Strona główna » Literatura faktu, reportaże, biografie » Legendy ludów Mandżurii, tom II

Legendy ludów Mandżurii, tom II

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-8002-048-1

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Legendy ludów Mandżurii, tom II

Drugi tom to zbiór opowieści niezwykłych, przetłumaczonych z języków mandżurskiego, dagurskiego i in., których tematem są spotkania ze zwierzętami, potworami i duchami, czyny szamanów i innych wyjątkowych jednostek. Zawiera także indeks i przypisy dla dwóch tomów.

Polecane książki

„Niezapomniany” Kamila Drążkiewicza to powieść kryminalna. Książka przedstawia historię starego porucznika Sznajdera, który wywijał się śmierci przez blisko dwadzieścia pięć lat swojej służby, co nie było prostym zadaniem. W Arkan bowiem panowała jedna zasada: „Jeśli mam konkretny powód, mogę cię ...
Wspomnienia rockowej młodości i artystycznego podziemia z czasów PRL, refleksje dotyczące przeczytanych książek, obejrzanych filmów i spektakli, rozważania o wierze i... wątpieniu. Ksiądz Andrzej Luter kieruje się zasadą, że najważniejszy jest człowiek, a dopiero w dalszej kolejności jego pogląd...
Poradnik do gry „Tom Clancy’s Splinter Cell: Double Agent” składa się w całości z bardzo dokładnego opisu przejścia wszystkich poziomów z kampanii single player, przedstawiając subtelne rozwiązania napotykanych w trakcie zabawy problemów. Tom Clancy's Splinter Cell: Double Agent - poradnik do gry za...
Mrożąca krew w żyłach podróż do podziemnego miasta Klauni to trzymająca w napięciu i pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji opowieść o skutkach niecodziennych eksperymentów przeprowadzanych na genach lustrzanych. Korporacja Gutrie zajmująca się produkcją baterii niespodziewanie znajduje nowe źródło ...
Bóg stworzył każdego z nas celowo… Czas rozpocząć drogę, do odkrycia, jaki był ten cel! NIE JESTEŚ PRZYPADKIEM. Jeszcze przed stworzeniem świata Bóg miał cię w swoim zamyśle i wyznaczył ci cel w życiu. Moje życie ma cel. Rozmyślam, modlę się, rozumiem zawiera 365 opartych na Biblii rozważań, stworz...
Poruszająca opowieść o trójce bezdomnych - Portorykance Anicie, Polaku Pchełce i rosyjskim Żydzie Saszy. Z jednej strony dowcipne połączenie antycznego tematu ze spojrzeniem na współczesnych emigrantów, z drugiej poruszająca tragikomedia o miłości, nadziei, rozpaczy. Anita, podobnie jak jej grec...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Jerzy Tulisow

Jerzy TulisowLegendy ludów MandżuriiTom IIWydawnictwo Akademickie DIALOGWarszawaRedakcja i korekta: WŁADYSŁAW ŻAKOWSKISkład i łamanie: MAGDALENA DZIEKANNa okładkach zamieszczono reprodukcje mandżurskich wycinanek, a w tekście, w charakterze przerywników, rysunki i hafty ludów tunguskich znad dolnego Amuru© Copyright by Wydawnictwo Akademickie DIALOG 1998Wydanie elektroniczne, Warszawa 2014ISBN e-pub 978-83-8002-048-1ISBN mobi 978-83-8002-049-8Wydawnictwo Akademickie DIALOG
00-112 Warszawa, ul. Bagno 3/218
tel./faks (+48 22) 620 87 03
e-mail: redakcja@wydawnictwodialog.pl
WWW: www.wydawnictwodialog.plKonwersja: eLitera s.c.

PRZEDMOWA

Przystępując do pracy nad Legendami ludów Mandżurii zakładałem, że będzie to dzieło nie nazbyt obszerne, a już napewno nie dwutomowe. Rychło jednak przekonałem się, że materiał choć nie obfity, z trudem tylko zmieści się w jednej książce, a to z racji swojej wielkiej różnorodności. Postanowiłem zatem go podzielić i to, co z jakichś względów nie pasowało do tomu pierwszego zamieścić w drugim.

Ten drugi tom ma Czytelnik właśnie przed sobą. Ponieważ w stosunku do pierwszego ukazuje się on z pewnym opóźnieniem warto, sądzę, przypomnieć na wstępie ogólną koncepcję książki. Polega ona na zebraniu wszystkich, o ile to możliwe, legend Mandżurów, ludu niegdyś tyle znaczącego a dziś wynarodowionego i zapomnianego. Oczywiście – choćby dzięki Bertolucciemu – przeciętny zjadacz chleba wie coś o dynastii mandżurskiej, o jej ostatnim cesarzu, ale zapytany o historię i zwyczaje Mandżurów – rozłoży ręce. Moim celem bylo tę lukę w jego znajomości Orientu wypełnić, albo przynajmniej zmniejszyć, a najciekawsza droga do tego celu zdała mi się wieść własnie poprzez legendy.

Koncepcja książki zakładała również, że legendy Mandzurów będą w niej ukazane na tle podań innych ludów, które dla wygody nazwałem ludami Mandżurii. Termin Mandżuria – podkreślam – używany jest tu w szerszym niż to przyjęto znaczeniu. Oznaczam nim nie tylko trzy północno-wschodnie prowincje[1] dzisiejszych Chin ale także przyległe obszary rosyjskiego Dalekiego Wschodu: Kraj Chabarowski i Kraj Nadmorski. Tereny te są nie tylko powiązane z Mandżurią chińską pod względem geograficznym ale także stanowią ojczyznę różnych bliskich Mandżurom plemion i długi czas, przynajmniej w teorii, były administrowane przez Pekin. Odzielające je granica została wytyczona dopiero w latach 1858-1860 i dla badacza kultur tubylczych jest równie sztuczna jak dla indianologa granica USA i Kanady.

Trzecie założenie było takie, że książka ma mieć raczej popularny charakter, nie może odstręczać nadmiarem fachowych komentarzy ani też naukową transkrypcją. W trosce o czytelność w pierwszym tomie zrezygnowałem nawet z przypisów, co jednak, przyznaję, było błędem, bo zmusiło do poruszenia w słowie wiążącym nazbyt wielu spraw, ze szkodą właśnie dla czytelności. Nauczony doświadczeniem w niniejszym tomie zamieszczam obszerne przypisy zaś słowo wiążące ograniczam do minimum niezbędnego do nadania zbiorowi tłumaczonych tekstów pozorów całości. Przypisy (i indeks do tomu I i II) wprowadzam głównie z myślą o tych, których zainteresuje czy to temat czy to „kuchnia tłumacza”, pozostali – sądzę – mogą ograniczyć się do lektury samych przekładów.

