Strona główna » Fantastyka i sci-fi » Królewska Talia

Królewska Talia

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-8073-508-8

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Królewska Talia

Królewska Talia” -  nowa powieść fantasy Marcina Mortki.
Już w pierwszym tomie, w pierwszym rozdaniu czeka was magia, spiski, oszustwa i walka o władzę nad Nowym Mandylionem. Jeśli szukacie nagłych zwrotów akcji, też się nie zawiedziecie. Spotkacie widma, gnomy, elfy i druidów.
Nadejście Czerni, niezbadanej siły, zmusza mieszkańców królestwa Mandylionu do ucieczki i szukania nowej ojczyzny. W odległym Taliadzie – Nowym Mandylionie -  natrafiają na kolejne przeciwności. Co więcej, młody Tankred Hanstar odkrywa spisek: dwa rody zaczynają knuć przeciwko pozostałym.
Cóż więc stało się z Królewską Talia – pradawnym artefaktem, który dbał o porządek wśród rodów?

Polecane książki

Z tego ebooka dowiesz się, jak zgodnie z przepisami zawrzeć umowę z kontrahentem, jak ją zmienić, jeśli jej zapisy przestaną być dla Ciebie korzystne i jak się z niej wycofać, jeśli okaże się to konieczne. Dzięki temu zagadnienie zawierania, zmiany i rozwiązywania umów nie będzie miało przed Tobą ta...
Wszyscy potrzebujemy mentorów. Oto ponad stu spośród najlepszych na świecie. Do kogo zwracasz się z prośbą o radę, kiedy musisz znaleźć odpowiedź na życiowe pytania? Potrzebujemy mentorów, zwłaszcza kiedy wszystko wydaje się sprzysięgać przeciwko nam. Chcąc znaleźć najlepszych mentorów dla siebie, a...
Geniusz nie zna rasy. Siła nie zna płci. Odwaga nie zna granic. Porywająca opowieść o wyjątkowych kobietach, które zrobiły tak wiele, a o których wiemy mało lub nic. Bez pracy tych wybitnie utalentowanych matematyczek amerykański sen o podboju kosmosu pozostałby w sferze marzeń. Św...
Życie na Jerychu zdecydowanie nie jest ani łatwe, ani specjalnie przyjemne. Bywa ono szczególnie trudne dla tych, którzy próbując uciec przed przeszłością, z własnej woli zdecydowali się na karierę szczurołapa. Mimo trudów codziennego życia, korporacyjna ochrona oferuje szczurołapom to, na czym...
W komentarzu omówiono przepisy rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady nr 596/2014 (MAR). Autorzy uwzględnili wszystkie dotychczas wydane akty wykonawcze do MAR oraz stanowiska Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego w sprawie MAR. Publikacja stanowi praktyczną pomoc w codziennym wykonywaniu obowi...
  Kim były kobiety niepodległości? Żonami i powiernicami polityków? Działaczkami społecznymi? Prekursorkami feminizmu? A może celebrytkami II RP? Okrągła rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości to dobra okazja, aby przyjrzeć się kobietom tamtej epoki. Iwona Kienzler, znana popularyzatorka hi...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Marcin Mortka

Redaktor prowadzący: AGNIESZKA SOBICH, MONIKA KOCHRedakcja: ANNA WŁODARKIEWICZKorekta: MACIEJ KORBASIŃSKI, TERESA ZIELIŃSKA, HALINA STYKOWSKAProjekt okładki i ilustracje: PAWEŁ ZARĘBAProjekt graficzny i DTP: BERNARD PTASZYŃSKI© Copyright for text by Marcin Mortka, 2017
© Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.
Warszawa 2017 Wydanie IWszystkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.ISBN 978-83-8073-508-8Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.
Al. Jerozolimskie 94, piętro 12, 00-807 Warszawa
Tel. +48 22 379 85 50, Faks: +48 22 379 85 51
e-mail:wydawnictwo@zielonasowa.plwww.zielonasowa.plKonwersja:eLitera s.c..

Zobacz także inne książki Marie Lu:

REBELIANT

WYBRANIEC

PATRIOTA

Z całego serca dziękuję redaktorce tej książki, Pani Annie Włodarkiewicz, drugiej osobie, którą polubiła moją opowieść, a pierwszej, która zaprowadziła w niej porządek.

Autor

Pierwsi z nich pojawili się trzy lata temu.

Ich skrzydlate okręty kotwiczyły przy Svallebru i w innych portach dumnego Taliadu, a przybysze schodzili na ląd, dziękowali za gościnę i udawali się na krótki spoczynek, by skoro świt chwycić za lunetę i wypatrywać kolejnych okrętów, a na nich rodzin, przyjaciół, sojuszników, rodaków. Wielu z nich się doczekało – nie było dnia, by na poszarpanym horyzoncie nie pojawiły się nowe żagle. Ale chwile ulgi i radości nigdy nie trwały długo, każdy kolejny statek przywoził bowiem coraz gorsze wieści.

Ze współczuciem spoglądano na tych, którzy musieli umykać ze swej ojczyzny. Ze strachem słuchano opowieści o straszliwej Czerni, która im zagroziła, skwapliwie wskazywano miejsca w gospodach i pola, na których mogli wznieść namioty, szczodrze częstowano, tym bardziej że płacili chętnie. Mało komu z Taliadczyków przeszkadzało to, że przybysze na ogół traktowali ich z góry i mało który znał ich mowę. Nie zważano nawet na to, że przybywało ich z każdym dniem i wkrótce były ich tysiące, dziesiątki tysięcy. Ba, mówiono nawet, że król Taliadu, pochłonięty beznadziejną wojną domową z własnymi braćmi, przyjmie obcych pod swój znak i dzięki nim rychło zakończy zmagania.

O tym, że ufność i głupota tego samego ojca mają, przypomnieli sobie Taliadczycy dopiero w chwili, gdy najwytrwalsi spośród przybyszów odwrócili się już od morza i schowali lunety. Ich ojczyzna za wielką wodą przestała istnieć. Nadszedł czas na znalezienie sobie kolejnej, a w namiocie ich władcy, który cudem uszedł z życiem na jednym z ostatnich okrętów, oficjalnie zatwierdzono dość oczywisty plan.

Czekali tylko na pretekst, by wypowiedzieć Taliadowi wojnę, a ten pojawił się szybko.

Wkrótce Taliad przekonał się, że niewiele może się równać determinacji armii, która nie ma absolutnie nic do stracenia. Rozpoczęły się czasy Mandylionu.

– Idą!

„Idą” – powtórzył w myślach Tankred. Przełknął ślinę i zacisnął dłoń mocniej na mieczu. Odruchowo rozejrzał się po lesie, ale niskie, poskręcane sosny, wyrastające z nadmorskich mchów, zazdrośnie skrywały tajemnicę. Wysoko nad ich czubkami krzyczały zaniepokojone mewy.

– Idą! – raz jeszcze wykrzyknął Pieśniarz, stojący gdzieś na czele konwoju, zupełnie niepotrzebnie, bo nikt z żywych nigdy nie ośmieliłby się podważyć jego słów.

Konie parskały cicho i łyskały ślepiami, jakby i one wyczu­wały zagrożenie. Ludzie kryli się za burtami wozów, wyglądali zza kół, celowali spod plandek.

Gdzieś daleko, wśród pokracznych, przypominających odnóża korzeni sosen pojawiły się pasemka mgły, natychmiast roztrącone przez poruszający się błyskawicznie niewyraźny kształt. Tankred odruchowo zamknął oczy i odwrócił głowę.

„Przeklęte Widmo” – pomyślał z odrazą.

Ponad nadmorskim lasem przemknął wrzask dzikiej grozy, ale nic nie mogło powstrzymać przeznaczenia. Mgła niespodziewanie zgęstniała, posiwiała, a potem przeszyły ją pierwsze strzały. Przemykały nad głowami, rozdzierały płótno, z hukiem wbijały się w drewniane burty. Jeden z piechurów klęczących obok Tankreda złapał się za gardło, inny z wrzaskiem szarpał strzałę sterczącą mu z przedramienia. Nikt nawet na niego nie spojrzał. Uwaga wszystkich skupiona była na przygarbionych istotach wyłaniających się z mgły.

Obrońcy konwoju krzyczeli chrapliwie i szyli z łuków, ale Tankred nie słyszał ani słowa. Krew huczała mu w żyłach. Nadchodzili.

Mąciciele. Plugastwo. Durnie z sieczką w głowach.

Tankred spojrzał na Dagnaara Vlistuna, który czuwał nieopodal, zasłonięty owalną tarczą. W jego oczach wyczytał dokładnie to, czego się spodziewał.

– Naprzód! Za Mandylion! – ryknął i zeskoczył z wozu.

Dagnaar również się zerwał, a za nimi Tomas Toulghan, Alaine Puckhard i pozostali rycerze Stalowej Duszy. Biegli jak szaleni między drzewami. Sypki piach więził ich stopy, iglaste gałęzie smagały po twarzach, zewsząd śmigała ku nim śmierć zbrojna w stalowe groty, ale nic nie mogło ich powstrzymać.

Tankred, który pędził na przedzie, zapomniał osłonić twarz tarczą. Zrobił to w ostatniej chwili. Ułamek sekundy później przebił ją grot jednego z napastników, inny musnął jego naramiennik, który odbił się i wirując, poleciał w las. Jeden z młodych rycerzy – chyba Puckhard – ryknął z bólu, ale nie miało to znaczenia. Znaleźli się w zasadzce.

Tankred nie miał cienia wątpliwości, że przeciwnikowi dokładnie o to chodziło. Zwiadowcy z pewnością śledzili ich konwój od chwili, gdy opuścili Posępną Łunę, i donieśli, że czwartą część eskorty stanowią rycerze Stalowej Duszy, którzy nie potrafią trwać na stanowisku jak szkoleni łucznicy czy pikinierzy. Mąciciele wiedzieli, że bez trudu zdołają oderwać ich od wozów i zaciągnąć w las.

Na tym jednakże kończyła się ich umiejętność przewidywania wypadków. Jeśli spodziewali się, że zdołają w ten sposób wybić przeciwnika, mylili się, i to bardzo. Przypuszczalnie nie zdawali sobie sprawy, kim rycerze Stalowej Duszy naprawdę byli, i nie wiedzieli, czego mogą się po nich spodziewać.

Najbliższy z napastników zamierzał przebić Tankreda strza­łą wypuszczoną z niewielkiej odległości. Rycerz nawet nie próbował uniknąć grotu, który ześlizgnął się po jego pysz­nym napierśniku, nie czyniąc mu szkody. Sekundę później miecz Tankreda opadł niczym atakujący jastrząb i wgryzł się w ciało przeciwnika. Rycerz nie zwlekał – błyskawicznie wyrwał ostrze z rany i zwrócił się ku kolejnym napastnikom. Korę poskręcanej sosny zbryzgała krew. Następny z atakujących natarł z trzymanym oburącz toporem, ale zamachnął się za mocnoi stracił równowagę. Rycerz ciął go od niechcenia przez plecy, odepchnął jego ciało tarczą, zawirował, odbił atakującą znikąd włócznię i zmiażdżył głownią twarz napastnika.

