Strona główna » Sensacja, thriller, horror » Lontano

Lontano

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7999-786-2

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Lontano

Atrydzi załatwiali porachunki, przelewając krew. Morvanowie zagrzebują swoje trupy pod chwalebnymi sztandarami Republiki. Ojciec jest najważniejszym gliniarzem Francji, starszy syn pracuje w kryminalnej, młodszy robi karierę w świecie finansów, a córka, najmłodsza z rodzeństwa, za wszelką cenę próbuje zaistnieć w branży filmowej… To nienawiść pełni w rodzinie Morvanów funkcję najsilniejszego spoiwa. Lecz kiedy Człowiek Gwóźdź – mityczny morderca z lat 70., którego schwytaniem zasłynął senior rodu – nieoczekiwanie wynurza się z afrykańskiej przeszłości, klan musi naprawdę zewrzeć szeregi. Pośród intryg finansowych i pokątnego handlu cennymi minerałami, w świecie magii yombe i posępnych szpiegowskich nor, rodzinie przyjdzie stawić czoło nieprzeciętnemu mordercy, o którym po czterdziestu latach zdążyła już zapomnieć. Morvanowie stoczą pasjonujący bój ze śmiercią, który dla każdego z nich oznaczać będzie przede wszystkim konieczność zmierzenia się z własnymi, jeszcze straszniejszymi demonami… „Rytualne morderstwa w sercu «francuskiej Afryki» i kroniki rodzinne… W swej najnowszej powieści Lontano Jean-Christophe Grangé po raz kolejny dowodzi wielkiego talentu.” L’Express „Magia, fetysze kongijskich plemion, intrygi finansowe, nielegalna eksploatacja złóż, rola tajnych służb w Afryce – o tym właśnie opowiada nowa książka mistrza francuskiego thrillera, Jeana-Christopha Grangégo. To historia rodziny, która musi się zmierzyć z zabójcą, o jakim świat jeszcze nie słyszał, nieprzeciętnie skutecznym i przerażającym. Powieść sensacyjna, od której trudno się oderwać”. franceinfo.fr

Polecane książki

Robert Magson, spadkobierca tytułu księcia Reighland, jedzie do stolicy znaleźć żonę. Książę cieszy się dużym powodzeniem, młode damy i ich patronki dbają, aby nie zabrakło mu rozrywek. Pewnego dnia poznaje lady Priscillę, która nie okazuje mu sympatii. Robert, zafascynowany młodą damą, decyduje się...
Włoski biznesmen Sergio Morelli coraz częściej myśli o założeniu rodziny. Jedzie w rodzinne strony nad jezioro Como, by tam znaleźć kobietę, z którą będzie chciał spędzić resztę życia. Niespodziewanie dawna znajoma Bella Cameron, znana w Ameryce tancerka, prosi go, by pozwolił jej zamieszkać ...
A jeśli mógłbyś władać światem? We wrześniu 2043 roku na rynek wchodzi gra o nazwie „Dengreal”, która niebawem ma osiągnąć stan bety. Mają wówczas zniknąć jej niedociągnięcia. Demonul postanawia pozostać w grze, aż wersja beta usunie wszystko, co zbudował ze swoją gildią, jednak nic się nie dzieje, ...
Kolejna urzekająca opowieść mistrzyni literatury kobiecej, która pokazuje, że na pogoń za szczęściem nigdy nie jest za późno Pru Plum jest właścicielką znanej i szalenie modnej piekarni Mayfair. To typ eleganckiej kobiety, która roztacza wokół siebie aromat Chanel, a na fryzjera wydaje niemalże fort...
Wenecja, miasto na wodzie, jednych zachwyca, dla innych jest rozczarowaniem. Na pierwszy rzut oka kolorowe i gwarne, ale gdy nocą zasnuje je mgła znad lagun, wydaje się mroczne i tajemnicze. Skrywa liczne sekrety – jak każdy z nas. Szklane serce z Wenecji. Helena przyjeżdża do Wenecji, by ...
Urodzony 12 kwietnia 1994 roku. Marketingowiec z przypadku, pisarz po godzinach, miłośnik popkultury. Pola inspiracji i twórczości: Miasto, podróż, Noc, Wolność. Związany z dwoma miastami: Warszawą i Berlinem. Od niedawna także z Lizboną. W cieniu wielkiej płyty to jego książkowy debiut, rozpoczynją...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Jean_Christophe Grange

Tytuł oryginału:

LONTANO

Copyright © Editions Albin Michel – Paris 2015

Copyright © 2016 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2016 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie autora: © Richard Dumas

Redakcja: Jacek Ring

Korekta: Iwona Wyrwisz, Marta Chmarzyńska, Edyta Antoniak-Kiedos

ISBN: 978-83-7999-786-2

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2016

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla Ysé i Kaïto

Rozpalone do białości słońce, powietrze czerwone od pyłu.

Katafalk w pełnym blasku i ponadczterdziestostopniowym upale.

Politycy, oficerowie, notable czy szefowie przedsiębiorstw podchodzili kolejno, by przystanąć w skupieniu na kilka sekund, a potem oddalali się miarowym krokiem, oślepieni słońcem w zenicie i błyskami fleszy. Z tyłu, powstrzymywani przez żołnierzy FARDC1, przedstawiciele ludu w swych najlepszych ubraniach machali małymi plastikowymi chorągiewkami z herbem zmarłego.

Erwan Morvan raz po raz zadawał sobie pytanie, co tu właściwie robi. Choć urodził się w Kongu, nic nie łączyło go z tym krajem i z tymi ludźmi. W wieku dwóch lat wyjechał do Francji i nie zachował stąd żadnych wspomnień. Jego ojciec, Grégoire, postanowił zabrać go na pogrzeb generała Philippe’a Sese Nseko – „starego przyjaciela” z Lubumbashi, stolicy prowincji Katanga. Erwan zgodził się mu towarzyszyć. Po trosze z posłuszeństwa, po trosze – powodowany dziwną ciekawością.

Znalazłszy się w drugiej grupie – wśród białych – ojciec i syn Morvanowie czekali na swoją kolej. Baldachim osłaniający trumnę, kwiaty i purpurowe draperie składały się na całość, która wyglądała jak loża diwy operowej. Portret Nseko w złoconych ramach umieszczono nad trumną okrytą flagą Demokratycznej Republiki Konga – turkusową z biegnącymi po przekątnej pasami czerwonym na szerszym żółtym i również żółtą gwiazdą. Karawaniarze i członkowie orkiestry ubrani byli w cynobrowe uniformy. Klasa!

Jednak patrząc uważniej, dostrzegało się pewne niedoskonałości. Zapylone uniformy były źle uszyte. Kolumny krzywo ustawione. Orkiestra fałszowała, kończąc każdą frazę dzikim kwikiem. A cymbały zrobiono z pokrywek.

Ale najgorszy z tego wszystkiego był upał. Wypalał każdą żywą komórkę, sprawiał, że skwierczała jak boczek na patelni.

Erwan rozluźnił krawat. Koszula oblepiała mu ciało. W ustach czuł smak ziemi. Pod powiekami wirowały mu fioletowe kręgi. Po raz pierwszy w życiu bał się, że zemdleje.

Stojący obok niego Grégoire – metr dziewięćdziesiąt wzrostu, sto dwadzieścia kilo wagi, dopasowany garnitur szyty na miarę przez Ermenegilda Zegnę – zdawał się całkowicie odporny na ten skwar. Trzymając pod pachą wieniec pogrzebowy, podawał rękę, uśmiechał się, powściągał łzy – grał swoją rolę bez cienia wstydu.

Erwan obserwował go w akcji – ojciec miał wygląd bretońskiego marynarza: surowy klimat zaczerwienił jego twarz o rysach jakby ciosanych nożem – grecki nos na głowie bawołu. Czapka kędzierzawych, siwych włosów otaczała jego czaszkę jak odlana ze stali. Erwan był do niego podobny, był jego mniej monumentalną i mniej groźną wersją.

– Ali Bongo, syn Omara – szepnął Grégoire, gdy do trumny zbliżał się niski mężczyzna.

Erwan zupełnie nie znał się na afrykańskiej polityce, tyle jednak wiedział – Omar Bongo, przez z górą czterdzieści lat prezydent Gabonu, był jednym z najgroźniejszych przywódców państw afrykańskich, a także „niezawodnym przyjacielem” Francji, zaopatrującym Heksagon w ropę naftową. Jego syn Ali przejął pałeczkę.

– Ten za nim to Moïse Katumbi Chapwe, gubernator Katangi…

Erwan pomyślał, że wszyscy wyglądają tak samo – na szczęście ten był Metysem i pojawił się w teksańskim stetsonie. Jak słyszał, Katumbi był lokalną osobistością. Milioner, filantrop, prezes klubu piłkarskiego, był jednym z najpopularniejszych przedstawicieli rządu Kabili.

– Richard Muyej, minister spraw wewnętrznych Demokratycznej Republiki Konga. Bardzo groźny.

W przededniu, przy kolacji, Grégoire Morvan opowiadał o najnowszej historii kraju. Erwan niewiele z tego zrozumiał, ale zapamiętał kilka faktów. Po ludobójstwie w Rwandzie Tutsi ścigali milicję Hutu aż do Konga. Wykorzystali sytuację, żeby odsunąć od władzy Mobutu i uderzyć w Laurenta-Desiré Kabilę, prezydenta, który zwrócił się przeciwko swoim sprzymierzeńcom, wywołując drugą wojnę w Kongu – między regularną armią, wojskowymi Tutsi, uchodźcami Tutsi, zbuntowaną milicją, Błękitnymi Hełmami… W roku 2001 Kabila został zamordowany, a władzę przejął jego syn Joseph. Po dziesięciu latach wojna wciąż trwała na wschodzie kraju, a Demokratyczna Republika Konga była, według klasyfikacji ONZ, najsłabiej rozwijającym się krajem świata.

– Ten to…

Erwan już nie słuchał. Od przyjazdu odczuwał. Zapachy, kolor, upał. Wylądowali w Kinszasie wczoraj o piątej rano. Wysiadając z samolotu, zwrócił uwagę na barwy stopionego ołowiu i woń rozkładu o świcie.

Zanim dotarli do stolicy „autostradą” (czyli zwyczajną drogą), słońce wstało. I nagle poczuł atmosferę całkowitej suszy, nasyconej wyziewami cegieł i źle oczyszczonej benzyny. Niegdyś zwana Piękną, Kinszasa wyglądała dziś jak gigantyczny, wywrócony śmietnik, w którym roiło się od czarnych głów i tunik w żywych barwach.

