Strona główna » Obyczajowe i romanse » Listy sprzed lat

Listy sprzed lat

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 9788381179775

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Listy sprzed lat

Listy sprzed lat to pokrzepiająca historia, która przywraca wiarę w przyjaźń i w to, że wszystko w życiu jest możliwe.

 

Zawód w przyjaźni sprawia, że trudno jest odzyskać wzajemne zaufanie….

Dramatyczne okoliczności powodują, że Iwonie i Ewie, po latach wzajemnej niechęci, udaje się odbudować przyjaźń, a skrywana dotąd wielka tajemnica jednej z nich, wreszcie wychodzi na jaw.

Dzięki sile przyjaźni, powraca odwaga by zawalczyć o siebie, uwolnić się od wcześniejszych złych wyborów. Odwaga, by spróbować podążyć drogą wielkiego uniesienia z młodości… Szczęśliwy zbieg okoliczności sprawia, że w życiu Iwony pojawia się mężczyzna sprzed lat. Ten sam, o którym dotąd miała śmiałość tylko śnić, ukradkiem zaglądać w przechowywane od niego listy, powraca niczym książę z bajki...

 

Polecane książki

Seria kieszonkowych poradników językowo-biznesowych pomoże Ci poszerzyć słownictwo i wiedzę w różnych dziedzinach. Książeczki zawierają tematycznie zgromadzone pojęcia i zagadnienia, a także ich tłumaczenia. Bądź specjalistą w swojej dziedzinie, również w kręgach obcojęzycznych!...
Poradnik do strategii ekonomicznej The Movies wyjaśniający jaki odnieść sukces w niezwykle ciężkiej gałęzi showbiznesu, jaką jest prowadzenie własnego studia filmowego. The Movies - poradnik do gry zawiera poszukiwane przez graczy tematy i lokacje jak m.in. Niańczymy gwiazdyWitamy w showbiznesie cz....
Jednym z najistotniejszych rodzajów ryzyka, które oddziaływuje na firmę jest tzw. ryzyko strategiczne, stanowiące główny temat niniejszego opracowania. Waga podjętego tematu wynika często z niedostrzegania lub niedoceniania przez instytucje niebezpieczeństw, jakie niesie ryzyko strategiczne, a przed...
Mógłbym się nazywać Al Pacino, a nazywam się Piotr Adamczyk. Inicjały niby takie same. Zaczynamy się podobnie, ale dalej jest już zupełnie inaczej. Mógłbym się też nazywać Dustin Hoffman, George Clooney, Colin Firth albo nawet Johnny Depp. A nazywam się jak ten polski aktor, który grał papieża....
Pracownik powinien uprzedzić pracodawcę o przyczynie i przewidywanym okresie nieobecności w pracy, jeżeli przyczyna tej nieobecności jest z góry wiadoma lub możliwa do przewidzenia. W razie zaistnienia przyczyn uniemożliwiających stawienie się do pracy pracownik jest obowiązany niezwłocznie zawiadom...
Julita przez wiele lat nosi maskę szczęśliwej żony i matki. Wierzy, że jej poświęcenie wystarczy do zbudowania trwałego małżeństwa oraz pełnej miłości rodziny. Elżbieta, bezdzietna, żyjąca samotnie lekarka, boryka się z myślami, które w jej głowie urastają do rangi problemu niepozwalającego cieszyć ...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Roma J.Fisher

Część pierwszaW szponach nienawiściRozdział 1

Iwona szukała promieni słonecznych wpadających przez uchylone okno do gabinetu Ewy. Zwróciła krzesło nieco bardziej w ich kierunku, odchyliła się do tyłu, przymknęła oczy, a po chwili złożyła dłonie na piersiach. Chciała, by ich jak najwięcej skumulowało się na niej. Czuła, jak rozgrzewają ją z każdą chwilą coraz bardziej; szybko poczuła ciepło w samych koniuszkach palców. Bezwiednie rozchyliła poły białego laboratoryjnego fartucha, podciągnęła spódnicę do połowy ud i wyciągnęła do przodu długie nogi. Całe ciało odżywało po czterech godzinach spędzonych w klimatyzowanym laboratorium. Poczuła się komfortowo. Zwilżyła językiem wargi. Do jej uszu, jak przez mgłę, docierał szum samochodów z niedalekiej trójmiejskiej arterii, świergot ptaków rajcujących na okolicznych drzewach oraz głos Ewy, która prowadziła z kimś rozmowę telefoniczną. Iwona od dziecka uwielbiała taki stan półodrętwienia w pełnym słońcu i często wprawiała się w niego z premedytacją. Teraz co jakiś czas uchylała oko, żeby skontrolować, co robi Ewa. W ciągu kilkunastu lat odwiedzania jej gabinetu na południową kawę nauczyła się wyłączać z rozumienia, o czym tamta rozmawia. Ta kawa była dla Iwony pewnym rytuałem, z którego mimo wszelkich różnic dzielących ją z Ewą, siedzącą z drugiej strony przestronnego biurka, nie chciała i nie mogła zrezygnować.

Biurko było mahoniowe, z finezyjnie wyciętym blatem, żeby dało się wygodnie przy nim poruszać na olbrzymim, resorowanym skórzanym fotelu. Miało wydzieloną część na monitor komputera i telefony. Każdy, kto wchodził do gabinetu Ewy, musiał czuć respekt, zwłaszcza że krzesło, na którym siadała Iwona, nie stało normalnie po drugiej stronie biurka; Iwona dostawiała je sobie tylko na czas kawy. Wszyscy inni musieli stać. Niewielki stolik i cztery foteliki pod ścianą służyły tylko dla specjalnych gości z zewnątrz lub w przypadku nadzwyczajnej potrzeby spotkania z kilkoma osobami z firmy.

Wszyscy w firmie wiedzieli, że z wybiciem dwunastej mają co najmniej dwadzieścia minut na nieco bardziej prywatne zachowania, często również przy kawie, więc Iwona nie mogła egoistycznie zrezygnować ze swoich wyjść do Ewy, choć wiele razy już chciała tak zrobić. Poświęcam się dla innych, pomyślała z uśmiechem.

