, próbując zmusić ich do sprzedaży nieruchomości w okolicy stadionu.

Jeżeli to był powód tego całego bajzlu, musiałem założyć, że problem pozostał nierozwiązany. Moje obolałe ciało było tego doskonałym dowodem.

Zdjęcia i opisy złożone w drugiej kopercie nijak się miały do treści tekstu. Moją uwagę przykuła długa i skrupulatnie sporządzona adnotacja załączona do serii fotografii z niejakim Donnym Marsiano. Z komentarzy wynikało, że obserwowałem go dość skrupulatnie. Wiedziałem, że miał ochroniarza, kierowcę i gosposię, która gospodarowała również zawartością jego spodni. Na liście nazwisk było sporo mętów społecznych o niebezpiecznie brzmiących ksywach. Były tam zapisane godziny obiadów, miejsca poufnych spotkań i nazwiska interesantów, a nawet ilość wizyt drobnych dilerów i dziwek zamawianych pod nieobecność żony.

Z zapisków domyśliłem się, że Donny był członkiem tutejszej rady miejskiej i kandydatem partii na burmistrza. Z kolei ludzie, którzy bawili w jego domu, należeli do rodzaju tych, którzy z łatwością przekraczają cienką linię prawa. Byli wśród nich biznesmeni włoskiego pochodzenia, zajmujący się z reguły wszystkim: od sprzedaży lewej elektroniki, broni i narkotyków, po „ochronę” miejscowych lokali, a na morderstwach kończąc. Bywali tam również członkowie gangu motocyklistów, biali chłopcy, rzadko zapuszczający się w wypieszczone, bezpieczne przedmieścia Filadelfii. Czasami podjeżdżali na motorach, ale o wiele częściej pojawiali się wieczorem – po dwóch lub trzech w nierzucającym się w oczy pick upie. Jedynie kamizelki z prymitywnym symbolem gangu na plecach zdradzały prawdziwą profesję. Czego mogli chcieć od radnego? Czego chcieli od kandydata na burmistrza? Tego, niestety, nie znalazłem w zapiskach.

Bywali u niego też prawdziwi biznesmeni, a nawet politycy z krwi i kości. Na ich temat nie było wiele informacji. Przy imieniu jednego napisane było: „sędzia”, a na samych zdjęciach, nad postaciami dwóch innych widniały imiona z tytułem „prezes”. Wszystko to wyglądało dość intrygująco, a jednak nie na tyle, żeby od razu pochłonąć mnie bez reszty. W końcu był to przecież klasyczny układ korupcyjny: władza – pieniądze – biznes – władza, a ja miałem na głowie inne, całkowicie niestandardowe problemy – takie jak na przykład zdobycie informacji o samym sobie.

Postanowiłem dać zagadce kilka dni wolnego i przekonać się, czy umrze śmiercią naturalną w kolejce priorytetów.

Ogarnąłem resztę myśli, zwinąłem je w rulon i wepchnąłem pod poduszkę by dojrzały przez noc. Nie chciałem myśleć o niczym. Chciałem po prostu zasnąć i odpłynąć. I tylko na krótko przed snem, zanim zapadłem się w inny wymiar, pomyślałem, że byłoby naprawdę do dupy, gdybym jutro rano znów niczego nie pamiętał.

* * *

Tamta noc była dziwna. Byłem obcy we własnym domu. I nie chodziło o to, że nie czułem się bezpiecznie. Chodziło o każdego potencjalnego intruza, który podając się za przyjaciela, kochankę lub wroga rościłby sobie prawo do fragmentu mojego życia. Kiedy budziłem się w nocy i rozglądałem po obcym pokoju, powoli dojrzewała we mnie irytująca świadomość: to nie jest moje życie, to nie jest mój dom, a jednak jestem przypisany do niego i do wszystkich, którzy tu zawitają. Prędzej czy później ktoś zgłosi się po odbiór swojej części „mnie”, a ja będę musiał walczyć z nim, dopóki nie odprawię go z kwitkiem. Myśli przychodziły przez sen, budziły mnie i znikały we mgle nocy. Były irytujące jak upokarzające wspomnienia. Świadomość, że na dłuższą metę nie będę w stanie uniknąć wszystkiego, co pozostawił po sobie Jerry, drażniła mnie i wypełniała palącym poczuciem niesprawiedliwości.