W hotelu Erwan wpadł do swojego pokoju, ustawił klimatyzację na maksymalne chłodzenie i wziął prysznic. Po kilku godzinach wytchnienia wrócił na patelnię – aperitif i obiad nad basenem, w towarzystwie ojca. Potem trzeba było odbyć dalszą podróż miejscowymi liniami. Kiedy jechali na lotnisko, zaczęło padać. Pył zamienił się w maź, kolory roztopiły się w purpurową rzekę, która zalała ulice, lśniła na dachach, chlapała mury. „Pora deszczowa trochę się pospieszyła”, stwierdził Morvan, przybierając ton lekarza, który rozpoznał raka.

Po czterech godzinach Lubumbashi, „stolica miedzi”, powitała ich taką samą ulewą. Erwan miał wrażenie, że zanurzył się w płynie owodniowym świata. A jego ojciec bez cienia ironii zakrzyknął, klepiąc go po ramieniu: „Oto kolebka naszej rodziny, chłopcze!”. Te słowa brzmiały dziwnie, zwykle bowiem Morvan szczycił się raczej przynależnością do bretońskiego rodu arystokratycznego Morvan-Coätquen. W hotelu czekała ich już niemal rutyna: aperitif, kolacja, basen. Wieczór był poświęcony Sese Nseko, nieodżałowanemu zmarłemu. Ten człowiek kierował Coltano, kompanią górniczą założoną przez Morvana.

Erwan obserwował. Słyszał komary smażące się na neonówkach pośród nocy pełnej niepokojących głosów. Oświetlony staromodnie basen był pełen suchych liści i pijawek. Erwan zdążył już zrozumieć, że w Afryce życie białych przypominało egzystencję ropuch skrzeczących nad sadzawką.

Nazajutrz, kiedy się obudził, powietrze znów parzyło. Padła klimatyzacja. Zdążył tylko wskoczyć w czarny garnitur i dołączyć do ojca, który czekał już, trzymając pod pachą wieniec, jakby to było koło ratunkowe. Zamówił go rano w pobliskiej kwiaciarni.

– …Kengo Buluji…

– A Kabili nie będzie?

Ojciec pokręcił głową, patrząc na niego z dezaprobatą:

– Nie słuchałeś mnie wczoraj, kiedy ci to wyjaśniałem. Kabila i Nseko nie należą do tego samego ludu. To tak, jakby zaprosić papieża na kongres striptizerek.

Nadeszła kolej składania zmarłemu hołdu przez białych.

– Pomóż mi – polecił Grégoire.

Podnieśli wieniec i zajęli miejsce w kondukcie. Morvan nadal komentował, zniżając głos do szeptu. Teraz skupił się na Francuzach i Belgach.

– Ten jest masonem. Był ministrem współpracy i …

Erwan widział tylko cętkowane albo łyse głowy, pomarszczone szyje, krzaczaste brwi. Średni wiek między siedemdziesiątką a osiemdziesiątką. Ociężałe słonie, które ściągnęły tu, żeby się upewnić, że biznes będzie się dalej kręcił. Chińczycy i Hindusi zamykali ten korowód drapieżników. Zmiana…

Kiedy byli już prawie przed trumną, olbrzymia ręka spadła na ramię Morvana.

– Jak leci, kochanieńki?

Za nimi stał Afrykanin wzrostu jego ojca. Erwan cofnął się o krok. Śmiech czarnego zagłuszył orkiestrę, klawiatura lśniących zębów rozdarła maskę twarzy. Zawtórował mu głośny śmiech Grégoire’a. Dwóch starych wygów padło sobie w ramiona.

– Tylko mi nie mów, że przemierzyłeś taki kawał drogi dla tego starego łotra!

– W końcu jestem mu winien wdzięczność.

– Ty łajdaku! Wszyscy wiedzą, że tylko ty tu rządzisz!

– Nseko był naszym kapitanem pośród zawieruchy.

– Owszem, psem stróżującym. Pokój jego duszy. – Zwrócił przekrwione oczy na Erwana. – Nie przedstawisz mnie?

– Mój syn, Erwan. Generał Trésor Mumbanza.

Dłoń olbrzyma ścisnęła jego rękę z siłą kruszarki.

– Cieszę się, że mogę cię poznać! – Przesunął rękę po ogolonej głowie Erwana. – Żołnierz?

– Gliniarz. Lubię mieć chłodną głowę.

– Tutaj będzie ci trudno! Lepiej noś kapelusz!

I znów się roześmiał.

Mumbanza stał tyłem do słońca. Widać było tylko jego biało-czarne oczy. Erwan pomyślał o Zaklinaczce węży Henriego Rousseau zwanego Celnikiem.

– Nasz przyjaciel dowodzi regularną armią w Katandze – wyjaśnił Morvan. – Jest kimś w rodzaju lokalnego Pinocheta.

– Po co te pochlebstwa…

– Gdyby nie on, wojna w Kiwu ogarnęłaby już Lubumbashi.

Generał – ubrany w ciemny garnitur bez żadnych insygniów wojskowych – wskazał trumnę i powiedział konspiracyjnym tonem:

– Wiesz, na co umarł?

– Powiedziano mi, że miał zawał.

– Ale afrykański zawał. Wyrwali mu serce!

– Kto?

– Tutsi. Hutu. Mai Mai… Wybieraj. A może nawet Banyamulenge albo dzieci-żołnierze. Albo wy, biali, zleciliście to komuś. Kto wie?

– Gdzie to się stało?

– W jego willi. Rozpłatali mu tors piłą mechaniczną i wzięli, co chcieli. Moim zdaniem zjedli je, zanim jeszcze znaleźli się poza terenem rezydencji. (Mumbanza mlasnął jak parowóz, patrząc na Erwana). Tak, dzieciaku, to prrrrawdziwa Afryka!

– Skończ z tymi wygłupami – przerwał mu Morvan. – Jeszcze go wystraszysz.

Za ich plecami podniosła się wrzawa – blokowali przejście. Erwan szybko złożył wieniec. Jeśli chcieli się pomodlić, musieli wrócić tu, kiedy przejdą inni.

– Kto zajmie miejsce Nseko? – zapytał Grégoire, kierując się do namiotu, w którym urządzono bufet.

– Głosujemy po obiedzie. Zgromadzenie ogólne!

– Masz duże szanse.

Stary kabotyn Mumbanza scenicznym gestem dał wyraz znużeniu i westchnął.

– Nie mogę łączyć wszystkich funkcji, ale jeżeli uprzejmie mnie poproszą… – Gwałtownie odwrócił głowę, zauważywszy kogoś w tłumie. – Spotkamy się później. Muszę uścisnąć szpony temu i owemu.

Morvanowie wśliznęli się do namiotu, gdzie stały nakryte białymi obrusami stoły. Alkohole, soki owocowe, szaszłyki wołowe, ryby smażone w cieście… Woń grilla unosiła się pod płótnem.

– Morderstwo – szepnął Erwan, popijając ciepławy sok pomarańczowy – to dlatego przyjechałeś?

– Skądże. Nawet o tym nie wiedziałem.

– Zbierzesz informacje?

Grégoire splunął na ziemię – w okamgnieniu przypominał sobie, jak być Afrykaninem.

– A co mnie to obchodzi? To sprawy czarnuchów.

– A on? – zapytał Erwan, wskazując Mumbanzę.

– Zajmie miejsce Nseko. Nie jest najgorszy. To miłośnik dobrych win i białych cipek.

Erwan nigdy nie wiedział, czy ojciec żartuje, czy mówi serio.

– Wiesz, co uratowało Francję przed tym bajzlem w Maju ’68? – podjął Morvan, chwytając z tacy szklankę pastisa.

– Nie – skłamał Erwan.

Znał tę historię na pamięć.

Stary uniósł alkohol ku światłu słonecznemu, wdzierającemu się nieco w głąb namiotu.

– Ricard. Kiedy Francja niemal już wpadła w łapy lewicy, Pasqua i jego klika z SAC2 zorganizowali manifestację poparcia dla de Gaulle’a. Wszyscy o tym wiedzą. Dwieście tysięcy ludzi na Champs-Élysées i rewolucja zduszona w zarodku! Ale nie wszyscy wiedzą, że żeby ściągnąć manifestantów ze wszystkich stron Francji, Korsykanin wykorzystał sieć Ricarda. Był kiedyś przedstawicielem handlowym marki. Włączyli się wszyscy dystrybutorzy i wynajęto autokary. Po przyjeździe do Paryża uczestnicy manifestacji dostali darmową kolejkę, a do tego po kawałku kiełbasy, a potem w drogę, panowie! – Wzniósł toast za wspomnienia. – Jak Mao miał pokonać pastis we Francji?

Odstawił szklankę na inną tacę, bo nigdy nie pił alkoholu, i odpowiedział wreszcie na pytanie, którego Erwan nie zadał:

– Powiem ci, dlaczego tu jesteśmy. – Mrugnął do niego. – Żeby dopilnować twojego dziedzictwa.

CZĘŚĆ PIERWSZAMORVAN OJCIEC I SYN1

– Hollande to dureń, dupek, gość bez jaj! – klął Morvan. – Boże drogi, czy ten kraj doczeka się kiedyś prezydenta, który ma jaja?

Trzy dni po powrocie Erwan wpadł na obiad do rodziców, w aleję de Messine, do ich wielkiego mieszkania urządzonego przez Mobilier national. Był to jeden z tych niedzielnych obiadów, których nie opuszczał nigdy żaden z członków rodziny, jednak nie dlatego, że udział w nich był tak dużą przyjemnością, ale z poczucia obowiązku.

– Nigdy nie był dość dobry, żeby kierować Partią Socjalistyczną, a powierzają mu stery państwa? Czego się spodziewali? Francuzi to banda kretynów, więc w pewnym sensie zasłużyli sobie na to!

Erwan westchnął. Święte oburzenie ojca było stałym elementem niedzielnego menu, podobnie jak dania przygotowane przez jego matkę, Maggie, z tofu i komosy.

W rzeczywistości jednak te diatryby były tylko wybuchem werbalnym, bo stary przeszło czterdzieści lat służył władzy, jakakolwiek była, i nie przeżywał z tego powodu wewnętrznych rozterek. Zwykł mówić: „Kornika nie obchodzi, co jest za drzwiami”.

– Dołożyć citaboulé? – zaproponowała Maggie, patrząc na Erwana.

– Nie, dziękuję.

Dobrze przynajmniej, że kiedy stary pomstował na rządzących, nie obrażał matki. I dopóki jego złość nie zwracała się na problemy małżeńskie, wszyscy byli zadowoleni. Erwan pamiętał takie czasy, kiedy Grégoire kładł na stole spluwę, dopiero potem próbował dania, albo groził żonie, że wyrzuci ją przez okno, jeżeli będzie się tak gapiła.

Obserwował osoby siedzące przy stole – rodzina była w komplecie. Gaëlle, najmłodsza, dwudziestodziewięciolatka, z zapałem wymieniała SMS-y. Młodszy z braci, trzydziestosześcioletni Loïc, przysypiał nad talerzem. Na końcu stołu jego dzieci – pięcioletnia Milla i siedmioletni Lorenzo – siedziały grzeczne jak aniołki. Puste krzesło czekało na Maggie, która z oddaniem usługiwała najbliższym.

