Strona główna » Kryminał » Kryminał prywatny

Kryminał prywatny

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-65227-69-0

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Kryminał prywatny

Tymon Dantej, to pisarz, który nie może poradzić sobie z przeszłością, nie ogarnia teraźniejszości, a przyszłość dla niego nie istnieje. Jego Kryminał prywatny rozpoczyna się, gdy ginie młoda kobieta. Nikt jej nie szuka, nikt o nią nie pyta. Dantejowi zamazuje się granica między jego własną twórczością literacką i wyobraźnią, a tym co prawdziwe. Tymon Dantej jest też niemal pewny, że to właśnie on sam jest winien śmierci młodej dziewczyny, której nie może pozbyć się z głowy — niestety wszystko pamięta jak przez mgłę. Nim całkowicie stoczy się na dno chce wyjaśnić tę ostatnią w życiu zagadkę.

Polecane książki

Księga tysiąca i jednej nocy to zbiór około 300 baśni, podań, legend, anegdot i opowieści zamkniętych w kompozycyjną ramę legendy o sułtanie Szachrijarze i jego żonie Szeherezadzie, z głównym wątkiem narracyjnym Szeherezady. Pochodzą z IX–X w. i są zaliczane do arcydzieł literatury światowej. Księga...
„Odkrycie najdawniejszych pomników narodu polskiego” to ważny przyczynek do badań nad starożytnością ludów słowiańskich. Autor – Tadeusz Wolański (1785-1865) – polski archeolog i badacz napisów w języku etruskim. Herbem rodowym był Przyjaciel. Wolański we wszystkich swych zamierzeniach i działaniach...
Publikacja zawiera 69 odpowiedzi na pytania dotyczące rozliczeń podatników przy pomocy podatkowej księgi przychodów i rozchodów. Poruszane zagadnienia dot. m.in. kosztów związanych z eksploatacją auta służącego do prowadzenia działalności gospodarczej, wydatków na siedzibę firmy, kosztów reprezentac...
Miranda – antyutopijna powieść Antoniego Langego, wydana w 1924 w Warszawie, uważana przez niektórych badaczy za pierwszą nowoczesną utopię w Polsce, prekursorską względem późniejszych powieści demaskujących zbrodnie ustroju sowieckiego. Określana mianem „romansu naukowego rozszerzonego do wymiarów ...
Szczęście nie zawsze można urodzić. Bywa, że trzeba je pochować. Laura od lat jest mężatką. Na pozór spełniona i szczęśliwa, z dnia na dzień coraz silniej odczuwa emocjonalną pustkę. Ma wrażenie, że wszystkie prawdziwe uczucia zatrzasnęła wiekiem białej trumny niewielkich rozmiarów. Mimo to uśmiecha...
Poświęcili swoje życie walcząc o wolną Polskę i polski Śląsk. Poznaj historię 1 Pułku Strzelców Bytomskich i bojowe dokonania „Bytomiaków” w wojnie polsko — bolszewickiej w 1920 roku, w Wielkopolsce, na Górnym Śląsku oraz podczas II wojny światowej....

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Rafał Wałęka

Rafał Wałęka

Kryminał prywatny

Copyrights to:

Wirtualne Wydawnictwo „Goneta” Aneta Gonera

www.goneta.net

ul. Piękna 24/26A

00-549 Warszawa

 

Korekta: Dominika Dycha

jezykowapomoc@gmail.com

Okładka: Katarzyna Jackiewicz

okovabi@gmail.com

Redakcja: Aneta Gonera

wydawnictwo@goneta.net

ISBN: 978-83-65227-69-0

Wydanie 1

Warszawa, 5 grudzień 2017

 

Tekst w całości ani we fragmentach nie może być powielany ani rozpowszechniany za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych, w tym również nie może być umieszczany ani rozpowszechniany w postaci cyfrowej zarówno w Internecie, jak i w sieciach lokalnych bez pisemnej zgody wydawnictwa „Goneta” Aneta Gonera.

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Mojemu synowi Leonowi i ukochanej Ewie.

Zawsze miałem powód by pisać, ale dzięki Wam mam powód, by żyć.

O czym jest „Kryminał prywatny”?

Tymon Dantej, główna postać książki, uważa się za pisarza, ale niezbyt uważa na to co robi czy mówi. Z większą łatwością tworzy sobie problemy niż bestsellery książkowe i pochłaniania stanowczo zbyt dużą ilość alkoholu. Dantej nie może poradzić sobie z przeszłością, nie ogarnia teraźniejszości, a przyszłość dla niego nie istnieje. Jego kryminał prywatny rozpoczyna się, gdy ginie młoda kobieta…

Nikt jej nie szuka, nikt o nią nie pyta. Nie ma ciała, nie ma zbrodni? Jedyną osobą, która nie może pozbyć się świadomości śmierci tej kobiety, jest ten, który ją zabił…

Dantejowi zamazuje się granica między jego własną twórczością literacką i wyobraźnią, a tym co prawdziwe. Tymon Dantej jest też niemal pewny, że to właśnie on sam jest winien śmierci młodej dziewczyny, której nie może pozbyć się z głowy — niestety wszystko pamięta jak przez mgłę. Nim całkowicie stoczy się na dno chce wyjaśnić tę ostatnią w życiu zagadkę. „Kryminał prywatny” to rzecz jasna kryminał, czasami mroczny, a innym razem mniej. Niniejsza książka jest psychologicznym labiryntem dla głównego bohatera, który prócz zakamarków własnego umysłu zwiedzi też Opole, Wrocław i Kuźnię Raciborską.

„Ponoć życie jest jak pożar, czasami wystarczy iskra by piękny las zmienił się w mroczne pogorzelisko. Dla jednych będzie to koniec, dla innych katharsis i impuls dla czegoś nowego…”.

Od autora, część 1:

Każdy morderca zabił kiedyś po raz pierwszy.

Od tego jak zasmakowała mu śmierć, zależy jego dalszy apetyt.

Oto moje pierwsze, teoretycznie najtrudniejsze, zdanie w powieści. Od tego się zaczyna, to fundament historii, więc ciężar na nim spoczywający jest ogromny. Niczym ładna sukienka, która przyciągnie wzrok, tak ów pierwsze zdanie wyzwala chęć brnięcia głębiej.

Dla czytelnika musi być to miłość od pierwszego wejrzenia, która później powinna przerodzić się w związek z pisarzem. Randki, jako spotkania autorskie, pierwsze autografy, jak pierwsze pocałunki, wspólne zdjęcia zacieśniające więzi autora i fanów, jak złapanie za rękę, objęcie… dyskusje w mediach społecznościowych, jako kłótnie często oczyszczające związek, kolejne powieści niczym coraz bardziej intymne sam na sam pisarza i czytelnika, aż w końcu autor książki będzie chciał rodzić swoim fanom kolejne powieści, niczym żona mężowi dzieci. Tak, pisarz i jego czytelnicy są jak małżeństwo, owocne będzie tylko wtedy, gdy wzajemnie będą się szanować… Póki śmierć nas nie rozłączy? Jak łączą się pierwsze i ostatnie zdania tego wstępu, zrozumiesz, gdy ukończysz książkę:

„Kryminał prywatny”.

Powodzenia i dziękuję, że czytasz!

Rozdział 1: Nadeszła zima.

Zima to niewdzięczna pora roku, tak mawia wielu z nas. Jest piękna, ale niełatwa, bywa wyzwaniem wartym wysiłku, niczym kobieta. Chcesz ją mieć i się nią cieszyć? Bądź gotów na trudności.

Nienazwany mężczyzna uwielbiał czas, gdy śnieżny puch pokrywał ziemię niczym makijaż kobiece niedoskonałości. Biała kołdra, tuląca przyrodę do snu, byłaby niezłym polem do popisu, gdyby umiał malować. Nagrałby piosenkę o tym, jak chłód łączy ludzi, bo ciągnie wszystkich do jakiegoś źródła ciepła, gdyby tylko umiał śpiewać.

Nienazwany mężczyzna z żalem opuszczał więc hotel w górach. Z przyklejonym, sztucznym uśmiechem oddał recepcjoniście klucze do pokoju numer 13.

„Stereotypowa trzynastka? Pechem jest to, że muszę już wracać” — pomyślał Nienazwany.

Przed budynkiem raz jeszcze omiótł wzrokiem piękny, pokryty śniegiem pejzaż. Nabrał przy tym w płuca świeżego, górskiego powietrza. Jakby miał już nie oddychać dopóki nie wróci tutaj na kolejny urlop. Samochód odpalił bez problemu, ale Nienazwany miał cichą nadzieję, że jakaś awaria zmusiłaby go do pozostania w tym miejscu chwilę dłużej. Musiał jednak jechać dalej. Myślał tak przez kolejne kilkanaście minut, nim pogodził się z myślą powrotu do świata rzeczywistego. Ciężko było mu skupić się na prowadzeniu auta, bo okoliczne piękno gór w zimowej szacie nie pozwalało o sobie zapomnieć. Czuł się z tym jak z dwiema pięknymi kobietami, które wołają go do łóżka, a on wie, jak byłoby im dobrze. Mimo to, musiał odmówić, pozostawić je samym sobie. Nienazwany mężczyzna wracał do jak najbardziej nazwanych już planów i wyzwań zawodowych. Kolejny korposzczur pozwalający na codzienne karmienie się trutką fałszu, by zdobyć kasę — tak o sobie mawiał. Czasami uznawał się za prostytutkę, która dawno już się sprzedała temu, kto dał najwięcej. Bez pieniędzy nie miałby jednak swojej X5, która sunęła teraz po górskich, zakręconych serpentynach w drodze powrotnej z urlopu w luksusowym hotelu wprost do bogato urządzonego apartamentu Nienazwanego mężczyzny w centrum Warszawy.

Nie spoglądałby też na swój nowiutki zegarek, który sprezentował sobie na wycieczce. Mężczyzna patrzył na niego nie po to, by sprawdzić godzinę. Gratulował sobie bogactwa i sukcesu zawodowego.

To koiło piekącą ranę tęsknoty za górskimi apartamentami. Jednocześnie ciągnęło go też w serce Warszawy. Znów będzie dyrektorem z władzą, ponownie dopnie milionową transakcję. Będzie chciał więcej, szybciej, mocniej, a kolejna zdobycz zawodowa posmakuje niczym najlepszy orgazm.

