Strona główna » Dla dzieci i młodzieży » Kroniki Archeo: Przepowiednia Synów Słońca

Kroniki Archeo: Przepowiednia Synów Słońca

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7895-607-5

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Kroniki Archeo: Przepowiednia Synów Słońca

Tym razem akcja powieści skupiać się będzie w Ameryce Południowej.
Niezwykłe wakacje w posiadłości lady Ginevry Carnarvon przerywa dramatyczne wezwanie o pomoc. Młodzi Ostrowscy oraz ich przyjaciele Gardnerowie wyruszają do serca peruwiańskiej dżungli, aby zmierzyć się z Przepowiednią Synów Słońca. Czy mityczne miasto, którego na próżno szukali hiszpańscy konkwistadorzy istnieje naprawdę? A gdzie podziała się panna Ofelia? Czy i tym razem pomoc detektywa Gordona Archera i jego drogiego Watsona wystarczy, aby rozwiązać zagadkę?
Jadowite węże, krwiożercze mrówki i groźni strażnicy skarbu zrobią wszystko, aby nikt nie poznał ich tajemnicy.

Polecane książki

Pieśń o Rolandzie jest przykładem dzieła, które w średniowiecznej Francji - pierwotnie znane z przekazów ustnych - funkcjonowało w co najmniej kilku wersjach. Opowieść o Rolandzie jest poematem wchodzącym w skład cyklu królewskiego, liczącego około dwudziestu utworów poświęconych bohaterskim czynom ...
Maggie Montgomery od dawna pragnęła zobaczyć Amerykę. Jej marzenie nareszcie się spełnia. Odwiedza ukochanego brata Rylana, uciekając tym samym od niechcianych zalotów Neilla Fitzgeralda. Jednak Maggie skrywa pewien sekret. Planuje zostać w Ameryce, aby znaleźć tu nie tylko szczęście, ale też miłość...
Historia przyjaźni ubranej we wszystkie odcienie miłości Margaret Megan Murphy to młoda, zbuntowana Brytyjka, która nie lubi przyznawać się do swoich polskich korzeni. Pewnego dnia jednak, za sprawą ultimatum postawionego jej przez egocentryczną i upartą babkę, będzie musiała zmierzyć się z ...
A oto mój sekret. Jest bardzo prosty: dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu". Mały Książę, najpiękniejsza opowieść o poszukiwaniu przyjaźni, bliska jest sercu każdego Czytelnika dzięki swojej nieprzemijającej mądrości. Od 1943 roku jest wydawana w milionach egzemplar...
Umowa faktoringu jest w obrocie gospodarczym bardzo popularną umową, której rozliczenie w VAT dla podatników nie stanowiło już problemu. Zmieniło to wprowadzenie od 1 lipca 2018 r. split payment, a tym samym odpowiedzialności faktora za zobowiązania faktoranta. W związku z tym powstaje wiele pytań, ...
Miłość w czasach PRL-u W ponurych i siermiężnych czasach, gdy szczytem marzeń był Fiat Mirafiori, telewizor i para prawdziwych dżinsów, a zdobycie kilku rolek papieru toaletowego stawało się nie lada wyczynem, romantyczne porywy serca były co najmniej nie na miejscu. Tym bardziej, jeśli rzecz do...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Agnieszka Stelmaszyk

Po­mysł se­rii: Agniesz­ka So­bich i Agniesz­ka Stel­ma­szyk

Tekst: Agniesz­ka Stel­ma­szyk

Ilu­stra­cje: Ja­cek Pa­ster­nak

Ilu­stra­cje: „black gear”

Re­dak­tor pro­wa­dzą­cy: Agniesz­ka So­bich

Ko­rek­ta: Agniesz­ka Skó­rzew­ska

Pro­jekt gra­ficz­ny i DTP: Ber­nard Pta­szyń­ski

© Co­py­ri­ght for text by Agniesz­ka Stel­ma­szyk, 2013

© Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Zie­lo­na Sowa Sp. z o.o., War­sza­wa 2013

All ri­ghts re­se­rved

ISBN 978-83-7895-577-1

Wy­daw­nic­two Zie­lo­na Sowa Sp. z o.o.

00-807 War­sza­wa, Al. Je­ro­zo­lim­skie 96

tel. 22 576 25 50, fax 22 576 25 51

www.zie­lo­na­so­wa.pl

wy­daw­nic­two@zie­lo­na­so­wa.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

ROZDZIAŁ IDramatyczne wezwanie

Ania obu­dzi­ła się z krzy­kiem na ustach. Usia­dła i nie­przy­tom­nym wzro­kiem po­wio­dła po ciem­nym po­ko­ju. Sta­ro­świec­kie łóż­ko z bal­da­chi­mem za­trzesz­cza­ło lek­ko gdy wsta­ła, żeby na­pić się wody Z rogu sy­pial­ni spo­glą­da­ła na nią rzeź­ba Tu­tan­cha­mo­na. Mło­dziut­ki fa­ra­on pa­trzył na nią w mro­ku nocy prze­ni­kli­wym wzro­kiem, jak­by chciał ją prze­strzec przed klą­twą. Na są­sied­niej ścia­nie, jak w ca­łym ogrom­nym za­mczy­sku Hi­ghc­le­re, sta­ły licz­ne egip­skie fi­gur­ki. Ania po­czu­ła się dziw­nie, jak­by ktoś jesz­cze był obec­ny w jej po­ko­ju. Pró­bo­wa­ła się uspo­ko­ić, ale okrop­ny sen, któ­ry na­wie­dzał ją od chwi­li przy­jaz­du do tego domu, wciąż na­pa­wał ją lę­kiem. Po­sta­no­wi­ła pójść do Bart­ka. Jego sy­pial­nia znaj­do­wa­ła się na koń­cu dłu­gie­go ko­ry­ta­rza. Ania na­rzu­ci­ła szla­frok, wsu­nę­ła bose sto­py w bia­łe pu­szy­ste kap­cie w kształ­cie kró­licz­ków i po­ma­sze­ro­wa­ła ciem­nym ko­ry­ta­rzem do po­ko­ju bra­ta.