To była doskonała iluzja – godna szacunku mieszczańska rodzina przy wspólnym niedzielnym obiedzie. Ale kulisy były mniej radosne. Loïc – dawny alkoholik, a obecnie finansista milioner – uzależnił się od koki i szukał ratunku w buddyzmie. Gaëlle marzyła o karierze aktorskiej, więc sypiała, z kim popadło, żeby „wyrobić sobie pozycję na rynku”. Co do Maggie, dawniej hipiski, potem nadopiekuńczej matki, to przez całe życie zbierała razy od męża, nigdy się nie skarżąc ani nie decydując się na rozwód.

– A gdzie to pobudzenie gospodarki kraju? – perorował Morvan, nie tykając jedzenia. – Gdzie te elektryzujące posunięcia? Słowa, zawsze tylko słowa, żadnych konkretów! Wszyscy składają obietnice, wszyscy łżą i robią głupoty.

Erwan kiwał głową, mając nadzieję, że po tej tyradzie przyjdzie czas na deser. Morvan był kluczową postacią tego zgromadzenia. Sześćdziesięciosiedmioletni olbrzym o sile byka i żelaznym zdrowiu w kręgach wtajemniczonych długo uważany był za pierwszego glinę Francji. A zarazem za najbardziej dyskretnego.

Samouk, żarliwy lewicowiec, po wydarzeniach roku ’68 został „zesłany” do Afryki. Wydawało się, że jego kariera została przedwcześnie złamana, ale w Zairze aresztował sam, niemal nieuzbrojony, seryjnego zabójcę, który nosił przydomek Człowiek Gwóźdź i atakował białą społeczność górniczego miasta Katangi. Morvan wrócił do Francji jako bohater. Za Giscarda piął się po szczeblach kariery, triumfował za Mitterranda. Jako komisarz w „36”, dyskretnie kierował tajnymi misjami dla Wujaszka, stopniowo zyskując status nietykalnego. „Nie mam przyjaciół ani stosunków, mawiał, mam akta”.

Erwan nigdy nie przeprowadził prywatnego śledztwa, żeby dowiedzieć się więcej o pracy ojca, ale nie robił sobie złudzeń co do jego tajnych działań. Morvan zabijał, kradł, knuł, szpiegował, szantażował – zawsze dla dobra republiki. I to odróżniało go od pospolitego łotra.

Mianowany prefektem bez przydziału do regionu, za czasów Chiraca kontynuował wcześniejszą aktywność gdzieś w gmachu na placu Beauvau. Nie wymienia się zwycięskiej ekipy. Sarkozy go zatrzymał, a choć Morvan dawno osiągnął wiek emerytalny, pracował dalej za Hollande’a, tym razem w roli doradcy w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Nie figurował w strukturze instytucji. Od dawna nazywany Pasqua lewicy, dziś przypominał jedną z tych spoczywających pod ziemią bomb, których lepiej nie dotykać, bo mogą eksplodować.

Nagle Erwan uświadomił sobie, że rozległ się sygnał alarmowy:

– Do kurwy nędzy, i ty nazywasz to jedzeniem?

Lodowaty pot spłynął mu po karku. Obelgi ojca błyskawicznie przenosiły go w lata dzieciństwa. Już drżał. Serce skoczyło mu do gardła.

– Tato, zamknij się!

Morvan warczał coś pod nosem. Erwan popatrzył na twarze innych – nikt nie zwrócił uwagi na słowa ojca. Loïc drzemał, Gaëlle wciąż coś pisała, dzieciaki wsadziły nosy w talerze. Nawet Maggie nadal usługiwała rodzinie, obojętna na złorzeczenia męża.

– Mogłabyś na chwilę odłożyć ten telefon – rzucił patriarcha, zwracając się do Gaëlle. – Siedzimy przy stole.

Młoda kobieta nawet nie uniosła głowy. Z profilu wyglądała jak dobra uczennica. Miała jasne, niemal białe włosy, owalną twarz, wydatne kości policzkowe, zjawiskowo bladą cerę. Tak jak Loïc, odziedziczyła urodę po matce. Ubierała się w markową, piekielnie drogą odzież, ale nosiła ją niedbale, ze swobodą i nonszalancją, które podkreślały, że gwiżdże na wszystko.

– Ejże, mówię do ciebie!

– Co?

– Mogłabyś uszanować tę chwilę, którą spędzamy razem i …

– To w sprawie pracy.

– W niedzielę?

– Nie masz pojęcia o tym, co robię.

– Na pewno mam większe doświadczenie w show-biznesie!

Wzgardliwie powtórzyła staromodne słowo.

– „Show-biznes”…

– Ci wszyscy aktorzy i producenci to banda pieprzonych zboczeńców seksualnych i …

– Kochanie, nie przy dzieciach!

Oburzona Maggie szczoteczką zbierała okruchy z obrusu.

– Nie jestem już głodna – mruknęła Gaëlle, odsuwając krzesło.

– Siedź!

Wstała, ignorując go. Nie miała czego się bać – Morvan nigdy nie podniósł ręki na dzieciaki. Obelgi i razy spadały wyłącznie na ich matkę.

– Gaëlle, uprzedzam, że jeśli…

Pokazała mu środkowy palec i wyszła. Loïc przymknął oczy i śmiał się bezgłośnie, jakby stał za przyciemnianą szybą. Maggie wróciła do kuchni. Wciąż milczące dzieci wydawały się zaintrygowane grą zagadkowych gestów.

Erwan zacisnął palce na oparciach krzesła. Nic się nie zmieniło – znowu tylko on wzmógł czujność, on jeden obserwował i szykował się do reakcji za wszystkich. Zawsze gotów interweniować, walczyć ze złymi mocami we własnej rodzinie. Był Cerberem, psem Piekieł.

Jakby na potwierdzenie, Morvan rozkazał:

– Erwan, do mojego gabinetu.

2

Jaskinia starego pełna była egzotycznych mebli i niepokojących przedmiotów, które w większości pochodziły z Konga. Były tu wklęsłe taborety, oparcia ze skórzanej plecionki, lampy oliwne, które nabijano na drzewce dzid. Maski, rzeźby, bibeloty na półkach wydawały się pochodzić z tego samego koszmaru. Głowy o wypalonych oczach, wyszczerzone zęby w rozchylonych ustach, kobiety ze zmasakrowanymi piersiami.

Ale prawdziwej pikanterii dodawała tej kolekcji seria figurek przebitych metalowymi ostrzami, szyjkami butelek, oplątanych łańcuchami, włóknami, zakrwawionymi piórami. To były minkondi pochodzące z Mayombe w Dolnym Kongu. Posążki miały chronić przed czarownikami i ich zaklęciami. Morvan wiele razy tłumaczył synowi, na czym to polegało: nganga, czyli uzdrowiciele, wydobywali z nich moc, wbijając gwóźdź albo kawałek szkła.

Z figurkami wiązała się prawdziwa historia – zainspirowały seryjnego zabójcę, którego Grégoire aresztował w 1971 roku. Morderca przeobrażał swoje ofiary w posągi wotywne nabite setkami gwoździ, odłamków lustra, żelaznych wiórów. Erwan był pewien, że ojciec ukradł te rzeźby z kryjówki bandyty.

Grégoire zdjął marynarkę. Nawet w niedzielę ubierał się jak zwykle: w błękitną koszulę marki Charvet (zawsze z białym kołnierzykiem), czarny krawat, staromodne szelki w kształcie odwróconego Y. Usiadł za biurkiem w fotelu z wysokim oparciem zwieńczonym dwiema antylopimi głowami.

– Słyszałeś kiedyś o Kaerverec?

– Nie.

– To wioska pod Brestem.

– Jeszcze jedna kolebka rodziny?

– Nie wygłupiaj się. Jest tam szkoła sił lotniczych marynarki wojennej. Sprawa z otrzęsin.

– Chyba żartujesz?

– Otrzęsiny i śmierć człowieka.

Erwan przysunął sobie krzesło. Ojciec otworzył szufladę i wyjął z niej teleks.

– Student ukrył się w bunkrze na wyspie, żeby nie przechodzić prób. Spędził tam noc z piątku na sobotę. Pech chciał, że rano to miejsce było celem ćwiczebnych strzałów. Bunkier zamienił się w kupę gruzu.

– Chcesz powiedzieć, że ten dzieciak oberwał pociskiem?

Stary podał mu kartkę:

– Na razie nie wiemy nic więcej.

Erwan szybko przeczytał depeszę. Nie lubił historyjek ojca. A ta z daleka cuchnęła kłamstwem.

– Nic o tym nie słyszałem.

– Nawet AFP o tym nie wie. Wszyscy uważamy, że należy utrzymać sprawę w tajemnicy, dopóki nie będziemy mieli wersji nadającej się do przedstawienia.

– I liczysz, że ja ci napiszę taką wersję?

– Właśnie.

– A dlaczego nie SRPJ3 z Brestu?

– Ponieważ sprawa jest delikatna. Otrzęsiny, które kończą się tragedią. Rafale, który zabija rekruta. Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Obrony domagają się obiektywnego śledztwa przeprowadzonego przez brygadę kryminalną. Nie chcą, żeby podejrzewano władzę o tuszowanie sprawy.

– Znajdę się między młotem a kowadłem?

– Słuchaj, pojedziesz tam, zbierzesz fakty, napiszesz raport i basta.

– Jaki status ma misja, którą mi powierzasz?

– To misja specjalna. Jakoś to załatwię z biurem centralnym. Zostaw mi takie kwestie. Wyjeżdżasz jutro rano, a w środę masz być z powrotem. Potrzeba tam solidnego policjanta, wybrałem ciebie. Kiedy wojskowi zobaczą twoje CV, zamkną gęby.

To była oczywista aluzja do jego przeszłości człowieka czynu: za czasów BRI4 Erwan trzy razy sięgał po broń. Zabił. I był ranny. To mogło zrobić wrażenie na żołnierzach.

– Znasz przynajmniej sprawę?

– Żadnych szczegółów. Ale zdaniem pułkownika Vincqa, dyrektora szkoły, to był wypadek. Idiotyczny, ale jednak wypadek. Co wcale nie musi okazać się dobrą wiadomością, bo z daleka cuchnie mi tu chlewem, a gówno obryzga wszystkich. Twój raport umożliwi określenie, kto za co odpowiada.

Erwan przypatrywał się figurce z szeroką, płaską głową i bardzo długimi rękami. Była najeżona gwoździami. Ojciec opowiadał mu, że miała moc wywoływania u czarowników konwulsji, a nawet śmiertelnego wychudzenia. Erwan zawsze zastanawiał się, czy nie spowodowała anoreksji Gaëlle.