Nienazwany mężczyzna docisnął pedał gazu, a X5 zaryczała donośnie niczym ogier, któremu jeździec kazał pędzić co sił. Chwila, w której postanowił przyśpieszyć, spowolniła go w sposób najgorszy, jaki mógł sobie wyobrazić. Nie wiadomo skąd, tuż przed autem Nienazwanego mężczyzny, pojawiła się Nienazwana kobieta. Ich spojrzenia spotkały się na jedną setną sekundy, która zdawała się trwać całe wieki. Po policzku kobiety spłynęła łza, na twarzy pojawił się nie strach, lecz pogodzenie z losem, a stopa prowadzącego samochód nie zdążyła przeskoczyć na pedał hamulca. Rozpędzony pojazd z całym impetem uderzył w kobietę. Nienazwany mężczyzna skręcił zbyt późno. Prócz niej staranował też stary, drewniany płot i wylądował na zamrożonym jeziorze. X5 zatrzymała się, ale pokonała zbyt wiele przeszkód by obyło się bez szkód w jej konstrukcji.

Minęła dłuższa chwila, nim zdążył pogodzić się z potrąceniem młodej kobiety. Zaraz potem dotarło do niego, że jest na zamarzniętym jeziorze.

Tafla lodu pod podwoziem powoli pękała, a samochód zaczął tonąć. Pełna uroku zima, która budziła w Nienazwanym mężczyźnie taki zachwyt, miała go pogrążyć. Jak wspominał na początku swojej, być może ostatniej podróży, piękna, ale też niebezpieczna…

Gdy samochód tonął stopniowo pochłaniany przez zdradliwą zimę i jezioro, jej tymczasowego sprzymierzeńca, także chcącego zabić Nienazwanego, mężczyzna tak bardzo chciał przetrwać z nadzieją, że potrącona dziewczyna jednak przeżyła.

Im dłużej siedział w tonącej pułapce, tym mniejsze szanse mieli oboje na wyjście cało z tej sytuacji. Bez strat się nie obędzie, można je jedynie ograniczyć. Ratunek dziewczyny zaś był też i jego własnym.

Chwycił się złudnej nadziei, niczym tonący brzytwy. Jeśli Nienazwany teraz zginie, to śmierć dziewczyny też będzie pewna. Musi jej pomóc!

Jednak drzwi auta były już zablokowane przez napierający z boków lód. Czarna X5 znalazła się pod wodą i miała stać się luksusową trumną korposzczura z Warszawy. Nienazwany mężczyzna — o ironio! — zdołał zachować zimną krew. Przypomniał sobie jeden z programów telewizyjnych, w którym jakiś facet próbował wydostać się z tonącego samochodu. Oczywiście miał asekurację nurków, był kaskaderem z doświadczeniem filmowym, a nie dyrektorem, dla którego największym wyczynem było cotygodniowe zwycięstwo w squasha podczas turniejów organizowanych przez firmę. Ale kto by chciał pokonać dyrektora i narażać się na jego gniew? Pominięcie przy awansie, zadra oddzielająca pracownika od premii uznaniowej…

Wszystko to wydawało się teraz błahe, gdy Nienazwany mężczyzna miał anonimowo utonąć. Nie dość, że będą wyśmiewać jego śmierć w luksusowej X5, którą tak się chwalił, to będzie mordercą młodej kobiety. O ile kiedykolwiek znajdą i wydobędą jego ciało z tej lodowej trumny.

Mężczyzna zebrał się w sobie. Uspokoił się, wziął głęboki oddech i skupił myśli. Starał się ignorować wodę, która wdzierała się powoli do auta. Siła naporu mogła nie pozwolić na otwarcie drzwi. Opcją było też wybicie szyby, ale nie pamiętał, ile ludzkie ciało może wytrzymać w lodowatej wodzie.

Szok termiczny po opuszczeniu samochodu byłby niczym, w porównaniu z utopieniem się bez możliwości przebicia tafli lodu okrywającej zamarznięte jezioro. W umysł nienazwanego mężczyzny wkradła się też próżność. Auto spoczęłoby na dnie, ale jego ciało poniesione zostałoby czort wie gdzie, minęłyby dni nim zostałby znaleziony, a spuchnięte, być może podgryzione przez robale i ryby zwłoki pokazane zostałyby bliskim.

„Jeśli mam umrzeć, to niech chociaż mają co pochować!” — pomyślał, ale zganił się rozumiejąc, że panika jest najgorszym, co może teraz zrobić.

Przecież to jezioro, nie rzeka, więc określony obszar, a ciało z czasem wypłynie. Zwłoki i wstyd… Nienazwany mężczyzna musi się wydostać!

Chwycił się więc nadziei niczym boi ratunkowej. Widział, że jedynym wyjściem jest tył samochodu. Wgramolił się na tylne siedzenie znajdującego się już niemal w całkowitym pionie auta i spróbował otworzyć bagażnik. Spóźnił się, lód zablokował ostatnią drogę ucieczki. Nienazwany mężczyzna mający stać się wkrótce nienazwanym trupem, nie porzucił jednak woli walki.

Z wielkim trudem odkręcił zagłówek siedzenia kierowcy i metalową częścią uderzał z impetem w szybę bagażnika. Gdy nienazwany mężczyzna zobaczył pierwsze rysy i pęknięcia, na jego twarzy pojawił się mimowolny uśmiech. Był silniejszy niż kiedykolwiek. Walił coraz mocniej i mocniej, aż w końcu szyba pękła, a on mógł się wdrapać na zewnątrz, do wolności i życia. Udało się! Znalazł się poza samochodem, które właśnie zanurzyło się całkowicie. To jednak nie koniec.

Mężczyzna wiedział, że póki znajduje się na jeziorze nie jest bezpieczny. Bał się wstać, by nie załamał się pod nim lód. Czołgał się więc powoli, zostawiając na śniegu krwawe ślady. Skaleczył się szkłem, gdy wychodził z auta, ale te rany były niczym wobec wyrwania się z objęć śmierci.

Po chwili poczuł, że jest już na stałym lądzie, a jezioro i zima pozostawią w nim traumę do końca życia. W końcu wstał i przypomniał sobie o potrąconej kobiecie. Zobaczył ją leżącą kilkanaście metrów dalej. Nie ruszała się. To był zły znak.

Nienazwany mężczyzna przestał wierzyć, że przeżyła. Minie jeszcze chwila, gdy pojawią się myśli o konsekwencjach jego nieuwagi podczas szybkiej jazdy.

Nie miał przy sobie telefonu, a wokół rozciągał się tylko las, jezioro i ona, martwa kobieta mająca zrujnować jego poukładane, luksusowe życie.

Wtem mężczyzna zauważył w oddali chatkę, w której zapaliło się właśnie światło. Mężczyzna nie zauważył jej wcześniej, ale był to najpewniej jedyny budynek w okolicy.

Nienazwanym mężczyzną zawładnęły mroczne myśli, a wyobraźnia podsuwała egoistyczne rozwiązania.

„Wrzucić ciało kobiety do jeziora, znajdą ją dopiero jesienią, razem z autem. Nie, przecież natrafią na dokumenty. Jeszcze rejestracja, ale zdążę zniknąć. Zgłoszę kradzież? Mam dość pieniędzy, by wyjechać za granicę, może zniknę bez śladu. Jak ten czyn w moim sumieniu…”.

Nienazwany mężczyzna nie zapomniał o szczególe, jakim jest ten ktoś, kto zapalił światło w pobliskiej chatce. Potencjalna pomoc w zawiadomieniu policji czy niewygodny świadek, którego trzeba usunąć? Dzwonił już gdzieś, czy można od niego zadzwonić?

Kołowrotek myśli szalał w głowie nienazwanego mężczyzny, a śmierć niczym chomik napędzała ten mroczny mechanizm. Nienazwany spojrzał na złamane ogrodzenie i wziął jeden z wielkich gwoździ. Schował go do kieszeni, by za chwilę ruszyć w kierunku chatki. Na spotkanie z jej mieszkańcem…

Rozdział 2: Mroki i uroki.

„…Nienazwany spojrzał na złamane ogrodzenie i wziął jeden z wielkich gwoździ. Schował go do kieszeni. Za chwilę miał ruszyć w kierunku chatki i jej mieszkańca…” — mamrotał pod nosem Tymon Dantej uderzając palcami w klawiaturę laptopa. Puste, białe kartki nowej książki zapełniały się od rytmicznego tańca palców z weną pisarza, który mógł uznać pierwszy rozdział za ukończony.

Zamiast satysfakcji z pierwszego kroku, poczuł jakby to on sam znalazł się na lodowym jeziorze. Nie był pewien, czy to jest to, co naprawdę chciał napisać. Mógł walczyć dalej, ale zamiast po kolejne pomysły, sięgnął po wypitą do połowy szklankę z piwem i dopił trunek do dna. Przełknął ślinę, czytając to, co napisał i zmarkotniały podrapał się po trzydniowym zaroście. Pokręcił głową z dezaprobatą wobec własnej twórczości. Przez moment bawił się pustą szklanką, by po chwili zadumy wcisnąć klawisz delete. Trzymał go dopóki cały pierwszy rozdział nienazwanej książki zniknął na cmentarzysku niewydanych treści. Dantej miał dość. Uznał, że czas powrócić do świata żywych, przynajmniej na chwilę, nim umarli znów go przywołają.

Odsuwał roletę, mrużąc oczy przed słońcem. Szło mu to opornie, niczym pisanie, jakby cały świat uznał, że Tymon Dantej pisarzem był, a niekoniecznie jeszcze jest. Gdy już przywyknął do światła, spojrzał przez okno na ulicę Krakowską. Miała swój urok, a co ważniejsze, zawsze kręcili się tam jacyś ludzie do podglądania. Można było się na nich skupić, więc oderwać od innych myśli albo coś podpatrzeć. Kiedyś Tymon miał widok na najlepszy kebab w Opolu. Choć początkowo zapach i dziwne melodie strasznie go irytowały, przywyknął i rozsmakował się w specjałach tureckiej kuchni. Szczególnie upodobał sobie świeże mięso wołowe i Ayran, czyli coś w rodzaju kefiru, ale bardziej słonego. Pod knajpką gromadzili się ludzie różnej maści, wszystkich łączył głód. Sprzyjała temu lokalizacja niedaleko dworca PKP i Hotelu Merkury. Oczywiście pobliski lokal z kebabem nie był wiecznie Ayranem i mięsem płynącą krainą. Bywały noce, gdy ulica Krakowska zmieniała się w pole bitwy. Krewki właściciel o imieniu Emra do największych nie należał, ale jego sławna maczeta już tak. Szczególnie chętnie wyciągał ją, gdy pojawiali się „obrońcy polskiej gospodarki”. Tak Dantej nazywał grupę kilku łysych gości w dresach, którzy kiedyś wiele razy próbowali — w ich mniemaniu — walczyć o Opole i jego etniczno-gospodarczą czystość. Bywała policja, bywały sprzeczki wewnętrzne, a nawet bójka kibiców Odry Opole z zabłąkanymi sympatykami ze Śląska Wrocław. Mimo wszystko, Kebab „Birsen” na Krakowskiej trzymał się, jak bokser biorący na siebie ciosy i wciąż tańczył na gastronomicznym ringu Opola.