Tu­tan­cha­mon

zo­stał kró­lem Egip­tu w wie­ku oko­ło dzie­wię­ciu lat. Wła­dzę spra­wo­wał przy­pusz­czal­nie w la­tach 1333-1323 p.n.e. Zmarł przed­wcze­śnie, być może na sku­tek in­fek­cji po źle le­czo­nym zła­ma­niu nogi. Był sy­nem Ech­na­to­na, fa­ra­ona XVIII dy­na­stii, któ­ry do­ko­nał prze­wro­tu re­li­gij­ne­go w Egip­cie, zrzu­ca­jąc z pie­de­sta­łu wie­le egip­skich bóstw i usta­na­wia­jąc wia­rę w jed­ne­go boga Ato­na. Tu­tan­cha­mon przy­wró­cił daw­ny po­rzą­dek i kult boga Amo­na. Prze­niósł sto­li­cę z Ache­ta­ton, któ­rą wy­bu­do­wał jego oj­ciec, do Mem­fis.

Po śmier­ci zo­stał po­cho­wa­ny w Do­li­nie Kró­lów w Te­bach Za­chod­nich, w słyn­nym gro­bow­cu KV62. 4 li­sto­pa­da 1922 roku an­giel­ski ar­che­olog Ho­ward Car­ter i lord Geo­r­ge Car­nar­von od­kry­li pe­łen skar­bów gro­bo­wiec Tu­tan­cha­mo­na.

Je­dy­ny gro­bo­wiec fa­ra­ona za­cho­wa­ny w ca­ło­ści i nie splą­dro­wa­ny.

Za­mek lady Gi­ne­vry Car­nar­von za dnia wy­da­wał się cu­dow­ny i nie­sa­mo­wi­cie cie­ka­wy. Ale w nocy Ania mia­ła wra­że­nie, że wszyst­kie cen­ne pa­miąt­ki przy­wie­zio­ne przez słyn­ne­go przod­ka lady oży­wa­ły i nio­sły ze sobą ja­kąś uta­jo­ną, sta­ro­żyt­ną prze­stro­gę. Dziew­czyn­ka wie­dzia­ła, że le­gen­dy o egip­skiej klą­twie to wie­rut­ne bzdu­ry, ale nic nie mo­gła po­ra­dzić na to, że nocą wy­obraź­nia za­czy­na­ła pła­tać jej fi­gle. Lady już kil­ka razy za­pra­sza­ła Anię i Bart­ka do swo­je­go zam­ku, lecz do­pie­ro tym ra­zem uda­ło się ten wy­jazd do­pro­wa­dzić do skut­ku. Ro­dzeń­stwo nie po­sia­da­ło się z ra­do­ści, że spę­dzi kil­ka­na­ście dni w re­zy­den­cji sa­me­go lor­da Car­nar­vo­na. Lady Gi­ne­vrę mło­dzi Ostrow­scy po­zna­li przy oka­zji przy­gód w Egip­cie i od tam­tej pory bar­dzo się ze star­szą pa­nią za­przy­jaź­ni­li. Naj­wspa­nial­sze było jed­nak­że to, że w po­ko­jach na prze­ciw­ko spa­li rów­nież Mary Jane, Jim i Mar­tin Gard­ne­ro­wie.

Gdy Ania we­szła do sy­pial­ni Bart­ka, drzwi gło­śno za­skrzy­pia­ły, lecz jej brat nadal smacz­nie spał.

– Bar­tek, Bar­tek…

Ania de­li­kat­nie po­trzą­sa­ła go za ra­mię.

– Co? – mruk­nął, nie otwie­ra­jąc oczu.

– Boję się…

– Zno­wu? – wy­mam­ro­tał brat. – Mó­wi­łem ci, że tu nie ma żad­nych stra­chów.

Bar­tek uło­żył wy­god­nie gło­wę na po­dusz­ce i po­now­nie za­snął.

– Ale cią­gle mam ten kosz­mar! – Ania nadal tar­mo­si­ła go za rę­kaw pi­ża­my.

Bar­tek wresz­cie otwo­rzył oczy. Ziew­nął, za­pa­lił lamp­kę sto­ją­cą na noc­nym sto­li­ku i zer­k­nął na ze­ga­rek.

– Jest śro­dek nocy! – jęk­nął. – Je­śli się bo­isz, to mo­żesz spać ze mną – wiel­ko­dusz­nie do­dał po na­my­śle.

Cie­ka­wost­ki ze świa­ta

Lord Geo­r­ge Car­nar­von był bo­ga­tym bry­tyj­skim ko­lek­cjo­ne­rem egip­skich an­ty­ków. Fi­nan­so­wał wie­le ba­dań ar­che­olo­gicz­nych, mię­dzy in­ny­mi wy­ko­pa­li­ska w Do­li­nie Kró­lów. Ra­zem z Ho­war­dem Car­te­rem po­szu­ki­wał gro­bow­ca Tu­tan­cha­mo­na. Ich wy­sił­ki zo­sta­ły zwień­czo­ne ogrom­nym suk­ce­sem. Lecz kil­ka mie­się­cy póź­niej, lord Car­nar­von nie­spo­dzie­wa­nie zmarł. Nie­któ­rzy uwa­ża­li, że śmierć ta była wy­ni­kiem dzia­ła­nia egip­skiej klą­twy i ze­msty fa­ra­ona, któ­re­mu za­kłó­co­no wiecz­ny spo­kój. Daw­na sie­dzi­ba Car­nar­vo­nów, za­mek Hi­ghc­le­re, rów­nież skry­wa wie­le ta­jem­nic i za­ga­dek. Obec­nie za­mek zno­wu jest sław­ny, a to dzię­ki po­pu­lar­ne­mu se­ria­lo­wi Do­wn­town Ab­bey, któ­re­go ak­cja dzie­je się na te­re­nie tej pięk­nej po­sia­dło­ści.

– Na­praw­dę? – Ania tyl­ko na to cze­ka­ła. Wsko­czy­ła na dru­gą po­ło­wę łóż­ka i umo­ści­ła się wy­god­nie pod cie­płą koł­drą.

– Tyl­ko się nie wierć! – prze­strzegł Bar­tek. Obie­cał ro­dzi­com, że bę­dzie się opie­ko­wał młod­szą sio­strą. Jed­nak Ania, od przy­jaz­du tu­taj, wciąż nie da­wa­ła mu się wy­spać i za­czy­na­ło go to iry­to­wać.