– A co z miejscowymi żandarmami?

– Masz współpracować z sekcją śledczą z Brestu, ale ty wszystkim kierujesz. Prokuratura mi to zagwarantowała.

W pokoju rozległ się szmer. Nowy teleks. Erwan przywykł do tego, że ojciec wyczekuje na depesze ze sztabu głównego. Kiedy był dzieckiem, myślał o nim jak o naczelniku dworca, który pilnuje pociągów i rozkładu jazdy, tylko że tu zamiast pociągów pojawiały się morderstwa, gwałty i wszelkie inne przestępstwa.

Morvan oderwał papier, wsunął na nos okulary, omiótł tekst spojrzeniem i dodał:

– Dziś wieczorem każę przesłać ci akta. Wyjeżdżasz o świcie. Weź kogoś ze sobą i dokumentuj wydatki.

Erwan szybko to sobie przetłumaczył: „Możesz odejść”. Wstał, ale ojciec znowu sięgnął do szuflady.

– Zaczekaj. Chcę z tobą pomówić jeszcze o czymś.

Położył przed nim formularze DCRI.5 Anonimowe informacje – bez autorów, niewiadomego pochodzenia. Kiedy ojciec wpadał w liryczny nastrój, mówił: „To drobne źródełka, które zlewają się w potężne rzeki”. Bo dzięki kilku słowom na kartce nieraz spowodował, że rząd drżał w posadach.

Erwan usiadł i chwycił fiszki. Nazwiska. Paryskie adresy. Daty i godziny.

– Co to?

– Wyjścia i powroty twojej siostry z kilku ostatnich dni.

– Kazałeś ją śledzić?

Grégoire z irytacją machnął ręką i zaczął recytować dane z pamięci:

– Piątek, godzina siedemnasta, spółka STMS, ulica Lincoln, godzina. Tego samego dnia, dwudziesta, Patrick Blanc, ulica Dauphine trzy, kolejna godzina. Nazajutrz, godzina szesnasta, Hervé Leroy, ulica Spontini dwadzieścia dwa. Wieczorem poszła do Plaza Athénée, a potem do Fouquet’s Barrière.

– Co z tego?

– To, że twoja siostra ma schadzkę za schadzką.

– Może to spotkania w sprawach zawodowych.

Morvan pochylił się nad biurkiem. Erwanowi wydawało się, że słyszy, jak drewno trzeszczy na łączeniach. Zapach Eau d’Orange vert Hermèsa podrażnił jego nozdrza.

– Czyżbyś był aż takim durniem? Leroy i Blanc to producenci.

– No właśnie.

– Czasami zastanawiam się, co ty masz w tej głowie. Pierwszy urządza orgie w Wersalu, drugi jest stałym klientem agencji towarzyskich. – Z całej siły uderzył ręką w blat biurka. – Do diabła, twoja siostra to kurwa! I trzeba przyznać, że szybko obciąga!

Erwan cofnął się, jakby ktoś napluł mu w twarz. Przywykł do brutalnych zachowań ojca, ale zaszokowało go coś innego.

– Kazałeś DCRI śledzić własną córkę? Na koszt państwa?

– Muszę chronić rodzinę.

– Gaëlle ma dwadzieścia dziewięć lat. Wolno jej żyć, jak chce.

Grégoire wzruszył ramionami i wcisnął się między podłokietniki fotela.

– Kiedy płaciłem za najlepsze szkoły, wspaniałe podróże, kiedy zapewniałem szanse znalezienia dobrej pracy, nie przewidywałem, że twoja siostra zrobi z siebie call girl i będzie obciągać producentom filmowym.

– Nie mów tak. Gaëlle chce zostać aktorką, próbuje się przebić…

– Jak dotąd występuje głównie goła w pismach pornograficznych.

– Nie pornograficznych, tylko erotycznych. Przesadzasz. To sposób, żeby dać się zauważyć. Powinieneś szanować jej wybory. Mówisz o niej, jakby była kryminalistką!

– Jesteś nieodrodnym dzieckiem swojej epoki. Mniejsza o sedno sprawy, liczy się sposób, w jaki się o niej mówi. Wykończy was ta poprawność polityczna. – Znów uderzył pięścią w biurko. – Cholerna banda popaprańców! – W jego ustach nie było gorszej obelgi. Człowiek lewicy wielkiej epoki, pałał nienawiścią do ugodowych socjalistów, ekologów, antyglobalistów – zawsze stał po jasnej stronie mocy. Z jego punktu widzenia ci władcy serc i sumień uosabiali zło absolutne: burżuazję, która przyjęła własną kontrkulturę przetrawioną przez jej najgorszego wroga – rewolucję. Pewnego dnia porównał wszystkich tych zielonych i do nich podobnych ze szczurami, które przeżyły mimo pożarcia śmiertelnej dawki trutki i dały początek uodpornionej rasie. Nie żartował.

Wstał i podszedł do okna, splótłszy ręce na plecach jak Bonaparte.

– Chcę, żebyś z nią porozmawiał.

– Już próbowałem. Im mocniej będziemy naciskali, chcąc jej przemówić do rozsądku, tym bardziej będzie się upierała. Choćby po to, żeby nam dopiec.

– W takim razie postaraj się, żeby zrobiło się wokół niej pusto. Przyciśnij tych gachów. Dam ci listę.

– Co ty bredzisz? Przecież nie posunę się do zastraszania tych…

Ojciec podszedł do biurka już spokojniejszy.

– Nie jest ich tak wielu. Gaëlle bawi się w to od czasu do czasu, to dla niej przerywnik. Jeśli nikt nie będzie do niej dzwonił, uspokoi się.

– Albo znajdzie sobie nowych.

– Wtedy uznam, że jest prawdziwą kurwą i nic nie mogę na to poradzić.

Erwan stawał w obronie siostry, ale był na nią równie wściekły jak ojciec. Rozpieszczona panienka, która postanowiła nurzać się w rynsztoku. On też wstał.

– Mam zastraszyć tych filmowców czy odebrać szczątki żołnierza?

– Bretania to nagląca sprawa. Resztę załatwisz po powrocie.

Erwan bez słowa wyszedł z gabinetu, przepełniony niezwykłą czułością wobec tego starego drapieżcy. Ojciec, mimo brutalności wobec żony, mimo przeszłości zabójcy, darzył dzieci bezwarunkową miłością.

– Czego od ciebie chciał?

Erwan drgnął: matka czekała na niego w półmroku korytarza.

– Czego od ciebie chciał? – powtórzyła szeptem, wpatrując się w niego wylęknionymi oczyma.

Wciąż jeszcze miała na sobie fartuch.

– Właściwie nic – Erwan machnął ręką. – Chodziło o pracę. Mógłbyś odwieźć dzieci do ich matki?

– A Loïc?

– Zasnął na kanapie.

Wszystkie niedziele były do siebie podobne.

– Sofia jest w domu?

– Zadzwoń do niej. Ucieszy się, jeśli ją odwiedzisz.

Milla i Lorenzo czekali już gotowi w przedpokoju. Na plecach mieli plecaki – brzemię dzieci, których rodzice się rozwiedli. Maggie otworzyła drzwi. Wtedy zsunął jej się rękaw, odsłaniając posiniaczoną rękę.

– Co to takiego?

– Nic. Upadłam.

Przelotna fala życzliwości wobec ojca przeistoczyła się w gwałtowną nienawiść – uczucie dobrze znane, wygodne, oswojone. Nie potrafił się nawet dziwić, że stary, dobiegając siedemdziesiątki, nadal bił żonę. Poprzestał na znacznie banalniejszym spostrzeżeniu – z wiekiem matka miała coraz większą skłonność do siniaków. Jej krwiaki były bordowe i przypominały znamiona wrodzone.

Wyszedł za próg i wesoło zachęcił dzieciaki:

– Kto pierwszy do windy?

Ruszyły biegiem, zapominając uściskać babcię.

Erwan chciał je zawołać, ale Maggie go powstrzymała:

– Daj spokój, to nieważne.

– Do niedzieli, mamo.

Dzieci piszczały przy windzie. Uśmiechnął się do nich, a potem pogrążył się w rozmyślaniach. Nie potrafił przywołać żadnych radosnych, beztroskich wspomnień z dzieciństwa. Zawsze żył w lęku, obawie, strachu przed tym, że rodzice skoczą sobie do oczu.

Kiedy drzwi windy się otworzyły, doszedł do wniosku, że to, co chodziło mu po głowie przy obiedzie, było błędne: ani Loïc, ani Gaëlle nie wyszli z tego bez szwanku. Narkotyki, po które sięgał brat, i łajdactwo siostry były reakcją na traumę z najmłodszych lat.

Przed oczyma stanął mu bolesny obraz czteroletniej dziewczynki i jedenastoletniego chłopca, którzy schronili się w ramionach najstarszego brata. Cała trójka schowała się pod kuchennym stołem, a obok bili się ich rodzice. Erwan do dziś czuł na skórze dotyk zimnej posadzki i drgania ścianki, w którą walił Pasqua lewicy.

Wszedł do kabiny z głębokim, dodającym otuchy przekonaniem, że nie jest sam, bo Loïc i Gaëlle wciąż się go trzymali, przerażeni i zagubieni pod tym kuchennym stołem.

3

Gaëlle nauczyła się wymiotować po wyjściu od rodziców.

Tym razem też pobiegła do kawiarni, w której kibel nie był zbyt odrażający – na rogu ulic Monceau i de Lisbonne, i dopełniła rytuału. Jako nastolatka przećwiczyła wszystkie techniki wywoływania wymiotów – od solonej wody po wpychanie szczoteczki do zębów głęboko do gardła. Dziś potrafiła to zrobić na zawołanie. Wystarczyło, że pomyślała o paskudnym żarciu matki, i było po sprawie.

Na dworze od razu poczuła się lepiej. Wrzesień próbował nadgonić to, czego dotąd nie dał – między pochmurnym latem a przedwczesną jesienią to jedno czy dwa słoneczne popołudnia stawały się prawdziwym luksusem. Szła aleją de Messine, delektując się widokami. Cienie pni drżały na asfalcie. Plamy światła błyskały pomiędzy liśćmi. Ta aleja była kwintesencją haussmannowskiego Paryża – kamienic z balkonami, altanami i kariatydami na każdym piętrze, ponad bujną zielenią platanów. Gaëlle czuła się tu jak królowa w alejach Wersalu.