Pewnego razu Dantej wyjechał — w jego mniemaniu — służbowo, do Berlina. Gdy powrócił, knajpy „Birsen” i Emry już nie było. Wokół tejże pary wyrosło wiele różnych historii. Gazety rozpisywały się o zazdrosnym kochanku, który nakrył Emrę z jego dziewczyną i nieoficjalnie, zamiast nasłać kilku „łysych”, wybrał wyjście skuteczniejsze. Nasłał Sanepid, który oczywiście znalazł coś, co pozwoliło na zamknięcie lokalu. Ludzie mówili, że to zazdrośni właściciele innych kebabów w Opolu zmówili się, by usunąć konkurencję, która niczym tama zatrzymywała przybyłych do Opola gości. Po prostu nie docierali do budek na rynku, skoro tuż od PKP kusił ich niepowtarzalny zapach. Historii było mnóstwo, a Dantej ochoczo ich wysłuchiwał, obiecując sobie, że kiedyś przeprowadzi własne śledztwo. Nie mógł pozbyć się dziwnego uczucia, jakby to on sam był strażnikiem tej knajpy i biednego Emry. Jak długo Tymon był w pobliżu „Birsen”, lokal trwał, ale gdy tylko wyjechał, kebab na Krakowskiej został pożarty przez ekonomicznego smoka lub gastronomiczną mafię. Tak czy owak, Tymon nigdy nie dzwonił na policję, nie wychodził też uspokoić krewkiego Emry, który niczym Pan Wołodyjowski wychodził z szabelką na agresorów. Dantej nie poznał też bliżej tegoż gastronomicznego sułtana ani żadnego ze zirytowanych jego gości.

Jedynie wszystko obserwował i spisywał w głowie. Zawsze tak robi, gdy czuje natłok myśli. Teraz pozostało mu tępo gapić się w jakiś lumpeks, który stanął w miejsce knajpy „Birsen”.

Prostota chwilowo ogłupiała Danteja, na swój sposób go uspokaja. Ciuchoraj więc stoi, kebaba na ulicy Krakowskiej nie ma, ale jedno się nie zmieniło. Wciąż kręcili się tu ludzie, choć „obrońców polskiej gospodarki” z misją nie widywano. Może przyjdą, gdy do sprzedaży wejdą szaliki? Gdyby Remigiusz Mróz pisał o kibicach, ileż by tego sprzedał przy okazji promocji książki?

Wraz z ostatnią myślą Tymon się zmitygował. Idiotyzmem byłoby generalizować chuliganów z kibicami, choć obu łączy jedno — walczą o to, w co wierzą. Ugryzieniem zazdrości była też myśl o Remigiuszu Mrozie, młodszym, sympatyczniejszym i płodnym pisarsko autorze, który tworzy trzydzieści książek rocznie. To chyba więcej treści, niż zażaleń więziennych…

Dantej uznał, że zbyt długo gapi się w lumpeks. Jeszcze chwila, a jego myśli też staną się tanimi ciuszkami, których nikt nie chce nawet za półdarmo.

„Co ja pieprzę? To już się stało” — pomyślał Tymon, którego książka miała być jak markowe ubrania, na które każdy oszczędza, a jak już kupi, chwali się tym bardziej niż rodzice dzieciakami na Facebooku.

Zmęczony Dantej czuł, że wie, co chce napisać, ale jeszcze nie znalazł słów, by to opisać. Obawiał się, że ta książka może go pogrzebać. Dosłownie… Martwi znów go wzywają, ale Dantej nie miał ochoty na spotkanie z nimi. Bardzo chciałby kiedyś napisać komedię, romans, pozytywne dzieło, a nie smętny kryminał, w którym trup z depresją upija się w mieszkaniu na Krakowskiej. Opole to stolica polskiej piosenki, a nie stolica polskiego trupa! Tańczyć, śpiewać, pisać…

Tymczasem Tymon sam nie wierzył, jak dziwne myśli pojawiają się w jego głowie. W niepoważnych sprawach zawsze szukał ucieczki od tych ważnych.

— To już rok, gnojku. Pieprzony rok, a ty wciąż nie zrobiłeś nic. Jesteś tchórzem, ale nie uciekniesz od tego — mruczał pod nosem Dantej, aż gwizdanie czajnika przywołało go do porządku.

Zrobił sobie kawę, ale ledwo zamoczył wargi w czarnej cieczy, a już musiał odstawić kubek. Spojrzał na zegarek i przeklął pod nosem. Był spóźniony! Czas szybko zostawić dumanie nad losem najlepszego kebaba w Opolu oraz tym dziwnym urokiem lumpeksów. Trzeba zdjąć kapcie i niewyprane spodenki, trzeba przeobrazić się w pełnego uroku Tymona Danteja, pisarza, a nie domowego żula, który więcej pije, a nie czyta.

Gdy wychodził, na włączonym wciąż laptopie widniała tylko pusta biała kartka i tytuł: „Kryminał prywatny”.

Rozdział 3: Spotkanie z diabłem.

Tymon po dziesięciu minutach szybkiego marszu dotarł do biblioteki na ulicy Piastowskiej. Po drodze pozwolił sobie nawet na luksus kupienia puszki coca-coli w kiosku. Czarna, wybitnie niezdrowa gazowana ciecz była jednym z jego uzależnień. Wielokrotnie ją odstawiał, podobnie jak papierosy, ale naprawdę bardziej mógł obejść się bez fajek, niż bez pobudzającego narkotyku w czerwonym aluminium. Ze stresu zawsze zasychało mu w ustach, więc taka dawka kofeiny przed spotkaniem dodawała mu pewności siebie. Kawy z niepewnych źródeł odmawiał, bo wiedział jak na układ wydalniczy działa czarna, źle przyrządzona lura.

Stając naprzeciw wygłodniałych uszu swoich czytelników, nie miał ochoty karmić ich pytaniami o dostępność toalety i możliwość dłuższej lub krótszej przerwy. Tu nie chodziło o jego dobre wychowanie, ale sprzedaż najnowszej książki, która nie szła tak dobrze, by mógł zrażać czytelników swoją chamską osobą.

— Jo Nesbo może sobie mówić, jak to mu się nie chce pisać, Mróz opowiadać o tym, jak pisze trzydzieści książek rocznie, a King… Stephen King mógłby narobić do wnętrza książki i wmówić ludziom, że to opętane gówno mordujące ludzi, a ci pobiegliby po to do księgarń i wykupiliby cały nakład — Dantej zaśmiał się pod nosem, wchodząc do sali głównej biblioteki, po czym przeprosił za spóźnienie, choć naprawdę miał to w dupie.

— Wiecie państwo, wena wezwała, a to ważniejsze od wywołania przez księdza na ambonie — zażartował, ale pięć zgromadzonych osób jakoś dowcipu nie uchwyciło.

Tymon rzucił okiem na przybyłych, którzy zajęli połowę przygotowanych krzeseł. Spokojnie zmieściłoby się ich dwa razy tyle, ale biblioteka chyba niezbyt wierzyła w Tymona Danteja pisarza i jego nową książkę. Chyba jedynym argumentem za tym, by zaprosić go tutaj na wieczór autorski był sam fakt jego dostępności w tym dniu. Remigiusz Mróz, pisarska gwiazda Opola i dumny syn tego miasta, przebywał na targach książki w Warszawie, a inni autorzy z pewnością odmówili. Dantej zlustrował siedzącą „piątkę wspaniałych”.

„Młoda blondynka, nieco tłuste, rozpuszczone włosy. Ciekawe, czy gówniara też taka rozpuszczona przez rodziców. W każdym bądź razie, nietłusta ta studentka. Jakby ją zrobić, byłaby niezła laska. Ale te znoszone czarne trampki…? Przyszła na bieżnię, czy do biblioteki?” — myślał. Obok niej wiercił się piegowaty rudzielec w okularach, niewiele starszy od niej. Natura zrobiła mu psikusa, mogła dać inną płeć albo inny kolor włosów, bo z rudych facetów się śmieją, a do rudych lasek się uśmiechają. Samce latają za nimi, jak Reksio za szynką. „Z pewnością leci na tę blond studenteczkę, ale plus za moją książkę w rękach. Czytał czy kupił po drodze, uznając, że każdy będzie ją miał? Kurde, na pięć osób na sali ma ją tylko on. No i ta czterdziecha w rogu. Stara panna? Obok jakiś wąsacz, gada do niej, a ta co chwilę go ucisza. Ewidentnie jej mąż. Wymieniłem cztery osoby z pięciu. Nie, no, kurde, ta piąta to bibliotekarka. Dość elegancka, siwe włosy w kok, nieco sztywna. Patrzy na mnie z rezerwą. Brak jej dobrego grzmocenia, ale na pewno nie brak jej wiedzy o książkach. Cholera, jestem w dupie czarniejszej niż coca-cola. Sam nie wziąłem własnej książki!”. Wszystkie te myśli przeleciały w jednym momencie, gdy Tymon siadał na fotelu. Czuł też, że lada moment zacznie się pocić.

Z opresji uratował go Jarosław, przyjaciel, agent stylizujący się nieco na Bonda, choć ewidentnie nie takim agentem był i nie ten poziom uroku prezentował.

Jarek Wilk był starszą wersją rudzielca w okularach z drugiego rzędu, ale mimo braków urodowych potrafił być całkiem skuteczny. Wręczył Dantejowi egzemplarz „Owcy w skórze wilka” i przywitał gości, przedstawiając zaproszonego pisarza. Odezwały się nieśmiałe brawa, a młoda blondynka z widowni podeszła nieśmiało witając się z Dantejem.

„Ta studenteczka będzie prowadzić spotkanie? Przynajmniej na jej tle wypadnę na pewnego siebie. Nie powinna mnie zagiąć, ale podstawą będzie nieurażanie jej jakichkolwiek uczuć. Jeśli łatwo ją emocjonalnie uszkodzić, to będzie jak spacer po polu minowym” — Tymon układał w głowie strategię wywiadu, co oczywiście robił na ostatnią chwilę.

— Nazywam się Katarzyna Klim i będę prowadziła to spotkanie autorskie — blondynka przemówiła do publiczności już nieco śmielej.