Wes­tchnął głę­bo­ko, po czym uło­żył się na boku i po chwi­li za­czął po­wtór­nie za­sy­piać. Lecz tym ra­zem jego sen za­kłó­cił wi­bru­ją­cy dźwięk ko­mór­ki. Wy­świe­tlacz roz­bły­snął świa­teł­kiem i te­le­fon za­czął tań­czyć po po­wierzch­ni noc­ne­go sto­li­ka, krę­cąc się jak bąk.

– Ktoś dzwo­ni! – Ania po­trzą­snę­ła bra­ta za ra­mię.

– Sły­szę – jęk­nął nie­za­do­wo­lo­ny.

Te­le­fon brzę­czał jesz­cze kil­ka se­kund. Kto mógł dzwo­nić o tej po­rze? Ro­dzi­ce nig­dy tego nie ro­bi­li. A może jed­nak coś się sta­ło? Byli prze­cież w da­le­kich Chi­nach, gdzieś w re­jo­nie Ko­tli­ny Sy­czu­ań­skiej. Bar­tek po­de­rwał się, chwy­cił ko­mór­kę i spraw­dził nu­mer. Był mu zu­peł­nie nie­zna­ny Więc to chy­ba nie ro­dzi­ce.

Ko­tli­na Sy­czu­ań­ska

po­ło­żo­na w środ­ko­wym bie­gu rze­ki Jang­cy, w pro­win­cji Sy­czu­an.

– Pew­nie po­mył­ka – uznał.

– Od­bierz! – Ania na­le­ga­ła.

Bar­tek przy­ło­żył te­le­fon do ucha.

– Słu­cham?

W apa­ra­cie roz­le­gły się su­che trza­ski, a w dali usły­szał jak­by zbli­ża­ją­ce się groź­ne okrzy­ki.

– Ra­tun­ku!

Spo­mię­dzy nich przedarł się do słu­chaw­ki czyjś prze­ra­żo­ny, znę­ka­ny głos.

Bar­tek za­mru­gał ocza­mi.

– Pan­na Ofe­lia? – za­py­tał.

Wy­da­wa­ło mu się, że to wła­śnie jej głos usły­szał. Ania usia­dła obok bra­ta i przy­sta­wi­ła ucho do jego te­le­fo­nu. Znów roz­le­gły się tam krzy­ki, jak­by na­wo­ły­wa­nia, a po­tem zdu­szo­ny głos szep­nął do apa­ra­tu:

– Po­móż­cie mi! Je­stem w pu­łap­ce. We­zwij­cie wuj­ka Ry­szar­da i…

Głos za­wisł w próż­ni. Było za to sły­chać czy­jeś kro­ki, jak­by pan­na Ofe­lia cho­wa­ła się w ja­kimś miej­scu, a tuż obok prze­cho­dził jej prze­śla­dow­ca.

– Pan­no Ofe­lio! – Bar­tek szep­nął. – Jest tam pani jesz­cze? Gdzie pani jest?

– W Peru… Od­kry­łam coś… – i jak na złość na­stą­pi­ły za­kłó­ce­nia – …ego… – głos pan­ny Łycz­ko prze­bi­jał się jak z za­świa­tów. – Ma­nu­skrypt… ana… Prze­po­wied­nia Sy­nów Słoń­ca… puł­kow­nik miał ra­cję… Aka­kor.! Aaaa! – roz­legł się na­gle prze­ra­żo­ny krzyk pan­ny Ofe­lii.

Po nim na­stą­pi­ły wrza­ski, wy­strza­ły z ka­ra­bi­nów i nie­mi­ło­sier­ny ja­zgot. Bar­tek z Anią sły­sze­li jęki pan­ny Ofe­lii i jej płacz. Po­tem ktoś jak­by roz­dep­tał bu­cio­rem jej te­le­fon i wszyst­ko uci­chło.

Ta ci­sza była jesz­cze bar­dziej prze­ra­ża­ją­ca.

– Pan­no Ofe­lio! Pan­no Ofe­lio! – Bar­tek po­trzą­snął te­le­fo­nem, jak­by to mo­gło po­móc w od­zy­ska­niu po­łą­cze­nia.

– Co się sta­ło? Gdzie ona jest? – Ania za­ci­ska­ła dło­nie w piąst­ki. Sły­sza­ła z tej roz­mo­wy je­dy­nie pią­te przez dzie­sią­te, ale te krzy­ki nie po­zo­sta­wia­ły złu­dzeń. Wy­da­rzy­ło się coś złe­go.

Bar­tek zdez­o­rien­to­wa­ny pa­trzył to na sio­strę, to na te­le­fon. Jego umysł pra­co­wał na naj­wyż­szych ob­ro­tach.

– Pan­na Ofe­lia po­trze­bu­je na­szej po­mo­cy! – wy­szep­tał strasz­ną praw­dę, któ­ra do­pie­ro te­raz w peł­ni do nie­go do­tar­ła.

ROZDZIAŁ IINarada w środku nocy

– Co ro­bi­my? – Ania ści­ska­ła róg po­dusz­ki. – Mu­si­my za­wia­do­mić ro­dzi­ców!

– Pan­nie Ofe­lii trze­ba po­móc na­tych­miast, a ro­dzi­ce są za da­le­ko – przy­po­mniał sio­strze Bar­tek. – Po­myśl, są w dość od­lud­nym miej­scu. Za­nim zor­ga­ni­zu­ją po­dróż, pan­na Ofe­lia zgi­nie!

Ania ski­nie­niem gło­wy przy­zna­ła bra­tu ra­cję. Mama i tata ra­zem z pa­nią Me­lin­dą i sir Ed­mun­dem Gard­ne­ra­mi wy­je­cha­li na ba­da­nia ar­che­olo­gicz­ne do od­le­głej pro­win­cji w sa­mym ser­cu Chin. Cie­szy­li się ogrom­nie na tę moż­li­wość, ale Chi­ny nie były miej­scem, gdzie mo­gli swo­bod­nie po­dró­żo­wać. Z ja­kichś wzglę­dów ar­che­olo­dzy mie­li tam przy­dzie­lo­ną eskor­tę, któ­ra wciąż im to­wa­rzy­szy­ła i nie wol­no im było prze­miesz­czać się bez po­zwo­le­nia ko­mu­ni­stycz­nych władz chiń­skich.