Mąciciele. Wszawe plemię. Opętani żądzą zemsty ludzie pokonanego już króla Taliadu.

Przeciwników wciąż przybywało, ale rycerze Stalowej Duszy, choć nieliczni, zdawali się być w kilku miejscach naraz. Tankred miał wrażenie, że Puckhard osunął się na ziemię bez życia, ale nie miał czasu tego sprawdzić. Ciął i rąbał, zamieniony przez furię w stalowy wir. Nie liczył wrogów posyłanych na mech ani uderzeń przyjmowanych na powyginaną tarczę. Walczył i uśmiechał się.

Szczury. Tępe gady. Cierń w boku Mandylionu.

Gdzieś w oddali krzyczał Pieśniarz, wył wiatr, złowieszczo skrzypiały pnie drzew. Toulghan wrzeszczał, przybity włócznią do pnia sosny. Nie miał kto mu przyjść z pomocą. Tankred rąbał, pchał i parował. Po czole wędrowała mu samotna kropla potu, pierwsza z wielu.

Zetknął się plecami z Dagnaarem.

– Nieźle jak na skrybę – parsknął tamten, zdyszany.

– Nieźle jak na zielarza – wycedził Tankred. – Myślałem, że pijawki, które…

– Uważaj!

Tankred spóźnił się o ułamek sekundy. Mąciciel, uzbrojony w długą włócznię, którą władał zaskakująco sprawnie, wykonał przebiegłe pchnięcie. Młody rycerz uskoczył i w tej samej chwili zauważył, że z boku naciera kolejny napastnik. Zawahał się – nowo przybyły miał wydatne kości policzkowe, duże zielonoszare oczy i ostro zakończone uszy. Przez jego twarz biegły pionowe pomarańczowe pasy. Miecz w jego ręku wydawał się lekki niczym piórko.

„Elf? – pomyślał zaskoczony Tankred. – Elf wśród Mącicieli?”

Krótka chwila wahania okazała się zbyt długa. Niespodziewanie świat przed oczami rycerza przesłonił czerwony ból, gdy ostrze wrogiej włóczni wbiło się w jego ciało tuż pod napierśnikiem.

– Aaargh! – ryknął.

Odruchowo złapał drzewce i zatrzymał je nadludzkim wysiłkiem. Kątem oka zauważył, że Mąciciel napiera na włócznię. Elf u jego boku, z jakiegoś powodu poruszony, uniósł miecz. Omdlewający z bólu Tankred nadal powstrzymywał drzewce. Świat rozmywał się, paraliżowany bólem. Rycerz osunął się na kolana.

Dostrzegł jeszcze, jak elfie ostrze zatrzymuje się na mieczu Dagnaara, a potem wszystko wokół spowiły ciemności.

Płomień pochodni zatkniętej na murze zatrzepotał nagle. Tankred odwrócił się gwałtownie, przerażony, że Czerń wkradła się już do ojcowskiego zamczyska zwanego Skaliną, ale ciemny korytarz był pusty. Chłopiec przełknął ślinę, lecz­ ulga była chwilowa. Na powrót przyłożył ucho do ciężkich dębowych drzwi, zza których dobiegały odgłosy kłótni. Jej uczestnicy nie szczędzili gardeł – wściekłe głosy nakładały się na siebie i odbijały echem od ścian. Czasami udawało mu się usłyszeć starszego brata Crustina, który wybijał każde zdanie pięścią na stole, czasami przez gwar przebijał się wuj Mustaig, rycząc niczym piętnowany żelazem bawół, o spokój wołał Olve, ale wszystkich uciszyć potrafił jedynie ojciec.

Tak, Tankred niekiedy odnosił wrażenie, że ojciec mógłby samym tylko spojrzeniem zawrócić burzę. Gdy się odzywał, wszyscy milkli.

„Szkoda tylko, że mówi tak cicho” – pomyślał chłopiec i przycisnął ucho do drzwi, wstrzymując oddech.

Niewiele usłyszał, ale to, co dotarło do jego uszu, zamieniło krew w jego żyłach w lód.

– …nie możemy porzucić naszego króla w potrzebie… Pojedziemy pod królewski znak, ja i Crustin, oraz ci z was…

– I ja! – ryknął Mustaig, aż echo poszło.

– Nie, bracie. Ty… wszystkie zbiory… kobiety oraz dzieci… Ty i Olve… Tankreda i Vilienę… Póki zostały jeszcze jakieś okręty…

– A Talia? – spytał ktoś.

– To nie nasza sprawa – odrzekł stanowczo ojciec. – My musimy zatroszczyć się o ród.

W zaległej nagle ciszy rozległo się czyjeś pytanie, chyba starego wuja Asthana, jak na złość zadane mocnym, wyraźnym głosem:

– Pojadę z tobą, Vildurfie, jeśli mi każesz, ale… Ale wiesz, że tej bitwy nie wygramy, prawda?

– Do zadań – rzucił w odpowiedzi ojciec. – I niech nas Pieśni wspomną.

Zebrani wymruczeli formułę pożegnalną, zaszurały odsuwane krzes­ła, szczęknął oręż, zazgrzytały otwierane drzwi. Tankred w ostatniej chwili uskoczył w kąt. Serce biło mu szybko. Był przekonany, że ktoś go zauważył i zaraz zostanie zbesztany za podsłuchiwanie narad doros­łych, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi. Wtulony w ciemny zakamarek patrzył na mijających go mężczyzn. Widział wuja Olvego, zazwyczaj pogodnego i rubasznego, teraz szarpiącego z furią wąsiska, widział Crustina, który kręcił głową, jakby nie dowierzał temu, co się dzieje, widział przygryzającego wargę Mustaiga, a nade wszystko ojca, poważnego, wyniosłego, pobladłego, jakby już był duchem.

Patrzył na nich i ich nie poznawał.

Wsunął się głębiej w kąt, ale ojciec, którego czasami posądzał o magiczne umiejętności, zdołał go wypatrzyć. Niespodziewanie jego surowe oblicze rozjaśnił uśmiech. Podszedł do Tankreda i wyciągnął dłoń, by zmierzwić mu włosy.

– Znowu podsłuchujesz? – spytał pozornie beztroskim, lekkim głosem.

– Nie, ja tylko…

– Pewnie, że podsłuchuje – rzucił Olve, który zawrócił w pół drogi.

Klepnął chłopaka po ramieniu, nieco za mocno, przez co ten podniósł głowę. W porę, by przechwycić spojrzenie, którym wuj obdarzył ojca.

Spojrzenie pełne rozpaczy.

Twarz Dagnaara, w pierwszej chwili rozmyta i niewyraźna, nabierała powoli ostrości. Tankred zacisnął powieki i w tej samej chwili ze wszystkich stron zbiegły się wspomnienia zaciekłej walki wśród suchych sosen. Z trudem otworzył oczy i dostrzegł poważną minę towarzysza.

– Co… – wykrztusił. – Co ze mną?

Pamiętał włócznię wbijającą się w jego ciało, tymczasem nie było ani śladu bólu. Po jego ciele rozlewało się natomiast nieprzyjemne, paraliżujące zimno. W umyśle rycerza natychmiast pojawił się niepokojący domysł, z każdą chwilą coraz bardziej przerażający.

– Czy ja… – zachrypiał, ale Dagnaar machnął lekceważąco dłonią.

– Nie, nie jesteś sparaliżowany. Podałem ci tylko wywar z mleczorogu.

– Co takiego?

– Środek na takich szaleńców jak ty. Odbiera władzę w rękach i nogach, by tacy jak ja, znaczy się mądrzy i roztropni, mogli zająć się ich ranami.

W oczach Dagnaara błysnęła iskierka rozbawienia. Tankred z trudem opanował ulgę.

– Nie potrzebuję tych twoich magicznych eliksirów – burk­nął, udając irytację.

– Ależ potrzebujesz. Zapomniałem dodać, że to najlepszy środek uśmierzający ból, jaki znam. Tobie zaś wbito włócznię w bok, skrybo.

Tankred przymknął na moment oczy. Rejestrował coraz więcej odgłosów – ktoś wył z bólu, przeraźliwie piszczała piasta, jeden z woźniców ostro zacinał z bicza opieszałe konie. Czubki sosen wolno przesuwały się na tle szarego nieba.

„Odparliśmy atak” – pomyślał i znów pogrążył się w mroku.

Port, z którego mieli wypłynąć, zwał się Pogromcą. Tankred chciał wypytać wuja Olvego zarówno o tę nazwę, jak i o wiele innych rzeczy. Chciał wiedzieć, kto wzniósł tak masywne wieże, wyrastające z morskiej toni na wysokości skalistej wyspy. Chciał się dowiedzieć, skąd się tu wzięło tylu ludzi o ciemnych oczach i dlaczego mówili inaczej. Ciekawiły go rogi porykujące rytmicznie na miejskich basztach i dziwaczne ryby sprzedawane na mijanych straganach. Chciał mówić i chciał, by do niego mówiono. Zrobiłby wszystko, aby w jakiś sposób stłumić wszechogarniające go napięcie, ale Olve, poważny jak nigdy, mocno zaciskał dłoń na ramieniu chłopaka i popędzał go bez litości.

Posłaniec na spienionym, wyczerpanym koniu dogonił ich, gdy skręcili już w stronę portu i ujrzeli cumujące przy kamiennym nabrzeżu okręty. Był blady i wyczerpany, a prawą rękę obwiązał brudnym bandażem. Zsunął się z siodła i stanął przy wierzchowcu, wspierając się ranną ręką o kulbakę. Patrzył z powagą na Olvego.

Ten westchnął ciężko, bardzo ciężko, niczym człowiek, który zaraz ma usłyszeć złowróżbną ocenę medyka.

– Idź. – Pchnął lekko Tankreda. – Wejdź na okręt. Ten, na którym czeka Brisse. Z pierwszym odpływem opuścisz Mandylion.

– A Viliena? – spytał chłopak, zdezorientowany. – Gdzie moja siostra?

– Na innym statku.

– Czemu? Czemu nie możemy…

Zasypywał wuja pytaniami, bo z jakiegoś powodu nie chciał, aby ten podszedł do posłańca. Nie chciał, aby przybysz zatruł go złymi wieściami, ale Olve pchnął go raz jeszcze, tym razem mocniej, i Tankred ruszył przed siebie, ociągając się. Widział, jak wuj słucha, potakuje z ponurą miną, a potem odwraca głowę i z trudem łapie powietrze. Kilka chwil później sam wszedł na pokład i ochrypłym głosem wydał polecenie rzucenia cum.

– Wujku! – Tankred podkradł się do niego niepewnie. – Te wieże przy skałach… – zagadnął, jakby nic złego się nie działo. – Kto je zbudował?

Twarz Olvego była nieporuszona niczym granitowy sarkofag.