Zanim ranek wybudził mnie z niespokojnego snu, zdążyłem dojrzeć do decyzji o nieuniknionym – o odzyskaniu przynajmniej części wspomnień. Musiałem rozliczyć się z przeszłością. Nie chciałem, żeby dopadła mnie w najmniej oczekiwanym momencie. Postanowiłem rozwiązać zagadkę kopert, dowiedzieć się więcej o sobie i poszerzyć krąg znajomych, sprowadzający się obecnie do kulawego starca i Laleczki. Wiedziałem, że nawet gdybym nie odzyskał pamięci, zawsze mogłem liczyć na cudzą.

Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem po podźwignięciu się z pustego łóżka, była słodka chwila relaksu w kafelkowanej łazience w stylu późnego Nixona. Stojak na gazety miałem pod lewą ręką, rolkę papieru pod prawą. Kiedy siedziałem, wertując czasopisma, i koncentrowałem myśli wokół artykułów finansowych, reklam zegarków za dwa tysiące i drobnych ogłoszeń, dostrzegłem coś, co wprawiło moje serce w drżenie. Pod jednym z artykułów, drobnym drukiem, przy słowie „autor” widniało nazwisko „Dawson” – moje imię i nazwisko: „Jeremy Dawson”.

– Jestem dziennikarzem – pomyślałem i uśmiechnąłem się. W tamtym momencie było to nie tylko logiczne założenie, ale i cholernie przyjemna myśl. Z bezdomnego, bezimiennego włóczęgi stałem się nagle kimś wartościowym. Byłem skłonny uwierzyć, że nie mam się czego wstydzić, a to było naprawdę dobre uczucie.

Zastanawiało mnie jednocześnie, jak to jest być dziennikarzem. Jak to jest manipulować innymi, wymuszać na nich własny punkt widzenia, zaskarbiając sobie przy okazji ich podziw? Szybko doszedłem do wniosku, że moje dotychczasowe życie nie mogło być aż tak żałosne, że być może zbyt ostro oceniłem tekst znaleziony w sejfie, że może nie warto odcinać się od przeszłości zupełnie, do końca, zwłaszcza tak intrygującej przeszłości jak ta wynikająca z artykułu. I wtedy właśnie po raz pierwszy pomyślałem, że może warto byłoby pogodzić się z dawnym sobą.

Uznałem, że moja była lub obecna praca musiała być naprawdę niezła, skoro wysilałem się i przepychałem łokciami w tłumie ścigających się szczurów. Miałem w końcu własną kolumnę, listy od czytelników i generalnie satysfakcję z pracy w tak renomowanym tygodniku jak filadelfijski Financial Journal.

Sam artykuł, który miałem przed oczami, był również radosnym znaleziskiem. Rzucał bowiem nieco światła na ponurą sprawę ukrytą w kopertach w sejfie. Artykuł nie był długi, zaledwie dwie kolumny, ale dokładnie opisywał plany inwestorów związane z budową ogromnego centrum handlowego na jednym z niewielu tak naprawdę atrakcyjnych inwestycyjno terenów miasta. Liczba miejsc po przecinku w kwocie, na którą wyceniono inwestycję działała na wyobraźnię, a usytuowanie kompleksu, tuż przy największym miejskim stadionie, sugerowało nieuniknioną rentowność całego przedsięwzięcia. Inwestycja tego kalibru musiała nieść ze sobą również wyzwania. Z artykułu wynikało, że przy Pattison Avenue, gdzie planowano wybudować komercyjnego molocha, znajdowały się dwie większe sieci handlowe i przynajmniej dziesięć innych, małych rodzinnych firm. Większość z nich prosperowała tam od pokoleń, kilka od momentu założenia jeszcze w złotych latach pięćdziesiątych. Autor poddawał w wątpliwość realność inwestycji, podkreślając, że większość lokali jest własnością rodzin pochodzenia włoskiego, które bardziej od pieniędzy cenią sobie rodzinne wartości i własne korzenie. Co więcej, autor sugerował, że obszar miasta, o którym mowa, był niczym innym jak częścią systemu korzeniowego lokalnej filadelfijskiej mafii.