– Je­śli te­raz po­pro­szą o na­tych­mia­sto­wą po­dróż do Ame­ry­ki Po­łu­dnio­wej, urzęd­ni­kom od razu wyda się to po­dej­rza­ne i ro­dzi­ce rów­nież mogą mieć kło­po­ty – Bar­tek gło­śno roz­wa­żał wszyst­kie za i prze­ciw. – Mu­si­my po­roz­ma­wiać z lady Gi­ne­vrą! – Po­sta­no­wił nie­zwłocz­nie obu­dzić pa­nią Car­nar­von. Miał na­dzie­ję, że wy­ba­czy im po­bud­kę w środ­ku nocy Te­le­fon pan­ny Ofe­lii był na­praw­dę roz­pacz­li­wy i nie wró­żył nic do­bre­go.

– Obudź­my też Mary Jane i chło­pa­ków – Ania wło­ży­ła kró­li­cze kap­cie. W dłu­giej ko­szu­li noc­nej i na­rzu­co­nym na ra­mio­na szla­fro­ku ni­czym zja­wa su­nę­ła do po­ko­ju an­giel­skiej przy­ja­ciół­ki. Bar­tek po­szedł obu­dzić bliź­nia­ków. Chwi­lę póź­niej piąt­ka przy­ja­ciół spo­tka­ła się w po­ko­ju Mary Jane, gdzie od­by­li krót­ką na­ra­dę.

– Nie mamy wyj­ścia, mu­si­my obu­dzić lady – po­sta­no­wi­ła Mary Jane. To, co się wy­da­rzy­ło, było tak nie­zwy­kłe, że na­wet Gard­ne­ro­wie czu­li się wstrzą­śnię­ci. Pan­na Ofe­lia bar­dzo rzad­ko pro­si­ła ko­goś o po­moc. Mu­sia­ło wy­da­rzyć się za­tem coś strasz­ne­go.

Nie zwle­ka­jąc dłu­żej, dzie­ci wy­ru­szy­ły dłu­gim ko­ry­ta­rzem, a po­tem trzesz­czą­cy­mi scho­da­mi na pię­tro, któ­re zaj­mo­wa­ła lady Gi­ne­vra. Zbli­ża­ły się wła­śnie do drzwi jej sy­pial­ni, gdy jak spod zie­mi wy­rósł przed nimi lo­kaj w sta­ro­świec­kiej szlaf­my­cy na gło­wie.

– Do­kąd to? Czy to ład­nie tak szwen­dać się po nocy? – spy­tał sro­gim gło­sem.

Ania chwi­la­mi za­sta­na­wia­ła się, czy Ja­mes przy­pad­kiem nie jest du­chem. Za­wsze po­ja­wiał się w naj­mniej spo­dzie­wa­nym mo­men­cie, przy­pra­wia­jąc wszyst­kich o szyb­sze bi­cie ser­ca.

– Mu­si­my po­roz­ma­wiać z lady – rzekł Bar­tek po­waż­nym to­nem.

– Od roz­mów jest dzień! Noc jest od spa­nia! – od­parł na to nie­wzru­szo­nym gło­sem lo­kaj.

– Pan nie ro­zu­mie, wy­da­rzy­ło się coś złe­go! Mu­si­my z nią po­roz­ma­wiać na­tych­miast – Jim spró­bo­wał we­drzeć się do sy­pial­ni.

– Ja­me­sie, co się dzie­je? – Z po­ko­ju do­biegł za­nie­po­ko­jo­ny głos Gi­ne­vry Car­nar­von.

Lo­kaj nie zdą­żył nic od­po­wie­dzieć, po­nie­waż dzie­ci na­par­ły na nie­go i sztur­mem zdo­by­ły drzwi. Wdar­ły się do sy­pial­ni i sta­nę­ły przy sa­mym łóż­ku star­szej pani. Tot­me­sik, per­ski kot le­żą­cy w po­ście­li obok lady, po­pa­trzył na nich zdzi­wio­ny.

– Cóż to się sta­ło, że tak gro­mad­nie mnie od­wie­dza­cie i to w środ­ku nocy? – Lady Gi­ne­vra za­mru­ga­ła po­wie­ka­mi. – Chy­ba nie bo­icie się klą­twy Tu­tan­cha­mo­na?

– Ach, to nie o klą­twę cho­dzi – Mary Jane za­czę­ła po­śpiesz­nie wy­ja­śniać.

– Pan­na Ofe­lia ma kło­po­ty! – wy­krzyk­nę­ła Ania, prze­ry­wa­jąc przy­ja­ciół­ce.

– Jest w Peru i wła­śnie do nas za­dzwo­ni­ła, mó­wi­ła coś o ja­kiejś prze­po­wied­ni, a po­tem ktoś ją zła­pał i chy­ba roz­gniótł jej te­le­fon. Bła­ga­ła o po­moc – Bar­tek tłu­ma­czył nie­co cha­otycz­nie.

– Po­wo­li, po­wo­li – lady pró­bo­wa­ła na­dą­żyć.

Bar­tek jesz­cze raz, lecz znacz­nie skład­niej, opo­wie­dział jej, co się przed pa­ro­ma mi­nu­ta­mi wy­da­rzy­ło. Lady Gi­ne­vra umo­ści­ła się wy­god­nie na po­dusz­kach i słu­cha­ła uważ­nie, gła­ska­jąc jed­no­cze­śnie uko­cha­ne­go Tot­me­si­ka.

– Ona musi być w wiel­kim nie­bez­pie­czeń­stwie – za­koń­czył Bar­tek, za­gry­za­jąc ner­wo­wo war­gę.

– Pan­na Ofe­lia jesz­cze nig­dy nie pro­si­ła nas o po­moc – do­da­ła Ania dla pod­kre­śle­nia wagi sy­tu­acji.

Mary Jane po­ki­wa­ła gło­wą.

– Zwy­kle to ona nam ra­to­wa­ła skó­rę – do­rzu­ci­ła.

– Co za­tem ra­dzi­cie? – Lady po­pa­trzy­ła z uwa­gą na dzie­ci.