W pierwszym tomie znalazły się podania o pochodzeniu zwyczajów i dynastii, o legendarnych władcach oraz szamanach, natomiast te, które tu prezentuję można by określić jako opowieści niezwykłe: ich tematem są spotkania ze zwierzętami, potworami i duchami, czyny szamanów i innych nietuzinkowych jednostek. Na to aby na jej podstawie oprzeć jakąś klasyfikację materiału ta tematyka jest zbyt różnorodna, bardziej przydatne wydalo się już kryterium etniczno-geograficzne. Opierając się na tym kryterium zgrupowałem zgromadzone teksty legend w czterech rozdziałach:

Pierwszy, zatytułowany „Pod Białą Górą i gdzie indziej” zawiera piętnaście tekstów powstałych w środowisku Mandżurów. Siedem tłumaczę bezpośrednio z mandzurskiego, inne – zapisane po chińsku, czy znane tylko z przekładów obcych – z różnych języków europejskich. Prawdę mowiąc tylko osiem z nich to legendy – więcej nie udało się znaleźć – reszta zaś biografie, fragmenty kronik i zapisków historycznych, są nawet dwie czytanki z osiemnastowiecznych mandżurskich „reading lessons”. Wszystkie one pozostają w jakimś zwiazku z tradycją i historią Mandżurów, więc uzupełnienie nimi skąpego zasobu podań wydaje się uzasadnione. Nota bene takie rozwiązanie nasunęły poniekąd same legendy – jedna z nich, jak zobaczymy, plasuje się na pograniczu literatury faktu.

Rozdział drugi „Tam, gdzie płynie Liao”, zawiera legendy ludu Sibe[2] , ściślej tej jego części, która nie emigrowała do Sinkiangu, a pozostała w południowej Mandżurii. Ze względu na aktywność wydawniczą Sibińczyków skompletowanie odpowiedniej partii tekstów nie nastręczało trudności. Wszystkie też przełożyłem z oryginału albo raczej z sibińskiej odmiany języka mandżurskiego jako że słowo oryginał może nie być tutaj całkiem na miejscu. Jak bowiem wspominałem w pierwszym tomie Sibińczycy z Mandżurii ulegli niemal całkowitemu schińszczeniu więc niektóre z zamieszczonych tu legend mogły być pierwotnie opowiadane po chińsku.

Tytuł trzeciego rozdziału „W cieniu Chinganu” nie wymaga, myślę, komentarza. Wyjaśnijmy tylko,że chodzi tu o Chingan północny, zamieszkały, poza Chińczykami i Mongołami, przez spokrewnionych z tymi ostatnimi Dagurów i różne drobne szczepy tunguskie mówiące narzeczami bliskimi ewenkijskiemu. Jeden z tych szczepów stanowią osiadli Soloni, inną koczujący na granicy z Rosją i hodujący reny Ewenkowie właściwi, trzecią sąsiadujący z nimi od wschodu Kumarczeni, Birarzy (Birarczeni) i inne grupy określane dziś mianem Oroczenów[3]. W tomie poprzednim zamieściłem legendę Solonów, teraz przyjdzie bliżej zająć się Dagurami i Oroczenami. Oba te ludy, choć ze sobą sąsiadujące, bardzo się od siebie różnią. Dagurowie są ludem starym (jakoby wywodzącym się od Kitanów), osiadłym, rolniczym i mającym pewne zaczątki pismiennictwa (wprawdzie głównie w alfabecie mandżurskim). W porównaniu z nimi Oroczeni, do niedawna zlepek szczepów pastersko-łowieckich, są ogromnie zacofani. Widać to już choćby po doborze przedstawionych tu legend: podań oroczeńskich (wszystkie w przekładzie z trzeciej ręki) jest wśród nich zaledwie pięć, lwią część stanowią legendy dagurskie zaczerpnięte ze wzorowych, redagowanych z reguły przez samych Dagurów wydawnictw.

Ostatni, czwarty rozdział zwie się „Między Amurem a Cieśniną Tatarską” i mieści legendy północnowschodnich sąsiadów Mandżurów: Nanajów, Ulczów, Oroczów i Niwchów. Z różnych względów przyszło pominąć sachalińskich Oroków, nadamguńskich Negidalów, amurskich i sachalińskich Ewenków a także sichotealinskich Udechejczykow, chociaż ci ostatni, często wspominani w legendach Oroczów, są jednak w jakiś sposób w książce obecni. Ludy te stanowią grupę dosyć zróżnicowaną: są wśród nich Paleoazjaci[4] (Niwchowie), Tunguzi północni (Negidalowie, Ewenkowie), Tunguzi południowi[5] (Nanajowie, Ulczowie, Orocze, Orokowie, Udechejczycy), hodowcy renów (Ewenkowie, część Nanajów i Negidalów) i „ludy posługujące się psim zaprzęgiem”[6] (reszta). Niezależnie od tych różnic wszystkie te narodowości opierają swój byt na myślistwie i rybołówstwie i do całkiem niedawna wiodły bardzo prosty, półosiadły tryb życia. Poza wyniesionymi w czasach radzieckich do rangi języków literackich narzeczy Nanajów, Udechejczyków i Niwchów, ich dialekty obywają się dotąd bez formy pisanej. Toteż siłą rzeczy gromadząc materiał do omawianego rozdziału korzystałem wyłącznie z publikacji rosyjskich, najchętniej z tych, które prócz przekładu zawierały podany w transkrypcji tekst legendy w brzmieniu oryginalnym. Dysponując nim mogłem pokusić się o dokonanie własnego tłumaczenia, które czasem okazywało się nieco różne od rosyjskiego.

Trudności, z jakimi borykałem się tłumacząc zgromadzone tu teksty nie sposób wyliczyć. Nastręczał je nie tylko przekład z egzotycznego dla mnie języka Niwchów ale niekiedy nawet zrozumienie mandżurszczyzny, która choć swojska, była często naszpikowana zapożyczeniami chińskimi, kolokwializmami, czy – w przypadku tekstów sibinskich – nie notowanymi nigdzie neologizmami. Raz czy dwa razy sens mandżurskiego tekstu pozwolił uchwycić dopiero dołączony doń przekład chiński. Takie przekłady (także mongolskie) towarzyszyły na szczęście również tekstom dagurskim, zapisanym najwyraźniej na żywo w trudnym do zrozumienia potocznym języku. Nawiasem mówiąc teksty te trudno było nie tylko zrozumieć ale i spolszczyć: aby były czytelne trzeba je było czasem lekko przeredagować i podsztukować – wziętymi w kwadratowy nawias – frazami.

Jeśli, jak wierzę, praca nad Legendami została jednak uwieńczona sukcesem to wielka w tym zasługa tych, którzy wspierali mnie w niej zachętą i radą. Gorące słowa podziękowania należą się tu pani dr Genowefie Zduń, pani dr Małgorzacie Relidze i panu mgrowi Andrzejowi Konarskiemu, za pomoc w odczytywaniu tekstów chińskich, następnie panu docentowi dr. hab. Stanisławowi Godzińskiemu za konsultację ałtaistyczną i panu profesorowi Alfredowi Majewiczowi, którego uwagi na marginesie pierwszej części Legend były mi wielce pomocne przy opracowywaniu ich tomu drugiego. Osobne podziękowania winienem wszystkim, zbyt licznym aby je wymienić, osobom, pomagającym mi okiełznać niesforny – przynajmniej moim zdaniem – komputer. I wreszcie chciałbym wyrazić głęboką wdzięczność mym najbliższym: Ojcu, Żonie, synowi Grzegorzowi i córce Natalii, którzy wiernie sekundowali mi w pracy nad książką i byli jej pierwszymi – bynajmniej nie pobłażliwymi – recenzentami.

POD BIAŁĄ GÓRĄ I GDZIE INDZIEJ

Niniejszego rozdziału nie sposób rozpocząć inaczej jak od opisu Długiej Białej Góry – pępka świata w wyobrażeniach Mandżurów i kolebki ich cesarskiej dynastii (por. t. I, s. 32-35). W piśmiennictwie mandżurskim są dwa takie, zasługujące na uwagę, opisy: jeden w Mandżurskiej Prawdzie, drugi w  biografii Umuny, dostojnika, który, z polecania cesarza odbył podróż na Białą Górę. Relacja Umuny, w odróżnieniu od krótkiego i suchego opisu w Prawdzie, jest nie pozbawionym dramatyzmu opowiadaniem i z tego względu zamieszczam tu właśnie ją.