– To już nie ma znaczenia – odparł. – Najmniejszego.

Gdy Tankred ponownie otworzył oczy, zapadał już zmrok. Przez ściany namiotu, w którym leżał, przenikał blask płomieni pobliskich ognisk. Na próbę poruszył ręką i z ulgą odkrył, że paraliżujące zimno powoli ustępuje. Z trudem dotknął bandaży, którymi owinięto jego bok, i skrzywił się, gdy pośród chłodu spowijającego dolną część ciała obudził się ból.

Opadł na zaimprowizowane posłanie. Nawet ten oszczęd­ny ruch wystarczył, żeby jego czoło pokryło się potem. Leżał i ciężko oddychał.

Na zewnątrz słychać było rozmowę. Dopiero po chwili Tankred wyróżnił głosy Pieśniarza Alisanna oraz Dagnaara Vlistuna. Rozmawiali o drodze i o stanie rannych. Głos Alisanna aż drżał z utajonej wściekłości, a Dagnaar mówił cicho, z pokorą, jak zawsze w obecności Pieśniarza. Ten bez ostrzeżenia przerwał rozmowę.

Kilka uderzeń serca później ktoś gwałtownie odrzucił płachtę zasłaniającą wejście do namiotu. Do środka wtargnął rześki powiew wieczornego powietrza oraz ciężki dym z ognisk, a potem wszystko przesłoniła twarz Alisanna.

Tankred, choć wciąż odrętwiały po lekach przyjaciela, drgnął raptownie. Przedstawiciel najbardziej tajemniczej ze wszystkich grup, jakie służyły królowi Mandylionu Duncanowi III, budził lęk samą obecnością i tylko najodważniejsi z rycerzy Zakonu Stalowej Duszy potrafili podczas rozmowy spojrzeć mu w oczy, a nawet oni szybko uciekali spojrzeniem. Niełatwo bowiem przychodził kontakt z człowiekiem, który wydawał polecenia Widmom, tym bardziej że słynął z gwałtownego temperamentu i zamiłowania do sadyzmu.

– Jak się czujesz? – warknął, siadając. Owinął się przy tym wielobarwną szatą pozszywaną z rozmaitych skrawków, co miało symbolizować wiedzę Pieśniarzy, pochodzącą z rozlicznych Pieśni.

– D-d-dobrze – bąknął Tankred, zaskoczony pytaniem.

– To źle. – Pieśniarz zmrużył oczy. Od jego łysej czaszki pokrytej grubymi żyłami odbijał się blask płomieni. – Wielka szkoda, że młody Vlistun podał ci wywar z mleczorogu. Wielka. Powinieneś wić się z bólu, smarkaczu.

Młody rycerz wpatrywał się z przerażeniem w Alisanna.

– Ale… Ale…

– Znam Regułę twego Zakonu – cedził Pieśniarz jadowitym głosem. – Doskonale wiem, że zabrania ona wam się chować i nakazuje stawać twarzą w twarz z nieprzyjacielem. Wiem też, że nie kto inny jak sam król rozkazał wam we­pchnąć sobie tę Regułę w dupę, przynajmniej dopóty, dopóki na tych przeklętych ziemiach nie zapanuje pokój. A ty, jak ostatni dureń, pozwalasz sobie na szarżę w głąb lasu!

Drobinki śliny wściekłego Pieśniarza lądowały na twarzy zmartwiałego Tankreda. Chłopak otworzył usta, ale natychmiast je zamknął, niezdolny wyrzec choćby jednego słowa w swej obronie.

– Puckharda pochlastali tak, że cud będzie, jak chłopak wstanie za miesiąc z łóżka, Toulghan też oberwał, a ty sam jeszcze długo będziesz potrzebował pomocy, by się wysrać! – parskał rozwścieczony Pieśniarz. – I po co to wszystko? By rozpłatać kilku parszywych buntowników? Twarzą w twarz, jak nakazuje Reguła? Jeśli mamy wygrać tę cholerną wojnę, król będzie potrzebował każdego z was, osły! Każdego! Nie wolno wam dawać się wyrzynać w leśnych potyczkach!

Umilkł, odwrócił głowę i przez moment wpatrywał się w ognisko przebijające przez ścianę namiotu.

– Niebawem dotrzemy do Miasta na Skale. Tam powierzę ciebie i pozostałych opiece rodu Vothanów, który, jak zapewne wiesz, włada miastem i wodami terytorialnymi – zakończył Alisann. – Gdy tylko tamtejszy Pieśniarz uzna, że możesz wsiąść na konia, wracaj pod sztandar króla i nigdy, przenigdy nie słuchaj własnych pomysłów, Hanstar.

Tankred drgnął lekko, co nie uszło uwadze Pieśniarza.

– Boli cię to, co mówię? – zasyczał. – To dobrze, bo może dzięki temu lepiej sobie zapamiętasz, jakim głupcem się okazałeś. Jesteś Hanstarem, na najgorsze z Pieśni! Twój ród słynie z mądrości! To po tobie, właśnie po tobie, spodziewałbym się rozwagi i umiejętności sprawnej oceny sytuacji! Przynosisz hańbę swemu zmarłemu ojcu. Jeszcze jeden głupi błąd, Hanstar, a urządzę cię tak, że ci nawet wujaszek Olve w niczym nie pomoże.

Dopiero po chwili Tankred uświadomił sobie, że Pieśniarz wyszedł już z namiotu. Jedyną pamiątką po jego wizycie była rozkołysana płachta, którą po chwili odsunęła dłoń Dagnaara.

– Zostaw mnie w spokoju – szepnął Tankred, pobladły i poruszony ostrymi słowami Alisanna.

– Po co? – spytał młody Vlistun, który wślizgnął się do środka i usiadł na rozłożonej na ziemi owczej skórze. – Byś mógł przeżuwać w nieskończoność jego słowa?

– On ma rację.

– To Pieśniarz. Oni zawsze mają rację. Nie mają natomiast prawa szargać świętości, łyse hieny, i dlatego postanowiłem ci coś przepisać na tę szczególną dolegliwość.

Bez słowa odkorkował niewielką buteleczkę i pociągnął z niej spory łyk, a potem poczęstował Tankreda. Rycerz zakaszlał, gdy w jego ustach rozlał się gorzki, piekący smak, ale uśmiechnął się słabo, gdy go rozpoznał.

– To żgluch – mruknął. – Popijasz alkohol pędzony przez Mącicieli? W Posępnej Łunie mówili, że ostatnio dodają do niego jakiegoś świństwa, po którym ludzie mają biegunkę przez tydzień.

– To nie jest oryginalny żgluch. – Dagnaar skrzywił się. – Mój ród nie pija byle czego. Dziadek zdobył recepturę, usprawnił co nieco i hojnie nas obdarował. Mówi, że skoro sam nie może walczyć, bo idzie mu na setkę, to przynajmniej nam poprawi morale.

Obaj uśmiechnęli się, zadowoleni, że coś oderwało ich myśli od konfrontacji z Alisannem, a potem wzięli jeszcze po łyku. Milczeli przez moment, aż z oddali dobiegł wrzask Pieśniarza strofującego strażników.

– Nigdy nie słyszałem, by aż tak się darł – przyznał Tankred. – Przez moment byłem pewien, że chce mnie poszczuć Widmem.

Zaśmiał się nerwowo i z trudem uniósł rękę, aby odgarnąć jasne kędziory z czoła.

– Tu nie chodzi o ciebie – odparł Dagnaar i zacisnął mocno usta, jakby nagle uświadomił sobie, że zdradził wielki sekret. – Przynajmniej nie do końca.

– A o co? – spytał Tankred, siląc się na swobodny ton, choć serce zaczęło szybciej mu bić. – Czyżby naprawdę przybyły jakieś statki z Man…

– Nie wiem – uciął Dagnaar. – Właściwie to wiem tyle co ty, czyli nic.

Wojna w Taliadzie trwała z przerwami prawie od trzech lat i młodym rycerzom Zakonu Stalowej Duszy nieraz zdarzało się ochraniać karawany z zaopatrzeniem dla regularnej armii, ale Tankred od dawna nie widział tak pospiesznie zorganizowanego transportu. Wyrwano ich ze snu w środku nocy, kazano im się zbroić i siadać na ściągane ze wszystkich stron Posępnej Łuny wozy, tuż obok rozespanych łuczników i toporników ze straży grodowej. Nie było czasu na zgromadzenie odpowiednich zapasów – ludzie grododzierżcy, poganiani niemiłosiernie przez Alisanna, zdążyli jedynie wrzucić na któryś z wozów kilka worków z chlebem i suszoną kiełbasą. Nie było również – o dziwo! – czasu na przygotowanie rumaków i po raz pierwszy od początku starcia o Taliad rycerze Stalowej Duszy wyruszali stłoczeni na wozach jak zwykła piechota. Niektórzy z pośpiechu nie zabrali wszystkich elementów pancerza bądź ekwipunku. Przez cały wieczór natrząsali się ze Stvina Vinkenana, który za pół złotego pazura kupił od jakiegoś cwanego woźnicy zwykłą, pocerowaną derkę. W innych okolicznościach za równowartość tej kwoty nabyłby jego chatę i połowę ogródka.

Ten nadzwyczajny pośpiech sprowokował liczne domysły, tym bardziej że pospiesznie sklecony konwój natychmiast pchnięto na południe, w stronę wybrzeża. Wkrótce wszystkie pogłoski sprowadziły się do jednej.

Ponoć do portu przypłynął statek z Mandylionu.

Tankred nie wierzył w to. Ostatni okręt przypłynął z ojczyzny niedługo po rozpoczęciu walk w Taliadzie i był wypełniony bełkoczącymi szaleńcami, którzy nie potrafili nawet rzucić kotwicy i roztrzaskali dziobnicę o skały na podejściu do portu. Młody rycerz nie miał pojęcia, co się dzieje w ich porzuconej ojczyźnie, ale już dawno pogodził się z tym, że utracili Mandylion na zawsze. Wiedział, że Dagnaar i wielu innych podziela to zdanie, choć Pieśniarze zakazywali defetystycznego myślenia i surowo karali tych, którzy głośno mówili o braku szans na powrót do kraju.

Karali zresztą również za wiele innych przewinień. Nie chcieli, aby toczone obecnie zmagania nazywano Wojną na Obczyźnie, gdyż słowo to ich zdaniem zdradzało, że walka toczy się o coś obcego. Tymczasem w myśl uprawianej przez nich filozofii Mandylion sięgał po to, co mu się należało – po nową ojczyznę. Nie wolno było też używać terminu Królestwo na Wygnaniu ani sarkać na decyzję króla Duncana, który w międzyczasie postanowił rzucić wyzwanie królestwu krasnoludów zwanemu Tangstevem. Nie wolno było również krytykować posunięć rodu Vinkenanów i innych.

Wojna o nową ojczyznę upływała więc w ciszy, przerywanej raz na jakiś czas okrzykiem bojowym, jak najbardziej słusznym i prawomyślnym.