– We­zwie­my wuj­ka Ry­szar­da, tak jak pro­si­ła – mó­wił Bar­tek. – Ale my mo­że­my wy­ru­szyć znacz­nie szyb­ciej niż wu­jek i nasi ro­dzi­ce z Chin.

Mary Jane ki­wa­ła ener­gicz­nie gło­wą na znak, że po­pie­ra Bart­ka.

– Chce­cie je­chać do Peru? – lady Gi­ne­vra spy­ta­ła z nie­do­wie­rza­niem.

– Wła­śnie tak. A pani nam w tym po­mo­że! – Bar­tek wy­krzyk­nął z na­dzie­ją.

– Mam wam po­zwo­lić po­le­cieć tam? – Lady prze­su­wa­ła wzrok po twa­rzach dzie­ci, aby zna­leźć na nich ślad żar­tów. One naj­wi­docz­niej jed­nak mó­wi­ły zu­peł­nie po­waż­nie.

– Po­ra­dzi­my so­bie! – za­pew­nił Jim.

– Jak to, po­ra­dzi­cie so­bie? – Gi­ne­vra Car­nar­von za­mru­ga­ła po­wie­ka­mi. – Wy­klu­czo­ne, nie mo­że­cie tam le­cieć same! Poza tym, Peru to duży kraj, jak chce­cie zna­leźć w nim pan­nę Ofe­lię? Prze­cież na­wet nie wie­cie, gdzie do­kład­nie za­gi­nę­ła.

– Prze­pro­wa­dzi­my śledz­two, od­naj­dzie­my ją! – Ania za­pew­nia­ła ze łza­mi w oczach.

Na sło­wo „śledz­two” Mary Jane aż pod­sko­czy­ła.

– Już wiem, kto może nam po­móc!

– Kto taki? – spy­ta­ła lady Gi­ne­vra.

– Nasz przy­ja­ciel, pan Gor­don Ar­cher! – wy­krzyk­nę­ła uszczę­śli­wio­na.

– Gor­don Ar­cher? – po­wtó­rzy­ła zdu­mio­na lady Gi­ne­vra. Był to naj­słyn­niej­szy de­tek­tyw w Wiel­kiej Bry­ta­nii i oczy­wi­ście jego na­zwi­sko nie było jej obce.

– My­ślisz, że bę­dzie chciał nam po­móc? – Bar­tek oba­wiał się, że tej mia­ry czło­wiek nie ze­chce za­wra­cać so­bie gło­wy ich spra­wą. Na do­da­tek w od­le­głej czę­ści świa­ta. – Prze­cież on nie lubi opusz­czać Lon­dy­nu – przy­po­mniał.

– Ma kil­ka dzi­wactw – ro­ze­śmia­ła się Mary Jane – ale je­śli on nam nie po­mo­że, to już nikt! Za­dzwoń­my do nie­go! – Chwy­ci­ła słu­chaw­kę te­le­fo­nu sto­ją­ce­go na rzeź­bio­nej to­a­let­ce lady Gi­ne­vry.

Mary Jane zmarsz­czy­ła w na­my­śle nos, a gdy so­bie przy­po­mnia­ła nu­mer, za­dzwo­ni­ła do de­tek­ty­wa.

Ania tym­cza­sem po­bie­gła po Kro­ni­kę Ar­cheo, któ­rą na szczę­ście za­bra­ła ze sobą. Po­sta­no­wi­ła wy­ko­nać w niej krót­ką no­tat­kę. Usia­dła w fo­te­lu i na­pręd­ce skre­śli­ła kil­ka zdań. Pi­sa­nie przy­no­si­ło jej ulgę i po­zwa­la­ło ze­brać roz­bie­ga­ne my­śli.

Z Kronik Archeo

Sta­ła się nie­sły­cha­na rzecz. Na­sze do­sko­na­łe wa­ka­cje w zam­ku lady Gi­ne­vry Car­nar­von prze­rwał wła­śnie te­le­fon, w sa­mym środ­ku nocy. To pan­na Ofe­lia roz­pacz­li­wie pro­si­ła nas o po­moc. Jest gdzieś w Peru. Coś się tam wy­da­rzy­ło. Coś bar­dzo złe­go. Pan­na Ofe­lia nig­dy nie pła­cze, a w słu­chaw­ce wy­raź­nie było sły­chać jej szloch. Mu­si­my zor­ga­ni­zo­wać wy­pra­wę ra­tun­ko­wą i to sami, po­nie­waż nasi ro­dzi­ce i pań­stwo Gard­ne­ro­wie są w tej chwi­li w Chi­nach. Za­nim wró­cą, może być za póź­no. Dla­te­go bę­dzie­my mu­sie­li wy­ru­szyć bez nich. Po­pro­si­my o po­moc wuj­ka Ry­szar­da, tak jak ra­dzi­ła pan­na Ofe­lia. Ale on jest te­raz w Pol­sce. Zo­sta­ła więc tyl­ko jed­na oso­ba, któ­ra bę­dzie nam mo­gła po­móc nie­zwłocz­nie. Nasz sta­ry zna­jo­my, de­tek­tyw Gor­don Ar­cher.

Tyl­ko czy ze­chce opu­ścić Lon­dyn?

Ania

ROZDZIAŁ IIINa kłopoty Gordon Archer

Zna­mie­ni­ty lon­dyń­ski de­tek­tyw, Gor­don Ar­cher, prze­raź­li­wie gło­śno za­chra­pał przez sen, aż za­drża­ły ścia­ny jego domu przy uli­cy Ba­ker Stre­et 122. Na­tar­czy­wy dźwięk dzwon­ka te­le­fo­nu bru­tal­nie wdarł się w jego pięk­ny sen. Od­bie­rał wła­śnie od­zna­cza­nie od kró­lo­wej Elż­bie­ty i już, już przy­pi­na­ła mu je ona do pięk­nej wstę­gi, gdy ręce Jej Wy­so­ko­ści za­czę­ły się od­da­lać i wy­cią­gać jak­by były z gumy.