Znały się z Ewą ponad dwadzieścia lat. Przeszły razem czas studiów magisterskich, który je bardzo do siebie zbliżył. Iwona od pierwszego spotkania na inauguracji studiów w auli uczelni polubiła tę, nieśmiałą wówczas, jasną szatynkę. Kiedy tamta poczuła jej sympatię, przylgnęła do Iwony na dobre. Podczas przerw w zajęciach na ogół trzymały się razem, jeździły wspólną trasą do domów w kierunku Chyloni, albo na zajęcia w innych miejscach Trójmiasta. Często wspólnie się uczyły w swoim kąciku w stołówce; raz tylko Ewa przyjechała do domu Iwony, ale więcej nie chciała i nie zapraszała również do siebie. Iwonie wydało się, że gdy Ewa rozglądała się wówczas po jej wesołym pokoiku, jej wzrok posmutniał. Na ogół tworzyły parę podczas ćwiczeń laboratoryjnych, łączyło je także wiele wspólnych zainteresowań, jak choćby fotografia czy muzyka. Ale potem nastąpiły wspólne studia doktoranckie, w tym półroczny pobyt w Sztokholmie. Tak. To właśnie tam coś się zmieniło. Iwona poznała, kim jej przyjaciółka potrafi być. Doktor Jekyll i mister Hyde w jednym; uśmiechnęła się do siebie.

Znów zerknęła w jej kierunku. Ta, tym razem, jakby czekała na otwarcie przez Iwonę oka, machnęła ręką w jej stronę i wskazała na odkryte uda. Iwona uśmiechnęła się tylko i znowu przymknęła oczy. Źle dzisiaj Ewka wygląda. Wyjątkowo źle. Może przypomniał jej się Sztokholm i była na nocnych łowach? Kiedyś takimi sprawami się chwaliła… Iwona przerwała ledwie rozpoczętą analizę, bo najpierw usłyszała słowa: „Do widzenia”, nerwowe stuknięcie odstawianej na biurko słuchawki, a zaraz potem syczący głos.

– Znowu robisz sobie u mnie Copacabanę?

– Zmień repertuar, Ewka. Zawsze musisz mi uzmysławiać, że jest takie miejsce, gdzie nigdy nie byłam? Choć akurat do tej plaży absolutnie mnie nie ciągnie. – Iwona niechętnie otworzyła oczy. – Zdajesz sobie sprawę, jaki tam musi być syf? – dodała, wykrzywiając się przy tych słowach niemiłosiernie. – Poza tym, kochana, złość piękności szkodzi. Porobią ci się zmarszczki.

– Tyle razy ci mówiłam żebyś tutaj nie plażowała. Przecież w każdej chwili może ktoś wejść, a ty w negliżu! – wykrzyknęła przytłumionym głosem Ewa.

– Hi, hi, hi. – Iwona zachichotała i podskoczyła na krześle. – Wszyscy ze strachu przed tobą mają ściśnięte pośladki, więc kto nie musi, nie przychodzi. A z drugiej strony: ja i negliż, ale cię poniosło… Zresztą jak zwykle, średnio raz w tygodniu.

– Bo średnio raz w tygodniu robisz sobie tutaj plażę.

– To nie moja wina, że tak rzadko mamy w Trójmieście słońce.

– Wiesz, chyba jesteś bezczelna.

– …i do tego impertynencka.

Iwona zwróciła się razem z krzesłem w kierunku biurka Ewy i mrugnęła. Ewie rozszerzyły się ze zdziwienia oczy, ale po chwili machnęła dłonią z cieniem uśmiechu.

– Ale byś mogła… nie rozchełstywać się tak. – Pomogła sobie teatralnym gestem.

– Ewka… szczerze, czegoś mi brakuje?

Iwona otaksowała swoje wciąż zgrabne gołe nogi i odkryte nieco piersi, bo podczas wygrzewania się na słońcu bezwiednie wsunęła górę bluzki za stanik; teraz poprawiła ją i obciągnęła spódnicę. W jej życiu zbyt wiele poszło nie tak, więc starała się przynajmniej dobrze wyglądać. Dużo spacerowała, a kiedy tylko skończyło się lato i możliwość pływania w kochanym Mauszu, chodziła dwa razy w tygodniu na basen. Dzięki temu nie imały jej się także przeziębienia.

– Tak już lepiej. Ale przecież nie jest zimno, a ty mówisz, że byłaś skostniała.

– Nic takiego dzisiaj jeszcze nie powiedziałam, chociaż prawdę mówiąc, faktycznie przyszłam skostniała.

– Kobieto, na dworze jest dobrze ponad dwadzieścia stopni – oburzyła się Ewa.

– Ale w laboratorium termostat klimatyzacji utrzymuje równo dwadzieścia stopni, a dla mnie jest to temperatura przemarzania. – Iwona uniosła brew. – Syty głodnego nie zrozumie… – Wzruszyła ramionami. – Wiesz? Można udawać, że jest się szczęśliwym albo nawet zgrywać głupka, ale tego, że się jest zmarzniętym czy choćby przechłodzonym, nikt nie jest w stanie udać. – Iwona uśmiechnęła się szeroko.

– A ty jak zwykle to samo.

– I vice versa.

Ewa zagrała nerwowo paznokciami po biurku.

– Połamiesz je sobie – mruknęła Iwona.

– Nie martw się, to tipsy. Sprawię sobie nowe – zachichotała nerwowo Ewa, ale zaraz spoważniała i uciekła wzrokiem.

Iwona spojrzała przeciągle na jej zmęczoną twarz. Oceniła, że Ewa nałożyła dzisiaj na policzki więcej brązu niż zwykle, miała podkrążone oczy i do tego, dostrzegła, że ucieka przed nią wzrokiem. Dawno tak źle jak dzisiaj nie wyglądała, chociaż czasami po jakiejś balandze na kaszubskiej daczy też zdarzało jej się wyglądać nieszczególnie. Ewa zwróciła na moment głowę w kierunku Iwony; ta nie mogła się powstrzymać przed uwagą.

– Źle wyglądasz… pewnie krótko spałaś. Powinnaś trochę odpocząć. Heńka dzisiaj nie ma, możesz iść do domu, zdrzemnąć się…

– Chyba wiem lepiej od ciebie, że go nie ma, skoro to mój mąż!

– Ewka. Ja ci tylko dobrze radzę. Naprawdę chcę dobrze. Kto ci tak szczerze powie?

Iwonie wydało się, że oczy Ewy na moment się zaszkliły.