Cesarski poseł na Białej Górze

W roku 1677 cesarz K’ang-si[1] wysłał jednego ze swych dworzan, dostojnego Umunę[2], aby zwiedził Białą Górę i sporządził jej opis. W rozkazie swym cesarz stwierdzał, że góra ta znajduje się w szczęsnej krainie, która była kolebką i miejscem chwały jego praprzodków, ale że w Pekinie nie ma już nikogo, kto by orientował się w jej położeniu. Z tej też przyczyny posyła się tam Umunę: ma on nie tylko opisać górę ale i złożyć ofiary jej opiekuńczemu duchowi.

Cesarz K’ang-si

Umuna, obarczony ponadto zadaniem opisania kraju Ninguty[3], wyruszył w piątym miesiącu z Pekinu i obrawszy drogę wiodącą przez Mukden skierował się do miasta Girin Uła[4]. Tam, i w ogóle w całym kraju Ninguty, na próżno szukał kogoś kto mógłby mu służyć za przewodnika. Znalazł tylko jednego starca pochodzącego z krainy Eche Nejen[5], który twierdził, że w młodości słyszał od swego ojca, że do Białej Góry jest z ich okolic już niedaleko. Przypominał sobie również, że chadzano tam polować na jelenie i że pewien łowca, zabiwszy jedno z tych zwierząt, przyniósł je na plecach do Eche Nejen.

Drugiego dnia szóstego miesiąca Umuna wyruszył z Girin Uły i po uciążliwej przeprawie dotarł do Eche Nejen. Stamtąd posłał naprzód ludzi uzbrojonych w topory, aby mu utorowali drogę poprzez leśne ostępy. Oprócz tego mieli oni ustalić odległość jaka mogła go jeszcze dzielić od Białej Góry. Gdy upłynęło dziesięć dni ludzie ci donieśli, że po przebyciu około trzydziestu li dotarli do pagórka, z którego, wszedłszy na rosnące na nim wysokie drzewo, dostrzegli już Białą Górę. Nie wydała się ona im nazbyt odległa: według ich obliczeń znajdowała się w odległości jakichś stu siedemdziesięciu czy może stu osiemdziesięciu li od nich. Z drugiego ich raportu Umuna dowiedział się, że weszli na inne, znacznie wyższe wzniesienie i z niego zobaczyli Białą Górę o wiele wyraźniej niż przedtem. Tym razem odległość od niej wydała im się wynosić jakieś sto li.

Otrzymawszy takie wieści Umuna trzynastego dnia szóstego miesiąca wyruszył w kierunku wzgórza, z którego dostał drugi meldunek. Wędrowali przez dwa dni. Trzeciego dnia z rana rozkrzyczały się nagle żurawie, a jednocześnie gęsta mgła spowiła ziemię, tak że nie sposób było dostrzec nie tylko Góry ale nawet najbliższych przedmiotów. Kierując się głosem żurawi podróżni wyszli na ścieżkę wydeptaną przez jelenie, która, jak się zdawało, wiodła w kierunku Góry.

[I tak rzeczywiście było.] U stóp Góry wędrowcy napotkali przyjemny lasek, pośrodku którego otwierała się kolista polana. O jakieś pół li od tego gaju ujrzeli miejsce porosłe drzewami z gatunku tych, które zwą się sadżulan biały[6], wyglądającymi na posadzone ręką ludzką. Rosły one przemieszane z pachnącymi krzewami, a ziemię wokoło pokrywały żółte kwiaty. Umuna zostawił tam konia i ponad połowę swych ludzi i poszedł dalej pieszo wziąwszy ze sobą tylko niewielką świtę. Ponieważ chmury i mgła wciąż nie pozwalały mu dojrzeć Góry postanowił zmówić modlitwę do duchów miejsca, które cesarz przykazał mu zbadać. Ledwo wymówił pierwsze jej słowa a mgły się rozpierzchły i Góra ukazała się w całej swej krasie, a wraz z nią i ścieżka ku niej wiodąca. Powietrze było czyste i przyjemne: dostrzegało się dokładnie zarysy Góry, tylko na jej szczycie widniało kilka małych obłoków.

Wspinaczka, zrazu niezbyt uciążliwa, stopniowo stawała się coraz trudniejsza. Po przejściu około stu li w górę zbocza podróżni zmuszeni byli podkasać poły: droga ich wiodła teraz po śniegu i lodzie, który zdawał się zalegać tu latami i nigdy nie topnieć. Gdy dotarli na szczyt ich oczom ukazała się szeroka przestrzeń otoczona pięcioma turniami, bardzo wysokimi, pomiędzy którymi było pełne wody jezioro[7]. Mogło ono mieć trzydzieści do czterdziestu li obwodu: Umuna, zbliżywszy się do jeziora ujrzał na przeciwległym, północnym brzegu niedźwiedzia, który z tej odległości wydawał się bardzo mały. Szczyty czterech turni były tak pochylone, że zdawało się że zaraz runą. Piąta, północna, turnia wznosiła się prosto i była niższa od pozostałych. Jej podstawa tworzyła jakby bramę. W wielu miejscach dostrzegało się bijące ze skały źródła i potoki płynące bądź w lewo ku Sungari, bądź w prawo ku Wielkiemu i Małemu Nejenowi[8].

Umuna pobył jakiś czas na szczycie, po czym złożywszy stosowne ofiary, jął schodzić w dół. Nie zdążył ujść i kilku sążni jak tuż nad sobą ujrzał stado jeleni. Zdziwiło go to niepomiernie, ale zdumiał się jeszcze bardziej gdy zwierzęta minąwszy go w pędzie zwaliły się jedno po drugim w przepaść od czego siedem z nich na miejscu zginęło. Umuna, któremu już zaczęło brakować żywności ujrzał w tym wydarzeniu łaskę duchów wyświadczoną mu jako posłowi Jego Cesarskiej Mości. Toteż zstąpiwszy z góry kazał sprawić jelenie i uczcić duchy jeszcze jedną ofiarą. Nastepnie, jako że nic już tam go nie zatrzymywało, udał się w drogę powrotną. A Góra z chwilą jego odjazdu znów okryła się mgłą i chmurami[9].

Na podstawie francuskiego przekładu pt. Voyage à la Montagne Blanche opublikowanego przez J. Klaprotha w  Memoires relatifs à l’ Asie, Paris 1826, s. 455-460. Oryginał mandżurski, bez tytułu, to część wielotomowego opracowania Dżakun gusajtung dzi („Zbiór wiadomości o Ośmiu Chorągwiach”), bardziej znanego pod chińskim tytułem Pa-cz’i t’ung-czi. Jedyny pełny przekład tego dzieła dał A.Leontiew: Obstojatel’noe opisanie man’czżurskago naroda i wojska w  os’mi znamenach sostojaszczago, Sanktpeterburg 1784 (w opracowaniu I.K. Razsochina).

Wiadomo jak bardzo puszcza może działać na wyobraźnię: nawet współczesny człowiek czuje się wobec niej mały i niedołężny, zależny od rządzących nią potęg. W jeszcze wiekszym stopniu odczuwać to musi ktoś, kto jak Umuna, wyznaje światopogląd szamanistyczny. Dla niego wszystko – mgła również – jest wynikiem działania sił nadprzyrodzonych.