Spojrzałem jeszcze raz na nazwę ulicy. Wszystko się zgadzało. To właśnie ten projekt przysporzył Jerry’emu nowych, niebezpiecznych przyjaciół. Ulica Pattison Avenue pojawiała się co najmniej dwa razy w raporcie Jerry’ego. Były tam nazwiska właścicieli punktów gastronomicznych, firm usługowo–handlowych, a nawet najemców lokali mieszkalnych, którzy wszyscy zgodnie odmawiali sprzedaży swojej własności. Sprawa z pewnością warta była zgłębienia.

* * *

Redakcja Philadelphia Journal znajdowała się przy Market Street 400. To niecałe dziesięć minut drogi od mojego apartamentu. Ciemne szkło szyb, obramowane pasami szarego betonu podpowiadało, że powinienem był ubrać się nieco bardziej formalnie na wizytę. Kiedy wchodziłem do recepcji, przywitał mnie zdziwiony i nieco zniesmaczony tłum mijanych twarzy. Odniosłem wrażenie, że część mężczyzn w drogich garniturach zna mnie, ale z jakiegoś powodu nie chce się do tego przyznać.

– Dzień dobry, panie Dawson – przywitał mnie mężczyzna za biurkiem. Miał około czterdziestki, mundur ochroniarza i idiotyczny wyraz twarzy.

– Dzień dobry – Podszedłem bliżej, żeby odnaleźć imię na jego identyfikatorze. – Dzień dobry, Ben.

– Wszystko w porządku, panie Dawson? – spytał, spoglądając dwuznacznie na mój niecodzienny image.

– Tak, tak, wszystko w porządku. Miałem małą awarię, to wszystko. – Wskazałem palcem na rozcięcie nad lewym okiem.

– Ach tak, rozumiem – powiedział, przytakując. – Mam nadzieję, że to nic poważnego?

– Tego właśnie próbuję się dowiedzieć. Powiedz mi, nie masz może klucza do mojego biura? Zdaje się, że gdzieś go zostawiłem.

– Do pańskiego biura? – Uśmiechnął się, z trudem powstrzymując chichot. – Wie pan co? Myślę, że dzisiaj będzie otwarte – dodał i puścił porozumiewawczo oko.

– Piętro…?

– Czwarte – odpowiedział, zastanawiając się, co ze mną nie tak.

– Dzięki – rzuciłem, podciągając opadające spodnie dresowe i ruszyłem w stronę windy.

Na czwartym piętrze jedenastopiętrowego budynku znajdowały się trzy osobne pokoje, zarezerwowane dla redaktora, zastępcy i kogoś jeszcze, natomiast cała pozostała przestrzeń między nimi, a windą należała do hordy „rzemieślników” tkwiących przy biurkach ze wzrokiem wlepionym w ekrany monitorów. Naturalnie żaden nie zwrócił na mnie uwagi, poza jakimś chłopakiem stojącym akurat obok maszyny z kawą tuż przy wejściu do windy. Na mój widok przestał słuchać otyłej brunetki i zatrzymał kubek w połowie drogi do ust.

– Jerry, na miłość boską – szepnął konfidencjonalnie. Wziął mnie pod rękę i przeciągnął na bok, zaglądając przy tym przez ramię w stronę pokoju szefa. Żaluzja za szybą poruszyła się, wygięła i znów wyprostowała. Wyglądało to tak, jakbym nie był mile widziany.