„Chyba rozdziewicza swoje umiejętności dziennikarskie… Pewnie się rozkręci. Ciekawe, czy z tej niepozornej dziewczyny w łóżku też robi się taka…” — Dantej zapuszczał się myślami daleko w las skojarzeń, które były nie na miejscu. Z powrotem przywołało go kaszlnięcie Jarka i pytanie blond studentki:

— Panie Dantej, czy odpowie pan na pytanie? — przypomniała się Katarzyna.

Tymon czuł się jak na egzaminie. To nie było jego pierwsze w życiu spotkanie autorskie, ale od kilku miesięcy nie był sobą. Czasami gubił pewność siebie i artystyczną niepokorność, którą niegdyś emanował.

Nie miał wyboru. Poprosił o powtórzenie pytania.

— Bywam roztargniony… jak mój bohater. Pisarz czasem przesiąka swoimi postaciami aż za bardzo — czuł, że wybrnął, sądząc po delikatnych uśmiechach przybyłych.

Zauważył, że nagle na sali pojawiły się dwie nowe osoby. Powtrzymał się od lustrowania ich i zanotował tylko w myślach, że dwie kobiety powyżej prawdopodobnie pięćdziesiątego roku życia albo może nawet bliżej sześćdziesiątego. Dantej nawet w myślach postanowił być miłym dla swoich czytelników. Marudzić na nich będzie mógł, kiedy zacznie sprzedawać książki w milionach egzemplarzy.

— W Pana książce bohater, a właściwie bohaterowie. Skąd pomysł na bohatera z rozdwojeniem jaźni? — zapytała prowadząca spotkanie Katarzyna.

Tymona inspirował film „Lęk pierwotny” z Edwardem Nortonem i Richardem Gere’em, ale sądził, że lepiej będzie odpowiedzieć inaczej:

— Zdecydowanie zawsze interesowała mnie dwoistość ludzkiej natury. Jesteśmy dobrzy, źli, a w westernach i brzydcy — udał, że strzela z rewolweru, a Pan z wąsem na widowni zrozumiał nawiązanie do westernów Sergio Leone.

Może żart był niezbyt na temat, ale na chwilę powrócił pewny siebie Dantej. Pisarz wewnętrznie odetchnął i czuł, że teraz pójdzie mu lżej. O swojej książce mógł opowiadać godzinami, wiec ciągnął wątek:

— …Dr Jekyll i mister Hyde od zawsze mnie interesowali. Tak samo jak wątki zaników pamięci i opętań.

— Wierzy Pan w diabła? — zapytała blondynka, teraz już całkiem pewna siebie.

Początkowo przestraszona, przejęta swoją rolą, teraz widać było po niej, że ta rybka wpadła do swojej wody.

— W diabła trzeba wierzyć, jak w Boga — odparł Dantej bez zastanowienia.

— Wątek religijny jest ważny w Pana powieści? — drążyła Katarzyna, która nie była już tylko Kasią. Opętał ją duch dziennikarstwa.

— Wątek religijny jest tak samo ważny, jak inne, ale fabuła rzeczywiście zahacza o aspekty wiary. Zarówno człowieka w Boga, jak i Boga w człowieka… — Dantej podjął grę.

Mają gadać o religii? Niech gadają, choć święty nie jest, ale to się sprzeda jak świeże, święcone bułeczki. Podstawą miały być ostrożne odpowiedzi, nie obrazi nikogo na sali, a będzie dobrze. Z drugiej strony, religia to zawsze grząski grunt.

— Miałam wrażenie, że piętnuje Pan głównego bohatera, który jest księdzem. Ba, na forach internetowych pojawiły się głosy, że piętnuje go Pan za to, że jest duchownym. Jego problemy wynikają…

Dantej postanowił przerwać Katarzynie. Nie może dać się zagadać. W serialu „Suits” zgłosiliby sprzeciw.

— Jego problemy wynikają z tego, co robi, a nie z tego, kim jest. Sutanna to nie mundur, który można ot tak… zdjąć. Koloratka to brzemię.

— „Owca w skórze wilka”, czyli „święty w skórze księdza”… Dobrze odczytałam znaczenie tytułu?

— Zdradziłbym całą fabułę, gdybym na to odpowiedział. Spoilery są tylko w samochodzie — znów nieudany żart Tymona, który poczuł, że się pogrąża.

— Ale idę dobrym tropem, niczym ten drugi główny bohater śledzący duchownego?

— Widzę, że jest pani w połowie powieści.

— Czytam dużo książek — Katarzyna zripostowała, stawiając między nimi mur.

Nie rozmawiał z wielbicielką swojej twórczości, lecz ze studentką, najpewniej dziennikarstwa, która dobrze przygotowała się do wywiadu, który nieco zaskoczył swoją formą zarówno Tymona, jak i jego agenta, Jarka Wilka, który notabene, wymyślił ten tytuł.

Dantej czuł się trochę jak na spowiedzi, może nawet przesłuchaniu z dociekliwym detektywem, który po prostu chce by był winny niczym ocet.

Nikt tu miło nie połechta jego pisarskiej próżności.

— Panie Dantej — zawołała nagle jedna ze spóźnionych kobiet około sześćdziesiątki. — Mogę o coś zapytać?

„Już zapytałaś” — pomyślał Dantej, ale głośno zapewnił, wietrząc okazję na wymknięcie się spod kontroli pytań Katarzyny:

— Oczywiście. Po to tu jestem.

Za chwilę miało się okazać, że trafił z deszczu pod rynnę.

— Jesteśmy przedstawicielkami Kręgu Zaufania Jezusa Chrystusa — przemówiła jedna z przybyłych bliźniaczo podobnych do siebie kobiet.

Tymon mocniej przyjrzał się tym paniom po sześćdziesiątce i uznał, że nawet po setce nie byłyby fajne. Przywołał sobie w głowie kolejny mem z Aleksandrem Kwaśniewskim. Nie spodziewał się tu osób z kropidłem, a te dwie kobiety dzierżyły je w dłoniach. Symboliczny moherowy beret, który również trzymały, był aż nadto stereotypowy. Teraz miały zacząć się fajerwerki zarzutów.

Tymon szukał ratunku u Jarka, ale ten był zajęty klikaniem czegoś na klawiaturze telefonu. Tymczasem dwie kobiety z kropidłem odważnie podeszły do Danteja, który starał się zachować pozorny spokój. Co mogą mu zrobić poza kazaniem i pochlapaniem wodą? Zastanowił się, czy istnieje szansa na piwo święcone…

— Jak rozumiem, interesuje panie aspekt religii w mojej książce — powiedział uznając, że atak będzie dobrą obroną.

— To nie jest religia! To bluźnierstwo! — zripostowała kobieta, kropiąc Tymona wodą.

„Nie wstyd ci, gamoniu?!” — Dantej próbował wszystko zbyć uśmiechem. —Obrażasz kapłanów, niewierny hultaju!”.

— Bóg dał ci życie, a ty to kwestionujesz. Wstyd dla Opola. Wstyd dla twojej matki! — wołały, coraz ekspresyjniej machając kropidłem.

Moherowe panie przemawiały z pasją, dosłownie… Mela Gibsona by tym kropidłem zatłuc.

Po chwili natrętne starsze panie próbowała uspokoić siwowłosa bibliotekarka. Elegancka kobieta nie umiała sobie poradzić z sytuacją, mimo że prawdopodobnie była ich rówieśniczką. Nie przemówiła do rozsądku żadnej pannie z gorącą głową. Prowadząca wywiad Katarzyna zaczęła wszystko nagrywać telefonem. Miała nadzieję na hit internetu.

„Nowoczesne dziennikarstwo, psia mać! Młoda siksa jest w zmowie z tymi heterami?! Jutro wrzuci to na fejsa, czy YouTube’a i będzie zbierać lajki, gdy ja zbieram chłostę” — Tymon zgromił studentkę w myślach i nazwał ją „za przeproszeniem dziennikarką”. Jeszcze bardziej oberwałoby się Jarosławowi, ale przyjaciel również poderwał się z siedzenia i już miał pomóc koledze, gdy na drodze stanęło mu kilka kolejnych starszych pań w moherowych beretach. Posiłki przybyły.

„Jak zielone berety? O pardąsik, oddział komandosów, przepraszam, poprawność polityczna, komandosek — postanowił zaatakować publicznie heretyka? Uznali mnie za wiedźmę i spalą na stosie?”.

Tymon z mieszanką przerażenia i ciekawości patrzył, jak do biblioteki wlewał się tłum religijnych obrończyń księży. Mało powiedziane. To był oddział bogobojnych fanatyczek, które na starość stały się wredne, przewrażliwione i nie dadzą złego słowa powiedzieć na Ojca Jakiegoś z plebani Takiej i Takiej nawet, gdyby ten na ich oczach dobierał się do ich wnuczki.

„Zaślepione wiarą, skrzywioną wiarą, a przecież ksiądz to też człowiek. Zdarza się lepszy, gorszy, zły czy dobry” — pomyślał Dantej, któremu w głębi ducha powinno być żal tych wdów i stetryczałych czarownic z krzyżem w dłoni, które wdarły się do biblioteki, wrzeszcząc na pisarza, bo uznały, że jego książka to dzieło szatana.

Tak naprawdę Tymon z każdej podobnej przygody chciał czerpać materiał do kolejnej książki. Niczym Amy Winehouse śpiewająca o straconej miłości czy kolejnym odwyku.

„Co to za pisarz, co nic nie przeżył? Jak ksiądz prawiczek uczący o seksie” — Dantej złapał się na tym, że nawet teraz źle myślał o księżach.

Może kiedyś uzna, że zbyt mocno obsmarował duchownych w swojej książce, ale to jeszcze nie ta chwila. Teraz czuł, że skandal może pomóc mu w rozgłosie. Niegrzeczny pisarz cudownej książki, odważny poeta, wieszcz naszych czasów, który nie boi się przeciwieństw społecznych. Takie nagłówki połechtałyby próżność Danteja, a może i wypełniłby kieszenie.

Ale, ile razy można ludziom mówić, że pisanie powieści to fikcja, choć inspirowana faktami. To rzeczywistość kształtuje powieść, nie odwrotnie. Przecież Katarzyny Bondy, Stephena Kinga czy Jo Nesbo nikt do więzienia wsadzić nie chce za sam pomysł uśmiercenia tego i owego człowieka w jakże wymyślny sposób! Ludzie dopiero czytając rozumieją własną głupotę lub złe postępowanie. Tak już jest.