Minąwszy skrzyżowanie z Miromesnil, skręciła w lewo w Penthièvre i zatrzymała się przed swoim domem. Okolica wydawała się wyludniona. Mimo słońca w tych wąskich ulicach panowała posępna atmosfera. Długo wahała się, czy kupić tę kawalerkę, usytuowaną o kilka kroków od placu Beauvau – bastionu bestii. Ostatecznie postanowiła zignorować to sąsiedztwo. Nie myśleć o wrogu to pokonać wroga. Poddasze, okna dachowe, parkiet z szerokich desek, tak miłych i gładkich pod bosymi stopami – wystrój był skromny, bo nie chciała żadnych ozdób, pragnąc, aby ta przestrzeń przypominała jej życie – czysta karta, którą miała dopiero zapisać. Jedyną rzeczą, do której czuła się przywiązana, była biblioteka: żywe kolory serii PUF, brązowe, zielone i złote paski Pléiade, eseje Freuda w kolorze cygar… Poniżej biografie – pstrokacizna grzbietów odzwierciedlająca rozmaitość jej pasji. Gaëlle nie potrafiła się oderwać od Nietzschego i Wittgensteina, ale połykała też żywoty Shakiry, Mylène Farmer, Annette Vadim… Czuła się zarazem rewolucjonistką i kobietą – przedmiotem, intelektualistką i gąską. To wszystko było dość zagmatwane.

Japońska palona herbata. Gliniana maska na twarzy. Biurko. Po niedzielnym obiedzie i szybkich wymiotach pozostawał jeszcze trzeci rytuał: porządkowanie świata zawodowego. Aktualizacja sieci społecznościowych, lektura maili, tweetowanie… Dla aktorki ważne jest utrzymanie stałego kontaktu z fanami, nawet jeśli ci nie gromadzą się pod drzwiami. Wysłała SMS do agentki, żeby uprzedzić, że wpadnie nazajutrz po południu – już od tygodni Gaëlle nie była na żadnym castingu.

Potem skoncentrowała się na swoim arsenale wojennym: CV, fotosach, wycinkach prasowych. Uwielbiała pracować przy blacie, jak dobry rzemieślnik. Szlifowała biografię, retuszowała zdjęcia, kserowała prezentacje, pisała do reżyserów. Jej karierę dawało się ująć w kilku linijkach. Była prezenterką w internetowych programach dla pokerzystów, grywała drugoplanowe role w filmach telewizyjnych. Raz zagrała w filmie długometrażowym wampa, ale jej scenę wycięto.

Niewiele tego było, zwłaszcza biorąc pod uwagę jej wysiłki – setki castingów, kolacji, nocy spędzonych w klubach z producentami i reżyserami na tak zwanym topie. A tymczasem nie zdołałaby się z tego nawet utrzymać, nie mówiąc już o zdobyciu Graala aktorów – pięciuset siedmiu godzin pracy rocznie, dających prawo do ubiegania się o zasiłek dla bezrobotnych. Dlatego radziła sobie w inny sposób.

Kiedy ktoś ją prowokował, poruszając tę kwestię, odpowiadała twardo: „Feminizm jest dobry dla lesbijek i burżujek. A kobiety, te prawdziwe, te bez grosza przy duszy, są gotowe na wszystko, byle utrzymać się na powierzchni i mają gdzieś parytety w parlamencie i to, jak stworzyć żeńską formę słowa minister”. A jeśli ktoś przypominał jej, że dorastała jako pupilka tatusia, dodawała: „Jestem, kim sama postanowiłam być. Zaczęłam od zera”.

Nie kłamała. Od ukończenia osiemnastego roku życia nie wzięła od ojca ani euro. Zlikwidowała nawet swoje konto bankowe i otworzyła inne, na nazwisko koleżanki – dzięki temu tyran nie mógł przelewać jej pieniędzy.

Owszem, była kurwą, ale z charakterem.

Nie uważała zresztą, żeby ten biznes ją kalał. Jej artystyczne powołanie nie osłabło. Za wzorce obrała sobie Brigitte Bardot, Marilyn Monroe, Scarlett Johansson. Zmysłowe aktorki, ale też wybitne artystki. Ciało było atutem każdej z nich, ale co z tego? Wyobrażała sobie siebie w roli Camille leżącej na tarasie willi Mallaparte w Pogardzie, albo jako Sugar Kane uwodzącą Tony’ego Curtisa na pokładzie jachtu w Pół żartem, pół serio. Tak, to była sztuka, ale o konkretnych kształtach.

W planach dnia znalazł się wniosek o wizę i pozwolenie na pracę w Stanach Zjednoczonych. Prędzej czy później aktorka myśli, że za Atlantykiem uśmiechnie się do niej szczęście. Gaëlle nie zamierzała się łudzić, ale chciała wierzyć, że tak się stanie, a przede wszystkim – spróbować. Jeśli poniesie porażkę, nie będzie żałowała.

Sięgnęła po teczkę i zaczęła przeglądać dokumenty, przygotowując się do rozmowy w konsulacie. Wszystko było w porządku. Zebrała referencje, które potwierdzały jej zdolności, odpowiedzialność i wiarygodność zawodową. Listy polecające zdobyła dzięki doświadczeniu erotycznemu i darmowym numerkom. Miała też obiecaną pracę w Stanach – to nie było takie trudne, ponieważ producenci, których znała, także tam mieli firmy. Ci sami ludzie pisali jej referencje na oba kontynenty.

Patrząc na te świadectwa i fikcyjne kontrakty, smutno się uśmiechnęła. Dokumenty wiernie odzwierciedlały jej życie – kłamstwo i grę pozorów. Wolała jednak tę fikcję od otchłani, która się przed nią otworzy, jeśli choćby przez ułamek sekundy zgodzi się przyznać, że snuje beznadziejne plany. Gdyby wyrzekła się marzeń, wyrzekłaby się życia.

Jej spojrzenie zatrzymało się na ściennym zegarze – filmowym klapsie, do którego przymocowano tarczę ze wskazówkami. Przywiozła tę pamiątkę z jedynej podróży do Los Angeles. Piętnasta czterdzieści pięć. Poderwała się. Zupełnie zapomniała o „castingu”, już za chwilę, o szesnastej. Tak nazywała schadzki po osiemset euro.

Pobiegła do łazienki i zmyła maseczkę mineralną z Morza Martwego. Pamiętała, że ten facet to chiński finansista. Kontakt podrzuciła jej cicha stręczycielka z alei Hoche. Uniosła głowę i spojrzała na swoje odbicie. Zobaczyła owalną twarz, mongolskie policzki i oczy syberyjskiego husky. Odetchnęła, zaciskając ręce na brzegu umywalki.

Chińczyk. Doskonale pasuje do tego, co wpadło jej do głowy.

4

Sofia umówiła się z nim w Ogrodzie Luksemburskim.

Erwan zaparkował na ulicy Bonaparte i wszedł bramą od ulicy Vaugirard. Trzymając dzieci za ręce, minął teren do gry w bule, a potem korty tenisowe. Włoszka miała czekać trochę dalej, przy placu zabaw. Drżał z podniecenia na myśl o spotkaniu z nią.

Kiedy zobaczył ją po raz pierwszy, poczuł dreszcz. Za drugim razem udawał obrażonego. Za trzecim zaczął się jąkać. Dopiero przy czwartym czy piątym spotkaniu zachowywał się normalnie. I dopiero wtedy mógł się jej przyjrzeć. Sofia nie była piękna – była doskonała. Taką urodę należało pokazywać na lśniących okładkach pism, na ekranach kinowych, ale Sofia wyśmiałaby takie propozycje. Była milionerką i ta uprzywilejowana pozycja wzmacniała jej naturalną władczość.

Kiedy Loïc przywiózł ją w roku 2013 z Nowego Jorku, Erwan zachodził w głowę, jak ten skrajny dureń zdołał uwieść taką boginię. Ojciec też się nad tym zastanawiał, toteż jak przystało na gliniarzy z krwi i kości, przeprowadzili dyskretne śledztwo i niemal zaniemówili, odkrywszy, że Sofia jest znacznie bogatsza od Loïca. Była córką handlarza żelastwem z przedmieścia Florencji. Jej ojciec zbił majątek na handlu metalem i ożenił się z hrabiną Balducci – zrujnowaną, ale jednak daleką krewną wielkiego rodu Aldobrandeschi. Sofia odziedziczyła urodę po ojcu (wielkopańska gęba), a elegancję po matce. Spoglądała na świat z góry jak Balducci, była twarda jak złomiarz. Reszty dokonała edukacja. Dzieciństwo spędziła w Sankt Moritz z niemiecką guwernantką, w Mediolanie uczyła się w prywatnych szkołach, potem wstąpiła na Uniwersytet Luigi Bocconi i ULM (Università di lingue e comunicazione). Szlifu nabierała na Wall Street, a w końcu poznała miłość w objęciach Loïca.

Morvanowie nie mogli w to uwierzyć. Byli mężczyznami, a przede wszystkim policjantami. Nie potrafili zrozumieć, w czym tkwi magnetyczny czar Loïca. Nie dostrzegali, że ma ładną twarz, delikatne dłonie, rozbrajający uśmiech. Niepojęte było dla nich zauroczenie dziewcząt narkomanami. To zło fascynuje kobiety, ponieważ instynkt samic podpowiada im, że właśnie ono zawsze będzie najbardziej pociągające. Nie zapominajmy też o zniewalającej mocy tych śmiałków, którzy igrają ze śmiercią.

Po kilku miesiącach zaczęły się przygotowania do ślubu. Erwan delektował się cichą rywalizacją dwóch ojców. Po prawicy stał stary lis z Afryki, cwany superglina mający tajemniczy majątek w Kongu. Po lewicy Giovanni Montefiori zwany Kondotierem, powiązany z klanem Berlusconiego i z pewnością z rozmaitymi strukturami mafijnymi. Te dwa drapieżne samce pałały do siebie instynktowną nienawiścią, wyczuwając, że uosabiają dwa oblicza tego samego zepsucia.

Młoda para wzięła ślub w Zermatt, w śniegu, i odjechała saniami. Wygłupy rozpieszczonych dzieci bogaczy. Montefiori wynajął wszystkie dostępne domki, Morvan zapłacił za bankiet w jednym z luksusowych hoteli kurortu.

Erwan, który wylądował w domku stróża, tej nocy postanowił, że weźmie pod opiekę te dzieciaki, które nie wiedziały nic o życiu. Stopniowo uzyskał przy nich status ochroniarza, czyli właściwie jednego ze służących. Lubił tę rolę: muskularne ramię wciśnięte w tani garnitur, prostak, który nie potrafi prowadzić konwersacji i nie zna się na elegancji, stał się człowiekiem, z którym księżniczka dogadała się dla dobra „młodego”, chcąc go ochraniać.

I od tej chwili Erwan i Sofia zostali sprzymierzeńcami. Ona pilnowała męża, ograniczając mu dostęp do kokainy (nie tykał już ani heroiny, ani alkoholu). Erwan znajdował brata, kiedy ten znikał na całą noc, a czasem nawet na tydzień.