– Cześć. – Wyciągnąłem dłoń. Byłem pewien, że właśnie tak zachowują się ludzie po przyjściu do pracy. Młody spojrzał zdziwiony, a potem niepewnie uścisnął dłoń.

– Wyglądasz koszmarnie. Co się z tobą działo?

Rozejrzałem się po otwartej przestrzeni biurowej. Nikt inny mnie nie zauważył.

– Przyszedłem wziąć urlop, najlepiej zdrowotny.

– Ale przecież ty jesteś na urlopie i to od prawie pół roku. Fisher już dawno przestał za tobą wydzwaniać. Gdzieś ty był? I co ci się stało?

– Miło, że w końcu się pan pojawił, panie Dawson – głos zza pleców brzmiał śmiertelnie poważnie. Młody dziennikarz wyprostował się, a ja, próbując zrobić to jak najwolniej, obróciłem się, obnażając siniaki i rozcięcia na twarzy. Nie ukrywam, że odczułem satysfakcję, kiedy ten nieznany mi, choć podający się za naczelnego mężczyzna zmienił minę z poirytowanej na zdziwioną, a potem zaniepokojoną.

– W coś ty się znowu wpakował, Jerry? – zapytał, przechodząc w tryb koleżeński.

– Właśnie próbuję się tego dowiedzieć – odparłem. – Myślę, że wezmę jeszcze tydzień lub dwa chorobowego. Oczywiście o ile to nie problem.

Fisher zmierzył mnie nieprzyjemnym spojrzeniem. Jak każdy szef prawidłowo zareagował na „chorobowe”. Przez chwilę wpatrywał się intensywnie w moją twarz, a gdy uznał, że nie znajdzie tam odpowiedzi na pytania, powiedział:

– Przecież… – zaczął, zawahał się i nie skończył. Widocznie dostrzegł coś w mojej twarzy, co uzasadniało niedorzeczne plany. Pokiwał głową zamyślony i powiedział:

– W porządku, ale najpierw powiedz, o co chodzi. Kto cię tak urządził?

– Przyszedłem po materiały z biurka, w ten sposób będę mógł pracować w domu. Oczywiście o ile nie masz nic przeciwko?

Naczelny spojrzał na chłopaka, dając mu do zrozumienia, żeby zniknął. Potem przysunął się bliżej, tak, że poczułem tytoń w jego oddechu.

– Przestań się zgrywać i lepiej powiedz, o co chodzi? Czy to ma jakiś związek z Marsiano? – szepnął.

Młody, który zdążył tylko cofnąć się, poruszył się nagle i zamarł, jakby dźwięk usłyszanego imienia uaktywnił zakodowany w nim algorytm. Odwrócił głowę, zaczepiając wzrokiem o przechodzącą obok blondynkę, ale ucho ustawił dokładnie w naszą stronę.

– Możliwe – potwierdziłem – ale w tej chwili nie jestem w stanie nic więcej powiedzieć. Gdzie jest moje biurko?

– Jak to gdzie? – oburzył się szef. – Tam, gdzie zawsze.

– Gdzie jest moje biurko? – powtórzyłem najspokojniej, jak tylko mogłem. Spojrzałem mu prosto w oczy i nie spuszczałem wzroku, dopóki nie zrozumiał, że pytam poważnie.

– Tam po prawej, drugie od końca. – Wskazał, trzymając przez chwilę dłoń w powietrzu. W jego oczach pojawił się niepokój. Był pierwszą osobą, która zrozumiała, że stary Jerry zniknął. Ruszyłem w głąb biura. Dołączył do mnie dopiero po chwili.

Biurko, które mi wskazał, było czyste i uporządkowane. Byłem porządnym kolesiem albo miałem porządne koleżanki w redakcji. Wszystko jedno. Przeszukałem je – biurko, nie koleżanki – schowałem notes znaleziony w szufladzie, skopiowałem zawartość dysku na pendrive’a i wstałem, gotowy do wyjścia. Naczelny stał za mną z założonymi na piersi rękoma. Szczeliny jego powiek zwęziły się, nadając twarzy wygląd przyczajonej łasicy. Zanim zdążył zadać pytanie, spojrzałem na postać na drugim końcu biura. Młody w dalszym ciągu stał tam, gdzie go zostawiliśmy i wciąż się przyglądał. Po chwili odebrał telefon i zaczął gorączkowo gestykulować. Przez cały czas nie spuszczał ze mnie wzroku.