Choć Dantej się do tego nie przyzna, to pod skorupą nieprzejmującego się innymi szowinisty, odczuwał żal. Żal nie wobec tych pań, które przyczłapały tu, by obrzucić go inwektywami i obelgami: „Diabeł! Wstyd dla Opola! Gówno, którego te miasto z buta zdrapać nie umie! Antychryst i beztalencie!”. Dantejowi żal było tych prawdziwie wierzących, starszych pań, które mimo, że mają na plecach wiele ciężkich doświadczeń, a na głowie stereotypowe berety moherowe, to szanują zdanie innych. Mimo upływu lat, spacerują mozolnie i uparcie do kościoła, a choć wnuczek tam już nie poszedł, to nie egzorcyzmu trzeba, lecz porozmawiać z nim, o Bozi opowiedzieć. Nie tłuc do łba na siłę młotem, tylko sposobem tam umieścić religię.

Dantej pomyślał też o wyznawcach innej religii.

„Nie każdy łysy fan futbolu z szalikiem w dłoni i pieśnią na ustach to kibol, chuligan czy bandyta. Więc nie wszystkie babcie wierzące w Boga to wredne mohery. Kibole Boga, jego ultrasi” — rozmyślał Tymon Dantej, ale sytuacja powoli traciła pierwotny urok tragi-komedii. Jarek chwycił pisarza pod ramię i razem przecisnęli się przez tłum szalejących babć z opolskiej inkwizycji… Było głośno w bibliotece? Będzie jeszcze głośniej w Opolu!

Rozdział 4: Jeden drink to nie grzech.

Stolica województwa opolskiego nie była wielką metropolią ani też małomiasteczkową pipidówą. Tubylcom Opole wydawało się zawsze zbyt małe. Jedni uznawali to za zaletę, inni za wadę. Koniec końców zgodnie twierdzono, że to miasto ma w sobie coś magicznego. Nie chodziło o Festiwal Piosenki w Amfiteatrze, ciekawą historię, Odrę Opole, Gwardię czy miejsce urodzenia Miroslava Klose — bardziej Niemca niż Polaka, a jednocześnie najskuteczniejszego piłkarza w historii mistrzostw świata.

Prawie 200 tysięcy mieszkańców, z czego większość to studenci, zgodnie uważało, że tu się po prostu fajnie żyje.

Lakoniczne stwierdzenie, choć oddające to, co się myśli o Opolu. Każdy miał swoje większe lub mniejsze „ale” wobec tego miasta.

Studentom fajnie się balowało i studiowało, i na początku nie mieli żadnego „ALE”. Po studiach, gdy było tu gorzej z pracą, zaczynało się tlić zdanie — fajne miasto, ale pracy brak… ale nie znam niemieckiego… ale Wrocław ma więcej perspektyw.. ale coś tam. Koniec końców, kto się przez Opole przewijał, ten wspominał je dobrze, lecz wiele osób szukało pretekstu, by się stąd wyrwać. Tymon Dantej nie był rodowitym opolaninem, ale spędził w tym mieście wystarczająco dużo lat, żeby uznawać się za tutejszego. Czasami żałował, że nie zna dobrze niemieckiego lub nie umie śpiewać. Zatrudniłby się w jakiejś firmie na Opolszczyźnie i ciągnąłby tyle kasy, ile by pomieścił na koncie, w skarpecie i w spasionej śwince-skarbonce. Może zostałby piosenkarzem i wygrał Opolskie Debiuty, nagrałby płytę? Sypiałby z fankami i krążył po Polsce, opowiadając jak dobrze wspomina Opole. Jednak jedyne piosenki, jakie w miarę mu wychodziły, to „Sto lat” i „Polacy, nic się nie stało” — ze względu na zainteresowanie sportem i rozrywkowy tryb życia śpiewał obie piosenki dość często.

Jednak od pewnego czasu zaproszeń na urodziny było coraz mniej. Wszyscy znajomi wyruszyli w świat, a on sam też rozmyślał, czy się stąd nie wyrwać. Siłą rzeczy „Sto lat” śpiewał już rzadziej. Polacy zaczęli wygrywać w sporcie, więc wykonanie tej drugiej piosenki również musiał ograniczyć.

W bardziej ponurych chwilach samotności Dantej mógł za to nucić: Nic się nie dzieje, Tymonie, nic się nie dzieje, nic się nie dziejeee… Danteju, nic się nie dzieje.

„Tak więc Dantej wegetował w mieście Opole, gdzie fajnie się żyje, ale czasem jest nudno, że ja pierd…” — Dantej nie dokończył myśli.

Właśnie uciekł z awantury bibliotecznej przed wściekłymi staruszkami z kropidłem jako orężem i moherowym beretem jako znakiem przynależności do oddziału „pseudokibiców kościoła”, więc teoretycznie coś się w jego życiu zadziało.

Już widział ten tytuł w NTO: „Dantejskie sceny w bibliotece”. Ponoć Polacy mało czytają, ale dużo mówią. Tymon bardzo chciałby swoją prozą odwrócić te proporcje — ewentualnie mogliby dużo mówić o jego książkach. Po awanturze, z której właśnie zwiał ze swoim agentem Jarosławem, rozgłosu, przynajmniej lokalnego mógł być pewien.

— Jak to ty to ustawiłeś?! — zapytał Tymon, o mało nie dławiąc się swoim schłodzonym piwem.

Tylko piwem, bo zdanie dobre piwo, było zarezerwowane tylko dla browarów raciborskich.

Teraz Tymon siedział w barze „Laba na Odrą” i wypijał to, co mu polali. Naprzeciw niego siedział Jarek z triumfującym wyrazem twarzy.

— Po prostu. Mówiłeś, że ludzie czytają cię mało, bo o tobie nie słyszeli — odparł Jarosław, podnosząc szklaneczkę martini, wstrząśniętego, niezmieszanego.

Nie widział różnicy pomiędzy jednym a drugim, ale James Bond pochłaniał to litrami, więc i jemu musi się podobać.

— Miałem na myśli promocję, facezbok, instasramy, srapczat, srinterest.

— Myślisz, że jak każdy portal społecznościowy skojarzysz z wyrazem „sra” i „zbok”, to będziesz zabawny? — zapytał Jarek.

— Nie, ale chciałem ci pokazać, że nie każde gówno może być śmieszne… A ty mnie właśnie w takie gówno wrąbałeś.

— Riposta godna pisarza. Za mało tego używasz w wywiadach. Powinieneś mi być wdzięczny — Jarek kontynuował popijanie małymi łyczkami drinka, łącząc to z gapieniem się na spacerujące tu i ówdzie kobiety.

Był maj, więc było na co popatrzeć.

— Wdzięczny? Za skandal? Miałem mieć normalne spotkanie autorskie, podpisać kilka książek i wrócić do…

— Do niej? Do chlania? Bo chyba nie do pisania, co? Ile będę czekał na rozdział czegoś nowego? — Jarek skupił się teraz bardziej.

Skończyło mu się martini i żadna godna uwagi kobieta nie kręciła się też w okolicy. Tymon poczuł się nieco dotknięty. Nieraz słyszał, że po reprymendzie, najlepiej ostrej, dopiero potrafi się spiąć i wziąć do roboty. Problem w tym, że od pewnego czasu nie miał go kto strofować, a z nową powieścią szło mu jak w życiu — stał w miejscu i niezbyt wiedział, jak ruszyć do przodu.

— Piszę — powiedział krótko Dantej.

— Coś nie mogę się doprosić pierwszego rozdziału. O czym będzie?

— Jeszcze nie wiem.

— Brzmi obiecująco — ironizował Jarek.

— Wróćmy do tej akcji w bibliotece — Dantej chciał zmienić temat.

Nie miał ochoty opowiadać swojemu agentowi o ciężkich bojach z weną. Niełatwo w Polsce o kogoś chcącego reprezentować jego twórczość, szczególnie jak się ma mało pieniędzy. Portfel Tymona dawno cierpiał na anoreksję.

Może nawet na pieniężną bulimię, bo chwilę po tym, jak do portfela wpadała jakaś gotówka, tak szybko ten ją wydalał.

— Nie sądziłem, że pójdą na ciebie z widłami. Po prostu dałem cynk tu i tam. Zrobiłem ci pewną opinię — przyznał Jarek, zamawiając kolejnego drinka.

Dantej dostał świeże piwo. Nie wiedział, które to już dziś. Wciąż czekał na to dobre.

— Mogłeś mnie uprzedzić.

— Zgodziłbyś się? — Jarek zapytał, choć znał odpowiedź.

— Niekoniecznie, ale ot tak, napuściłeś na mnie stado wściekłych dewotek.

— Tak odebrały twoją książkę. Ksiądz to czarny charakter, kościół zły. Nawet teraz babcie broniące krzyża nazywasz dewotkami.

— Jakie ubranie, taki charakter. Tyle pewnie wiedzą z tej książki. A odnośnie krzyża… to pewnie je w krzyżu boli ze starości.

— Powiedz takie coś w wywiadzie, a skandal mamy murowany.

— Żartujesz, czy to polecenie służbowe? — zapytał Tymon, łykając piwo.

— To ty jesteś moim szefem, skoro mi płacisz — Jarek uśmiechnął się szeroko i zakołysał martini w swojej szklance.

— Bardzo śmieszne. Jak zarobimy to razem, nie? — Tymon od dawna nie zapłacił Jarkowi ani groza.

Jedyne przelewy, jakie mu robił, to te z butelki do kieliszka.

Obaj jednak wiedzieli, że teraz to już bardziej przyjaźń niż praca. W końcu, zwykli przyjaciele są za darmo do czasu, a prawdziwi przyjaciele są za darmo zawsze.

Jarek traktował bycie agentem literackim Tymona jako hobby, ewentualnie pracę dodatkową z bardzo ewentualnym przyszłym dochodem.

Obaj mieli ponad trzydzieści lat, ale zawodowo znacznie lepiej powodziło się Jarosławowi. Miał własną firmę, handlował nieruchomościami, szło mu nieźle, więc mógł sobie pozwolić na udawanie Jamesa Bonda i bycie managerem Tymona.

— Okej, spokojnie, więc mały skandal ma pomóc książce…

— Poprawka, mały skandal ma pomóc nam, ale jeśli nic nie napiszesz, to co ja mam niby reklamować?

— „Owca w skórze wilka” jest dość nowa i…

— Od prawie roku telepie się gdzieś na tyłach jednej księgarni, sprzedawana jest w internecie, ale to za mało. Wiemy, że chcesz więcej.

— Od pewnego czasu nie mogę się skupić.

— Dalej o niej myślisz? Zawsze powtarzam, że klin klinem trzeba.

— Zabierzesz mnie na panienki? O to chodzi? Jakaś niemówiąca po polsku przydrożna Ukrainka czy inna Bułgarka odblokuje mnie pisarsko?