A co dopiero fenomen naprawdę niewytłumaczalny i mogący mieć w dodatku wpływ na losy dynastii! Takim zjawiskiem jest opisane w poniższym tekście zachowanie się wron. Co prawda, nikt tu nie twierdzi, że było w nim coś z cudu, ale jest to chyba dość oczywiste. (Wrona nota bene jest przez Mandżurów czczona niemal na równi ze sroką, na co ponoć zasłużyła ratując założyciela cesarstwa, por. t. I, s.40-48)

Ptasi sojusznik

W dziewiątym miesiącu Roku Czarnej Żmii[10] przywódcy dziewięciu plemion – Budżantaj i Narimbulu z Jeche, Mengebulu z Chady, Budżantaj brat Mantaja księcia Uły, Baindari z Chujfy, książęta Chorczynów znad Nonni: Ungadaj, Mangus i Mingan, plemiona Sibe i Gualcza , pan Mandżurów Dżuszerów spod Białej Góry Jelenge, oraz Seofu i Senge z Nejenu[11]– dokonali najazdu wdzierając się w granice trzema grupami. Kiedy Mądry Książę Tajdzu[12] o tym posłyszał posłał niejakiego Urikę na zwiady do Prowincji Środkowej. Urika wyruszył w drogę, ale gdy oddaliwszy się o sto mil od rezydencji księcia dotarł do przełęczy opadło go rozwrzeszczane stado wron i nie dało mu jechać dalej. Urika cofnął się, a wtedy wrony rozpierzchły się i spokojnie poleciały. Myśląc, że odfrunęły na dobre zwiadowca chciał podjąć jazdę ale wrony znowu jęły mu się rzucać do oczu i krakać nie pozwalając przejechać. Urika zawrócił więc i powiadomił Tajdzu, że przeszkodziły mu wrony. Wtenczas Tajdzu polecił mu udać się drogą na Dżuchę i zająć posterunek od strony prowincji Chuneche. Urika pojechał i stwierdził, że nieprzyjacielskie wojsko rozłożyło się obozem na północnym brzegu rzeki Chuneche, a ognisk jego jest tyle co gwiazd na niebie. Ustaliwszy, że tejże nocy, po posiłku, wojsko to ruszyło drogą przez przełęcz Szadżi, Urika puścił się galopem z powrotem i o piątej straży stanął przed Tajdzu by mu donieść o nadejściu wrogich zastępów.

Podstawą przekładu jest tekst mandżurski – bez tytułu – zawarty w zbiorze kronik Mandżu jargijan kooli, zwanym tu dla skrótu Mandżurską Prawdą. W wersji, którą dysponuję, historia Uriki mieści się w drugim zeszycie (bez miejsca wydania).

W powyższych dwóch tekstach – nie całkiem można nazwać je legendami – mieszkańcy lasu śpieszą człowiekowi z pomocą. Inaczej rzeczy mają się w następnym podaniu: jego bohaterka wpada w łapy niedźwiedzia, rodzi mu dzieci, sama porasta niedźwiedzim futrem… Swoją drogą ciekawe, jakie były dalsze losy jej kudłatego potomstwa – może dało początek jakiemuś rodowi[13]? Nie byłby to, jak wiadomo, precedens (por. t. I, s. 62, 65)

Przygoda Uriki

Porwana przez niedźwiedzia

Dawno, dawno temu,w południowej Mandżurii pewna młoda mężatka wybrała się do klanu matki ze zwyczajową wizytą. Jej droga wiodła przez wysoki i dziki łańcuch górski. Gdy tak wędrowała spotkała niedźwiedzia. Ten ją porwał i uwięził w swojej jaskini, której wejście zastawił ciężkim kamieniem.

Za dnia niedźwiedź zwykł opuszczać pieczarę i wracać wieczorem przynosząc coś do jedzenia. Pod jego nieobecność kobieta nie mogła uciec, bo ciężki głaz zamykał wejście. W końcu, w piątym roku tego pożycia, kobieta urodziła dwoje dzieci, jedno po drugim. Wówczas niedźwiedź, sądząc, że zostanie z nim i z dziećmi na zawsze, zwrócił jej wolność i otworzył wyjście z jaskini.

Nadzieje niedźwiedzia okazały się płonne: kobieta, zostawiwszy dzieci pobiegła prosto do swoich. Ci widząc ją porośnietą długim włosem, zlękli się i nie chcieli jej wpuścić. Ale gdy opowiedziała co jej się zdarzyło została na powrót przyjęta do klanu męża.

Na podstawie angielskiego przekładu – bez tytułu – zamieszczonego przez S.M. Szirokogorowa (Shirokogoroffa) w jego pracy Social Organization of the Manchus, Shanghai 1924, s. 90.

Niedźwiedź nie jest najpotężniejszym mieszkańcem tajgi Mandżurii, o wiele większy respekt otacza tygrysa. Widać to też z legendy zamieszczonej poniżej, choć trzeba przyznać, że Pstrokaty pojawia się w niej w sytuacji mało licującej z jego godnością. Może to świadczyć, że powstała ona w czasach kiedy stare wierzenia były już po trosze w zaniku (i istotnie, zapisano ją niedawno, od schińszczonych Mandżurów).

Czarniawy, Pstrokaty i ciu

Słuchajcie, coś wam powiem. Zdarzyło się to w tych stronach, jakieś kilkadziesiąt lat temu. W jednej ze wsi na północ od Wulakaj[14] mieszkał wówczs możny pan, który bardzo lubił rogi marałów[15]. Każdego roku wysyłał w góry grupy ludzi aby mu ich dostarczali. Tamtego roku udało się w tym celu dwóch sławnych łowców: jeden nasz, Mandżur, drugi – Chińczyk z Chorągwi[16]. Mandżura zwali Czang Pao-szu (Czang Niechybny Strzelec), Chińczyka zaś Li Pao-tu (Li Strzelec Wyborowy). Ci dwaj dobrali sobie do pomocy jeszcze dziesiątkę ludzi i zarzuciwszy tobołki na plecy poszli w góry. Udali się na północ drogą wiodącą z Ninguty do Sansingu[17]. Za trzecią stacją pocztową, ale nie dochodząc do czwartej, napotkali osadników i zatrzymali się u nich na noc.

Nazajutrz rano Czang i Li rzekli swym towarzyszom:

– Zaczekajcie tu na nas! Niedaleko stąd, na wschodzie, jest pewna dolina, gdzie należy się spodziewać marałów.

No, bo oni już bywali w tych górach, i  nie raz, wiedzieli więc co i jak, gdzie są jakie zwierzęta, wszystko wiedzieli. Teraz zatem postanowili:

– My dwaj winniśmy pójść tam pierwsi i sprawdzić.

Jak postanowili tak i zrobili. Gdy znaleźli się w dolinie rozdzielili się: Czang poszedł w jedną, a Li w drugą stronę. Li nie zdążył jeszcze daleko odejść gdy nagle zoczył zbliżającego się Czarniawego Ślepawego[18]. Jął się zastanawiać, czy nie należałoby się gdzieś ukryć, bo strzelać do Czarniawego Ślepawego nie jest zbyt mądrze. Te ptaszki nie są bynajmniej łatwe do upolowania, w porównaniu z innymi zwierzętami to straszni indywidualiści. No, bo czy dzikie zwierzę nie ucieknie na widok człowieka lub głos wystrzału? Ale nie Czarniawy Ślepawy! On ci nigdy z drogi nie zejdzie, a jak go postrzelisz i nie położysz na miejscu sam będzie dybał na twoje życie.