– Jerry? – zabrzmiał głos redaktora Fishera.

– Tak? – odparłem oderwany od lustrowania młodego.

– Jak tam twoja siostra, Jerry? Cała i zdrowa? – Fisher zmrużył oczy. Jego głos sugerował obojętność, ale skupienie na twarzy zdradzało co innego.

– Kiepski z niego manipulator – pomyślałem.

Jego czujne szare oczy były jak znak ostrzegawczy dla każdego, kogo zamierzał wysterować.

– Co to? Jakiś test? – zapytałem.

– Pytam po prostu. Dawno nic o niej nie mówiłeś – przekonywał głosem dobrego wujka. – Wraca do zdrowia?

– Tak, tak – potwierdziłem. – Wszystko w porządku.

– To dobrze, Jerry, to dobrze – powiedział spokojnym, odrobinę zawiedzionym głosem.

– Muszę już lecieć. Jeśli będę potrzebny… – próbowałem dokończyć, ale nie zdążyłem.

Redaktor podniósł dłoń, przerywając mi w pół zdania.

– Problem w tym, Jerry – powiedział bardzo powoli – że ty nie masz siostry. I nigdy nie miałeś.

Westchnąłem. Chwila ciszy, na którą mu pozwoliłem, nie była nawet kłopotliwa. Kiedy uznałem, że nasycił się zwycięstwem, wzruszyłem ramionami i uśmiechnąłem się głupio.

– No cóż, przyłapałeś mnie. Punkt dla ciebie, ale teraz naprawdę muszę lecieć. – Wstałem.

– Naprawdę? – zapytał, zagradzając mi ramieniem drogę. – To naprawdę wszystko, co masz do powiedzenia?

– Cóż… – westchnąłem. – Jakby to powiedzieć?

Przesunąłem dłonią po twarzy i podrapałem się za uchem. Potem przeciągnąłem palcami nad rozcięty łuk brwiowy. Zabolało.

– Jeszcze nie wróciłem do siebie po tym… no wiesz, po tym wszystkim.

– Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że nie pamiętasz? – Znów przysunął się nieprzyjemnie blisko.

– Tego nie powiedziałem.

– Ale nie słyszę, żebyś zaprzeczał – odparł jakby zatroskany. Znów wzruszyłem ramionami.

– Co zrobić? – Uśmiechnąłem się głupio.

– Ile pamiętasz z tego, co wydarzyło się… – Wskazał na ranę na moim czole – przed tym?

– Przed czym? – odparłem.

Fisher pokręcił tylko siwą głową.

– Posłuchaj, jak tylko czegoś się dowiem, będziesz pierwszą osobą, której o tym powiem – skłamałem. Poklepałem go po ramieniu, skinąłem i ruszyłem w stronę rozmawiającego z kimś młodego. W miarę jak się zbliżałem, słyszałem, że mówi coraz ciszej. Spoglądał na mnie, zaciskając nerwowo dłoń na telefonie. Wyglądał, jakby relacjonował zaskakujące zjawisko.

– I jak tam, kolego? – spytałem, mijając go. Wszedłem do windy, nie czekając na odpowiedź i odwróciłem się w kierunku biura. Chłopak przerwał połączenie i schował telefon.

– W porządku. A u ciebie? – zapytał zmieszany.

– Jak tam raport? Mam nadzieję, że nie zapomniałeś wspomnieć, że żyję. – Spojrzałem na zawieszony na jego szyi identyfikator.

– Keith! – Pomyślałem. – Tak się nazywa ta szumowina: Keith kabel.

– Chciałbym, żebyś wiedział, Keith, że zawsze możesz liczyć na swoje miejsce w mojej kolumnie, ba, może nawet na stronie! – Uśmiechnąłem się.