Z biegiem lat zyskiwał przekonanie, że dobrze zna Włoszkę. Uroczyste kolacje, weekendy w Portofino, rejsy imponującymi jachtami pozwoliły mu odkryć ograniczenia młodej kobiety. Kochała Loïca, ale jej uczucie mieściło się w ramach wytyczonych przez klasę społeczną, do której należała. Małżeństwo stanowiło tylko jeden z etapów łatwego życia. W rzeczywistości nie była ani wyniosła, ani protekcjonalna – była standardowym wytworem włoskiej burżuazji, kobietą przywiązaną do przywilejów i konwenansów swojego świata, zaprogramowaną maszyną – doskonałą i czarującą, ale przez zapomnienie pozbawioną głównej części – serca.

Pomylił się. Narodziny Lorenza odkryły jej prawdziwą twarz. Wielką miłością Sofii okazały się jej dzieci. Loïc był tylko preambułą, nieodzownym elementem. Dlaczego jednak wybrała na ojca swego potomstwa narkomana? Bo był przystojny? Bo miał piękny uśmiech? A może ze względu na inteligencję? Sofia ostatecznie zrzuciła maskę, kiedy oczekiwała na narodziny Milli. Darła koty z Loïkiem, ale nie martwiła się tym. Odegrał już swoją rolę. Jeśli okazałoby się, że nie potrafi sprostać zadaniu, przepędziłaby go. Albo zniszczyła. Jak pajęczyca, która spółkuje z samcem, a potem go uśmierca.

– Tam jest mama!

Siedziała na ławce przed placem zabaw. Milla i Lorenzo puścili ręce wujka i pobiegli do niej. Wstała, żeby przywitać dzieci, potem zaczęła się rozglądać, szukając Erwana. Skinęła mu ręką, zapłaciła za wstęp dzieci na plac zabaw i odwróciła się do niego.

I nagle panujący wokół gwar, przechodzący obok spacerowicze, wir pierwszych suchych liści stały się tylko tłem. Sofia pojawiła się przed nim jak w kinie, kiedy kamera skupia się na bohaterce, a scenografia zamazuje.

Jej twarz zdawała się opromieniona złotym blaskiem, który podkreślał perfekcję tego dzieła. Czoło, brwi, nos, policzki – to była harmonia linii, cudowna gładkość. Biała cera przypominała delikatną powierzchnię wypieszczonego przez rzeźbiarza alabastru i aż nasuwało się pytanie, jak oddycha ta skóra. Usta, leciutko podkreślone szminką, były niczym fałda wykuta w kamieniu. Nie zamierzając korygować bladości twarzy, Sofia nie robiła makijażu i z dezynwolturą prezentowała naturalne rysy. Zwieńczeniem tego wizerunku były długie czarne włosy z przedziałkiem pośrodku, jak na starych zdjęciach Davida Hamiltona. Sofia miała w sobie więcej z wiejskiej kobiety amiszów niż z włoskiej ślicznotki.

Jednak dwa szczegóły łagodziły ten ascetyczny portret. Piegi na policzkach sprawiały, że wyglądała młodo i figlarnie. A drugi znak szczególny – lekko opadające powieki – kazały domyślać się eurazjatyckich korzeni i przydawały tajemniczości. Może dlatego wydawała się nieco znużona, melancholijna, chwytająca za serce.

– Co u ciebie?

– W porządku – powiedział, jak zwykle niezbyt elokwentny w jej obecności.

– Masz chwilkę?

Skinął głową jak żołnierz składający meldunek.

– Chodź, chcę mieć dzieci na oku.

Erwan poszedł za nią na plac zabaw i potulnie pozwolił kasjerowi ostemplować sobie rękę. Szumiało mu w uszach, tętniło w skroniach. W parku ziemia zaczęła się kołysać. Pomyślał, że to skutek napięcia. Dopiero potem zauważył, że podłoże wykonano tu ze specjalnej pianki, żeby dzieci nie raniły się, upadając.

Do diabła, wyluzuj, chłopie – powiedział w myśli. – Odpręż się!

5

Sofia znalazła wolną ławkę.

– Loïc nie mógł przyjść?

Zapytała tylko dla satysfakcji, jaką dawało jej podkreślanie nieodpowiedzialności byłego męża.

– Ma sporo pracy.

– Oczywiście, musi wciągać kokę.

Niezły początek! Erwan usiadł obok niej, nie odpowiadając. Skoncentrowana, patrzyła na zamieszanie na placu zabaw.

– Nie mam pojęcia, kto wymyślił niedzielne popołudnia w parku, ale uważam, że to jedna z rzeczy, która popycha część kobiet do rodzenia anonimowo i zostawiania dzieci.

Sofia – wzorowa matka – lubiła prowokować. Przejęła tę cechę paryżanek: rozkwitała, prawiąc złośliwości, raz po raz wypowiadała poglądy sprzeczne z tym, co naprawdę myślała, a wszystko dla przyjemności popisania się dowcipem albo dla niezrozumiałej satysfakcji, jaką przynosiła jej pewność, że inni uważają ją za złą.

– Rozwód ma przynajmniej jedną dobrą stronę: dzielisz się udręką.

Miała dźwięczny głos, który nie współgrał z obliczem piety.

– A co u ciebie? – zapytała jak dobry kumpel.

Rzucił parę banalnych słów na temat podróży do Afryki. Kręciła uroczą główką, wcale go nie słuchając. Zresztą nawet jego nie obchodziło to, co mówił. W jakimś zakątku mózgu wciąż dźwięczało mu jedno pytanie: czy domyśla się, co do niej czuje?

Dopóki była z Loïkiem, zachowywał dystans. Teraz, kiedy małżonkowie się rozstali, pozwolił sobie na to, by się w niej zakochać. Jego szanse nie wzrosły, a może nawet zmalały, ale właśnie to sobie cenił – desperacką namiętność, która do niczego nie zobowiązywała.

– Wiesz, że mieszkałam w Afryce? – zapytała od niechcenia.

Jej czarne włosy połyskiwały w słońcu przedzierającym się między zielonymi liśćmi kasztanowców.

– Pierwsze słyszę.

– Ojciec prowadził tam interesy.

– Jakie?

– Jak zwykle – metale.

– A gdzie?

– W dawnych włoskich koloniach – Etiopii, Somalii, Erytrei.

Próbował wyobrazić sobie małą dziewczynkę błąkającą się po laterytowych ścieżkach u stóp olbrzymich migdałowców, ale zaraz się otrząsnął. Zmyślała, przecież doskonale wiedział, gdzie się wychowała i gdzie chodziła do szkoły.

I znów roześmiała się jak stara kumpelka.

– Wygłupiam się – przyznała. – Nigdy tam nie byłam. Ale przecież na pewno masz moje akta, co?

Uśmiechnął się. Kiedy była tak blisko niego, popadał w swoiste rozleniwienie – brakowało mu energii i inwencji, mimo potwornego napięcia, które wprawiało go w drżenie.

Milla i Lorenzo nagle przerwali zabawę, żeby przybiec i poprosić o podwieczorek. Erwan grzebał w kieszeni, szukając drobnych na lody, ale Sofia już wyjęła z torebki w stylu vintage od Balenciagi herbatniki i buteleczki actimelu, które pochłonęli w kilka sekund. Zniknęli tak, jak się pojawili. Nareszcie mogli odżyć po ponurym obiedzie u dziadków.

– Kiedy byłam w ciąży – powiedziała Sofia, wodząc za nimi wzrokiem – czułam to, co wiele ładnych kobiet, chciałam, żeby to się jak najszybciej skończyło i żebym znów wyglądała jak przedtem. Nie chciałam przytyć o choćby jeden zbędny kilogram, nie zamierzałam rezygnować z przyjęć. A przede wszystkim pragnęłam mieć nad wszystkim kontrolę. Ale dziecko już w brzuchu zaczyna o tobie decydować. A może nawet decyduje, że się urodzi?

Przypaliła papierosa. To było ostatnie miejsce, gdzie wypadało palić, ale za to ją lubił – za tę beztroskę i naturalność, z jaką narzucała innym swoją wolę.

Niemal natychmiast dopadła do nich jakaś mamuśka i wykrzywiając się, zaciskając pięść, rzuciła:

– Oszalała pani czy co?

Erwan wyciągnął trójkolorową odznakę, nawet nie wstając z ławki.

– Policja. Proszę odejść.

Kobieta na chwilę zamarła, nie wiedząc, co odpowiedzieć.

– Proszę odejść albo przeprowadzę kontrolę w całym parku!

Megiera spąsowiała, odwróciła się i odeszła bez słowa.

– Widziałeś jej minę?! – parsknęła Sofia.

Erwan uśmiechnął się do niej. Cieszył się tym małym popisem, ale wolałby zabawiać ją rozmową. Kiedy podrywał barmanki i sprzedawczynie, był nie do pokonania, ale przy niej palił się jak pizza w zbyt gorącym piecu.

– Kiedy wreszcie przedstawisz nam narzeczoną? – zapytała, czytając w jego myślach.

– W tej chwili nikogo nie mam.

– Czasem zastanawiam się, czy jesteś gliną, czy księdzem.

I znów nie wiedział, co odpowiedzieć, więc udawał, że obserwuje gromadę dzieciaków, które biegały i wirowały w obłędnym tempie. Milla i Lorenzo zwisali z rozpiętych w górze drabinek linowych.

Sofia, widząc, że Erwan nie zamierza reagować na jej zaczepki, zaczęła opowiadać o wakacjach w Toskanii, a potem o podróżach między Paryżem a Mediolanem. Zamierzała zająć się projektowaniem i otworzyć firmę – wyrób i dystrybucja włoskich mebli. Erwan wiedział, że przejdzie w końcu do jedynego tematu, który ją interesował: wojny, jaką wydała Loïcowi, żeby uzyskać rozwód i wyłączną opiekę nad dziećmi. Z jakichś niejasnych powodów jego brat nie godził się na oficjalne zakończenie małżeństwa.

– Coś ci przyniosłam.

Wyjęła z torby szarą kopertę formatu A4, a z niej zdjęcia Loïca w kompanii podejrzanych typków. Erwan nie musiał się w nie wpatrywać, żeby zrozumieć, co dokumentują – jego brat kupował narkotyki od dealerów. W rogu każdej fotografii wpisana była data i godzina.

– Kazałaś go śledzić?

– Tylko kiedy jest z moimi dziećmi.

– Zwariowałaś?

– To on zwariował. To chory człowiek. Według moich obliczeń dochodzi do pięciu gramów dziennie. – Wyjęła mu z ręki jedno ze zdjęć i podsunęła mu pod nos. – Widzisz to? Kupuje towar na parkingu przy Halach o jedenastej wieczorem. Przyjrzyj się uważnie, a zobaczysz, że dzieci śpią w wozie.

Erwan oddał jej zdjęcia. Sofia znów zapaliła papierosa. Trzymając go w ustach, nerwowo wsunęła zdjęcia do koperty i znów mu ją wcisnęła.