– Nikt…

– No więc widzisz. Może powinnaś gdzieś wyjechać? Kilka twoich słów i Heniek ci ulegnie. Możecie wyjechać nawet na… Copacabanę. – Iwona mrugnęła.

– Żartujesz sobie ze mnie! – Ewa poderwała się fotela. – Nie bądź taka… taka jajcara! Przecież dobrze wiesz, że dokąd byśmy nie pojechali, on po dwóch dniach zostawi mnie tam samą i wyjedzie pod byle pozorem: na spotkanie biznesowe, targi, nagłą konferencję w Barcelonie czy… w Mar del Plata, już on coś wymyśli!

– No tak. Ty wiesz lepiej, skoro to twój mąż.

Ewa zatrzepotała rękoma.

– A u was jest niby inaczej?! Też mówiłaś, że wolisz z Zygmuntem nie jeździć.

– Nie widzisz różnicy?

– A jest różnica?

– Ano taka, że jak kiedyś spróbowaliśmy wyjechać wspólnie, to nie było dnia, żeby Heniek nie dzwonił do Zygmunta i konferowali, konferowali…

– No, skoro Zygmunt odpowiada w firmie za pijar, reklamę i takie tam…

– Cóż, lubi to i jest chyba niezły w tym, co robi, nie? – Iwona spojrzała badawczo na Ewę.

– Jest dobry… ale najważniejsze, że dla ciebie też jest dobry; lepszy niż Heniek dla mnie. – Ewa przyciszyła głos. – Przecież widzę. Ile razy Zygmunt mówił: „muszę to skonsultować z Iwonką” albo: „obiecałem Iwonce, że pojedziemy na zakupy”.

– No, tego by jeszcze brakowało, żebym targała zakupy sama, a on by woził sobie tyłek autem.

– Ja tak nie mam…

– Bo tak sobie Heńka wychowałaś.

– Czy musisz mi takie rzeczy mówić?!

– Ja nie zaczęłam tego tematu.

– Ale się na mnie wyżywasz!

– Ewka, zauważyłam tylko, że źle wyglądasz i coś powinnaś zrobić, żeby odpocząć. Tyle ci powiedziałam na początku.

– Ale przy każdej okazji co zdanie wbijasz mi szpilę.

– Aha. Czyli lepiej, jakbym ci powiedziała, że wyglądasz kwitnąco i powinnaś…

– Sram na takie rady i takie słowa! – zawołała histerycznie Ewa, uderzając dłonią w blat biurka.

Iwona zmierzyła ją wzrokiem, dopiła kawę, pokręciła głową, podniosła się z krzesła i wolnym krokiem ruszyła w kierunku drzwi.

– Na nikogo nie można liczyć… – Doszły ją jeszcze wypowiedziane cicho słowa.

Rozdział 2

Ręce Ewy opadły bezwładnie wzdłuż tułowia. Powoli wstała, wykonała kilka głębokich oddechów i podeszła do okna. Wpatrywała się w ludzi spacerujących po niewielkim parku sąsiadującym z budynkiem ich firmy. Wykonała ponownie kilka głębokich oddechów, a po chwili, przytrzymując się biurka, dotarła do fotela. Z leżącej przed sobą torebki wyciągnęła kopertę, a z niej kartkę. Czytała znany tekst uważnie, po kilka razy, pocierając dłonią czoło. Rozległ się sygnał telefonu i zapaliła lampka podświetlająca połączenie z sekretarką.

– Słucham – rzuciła szorstko do słuchawki.

– Pani prezes, księgowa z fakturami…

– Proszę za trzy minuty.

Schowała kartkę do koperty i wsunęła ją do torebki. Przymknęła oczy i chwilę tak trwała. W końcu potrząsnęła głową, kasztanowe loki pofrunęły na boki. Otworzyła oczy i podniosła leżące na biurku lusterko; przejrzała się w nim. Pokręciła głową z dezaprobatą. Rozejrzała się po mahoniowym blacie, przysunęła do siebie wydruk jakichś tabel excelowych i nałożyła na nos okulary; wodziła po dokumencie wzrokiem, przesuwając długopis po komórkach wypełnionych liczbami. Po chwili rozległo się ciche pukanie.

– Proszę! – zawołała.

W drzwiach stanęła księgowa z papierami w ręku.

– Czy one muszą być podpisane dzisiaj? – spytała Ewa sucho, zerkając w jej kierunku.

– Tak, bo wśród nich jest jedna z honorową sprawą.

Księgowa podeszła i położyła dokumenty na biurku.

Ewa zmarszczyła brwi i przeglądała kolejne faktury, kiwając głową.

– No dobrze, ale dlaczego zostało kupione tak dużo tych chemikaliów? – Zatrzymała się przy ostatniej z faktur i postukała po niej trzymanym w dłoni długopisem.

– To właśnie ta sprawa… Poprzednio nie było ich w hurtowni, a szefowa laboratorium musiała je mieć na już i załatwiła pożyczenie pewnej ilości od firmy Ziaja. Teraz trzeba im prostu oddać – wyjaśniła księgowa. – Oczywiście, przygotujemy stosowne dokumenty do przekazania, bo od nich też wzięliśmy za pokwitowaniem.

– Aha.

Ewa zatwierdzała faktury jedną po drugiej. Księgowa spoglądała zdziwiona na jej drżącą dłoń. Po chwili zebrała wszystkie dokumenty z biurka i podziękowała. Tuż przy drzwiach zatrzymała się.

– Jest pani zmęczona. Powinna pani odpocząć – powiedziała z troską w głosie i spojrzała współczująco.

– Pani nic do tego! – podniosła głos Ewa. – Poza tym wiem, że jest bardzo ciepło, ale czy nie można do pracy jakoś stosowniej się ubrać?! – Pomachała wyciągniętą dłonią, wskazując na szorty i odsłaniającą pępek bluzkę księgowej. – To nie jest dom wypoczynkowy, a poważna firma!

– Przepraszam – wyszeptała zdezorientowana księgowa i szybko opuściła gabinet.

Ewa przymknęła oczy. Spod jej powiek wypłynęły łzy. Przykryła twarz dłońmi.

– Boże… Boże… – wyszeptała.

Uniosła się z wolna z fotela i lekko zachwiała. Ruszyła w kierunku łazienki znajdującej się na tyłach gabinetu. Popatrzyła na swoją twarz w lustrze. Łzy rozpuściły tusz i płynęły po twarzy dwiema ciemnymi strużkami.