No, ale czy Li nie dokazywał cudów ze swoją strzelbą? Opatrzył więc zamek i starannie wycelowawszy strzelił. Trafił niedźwiedzia o tu, w czoło, ale kula ześliznęła się i poszła bokiem. Czarniawy Ślepawy podniósł łeb i ujrzawszy przed sobą człowieka rzucił się do ataku.

Li wziął nogi za pas. W wyścigu z rozwścieczonym zwierzęciem szanse miał raczej nikłe i byłby zginął gdyby nie wskoczył w porę do otwierającej się w skale szczeliny. Była ona na tyle wąska i głęboka, że Czarniawy Ślepawy nie mógł go w niej dosięgnąć. Zresztą, czy nie mógł? Słuchajcie, a dowiecie się jaka chytrość jest w tym zwierzęciu! Był tam obok blok skalny. Czarniawy Ślepawy ten głaz przetoczył i zastawił nim wylot szczeliny. Li był uwięziony! Dokonawszy tego zwierz oddalił się na południe.

Kiedy Li przekonał się, że tamten odszedł zaczął przemyśliwać nad sposobem ocalenia. Najpierw spróbował odsunąć kamień, ale okazało się to ponad jego siły. Jednakże przy tym zauważył, że pod kamieniem jest dziura. Zdjął ubranie, przepchnął je przez ten otwór a następnie sam się przezeń przeczołgał. Zdawał sobie oczywiście sprawę, że Czerniawy Ślepawy powróci, nie chciał więc ryzykować ucieczki. Wpadł na inny pomysł. Dostrzegłszy w pobliżu wielkie drzewo wdrapał się na nie i usadowił wysoko w rozwidleniu gałęzi pod osłoną listowia. Tam znów opatrzył i przygotował do strzału swą strzelbę.

Ledwo to uczynił wrócił Czarniawy Ślepawy. I nie sam! Wiecie, kto był z nim jeszcze? Ha, haj! Sędziwy Pstrokaty[19]! A i na tym nie koniec! Na grzbiecie Pstrokatego jechał przedziwny stwór: wzrostem ustępował nieco człowiekowi, miał białą sierść, czerwone oczy, długi ogon a na czubku głowy róg, biały z czerwonym końcem. Słowem – małpa, cała biała, z wyjątkiem czerwonych oczu i takiegoż koniuszka rogu. To był ciu[20]. Pomyślcie sami, jakie straszne musiało być to zwierzę. Śmiało dosiąść Sędziwego Pstrokatego! Jechało na nim jak na koniu i jeszcze poganiało ogonem! Kto z nas nie używa bata jadąc konno? No więc ono trzymało swój ogon w łapie i okładało nim Sędziwego Pstrokatego po bokach. Patrząc na to Li był prawie chory ze strachu.

Gdy zbliżyli się do rozpadliny Czarniawy Ślepawy zrobił gest jakby pokazywał ją swoim kompanom. Pojmujecie, co on sobie zamyślił? Otóż „zablokował” (dosłownie!) Li i poszedł po tamtych by go wraz z nimi pożreć. Teraz zaś najwyraźniej mówił: – Pozwólcie, panowie! Przygotowałem małą przekąskę!

Ale miało spotkać go rozczarowanie. Gdy odsunął głaz i zajrzał wraz z tamtymi do rozpadliny nie ujrzał w niej nikogo! Można sobie wyobrazić jego minę, zgłupiał kompletnie, za to ciu był wściekły. Zeskoczył z Sędziwego Pstrokatego i z pochylonym łbem runął na Czarniawego Ślepawego rozpruwając mu brzuch swoim rogiem. Czarniawy Ślepawy padł martwy a ciu wskoczył na tygrysa i pognał smagając go swym ogonem.

W krótki czas potem przyszedł Czang. Ponieważ przez pół dnia nie miał od Li wiadomości poszedł go w końcu szukać. Li zlazł z drzewa i opowiedział mu całe zdarzenie. Potem zajęli się swoją zdobyczą. Mieli szczęście! Niedźwiedź na dwóch! Sama wątroba była warta masę pieniędzy.

No a ciu? Ciu to ciu! Pewno wysoko w górach jest jeszcze ich trochę. Tam, w górach, to w ogóle sporo jest różnych przedziwnych stworów. Tylko, że zbyt często się ich nie widuje.

Na podstawie angielskiego przekładu – pt. The Story of the Bear, the Tiger and the Chiu – opublikowanego przez O. Lattimore’a w  Wulakai Tales from Manchuria, „Journal of American Folk-Lore” vol. 46 July – September 1933 No 181, s. 283-286

I jeszcze jedno podanie zawierające przestrogę przed niebezpieczeństwami na jakie się naraża kobieta podróżując po górach. Niech nas nie zmyli fakt, że akcja jego toczy się w domu!

Niesamowity poród

Mniej więcej przed pięćdziesieciu laty w Sancanie (to przy drodze na Sansing, trzy stacje na północ od Ninguty) mieszkał pewien zamożny gospodarz. [Jego imię wyleciało mi z pamięci, lecz ono akurat jest tu najmniej ważne bo historia, którą chcę opowiedzieć dotyczy właściwie nie jego.

A było tak.] Pewnej zimy, gdzieś koło Nowego Roku, żona tego gospodarza leżała w połogu. Poród się wyjątkowo przeciągał, bo trwał już piąty dzień i kobieta przeogromnie cierpiała. Pod koniec piątego dnia krzątało się już przy niej z dziesięć położnych ale żadna nie była w stanie jej pomóc.

I wtedy u drzwi rozległo się wołanie żebraka proszącego o wsparcie. Jedna ze służebnych wyszła na próg i zobaczyła – rzeczywiście stoi dziad i to wyjątkowo obdarty. Rzekła mu:

– Nasz pan z zasady nie odmawia jałmużny, a już zwłaszcza w okresie Nowego Roku, ale wobec sytuacji jaką tu mamy nie mogę cię zaprosić do środka.

I opowiedziała mu o wszystkim. Żebrak rzekł:

– Skoro tak, to najlepiej zrobilibyście posyłając po starą panią która mieszka o dwadzieścia li stąd, na południowy wschód[21] od was. Ona wam pomoże, daję słowo, będziecie zadowoleni!

Dziewczyna na to:

– My tu nigdy nie słyszeliśmy by z tamtej strony ktoś mieszkał. Ale pójdę i przekażę twoje słowa gospodarzowi, a przy okazji przyniosę ci coś do jedzenia.

Gdy gospodarz wysłuchał relacji służącej wyszedł przed dom lecz ku swojemu zdziwieniu żadnego żebraka nie ujrzał. Nikt nie mógł mu wyjaśnić co się z nim stało – po prostu znikł. Gdzie na farmie taki mógłby się ukryć? Szukali i szukali – nic. Kamień w wodę. Gospodarz rzekł:

– W tych okolicznościach chyba rzeczywiście najlepiej byłoby zaprząc sanie i pojechać szukać tej pani.

Tak i zrobiono. I w rzeczy samej, we wskazanym przez żebraka miejscu znaleziono chatę a w niej leciwą kobietę. Staruszka okazała się chętna do pomocy – gdy tylko słudzy gospodarza powiedzieli jej o co chodzi zaraz rzuciła wszystko i zabrała się z nimi. Gdy przybyła na farmę gospodarz wyszedł jej na spotkanie i z szacunkiem zaprosił do środka.