– Jeśli wierzyć plotkom, król kazał żeglarzom z rodu Vo­thanów wysłać kilka żaglowców do Mandylionu – odezwał się nieoczekiwanie Dagnaar. – Wiesz, mieli spróbować odzyskać proch i może postarać się odnaleźć jakichś żyjących…

– Daj spokój.

– Czy istnieje inny powód, dla którego wyprawiono by nas w drogę tak szybko? – W głosie Dagnaara pojawiło się ożywienie. – Pomyśl tylko! A Alisann, cóż… – Rycerz spojrzał na ogniska płonące po drugiej stronie ściany namiotu i oblizał nerwowo wargi. – …Złości się na siebie – dokończył. – Wybrał drogę przez Słone Bory w nadziei, że nie natrafi na oddziały Mącicieli. Wielkim Traktem dotarlibyśmy do Miasta na Skale o dobry dzień wcześniej, ale na tamtym szlaku istnieje o wiele większe ryzyko wpadnięcia w…

– Prosiłem cię, byś dał spokój. – Tankred poczuł znużenie, jak zwykle gdy zaczynał myśleć o Mandylionie. Jego bok promieniował narastającym bólem. Wywar z mleczorogu przestawał działać.

– Kto inny powiedziałby: „Dzięki, stary, fajnie, że wpadłeś z czymś mocniejszym”, ale Hanstarowie wolą, jak widać, pogrążać się w odmętach własnych dusz. Trzymaj się więc! – Dagnaar wzruszył ramionami i wymknął się na zewnątrz, pozostawiając Tankreda sam na sam z ciemnością, bólem i wspomnieniami.

Z wagi tego, co się dzieje, zdał sobie sprawę dopiero, gdy wieże Pogromcy zaczęły znikać za horyzontem. Jego kuzyn Brisse stracił wtedy panowanie nad sobą – przypadł do relingu, krzyczał, odpychał ludzi próbujących go uspokoić, a potem rzucił się na pokład. Wówczas pojawił się Olve z twarzą zmienioną gniewem. Złapał swego syna za ramiona, wysyczał mu kilka słów do ucha, a potem zawlekł do kajuty pod pokładem. Tankred przyglądał się tej scenie z chorobliwą fascynacją. Wuj wyłonił się na pokład kilka uderzeń serca później. Złapał zaskoczonego Tankreda i również jego pociągnął do kajuty, a tam cisnął na koję. Chłopak boleśnie uderzył potylicą o ścianę. Gdy nieco oprzytomniał i otworzył szeroko oczy, urażona duma podsunęła mu słowa, które wydawały się pasować do sytuacji:

– Nie wolno ci mnie traktować jak byle dzieciaka! Jestem młodszym synem Vildurfa Hanstara, drugim dziedzicem…

– Byłeś – przerwał mu bezlitośnie Olve i przygładził wąsiska, dysząc ciężko. – Wiesz, co mi przekazał ów posłaniec w porcie? Królewskie hufce przegrały pod Rozpaczą bitwę z Czernią. Vildurf wraz ze swoimi rycerzami oraz Badian Fulgham z przybocznymi osłaniali odwrót króla. Do końca. Wiesz, co to oznacza?

Tankred miał wrażenie, że jego świat zaczyna się rozpadać.

– Czy to znaczy, że… – Głos mu się załamał.

– Tak, chłopcze. Przykro mi. – Surowy głos wuja złagodniał nieco, a jego oczy zaszkliły się. Odwrócił głowę, jakby targnął nim nagły przypływ emocji, ale błyskawicznie odzyskał panowanie nad sobą i znów spojrzał na chłopaka. – Naprawdę mi przykro, bo… Ech, szlag by to trafił!

Zerwał się z koi, kopnął w ścianę i oparł się o nią rękami. Oddychał przez moment chrapliwie, a potem odkaszlnął i odwrócił się do przestraszonego Tankreda.

– Jesteś jedynym żyjącym synem Vildurfa, jego dziedzicem i przyszłym Zwierzchnikiem Rodu – powiedział cicho i uroczyście. – Zostaniesz nim, gdy osiągniesz pełnoletność, a do tego czasu Zwierzch­nikiem Rodu będzie najstarszy brat twego ojca, wuj Mustaig. Ja dołączę do Rady Królewskiej jako Pierwszy Doradca, a ty natychmiast po wylądowaniu wstąpisz do któregoś z oddziałów Stalowej Duszy. Tam przejdziesz szkolenie. Czy chcesz o coś spytać?

Chłopak czuł w gardle dławienie tak silne, że z największym trudem wykrztusił kolejne pytanie:

– A mama?

Natychmiast tego pożałował, bo na wąsatym obliczu Olvego pojawił się bezgraniczny smutek. Jego oczy zwilgotniały. Minęła dłuższa chwila, nim opanował emocje.

– Mathilda postanowiła zaczekać w Skalinie na powrót męża i syna – odpowiedział głucho, patrząc w bok. – Zawsze była upartą, niemądrą kobietą. Czy wiesz, co to oznacza?

Tym razem Tankred odgadł od razu. Nie zdołał już powstrzymać rozpaczy.

Obudził się w nocy, dręczony koszmarami, pragnieniem i wielkim, przybierającym na sile bólem. Wpatrywał się w mrok, myśląc o swojej szarży w las oraz ostrych słowach Alisanna.

– Już nigdy nie popełnię błędu – szepnął. – Żadnego. Nie przyniosę hańby rodzinie.

Tej samej nocy Tankreda chwyciły dreszcze i z reszty drogi nie zapamiętał już wiele. Co rusz majaczyły mu się koszmary, w których znów stał na rozkołysanym pokładzie ostatniego statku rodu Hanstarów i wpatrywał się w szarą przestrzeń daleko za rufą, gdzie pozostawił rodziców oraz kraj swego dzieciństwa. Potem obraz zaczynał się zniekształcać – nadciągała Czerń, ojciec ginął przebity ostrzem włóczni, Crustin osuwał się pod końskie kopyta, matka krzyczała z murów Skaliny, porzucona i zrozpaczona. Świat trząsł się i dygotał, a gdy trawiony gorączką Tankred otwierał oczy, z ulgą uświadamiał sobie, że nadal leży na rozklekotanym wozie.

W zupełnie innym kraju. Pod obcym niebem. W nowej, przyszywanej, wydartej mieczami ojczyźnie, ciasnej niczym koszula po młodszym bracie.

Potem koszmary pojawiały się znowu.

Tymczasem konwój wyjechał już spomiędzy ostatnich poskręcanych sosen Słonych Borów i ciągnął teraz wzdłuż wydm wybrzeża, wysokich, niekiedy urastających do rozmiarów piaszczystych gór z trawiastymi grzywami. Tankred słyszał huk nieodległych fal i świst wiatru szarpiącego płótnami, przez szczeliny między deskami wozu widział jasny piasek plaży. Konie wlekły się z mozołem, woźnice klęli, Alisann darł się jak opętany, a Widmo z wyciem mknęło po szarym niebie.

Tankred wolał koszmary.

Gdy otworzył oczy i ujrzał nad sobą poczerniałe, obwieszone pajęczynami belki, uświadomił sobie, że przespał moment dotarcia do Miasta na Skale. Nie pamiętał także, kiedy wniesiono go do izby, przebrano, opatrzono i ułożono w pościeli. Najwidoczniej Dagnaar znów podał mu wywar z mleczo­rogu, ale to również umknęło jego świadomości.

Posykując, przewrócił się na bok i ujrzał Tomasa Toulghana, który także odniósł ranę podczas ataku Mącicieli w Słonych Borach. Rycerz leżał nieruchomo i wpatrywał się w sufit.

– Hej – wychrypiał Tankred. – Jesteś cały?

Toulghan mruknął coś tak niewyraźnie, że odpowiedź mogła być zarówno potwierdzeniem, jak i zaprzeczeniem.

– A gdzie Puckhard?

– Gdzieś indziej.

– Ale żyje?

– Tak.

– Dotarliśmy do Miasta na Skale?

– A niby gdzie mieliśmy dotrzeć? – parsknął tamten z narastającą irytacją, nadal nie patrząc na Tankreda.

– No i co? – Chłopak oparł się na łokciu, na moment zapominając o bólu. – Ludzie gadają, że dotarł tu statek z Mandylionu. To prawda?

– Hanstar, ja tu próbuję odpocząć.

Tankred skrzywił się i westchnął ciężko. Toulghanowie byli rodem żołnierzy i wojowników. Z tego tytułu zawsze byli potężni i wpływowi, a od czasu rozpoczęcia walk o Nowy Mandylion ich znaczenie jeszcze wzrosło, arogancja stała się zaś trudna do zniesienia. Przez dłuższą chwilę Tankred zastanawiał się, w jaki sposób dopiec Tomasowi, ale ostatecznie machnął ręką. Jedną z najwidoczniejszych cech rodu Toulghanów, nie licząc czerwonych nalanych gąb, była iście bycza finezja i niewrażliwość na jakiekolwiek słowa rady czy krytyki. Szkoda było sobie język strzępić.

Młody rycerz rozejrzał się po komnacie. W kącie dostrzegł skrzynię, a obok niej ceber, bez wątpienia służący do załatwiania potrzeb fizjologicznych. Odpędził myśl o wylaniu jego zawartości na głowę Tomasa i skupił się na ważniejszych sprawach – postanowił usiąść. Ledwie się podniósł, jego ciało natychmiast przeszył ostry ból. Zacisnął zęby, zwiesił nogi i dotknął piętami zimnej podłogi, co wywołało kolejne fale bólu i oszałamiający zawrót głowy. Zamknął oczy i siedział, czekając, aż świat się uspokoi.

W końcu ból przygasł, a wir w głowie zatrzymał się, ale zamiast niego pojawił się niepokojący szum. Tankred wbił palec w ucho i potrząsnął nim, lecz wrażenie nie ustępowało. Dopiero po dłuższym momencie zrozumiał, że odgłos dociera z zewnątrz.

Padało.

Nie było w tym nic dziwnego. W Mieście na Skale padało prawie zawsze. Cynicy twierdzili, że to zemsta lokalnych bóstw za to, do czego posunęli się zdobywcy miasta, szalony ród Vinkenanów, ale przeciwnicy tej teorii przypominali o wiele krwawsze rozwiązania starć z historii Mandylionu i podkreślali, że nie wyzwalały one żadnych niezwykłych sił natury. Temat ucichł, gdy Wojna na Obczyźnie zaczęła nabierać tempa. Wkrótce o wiele ważniejszy od deszczu w Mieście na Skale stał się zbrojny marsz w głąb terytorium Taliadu oraz zaciekła walka z Vistenim, tym z trzech zwaśnionych władców Taliadu, który postanowił wybić Mandyliończykom z głów nadzieję na utworzenie Królestwa na Wygnaniu.