– Dlaczego ja…? – jęknęła.

Przyłożyła czoło do chłodnej tafli lustra i trwała tak kilka długich chwil. Wyprostowała się. Spojrzała znowu w lustro i pokręciła głową. Przemyła oczy i poprawiła makijaż. Wolnym krokiem wróciła do gabinetu. Spojrzała z niechęcią na biurko. Podeszła do uchylonego okna i wpatrzyła się w parę siedzącą pod drzewami na ławce. Obejmowali się czule i całowali. Przymknęła oczy. Po chwili znowu podeszła do biurka i omiotła je złym wzrokiem. Sięgnęła po torebkę, zawiesiła ją na ramieniu i ruszyła w kierunku drzwi.

W holu zatrzymała się na chwilę przy jasnoorzechowej recepcyjnej ladzie.

– Mam ważne spotkanie poza firmą i dzisiaj już nie wrócę – rzuciła do sekretarki siedzącej za nią. – Proszę mnie pod żadnym pozorem z nikim nie łączyć. Nawet z mężem.

– Przecież pani mąż nigdy do pani na służbowy telefon nie dzwoni – odpowiedziała rezolutnie dziewczyna.

Ewa zacisnęła usta i potrząsnęła głową. Ruszyła szybkim krokiem w kierunku klatki schodowej. Chciała trzasnąć drzwiami, ale samozamykacz hydrauliczny nie pozwolił. Siła włożona w ruch ręką i opór mechanizmu wywołały ból w ramieniu. Tupnęła ze złości obcasem. Drzwi dostojnie zamknęły się same.

Rozdział 3

Iwetko, to ty? – Usłyszała głos z pokoju syna.

– Tak, to ja, Patryczku! – odkrzyknęła śpiewnie i uśmiechnęła się szeroko.

– Zaraz przyjdę!

Mówił do niej Iwonko, kiedy był maluszkiem, potem po wielu latach mówienia na wiele sposobów: mamo, mamuś, mamuniu nagle, po przejściu do liceum, zaczął niespodziewanie nazywać ją Iwetką. Obejrzał jakiś stary czeski film na portalu cda, spodobało mu się imię bohaterki i… tak zostało. Ona śmiała się z tego, Zygmunt z początku się dziwił, ale wreszcie machnął na to ręką. Jej rodzice, czyli dziadkowie Patryka, Lilla i Stasio, z początku byli zaskoczeni, szczególnie jej tato, ale po jakimś czasie wszyscy się przyzwyczaili.

Gdy wyszła z łazienki, Patryk czekał w holu. Pocałował ją w policzek.

– Ciężko miałaś?

– Dzień jak co dzień.

Weszli do stołowego.

– Dzisiaj złożyłem dokumenty w trzecim miejscu. – Rzucił się na fotel, robiąc obrót w powietrzu, jak to było w jego zwyczaju, i spojrzał triumfalnie na matkę.

– Tym razem dokąd?

– Do Wyższej Szkoły Morskiej! – Podniósł brodę i zadowolony z siebie przymknął oczy.

– Do niej miałbyś najbliżej, ale…

– Iwetko… złożyłem papiery w trzy miejsca, a teraz przeprowadzę pracę analityczną, czy warto mi wszędzie podchodzić do tych egzaminów.

– Ja w swoim czasie poszłam tylko na rozmowę na wydział biologii morza i tam zostałam. – Iwona uśmiechnęła się do syna. – Po tygodniu od rozmowy już byłam w limicie przyjętych, choć w rezerwie miałam jeszcze trzy dni do rozpoczęcia egzaminów na biologię w Gdańsku. Zawinęłam się jednak i czmychnęłam z rodzicami nad Mausz.

– U mnie, niestety, wszędzie są egzaminy – westchnął. – Do końca najbliższego weekendu, podczas którego mam zamiar dobrze odpocząć, przeprowadzę wspomnianą analizę i podejmę strategiczną decyzję. Znam przedmioty, mam terminy egzaminów, zostanie mi potem jeszcze ponad dwa tygodnie kucia… – Machnął dłonią i uśmiechnął się.

– O kurczę! – wykrzyknęła naraz Iwona i spojrzała na syna. – Zapomniałam o obiedzie!

– Nie jestem głodny, bo po drodze z Grabówka poszliśmy z Irkiem na zapiekankę, ale chętnie zjadłbym jeszcze… pizzę! – Przewrócił oczami.

– A ja rano zostawiłam w lodówce do rozmrożenia schabowe…

– To najwyżej wieczorem je usmażysz, a ja jutro zanim wrócisz, zrobię ziemniaczki, sałatę i jakiś kompot… i już!

– To niezbyt zdrowo z tą pizzą… – Skrzywiła się na niby.

– Wiem, że ją lubisz, a kotlety… wieczorem, jak zrobi się chłodniej.

– Mówisz…?

– Iwetko – Patryk uśmiechnął się rozbrajająco. – przecież ojciec i tak wróci dopiero na noc. Już zamawiam! – Poderwał się.

Iwona roześmiała się i machnęła dłonią.

– To zamawiaj, a ja wreszcie przebiorę się po domowemu. – Ruszyła do siebie.

Po kilku minutach pojawiła się w salonie ubrana kolorowo. Patryk przerwał na chwilę gonitwę palcami po tablecie i z uśmiechem spojrzał na matkę.

– Zamówiłeś?

– Dla ciebie jak zwykle romeo, dla mnie nieustająco giulia. – Oblizał się.

– Jesteś zbereźnik! – Mrugnęła.

– Giulia z białą mozzarellą, pachnąca bazylią, jest taka… taka, że wciąż jej się chce. – Przymknął na chwilę oczy. – A ciebie co najbardziej pociąga w twoim romeo? – Tym razem on mrugnął do matki.

Iwona odpowiedziała w konwencji narzuconej przez syna.

– Grudki fety wtopione w żółty ser otulający plasterki salami, a wszystko pachnące odurzającym oregano. Tak, smak i zapach Romea jest boski… – Przymknęła oczy, podobnie jak przed chwilą syn.

– A ojciec niezmiennie by zamówił veronę, czy tak? – zachichotał. – Jesteśmy stali w uczuciach.