– I niby co mam z tym zrobić? – zapytał.

– Przeprowadź śledztwo w sprawie Loïca.

– Pracuję w kryminalnej – odparł lodowatym tonem.

– To poproś kolegów z antynarkotykowego. Pięć gramów to już nie na użytek osobisty, to ilość handlowa. Może za to posiedzieć…

– Zapomniałaś chyba, że mówisz o moim bracie.

– I o ojcu moich dzieci. O facecie zepsutym do szpiku kości, który twierdzi, że jest w stanie opiekować się co drugi tydzień dziećmi, odwozić je do szkoły, przygotowywać posiłki, troszczyć się o nie w różnych okolicznościach i…

Poderwał się z ławki.

– Nie licz na mnie.

– Trzymacie się razem, tak?

– Loïc ma swoje wady, ale…

– I ty to nazywasz wadami? To wrak człowieka. Nie mogę zmrużyć oka, kiedy są u niego. Na Boga, przecież to jedyne rozsądne rozwiązanie!

Strach zniekształcił rysy twarzy jego szwagierki. Światło wokół nich także się zmieniło. W koronach drzew pomiędzy liśćmi tańczyły stalowe blaski. Nadciągała burza. Miał wrażenie, że grunt usuwa mu się spod stóp.

– Rób, co chcesz – powiedział stanowczo. – Masz zdjęcia, prawdopodobnie również świadków. Daj to adwokatowi. Będzie wiedział, jak postąpić.

– Ten klan Morvanów – kiedy jest źle, zwieracie szyki.

– Twoje dzieci także są Morvanami. Powtarzam: nie licz na mnie.

Ona też wstała, nerwowo wciskając kopertę do torebki od Balenciagi. I właśnie wtedy rozległ się huk tak potężny, że zadrżały bramki. Dzieci zaczęły krzyczeć, wiele z nich rzuciło się biegiem w stronę mam.

Erwan rozglądał się, szukając bratanka i bratanicy, żeby się z nimi pożegnać, ale nie znalazł ich. Trudno. Nabrzmiałe chmury z ulgą zrzuciły z siebie ciężar, zalewając ziemię ścianą wody. To była wyjątkowo gwałtowna burza.

– Jeżeli będziesz mnie potrzebowała, dzwoń – powiedział do Sofii – ale nie z takimi świństwami.

Wyrzuciła papierosa i popatrzyła na niego. Kiedy się na czymś koncentrowała, można było zauważyć, że lekko zezuje. Przez krótką chwilę widział ją taką, jaka naprawdę była, odartą z poezji, nieupiększoną jego wizjami. Była córeczką tatusia, wychowaną pośród wygód, miłości i beztroski, a teraz wpadła w bajoro prawdziwego życia.

Przeszedł ledwie parę metrów, a już przemókł. I bardzo dobrze, bo musiał zmyć z siebie całe to łajno. Najpierw ojciec, który każe śledzić własną córkę, żeby wiedzieć, z iloma facetami się puszcza, potem bratowa, która szpieguje męża, bo chce ustalić, ile bierze kokainy.

Wsiadając do samochodu, doszedł do wniosku, że wyjazd do Bretanii dobrze mu zrobi.

Powietrze! Przesączone jodem nadmorskie powietrze!

6

Lubił tu przychodzić. Pod ten butwiejący most, gdzie cuchnęło szczynami i palonym tłuszczem.

On, Loïc Morvan, cudowne dziecko finansów, dyrektor jednego z renomowanych paryskich funduszy hedgingowych, ubierający się wyłącznie w garnitury po pięć tysięcy euro, jeżdżący astonem martinem V12 vanquish za ponad trzysta tysięcy, czuł się jak w domu w takich kloakach, w kryjówkach rozmaitych wykolejeńców i wyrzutków.

To było jak powrót do źródeł. Identyfikował się tylko z jedną tradycją – upodlenia. Dziś udało mu się z niego jako tako dźwignąć – „jako tako” to trafne określenie, ponieważ właśnie teraz czekał na dealera pod mostem kolejowym, na rogu ulic Crimée i d’Aubervilliers. I nie zapomniał mrocznych lat młodości.

Kiedy po obiedzie ocknął się z ciężkiej drzemki, dopadł go atak paniki – stary znajomy. Czuł, że piersi przywalił mu kamień, że ma rozpaloną głowę, ręce zimne jak sople lodu. Z niepokojem zapytał o Millę i Lorenza, ucałował matkę i ojca, a potem uciekł.

Zadzwonił, umówił się na spotkanie. W takich chwilach obawiał się tylko jednego – wyczerpania zapasów. Zdaniem psychoterapeuty był to już pewien postęp – Loïca dręczył już tylko jeden lęk, a ten lęk, mimo że bezpodstawny (zawsze nosił kokę w kieszeniach, trzymał ją w schowku w samochodzie, a przede wszystkim w domu), można było błyskawicznie uciszyć, a to oznaczało wielką ulgę.

Pod mostem nadal nie było żywego ducha.

Zablokował drzwi i wtulił się w fotel. Deszcz osłabł, ale woda wciąż przelewała się przez krawędzie mostu kolejowego nad jego głową i skapywała niczym kroplówka olbrzymów. Ustawił klimatyzację na silne chłodzenie – chciał, żeby było mu zimno – i wpatrzony w znajome pejzaże, poddał się fali wspomnień.

Grégoire’owi Morvanowi zależało na tym, żeby wychować synów na prawdziwych Bretończyków, czyli na żeglarzy. Zapisywał ich do Glénans w wieku sześciu lat. W każde wakacje intensywnie ćwiczyli. Uparty Erwan w pewnym momencie sprzeciwił się ojcu. Ale on, wzorowy syn, stał się najlepszy w swojej kategorii. Jachty żaglowe. Regaty. Katamarany. Lata mijały, a on gromadził puchary.

Stary był zachwycony – doczekał się dziecka, które wiedziało, jak utrzymać ster rodziny! Bretończyka, który pruł fale. Loïc triumfował, ale był skromny. Zwyciężał w regatach z lekkim uśmiechem na ustach, odbierał trofea z pokorą, nieśmiało przyjmował zaloty rozpieszczonych jedynaczek, które krążyły wokół niego. Poważne życie toczyło się jakby równolegle.

Ten, kto spędza całe dnie, żeglując, wieczorem ląduje w barze. Loïc bardzo szybko zaczął wyróżniać się w innych kategoriach – został najmłodszym pijakiem wybrzeża (mając dwanaście lat), miał najmocniejszą głowę w całym Finistère (jako trzynastolatek), pobił rekord w nieprzerwanym chlaniu (siedemdziesiąt dwie godziny w wieku piętnastu lat)…

Z tymi przywarami wrócił do Paryża. Sytuacja wciąż się pogarszała, zaczęły się problemy. Opróżniał puszki, butelki, kufle i upijał się w ciągu paru minut. Wieczory zamieniły się w długie godziny upojenia alkoholowego, przerywanego wymiotami. I wtedy odkrył kokainę – cudowny środek, który niweluje niepożądane skutki picia alkoholu. Dzięki proszkowi mógł w ciągu nocy wlewać w siebie znacznie więcej. I dotrwać do rana, w pełni ciesząc się długimi godzinami pijatyk.

Jakimś cudem zdał maturę, kiedy miał siedemnaście lat, i zapisał się na ekonomię. Ojciec marzył dla niego o Sciences Po, a może nawet ENA6. A Loïc chciał zarabiać dużo i szybko. Wtedy doszedł do paru litrów dziennie, jak prawdziwy kloszard, ale raczej wódek niż win. Obracał się wśród podobnych do siebie – ludzkich wraków z legitymacją studencką, snujących się po omacku, z rozwaloną wątrobą i gąbczastym mózgiem.

W Bretanii bardziej znano go w tym okresie z pijackich wybryków niż z żeglarskich triumfów. Twierdził, że kiedy pływa, nie pije, ale kłamał – ukrywał butelki i kokę pod pokładem, żeglował samotnie, pozbawiony refleksu i rozwagi. Oczywiście zwyciężał coraz rzadziej, więc sponsorzy się od niego odwrócili – znalazł się za burtą w każdym tego zwrotu znaczeniu.

Gwizdał na to. Miał dwadzieścia lat, narkotyki go fascynowały. Crack, haszysz, oddech diabła, poppersy, buprenorfina, tri. Tak dużo było do poznania! Na swój sposób wciąż był poszukiwaczem. Łowcą sztucznych rajów.

Na imprezach zaczął sięgać po ecstasy. Zmierzył się z nowym typem kaca, po dwóch dniach w transie lądowanie było twarde – na pograniczu depresji i skłonności samobójczych. I znowu znalazł lek: klin z heroiny w poniedziałkowe ranki. Hera eliminowała odrętwienie i mógł zaczynać nowy tydzień. Ale hera nie była łagodną damą. Po kilku tygodniach uzależnił się od narkotyku. Po paru miesiącach balansował na granicy życia i śmierci.

Nie było już mowy ani o studiach, ani o pracy. Konto bankowe Loïca świeciło pustkami, ojciec przestał płacić czynsz za mieszkanie. Loïc zaczął sypiać, z kim popadło – z kobietami i mężczyznami, bez różnicy, byle zdobyć kasę na kolejną dawkę.

Pewnego dnia bez żadnego logicznego uzasadnienia nikt nie miał dla niego towaru. Wszystko wyglądało jak w filmie Stracony weekend, kiedy Ray Milland rozpaczliwie szuka alkoholu, ale wszystkie sklepy są zamknięte. I wtedy Loïc uświadomił sobie, że jest Jom Kippur, a Żydzi nie pracują w ten świąteczny dzień. Dla niego jednak ten Jom Kippur ciągnął się dzień za dniem, a on nie mógł pojąć, co się dzieje. Wyjaśnienie usłyszał później z ust ojca.

Obserwacja pijaństw syna nie stanowiła większego problemu dla policjanta, który rozbił siatkę zamachowców z ulicy Rennes7, i aresztował członków Action directe. Przez pierwsze lata pozwalał mu się wyszumieć – młodość ma swoje prawa. Ale kiedy był już pewien, że Loïc sięga po narkotyki, kazał szepnąć słówko dealerom: ktokolwiek odważy się sprzedać proszek jego synowi, wyląduje w więzieniu. Albo na cmentarzu.

Loïc dosięgnął dna. Agonia przeplatała się z fazami głodu, kompulsywną potrzebą zażycia narkotyku, alkoholu, leków. Wtedy faszerował się czymkolwiek. Pewnego dnia spotkał kumpla ćpuna w takim samym stanie jak on. Tamten powtarzał w kółko: „Wiem, jak to załatwić”. Zabrał Loïca do siebie, wciąż mamrocząc: „Wiem, jak to załatwić”. W dużym rodzinnym mieszkaniu w pobliżu Trocadéro Loïc dowiedział się, jak tamten zamierzał „to załatwić” – z ojcem, który nie chciał dać mu złamanego grosza. Chłopak błagał i groził. W końcu przyniósł młotek i roztrzaskał ojcu głowę. Przetrząsnął jego kieszenie, potem rozwalił szuflady sekretarzyka, żeby zabrać więcej pieniędzy.