– Och, nie­ee! – Ar­cher pró­bo­wał po­chwy­cić te ręce. Cią­gnął za dło­nie kró­lo­wej, aż jej ra­mio­na sta­ły się dłu­gie i cien­kie jak ma­ka­ro­no­we spa­ghet­ti. – Mój me­da­aal… – de­tek­tyw za­wo­dził, aż wresz­cie, nadal czu­jąc roz­pacz w ser­cu, zla­ny po­tem, obu­dził się.

Dryń, dryń, dryń…!

Te­le­fon wciąż upar­cie ter­ko­tał.

– Wat­so­nie, mógł­byś cho­ciaż raz na coś się przy­dać! – De­tek­tyw po­cią­gnął no­sem ża­ło­śnie. – Od­bierz i po­wiedz, że mnie nie ma! – za­żą­dał i z po­wro­tem opadł na po­dusz­ki, na­kry­wa­jąc się koł­drą po czu­bek uszu.

Kwia­tek ge­ra­nium, na­zy­wa­ny przed Gor­do­na Ar­che­ra Wat­so­nem, cho­wał swo­je list­ki w mro­ku po­ko­ju. Nie miał naj­mniej­sze­go za­mia­ru być słu­żą­cym de­tek­ty­wa. Jak przy­sta­ło na ro­śli­nę do­nicz­ko­wą, chciał po pro­stu so­bie ro­snąć i po­pi­jać wodę z pod­staw­ki do­nicz­ki. De­tek­tyw naj­wy­raź­niej w koń­cu to zro­zu­miał, dla­te­go po chwi­li zwlókł się z łóż­ka.

Pod­szedł do te­le­fo­nu i ode­brał. W słu­chaw­ce usły­szał roz­go­rącz­ko­wa­ny dziew­czę­cy głos:

– Pa­nie Ar­cher? To pan? Halo?

– Tak, to ja – po­twier­dził z god­no­ścią de­tek­tyw. – Ale to chy­ba nie jest zbyt sto­sow­na pora na roz­mo­wę – rzekł z na­ci­skiem. Był prze­ko­na­ny, że ja­kiś nie­grzecz­ny dzie­ciak robi so­bie ka­wa­ły.

– Pa­nie Ar­cher, to ja, Mary Jane! – gło­sik po­śpiesz­nie wy­ja­śnił, oba­wia­jąc się, że de­tek­tyw odło­ży przed­wcze­śnie słu­chaw­kę.

– Mary Jane Gard­ner? – Ar­cher przy­po­mniał so­bie. Przed ocza­mi sta­nę­ła mu cała wy­pra­wa do Ja­po­nii i przy­go­dy z nią zwią­za­ne. Je­śli to na­praw­dę dzwo­ni­ła cór­ka sir Ed­mun­da Gard­ne­ra, to mo­gło ozna­czać tyl­ko jed­no: KŁO­PO­TY.

– Dro­gie dziec­ko, dla­cze­go dzwo­nisz o tej po­rze? Coś się sta­ło? – za­gad­nął drżą­cym gło­sem.

– Pa­nie Ar­cher, mamy po­waż­ny pro­blem! W Peru za­gi­nę­ła pan­na Ofe­lia…

De­tek­tyw słu­cha­jąc uważ­nie tego, co mó­wi­ła Mary Jane, ro­bił co­raz to inne miny do dro­gie­go Wat­so­na, in­for­mu­jąc go na migi, że to bar­dzo po­waż­na spra­wa. Mary Jane opo­wie­dzia­ła o dra­ma­tycz­nym te­le­fo­nie pan­ny Łycz­ko i o tym, że po­trzeb­na jest nie­zwłocz­nie po­moc de­tek­ty­wa.

– Je­ste­śmy u lady Gi­ne­vry Car­nar­von w zam­ku Hi­ghc­le­re – mó­wi­ła pręd­ko Mary Jane. – Czy może pan do nas przy­je­chać?

– Te­raz? O tej go­dzi­nie? – Ar­cher wy­ba­łu­szył oczy. – Nie wiem, co lady na to po­wie…

– Pa­nie Ar­cher – de­tek­tyw usły­szał na­gle w słu­chaw­ce głos sa­mej Gi­ne­vry Car­nar­von. – Oso­bi­ście pana pro­szę o przy­by­cie. To spra­wa ży­cia lub śmier­ci!

– Tak jest! – De­tek­tyw ukło­nił się przed te­le­fo­nem.

Nie znał lady oso­bi­ście, ale prze­cież no­si­ła na­zwi­sko Car­nar­von. Gor­don Ar­cher rów­nież nie miał po­wo­dów, żeby wsty­dzić się swo­je­go na­zwi­ska, cie­szył się prze­cież nie­zwy­kłym uzna­niem w oczach Bry­tyj­czy­ków i nie było jesz­cze spra­wy, któ­rej by nie roz­wią­zał. Jed­nak od­kry­cie gro­bow­ca Tu­tan­cha­mo­na i nie­prze­bra­ne skar­by w jego gro­bow­cu sta­wa­ły mu przed ocza­mi, ile­kroć sły­szał na­zwi­sko, któ­re no­si­ła lady.

– Po­sta­ram się być naj­szyb­ciej jak to tyl­ko moż­li­we – obie­cał. – Bied­na pan­na Ofe­lia! – szep­nął współ­czu­ją­cym to­nem, od­kła­da­jąc słu­chaw­kę. Pa­mię­tał prze­cież tę uro­czą blon­dyn­kę. Jak to mo­gło się stać, że zna­la­zła się w Peru? I że ją po­rwa­no? Czy była tam po pro­stu na wy­ciecz­ce?

Gor­don Ar­cher, za­in­try­go­wa­ny spra­wą, po­szedł do ła­zien­ki, by wziąć prysz­nic, a po­tem sta­ran­nie się ubrał. Pod­lał ge­ra­nium i usiadł na chwi­lę przy biur­ku, żeby wy­pić go­rą­ce ka­kao. Spra­wa była nie­cier­pią­ca zwło­ki, ale ka­kao to rzecz świę­ta. Nie mógł prze­cież wy­ru­szyć w dro­gę o pu­stym żo­łąd­ku.

– Wat­so­nie, ty so­bie śpisz, a ja czu­ję, że wła­śnie nad­cią­ga­ją dla nas kło­po­ty – rzekł z wy­rzu­tem do ro­ślin­ki, za­zdrosz­cząc jej sta­lo­wych ner­wów.