Keith przełknął ślinę. Wyraz jego twarzy sugerował, że nie spodziewał się, że go rozpoznam. Wyciągnął komórkę, przycisnął dwa razy zieloną słuchawkę i zanim drzwi windy się zamknęły, usłyszałem dwa słowa.

– On pamięta.

II. Znalezisko

Gdy wróciłem do domu, drzwi były zamknięte, a zamek wymieniony. Po krótkiej negocjacji warunków spłaty czynszu, Tom zgodził się dać mi jeden z kluczy, zaznaczając przy tym, że nie będzie tolerował kolejnych opóźnień. Nowy zamek dał mi poczucie spokoju i mogłem w końcu zabrać się do pracy.

Komputer, który nie ucierpiał podczas włamania, a jedynie „przeniósł się” z biurka na dywan, zawierał więcej informacji niż przypuszczałem. Kimkolwiek byli wandale, nie interesowały ich dane z dysku albo nie wpadli na to, by go włączyć, zanim wyrwali go z sieci.

W przeciągu kilku godzin przejrzałem setki stron tekstu i artykułów o firmach zainteresowanych „inwestycją stulecia”. Pośród potencjalnych wspólników przedsięwzięcia były takie giganty jak Pizza Hut, Cinema City czy AMF Bowling Centres. Deweloperzy prześcigali się pomysłowością, by przejąć intratny kontrakt, natomiast radni, choć nie przedstawili jeszcze oficjalnego stanowiska, nie zaprzeczali oskarżeniom protestujących. Kwestia dzielnicy wypełnionej blokami, sklepami i małymi restauracjami, których żadnym sposobem nie można było usunąć z miejskich map, była beztrosko omijana we wszystkich artykułach.

Dopiero w pliku oznaczonym jako „Lista Marsiano” znalazłem schematy powiązań i zależności między przynajmniej tuzinem członków rady miejskiej i firmami, które zainteresowane były ulokowaniem kapitału.

W miarę przeglądania tych skrupulatnie zebranych materiałów, doszedłem do wniosku, że przy tak wielkiej liczbie zamieszanych, utrzymanie wszystkiego w tajemnicy było po prostu niemożliwe. Część radnych z pewnością kpiła sobie z obietnic bajecznych zysków z inwestycji. I na pewno niejeden krzywił się na decyzje, zapadające przy wyborze metod rozwiązania problemu. Bez uprzedniego przejęcia parceli, planami, które tak pieczołowicie układano, można było sobie co najwyżej tyłek podetrzeć.

Nagle, w gąszczu plików, w oczy rzucił się jeden w formacie „.wav”, którego nazwa brzmiała dość obiecująco: „Rozmowa z M”. Założyłem słuchawkę tak, by drugie ucho gotowe było wykryć niespodziewanych gości, włączyłem nagranie i dałem się ponieść nowej detektywistycznej pasji.

– Dzień dobry, panie Marsiano – rozpoznałem swój głos.

– Dzień dobry – odpowiedział.

– Dziękuję, że zechciał się pan spotkać. Postaram się nie zająć zbyt wiele pańskiego czasu.

– W czym mogę panu pomóc? – zapytał.

– Kochanie? Czy przynieść wam kawy? – Z korytarza dobiegł głos kobiety.

– Nie, nie trzeba, skarbie, pan Dawson nie zabawi zbyt długo.

– Może przejdę do rzeczy? – zapytałem.

– Proszę bardzo.

– Tak więc na początek chciałem, aby sprostował pan informację, którą chcemy opublikować w piątkowym wydaniu Financial Journal…

Zatrzymałem plik. Rzuciłem okiem na zegarek i sprawdziłem kalendarz. Był poniedziałek, 29 stycznia 2001 roku. Następnie sprawdziłem datę utworzenia pliku. I tutaj moje zdziwienie było nieco większe. Od czasu rozmowy z Donnym minęło ponad dziewięć miesięcy. Nagrano ją 12 kwietnia 2000. Co, do cholery, robiłem przez pół roku? Dlaczego nie raczyłem napisać choćby jednego artykułu na ten temat?