Wszyscy myśleli, że tajemnicza pani uda się wprost do cierpiącej ale ona rzekła:

– Bez pośpiechu! Czy nie mielibyście trochę gorącej wody[22]? Chętnie bym się czegoś napiła.

Zaraz więc nastawiono czajnik i podano herbatę. Starsza pani wysączyła swą filiżankę i dopiero potem przeszła do wewnętrznych pokoi zobaczyć chorą. Wzięła czan[23] i zaczęła rozczesywać jej włosy – raz w lewo, raz w prawo, to w przód to w tył. Rozczesawszy przypatrzyła się jej ciemieniu[24] i rzekła:

– Jeszcze chwila! Przyszłam trochę za wcześnie. Można jeszcze wypić herbaty!

Posiedziawszy znowu jakiś czas przy herbacie wróciła do chorej i ponownie jęła ją czesać. Tym razem orzekła:

– Już! Dłużej zwlekać nie można!

Po czym zwróciła się do położnych:

– Te, co mają dość odwagi mogą zostać i pomagać, ale pozostałe niech lepiej wyjdą. Tylko by zawadzały.

I dodała:

– To nie dziecko ona zaraz wyda na świat, ale coś zupełnie INNEGO. Ale bez obaw, nie zrobimy temu czemuś najmniejszej krzywdy.

Jak tylko to powiedziała rodząca odczuła ulgę. Starsza pani zwróciła się do położnych:

– Przynieście jak największe koryto i nalejcie do niego cztery wiadra źródlanej wody. Następnie przynieście dwa kłębki mocnego, konopnego sznura i połóżcie po jednym z każdego końca koryta, tak aby były pod ręką. Ponadto musimy mieć dwie deski. Przykryjcie nimi koryto pozostawiając jednak wąska szparę.

Gdy wszystko było gotowe rzekła:

– Podnieście kobietę i posadźcie ją okrakiem[25] na korycie aby się pozbyła brzemienia!

Dodała jeszcze parę uspokajających słów i nagle w korycie dał się słyszeć plusk jakby ryby miotającej się z jednego końca w drugi. Położne rzekły:

– W porządku! Można ją podnieść!

Ale starsza pani je powstrzymała:

– Chwileczkę! Będzie jeszcze!

I rzeczywiście, nie minęło dużo czasu a w korycie znów zapluskało całkiem po rybiemu.

– Kiedy ją będziecie podnosić – rzekła stara – bądźcie ostrożni. Uważajcie na deski! Jak tylko z nich wstanie zsuńcie je szybko razem tak by miedzy nimi nie było żadnej szpary. Następnie weźcie leżące z dwóch końców koryta konopne sznury i mocno je nimi obwiążcie.

Tak i zrobiono. Podniesiono kobietę, zsunięto deski i przywiązano je sznurami do koryta. Potem na polecenie staruszki poproszono czterech mężczyzn by dźwignęli koryto jak trumnę i wynieśli je nad strumień, na odległość półtora li od domostwa. O tej porze roku jaki strumień byłby nie zamarznięty? Lecz stara pani powiedziała mężczyznom co mają zrobić. A więc mieli wpierw wyrąbać otwór w lodzie, potem przechylić koryto, tak by jednym końcem oparło się o krawędź przerębli i wtedy dopiero poluzować trzymające deski powrozy.

Mężczyźni zrobili jak im stara pani kazała. A gdy uwolnione od sznurów deski puściły, z koryta wypełzły dwa długie i grube jak ten dzban węże i wśliznęły się do przerębli.

Ot i cała historia. Dodajmy jeszcze, że ten dziwny płód żona farmera poczęła zjadłszy pewną górską roślinę[26], zaś węże zwlekały z przyjściem na świat z obawy że będą zabite. Co do żebraka i starszej pani to byli oni nieśmiertelnymi[27] [tak przynajmniej widzimy to my tu, w Wulakaj].

Na podstawie angielskiego przekładu – pt. The Dreadful Birth – zamieszczonego przez O. Lattimore‘a w  Wulakai Tales from Manchuria, s. 276-279

Przyczyna kłopotów żony farmera leżała poza domem ale często jest tak, że zło tkwi już w domu, czy też zjawia się w nim bez udziału jego mieszkańców. Jeśli zagnieżdża się w nim na dłużej dom staje się „nawiedzony”. Przyczyny tego mogą być różne: gwałtowna śmierć któregoś z lokatorów, niekorzystne usytuowanie budynku czy po prostu „zły czas”.

Nawiedzony dom

– Co to za dom, o tam, naprzeciwko pańskiego?

– A czemu pan pyta?

– Jeden z mych kuzynów zamierza go kupić.

– Ach nie, tam nie sposób mieszkać! Tam zbyt niebezpiecznie! Dawniej, kiedy władał nim mój starszy brat, był to porządny, całkiem przyjemny dom, dobrze utrzymany od frontu począwszy na ostatnim z pięciu wewnętrznych pawilonów kończąc.Ale kiedy jego następny właściciel, mój bratanek, uznał, że boczne pawilony są w złym stanie i kazał na ich miejscu postawić nowe, nagle w domu jęły panoszyć się duchy. Zrazu nie dawały się jeszcze bardzo we znaki, ale z czasem, rozzuchwalone, zaczęły pojawiać się i hałasować w biały dzień! Co i raz któraś z kobiet krzyczała ledwie żywa ze strachu: – Spotkałam ducha! – Sprowadzano szamanów – na próżno, odprawiano egzorcyzmy – też na nic. W końcu chcąc nie chcąc sprzedano dom za pół ceny.

– Wie pan co? To już widać taki zły czas[28]. Sam dom nie ma tu nic do rzeczy. Gdyby czas był dobry to diabły, ile by ich nie było, uciekłyby, szkoda gadać! Czy byłyby w stanie komuś coś zrobić? No tak, ale ten mój kuzyn jest strachem podszyty. Powiem mu, czegom się tu dowiedział, a on niech już sam decyduje, czy kupić ten dom czy nie kupić.

Podstawą przekładu jest tekst mandżurski – bez tytułu – zawarty w zbiorze czytanek Tangu mejen, t. I, rozdz. 9.

W Tangu mejen znajdujemy jeszcze jedną opowieść o duchu, tym razem fałszywym. Pozwala ona przypuszczać (tak jak zamieszczona na s. 72-75 legenda sibińska) że powszechna wiara w duchy była przez niektórych niecnie nadużywana.

Fałszywy duch

W ostatnich dniach było tak gorąco i duszno, że sypiałem w sieni przy szeroko otwartym oknie. Aż tu wczoraj, o trzeciej straży, gdy leżałem z twarzą zwróconą do ściany, uszu mych dobiegł jakiś szmer. Zaspany otwieram oczy i widzę u swego wezgłowia dziwną postać: twarz biała jak papier, z oczu płynie krew, całe ciało białe, włosy rozpuszczone. Nic nie mówi tylko skacze tu i tam po podłodze.

– Rety! – wzdrygnęłem się. – To przecież duch!

I ciekaw co będzie dalej przyglądam mu się przez półprzymkniete powieki.

A duch poskakał, poskakał, potem nagle otworzył szafę i wyciągnąwszy z niej naręcze ubrań zniknął z nimi za oknem. Tu mnie oświeciło:

– Gdyby to był duch – myślę – po co by zabierał ubrania?