„Tfu, tfu – pomyślał Tankred gorzko. – Wojna na Obczyźnie. Królestwo na Wygnaniu. Dobrze, że Pieśniarze nie potrafią czytać w myślach. Choć z drugiej strony, kto ich tam wie…”

Potrząsnął głową, odpędzając myśli o królu i walkach, które przeniosły się daleko na północ. Ślepy los sprawił, że utknął sam jak palec w nadmorskim porcie, z dala od wojennych zmagań, a wściekły ból wyzwalany najdrobniejszym ruchem sugerował, że zanosi się na dłuższy pobyt. Młody rycerz westchnął z bezsilnością i spojrzał w bok. W przybrudzonym, mętnym lustrze na ścianie ujrzał szczupłą, nieładną twarz z jasnymi, pozlepianymi od potu lokami. Był blady jak ściana.

– Niech to wszystko szlag trafi… – wysyczał.

Zrobiło mu się duszno. Zacisnął powieki, odpędzając mgiełkę, która zasnuła mu wzrok, i podniósł się, ze wszystkich sił ignorując kolejną eksplozję bólu. Szurając bosymi stopami po zimnej podłodze, podszedł do okna i drżącymi palcami otworzył je na oścież. Zimny wiatr natychmiast wysuszył pot na jego czole i przeniknął koszulę z grubego płótna, ale rycerz stał nieruchomo i wdychał chłodne, dżdżyste powietrze. Dopiero po chwili zwrócił uwagę na miasto.

Dominowała w nim czerń. Ulice oraz place wysypano bowiem tufem, a wysokie mury obronne, widoczne ponad porośniętymi trawą dachami kamieniczek, wspierały się na masywnych skałach wulkanicznych. Za nimi widać było skłębione żółtoszare morze, upstrzone tu i ówdzie przybrudzonymi grzywami piany. Z masywnej baszty powiewały szare chorągwie ze Spienioną Falą, znakiem rodu Vothanów. Nad ulicami kołowały mewy, krzycząc przeraźliwie, niemalże ze strachem. Najwięcej ptactwa krążyło nad kołyszącymi się lekko masztami okrętów kotwiczących w porcie.

Ten widok znów przypomniał Tankredowi powód, dla którego wyruszyli do Miasta na Skale. Serce chłopaka zabiło szybciej i na krótką chwilę zapomniał o swoich obiekcjach. Wytężył wzrok, usiłując dostrzec jakieś szczegóły.

„Czy to możliwe, aby któryś ze statków w istocie przybył z Mandylionu?” – pomyślał, oblizując wyschnięte wargi.

Odwrócił się i spojrzał na Toulghana w nadziei, że ten może jednak coś mu powie, ale Tomas nadal wpatrywał się w sufit.

W tej samej chwili zazgrzytał zamek, a drzwi uderzyły o ścianę. Klamka idealnie trafiła w dziurę w tynku.

– A ty co? – warknęła rosła rudowłosa kobieta o szerokiej piersi i zaczerwienionej nalanej twarzy.

Oszołomiony Tankred wpatrywał się w nią z zaskoczeniem. Chciał zaprotestować, przypomnieć jej, że nazywa się Hanstar i należy do czternastu Rodów Mandylionu, a do tego jest rycerzem Zakonu Stalowej Duszy, ale kobieta nie dała mu powiedzieć ani słowa. Z szybkością zaskakującą przy jej tuszy złapała go za ramię, zawlekła do łóżka i przykryła kocem. Resztki ochoty, by stawić jej czoła, pochłonął ból. Tankred ledwie rozróżniał jej słowa, wypowiadane z chropowatym miejscowym akcentem.

– Zimno! Zimno, wiatr! Nie wolno! Ty leki i łóżko, a nie wiatr!

– Okręt… – wybełkotał chłopak. – Czy to prawda? Przypłynął ktoś z mojej ojczyzny?

– Spać! – powtórzyła groźnie kobieta i przycisnęła mu ramiona do poduszki.

Mimo młodego wieku Tankred miał sporo krzepy i odtrąciłby nieznajomą bez trudu, ale niespodziewanie odkrył, że jest słaby jak dziecko. Oczy kobiety były coraz większe. Rozlewały się coraz szerzej, stały się bladozielonymi kałużami, potem stawami, wreszcie jeziorami, aż zakryły cały świat. Choć nachylała się tuż nad nim, jej głos zdawał się dobiegać z oddali.

– Spać! Ty nie wiatr! Nie okręt! Spać!

„Magia – uświadomił sobie z przerażeniem Tankred. – Znowu ta przeklęta, miejscowa…”

Nie był już w stanie stawiać oporu. Ogarnął go półmrok.

Gdy na powrót otworzył oczy, odpędzając ostatnie rozmywające się majaki, przez jedyne okno wkradała się już szarość zmierzchu. Nadal padało. Leżał przez moment nieruchomo, usiłując poukładać sobie w głowie ostatnie wydarzenia. Miasto na Skale. Maszty sterczące znad budynków przystani. Tomas Toulghan. Okręt z Mandylionu.

Poruszył rękami i nogami, pokręcił głową, aż w końcu usiadł. Czary rudowłosej kobiety najwidoczniej nie wyrządziły mu żadnej krzywdy. Co więcej, ból promieniujący z rany był dużo słabszy.

Wtedy dostrzegł, że łóżko Toulghana jest puste.

Odkrycie to, zamiast Tankreda zmartwić, dodało mu energii. Ześlizgnął się z łóżka i podszedł do drewnianego kufra stojącego w kącie pokoju. Z każdym ruchem jego ciało odzyskiwało sprawność, a ból odpływał w niepamięć. Chłopak odrzucił wieko skrzyni i z ulgą wyjął ze środka podróżny tobołek, w którym znajdowały się jego spodnie, koszula, kaftan oraz gruby płaszcz. Obok kufra leżały buty, te same, które miał na sobie podczas walki w Słonych Borach. Nigdzie nie widział natomiast miecza ani kolczugi.

– Pora, bym się rozmówił z komendantem twierdzy – mruknął, zdejmując koszulę nocną. Rana piekła, ale nie dokuczała zbytnio. Rycerz sięgnął po spodnie i zamarł, wpatrzony w ciemniejące okno.

– Ale najpierw udam się do przystani – szepnął. – Tak na wszelki wypadek. Żeby mieć absolutną pewność. Bo w to, że naprawdę przybył statek z Mandylionu, nie uwierzę, póki go nie zobaczę.

Miasto na Skale zbudowano we wnętrzu i na zboczach starego, skruszałego wulkanu, wznoszącego się tuż nad czarną plażą i falami morza. Mieszkańcy miasta, wespół z niestrudzonymi żywiołami, przez setki lat atakowali jego ściany, powoli i mozolnie wykuwając w nich ulice, schody i podziemia. Z wydobytego w ten sposób materiału uformowano wysokie, najeżone basztami wały, górujące nad rozległą zatoką. Nikt z tysięcy budowniczych nie wpadł jednakże na pomysł, by zniwelować poziom ulic, które wiły się wśród zabudowań niczym gałęzie powoju. Zakręcały, wznosiły się powoli i gwałtownie opadały, tu i ówdzie znienacka kończąc się bramą lub przeistaczając w strome schody. Morskie wichry hulały wśród nich z dzikim wyciem, ciskając strugami deszczu w twarze przechodniów.

Po kilkunastu krokach Tankredowi skończyły się przekleństwa. Po kolejnych kilkudziesięciu miał ochotę przywalić komuś w gębę.

Na szczęście o tej godzinie i przy tej pogodzie na ulicach miasta nie było wielu ludzi. Tankred przypuszczał zresztą, że o innej porze dnia nie byłoby ich tu o wiele więcej. Prawdo­podobnie ujrzałby tylko nielicznych służących rodu Vo­thanów, kilka patroli straży miejskiej, grupki marynarzy i garść rdzennych mieszkańców przemykających pod ścianami lub usiłujących nieśmiało prowadzić interesy. Tłumów tubylców się tu nie spodziewał. Nie po tym, co nastąpiło w dniu upadku twierdzy.

Nie po losie, jaki zgotowali mieszkańcom magowie z rodu Vinkenanów.

Smagany kolejnymi podmuchami wiatru Tankred przemknął obok bramy zwanej Nową. Nie był wprawdzie świadkiem wywołanej przez mandyliońskich magów eksplozji, która zniszczyła główną bramę, ale o jej sile świadczyło choćby to, że znajdująca się dwieście kroków dalej baszta legła w gruzach, a kolejna przechyliła się, jakby niepewna, czy to właściwy moment na upadek. Rodacy Tankreda, którzy uczestniczyli w oblężeniu, opowiadali, że na tym nie skończyły się czary Vinkenanów. Ponoć przez długie godziny z ziemi wyrastały płomienie, które ścigały obrońców, pożerały ich, wdzierały się do domów i pochłaniały całe rodziny. Najeźdźcy weszli do niemalże wymarłego miasta.

Tankred wzdrygnął się w duchu.

„Wielu ludzi do dziś uważa, że za te czyny na Vinkenanów padła miejscowa klątwa, która odebrała im magię – pomyślał nie po raz pierwszy. – Trudno im się dziwić. Znam Pieśni i nigdy nie słyszałem o równie brutalnym szturmie. Vinkenanowie zawsze byli szaleni, ale to, czego tu dokonali…”

Magia Vinkenanów w istocie nie zadziałała już nigdy, zupełnie jakby magowie z Mandylionu wyczerpali swój potencjał podczas jednego pokazu. Tymczasem, ku ich nieskończonej frustracji, magia taliadzka miała się doskonale. Tutejsze czary, w przeciwieństwie do możliwości Mandyliończyków, wydawały się subtelne, delikatne, z pozoru wręcz niegroźne, ale przez to całkowicie nieprzewidywalne i niewykrywalne. Być może właśnie dlatego wciąż działały.

Tankred wzdrygnął się ponownie i przemknął na ciągnące się dalej nabrzeże, uformowane z ogromnych, ledwie ociosanych głazów.

Przeszedł przez bramę, mijając żołnierzy spod znaku Spienionej Fali, którzy rozpoznali w nim rycerza i zasalutowali. Odruchowo naciągnął kaptur, co było słuszną decyzją, gdyż poza zbawczą osłoną murów miejskich wiatr był o wiele gwałtowniejszy. Młody rycerz zachwiał się i omal nie upadł pod jego naporem, ale mimo to zdołał przyjrzeć się jednos­t­kom cumującym na wodach przystani.

– Ki diabeł… – mruknął.

Przystań Miasta na Skale imponowała rozmiarami. Od strony lądu osłaniało ją samo miasto, a od strony morza akwen chronił wysoki falochron, przypominający lekko zgięte ramię gigantycznych rozmiarów. Wieńczyła go grupa ostrych, poszarpanych skał, z których wyrastała latarnia morska. Zarówno przy nabrzeżu, jak i na wodach przystani wystarczyłoby miejsca dla wielu okrętów, wliczając w to ogromne galeony królewskie, ale Tankred ujrzał jedynie dwie ciężkie kogi rodu Vo­thanów, kilka pomniejszych karak uzbrojonych w baterie dział oraz parę kutrów. Jego uwagę przyciągnęła jednakże mniejsza, dwumasztowa jednostka o pękatym kadłubie i zaokrąglonej rufie, kotwicząca daleko na siekanym deszczem akwenie.