Ge­ra­nium ani drgnę­ło.

De­tek­tyw wło­żył do we­wnętrz­nej kie­sze­ni twe­edo­wej ma­ry­nar­ki no­te­sik i dłu­go­pis. Na wszel­ki wy­pa­dek od­szu­kał też mapę Peru. Tak przy­go­to­wa­ny wy­szedł na pa­lusz­kach, żeby nie bu­dzić dro­gie­go Wat­so­na, a po­tem wsiadł do sa­mo­cho­du swo­je­go po­nu­re­go tak­sów­ka­rza, Ja­spe­ra Gra­ve’a, któ­re­go uprzed­nio we­zwał. Nie­mal w mil­cze­niu, je­śli nie li­czyć gło­śne­go po­chra­py­wa­nia Gor­do­na Ar­che­ra, tuż przed świ­tem do­je­cha­li do uro­cze­go mia­stecz­ka New­bu­ry, w hrab­stwie Berk­shi­re, gdzie znaj­do­wał się za­mek lady Gi­ne­vry Car­nar­von. Lo­kaj Ja­mes otwo­rzył drzwi.

– Lady cze­ka w bi­blio­te­ce, tędy – po­pro­wa­dził sza­cow­ne­go go­ścia scho­da­mi na pię­tro oświe­tlo­ne elek­trycz­ny­mi kan­de­la­bra­mi. Już z da­le­ka Ar­cher usły­szał gło­sy dzie­ci. Żywo o czymś dys­ku­to­wa­ły, a lady raz po raz wtrą­ca­ła ja­kąś uwa­gę.

Lo­kaj za­anon­so­wał de­tek­ty­wa i Gor­don Ar­cher wszedł do bi­blio­te­ki.

– Jest pan wresz­cie! – Mary Jane z ra­do­ścią po­wi­ta­ła de­tek­ty­wa.

ROZDZIAŁ IVDecyzja zapadła

– Musi pan le­cieć z nami do Peru! – Jim przy­sko­czył do Gor­do­na Ar­che­ra, gdy ten tyl­ko prze­kro­czył próg bi­blio­te­ki.

– Ja? Do Peru? – de­tek­tyw zła­pał się za swój wy­dat­ny brzu­szek opię­ty ulu­bio­ną ma­ry­nar­ką w drob­ną, zie­lo­ną kra­tecz­kę. Ja­kieś okrop­ne prze­czu­cie skrę­ci­ło mu żo­łą­dek.

– Tyl­ko pan może nam po­móc! – Mary Jane bła­gal­nie zło­ży­ła przed nim ręce.

– Za­gi­nę­ła pan­na Łycz­ko, już pan o tym wie – włą­czył się do roz­mo­wy Bar­tek i po­krót­ce zdał re­la­cję z ostat­nich wy­da­rzeń. Pod­kre­ślił to, co naj­bar­dziej wszyst­kich nie­po­ko­iło – w słu­chaw­ce wy­raź­nie sły­szał, że ktoś na­padł na pan­nę Ofe­lię.

Brwi de­tek­ty­wa uno­si­ły się co­raz wy­żej i wy­żej w zdu­mie­niu. Choć Mary Jane wspo­mnia­ła mu o tych wy­da­rze­niach wcze­śniej, re­la­cja Bart­ka wy­war­ła na nim ogrom­ne wra­że­nie.

– Dzie­ci, po­zwól­cie panu Gor­do­no­wi spo­cząć – lady Gi­ne­vra wska­za­ła mu fo­tel i po­pro­si­ła lo­ka­ja o her­ba­tę dla wszyst­kich.

De­tek­tyw roz­siadł się wy­god­nie i spoj­rzał na Tot­me­si­ka, któ­ry ły­pał na nie­go po­dejrz­li­wym okiem.

– Za­cznij­my od po­cząt­ku. – Ar­cher wy­cią­gnął no­te­sik i dłu­go­pis. – Co pan­na Ofe­lia robi w Peru?

Mło­dzi Gard­ne­ro­wie po­pa­trzy­li na Ostrow­skich. Tyl­ko oni mo­gli coś na ten te­mat wie­dzieć. Lecz Ania bez­rad­nie roz­ło­ży­ła ręce:

– Na­wet nie wie­dzie­li­śmy, że tam po­je­cha­ła!

– To pew­nie jed­na z tych jej se­kret­nych po­dró­ży – do­da­ła Mary Jane. Obie z Anią zna­la­zły prze­cież kie­dyś jej no­tat­nik i wie­dzia­ły już, że pan­na Łycz­ko od­by­wa po­dró­że do Ame­ry­ki Po­łu­dnio­wej, ni­ko­mu o tym nie mó­wiąc.

– Są­dzę, że ona nadal szu­ka tam swo­je­go ojca – wtrą­cił Bar­tek. – Wie­my tyl­ko tyle, że daw­no temu za­gi­nął. Był po­dróż­ni­kiem. Po­dob­no ru­szył śla­dem puł­kow­ni­ka Faw­cet­ta, był nim za­fa­scy­no­wa­ny.

– Faw­cett? Czy to ten, któ­ry szu­kał El Do­ra­do? – za­in­te­re­so­wa­ła się Gi­ne­vra Car­nar­von.

– Ten sam – ski­nął Bar­tek.

Gor­don Ar­cher za­my­ślił się.

– Czy to moż­li­we, żeby pan­na Ofe­lia szu­ka­ła tam El Do­ra­do? – spy­tał.

– Ra­czej nie – Bar­tek od­parł, prze­cią­ga­jąc nie­pew­nie ostat­nie sło­wo. – Je­śli już, to szu­ka­ła tam ojca. Mu­sia­ła przy­pad­kiem ko­muś się na­ra­zić. Może ja­kiejś ma­fii nar­ko­ty­ko­wej ukry­wa­ją­cej się w dżun­gli?

Na dźwięk sło­wa ma­fia, Ar­cher wzdry­gnął się mi­mo­wol­nie. Nie lu­bił ta­kich spraw. On wo­lał nor­mal­ne, kry­mi­nal­ne do­cho­dze­nia, gdzie trze­ba było wy­ka­zać się lo­gi­ką i ge­niu­szem, a nie bie­ga­niem z bro­nią za ban­dą uzbro­jo­nych po zęby ma­fio­sów. Od tego były zu­peł­nie inne służ­by. Miał ser­decz­nie dość ma­fii, a szcze­gól­nie ja­poń­skich ja­ku­zów.

– Słu­chaj­cie, może jed­nak pan­na Ofe­lia szu­ka tam skar­bu? – Mar­tin uznał, że to na­wet cał­kiem praw­do­po­dob­ne.

– Sama? Chy­ba ra­czej nie – Bar­tek od­parł, ale po chwi­li za­czął się nad czymś za­sta­na­wiać. – Zdą­ży­ła po­wie­dzieć coś o Prze­po­wied­ni Sy­nów Słoń­ca, nie bar­dzo wiem, o co mo­gło jej cho­dzić, i o Aka­ko­rze.

– Ona szu­ka Zło­te­go Mia­sta! – Jim stuk­nął ołów­kiem w blat sto­li­ka. – I musi być bli­sko, sko­ro ją zła­pa­li.

– Mu­si­my do­wie­dzieć się cze­goś o tej prze­po­wied­ni, a wte­dy sta­nie się ja­sne, gdzie po­win­ni­śmy jej szu­kać. Może ona mó­wi­ła szy­frem? – za­su­ge­ro­wa­ła Mary Jane.

– Co nie zmie­nia fak­tu, że jak naj­szyb­ciej po­win­ni­śmy po­le­cieć do Peru – rzekł z na­ci­skiem Bar­tek. – Po­le­ci pan z nami? – skie­ro­wał bła­gal­ne spoj­rze­nie na Gor­do­na Ar­che­ra.

De­tek­tyw sap­nął. Po­ru­szył się nie­pew­nie w fo­te­lu i zro­bił szyb­ką kal­ku­la­cję zy­sków i strat. Gdy­by roz­wią­zał tę spra­wę i od­na­lazł pan­nę Ofe­lię żywą, jego sła­wa zno­wu roz­la­ła­by się po ca­łym świe­cie. Ale jak znieść tru­dy tej po­dró­ży? Cze­ka­ła go na pew­no mor­dę­ga w gó­rzy­stej dżun­gli. I opie­ka nad tymi dzie­cia­ka­mi. Może jed­nak przy­bę­dzie ich wu­jek i Ar­cher bę­dzie mógł spo­koj­nie pro­wa­dzić śledz­two, nie opusz­cza­jąc ho­te­lu…

Tak, to by­ło­by naj­lep­sze roz­wią­za­nie.

– Czy wasz wu­jek Ry­szard przy­je­dzie do Peru? – zwró­cił się do Bart­ka z wiel­ką na­dzie­ją w gło­sie.

– Tak, za­raz do nie­go za­dzwo­ni­my!

Na pew­no zro­bi wszyst­ko, żeby od­na­leźć pan­nę Ofe­lię.

– W ta­kim ra­zie, zgo­da! – De­tek­tyw ob­wie­ścił swo­ją de­cy­zję, acz­kol­wiek nie przy­znał się do wszyst­kich swo­ich lę­ków i obaw.

– Hur­ra! – wrza­snę­ły chó­ral­nie dzie­ci, aż za­trzę­sły się mury zam­ku.

Lady Gi­ne­vra uśmiech­nę­ła się. We­zwa­ła Ja­me­sa i po­le­ci­ła:

– Przy­go­tuj, pro­szę, na­sze wa­liz­ki, i trans­por­ter Tot­me­si­ka też! – Przy­tu­li­ła ko­cu­ra. – Je­dzie­my do Peru! – po­wia­do­mi­ła kota z fi­lu­ter­nym uśmie­chem na ustach.

– Pani też je­dzie? – dzie­ci spoj­rza­ły zdu­mio­ne na star­szą pa­nią.

– Za nic nie prze­pu­ści­ła­bym ta­kiej oka­zji. Trze­ba po­móc tej bied­nej pan­nie Łycz­ko, ktoś musi się tak­że za­jąć wami, gdy wasz wu­jek bę­dzie jej szu­kał, a de­tek­tyw pro­wa­dził śledz­two – lady Gi­ne­vra po­wie­dzia­ła wspa­nia­ło­myśl­nie. Nie do­da­ła, że ogrom­nie ku­si­ło ją rów­nież El Do­ra­do. Chcia­ła być świad­kiem jego od­na­le­zie­nia, gdy­by przy­pad­kiem zo­sta­ło… od­na­le­zio­ne.

Z Kronik Archeo

Za­dzwo­ni­li­śmy do wuj­ka Ry­szar­da, był wstrzą­śnię­ty.

Nie wie­dział, że pan­na Ofe­lia zno­wu wy­ru­szy­ła do dżun­gli.

Jak tyl­ko uda mu się za­ła­twić wszyst­kie for­mal­no­ści, przy­le­ci do Peru. My bę­dzie­my szyb­ciej, lady Gi­ne­vra uru­cho­mi­ła swo­je licz­ne kon­tak­ty i wy­ru­sza­my po po­łu­dniu.

Te­raz trwa wiel­kie pa­ko­wa­nie i or­ga­ni­zo­wa­nie ca­łej wy­pra­wy. Na lot­ni­sku do­łą­czy do nas słyn­ny Gor­don Ar­cher. Bę­dzie nam to­wa­rzy­szyć rów­nież lady Car­nar­von i jej kot! Po­sta­no­wi­li­śmy, że wy­lą­du­je­my w Li­mie. Jesz­cze nie wiem do­kład­nie, gdzie się za­trzy­ma­my. Nie wie­my też, gdzie wła­ści­wie szu­kać pan­ny Ofe­lii. Ale to wszyst­ko bę­dzie­my usta­lać w sa­mo­lo­cie i już tam na miej­scu. Mu­si­my do­wie­dzieć się, co to za Prze­po­wied­nia Sy­nów Słoń­ca i jaki z nią zwią­zek ma oso­ba pan­ny Ofe­lii oraz ta­jem­ni­czy Aka­kor, o któ­rym zdą­ży­ła po­wie­dzieć.

Mu­szę się spie­szyć, bo za­raz śnia­da­nie, a po­tem wy­ru­sza­my.

Ania

ROZDZIAŁ VTajemnice Akakoru