A ten obwieś znowu się zjawia! To ja wstaję, wyciągam szablę i nie dając mu czasu na opamiętanie uderzam go płazem.

– Gwałtu! – wrzasnął i rozciągnął się jak długi na ziemi.

Zawołałem służbę i kazałem przynieść światło. Ale heca! Był to złodziej, co udawał ducha by okradać zastraszone ofiary!

Podstawą tłumaczenia jest tekst mandżurski – bez tytułu – zawarty w zbiorze czytanek Tangu mejen, t. IV, rozdz. 96.

Opowieść o fałszywym duchu, a właściwie o odważnym jego pogromcy, otwiera serię tekstów mówiących o niezwykłych wyczynach. Wśród nich poczesne miejsce zajmuje zapisana w XIX-ym wieku w Sinkiangu legenda o cesarzu K’ang-si (Elche Tajfin). Prawdę mówiąc nie wiadomo czy jest ona rzeczywiście mandżurska czy też sibińska. W.Radłow, który ją zanotował określił ją jako mandżurską ale w jego czasach nie odróżniano zbytnio Mandżurów od Sibińczyków, a w Sinkiangu można było spotkać i jednych i drugich.

Cesarz Elche Tajfin

Elche Tajfin, będąc cesarzem, cały czas na tronie nie siedział. Często zamieniwszy monarsze szaty na zwykłe objeżdżał państwo, zaglądał do grodów i wsi, a wszędzie patrzył jak też się żyje ludziom i jak urzędnicy wypełniają swe obowiązki. A miał on muła maści czarnej, co w jeden dzień przebiegał pięć setek mil. Oprócz niego na swe wyprawy brał strój, który miał tę właściwość, że na deszczu się w nim nie mokło, na mrozie nie marzło a w upał nie odczuwało gorąca. Strój ten, składający się z opończy i czapki, był w samej rzeczy cudowny.

Pewnego dnia zamarzyło się cesarzowi znów objechać swe grody. Dosiadł więc muła i wymknąwszy się z bramy pałacu puścił się w drogę. Jechał, jechał aż przybył do jakiegoś miasta. Ponieważ zdążył już dobrze zgłodnieć zaszedł do gospody. Pokrzepiwszy się najpierw winem zamówił obiad. Przyjmujący jego zamówienie posługacz pomyślał:

– Nikt z tych, którzy u nas gościli nie umiał dobierać dań z takim znawstwem! Z obejścia tego człowieka widać, że to ktoś wykształcony.

Temu posługaczowi nawet do głowy nie przyszło, że ma do czynienia z cesarzem, a że poczuł do niego sympatię przysiadł się i jęli razem popijać. Cesarz, podochocony, rzekł mu:

– Zawołaj muzykantki!

Posługacz poszedł, sprowadził trupę artystek i zaczęła się zabawa. Obaj z cesarzem jedli, pili, kazali dziewczętom grać aż w końcu posługacz się upił i zasnął. Natomiast cesarz posiliwszy się jął zbierać się do odejścia:

– Rachunek! – zawołał.

Kasjer zsumowawszy wynagrodzenie dziewcząt i należność za obiad rzekł:

– Razem będzie osiem liang i trzy miedziaki.

Cesarz chce płacić, a tu patrzy – nie ma sakiewki! Skłopotany mówi:

– Nie wzięłem pieniędzy, zapiszcie to na me konto w swej książce!

Kasjer rzekł:

– Ja ciebie nie znam, muszę poprosić tu gospodarza.

Gdy ów przyszedł cesarz jął mu przedkładać:

– Obiadowałem u ciebie. Należność wyniosła osiem liang i trzy miedziaki. Pieniędzy przy sobie nie mam. Odnotuj na razie mój dług w swojej książce a ja potem ci przyniosę te osiem z ogonkiem.

Gospodarz odburknął:

– Nie znam cię! Dawaj pieniądze i fora!

Położenie cesarza było zaiste trudne. Zapłacić nie ma czym, a jak nie zapłaci – nie puszczą! Po namyśle rzekł:

– Dam ci w zastaw swą opończę i czapkę.

Ale gospodarz biorąc władcę za człeka z ludu powiedział:

– Ta twoja opończa i czapka nie warte są ośmiu liang!

Mądry by zgadł, że i ośmiuset za nie byłoby mało! Naciskany o pieniądze chan już nie widział co począć: więcej do oddania nie miał nic! A gospodarz zawołał posługaczy:

– Zabierzcie mu – rzekł – jego czapkę, opończę i muła!

Cesarzowi przemknęło przez głowę:

– A może by tak po prostu zbić tych Chińczyków i odebrać im odzież i zwierzę?

Ale szybko zreflektował się:

– Nie, nie! Jadłem ich ryż, więc jakże mógłbym ich bić teraz! Spróbujmy z tym szynkarzem jeszcze raz po dobroci!

– Jeśli oddasz mi muła – powiedział – to pojadę i przywiozę ci twoje pieniądze.

Szynkarz jednak był nieugięty:

– Nie znam ciebie! Dopiero jak przyniesiesz pieniądze oddam muła wraz z opończą i czapką! A teraz wynoś się!

Tego już było cesarzowi za wiele. Zamachnął się i wymierzył szynkarzowi tęgi cios pięścią. Szynkarz upadł i jął przeraźliwie krzyczeć:

– Gdzie wszyscy się podziewacie? Zatłuczcie go!

Jak to cesarz usłyszał wpadł w jeszcze większą złość i rzucił się z pięściami na ludzi szynkarza. Jednym porozwalał łby, innym połamał ręce lub nogi, żaden z sześćdziesieciu paru służących nie wyszedł bez szwanku. Obudzony hałasem wszedł posługacz, który wcześniej usługiwał chanowi:

– Hola! – rzekł. – Nie pozabijaj ich tylko!

I spytał:

– O co tak się pobiliście?

– Należność – rzekł cesarz – wyniosła osiem liang i trzy miedziaki. Jako że nie wziąłem ze sobą pieniędzy proponowałem w zastaw swą opończę i czapkę, a ten szynkarz – nie i nie, zabiera mi odzież, muła i jeszcze mówi wynocha! No to ja wpadłem w złość i wszystkich, przyznaję, pobiłem.

Wysłuchawszy tego posługacz podszedł do oberżysty i rzekł mu:

– Będzie już osiem lat jak służę u ciebie. Cała moja zapłata jest dotąd w twych rękach. Odlicz z niej to co winien jest ci ten człowiek i oddaj mu jego rzeczy i muła.

Po czym zwrócił się do cesarza:

– Ja ci ufam. Wszystko za ciebie uregulowałem.

Cesarz rozstał się z nim w wielkiej przyjaźni. Włożył swój strój podróżny, dosiadł muła i wrócił do stolicy. Tam zasiadł na tronie i wydał rozkaz aby szynkarz i jego ludzie stawili się niezwłocznie na dworze. Posługacza mianował naczelnikiem miasta, natomiast szynkarza i pozostałych chciał skazać na śmierć i tylko na prośby posługacza zadowolił się ich zesłaniem. Następnie rozesłał po wszystkich prowincjach edykt tej treści: „Jeśli spędziwszy czas w gospodzie nagle stwierdzisz, że nie wziąłeś ze sobą pieniędzy powiedz oberżyście aby zapisał należną mu sumę i zwróć mu ją przy najbliższej okazji.”[29]

Zapisany w rosyjskiej transkrypcji tekst legendy opublikował – bez przekładu – A.O. Iwanowski, zob. jego Man'czżurskaja chrestomatija, S.-Peterburg 1893, s. 211-212 (tekst nosi w niej rosyjski tytuł: Rasskaz pro imperatora Kan-si).