Tankred zmarszczył brwi. Przed ucieczką z ojczyzny nigdy nie pływał po morzu, ale specjalnością jego rodu nie bez powodu była wiedza. W Mandylionie mawiano uszczyp­liwie, że Hanstarowie są w stanie rozpocząć rozmowę na każdy temat, ale żadnej nie potrafią skończyć. Słysząc te słowa, Vildurf Hanstar wzdychał wzgardliwie i mówił: „Dajcie najgłupszemu z nas jakikolwiek temat i zaczekajcie tyle czasu, ile byle Puckhard potrzebuje, by się najeść, a Strawdon, by upudrować gębę. Dowiecie się więcej, niżbyście byli w stanie zapamiętać i zrozumieć”.

Wspomnienie ojca, choć minęło już tyle czasu, nadal wywoływało ból.

„Ty się nigdy nie myliłeś – pomyślał Tankred. – Nigdy. Nie miałbym nic przeciwko, gdybyś od czasu do czasu popełnił błąd lub… okazał się tchórzem. Gdybyś zbiegł spod Roz­paczy…”

Otrząsnął się i skupił. Jego wzrok powoli prześlizgnął się po kotwiczącej w oddali jednostce. Nie miała ani imponującego galionu, ani też kunsztownych, złoconych zdobień na rufie, co wskazywało, że należy do rodu unikającego ostentacji. Jej tożsamość pozostawała jednak tajemnicą, gdyż flagi i bandery zostały zwinięte, a okręt stał zwrócony ćwiartką dziobową do brzegu, przez co nie było widać nazwy, tradycyjnie wymalowanej nad oknami rufowymi. Tankred zauważył natomiast, że dwumasztowiec nie jest uzbrojony – brakowało zarówno furt armatnich, jak i dział na pokładzie. Nie należało się w sumie temu dziwić, gdyż w królewskiej armii od dawna brakowało prochu. Zapasy wywiezione z Mandylionu skończyły się bardzo szybko, a ku narastającej zgryzocie króla i dowódców mandyliońskiej armii w całym podbitym Taliadzie nie zdołano jak dotąd natrafić na złoża siarki i innych potrzebnych surowców, przez co artyleria nierzadko okazywała się zbytecznym, kosztownym balastem. Młodzieniec nie mógł się oprzeć wrażeniu, że w wyglą­dzie jednostki kryje się coś jeszcze, co na razio umyka jego uwadze.

Zapomniał o deszczu, wietrze, a nawet o ranie. Wytężył wzrok, a myśli, przemykające jak szalone przez jego umysł, przyspieszyły jeszcze bardziej.

– Balast… – szepnął bezwiednie.

Tak, to było to. Dwumasztowiec przechylał się lekko na jedną burtę, a choć fale w basenie portowym nie należały do wysokich, podskakiwał na nich jak korek, zupełnie jakby dowodzący nim oficer nie miał pojęcia o odpowiednim wyważeniu kadłuba.

„Albo jakby właśnie wyładowano z niego coś ciężkiego – uświadomił sobie rycerz. – Czyżby ten statek naprawdę wrócił z Mandylionu? Czyżby nasz konwój przyjechał po przywieziony przez niego ładunek?”

Kątem oka zarejestrował jakiś ruch. Nabrzeżem szło ku niemu kilku ludzi uzbrojonych w długie włócznie i tarcze. Wiatr wydymał ich tuniki ze znakiem Spienionej Fali i unosił ciężkie od wody płaszcze.

– Hej! – zawołał Tankred. – Czy to ten okręt przybył z Mandylionu?

– Ten ci sam – odparł jeden z żołnierzy, nieprzyjemny typ z dziobami po ospie, bynajmniej nieucieszony, że musi patrolować port w taką pogodę.

– Co przywiózł?

– Wiele dobra, panie – odparł strażnik. – Ledwie dotarł do portu, taki był wyładowany. Beczki wiózł, panie, same beczki. Mówią – tu mężczyzna zniżył głos – że proch w nich był. Król będzie klepał po plecach i przywilejami szastał, he, he, he! – Żołnierz zaśmiał się nieprzyjemnie.

Tankred przełknął ślinę.

– A wieści jakieś przywieźli? – spytał, już nie jak dumny rycerz, ale pełen nadziei chłopak.

– Wieści? – parsknął żołnierz i obejrzał się za kompanami, oddalającymi się wzdłuż nabrzeża. – Gdzie tam, panie. Przecież to okręt Vlistunów, a znachorom nie w smak niebezpieczeństwa. Nie byli na stałym lądzie, gdzieżby tam! Ponoć tylko Zębiska opłynęli i z jakiegoś zamku wynieśli, ile się dało, a i tak Czerń opaść ich musiała, bo większość załogi niespełna rozumu wróciła i trzeba było ich…

– Okręt Vlistunów… – przerwał mu nieprzytomnie Tankred. – Dagnaar… Dagnaar będzie coś wiedział!

Ospowaty wzruszył ramionami i już miał odejść, gdy młodzieniec złapał go za ramię.

– Czy rycerze Stalowej Duszy, którzy przybyli z konwojem i Pieśniarzem Alisannem, są jeszcze w Mieście na Skale?

Tawerna śmierdziała dymem, schnącymi płaszczami i czymś, co karczmarz – wysoki chudzielec o wytrzeszczonych oczach i rzedniejących rudych włosach – nazywał pieczystym w sosie cebulowym. Pieczyste dobrze się w owym sosie ukryło i Dagnaar Vlistun nie krył irytacji, grzebiąc w misce kawałkiem chleba.

– Nie wiem – odpowiedział po chwili, odkładając krom­kę. – Chyba za dużo ode mnie wymagasz, Tankredzie. Odkąd to młodych rycerzy dopuszcza się tu do jakichkolwiek ta­jemnic?

Hanstar oparł się o ścianę i westchnął głęboko. Ożywienie sprawiło, że całkiem zapomniał o swojej ranie. Teraz zaczynało ogarniać go zmęczenie, rozbolała go głowa, a duchota i gwar panujące w karczmie tylko pogarszały sytuację. Machnął dłonią z udawaną obojętnością.

– Myślałem… – zaczął, lecz pokręcił głową. – Myślałem, że może widziałeś te beczki… Zresztą nieważne.

Dagnaar uśmiechnął się krzywo, lecz uśmiech natychmiast został zastąpiony przez grymas bólu. W kącie, gdzie siedzieli, zalegały cienie, ale Tankred dostrzegł skaleczenie biegnące przez prawy policzek przyjaciela, posmarowane jakąś maścią. Najwidoczniej młody Vlistun również nie wyszedł bez szwanku ze starcia w Słonych Borach. Nagle zrobiło mu się wstyd, że wcześniej nie zauważył obrażeń przyjaciela.

– Wiem, co myślałeś – powiedział Dagnaar cicho. – Przez wiele miesięcy statki wysyłane do Mandylionu ginęły za horyzontem bądź zawracały, pokonane przez Wściekłe Morze, aż wreszcie komuś się udało. Ktoś powrócił z naszej pognębionej, porzuconej ojczyzny. – Ujął kufel z gorzkim piwem i pił długimi, łapczywymi łykami. Odstawił naczynie ze stuknięciem i otarł rękawem usta. – Myślałeś, że dowiedziano się czegoś o losie twego ojca, matki bądź brata, prawda? – spytał chrapliwie. – Że może komuś z nich udało się wyrwać spod Rozpaczy? Niestety, Tankredzie, kapitan Szczodrości w istocie dotarł jedynie do Zębisk, archipelagu leżącego daleko na północy, jedynie nominalnie należącego do Mandylionu. Szczerze powiedziawszy, nie wiem, na ile był to jego zamysł, a na ile decyzję podjęły za niego wichry i prądy, bo z kunsztu nawigacyjnego zacny pan kapitan bynajmniej nie słynie. Wywiózł cały proch z jedynego fortu na wyspie, a potem zawrócił okręt i pognał do Taliadu.

– Tak, słyszałem o tym od straży portowej – rzekł Tankred, wpatrzony w dogasający knot, sterczący pośród rozlanego na ławie wosku.

– Pogódź się więc z tym, że oni wszyscy zginęli. – Dagnaar przełknął ślinę i odwrócił wzrok. – Twój ojciec, brat i pozo­stali, a wśród nich również kilkoro moich krewnych. Zginęli po to, byśmy mogli uciec i podjąć walkę gdzieś indziej. Zbudować nową ojczyznę.

– Jakbym słuchał Pieśniarza – westchnął Tankred, usiłując ukryć smutek.

Dagnaar ścisnął jego dłoń i uśmiechnął się.

– Nasz konwój wczoraj z rana wyruszył w drogę powrotną do Posępnej Łuny – rzekł. – Ja jutro ruszam w ślad za nim, a potem być może udam się do Okrutnika.

– A ludzie? – spytał nieoczekiwanie Tankred, nieco głośniej, niż zamierzał. Kilku marynarzy, którzy pomrukiwali nad turlającymi się po blacie kośćmi przy sąsiednim stole, zwróciło ku niemu głowy.

Dagnaar zamrugał, zaskoczony.

– Jacy ludzie?

– Załoga fortu na Zębiskach. Powiedziałeś, że przejęto proch. A co z żołnierzami? Przecież byli tam jacyś żołnierze, no nie? Zabrano ich?

Vlistun wydawał się zaskoczony pytaniem.

– Nie wiem. – Rozłożył ręce. – Jak już ci mówiłem, starsi mego rodu nie wtajemniczają takich jak ja w sekrety. Za pełno­prawnego członka rodu, podobnie zresztą jak i ty, zostanę uznany po odsłużeniu trzech lat w Stalowej Duszy. Wtedy, Tankred, powiem ci wszystko.

Młody Hanstar pomasował skronie.

– W porządku, Dagnaar. Mnie też nikt nigdy nic nie mówi, nawet wuj Olve. Cholerne tajemnice. O której wyjeżdżamy?

– Wyjeżdżamy?

– Chyba nie sądzisz, że zostanę w tym mieście? – parsknął Tankred. – Zajmuje się mną jakaś miejscowa szamanka, która ledwie gada po naszemu i do tego jeszcze odczynia nade mną jakieś tutejsze gusła. Już wolę twoje mikstury.

– Nigdzie nie jedziesz – rzekł Dagnaar, dziwnie miękko i łagodnie.

– Co to ma znaczyć?

– Zostaniesz tutaj – powiedział przyjaciel i uśmiechnął się lekko.

Tankred poczuł ucisk w żołądku – tak właśnie uśmiechał się starszy brat do młodszego. Tak uśmiechnął się do niego Crustin, gdy wskakiwał na siodło na dziedzińcu Skaliny i ujmował lancę, gotów ruszyć do ostatniego boju. Odwrócił spojrzenie.