– Uczuciach czy wyborach? Wybór przez niego wówczas tej pizzerii i zamówienie dla każdego z nas innej pizzy to był strzał w dziesiątkę.

– Ale tacie powiedziałaś tylko, że mu się udało… – Patryk spojrzał badawczo na matkę. Iwona zmieszała się i opuściła wzrok. – Przyznam się, mamuś, że czasami nie rozumiem, dlaczego nie mówicie sobie szczerze, co naprawdę myślicie.

Zatrzepotała powiekami.

– Czy ja się przesłyszałam? Powiedziałeś mamuś?

– Nie wolno…?

– A z tym szczerym mówieniem, to o co ci chodzi?

Iwona podkuliła nogi na sofie i zmarszczyła brwi, ale po chwili uśmiechnęła się zachęcająco do syna, bo miała wrażenie, że się zawahał.

– Obserwuję was od jakiegoś czasu uważniej i dziwię się, czemu nie wyjedziecie gdzieś razem albo przynajmniej nie wyjaśnicie sobie, dlaczego tak się czasami unikacie – wyrzucił z siebie, gestykulując, Patryk i pokiwał głową.

Iwonę zatkało. Spoglądała na syna, zupełnie nie wiedząc, jak zareagować. On ją wyręczył, bo uzupełnił wcześniejsze słowa.

– Ja taki nie jestem i nie zamierzam być.

– To nie takie proste, synu.

– Doświadczenie mi podpowiada…

– A co, masz takie duże doświadczenie? – Iwona przerwała synowi.

– Duże pewnie nie, ale żeby się tak nie działo jak u was, wyboru dokonywałem starannie, przez kilka lat.

– Boże! Jakiego wyboru?! – Opuściła gwałtownie nogi na dywan i wyprostowała się. – Czy ja o czymś nie wiem?

– Miało być o was… ale dobrze, najpierw powiem o sobie – uśmiechnął się. – Pamiętasz tę dziewczynkę, która po pierwszej komunii pokazała mi język, kiedy staliśmy przy kościele?

Iwona roześmiała się w głos. Przypomniała sobie tę scenę.

– Ty jej pokazałeś kciuk, a ona ci język. Pamiętam. Chwilę potem mama dziewczynki podeszła do mnie i dyskretnie przeprosiła za zachowanie córki. Ale co to ma wspólnego…

– Potem do końca szkoły podstawowej już ze sobą nie rozmawialiśmy, a do tamtego momentu często – wszedł jej w słowo i roześmiał się.

– Ale dlaczego?

– Ona wówczas mnie nie przeprosiła.

– Ale chyba zbytnio nie było za co, prawda?

– Chodzi o pewne zasady. Uznałem, że nie jest warta… nie, nie tak, właściwie to chciałem ją do tego zmusić.

– Czy ty mówisz, synu, poważnie?

– Nie wiem, skąd mi się to wówczas wzięło, ale uważałem, że powinna mnie przeprosić. Potem ciągle jej się przyglądałem i czekałem. Miałem czas.

– Jesteś niesamowity.

– W kolejnych latach chodziliśmy do różnych gimnazjów. Spotykałem ją sporadycznie na basenie, kiedy chodziłem tam z ojcem. Była coraz ładniejsza i coraz częściej uśmiechaliśmy się do siebie.

– Czy ty mówisz to wszystko z własnego życia, tak działo się realnie, czy opowiadasz jakiś film?

– Iwetko… – Patryk zaśmiał się. – Film to film, a życie to życie.

– Jaki ty jesteś mądry… zawstydzasz mnie. Ja w twoim wieku taka nie byłam. – Pokręciła głową.

– To po kim to mam? – Mrugnął i rozłożył ramiona.

– Co jeszcze chcesz mi powiedzieć…? – Iwona podrapała się po głowie i spojrzała na syna z lekko udawaną bezradnością.

– Wrócę więc do tej dziewczyny…

– Przecież niby jej nie lubiłeś, tak mi się wówczas wydawało i z dzisiejszego opowiadania również wynika, że nie darzysz jej sympatią.

– Tego nie powiedziałem.

– A ona ma jakieś imię?

– Ma, długie i ładne. – Patryk uśmiechnął się. – Dominika… – wypowiedział je przeciągle i przewrócił oczami.

– Ładne… Ale powiedz mi…

– Nic na skróty, wszystko po kolei, mamo. Musisz wysłuchać, bo potem ja ciebie też będę chciał wysłuchać – rzekł z naciskiem, patrząc na matkę.

– Chyba nie mówisz tego poważnie?

– Jak najpoważniej, mamuś. Najpierw porozmawiam z tobą, a potem z tatą. Tak sobie po maturze postanowiłem. I nie rób takiej zdziwionej miny, nie, nie, nie. – Mrugnął. – Posłuchaj do końca mojej opowieści. Trzy lata temu spotkaliśmy się z Dominiką w liceum na przesłuchaniach do kółka teatralnego. Polonistka wysłuchała recytacji jakiegoś wiersza, powiedzianego z pamięci przez każdego z obecnych, a potem czytaliśmy teksty z Balladyny; zamierzała ją wystawić.

– Rozumiem, że już wtedy ze sobą rozmawialiście? – Iwona ożywiła się.

– Na pierwszych dwóch próbach tylko o tekście. Ona mnie przecież ciągle nie przeprosiła za ten wyciągnięty język.

Iwona uniosła dłonie i zaczęła się śmiać.

– No i z czego tyle śmiechu? – spytał Patryk prawie poważnie. – Wysłuchaj mnie do końca.

– Ty jesteś… niesamowity! – Iwona złożyła dłonie.

– Moim zdaniem wierność zasadom odziedziczyłem po tobie. – Pokiwał głową. – Po trzeciej próbie kółka teatralnego Dominika przestała na nie przychodzić; przeczuwałem wówczas dlaczego, a od niedawna wiem na sto procent, o co chodziło.

– Dziwne jest to, co mówisz, to wasze postępowanie, podchody…

Patryk wzruszył ramionami i poprawił się w fotelu.

– Polonistka już na drugiej próbie wyznaczyła mnie do roli Kirkora, a ją chciała zrobić Aliną. Tak powiedziała nam dopiero na którejś z kolejnych prób, kiedy szukała jej wzrokiem wśród młodzieży i nie znalazła. Następny raz na próbie grupy teatralnej Dominika pojawiła się dopiero po przedstawieniu Balladyny…

– Pamiętam to przedstawienie. Dostaliście duże oklaski. Czyli rozumiem, że coś Dominice przeszkodziło przychodzić wcześniej na te próby? – Wbiła wzrok w syna.