Dwa kolejne teksty nie są w zasadzie legendami lecz fragmentami biografii zamieszczonych w znanym nam już Zbiorze wiadomości o Ośmiu Chorągwiach. Niemniej jednak jest w nich coś z legend. Z jednej strony przypominają one prezentowane już legendy o cudach przyrody, z drugiej – bardzo popularne w Mandżurii opowieści o wielkich siłaczach (por. np. s. 78, 105)

Dzielny Krokodyl

Łajdacha, rodem z Chukszachari[30], był człowiekiem bardzo silnym i mężnym. Kiedy był na wojnie w prowincji Chuguan[31] dał na oczach licznych świadków dowód wielkiej odwagi.

Pewnego dnia, gdy wraz z przyjaciółmi kąpał się w tamtejszej rzece, nastąpił nogą na coś, co mu się zdało wielkim, leżącym na dnie, bierwionem. Nie wiedząc co to jest za rzecz umyślił wraz z innymi zaczepić za nią linę i dobyć na wierzch. Jęli ciągnąć a wówczas z toni wychynęła bynajmniej nie kłoda ale głowa smoka, z wąsami, grzywą i rogami , o które zresztą i zaczepił się powróz. Wszyscy oprócz Łajdachy zmartwieli ze strachu a potem rzucili się do ucieczki. Łajdacha natomiast nie zląkł się ani trochę. Z obojętnym wyrazem twarzy zsunął się bez pośpiechu do wody i odczepił linę. Tuż po tym nadleciała ciemna chmura, zagrzmiało, lunęło i smok na oczach wszystkich wzniósł się na niebiosa nie czyniąc nikomu nic złego.

Za swój mężny czyn Łajdacha został nagrodzony przydomkiem „Dzielny Krokodyl”[32].

Za podstawę tłumaczenia posłużył fragment – bez tytułu – rosyjskiego przekładu Pa-cz’i t’ung-czi: Obstojatel’noe opisanie…, t. XIV s. 6-7.

Z rękoma na barsa

[Lungtan Chan Gaj] był człowiekiem bardzo roztropnym, dzielnym, statecznym i szczerym. Baczył aby nigdzie w sąsiedztwie nie wybuchały waśnie i kłótnie, hojnie wspomagał wszystkich potrzebujących i tak czyniąc zyskał sobie wielki mir w okolicy.

[Lungtan Chan Gaj] był wielkim amatorem polowań na barsy[33]. Zabił ich w różnym czasie dziewięćdziesiąt i dziewięć sam nie ponosząc przy tym najmniejszego uszczerbku. Ale setny już mu łatwo się nie dał: ugryzł go w nogę. Stało się to gdy on, Lungtan, wskoczył mu na grzbiet i jadąc na nim jak na koniu obsypywał razami.

Czując, że rana jest śmiertelna [Lungtan] rzekł swoim sługom:

– I przez coś takiego przyjdzie mi teraz umrzeć! Powiedzcie moim synom i wnukom, niech namalują mnie jak jadę na barsie[34] i niech składają mi, a po nich ich potomkowie, ofiary przed tym obrazem.

Źródło: Obstojatel'noe opisanie… t.XVI s. 104-105

Oprócz czynów świadczących o czyjejś wielkiej odwadze czy sile powszechne zainteresowanie zwykły budzić wszelkie czary i magia. W mandżurskim kręgu kulturowym czary są domeną szamanów, którzy też, jak wiemy, są bohaterami wielu legend i mitów. Częstym tematem tych legend jest rywalizacja szamanów. Z podań uwzględnionych w niniejszym zbiorze temat ten rozwijają dwa: poniższe i zamieszczone na s. 104 podanie Tunguzów z Chinganu.

Zwada dwóch wielkich szamanów

Nieco więcej niż sto lat temu na północ od Wulakaj mieszkało dwóch sławnych szamanów. Jeden zwał się Szy, a drugi Ao. Szy był mężem starszej siostry Ao. Pewnego dnia gdy Ao siedział za stołem u Szy i z nim ucztował[35] doszło między nimi do sprzeczki. Rozeźleni, rzucili sobie nawzajem wyzwanie:

– A więc gdzie się spotkamy?

– Nad rzeką!

– Zgoda! Niechaj będzie nad rzeką!

Tak więc oto się spotkali nad rzeką. Ao znajdował się na jej wschodnim brzegu, a Szy na zachodnim. Obaj mieli na swe usługi ducha wydry, który przydawał im w wodzie przedziwnej siły.

Ao wziął swój bęben, taki zwykły, szamański, i cisnął go na wodę. Stanął na nim i używając jako wiosła trójzębnych wideł jął się przeprawiać na drugą stronę. Patrzący na to z zachodniego brzegu Szy uśmiechnął się:

– Poskaczmy sobie – mruknął – wokoło niego!

I rzuciwszy się do rzeki przemienił w jesiotra.

Jesiotr to duża ryba, nie? Cesarzowi w darze posyłali właśnie jesiotry! A już ten to był wyjątkowo ogromny, taaaki długi, jak kalenica!

Szy bynajmniej nie chciał skrzywdzić Ao. Myślał: – Sprawię mu kąpiel! Będzie wesoło! – Ale Ao taił w swoim sercu nienawiść. Szy nawet nie podejrzewał jak tamten go nienawidzi. Jego zamiarem było podpłynąć do bębna i machnięciem ogona strącić Ao do wody. Ale ledwo się do niego zbliżył Ao schwycił oburącz swe widły i z rozmachem je wbił rybie w serce.

Woda w rzece zabarwiła się na czerwono. Szy był ranny. Już nie płynął tylko bezwładnie opadał na dno. Ale z brzegu przyglądała się temu jego rodzina, nie? Widząc co się dzieje co młodsi pobiegli po sieci i wybrawszy największą szybko ją zarzucili. Wyciągają, patrzą – a tam Szy: od pasa w dół człowiek, a od pasa w górę – ryba. Widać chciał wrócić do swej ludzkiej postaci ale z powodu rany udało mu się to tylko w połowie.

Ledwo go wyciągnęli a już zjawili się rozjemcy:

– Czy nie jesteście spowinowaceni? – mówili. – Nie kłóćcie się, traktujcie rzecz po sportowemu! Pogódźcie się i po sprawie!

Ale Szy odparł:

– W żadnym razie! Muszę mieć swoją zemstę!

Zabrali go do domu. Tam Szy powiedział domownikom by złożyli go do trumny i pochowali – głową na południe. Kiedy ci zaczęli rozpaczać i palić – jak to na pogrzebie – papier[36] – dorzucił:

– Z tym się jeszcze wstrzymajcie. Równo za sto dni wrócę i wezmę pomstę. Ale wy nie macie się czego lękać i przekażcie ludziom w innych wsiach by się też nie lękali.

Jego życzeniu stało się zadość. Wyniesiono go razem z trumną za wieś i złożono w grobie – głową na południe[37]. I odtąd przez ponad dziewięćdziesiąt dni cała okolica rozbrzmiewała głosem jego szamańskiego bębna. Ale bębnił! I to gdzie! W grobie! Miał chłop nie lada talent, ten Szy!