– Zostaniesz w tym mieście – ciągnął Dagnaar. – Otrzymałeś paskudną ranę i powinieneś się oszczędzać. Niepotrzebnie w ogóle wstawałeś z łóżka. Odpocznij przynajmniej trzy, cztery dni, a potem wróć do Łuny. Ja wytłumaczę twoją nieobecność przed Alisannem, jeśli w ogóle będzie to potrzebne. Jeszcze zdążymy razem powojować.

Tankred przełknął głośno ślinę. Chciał zaprotestować, ale wściekły ból głowy znów przybrał na sile i rycerz poczuł, że musi wyjść na świeże powietrze. Bez słowa przytaknął i skierował się ku drzwiom. Nie obejrzał się ani razu, więc nie widział, że młody Vlistun odprowadził go przeciągłym spoj­rzeniem, a potem dojadł umazaną w sosie kromkę i westchnął ciężko.

Zupełnie jak ktoś, kto czegoś bardzo, ale to bardzo żałuje.

Rody Hanstarów i Vlistunów nigdy nie darzyły się przyjaźnią. W odległym, utraconym Mandylionie Hanstarowie prowadzili ogromne biblioteki i mieli monopol na wiedzę, którą dzielili się oszczędnie i zawsze precyzyjnie wyceniali swe usługi. Vlistunowie, którzy zarządzali aptekami i szpitalami, uchodzili za o wiele bardziej wyrachowanych i Hanstarowie, którzy zawsze wyznaczali spośród siebie Doradcę Królewskiego, nie szczędzili im słów krytyki, zwłaszcza gdy ci nie chcieli opuścić cen medykamentów potrzebnych w walce z zarazami. Nadejście Czerni sprawiło, że oba rody zapomniały o wzajemnych animozjach. Rycerze z rodu Hanstarów i Vlistunowie walczyli ramię w ramię pod Rozpaczą, a ci, którzy przetrwali ucieczkę z Mandylionu i sztormy na Wściekłym Morzu, nie pamiętali już o dawnej wrogości. Szli za królem przez ziemię Taliadu, wspólnie zdobywali Miasto na Skale, Posępną Łunę i inne twierdze, razem rozbijali wrogie armie i budowali nową ojczyznę, wbrew kazaniom Pieśniarzy zwaną Królestwem na Wygnaniu. Był to czas niecodziennych decyzji i niezwykłych sojuszów.

Przyjaźń między targanym emocjami Tankredem z rodu Hanstarów i wyrachowanym, zimnym Dagnaarem z rodu Vlistunów była najlepszym dowodem na to, że w życiu uciekinierów z Mandylionu rozpoczął się nowy etap.

„Przynajmniej tyle osiągnęliśmy – myślał ponuro Tan­kred. – Ojciec zawsze mówił, że szczera chęć wyciągnięcia ręki do rywala to najważniejszy dowód na czyjąś mądrość”.

– Panie!

Krótki okrzyk przeciął szum ulewy i rozpędził myśli Tankreda. Młody rycerz zatrzymał się i odwrócił. Odruchowo sięgnął po miecz, ale jego dłoń natrafiła na pustkę. Człowiek idący ku niemu na szczęście nie wydawał się groźny – drobił małymi kroczkami i co rusz oglądał się za siebie, jakby w każdej chwili spodziewał się niebezpieczeństwa.

– Panie! – sapał, zdyszany. – Ja… Ja słyszałem rozmowę! Rozmowę, którą prowadziliście z owym drugim rycerzem!

– Podsłuchiwałeś? – warknął groźnie Tankred.

Głowa bolała go nadal, ale umysł pospiesznie analizował wszystkie szczegóły. Brak broni. Miejscowy akcent, ale zdania wymawiane płynnie, bez wahania. Zauważalna niepewność. Stosunkowo suchy płaszcz.

– Gdzieżbym tam śmiał, panie – stropił się nieznajomy. – Tak mi tylko w ucho wpadło, kiedym przechodził obok waszego stołu…

Wiatr zawył, jakby rozwścieczony morski bóg smagnął go biczem. Kałuże bulgotały, maltretowane strugami deszczu. Gdzieś w oddali coś zawyło przeciągle, zupełnie jak Widmo. Cierpliwość Tankreda ostatecznie się skończyła.

– Co ci, na Pieśni, wpadło w ucho?

– Żeście, panie, z zacnym panem Toulghanem…

– Vlistunem.

– Jako prawicie, jam niebywały… O ludziach onych prawili. Tych, co ich ta koga przywiozła. Panie dobry, oni poszaleli wszyscy!

Tankred przymknął powieki. Krople deszczu spływające mu po twarzy były lodowato zimne.

„To samo mówił strażnik portowy…” – przypomniało mu się.

– Wynoś się – warknął, nie patrząc na nieznajomego.

– Wyniosę się, jako prawicie, panie, gdzie mnie, słudze parszywemu… Bo gdybyście, panie, chcieli onych ludzi zobaczyć, to wiem, dokąd ich zabrano.

– Mówiłem ci, byś się wynosił.

– Wyniosę się, a jakże. – Wbrew zapewnieniom obcy nie ruszył się ani o krok. – Jeno tak mnie naszło… Może zainteresuje was, panie, to, że niektórzy z owych ocalonych taki sam znak mieli jak i wy?

Tankred otworzył szeroko oczy. W nikłym świetle bijącym z okien tawerny, którą przed momentem opuścił, widział palec nieznajomego, krzywy, z brudem wrośniętym pod paznokieć. Wskazywał jego własną tunikę z wyszytą Otwartą Księgą.

Herbem rodu Hanstarów.

To, co się wydarzyło później, wytłumaczyć można było wyłącznie nieopisanym szczęściem. Zaabsorbowany rozmową z nieznajomym Tankred nie zdawał sobie sprawy, że od strony morza nad miasto przekrada się burza. Gdy tylko nad ich głowami przetoczył się pierwszy grzmot, odruchowo uniósł głowę, a wtedy niebo przeciął bladosiny błysk, wydobywając z mroku stojącą na dachu postać z napiętym łukiem.

„To ten elf!” – skojarzył rycerz odruchowo.

Rzucił się w bok, poślizgnął na mokrym bruku i padł pros­to na ranny bok. Nie miał pojęcia, czy zdołał uniknąć strzały, czy też rozmokła od deszczu cięciwa posłała ją gdzieś w mrok, wściekły, paraliżujący ból odpędził bowiem wszystkie doznania. Ślepy instynkt przetrwania nakazał mu podnieść się i uciekać. Znów się poślizgnął, zatoczył, uderzył barkiem w ścianę kamienicy, ponownie osunął się na kolana.

Odwrócił głowę i ujrzał swojego rozmówcę, który cofał się, oszołomiony, wpatrując się w strzelca na dachu.

– Pomocy! – darł się nieznajomy przeraźliwie. – Pomocy! Mąciciel!

Tankred oprzytomniał. Elf zeskoczył z dachu i szedł już ku niemu przez deszcz. Odrzucił łuk i wyszarpnął miecz, w którym odbił się blask kolejnej błyskawicy.

„To on! Elf ze Słonych Borów! Chce dokończyć dzieła!”

Rycerz znów sięgnął po miecz, ale dłoń ponownie natrafiła na pustkę.

– Pomocy! Mąciciel!

Elf znajdował się w odległości kilkunastu kroków, gdy niespodziewanie przez szum deszczu przebiły się pospieszne kroki wielu mężczyzn, wzmocnione szczękiem oręża. Wtedy zawahał się, narzucił kaptur i znikł.

Złośliwi mówili, że ród Vothanów niezbyt przejął się utratą ojczyzny – podczas gdy pozostali walczyli ramię w ramię w obronie królestwa, żeglarze spod znaku Spienionej Fali spokojnie wywozili swe bogactwa do innych portów. Tankred wiedział, że Vothanowie posiadali faktorie handlowe w kilkunastu portach poza Mandylionem – w tym w Mieście na Skale – i w istocie mieli powody, by z dystansem podejść do dramatu ojczyzny. To, że wypożyczali okręty innym ewaku­ującym się rodom za symboliczny złoty pazur, w żaden sposób nie poprawiło ich reputacji. Ongiś nienawidzono Vo­thanów za bogactwo, kontakty i wpływy, a po opuszczeniu Mandylionu do listy oskarżeń doszły tchórzostwo i brak zainteresowania losami kraju.

Obecnie nie cierpiano ich jednak głównie dlatego, że ośmielali się żyć tak jak kiedyś, w ojczyźnie, przed nadej­ściem Czerni.

Ród Hanstarów zawsze szczycił się tym, że ma szersze horyzonty myślowe od innych, i Tankred wiedział, że Vothanowie nie zasługują na niechęć ani tym bardziej na potępienie. Teraz jednak, gdy niemalże siłą postawiono go przed obliczem komendanta twierdzy, kipiała w nim złość i nie miał najmniejszej ochoty na obiektywizm. Był przemoczony, głodny, obolały i wciąż wstrząśnięty po niespodziewanym ataku, a do tego podczas interwencji straży miejskiej rozdzielono go z człowiekiem, który mógł go zaprowadzić do rodaków.

„Niech to wszystko Pieśni wyszydzą!” – klął w myślach.

Zacisnął jednak oczy i obiecał sobie, że będzie uważał na to, co mówi.

„Nie popełnię błędu”.

– Księga pozdrawia Falę! – rzekł nieco zbyt głośno, z trudem maskując irytację.

Komendant Elric Vothan, przysadzisty mężczyzna w średnim wieku, machnął ze zniecierpliwieniem dłonią. Ani razu nie podniósł oczu znad licznych rozłożonych na biurku ksiąg, nad którymi pracował wytrwale mimo późnej pory. Wreszcie postawił zamaszysty podpis, westchnął i uniósł wzrok, w którym nie było ani cienia życzliwości, ale za to kryło się mnóstwo zmęczenia.

– Daruj sobie te dworskie dyrdymały, Hanstar – burknął i przyjrzał się bacznie Tankredowi, który nagle przypomniał sobie, że ród Vothanów słynie również z niechęci do wszelakiego ceremoniału, z nabożeństwem pielęgnowanego przez pozostałe rody Mandylionu.

Młody rycerz przyjrzał się Vothanowi uważniej. Ciemna, ogorzała karnacja, typowa dla żeglarza. Cienkie, mocno zaciśnięte usta, świadczące o braku cierpliwości. Worki pod oczami i fioletowe żyłki na policzkach – ani chybi pamiątka po niejednej nocy spędzonej nad pucharem wina. Zmęczony wzrok. Niedbale przycięty zarost. Małe skaleczenie na szyi. Mocne, twarde dłonie, choć z ogryzionymi skórkami i paznokciami.

– Wedle raportu dowódcy straży zostałeś zaatakowany na ulicy przez nieznanego sprawcę – rzekł suchym głosem komendant miasta. Jego szare oczy wydawały się obojętne niczym morskie fale. – Czy udało ci się zapamiętać cokolwiek? Twarz? Znaki szczególne? Broń?