— Na mnie działa, gdy mam problemy w robocie.

— Nie róbmy z tego rozmowy terapeutycznej — Dantej chciał uciąć temat, choć wyruszenie na podryw nie było złym pomysłem.

Tym zawsze imponował mu Jarek. Brzydki, chuderlawy, piegowaty — powiedzmy szczerze: magnes na baby to z niego żaden. Z drugiej strony, przynajmniej na tle Jarka każdy facet wyglądał jak Brad Pitt.

Egoistyczna część osobowości tak podpowiadała Dantejowi. Mieli się napić, więc zrobią to porządnie. Książka napisze się sama…

Rozdział 5: O, polej!

Opole określa się miastem akademickim. Nie jest to jakieś wyjątkowe miano, które wyróżniłoby je na tle wielu takich w Polsce. To raczej opisanie pewnej przynależności, sposobu funkcjonowania. Po prostu duża ilość studentów generowała określony ruch w barach czy dyskotekach — napędzała ilość wypitego piwa, zjedzonego żarcia. Gastronomiczna woda na ekonomiczny młyn Opola. Żacy, bo tak też zwano studentów, ubarwiali miasto swoją działalnością kulturalną, wolontariatem. Akcja Szlachetna Paczka? Pomagali studenci. Dni Muzeów? Pomagali studenci. Oddaj krew? Szli studenci. Przykłady mogę mnożyć, ale jednym zdaniem żaków można określić jako: pozytywną siłę roboczą.

To jasna strona mocy. Ciemniejszą byli zwykli pracodawcy, najczęściej gastronomiczni. Czerpali całymi garściami z bazy gotowych na wiele pracowników. Wszak student był tańszy w utrzymaniu, nie tylko ze względu na przychylność ZUS-u, ale też z powodu ilości niekoniecznie idącej w parze z jakością personalną. Jeśli student narzekał, że mało płacą, zostawał zwolniony, a na jego miejsce zaraz pojawiał się ktoś inny. Kolejny egzemplarz taniej siły roboczej, która często zadowalała się byle czym. Zarobić, by zjeść, dorobić by się pobawić, narobić się na utrzymanie. Oczywiście zdarzali się studenci z ambicjami, którzy mniej imprezowali, ale wiedzieli, co chcą w przyszłości robić. Tyrali za darmo, udzielali się społecznie, trafili do dobrej firmy, więc dziś mogą patrzeć na Opole i wspominać: tu się fajnie mieszka. Bez żadnych „ale”.

Opole jako miasto studenckie miało jednak problem. Wakacyjny przestój. Tania siła robocza w stolicy Opolszczyzny wyjeżdżała za granicę, by być tanią siłą roboczą gdzieś indziej. Miasto zasypiało, mimo wakacji robiło się ciut luźniej, a pracodawcy musieli bardziej szanować tych, którzy pozostali, by dla nich pracować. Tymon Dantej, stojąc w kolejce po kolejne piwo w zatłoczonym barze na opolskim małym rynku, nie mógł doczekać się lipca — okresu, gdy studenci są już poza Opolem lub właśnie z niego wybywają. Marzył o chwili, gdy miasto się wyludni, a wyczekiwanie na obsługę zapracowanego barmana nie będzie wymagało od niego tyle cierpliwości. Gdy w końcu nadeszła upragniona chwila i usłyszał zza baru magiczne:

— Słucham, co podać? — zaczarowany pan z tatuażami i muszką uśmiechnął się niezmordowanie elegancko.

Cyborg pracował tu już dwunastą godzinę i mimo to wciąż uśmiechał się szerzej, niż członek PiS-u po ostatnich wyborach.

Tymon zamówił dzban piwa, by nie siwieć znowu w kolejce zaraz po opróżnieniu małego jak dla niego kufla złocistego płynu. Z cieknącą śliną patrzył na wlewające się do szkła piwo, które po zapłaceni uniósł niczym puchar Ligi Mistrzów. Przeciskając się między studentami różnej maści, starał się nie uronić ani kropli. Dantej sporo już dziś wypił i zdrowiej by było, by z kufla trochę się wylało, im więcej stamtąd ubędzie przed dotarciem do stolika, tym mniej dotrze do jego otumanionego już ciała. Tymon przeklinał Jarosława za wybór tego lokalu. Zachciało się małych rynków, uspołeczniania się.

— Może ktoś cię rozpozna i po wypiciu kilku piw z fanami będziesz w porządku gościem, którego warto książkę kupić — tak mówił Jarosław, gdy opuszczali „Labę na Odrą” i szukali odpowiedniego miejsca do spożycia alkoholu.

Dotarli aż na mały rynek. Zwiedzali kolejne bary, ale nikt Danteja nie rozpoznał. Pisarz i jego agent nie mieli zamiaru robić dobrego pijaru na sucho. W końcu PR czy PIJAR skądś wziął swoją nazwę. Tymon nie sądził, aby od kilku browarów był lepszym pisarzem, ale na pewno nie stanie się gorszym. Choć w sumie powinien siedzieć w domu i pisać książkę. Jarosław zaprzeczał sam sobie. Z jednej strony chciał, aby jego jedyny klient, może też przyjaciel zasiadł przed klawiaturą, zacisnął zęby i stworzył w końcu arcydzieło. Z drugiej strony chyba liczył, że rozpoznawalność i medialny szum zmotywują Tymona Danteja to pracy nad powieścią. Każdy potrzebował jakiejś motywacji. Jeśli tracił jedną, potrzebował innej…

Jarosław walczył, jak mógł, ale jego motywowanie pisarza skończyło się po dziesiątej szklance whisky, no, może po dwunastej. Tymon zasiadł przed śpiącym na stole kolegą i uznał, że misja agenta Jamesa Bonda poniosła fiasko. Danteja nie pamiętał nawet barman, choć przy nalewaniu trzeciego raciborskiego klasycznego zamienili kilka słów o kryminałach.

— Przynajmniej się starałeś, nie zostawiłeś mnie. Medal ci się należy.

Dantej miał zamiar skorzystać ze studenckiej siły roboczej, która niekoniecznie musiała być tanią. Pogrzebał w marynarce Jarka i z jego portfela wyjął dwieście złotych. Następnie wstał na stół i pomachał banknotem.

— Dwie stówy dla tego, kto zaniesie mojego kumpla do taksówki. Dziś dowiedział się, że będzie ojcem! — Dantej oczywiście kłamał z częścią o ojcostwie Jarka, ale wyglądał przy tym dość przekonująco.

Machał pieniędzmi dumnie niczym Napoleon flagą na podbitym właśnie terytorium. Nie minęło pięć minut, a Jarek wylądował w taksówce. Uboższy o dwie stówki, ale doświadczony opolską pozytywną siłą roboczą. Tymon podziękował dwóm studentom, którzy wrócili do baru i zapewne nie przyniosą zarobku do domu, a następnie wsiadł do taksówki i nakazał kierować się na ulicę Krakowską. Taksówkarz Mieczysław był nie tylko rozmowny i tani, ale i pomocny. Nawet pomógłby wnieść Jarka do mieszkania Danteja, ale otrzymał nagłe wezwanie na inny kurs. Agent Tymona, choć zawsze ubrany elegancko, często spijał się nieelegancko. Na szczęście był z niego szczypior, więc nie było problemu z zaniesieniem zwłok na pierwsze piętro kamienicy. Chrapiące i zionące alkoholowym odorem ciało, spoczęło na kanapie mieszkania Danteja, który nie miał dość imprezy. Sprawdził zawartość lodówki i znalazł tam tylko światło, które nie było tym obiecującym na końcu tunelu.

— Jeszcze ze dwa raciborskie by się przydały — przyznał chwiejący się pisarz, któremu się pisać nie chciało.

Spojrzał na swój laptop i na portfel Jarka. Wybór był prosty, zabrał ze sobą pięćdziesiąt złotych, uznając, że książka napisze się sama, ale piwo samo się nie wypije…

Tymon Dantej znów wyruszył w miasto. Szukając sklepu całodobowego, omijał bary i kluby zarówno na małym rynku Opola, jak i na dużym. Zastanawiał się przy tym, jak żyją ludzie mieszkający nad tymi polami wesołej libacji. Słyszał o protestach lokatorów, ale nigdy nie widział żadnego otwartego okna, wołającego z niego człowieka lub, tu mógłby przysiąc, nawet nie zobaczył świecącego się tam światła. Czy tam ktoś mieszkał? Może duchy, które w czasie roku studenckiego śpią, a na wakacjach będą szukały zemsty na studentach pijących głośno na rynku? Nawiedzą ich, zabiją i koszmar… stanie się jawą.

„Cholera, jak Stephen King!” — Dantej pogratulował sobie pomysłu uznając, że piwo podsunęło mu ciekawy pomysł na horror.

Misją tej nocy stało się wypicie jeszcze jednego, dwóch klasycznych raciborskich, ale nie miał ochoty wchodzić po nie do któregokolwiek z zatłoczonych barów.

„Chwila w kolejce i tym ścisku, a sam stanę się duchem opolskiego rynku, który morduje chlejących studentów” — pomyślał Dantej, ale może prościej było wejść do baru, kupić dwie butelki i wyjść? Cóż, otumaniony umysł dopiero teraz wpadł na ten pomysł. Jak więc Tymon postanowił, tak zrobił. Uzbroił się w całe pokłady cierpliwości, jakie w sobie odnalazł, wszedł do jednego z barów i odczekał swoje w kolejce. Po niecałym kwadransie miał już upragnione dwa piwa, jakżeby inaczej… raciborskie klasyczne. Uznał, że nie wypije ich pod barem, poszukał godnego miejsca, którym okazał się staw Barlickiego. Po drodze w kierunku Amfiteatru Opolskiego, Tymon nie wytrzymał i wypił jedno z dobrze schłodzonych piw. Stojąc pod kościołem obiecał przed Bogiem, że kiedyś spotka wynalazcę tego zacnego trunku, wyściska go i da mu medal lub jakąś alkoholową nagrodę Nobla.

Złoty trunek w brązowej butelce niesiony był przez Tymona niczym znicz olimpijski. W przeciwieństwie jednak do tegoż symbolu olimpiady, piwo w dłoni mocno już pijanego niepiszącego pisarza, nie wiedziało dokąd zmierza. Pewna natomiast była jego funkcja — miało być ukoronowaniem pozytywnego wieczoru. Wisienka na torcie sukcesu i toast za owocną przyszłość.