– Spytam cię najpierw, czy pamiętasz wielki śmiech, jaki się rozległ w pewnym momencie po spektaklu.

– Śmiech pamiętam, ale nie znałam jego przyczyny, bo wstający ludzie zasłonili mi scenę. Powiedziałeś wówczas po przyjściu do domu, że to ktoś z zespołu zrobił jakiś gest.

– Tak było, mamo.

– Znowu, mamo?

– Tak, bo to ważna rozmowa, przynajmniej dla mnie, a zbliżam się powoli do finału mojej opowieści. – Patryk wyszczerzył się.

– Niby ważna, a ty się kielczysz – zatrąciła po poznańsku.

– Bo tak dobrze porozmawiać z tobą o swoich dawnych i zupełnie niedawnych sprawach. Dominika siedziała wtedy w drugim rzędzie na wprost sceny, za dyrektorem. Kiedy wyszliśmy na scenę powtórnie i rozległy się wiwaty, ona pokazała mi kciuk, a ja jej pokazałem… język! – Zatrząsł się cały ze śmiechu.

– Co ty mówisz?! Nie widziałam tego. Strasznie to nieodpowiednie było. Dlaczego mi o tym nie powiedziałeś?

– Ci, co mieli to zobaczyć, zobaczyli, a ja nie miałem okazji o tym z tobą porozmawiać. Zresztą wówczas nie wiedziałem, jak się sprawy z Dominiką potoczą, choć już w kilka dni po moim wywalonym języku potoczyły się dobrze.

– Ty do niej… cały czas… świrowałeś? – Iwona uniosła brwi i z całą siłą wcisnęła się w oparcie sofy.

– Bingo! Cały czas, od okresu przed komunią – przyznał. – Ona zresztą do mnie też.

– Ja… piórkuję!

– Mamo. Coś sobie wcześniej postanowiłem i nie mogłem tak bez powodu tego zmienić.

– Ale to trwało tyle lat!

– Bo nam się nigdzie nie spieszyło. To były zachowania odpowiednie dla naszego wieku. Już sobie to wszystko wyjaśniliśmy.

– Wy oboje jesteście pokręceni. – Iwona zaśmiała się.

– Tak, ale pozytywnie, bo przestrzegamy pewnych zasad. Ona jest bardzo inteligentną dziewczyną. Zorientowała się szybko, o co mi chodziło, szukała tylko odpowiedniej okazji, żeby mi to pokazać. Chciała doprowadzić do remisu po komunii i to jej się wreszcie udało po wielu latach, chociaż nie przewidziała mojej reakcji.

Patryk rozłożył ramiona i kolejny raz komicznie przewrócił oczami.

W tej samej chwili rozległy się dwa sygnały: telefonu Iwony i domofonu. Roześmiani matka i syn spojrzeli po sobie; ona ruszyła w kierunku leżącej na komodzie komórki, on do przedpokoju. Po kilku chwilach Patryk wkroczył do pokoju z dwoma kartonami pizzy.

– Nie, nie, nie! – Iwona pokręciła głową. – Przestrzegajmy zasad. Jemy w kuchni. – Pogroziła synowi palcem.

– I kto mnie nauczył zasad? Mówiłem? – Patryk roześmiał się. – Ojciec by pewnie pozwolił mi zjeść tutaj. Jak ciebie czasami nie ma, to tak robimy.

– Po moim trupie! – Iwona złapała syna pod ramię i poprowadziła przed sobą do kuchni.

Po chwili zajadali z apetytem każdy swoją pizzę.

– I kto dzwonił? – spytał Patryk, napychając usta aromatyczną giulią.

– Ojciec… – Przełknęła kęs romea Iwona. – Poinformował mnie, że zostają dzisiaj na noc w Warszawie. – Wzruszyła ramionami; syn spojrzał na nią zdziwiony.

– Tak to przyjęłaś, jakby cię nie obchodziło.

– Przywykłam – odpowiedziała, widząc wzrok syna. – Widocznie mają rozmowy biznesowe, bo mieli się spotkać z klientem zagranicznym.

– Niech ci będzie, że to rozmowy biznesowe.

– Matce nie wierzysz?

– Tobie, mamuś, wierzę. Kto mi tam głowę zawraca! – Spojrzał z dezaprobatą w kierunku swojej komórki. – O! Irek załatwił cztery miejsca na dzisiaj do Erina. – Odczytał treść otrzymanego esemesa. – Dzisiaj jest tam Portsmouth, wspaniała zabawa, i w związku z tym proszę, mamo, przełóżmy dokończenie naszej rozmowy na weekend. Może być?

– Może być – zgodziła się Iwona. – Zwłaszcza że wiem, co to jest Portsmouth w Erinie.

– Poważnie?

– A ty myślisz, że świat powstał dopiero teraz, kiedy ty zdałeś maturę?

Rozdział 4

Ewa od powrotu do domu siedziała w swoim ulubionym, wypieszczonym i pełnym skórzanych foteli oraz sof salonie, pijąc drinka za drinkiem. Makijaż miała rozmazany, bluzeczkę rozpiętą, ale teraz nie musiała się już pilnować, że ktoś niespodziewanie wejdzie tu i ją zaskoczy. Kiedy w domu był Heniek, to na ogół ktoś do nich wpadał, zawsze więc była stosownie ubrana, zawsze w gotowości do odgrywania roli pani domu. Lubiła to zresztą. Dzisiaj miał przyjechać dopiero wieczorem, zatem nie musiała się obawiać żadnej niezapowiedzianej wizyty. Do Heńka przyjeżdżali różni ludzie, nawet wieczorem, tak jakby dokładnie wiedzieli, o której będzie w domu. Jej nikt nie odwiedzał. Pociągnęła nosem. Dzisiaj miała więc sporo czasu dla siebie. Trzymała szklaneczkę w dłoniach i wpatrywała się w rudawozłoty płyn przykrywający już tylko jej dno. Lubiła i potrafiła pić; najchętniej zresztą w towarzystwie, wtedy się śmiała, dowcipkowała, rzucała na boki kokieteryjne spojrzenia, puszczała muzykę i tańczyła, jak trafiła się okazja. Podobała się mężczyznom i lubiła mężczyzn. Dzisiaj jednak to co innego. Była sama i dlatego sama też piła. Spoglądała od czasu do czasu na leżącą na drugim fotelu wyciągniętą z koperty kartkę ze stemplami, na przemian płakała i popijała ze szklaneczki.