Drżąc, zmagając się ze skurczami, Loïc przyglądał się wszystkiemu i nawet się nie ruszył. Wszędzie było pełno krwi, mózg na parkiecie, odłamki kości na ścianach. Morderca wybiegł, a Loïc ukrył się w pokoju jego młodszej siostry (działo się to podczas wakacji szkolnych). W końcu tamten wrócił z towarem. Siedząc między lalkami Barbie i wózeczkami, ćpali, a potem zasnęli na bladoróżowym dywanie.

Kiedy Loïc się obudził, czuwał przy nim Morvan.

– Wszystko będzie dobrze, synku.

Ludzie w białych kombinezonach czyścili dywan, sprzątali każdą powierzchnię, usuwali każdą drobinę pyłu. Inni zajmowali się jego nieruchomym kompanem. Zanim Loïc zemdlał, dotarło do niego, że mordują tamtego chłopaka.

– Wszystko będzie dobrze.

Nazajutrz Morvan zaproponował synowi układ: zatarł ślady jego zbrodni, wyczyścił – bardzo dosłownie – teren. Ale przyszedł czas, żeby syn udał się na odwyk i wrócił do zdrowia na Antylach. Loïc zgodził się na wszystko, nie stawiając warunków.

Tym razem to gliniarz okazał się naiwny. Stary Morvan utożsamiał jeszcze tropikalny raj ze zdrowym, prostym stylem życia. Tymczasem w portach i przystaniach dla jachtów panoszyło się zepsucie. Loïc – żeglarz, przystojny chłopak i biseksualista – był idealnym uczestnikiem pewnego rodzaju rejsów. Dawał sobie w żyłę, wąchał, łajdaczył się w kajucie i pluskał w morzu.

Znów zmierzał ku bramom piekieł, ale tym razem poza zasięgiem władzy ojca. Zapuścił się aż na Andamany, potem do Zatoki Bengalskiej. Znalazł się w Kalkucie, znów na dnie, gotów zrobić wszystko, byle wciągnąć resztki proszku.

I wtedy ocalił go inny człowiek.

Ktoś zapukał w szybę. Pogrążony we wspomnieniach Loïc podskoczył na siedzeniu. Pociągła, szczurza twarz zaglądała do środka. Dredy, żółta ospowata cera, marne pieńki zębów… Przy swoich pieniądzach i kontaktach Loïc mógłby znaleźć dealera o znacznie przyzwoitszym wyglądzie, ale on chciał zadawać się z najgorszymi śmieciami. Narkotyki to mroczna kraina. W tym tkwi ich istota. Nie można nadawać im pozorów szlachetności.

Otworzył okno i podał szczurowatemu rulonik – trzysta euro w małych nominałach. Tamten podsunął mu plastikową torebkę. Kiedy Loïc chciał zamknąć okno, zombi je zablokował:

– Niezła fura.

– Puszczaj.

– Zabierzesz mnie na przejażdżkę, gruby?

Loïc był największym tchórzem, jakiego nosiła ta ziemia. Jednak czując, że chroni go powłoka z blachy i stali, rzucił agresywnym tonem:

– Spadaj.

Handlarz chwycił go za kołnierz i wyciągnął nóż. Loïc miał wrażenie, że spływa po skórzanym fotelu jak gorąca sraczka, jednak lewą nogą wcisnął pedał. Odruchowo wrzucił dwójkę. Prawą nogą wcisnął gaz. Samochód gwałtownie ruszył z rykiem silnika, który potęgował się odbijany przez mury. Dealer odskoczył, wyjąc z bólu.

Na bulwarze Macdonald Loïc wychylił głowę przez okno i z ulgą odetchnął powietrzem, które po deszczu wydawało się świeższe. Porte de Clichy. Porte d’Asnières. Jechał w strumieniu samochodów do bulwaru Malesherbes, a zatrzymał się na opustoszałym placu Wagram.

Wyciągnął z plastikowej torebki narkotyk i usypał na wierzchu dłoni kreskę, tak jak robią spieszący się ludzie. Potem zauważył, że proszek cuchnie uryną, a co gorsza – jest skamieniały i suchy. Dobre znaki.

Wdech. Raz. Dwa. „Prawdziwe życie przenika przez nos – powiedział kiedyś reżyser porno gonzo z jednego z nocnych klubów. – Cała reszta to tylko sentymentalne marzycielstwo”.

Poczuł się lepiej. Jego mięśnie się rozluźniły, spadł ciężar duszący klatkę piersiową. Cały organizm wpadł w hiperwentylację. Klimatyzowane powietrze, wciąż lodowate, przenikało przez wszystkie pory skóry niczym podmuch od bieguna północnego. Zadrżał i znów głęboko odetchnął. Koszula przylgnęła mu do zlanego potem ciała. Odkleił ją i potrząsnął kołnierzykiem. Przykra woń potu przemieszana z wodą toaletową i zapachem kokainy wypełniła kabinę.

Z pewnym opóźnieniem zauważył, że płacze rzewnymi łzami. Ciekło mu też z nosa, z którego spływał wciągnięty niedawno proszek. Cholera. Otarł łzy i nos. Jego palce były czerwone. Obrócił lusterko wsteczne, żeby się przejrzeć i zobaczył bladą gębę błazna – upaćkaną białym proszkiem, krwią i łzami.

Łokciem – nie chciał wyświnić aluminiowej tablicy rozdzielczej – otworzył schowek i chwycił paczkę chustek ligninowych. Wyciągnął jedną i przytknął ją do nosa. Potem siedział przez kilka minut z głową odchyloną do tyłu.

Kiedy uznał, że krwawienie ustało, znalazł w kieszeni żel do dezynfekcji, skropił nim ręce i umył się, jak mógł – jak wtedy kiedy matka spluwała na chusteczkę, żeby wytrzeć mu umazaną buzię.

A potem wziął jeszcze jedną porcję – na drogę – i wyruszył w lepszej kondycji.

„Prawdziwe życie przenika przez nos…”

Jak długo pociągnie w tym rytmie?

7

Erwan mieszkał w dwupokojowym mieszkaniu na drugim piętrze nowoczesnego budynku przy ulicy Bellefond w 9 dzielnicy. Jednak dzielnica była mu obojętna. Nie oczarowała go ani ulica Martyrs, ani plac Saint-Georges, ale też nie przeszkadzały mu ani posępne arterie wokół dworca Saint-Lazare, ani plac Clichy. Ważne było, że ulica jest spokojna, że prawie nie widuje sąsiadów, a parking jest wliczony w czynsz.

Urządził tych siedemdziesiąt metrów kwadratowych jak typowy glina: w salonie miał biuro, sypialnia służyła tylko do tego, żeby wchodzić do niej nocą, a wychodzić tuż po przebudzeniu, kuchnia była otwarta, w stylu amerykańskim, a on jadł w niej na stojąco. Mebli było mało, ścian nie zdobiło nic, nawet żadne zdjęcie. Miał jedną obsesję: czystość. Sowicie opłacał sprzątaczkę, która przychodziła dwa razy w tygodniu, a sam poświęcał sporo czasu w weekendy na porządki. Mieszkał tu od pięciu lat i już dwa razy malował ściany na biało. Lubił zapach farby, który czuło się przez całe miesiące – zapach nowości, odrodzenia.

Kiedy obrócił klucz w zamku, zapomniał o Sofii i zaczął się zastanawiać nad rzeczywistymi powodami wyjazdu do Bretanii. Dlaczego stary go tam wysłał? Żeby uzyskać „możliwą do przyjęcia” wersję o wypadku podczas otrzęsin? A może chciał go zmusić do powrotu do ich „rodzinnego” Finistère? Albo na pewien czas pozbyć się go z Paryża?

Morvan utrzymywał, że Bretończycy współpracują z Paryżem i śledztwo uda się zamknąć w ciągu dwóch dni. Brednie. Wojskowi z sił lotniczych marynarki zamkną się jak ostrygi – Erwan był tego pewien – a żandarmi będą w nim widzieli rywala. W dodatku, gdyby na cokolwiek wpadł, prokurator zrobi, co się da, żeby chronić swoich. Żeby zmierzyć się z tym wrogim światem, potrzebował mistrza papierkowej roboty. Philippe Kriesler, alias Kripo, jego zastępca, doskonale się do tego nadawał. W ich zespole zajmował się procedurami, pisał raporty i ustalenia, protokoły z przesłuchań, wiedział o każdej zmianie przepisów, drobiazgowo przedstawiał i dokumentował wydatki, przygotowywał wnioski proceduralne. Pisanie wymaga talentu, a Kripo miał lekkie pióro.

Erwan połączył się z nim, ale trafił na automatyczną sekretarkę. Nagrał wiadomość, przypomniawszy sobie, że jego zastępca właśnie dziś wraca z urlopu. Czy w porę odbierze wiadomość? Erwan postanowił zaczekać kilka godzin i dopiero potem skontaktować się z kimś innym.

Kawa. W panującej w mieszkaniu ciszy zaczęły wracać migawki z tego niemiłego dnia. Sine ramiona matki, pąsowa twarz ojca, zdjęcia Sofii. Szurnięta rodzinka!

Uważał się za jedynego rozsądnego przedstawiciela tego klanu. A w każdym razie – najmniej odchylonego. Był kawalerem, zarabiał cztery tysiące euro miesięcznie, jego życie było poukładane jak druki podatkowe. Nosił garnitur Celio, czytał „L’Équipe”, a jego jedyną słabostką było to, że czasem pił piwo. Miał inne pasje, znacznie bardziej wysublimowane – muzykę klasyczną, malarstwo, filozofię… ale nie potrafił rozmawiać o nich w towarzystwie. A poza tym nie chciał takich dyskusji, bo to były jego prywatne sprawy. Dbał o oficjalny wizerunek: najlepszego komendanta brygady kryminalnej z rekordowym odsetkiem wyjaśnionych spraw i wieloma wyróżnieniami za strzelanie z broni sportowej.

Czy ktoś taki mógł marzyć o Sofii Montefiori?

Erwan zawsze łączył piękne kobiety z pieniędzmi, a każdy dzień pracy w policji potwierdzał powiedzenie Frédérica Beigbedera: „Kobiety nie są kurwami, ale nie znam żadnej pięknej dziewczyny, która jest z biedakiem”. W kinie żony miliarderów sypiają z bohaterskimi gliniarzami, którzy pracują za grosze. Ale w realnym świecie te damy wolą opalać się nad własnym basenem.