Mój wzrok mimowolnie zatrzymał się na rozprutej sofie. Zaklejone taśmą skórzane siedzenie sugerowało odpowiedź. Możliwe, że po prostu się bałem, ale z drugiej strony, czy strach przed włamaniem powstrzymałby tak dzielnego dziennikarza? Czy ciekawość i instynkt nie są silniejsze od strachu? Tak czy inaczej coś powstrzymało mnie i chciałem wiedzieć, co to było. Musiałem wiedzieć, co to było.

Założyłem drugą słuchawkę, rozsiadłem się w niewygodnym fotelu i wznowiłem zatrzymane nagranie.

– Słucham pana – powiedział Marsiano. – Jaką rewelację chce pan ujawnić w tej pańskiej kolumnie?

– Artykuł jest już gotowy, proszę spojrzeć. – Usłyszałem chrząknięcie i długą, nieprzerwaną niczym ciszę.

– Pan chyba żartuje? – oburzył się. – Mam uwierzyć, że pański redaktor opublikuje coś takiego? Przecież to stek bzdur. Czy wie pan, że jako reprezentant piętnastego okręgu planuję kandydować do senatu? Myśli pan, że pozwoliłbym sobie na taki przekręt?

– Mam dowody.

– Dowody? Na co?

– Wiem, że sześć z dziesięciu wypadków, które miały miejsce w ostatnim czasie, to pobicia. Za każdym razem rozboju dokonała grupa białych mężczyzn, niezrzeszonych z żadnym gangiem. To nie było wymuszenie haraczu. Pracują na zlecenie kogoś z zewnątrz, komu bardzo zależy na tych parcelach. Wiem również, że pożar, który strawił budynek na rogu Pattison i Darien, był skutkiem podpalenia. Poza tym w ostatnim napadzie na sklep Vincenco Diego sprawcy nie ukradli nawet ćwierćdolarówki. Pobicia i wandalizm to moim zdaniem ostrzeżenie. Nie do końca przemyślane.

– Doprawdy nie wiem, dlaczego pan mi o tym wszystkim mówi.

– Mówię, bo tu nie chodzi już tylko o mieszkańców dzielnicy. Tu chodzi o wojnę, którą przez swoje małe rozgrywki rozpocznie pan z mafią. Pan wie, że kuzyn Vincenca jest przyjacielem jednego z członków rodziny Scarfo?

– Niech pan się o mafię nie martwi, panie Dawson. Niech pan to zostawi profesjonalistom. Policja doskonale radzi sobie z tym problemem. A jeśli chodzi o te nieszczęśliwe wypadki, to mogę jedynie dodać, że Filadelfia to niebezpieczne miasto.

– Czyli zaprzecza pan, jakoby miał pan coś wspólnego z grupą przestępczą odpowiedzialną za nękanie mieszkańców Pattison Avenue?

– Oczywiście. I wie pan, co jeszcze panu powiem? Jeśli dalej będzie pan rzucał oskarżenia na lewo i prawo, ktoś może stracić cierpliwość i narobić panu kłopotów.

– To zabrzmiało jak groźba – odparłem.

– To nie groźba, to ostrzeżenie i proszę nie przekręcać moich słów. Zresztą wie pan doskonale, do czego polityk może się posunąć, a do czego nie. Jeśli wydaje się panu, że ktoś zrobi dla pana wyjątek w tej kwestii, to grubo się pan myli.

Zatrzymałem nagranie. Wyglądało na to, że mimo wszystko Jerry był facetem z ikrą. Nie bawił się w ciche oskarżenia. Zamiast atakować Marsiano zza redakcyjnego biurka, postanowił stanąć z nim twarzą w twarz. Teraz zapewne uznałby to za głupotę, ale wtedy, w tamtym momencie pójście do Donny’ego z jakiegoś powodu wydawało mu się uzasadnione. Nie wróżyło to dobrze na przyszłość. Odważni głupcy rzadko dożywają końca rozgrywki.