„Tak, jasne, jedyne co dziś osiągnąłem, to stan nietrzeźwości. Chociaż tyle wychodziło mi w życiu celująco. Udany wieczór? Znów nic nie napisałem, znów rano będzie kac, jutro znów się upiję, znów nic nie napiszę i… dla odmiany znów będzie kac” — Dantej zastanawiał się nad swoim losem. Dopadły go pijackie przemyślenia. Nie pierwszy raz w życiu. Jednak rzadko ewoluowały one w trzeźwe wnioski. Sumienie było jak łupież, natarczywe, ale dało się z tym żyć. Jak mawiają, a właściwie jak to w reklamie szamponu mówił Lewandowski: „Kapitan nosi na swoich barkach wiele, ale nie łupież”.

„No, jak taki Lewandowski ma drużynę, to życiowy łupież można podzielić na resztę, ale ja jestem kapitanem swojego statku o nazwie los. Łajba bez załogi dryfująca w niewiadomym kierunku i momentami mam wrażenie, że osiada na mieliźnie. Oj, no to popłynąłem patosem, nie ma co” — Dantej zamyślił się znowu nad swoim życiem. Typowa faza alkoholowa. Po euforii przecież przychodzą wyrzuty sumienia. Człowiek się zastanawia, ale to chwilowe. Całą misterną budowlę wniosków zburzy kac, jeśli w ogóle jakieś wnioski się będzie pamiętać. W każdym bądź razie, Tymon uznał, że czas wypić piwo, które dość długo niósł, bo to nie człowiek ma grzać browar, lecz ten człowieka. Górnolotne myśli popchały nieświadomego Danteja niedaleko amifteatru, a dokładniej nad staw Barlickiego. Zwykle było tu pełno ludzi, wszak idealne miejsca dla zakochanych, jeśli weźmiemy pod uwagę kolorową fontannę i klimat, który dawała bliskość amfiteatru. Romantyczny koncert w centrum Opola, do tego za darmo….

Jednak staw Barlickiego to także znakomite miejsce dla takich, jak Dantej, do napicia się w spokoju, bo straż miejska czy policja rzadko tu zaglądają, dając niejako ciche przyzwolenie na spożywanie procentów. Tymon nie uważał się za zakochanego, więc przynależał do grupy przybyłej tu w tym drugim celu. Pijany niepiszący pisarz po raz pierwszy od kilku godzin spojrzał na zegarek. Nie wiedział, czemu – to zrozumiał po chwili.

„Szczęśliwi czasu nie liczą. Trzeźwieję, jestem nieszczęśliwy, więc czas na browarek” — Tymon pogratulował sobie wątpliwej złotej myśli i właśnie miał otwierać piwo, gdy okazało się, że w środku nocy na stawie Barlickiego nie jest sam. Jakieś sto metrów od niego słychać było męskie głosy, śmiechy i momentami bluzgi. Najgorsze miało się dopiero zacząć. Dantej nie mógł powstrzymać ciekawości i zbliżył się ostrożnie do męskiego stada. Schował się za drzewem i podsłuchiwał.

— Popatrz go, studencik odpacynkowany — stwierdził łysy osobnik w dresie.

Dantej pomyślał, że stereotypowo, ale reszta wcale nie była ubrana jak on.

— Nie ma takiego słowa — zaooponował jeden z trzech kolegów Dresiarza.

— Jak mówię, to jest, nie?

— Chyba cię pogrzało. Maj, kurwa, a ten w drecholu i bluzie — zauważył krótko ścięty blondyn w koszulce z trupią czaszką.

„Punisher”, jak ochrzcił go Tymon.

— A ty student, co twierdzisz? Jest takie słowo, czy nie ma? — zapytał Dresiarz wyraźnie przestraszonego, wątłego młodzieńca, który niczym owca wylądował właśnie przed stadem wilków.

Szukali rozrywki i widocznie samo picie dla picia już im nie wystarczało. Nie robili w życiu nic ciekawego, więc rozmowy między nimi też takie być nie mogły. Frustracja i nuda, niestety czasami w połączeniu z alkoholem, rodzą przemoc. Stado w postaci czterech osobników postanowiło zorganizować sobie własną rozrywkę. Student, nieważne jakiego kierunku, dziś wybrał ten zły. Nieodpowiedni czas, nieodpowiednie miejsce — jak to mawiają.

— No, student, co cię tak zamurowało? Nie da się z nami pogadać? Za niskie progi? — Dresiarz kontynuował prowokację.

Młodzieniec w tarapatach wiedział, że co nie powie, będzie źle. Musiał tylko dokonać trafnego wyboru, by było mniej źle.

— Panowie, mam jutro egzamin i… — student chciał odejść, ale drogę zagrodził mu Słoniu, mający odstające uszy, dość śmiesznie ulizany brunet w krótkich spodenkach.

Jego postura, w przeciwieństwie do pucułowatej twarzy, wzbudzała respekt.

— Gdzie? — zapytał krótko, krzyżując ręce na piersi.

Taki obrazek powinniśmy pokazywać, tłumacząc, na czym polega pytanie retoryczne.

— Egzamin to ty masz dziś. Oblejesz to wpierdol — Dresiarz wyrósł obok słonia niczym adwokat.

Prowodyr, który mimo ciepła nie dał po sobie poznać, jak bardzo mu gorąco i może dlatego szukał bijatyki, by wyjść na solo na gołe klaty. W końcu mógłby zdjąć bluzę z honorem. Student czytał, by w takich przypadkach nie dać się zaszufladkować jako ofiara. Nie patrzeć w oczy, ale okazać drapieżnikowi szacunek. Tu chodzi o terytorium, pokaż, że jesteś spłoszony i nie masz zamiaru zostać na ziemi wroga. Student słuchał Czubówny, czytał książki z psychologii, ale teraz najbardziej przydałby mu się zwykły gaz pieprzowy lub po prostu pistolet gazowy. Obie rzeczy da się kupić bez problemów. Student ostrożnie się wyprostował spojrzał za horyzont i przemówił:

— Tam chyba mój znajomy idzie. Śpieszę się panowie.

— Jak się człowiek śpieszy, to się, kurwa, diabeł cieszy — Punisher i jego bliźniaczo podobny, ale ciut niższy kumpel ze stada zaśmiali się.

Dantej obserwował scenkę z zaciekawieniem. W środku nocy było dość cicho, a mężczyźni nad stawem Barlickiego zachowywali się dość głośno. Czego Tymon nie dosłyszał, to sobie dopowiedział. Wiedział, że student ma problemy, a on sam może się gapić tępo, jak Dzięcioł na koncercie Kory albo zadzwonić na policję.

— Twój diabeł stoi przed tobą i właśnie się cieszy — te słowa wsadził w usta dresiarza, gdy nagle student oberwał.

Posypały się kolejne kopniaki. Dantej wyciągnął telefon, który oczywiście, jak na złość był rozładowany.

„Wiecznie włączony Internet, a potem jak trzeba użyć telefonu jako telefonu to nie ma jak” — pomyślał z wyrzutem. Próbował myśleć trzeźwo, ale jakoś nie przychodziły mu do głowy inne opcje, jak bohaterski atak lub pójście dalej. Nie jego problem. Piwo, które tyle niósł i chciał tylko w spokoju wypić zaciążyło mu przypominając o sobie. Nie zabiją studenta, dostanie kilka razy po gębie i będzie miał nauczkę, by nie łazić po nocach pewnymi ścieżkami lub chociaż kupić gaz pieprzowy. Nieważne, Opole czy inne miasto, spacerujesz sam po nocy to kusisz los… Tymon przypomniał sobie sprawę Ewy Tylman. Smutna historia, która do dziś nie znalazła rozwiązania. Wyszła z imprezy, ktoś ją napadł i ślad po niej zaginął. Może taka makabryczna historia nie zdarza się codziennie? W końcu Opole to nie Poznań, a staw Barlickiego to nie Wisła, ale Tymon nie mógł zostawić chłopaka na pastwę losu. Pisał o bohaterskich detektywach i przebiegłych kryminalistach, więc choć raz w życiu, mimo swojego egoizmu postanowił zrobić coś dobrego. W zamroczonej alkoholem głowie pojawiło się trzecie wyjście. Zamiast bohaterskiej pomocy czy mądrego odwrotu, wybrał bohaterską ucieczkę. Zbliżył się jeszcze bliżej stada z Dresiarzem, Słoniem i Punisherem na czele, po czym rzucił w ich kierunku swoim nieotwartym piwem. Raciborskie klasyczne roztrzaskało się tuż przy Dresiarzu. Nie trafiło go w głowę, ale na pewno ochlapało mu drogocenny dres. Cztery głowy wilków i spojrzały w kierunku Tymona, ale wciąż go nie widzieli.

— Eee, pedały, nie ruchać się w ciemnościach! — zawołał Dantej.

Student wskazał stadu miejsce jego pobytu.

„Niewdzięczny, ale egoizm ratuje mu dupę. Gdzie ja miałem mózg?” — pomyślał Dantej, niemal czując oddech wygłodniałych zadośćuczynienia za zniewagę agresorów. Na kimś muszą się wyżyć, ale dziś nie będzie to student, lecz pisarz, który wypił za dużo, a myślał za mało. Czas na bohaterstwo już był, teraz trzeba wiać…

Tymon rzucił się do ucieczki, jak tylko Punisher wskazał go palcem. Nie myślał o tym, czy student zadzwoni na policję, o ile stado jeszcze nie rozwaliło mu telefonu. Poza tym, co niby im powie? Szybko biegli, a policja raczej szykowała bloczki z mandatami na nowy dzień, niż patrolowała Opole nocą. Dantej nie oglądał się, choć dawno nie biegał, a ze sportem miał tyle wspólnego, co Lewandowski ze śpiewaniem — robił to rzadko, a jak już, to efekt odradzał tego na przyszłość. Uciekający pisarz pobiegł ulicą Piastowską w kierunku komisariatu, ale gdy nagle na swojej drodze zobaczył Słonia, zawrócił na most z kłódkami zakochanych. Mógł biec od razu do domu, ale to groziło zwykłym wjazdem na chatę. Pijany Jarek i zwykłe drzwi to żadna przeszkoda dla czterech rozjuszonych facetów. Wyzwisko pedał było dla takich niczym płachta na byka. Nieważne, że byli hetero. W tej obeldze bolało poddanie w jakąkolwiek wątpliwość męstwa, którym tak próbowali emanować. Dantej wytrzeźwiał ze strachu lub przynajmniej tak mu się wydawało.