– Dlaczego ja…! – Kolejny raz zawołała głośno. – Dlaczego to mnie?!

Histeryczny płacz uderzył o ściany, a łzy ponownie puściły się z jej oczu. Pociągając kolejnego łyka ze szklaneczki, przypatrywała się, jak komórka, wibrując, kręci się po szklanej tafli stolika. Spojrzała na ekran. Heniek.

– Nie mam ochoty z tobą rozmawiać! – zawołała w przestrzeń pokoju. – To wszystko przez ciebie! Tylko pieniądze ci w głowie, biznes i biznes. A ja co?! Przecież jestem kobietą! Dawno o tym zapomniałeś, że jestem twoją żoną!

Ekran telefonu przygasł. Ewa zaczęła chlipać i znowu tępo spojrzała na sąsiedni fotel i kartkę.

– Nie chcę! Nie chcę! Bożeee…! – wykrzyczała kolejny raz.

Komórka znowu się rozświetliła. Przyszedł esemes. Wzięła ją w dłonie; to informacja o zapisanej poczcie głosowej.

– Ciekawe, co tym razem wymyślisz…? – Chlipnęła i przełączyła komórkę na odsłuchiwanie poczty.

W pokoju rozległ się głos Heńka.

– Musieliśmy z Zygmuntem zostać w Warszawie. Mamy niespodziewane ważne spotkanie biznesowe. Wynagrodzę ci to w weekend; zaprosimy znajomych na grilla i zrobimy fajną imprezkę. Pomyśl o jakichś atrakcjach! Pa.

– Ty kretynie! – wrzasnęła Ewa, rzucając komórkę. – Ja nie chcę żadnej imprezki! Chciałabym czegoś innego, chciałabym, żebyś był blisko, zawsze… – zawyła – …ale już nic z tego!

Dostała spazmów. Dolała kolejny raz alkoholu do szklaneczki. Piła, płacząc. Po chwili napadł ją atak histerycznego śmiechu.

– Ja mam pomyśleć o jakichś atrakcjach! Ja! Co za palant!

Tusz pomieszany ze łzami spływał jej grubymi, ciemnymi strugami po policzkach.

Rozdział 5

Do stołowego wszedł Zygmunt.

– Mogę na chwilę rzucić okiem na sport? – Nie czekając na odpowiedź, przełączył pilotem kanał i usiadł w fotelu.

– Ale ja dopiero co zaczęłam oglądać serial! – zaprotestowała Iwona, robiąc groźną minę.

– Tylko na momencik… – Zygmunt spojrzał na nią przepraszająco, a po chwili przełączył na kolejny kanał sportowy. – Dzięki nowemu kontraktowi – rzucił, wskazując na siebie – naliczono w firmie podwyżki… Dostałem tysiąc pięćset złotych, więcej o pięćset, niż zapowiedział mi w Warszawie Henryk. A tobie ile skapnęło? – uśmiechnął się.

– Trzysta. – Iwona wzruszyła ramionami. – Wypada więc nam średnio po dziewięćset złotych, co i tak jest dwa razy więcej niż średnia firmowa – dodała. – Chociaż właściwie dla szefowej laboratorium, od którego zależy technologia i jakość naszych produktów, mogliby się trochę bardziej postarać. Ostatecznie to dzięki pracy mojego zespołu powstały te kremy, które mamy wprowadzić nie tylko na nasz rynek.

– Ale do tej pory miałaś tylko tysiąc złotych mniej od głównej księgowej.

– Czyli uważasz, że jeśli mam więcej niż dziewczyna z produkcji, to powinnam być zadowolona, tak? Rozumiem, że ona będzie miała teraz tyle co ja… A ty skąd o tym wiesz?

Zakłopotany Zygmunt podrapał się po głowie. Zapadło milczenie.

– Jesteśmy zaproszeni przez Heńków na daczę w ten weekend. Ma być kilku zaprzyjaźnionych biznesmenów, w tym szef sopockiej Ziai, i rozmowa o wspólnej realizacji najnowszego przedsięwzięcia – rzucił po chwili Zygmunt.

– Zawieziesz mnie w piątek do rodziców nad Mausz, bo do Heńków się nie wybieram! – ucięła Iwona. – Może Patryk będzie mógł pojechać ze mną. Wezmę jeszcze poniedziałek wolny i już.

– Ale jak ja będę wyglądał?!

– Dasz sobie radę, jak zwykle. Heniek ci wybaczy, zresztą ostatnio bez ciebie nie może się obejść.

– W końcu to dzięki moim badaniom rynku i pomysłom pijarowym dotarliśmy do zagranicznych klientów, którzy zdecydowali się kupować całą linię nowych produktów!

– Gdyby nie produkty, które powstały w moim laboratorium, nie trzeba by robić żadnego nowego pijaru i też by jakoś było – rzuciła zgryźliwie Iwona.

– Dobrze, że jesteśmy parą… uzupełniamy się – próbował ją udobruchać Zygmunt.

– Mówisz, że jesteśmy parą… – Oczy Iwony zamieniły się w szparki.

– Ale może Ewa będzie na ciebie krzywo patrzyła; ostatecznie jesteście przyjaciółkami od niepamiętnych czasów. – Zygmunt próbował wrócić do zaproszenia Heńków.

– Tak, znamy się od studiów, to fakt, ale przyjaciółkami nigdy nie byłyśmy i nie będziemy. Poznałam ją jak zły szeląg. – Iwona machnęła dłonią.

– Przecież kiedyś mówiłaś, jak bardzo ci jej żal, że nie może mieć dziecka, więc myślałem… a teraz…?

Zygmunt podrapał się po głowie z zakłopotaniem.

– Wtedy, ponad osiemnaście lat temu, współczułam jej szczerze. Taka mimo wszystko jestem – powiedziała z naciskiem. – Myśmy mieli Patryka, a ona, kiedy dowiedziała się, że nie będą mogli mieć dziecka, wpadła w depresję. Ale żebyś wiedział o niej tyle co ja… to inaczej byś mówił. – Spojrzała mu prosto w oczy.