Tankred chciał przewrócić oczami, ale opanował się i pokręcił głową.

– Skup się – warknął Vothan. – W tym przeklętym mieście działa całkiem spora grupa Mącicieli, a jeden z agentów twierdzi nawet, że na własne oczy widział Visteniego! Króla cholernego Pogórza, rzekomo usieczonego w szturmie na Posępną Łunę! Tymczasem durnie, którymi przyszło mi dowodzić, nie są w stanie nikogo ująć.

Grymas na twarzy komendanta dopowiedział resztę:

„Bo ja należę do rodu żeglarzy! Nasze zadanie to pływać, odkrywać i handlować, a nie rządzić okupowanymi miastami i uganiać się za jakimiś cholernymi powstańcami!”

– Stał na dachu – wycedził Tankred. – Strzelił do mnie z łuku, a potem zeskoczył i wyciągnął miecz. Zakrzywiony, o ile dobrze pamiętam. To w sumie był dobry moment, by wypytać go o imię, nazwisko, miejsce pochodzenia i stopień w hierarchii, ale, psiamać, tarzałem się w błocie z bólu. Bo raniono mnie w Słonych Borach.

Urwał, a resztę wyraził jego wściekły wzrok.

„Bo tłukłem się tu aż z Posępnej Łuny w eskorcie konwoju wojskowego, żeby król stacjonujący daleko na północy otrzymał transport beczek z prochem. Walczyłem, zabijałem i krwawiłem, bo tak trzeba. Bo musimy wygrać tę cholerną wojnę, aby ktoś mógł podpisywać dokumenty!”

Przesłanie musiało być klarowne, gdyż Elric Vothan spuścił na moment oczy i odkaszlnął, jak człowiek próbujący oszczędnie zamaskować konsternację. Gdy ponownie spojrzał na Tankreda, jego wzrok był już absolutnie obojętny. Otworzył usta, aby zadać kolejne pytanie, ale przerwał mu jęk dobiegający gdzieś z górnych pięter wieży. Vothan zgarbił się nad biurkiem, przymknął oczy, splótł palce i spojrzał na Tankreda ze znużeniem.

– Czy gdzieś pośród niezmierzonej mądrości pielęgnowanej i skrywanej przez twój ród, Hanstar, kryje się może sposób na uporanie się z wyjątkowo bolesną i dokuczliwą sraczką? – spytał.

– Specjalność mojego rodu to historia – odparł Tankred. – Annały, almanaki, genealogie, mapy. Babramy się w innym typie łajna, komendancie.

– Szkoda – westchnął Vothan i potarł czoło. – Myślałem, że się wreszcie na coś przydacie, gryzipiórki. To przydzielony mi Pieśniarz Cedrig tak jęczy. Przyznam, że nieraz źle życzyłem takiemu synowi, ale miałem nadzieję, że będzie cierpiał nieco ciszej.

– W porcie stoi koga rodu Vlistunów – rzekł sucho Tankred. – Oni zajmują się uzdrowieniami.

– Wiem – parsknął Elric. – Trafiło się ślepej kurze ziarno. Cholerni znachorzy obrabowali jakiś opuszczony fort z prochu i w te pędy przywieźli go do Taliadu. Kogą dowodził stary Trust Vlistun. Tak bardzo mu się paliło, aby pochwalić się przed królem, że nawet nie wpadł z wizytą. Zamienił jedynie kilka słów z Pieśniarzem, wskoczył na koń i tyleśmy go widzieli. Z tego, co wiem, w mieście nie ma już ani jednego z Vlistunów. Posłałbym po któregoś, żeby tylko ten stary grzyb przestał się drzeć.

Jakby w odpowiedzi nocną ciszę znów przerwał przeciągły jęk cierpiącego Pieśniarza. Tankred przez moment zastanawiał się, czy powiedzieć komendantowi o Dagnaarze Vlistunie, ale złośliwie uznał, że ani Elric Vothan, ani tym bardziej Cedrig nie zasługują na współczucie z jego strony. Potem przypomniał sobie słowa nieznajomego człowieka, który zaczepił go po wyjściu z tawerny, i natychmiast zapomniał o Vlistunie.

– A ten opuszczony fort w Mandylionie? – spytał. – Napraw­dę był opuszczony? Koga nie przywiozła żadnych ocalałych?

Elric zmrużył oczy.

– Jeśli interesują cię szczegóły, będziesz musiał znaleźć remedium na rozwolnienie – rzekł, rozpierając się w fotelu. – Okręty przybywające z Mandylionu są wyłączone spod mojej jurysdykcji. Takimi sprawami miał zajmować się Cedrig. Od ponad roku znoszę jego obecność, a kiedy po raz pierwszy miał się na coś przydać, łapią go boleści i…

– A co się stało z załogą? – indagował niecierpliwie Tankred.

– Cholera wie. – Komendant zamaszyście ułożył kilka dokumentów w stos, co oznaczało, że ich rozmowa niniejszym dobiega końca. – Zacznijmy od tego, że mało kto z tego rejsu powrócił. Resztę marynarzy zabrał gdzieś Cedrig, ale nie pytaj mnie dokąd.

– Mówią, że poszaleli – wyrwało się Tankredowi. – Że ten rejs źle na nich wpłynął i…

– Mówią też, że Pieśniarze poszaleli. Kilkaset lat temu. I od tamtej pory nie ma poprawy. Chyba już pora na ciebie, Hanstar.

– Chyba pora – zgodził się Tankred z niechęcią, ale i ulgą.

– Pozdrów Olvego, gdy się z nim spotkasz – rzucił komendant, na powrót pochylony nad pergaminami.

Młody Hanstar, mimo swego niezadowolenia, uśmiechnął się lekko. Nie powinien się właściwie dziwić temu, że Elric Vothan znał jego wuja. Czasami myślał, że Zwierzchnik ich rodu osobiście zna wszystkich przybyszów z Mandylionu, łącznie z wieloma Pieśniarzami.

Nie było się jednak nad czym rozwodzić. Zbiegał po schodach, ścigany nieprzyjemnymi przeciągami oraz jękami cierpiącego Pieśniarza. Minął po drodze jego komnatę, oświetloną dziesiątkami świec i okopconą nieprzyjemnie pachnącymi kadzidłami. Wydawało mu się, że znad łóżka chorego spojrzała na niego tęga rudowłosa uzdrowicielka o szerokiej, znękanej twarzy, ale to sprawiło jedynie, że przyspieszył. Wypadł na świeże, dżdżyste powietrze, postanawiając w duchu, że jak najszybciej odnajdzie nieznajomego spod tawerny. Miał nadzieję, że nie jest jeszcze za późno, a mężczyzna nie wystraszył się Mąciciela z dachu.

„To, co robię, jest kompletnie pozbawione sensu – pomyślał Tankred. – Czy można wierzyć temu miejscowemu? Fort na Zębiskach na pewno nie należał do naszego rodu, a więc skąd mieliby się tam znaleźć Hanstarowie? Szansa, że ktoś z jego garnizonu wie cokolwiek o losach Hanstarów, którzy pozostali w Mandylionie, jest równa zeru, a w dodatku Elric Vothan utrzymuje, że znaleziony przez Vlistunów fort był opuszczony. Kto ma rację? Muszę się tego dowiedzieć i tyle”.

Nieznajomy tymczasem czekał na niego po drugiej stronie ulicy.

O świcie słońce wreszcie przebiło się przez opuchnięte, szare chmury. Zmatowiała tafla Wściekłego Morza rozbłysła, jakby ktoś ją polał żywym srebrem. Jej blask był tak intensywny, że pochłonął Miasto na Skale i całe czarne wybrzeże aż po Słone Bory. Wydrzyki i mewy krzyczały przenikliwie, jakby i je zachwyciło poranne przedstawienie, ale w głowie Tankreda tłukły się coraz ciemniejsze myśli.

– Szlag by to wszystko trafił – rzucił pod nosem.

Nieznajomy, który szedł przed nim, odwrócił się.

– Co rzekliście, panie? – spytał, ocierając pot z czoła. – Odpocząć chcieliście może?

– Nie – burknął Tankred, a potem wbrew sobie zapytał: – A daleko jeszcze?

– Nawet nie godzina – odparł tamten, po czym uśmiechnął się szeroko i ruszył przed siebie.

Rycerz znów zaklął pod nosem, a potem oparł dłoń o pień poskręcanej karłowatej brzozy i odetchnął ciężko, próbując zebrać myśli. Serce tłukło mu się jak szalone, bynajmniej nie z nadmiaru wrażeń, ale z najzwyklejszego, prozaicznego wyczerpania. W ranie na przemian piekło i rwało, w głowie mu dudniło, a kolana drżały od nadmiernego wysiłku, lecz bardziej od wszystkich tych doznań rycerzowi doskwierało poczucie niepewności. Od chwili gdy po raz pierwszy zszedł na ziemię Taliadu, nigdy nie musiał decydować za siebie. Zawsze czynił to za niego Bardun Fulgham, dowódca jego oddziału, bądź Pieśniarz Alisann. Tankred nie zdawał sobie sprawy z tego, że karność i dyscyplina tak bardzo wrosły w jego charakter. Nie istniało prawo, które zabraniałoby mu skorzystać z pomocy nieznajomego, lecz podejmując pierwszą samodzielną decyzję od wielu miesięcy, miał wrażenie, że popełnia przestępstwo.

Tym bardziej że miał zajrzeć do miejsca, nad którym pieczę roztoczył jeden z Pieśniarzy, a ci nie przepadali za wścibskimi odwiedzającymi.

Spojrzał z niechęcią na plecy przewodnika, niknące już wśród brzóz, i po raz setny zadał sobie pytanie, czy postępuje właściwie.

– Niech to wszystko robaki zeżrą! – warknął i przetarł twarz. – A jeśli na Szczodrości rzeczywiście przypłynęli poddani Hanstarów, przetrzymywani teraz w jakiejś dziurze tylko i wyłącznie dlatego, że jakiemuś Pieśniarzowi poprze­stawiało się w głowie? A jeśli jest tam ktoś, kto naprawdę wie coś o losach mojej rodziny?

Kolejne, o wiele istotniejsze pytanie brzmiało, czy naprawdę chciał się dowiedzieć, co się stało z jego rodziną, ale  Tankred starannie unikał odpowiedzi. Zamiast tego odetchnął ciężko, zacisnął zęby i ruszył przed siebie w nadziei, że wysiłek przepędzi wszelkie trudne myśli.

Nie pomylił się, bo ścieżka wydawała się nie mieć końca. Pięła się po zboczach wzgórz i opadała wśród czesanych wiatrem traw. Co chwila nikła wśród brzozowych gajów, a tam wiła się i kluczyła jak zaklęta. Ptaki ćwierkały i szeleściły wśród zarośli. Tankred, nadal osłabiony po odniesionej ranie, co rusz potykał się o korzenie, aż zawadził nogą o kamień i osunął się na kolana. Przewodnik przypadł do niego w okamgnieniu i złapał go za ramię.