„Dzięki Bogu za strach. Już nigdy nie…” — pomyślał, próbując odsapnąć za budynkiem filharmonii. Opole było o tej porze dość opustoszałe, a jego czerwona koszulka musiała się wyróżniać. Przywodziła na myśl płachtę na rozjuszonego byka, choć tak naprawdę to mit. W czasie corridy wybierano czerwony kolor, by nie było widać krwi byka… A czemu rogate zwierzę się tak wkurza? Każdy samiec byłby wściekły mając rogi, a byk ma je od urodzenia…

Gdy Tymon wyjrzał zza rogu filharmonii, widział krążących mężczyzn. Dresiarz gdzieś mu zniknął, ale na pewno nie odpuści. Nie dość, że ktoś wątpił w jego męstwo i przerwał zabawę z ofiarą, to zbezcześcił najlepszy dres. Punisher zauważył wystającą głowę Danteja lub temu przynajmniej tak się wydawało. Uciekający pisarz popędził więc w uliczkę tuż przy zamykanym właśnie barze „Basenik”. Liczył, że wychodzący z imprezy ludzie spowolnią pościg.

„Rybki niech wypłyną i pożywią te rekiny” — pomyślał Dantej zaskoczony tym, że jego mózg ma ochotę wymyślać poetyckie porównania. Był blisko domu, ale potrzebował czegoś, co sprowadzi policję, odwróci uwagę i narobi tyle dymu, że stado zrezygnuje ze zbliżania się.

„A wracając do „Baseniku”, potrzebny mi wieloryb, który mimowolnie spłoszy płynące drapieżniki. Stop! Dantej, idioto!” — Tymon zganił się znów za nieodpowiednie do chwili myśli. Chciał przestać być pisarzem i zostać mądrym gościem, który ujdzie cało w tej sytuacji. Uznał, że to bujna wyobraźnia zaprowadziła go w taką kabałę. Nie mógł już dalej biec, ale do domu było już blisko. Tymon obrócił się, ale pościgu nie było widać. Miał dość, zobaczył leżącą niedaleko cegłę i miał zamiar się bronić. Jak dostać po ryju to z honorem. Przylgnął do ściany, czekając.

„Leżąc w szpitalu zacznę pisać książkę. Ooo! Kryminał, który będzie lepszy, od… od…” — wzrok Tymona utkwił w witrynie księgarni. Z wystawionych tam na honorowym miejscu książek, uśmiechała się sympatyczna, czarnowłosa kobieta. Bez zastanowienia, mimowolnie stwierdził, że jest bardzo ładna. Myśl ta pojawiła się nagle, ale i równie szybko została przez Tymona wyrzucona z głowy. Jego wzrok utkwił w napisie „bestseller”, po czym znów powędrował na hipnotyzujący uśmiech autorki.

„Wiecznie mi przeszkadza. Codziennie muszę oglądać ją i jej sukces. Czemu ja tak nie mogę? To powinienem być ja, to muszę być ja!” — Tymon Dantej z całą złością cisnął cegłą w witrynę księgarni. Szybka nie złamała się, ale pękła mocno, tworząc pajęczynę i włączając uporczywy alarm. Tymon otrząsnął się i wbiegł w uliczkę na ulicy Krakowskiej. Chwilę później był już w domu. Patrzył na śpiącego spokojnie Jarka. Chrapał w najlepsze, chuchając alkoholem, nieświadom przeżyć Tymona Danteja. Pisarz nie chciał tracić ani chwili. Musiał się wyrwać z tego świata, do swojego królestwa, w którym w końcu powinien rządzić, skoro jest jego.

Otworzył laptopa, uruchomił go i zaczął pisać…

Rozdział 6: Chodzące muzeum puszczalstwa.

Gorączka to stan chorobowy, w którym pojawiają się omamy, a równowaga organizmu zostaje zachwiana. Jest ci gorąco, jest ci źle, chcesz zbić wysoką temperaturę niczym natrętnego insekta utrudniającego życie. Jednak twoje ciało to też twoje więzienie. Nie możesz z niego wyjść ot tak. Musisz trwać na statku i robić wszystko, by płynął lub zatonąć razem z nim…

Nienazwany bohater otarł krople potu z czoła. Mimowolnie pomyślał, że w ciągu ostatniego roku niebezpiecznie się ono wydłużyło. Niegdyś przeczesywał dłonią bujne włosy, dziś przeczesuje głowę wzrokiem w poszukiwaniu siwych rebeliantów. „Lepiej siwieć niż łysieć” — słyszał, ale jemu trafiła się kumulacja obu dewastatorów męskich fryzur. „Nieszczęścia chodzą parami” — pomyślał, spoglądając na swoją wdzięczącą się do ratownika żonę i własne dzieci, które kłóciły się o każdą pierdołę, a matka zdawała się traktować je jak powietrze. Nienazwany wiedział, że kwestią czasu jest usłyszenie wyrzutu od żony: „W ogóle nie zajmujesz się dziećmi”. Powie to zaraz po tym, jak ratownik odrzuci jej zaloty. Dzieciaki też przybędą z wyrzutem, prędzej czy później, jeśli matka wciąż będzie zajmować się Adonisem nad basenem. To on będzie musiał rozstrzygnąć konflikt jedenastolatka i dwunastolatki o dmuchany materac. Pozostały więc czas Nienazwany przyjemnie trwonił na przyglądanie się nienazwanym, kręcącym się nad basenem kobietom. Blondyna, ruda, czarna, a ta? Blond-ruda, tamta chyba jakaś zielonawa. Każda w skąpym bikini lub stroju jednoczęściowym. Czarne, różowe, nawet się biały znalazł, ale czego by nie ubrały od ciała uwagi nie odwróci. Nienazwany mężczyzna wytężył wzrok i odczytał markę. Nie znał jej, ale nigdy nie był znawcą mody. Teraz też nie zamierzał się nim stać, ale nie przeszkadzało mu podziwianie pięknych pań.

Mózg mężczyzny zażywał przyjemnej kąpieli w sprośnych myślach, gdy nagle musiał zatopić się w zimnej wodzie basenu. Dowcipne dzieciaki popchnęły stojącego nad krawędzią mężczyznę. Wzbudziło to salwy śmiechu wśród pozostałych gości, a żona Nienazwanego z żalem spostrzegła, że jej ukochany ratownik rzucił się na pomoc mężowi. Ten, machając rękami, uderzył go w nos i w wodzie pojawiła się ciecz zlewająca się barwą ze spodenkami młodego Davida Hasselhoffa. Krwawiący mężczyzna nie musiał długo czekać na pomoc. Brunetka w czarnym, jednoczęściowym stroju skoczyła do wody razem z blondynką w bikini. Jedna przypominała Margot Robbie z filmu „Wilk z Wall Street”, choć z większym biustem, a druga… druga Nienazwanemu zdawała się być fantazją z jego młodzieńczych snów. Obie odholowały młodego ratownika na brzeg i zaczęły go opatrywać niczym sanitariuszki rannego na polu walki żołnierza. Zamiast: medic, medic, słychać było: cycki, cycki.

„Jasne, dostał co najmniej odłamkiem granatu w twarz. Już taki piękny nie będzie” — pomyślał z satysfakcją Nienazwany. Przy okazji cieszył się, że popsuł żonie podryw. Chodzące muzeum puszczalstwa. Kobieta wstydziła się za średniej jakości męża w równie średnim wieku. Wiedziała, że mogła mieć każdego, była damą z charakterem, pieniędzmi, a jakimś cudem skończyła z tym łyso-siwym marudą w basenie.

Nienazwany, nieumiejący pływać samiec, powoli wygramolił się z wody. Dzieciaki śmiały się głośno i parodiowały jego szamotanie się tuż po wrzuceniu. Mężczyzna rozumiał, skąd siwe włosy i ekspansywna łysina na głowie. To nie genetyka, to nerwy. Permanentne chodzące wkurwienie na wszystko dookoła. Czuł się, jak Słońce irytacji w galaktyce mąk życiowych, a wszystkie problemy krążyły wokół jego orbity. Powrócił do myśli o gorączce sprzed kilku minut. Było mu gorąco już wcześniej, ale zrzucił to na urok pięknych kobiet wokół basenu. Podniecały go, rozgrzewały, a on mógł tylko leżeć i marzyć — „Jak przez całe swoje życie, leży i tylko marzy, zamiast działać” — jak powiedziałaby jego żona. Najbardziej wkurzająca z irytujących planet, które krążyły wokół Nienazwanego. Mimo przymusowej wizyty w zimnej wodzie, temperatura jego ciała nie spadła. Było mu jeszcze goręcej, potęgowało się w nim coś na miarę złości. Szukał czegoś, na czym mógłby to wyładować. Napatoczyły się dzieci. Mężczyzna wyciągnął z kieszeni przemoczonego, popsutego smartfona i rzucił nim z impetem o betonowe podłoże. Za przeproszeniem, telefon roztrzaskał się na tysiąc części — to tyle z zapewnień producenta o niezniszczalności i wodoodporności. Przyrząd nie był dziecioodporny i tyle. Tak samo, jak nienazwany mężczyzna, który miał ochotę przywalić urwisom, ale zmitygował się i postanowił wykrzyczeć się za wszystkie czasy. Już miał wydobyć pierwszy bluzg z ust, gdy dzieciaki po prostu zaczęły płakać, widząc kipiącego złością ojca. Żona milcząco zabrała chłopca i dziewczynkę sprzed jego oblicza, po czym odprowadziła je do pokoju hotelowego. Nienazwany rozejrzał się dookoła. Oczy wszystkich gości były skupione na nim. Wzrok pełen odrazy.

— Ale cham. Patologia. Stary cap… One tylko chciały się bawić — mówili ludzie.

Podobna do Margot Robbie laska w bikini błysnęła nawet cytatem: „Dla takich to powinien być program 500 minus! Zabierać takim i dawać normalnych rodzicom”. Ratownik spojrzał na strój kobiety, potem na nią. Westchnął, na dłużej zatrzymując się na uroczym uśmiechu.

„Takiej wilczycy dałbym się pożreć” — pomyślał ratownik, któremu krew przestała lecieć z nosa i zapewne udała się w inne miejsce.

Podobnie, jak czerwona ciecz, lokalizację musiał też zmienić Nienazwany mężczyzna, który teraz został ochrzczony Tyranem znad basenu. To mała odmiana po tym, jak jeden ze starszych gości nazwał go Czerwonym Balonem — parafrazując słynnego Czerwonego Barona. Ten niemiecki pilot bił rekordy w zestrzeliwaniu wroga Trzeciej Rzeszy, krążył między samolotami i strzelał celnie. Natomiast Czerwony Balon miał duży, zbytnio przypalony słońcem brzuch i krążąc wzrokiem wokół kobiet bezczelnie się oblizywał. Wielką radością dziadka było, gdy dzieci wrzuciły go do basenu, zestrzeliwując godnego pożałowania łowcę damskich wdzięków.