Pomyślałem, że dobrze byłoby znaleźć ten artykuł. Jeśli to nie był blef ani prowokacja i jeśli Jerry rzeczywiście opublikował go, tak, jak obiecał Donny’emu, tekst powinien rzucić trochę światła na całą tę aferę z Marsiano. Zastanawiało mnie też coś innego. Jeśli rzeczywiście miał opublikować tekst, po jaką cholerę pchał się w objęcia króla złoczyńców? A może ten artykuł to blaga, a cała scena to zwykła prowokacja?

Dumałem chwilę nad tym pytaniem, po czym zrobiłem to, co każdy szanujący się egocentryk robi przynajmniej raz dziennie: włączyłem przeglądarkę i wpisałem swoje nazwisko. W rezultatach wyszukiwania już na pierwszej stronie pojawiły się jego teksty. Większość dotyczyła spraw lokalnych i koszmarnie nieistotnych. Regionalne wydarzenia, opisywane jak międzynarodowe igrzyska przedsiębiorczych, prawych i uczciwych, robiły wrażenie pisanych pod zamówienie, bez krzty indywidualizmu i polotu. Jedynie sporadycznie pojawiały się między nimi analizy gospodarcze, ukryte pod płaszczykiem osobistych historii tego czy innego polityka. Artykułów z prawdziwego zdarzenia było jak na lekarstwo, tak że w miarę czytania mój szacunek do dawnego siebie znów zaczął topnieć. Artykułów było sporo, a te najwcześniejsze sięgały 1998 roku. Czytając wcześniejsze, doszedłem do wniosku, że nie zawsze byłem tak nędznym dziennikarzyną. Pierwsze artykuły dowodziły, że wszystko, co napisałem potem, od marca 2000 roku było obciążone jakimś namacalnym balastem, paraliżującą ostrożnością; zupełnie jakby Donny Marsiano rzucał potężny cień na moje małe biurko. Nie muszę chyba dodawać, że po artykule przedstawianym Donny’emu nie było ani śladu? Pozostawało zadać sobie jedno pytanie: dlaczego Jerry nie napisał artykułu? Czy spotkało go coś, o czym powinienem wiedzieć?

Był późny wieczór, gdy zakończyłem analizę artykułów. Dopiero gdy doszedłem do wniosku, że kawał drania ze mnie, mój nastrój uległ nieznacznej poprawie. Okazało się bowiem, że oprócz stałego etatu w Financial Journal, pisywałem również obszerne felietony w różnych miesięcznikach o nakładzie ogólnokrajowym. Być może właśnie dlatego Fisher nie zwolnił mnie jeszcze po tylu miesiącach dziennikarskiej fuszerki, a artykuły pojawiały się nieprzerwanie do połowy sierpnia. Wyglądało na to, że moje nazwisko wciąż jeszcze coś znaczyło w dziennikarskim światku. Przynajmniej dopóki nie zacząłem prowadzić moich małych, tajnych, a potem jawnych poszukiwań.

Oficjalnie Jerry był wziętym reporterem. Przenikał do środowisk i opisywał je od wewnątrz jak nieszkodliwy pasożyt. Wkradał się do sekt, w których starzy szamani i charyzmatyczni pedofile biorą pod opiekę wyzwolone nastolatki, gdzie przekwalifikowani złodzieje zakładają interesy życia, pozbawiając oszczędności samotnych frajerów. Jerry dołączał do grup anarchistycznych, stowarzyszeń antyglobalistów i innych żyjących złudzeniami idealistów. Zapoznawał się z ich ideami, zaprzyjaźniał z członkami, a potem zdobywał zaufanie i wszystkie potrzebne informacje. Na koniec dokonywał bezkompromisowej analizy i dokładnie opisywał, rozmieniając ich wielkie, szlachetne idee na drobne monety bezwartościowych przekonań.