– Chyba, kochanie, przesadzasz… – żachnął się.

– Nie sądzę… – Iwona przerwała mu, machając dłonią. – Doskonale wiem, co mówię, bo przez pół roku napatrzyłam się wystarczająco na jej występy.

Przymknęła oczy.

– Gdybyś oglądał jak ja jej codzienne wieczorowo-nocne wyjścia w Sztokholmie na „łów” do knajp, pubów, a potem ranne chwalenie się zaliczeniem kolejnego faceta. „Całe życie będę miała co wspominać!” – krzyknęła do mnie któregoś dnia po uwadze, że w takim stanie nie powinna iść na uczelnię. A potem, w Gdyni, po kilku latach spokoju, nieustannie przyprawiała rogi Henrykowi, chociaż on też nie pozostawał jej dłużny.

– Mimo wszystko wydaje mi się, że przesadzasz. – Doszedł ją głos Zygmunta; Iwona raptownie otworzyła oczy.

– Ewa to sucz… – niespodziewanie wycedziła twardo.

Zygmunt dziwnie na nią spojrzał, Iwona nieco się zmieszała, a ten zaczął się histerycznie śmiać. Machnęła ręką i wyszła ze stołowego.

– A serial? – W holu doszedł ją okrzyk męża.

– Obejrzyj sobie mecz, ja się wcześniej położę i pooglądam coś u siebie na leżąco! – odkrzyknęła.

Rozdział 6

Czy możesz mi zdradzić, dlaczego kolejny raz w ciągu ostatnich pięciu lat dostałam tak niską podwyżkę? – Iwona odstawiła filiżankę na biurko i spojrzała na Ewę siedzącą w fotelu naprzeciwko.

– Na jakiej podstawie mówisz, że to niska podwyżka? Przecież nikt nie ma prawa opowiadać komukolwiek o warunkach swojej umowy, więc dlaczego tak twierdzisz? – Zaskoczona Ewa nie potrafiła ukryć irytacji.

– Osobiście nikomu nie mówiłam, ile dostałam, ale chyba w domu z mężem mogę o tym rozmawiać. Zresztą to on pierwszy mi powiedział, ile dostał. Ja bym się nie pochwaliła… ze wstydu, że tak mało. Dodam jeszcze, że wczoraj i dzisiaj na trasie między parkingiem a wejściem do firmy słyszałam zadowolone głosy, że tak dużej podwyżki już dawno w firmie nie było.

– Czyli średnio nie jest źle.

– Tylko że ja, zresztą jak zwykle, dostałam poniżej średniej firmowej!

– Od kiedy zrobiłaś się taka roszczeniowa?

– W porządku! – wycedziła Iwona i spojrzała na Ewę z pogardą. – Pogadałyśmy sobie szczerze, czas wracać do pracy. – Podniosła się z krzesła i ruszyła do wyjścia. – A wiesz, tak w ogóle, dlaczego do ciebie wciąż przychodzę? – Obejrzała się jeszcze w progu.

– No jak to dlaczego? Tyle lat się znamy, chyba się lubimy, jesteśmy przyja…

– Tego słowa nawet nie wypowiadaj, bo to jest nieprawda – przerwała jej Iwona. – Nie rozumiesz w ogóle, co znaczy przyjaźń! – Podniosła głos; Ewę wcisnęło w fotel. – Wiedz, że przychodzę do ciebie tylko dlatego, by nie zaczęły się w firmie rozmowy, że coś między nami jest nie okej. Dbam bardziej o image twój i twojego męża niż o swój.

– Gadając w ten sposób, możesz tylko zaszkodzić Zygmuntowi – próbowała odgryźć się Ewa i rzuciła Iwonie złe spojrzenie.

– O niego się martwisz, a nie o mnie? A jak mogłabym jemu zaszkodzić albo nawet ty? Fama o jego roli w nowym kontrakcie poszła już w świat. Teraz wszędzie dostałby więcej niż u was, więc to raczej ty nie szarżuj, bo jeszcze mu powtórzę!

Pomachała zdumionej Ewie i wyszła na korytarz ze sztucznym uśmiechem na twarzy.

Ewa przez kilka chwil siedziała zaskoczona. Co z niej za cholera?! Spojrzała na drzwi, za którymi przed chwilą zniknęła Iwona, parsknęła sardonicznie, ale zaraz spoważniała. Chociaż w zasadzie ma rację! Każdy dałby mu teraz dużo więcej niż my. Przymknęła oczy. Iwonie wszystko się w życiu ułożyło: małżeństwo, że tylko pozazdrościć, męża ma na każde skinienie, razem licząc, mają całkiem fajne zarobki, Heniek go nie zamieni na kogoś innego, a już teraz na pewno. Kiedyś nawet podpuszczałam, żeby go zwolnił, wahał się, nie zrobił tego, zostawił go ostatecznie, więc teraz na to nie ma szans.

Zamyśliła się, potarła dłonią czoło. Prosiłeś mnie, Henryku, o jakieś atrakcje? Voilà. Uśmiechnęła się złośliwie. Już ja wam wszystkim zapewnię atrakcje. Tobie, Iwonie i… Zygmuntowi. Tak! Jemu zapewnię zupełnie nadzwyczajne atrakcje!

Zaśmiała się szatańsko.

Copyright for Polish Edition © 2018 Edipresse Polska SA

Copyright for text © 2018 Jacek Wojtkowiak

Edipresse Polska SA, ul. Wiejska 19, 00–480 Warszawa

Dyrektor zarządzająca segmentem książek: Iga Rembiszewska

Redaktor inicjujący: Natalia Gowin

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska

Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51),

Barbara Tekiel (tel. 22 584 25 73),

Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Redakcja: Ita Turowicz

Korekta: Jolanta Kucharska, Edytorial.com.pl Izabela Jesiołowska

Projekt okładki i stron tytułowych: Magdalena Zawadzka

Zdjęcie na okładce: Yuliya Yafimik/Shutterstock, Milosz_G/Shutterstock

Skład: JS Studio

Biuro Obsługi Klienta

www.hitsalonik.pl

e-mail: bok@edipresse.pl

tel.: 22 584 22 22

(pon.–pt. w godz. 8:00–17:00)

www.facebook.com/edipresseksiazki

www.instagram.com/edipresseksiazki

ISBN: 9788381179775

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorski