Strona główna » Obyczajowe i romanse » Mała Garbo

Mała Garbo

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7453-158-0

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Mała Garbo

Czy w świecie wykreowanym przez media pozostało jeszcze coś prawdziwego?
Przed napadem na bank sprawdź, czy są w nim pieniądze. Strzelając na postrach, uważaj, by kula nie trafiła staruszki. Porywając samochód, upewnij się, że jest pusty. Możesz bowiem niechcący porwać młodziutką gwiazdę filmową i zwrócić przeciwko sobie nie tylko policję, ale i cały świat mediów.
Na skuloną na tylnym siedzeniu dziewczynkę w kostiumie anioła czeka już na planie cała ekipa. Mają nakręcić kluczową scenę filmu i tak łatwo się nie poddadzą. Porywacz żąda czterech milionów okupu i ukrywa się wraz z małą gwiazdą w zaśnieżonym lesie. Przed nimi ciężka noc, która odmieni ich życie.
Czy coś może połączyć przestępcę wiecznie prześladowanego przez pech i dziecko, któremu wszystko się zawsze udaje? Bodo Kirchhoff napisał mistrzowską, nasyconą emocjami powieść, która opowiada o tym, jak odróżnić prawdziwe życie od gry pozorów.

Polecane książki

Antyrak odpowiada na pytania kluczowe dla zdrowia większości ludzi: Jaki tryb życia prowadzić, aby zmniejszyć ryzyko zachorowania na raka? Co robić, aby zahamować jego rozwój? Co jeść i jakie stosować diety? Czego i jakich potraw unikać? Dr Servan-Schreiber jest neurochirurgiem i psychiatrą, zajmuje...
  Mieszkanie to takie okropne słowo! Zwłaszcza, kiedy okazuje się, że z końcem lata trzeba będzie się tam przenieść i zostawić stary dom przy ulicy Jaśminowej 4. Taja nie wyobraża sobie życia w jakimś bloku. Jak będzie mogła zabrać ze sobą mieszkańców domu i ogrodu - kochające słoneczne poranki Zjaw...
Pragniesz czegoś więcej od życia, lecz czujesz, że brak ci mocy potrzebnej do zrealizowania swoich marzeń? Jeśli tak, ta książka jest dla ciebie! Możesz być tym, kim zawsze chciałeś być, mówi Todd Duncan, ekspert ds. motywacji. Jego praktyczne wskazówki oraz przedstawiane krok po kroku instrukcje po...
Przewodnik turystyczny Singapur. Przewodnik zawiera wszystkie niezbędne informacje jakie powinien posiadać turysta m.in. opis historii, kultury, architektury, lokalnych specjałów, użytecznych miejsc, a także co istotniejsze zabytki i atrakcje, które warto zobaczyć. Z przewodnikiem Colorful Books uła...
Jeśli zdarzy ci się trafić na krakowski Kazimierz, idź na stary cmentarz żydowski przy ulicy Szerokiej. Przechodząc między starymi kamieniami nagrobnymi, odnajdziesz wśród nich nagrobki Bacha, Megale Amukot, Tosafot Jom Tow, Maasei Haszem, Remu, Meginei Szlomo, rabiego Heszela i Szeerit Josef… Stań ...
Główne tezy książkiSpecsłużby i agentura wpływu są rodzajem broni takim samym, jak:- Wojska lądowe- Marynarka wojenna- Lotnictwo- Wojska rakietowe- Wojska kosmiczne- Wojska elektroniczneKiedy nie jest prowadzona wojna energetyczna, najskuteczniejsze w osiąganiu celów są specsłużby i agentura wpływuO...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Bodo Kirchhoff

Dla So­phii

1

Prze­kro­czyły gra­nicę nocą, gna­ne przez głód, nie za­sta­na­wiając się, czy gdzie in­dziej może być le­piej niż w zna­nej im oko­li­cy. Minęły ni­ski, pstro­ka­ty jak ich sierść las brzo­zo­wy, prze­pra­wiały się przez kanały i rze­ki, le­d­wo wy­sta­wiając łby z wody, może też, po­go­dzo­ne z bie­giem wy­da­rzeń, prze­miesz­czały się na lo­do­wych krach; nikt nie był w sta­nie po­wie­dzieć ni­cze­go kon­kret­ne­go. Pew­ne było tyl­ko to, że zno­wu się tu osie­dliły. Ich ślady wi­dzia­no na pia­skach ko­pal­ni od­kryw­ko­wej i wokół po­bli­skich sa­mot­nych je­zior, we wsiach znaj­do­wa­no od­cho­dy za­wie­rające kości i sierść. Słychać było ich żałosne wy­cie, wznoszące się i cichnące jak śpiew – szu­kały to­wa­rzy­stwa, choćby psów. Za śla­da­mi poszły wkrótce po­głoski: po­dob­no na te­re­nach re­kre­acyj­nych od­kry­to szczątki dzi­kiej zwie­rzy­ny, a na obrzeżach ogródków działko­wych – głowę pu­dla, nie mówiąc już o prze­rze­dzo­nych sta­dach owiec. Te nie­przy­jem­ne, ale spo­ra­dycz­ne wy­pad­ki, jak mówili ich obrońcy, po­zwo­liły prze­ciw­ni­kom wstąpić na drogę sądową i wy­wal­czyć po­zwo­le­nie na od­strzał oraz uak­tyw­niły powiększającą się liczbę cie­kaw­skich.

Tu­ry­sta, który wy­trzy­mał cały dzień w gęstwi­nie, mógł co naj­wyżej zo­ba­czyć z da­le­ka sza­robrązowe zwierzę na cien­kich no­gach – fan­tom biegnący truch­tem w so­bie tyl­ko zna­nym kie­run­ku. Na­gle zwierzę nie­ru­cho­miało, za­czy­nało węszyć, nad­sta­wiało uszu i w oka­mgnie­niu zni­kało w zaroślach. W le­sie zja­wia­li się jed­nak nie tyl­ko turyści, szu­kający tak na­prawdę bi­cia własne­go ser­ca, zja­wia­li się też inni lu­dzie.

*

W środ­ku długiej zeszłorocz­nej zimy do tej oko­li­cy przy­je­chała eki­pa fil­mo­wa, bar­dziej niż cie­ka­wość spro­wa­dził ją tu po­dob­ny do wil­cze­go in­stynkt – in­stynkt po­lo­wa­nia, w tym wy­pad­ku na zdjęcia. Fil­mow­cy zja­wi­li się w szczy­cie zi­mo­we­go se­zo­nu, roz­bi­li obóz nad ustron­nym leśnym je­zio­rem, naj­ustron­niej­szym, jak sądziła kie­rująca wszyst­kim pro­du­cent­ka. Roz­sta­wi­li się wokół ogrom­nej przy­cze­py, z której po­dob­no ko­rzy­stał Tom Cru­ise po sce­nie wal­ki w Mis­sion Im­pos­si­ble 2, wte­dy miał ją tyl­ko dla sie­bie, te­raz przez kil­ka go­dzin mu­siała służyć większej licz­bie osób. Gwiaz­da miała zająć naj­wy­god­niej­sze po­miesz­cze­nie, z łóżkiem i prysz­ni­cem, dla dwójki dru­go­pla­no­wych ak­torów prze­zna­czo­ny był ro­dzaj sa­lo­nu, w którym cze­ka­li na zdjęcia, oglądając te­le­wizję. Poza tym w przy­cze­pie zna­lazło się jesz­cze miej­sce na biu­ro pro­du­cent­ki.

Stała w płasz­czu przy oknie i pa­trzyła na za­mar­z­nięte je­zio­ro z re­flek­to­rem przy brze­gu, udzie­lając przez te­le­fon trze­cie­go już dzi­siaj wy­wia­du. Mówiła, że tytuły fil­mo­we po­win­ny być krótkie,   k r ó t k i e,   k r ó t k i e ,   k r ó t k i e, po czym przeszła na te­mat ak­tu­al­nej pro­duk­cji: my­ste­ry dra­ma, Pocałunek anioła, to jej po­mysł, dzie­więćdzie­siąt mi­nut, w pro­gra­mie na nie­dziel­ny wieczór, z Małą – tak na­zy­wała swoją gwiazdę – w ob­sa­dzie. Po­tem jesz­cze trochę ględze­nia i wy­wiad zo­stał zakończo­ny. Wyszła z biu­ra. Ściem­niało się, cho­ciaż nie było jesz­cze czwar­tej, w swo­im na­prawdę miękkim płasz­czu z każdym kro­kiem czuła przej­mujące zim­no. Na szczęście nowe opa­dy śnie­gu za­po­wia­da­no do­pie­ro na wieczór, więc Mała, do­pie­ro jadąca na plan, zdąży na czas. Pro­du­cent­ka była nie­spo­koj­na, jak za­wsze przed noc­ny­mi zdjęcia­mi; wie­działa, co ją cze­ka – chy­ba na­wet wolałaby mieć przed sobą jakiś lek­ki poród.

*

To był ostat­ni dom na uli­cy i w zi­mo­we popołudnia wyróżniał się spośród po­kry­tych śnie­giem pól leżących na końcu osa­dy, miej­sca znaj­dującego się nie­da­le­ko lasów, w których, co udo­wod­nio­no, znów po­ka­zały się wil­ki. Jesz­cze do nie­daw­na w tym domu znaj­do­wała się wypożyczal­nia ka­set wi­deo, ale tego ro­dza­ju usługi wyszły prze­cież z mody. Te­raz jest tu­taj je­dy­na w oko­li­cy fi­lia ban­ku, ale i tak cza­sa­mi przy­cho­dzi ktoś, kto chciałby wypożyczyć film, a swoją pomyłkę do­strze­ga do­pie­ro wówczas, gdy w środ­ku spo­ty­ka tyl­ko mat­ki z dziećmi i sta­re ko­bie­ty z książecz­ka­mi oszczędnościo­wy­mi.

Także tego popołudnia, na krótko przed za­mknięciem od­działu, ktoś wszedł do sali obsługi klientów. Nie wpłacał pie­niędzy ani nie wypłacał, chciał się ogrzać i od razu pod­szedł do ka­lo­ry­fe­ra obok ga­blo­ty ze złoty­mi mo­ne­ta­mi. Nosił skórzaną kurtkę z rze­mie­nia­mi i po­dusz­ka­mi na ra­mio­nach, taką, ja­kie kie­dyś można było zo­ba­czyć je­dy­nie u mo­to­cy­klistów (kie­dyś, kie­dy jesz­cze wszyst­kie­mu to­wa­rzy­szyły poważniej­sze oko­licz­ności, zwłasz­cza skórza­nym kurt­kom), w dłoniach trzy­mał wełnianą czapkę, którą zdjął, wchodząc do ban­ku. Jego głowa wyglądała jak czasz­ka po­wle­czo­na skórą, miał gęste włosy opa­dające na uszy, czer­wo­nobrązowe oczy, czer­wo­ny od zim­na, ostro zakończo­ny, ale spo­ry nos, a na sze­ro­kim czo­le zmarszcz­ki wyglądające jak pięcio­li­nia, zmarszcz­ki, które na­gle stały się głębsze, gdy jego pal­ce jak­by same z sie­bie wy­wier­ciły w wełnia­nej czap­ce dwie dziu­ry.

Ciąg dal­szy (za­re­je­stro­wa­ny przez wiszącą przy su­fi­cie ka­merę) trwał nie­wie­le po­nad mi­nutę. Mężczy­zna naciągnął na głowę wełnianą czapkę z otwo­ra­mi i jed­no­cześnie drugą ręką sięgnął do kurt­ki, wyciągnął pi­sto­let i krzyknął:

– To jest na­pad!

Następnie wy­ce­lo­wał broń w jedną z ko­biet z dziećmi, co praw­da tyl­ko w jej ko­za­ki, i roz­ka­zał ka­sje­ro­wi przy­nieść z kasy wszyst­kie pie­niądze. Ka­sjer chciał po­wie­dzieć, że ten na­pad w ogóle się nie opłaca, ale wte­dy człowiek w ma­sce dla ostrzeżenia strze­lił w ban­ko­mat; kula odbiła się jed­nak od kan­tu i tra­fiła w oko sta­ruszkę. Ko­bie­ta za­to­czyła się, wy­rzu­ciła jesz­cze z sie­bie ja­kieś nie­zro­zu­miałe słowo i runęła mar­twa na zie­mię. Krzy­cze­li wszy­scy, spraw­ca na­padu również. Po chwi­li zagłuszył resztę, krzycząc: „Na zie­mię!”, ka­sjer wyjął wszyst­kie pie­niądze ze schow­ka i podał je przez otwór w szkla­nym okien­ku. W tym sa­mym cza­sie jego koleżanka na­cisnęła stopą przy­cisk alar­mo­wy. Człowiek w wełnia­nej ma­sce za­brał pie­niądze, upchnął je pod kurtką z rze­mie­nia­mi i wy­co­fując się tyłem, opuścił po­miesz­cze­nie. Zaczął biec do­pie­ro na dwo­rze. Pod­biegł do mo­to­ro­we­ru i wsko­czył na sie­dze­nie; ucie­kając przez zaśnieżone pola, wyglądał jak chwiejący się cień.

*

Mała jak zwy­kle sie­działa z tyłu, tego wy­ma­gał jej skom­pli­ko­wa­ny kon­trakt. Przed sobą miała pu­sty fo­tel pasażera z ekra­nem i łączem te­le­wi­zyj­nym w tyl­nej ścian­ce opar­cia, obok niej sie­dział pies, który przy­po­mi­nał jam­ni­ka szorst­kowłose­go, ale bar­dziej rzu­cał się w oczy: miał szarą kudłatą sierść i ogon jak mio­tełka do za­mia­ta­nia ku­rzu, który za­czy­nał się kręcić przy byle wesołej oka­zji, wy­star­czył cho­ciażby dźwięk bu­dzi­ka w komórce, wy­ry­wający właśnie Małą z półsnu. W pew­nym sen­sie od tego dźwięku człowiek i zwierzę za­czy­nali dzień. Dziew­czyn­ka na­tych­miast oprzy­tom­niała i za­brała się do pra­cy. Z tor­by na ubra­nia wyciąg­nęła ko­stium do fil­mu i zaczęła go wkładać, oglądając przy tym na BBC World ak­tu­al­ne wia­do­mości – jed­no i dru­gie zgod­nie z radą jej agen­ta: na pla­nie za­wsze wyglądaj świet­nie, fo­to­gra­fo­wie nie znają litości, i za­wsze bądź do­brze po­in­for­mo­wa­na, dzien­ni­ka­rze lubią za­da­wać pod­chwy­tli­we py­ta­nia.

W to późne popołudnie prze­bie­ra­nie się nie było jed­nak ta­kie pro­ste, gdyż dziew­czyn­ka nie grała zwy­czaj­nej roli typu przyszła ofia­ra mor­der­stwa, w jaką nie­ste­ty cza­sa­mi mu­siała się wcie­lać, lecz rolę na­prawdę nie­zwykłą, i kie­dy w końcu włożyła ko­stium, usiadła na brze­gu pod­grze­wa­ne­go sie­dze­nia, tak by nie po­gnieść skrzy­deł. Miała już za sobą sześć dni zdjęcio­wych, wszyst­kie ujęcia kręcono we wnętrzach, te­raz cze­kały ją noc­ne zdjęcia w ple­ne­rze nad leśnym je­zio­rem. Trzy­ma­na przez dźwig ma z na­tu­ral­nym uśmie­chem le­cieć nad za­mar­z­niętą taflą, ale na ra­zie nie za­wra­cała so­bie tym głowy. Skon­cen­tro­wała się na wia­do­mościach, za kie­row­nicą sie­dział pan We­iss, jej kie­row­ca, czy też ochro­niarz, jak z upo­rem na­zy­wały ich ma­ga­zy­ny poświęcone życiu gwiazd, wzo­rując się na najgłupszej z ga­zet – dzien­ni­ku „Hur­ra”.

Pan We­iss był sa­mot­ni­kiem, mężczyzną żyjącym wczo­rajszą mu­zyką i dzi­siejszą tech­niką. Ucho­dził za wy­kształco­ne­go, cho­ciaż źródła swo­jej edu­ka­cji utrzy­my­wał w ta­jem­ni­cy, przy­pusz­czal­nie ma­turę zro­bił w la­tach sześćdzie­siątych. W każdym ra­zie na twa­rzy i na rękach miał już dosyć dużo star­czych plam i z tego po­wo­du w nie­wiel­kim stop­niu przy­po­mi­nał ochro­nia­rza; swo­jej młodej pasażerce w ogóle wy­da­wał się sta­ra­wy, jak niektórzy krew­ni wi­dy­wa­ni tyl­ko na po­grze­bach, na­wet jeśli nie był jesz­cze aż tak sta­ry, jak mówił. W rze­czy­wi­stości czuł się młodziej niż sześćdzie­sięcio­la­tek i nie­prze­rwa­nie gro­ma­dził prze­bo­je swo­jej młodości oraz wszyst­ko, co go wzru­szało, włącznie z aria­mi; i tę mu­zyczną ener­gię za­pi­sy­wał na twar­dym dys­ku w mul­ti­me­dial­nym sys­te­mie po­jaz­du. Tyle że każdy utwór z osob­na mógł ude­rzyć w czułą strunę kie­row­cy i to był pe­wien pro­blem, który nie­co się zmniej­szał, gdy miłość do mu­zy­ki zastępowało uwiel­bie­nie dla Małej. Bo „do­bry pan We­iss”, jak go na­zy­wa­no, uwiel­biał Małą naj­bar­dziej ze wszyst­kich wożonych przez sie­bie gwiazd te­le­wi­zji i dla­te­go za­wsze wie­dział, co ona ak­tu­al­nie gra. W naj­now­szym fil­mie grała anioła i tak długo miała chro­nić przed miłosny­mi za­sadz­ka­mi parę albo parkę w ogóle nie­pa­sujących do sie­bie lu­dzi, aż hi­sto­ria po­to­czy się da­lej sama. Dow­cip po­le­gał na tym, że tyl­ko wi­dzo­wie oglądali anioła przy pra­cy, na­to­miast nie­do­bra­na para – nie, mężczy­zna z pie­niędzmi i niezłomny­mi za­sa­da­mi oraz dziew­czy­na bez pie­niędzy i z chwiej­ny­mi za­sa­da­mi, jak w fil­mie ­Pret­ty Wo­man. Według We­is­sa ten dow­cip nie był naj­wyższych lotów, a i hi­sto­ryj­ka nie mogła mieć pre­ten­sji do ory­gi­nal­ności, toteż Mała mu­siała tym bar­dziej się po­sta­rać.

– Jesz­cze się uczysz tek­stu? – rzu­cił do tyłu. – A może posłucha­my mu­zy­ki?

– Wolę mu­zykę – po­wie­działa jego młoda pasażerka.

– Tę z podróży do Pra­gi, okej?

Pio­sen­ka z podróży do Pra­gi była prze­bo­jem, który wstrząsnął nim już wte­dy, gdy nie miał jesz­cze żad­nych plam na skórze. Utwór za­li­czał się do pereł jego ko­lek­cji Ear­ly Six­ties, był to mia­no­wi­cie Piękny nie­zna­jo­my mężczy­zna śpie­wa­ny przez Con­ny Fran­cis. Do­pie­ro kil­ka mie­sięcy wcześniej, nocą na au­to­stra­dzie We­iss zaczął za­zna­ja­miać Małą z mu­zyką swo­jej młodości i był to strzał w dzie­siątkę. Woził ją już od po­nad dwóch lat, od cza­su jej nie­ocze­ki­wa­ne­go suk­ce­su w tryp­ty­ku hi­sto­rycz­nym Dziec­ko pu­sty­ni. Za­grała tam dziew­czynkę, która wy­my­ka się z rąk sie­pa­czy He­ro­da, ­sa­mot­nie błądzi po Ga­li­lei i spo­ty­ka młode­go Je­zu­sa – na samo wspo­mnie­nie tego fil­mu We­iss kręcił głową, tyle że jego głowa nie od­gry­wała żad­nej roli. Po­tem za­grała główną rolę w czte­rech in­nych fil­mach te­le­wi­zyj­nych, po­ja­wiała się w każdym talk show, a ostat­nio re­kla­mo­wała na­wet karmę dla psów i te­le­fo­ny komórko­we; ten, kto jej nie znał i nie lubił, sam był so­bie wi­nien.

– A nie byłoby le­piej, gdy­byś się jesz­cze trochę prze­spała? – za­pro­po­no­wał, ale wte­dy ze wszyst­kich głośników piękne­go sa­mo­cho­du – z ośmio­ma cy­lin­dra­mi i kom­pre­so­rem – popłynął sta­ry przebój i Mała, jak za­wsze przy mu­zy­ce, oparła czoło o szybę i za­nim za­mknęła oczy, pa­trzyła jesz­cze na prze­su­wające się zaśnieżone pola. Jej szo­fer, kie­ro­wa­ny łagod­nym głosem kom­pu­te­ro­we­go na­wi­ga­to­ra z do­ty­ko­wym ekra­nem, wy­brał bo­wiem skrót między au­to­stradą i la­sa­mi ota­czającymi od­da­lo­ny od cy­wi­li­za­cji plan zdjęcio­wy.

*

Mężczy­zna w skórza­nej kurt­ce je­chał po po­lnej dro­dze do­chodzącej do szo­sy. Było zim­no, więc z początku miał jesz­cze na głowie czapkę z dziu­ra­mi, ale po­tem, żeby le­piej wi­dzieć, zdjął ją i upchnął obok pie­niędzy i pi­sto­le­tu, be­ret­ty bri­ga­dier, ka­li­ber czter­dzieści, o którym wie­dział tyl­ko naj­ważniej­sze rze­czy – jak zmie­nić ma­ga­zy­nek, odciągnąć za­mek i jak na­cisnąć spust. Pi­sto­let po­cho­dził od pew­ne­go pol­skie­go den­ty­sty, który wy­ry­wając mu nie­dro­go dwa zęby trzo­no­we, opo­wia­dał o równie nie­dro­giej ko­lek­cji. Uwol­nio­ny od bólu, za­ku­pił wspa­niały okaz tego zbio­ru – broń może się przy­dać, gdy życie bie­rze w łeb, nie ma lep­sze­go narzędzia uwal­niającego od bólu. W ma­ga­zyn­ku na dzie­sięć kul, według jego ra­chu­by, było jesz­cze osiem po­cisków. O ile do­brze zro­zu­miał, po strza­le jed­na z kul utkwiła w głowie klient­ki ban­ku, dru­ga prze­sunęła się do ko­mo­ry na­bo­jo­wej. Go­rzej już być nie mogło, zwłasz­cza że nie­daw­no odeszła od nie­go żona, ka­ta­stro­fa nu­mer dwa. Ka­ta­stro­fa nu­mer je­den wy­da­rzyła się nie­co wcześniej (nie licząc in­nych ka­ta­strof, które w pew­nym sen­sie się przedaw­niły), mia­no­wi­cie wy­rzu­co­no go z ser­wi­su li­mu­zy­no­we­go po tym, jak pry­wat­na roz­mo­wa pasażerów wyszła na jaw w ga­ze­cie „Hur­ra”. Kie­dy sprze­da­wał te in­for­ma­cje, był w błędzie, myśląc, że tego typu lu­dzie sami sprze­dają swo­je życie roz­ma­itym ga­ze­tom, ale błędne myśle­nie to dla nie­go nie nowość, wszyst­ko dla­te­go, że w ogóle za dużo myślał. Kil­ka go­dzin temu opusz­czał sto­licę z be­rettą w kurt­ce i tyl­ko jedną myślą, czy ra­czej życze­niem. Życze­niem, by pod­czas jaz­dy mo­to­ro­we­rem roz­jaśniło mu się w głowie na tyle, żeby mógł so­bie od­po­wie­dzieć na py­ta­nie, czy życie jesz­cze się opłaca. Nie prze­wi­dział tyl­ko zim­na; do­ku­czało mu co­raz bar­dziej i w końcu, chcąc się ogrzać w ja­kiejś knaj­pie, zaje­chał do pierw­szej lep­szej miej­sco­wości. Knaj­py jed­nak nie było, były tyl­ko małe sza­re domy, w których już świe­ciły te­le­wi­zo­ry, a na końcu tej miej­sco­wości – bank. I tam się ogrzał, aż jego ręce z wełnia­nej czap­ki zro­biły maskę, z czym nie tyle związany był po­mysł na­pa­du na bank (albo lep­sze­go życia w no­wym miej­scu), co ra­czej myśl, że zdo­byłby pie­niądze w bar­dzo krótkim cza­sie i w związku z tym w bar­dzo krótkim cza­sie od­zy­skałby żonę; od lat su­szyła mu głowę o rejs na pięknym, wiel­kim stat­ku wy­ciecz­ko­wym. A te­raz ka­ta­stro­fa nu­mer trzy, mar­twa ko­bie­ta, mimo że nie ce­lo­wał na­wet do­brze w ban­ko­mat.

Lo­do­wa­te po­dmu­chy wia­tru chłostały go po twa­rzy, gdy dojeżdżał polną drogą do szo­sy, i do­pie­ro tuż przed nią na­cisnął ha­mu­lec sta­rej ma­szy­ny, żeby wy­ko­nać nagły zwrot kie­row­nicą, jak­by mógł jesz­cze wy­ko­nać zwrot w swo­im życiu. Mo­to­ro­wer za­char­czał, runął na zie­mię ni­czym ran­ny ptak i sunął da­lej już bez nie­go, po czym ude­rzył w łyse drzew­ko owo­co­we – złowro­gi trzask i huk, a chwilę później równie złowro­ga ci­sza. Pośrod­ku tej ci­szy leżał mężczy­zna, któremu nic się nie uda­wało i który wi­dział nad sobą sa­motną gwiazdę, swoją pe­chową gwiazdę, o ile taka ist­niała.

Bolała go kość pisz­cze­lo­wa, poza tym przy ustach po­czuł gorąco, a na szyi ciepło – z ja­kiejś rany płynęła krew. Uniósł się nie­co i sięgnął do skórza­nej kurt­ki – pie­niądze ciągle tam tkwiły, na dro­dze leżał pi­sto­let i kil­ka zwitków bank­notów. Naj­wi­docz­niej spadł z po­jaz­du i ko­ziołkował, a jed­nak z nie­zwykłą żywością zaczął zbie­rać pie­niądze. Mo­to­ro­wer wyglądał jak wygięty spi­nacz biu­ro­wy. Klnąc po ci­chu, li­czył pie­niądze. W naj­grub­szym zwit­ku były nie­po­sor­to­wa­ne dwu­dziest­ki, po­tem pięćdzie­siątki i set­ki z ban­de­ro­la­mi, na­to­miast fio­le­to­we pięćset­ki zmieściły się w dłoni. Nie było sześciu tysięcy, nie wy­star­czy na­wet na po­se­zo­no­wy rejs stat­kiem, Mo­rze Śródziem­ne i ka­binę wewnętrzną; upo­lo­wał śmie­ci; to był jakiś kiep­ski dow­cip. Ude­rzył dłonią w czoło i jakość dow­cipu jesz­cze spadła, bo na set­ki po­ciekła krew, i te­raz zaczął już wy­krzy­ki­wać prze­kleństwa: prze­kli­nał pola i drzew­ko owo­co­we, na którym wi­siał mo­to­ro­wer. Do­tknął rany. Znaj­do­wała się przy bro­dzie, mieścił się w niej ko­niec pal­ca – do­brze, że nikt go nie wi­dzi w tym sta­nie, na­wet on sie­bie sa­me­go, cho­ciaż chciałby się jesz­cze raz zo­ba­czyć, nie­na­ru­szo­ny, ale z obu lu­ste­rek zo­stały tyl­ko odłamki, za małe, żeby się w nich roz­po­znać.

Pod­niósł pi­sto­let, który za­wdzięczał dwóm usu­niętym trzo­now­com, i wciągnął po­wie­trze, jak­by nie chciał umrzeć, tyl­ko za­nur­ko­wać. Otwo­rzył usta i włożył lufę tak da­le­ko, że do­tknęła świeżej dziu­ry w dziąśle. Pi­sto­let ude­rzał o zęby, ręka drżała bar­dziej ze stra­chu przed bólem niż przed śmier­cią, choć początek i ko­niec bólu nastąpiłyby prze­cież w tym sa­mym mo­men­cie – ale jed­nak nie była to wspie­rająca myśl, li­czył się je­dy­nie ruch pal­ca; za­czy­nał się lek­ko zgi­nać, kie­dy na dro­dze po­ja­wiły się światła ja­kie­goś niewątpli­wie dro­gie­go sa­mo­cho­du i za­trzy­ma­ne życie po pro­stu popłynęło da­lej.

*

Pies, przybłęda zna­le­zio­ny na ja­kiejś plaży La Pal­my, był przy Małej od jej dzie­siątych uro­dzin. Ura­to­wała go od pew­nej śmier­ci, od usy­piającego za­strzy­ku w hisz­pańskim schro­ni­sku. W jego do­ku­men­tach wid­niało imię Lor­ca, co niby miało świad­czyć o upo­rze hyc­la. Po­dob­no dzie­ci na plaży, to zna­czy w schro­ni­sku, nie roz­po­znając w tej wiecz­nie pędzącej isto­cie osob­ni­ka płci męskiej, wołały na nią Loca, błaźnica albo wa­riat­ka, a on zro­bił z tego Lor­ca, może na cześć wiel­kie­go za­mor­do­wa­ne­go pi­sa­rza, cho­ciaż nie ocze­ki­wa­li­byśmy po hyc­lu aż ta­kiej sub­tel­ności. Mała przez wzgląd na trud­ne dzie­ciństwo Lor­ki zo­sta­wiła to imię, choć myślała ra­czej o czymś wy­twor­niej­szym; wkrótce Lor­ca stał się dla niej naj­lep­szym psem na świe­cie, miał wszyst­kie do­bre ce­chy przybłędy. Kie­dy goniły go duże psy, gnał przed sie­bie bez stra­chu o własne życie, pragnąc je­dy­nie uwol­nić się od prześla­dowców, w no­wej oko­li­cy sam od­naj­dy­wał drogę do domu, no i był do­sko­na­le obojętny na szum wokół jej oso­by.

Ni­cze­go się nie bał, Mała na­to­miast zdążyła już po­znać lu­dzi, którzy do oso­by występującej w te­le­wi­zji le­cie­li jak ćmy do światła, i do­wie­działa się, do ja­kiej podłości jest zdol­na śmierć. W ostat­nim roku naj­pierw przy użyciu fur­go­net­ki za­brała jej kota, a wkrótce po­tem, za po­mocą uda­ru mózgu, dziad­ka. Była kimś, kogo nie po­wstrzy­ma urządze­nie alar­mo­we w miesz­ka­niu i kto przy­cho­dzi na­wet w piękny let­ni dzień, kie­dy śpie­wają pta­ki. Kot właśnie się do nich wy­bie­rał, a kie­row­ca ciężarówki nie za­trzy­mał się, słysząc krzyk Małej. Kie­dy było już po wszyst­kim, pta­ki, jak gdy­by nig­dy nic, śpie­wały da­lej, a wnętrzności kota błysz­czały w słońcu jak zro­szo­ne desz­czem czer­wo­ne i białe kwia­ty ma­gno­lii.

Miesz­ka­nie ro­dziców znaj­do­wało się w po­bliżu sta­re­go par­ku, gdzie mogła spa­ce­ro­wać z Lorcą na­wet po zmro­ku, o ile lu­dzie od razu jej nie roz­po­zna­li. Za drze­wa­mi widać było rzekę, da­lej rozświe­tlo­ne mia­sto z naj­wyższy­mi bu­dyn­ka­mi w kra­ju. Mała lubiła wieżowce, były częścią jej oj­czy­zny, a tu­taj, na wscho­dzie, wszyst­ko wy­da­wało się obce. Miej­sce, w którym na­gle za­trzy­mał się kie­row­ca, przy­po­mi­nało Sy­be­rię, właśnie uczy­li się o niej na geo­gra­fii.

Wy­pa­dek, po­wie­dział pan We­iss, musi pomóc, ona ma zo­stać w sa­mo­cho­dzie.

– I le­piej za­mknij oczy! – krzyknął jesz­cze i wy­siadł, ubra­ny tyl­ko w wy­kroch­ma­loną ko­szulę. Po długiej jeździe za­czy­nała już wy­sta­wać ze spodni.

Mała nie za­mknęła oczu, pa­trzyła, jak kie­row­ca pod­cho­dzi do mężczy­zny siedzącego na środ­ku dro­gi, który dłonią zasłaniał twarz przed światłem re­flek­torów. Po­chy­lił się nad mężczyzną i coś do nie­go mówił, a na jego czar­nych spodniach, jak zwy­kle zresztą, utwo­rzyły się zwi­sające nad bu­ta­mi fałdy. Nig­dy nie nosił pa­ska, ale dorośli nie po­tra­fią się ubie­rać – jej mama cho­dzi na za­ku­py w szpil­kach i w płasz­czu prze­ciw­desz­czo­wym. Mimo za­mkniętych okien słyszała ich roz­mowę, nie rozróżniała słów, ale roz­ma­wia­li głośno, jak­by obaj mie­li pro­ble­my ze słuchem, a prze­cież pan We­iss ich nie miał – słyszał na­wet jej naj­cich­sze bek­nięcia po coli i na chwilę uno­sił wte­dy brwi.

Mała bar­dzo go lubiła. Prze­je­cha­li ra­zem tysiące ki­lo­metrów, pan We­iss nig­dy nie ry­zy­ko­wał, jak na przykład jej oj­ciec, wy­prze­dzając z pra­wej stro­ny, a mimo to po noc­nej podróży za­wsze punk­tu­al­nie zja­wiała się na lek­cjach, zresztą dzi­siaj będzie tak samo: pan We­iss ode­brał ją z lot­ni­ska i na czas dotrą na plan zdjęcio­wy. Nie bez po­wo­du na­zy­wa­no go do­brym pa­nem We­issem, toteż Mała przyjęła, że pod­nie­sio­ne głosy mężczyzn muszą mieć związek z wy­pad­kiem. Pan We­iss po pro­stu za­wsze za­cho­wy­wał się jak należy, na­wet jeśli nie do końca ra­dził so­bie z używa­niem jej podwójne­go imie­nia. Raz na­zy­wał ją jed­nym, raz dru­gim imie­niem i tyl­ko cza­sa­mi, późno w nocy, zwra­cał się do niej, używając skrótu, do którego wszy­scy poza nim już się przy­zwy­cza­ili. Mówił, że uni­ka imie­nia Malu z tro­ski o nią, bo ko­ja­rzyło mu się z pa­pie­ro­sa­mi i cie­nia­mi do po­wiek, tym­cza­sem Małej przy­spa­rzało tro­ski właśnie to, co wid­niało w pasz­por­cie. Nosiła bar­dzo kla­sycz­ne imio­na, Ma­rie-Lu­ise, po bab­ci, ale kto by chciał nosić kla­sykę po oso­bie, której na­wet na oczy nie wi­dział. Na na­zwi­sko miała März, co w połącze­niu z tymi imio­nami też nie brzmiało do­brze. Imię po­win­na ce­cho­wać kla­sa, a nie kla­syka. W ja­kimś talk show po­wie­działa za­tem, że jej pies właści­wie miał się na­zy­wać Malu, ale Lor­ca na­zy­wał się już Lor­ca, poza tym był sam­cem, więc imię Malu wciąż było do wzięcia. Wkrótce w „Hur­ra” ktoś właśnie tak ją na­zwał, a cała resz­ta pod­chwy­ciła ten po­mysł.

Pan We­iss schy­lił się po coś, ale nie zdążył tego pod­nieść, bo między nim a mężczyzną wywiązała się szar­pa­ni­na – mężczy­zna wstał tak szyb­ko, jak­by nic mu nie do­le­gało. Na bro­dzie miał krew, w dłoni jakiś przed­miot. Mała zo­ba­czyła jesz­cze, jak pan We­iss za­cho­dzi mu drogę i wyciąga po ten przed­miot rękę, a po­tem roz­legł się trzask, głośny jak pod­czas kręce­nia fil­mu, Lor­ca zaczął szcze­kać, a ona od­gryzła so­bie kawałek pa­znok­cia.

*

To nie był strzał z fil­mu, to był strzał z ostrej amu­ni­cji, ka­li­ber czter­dzieści, od­da­ny pod­czas sza­mo­ta­ni­ny – u mężczy­zny po­szko­do­wa­ne­go w wy­pad­ku, który naj­wy­raźniej chciał za­brać sa­mochód, a tym sa­mym Małą, kie­row­ca zo­ba­czył naj­pierw zwit­ki bank­notów, a po chwi­li pi­sto­let. Pod­czas wal­ki o broń w nieszczęśli­wym mo­men­cie czyjś pa­lec na­cis­nął spust, ucier­piał kie­row­ca, na­to­miast od­po­wied­nie ko­rzyści odniósł po­sia­dacz pi­sto­letu.

Kula przeszła uko­sem przez pierś pana We­is­sa, prze­biła kość, musnęła ser­ce i wyszła łopatką, wy­ry­wając dziurę wiel­kości pięści. Wszyst­ko nastąpiło w ułamku se­kun­dy. Ser­ce jesz­cze biło, ale krew nie płynęła już do mózgu i nóg, zaczęła wsiąkać w wy­kroch­ma­loną ko­szulę, pan We­iss chwy­tał po­wie­trze, jak­by mógł się tam cze­goś przy­trzy­mać. Wyglądało na to, że za­raz upad­nie, ale tak się nie stało – mężczy­zna, który chciał tyl­ko za­strze­lić sa­me­go sie­bie, przy­tu­lił go do sie­bie jak bra­ta i zaciągnął do sa­mo­cho­du. Otwo­rzył drzwi i po­sa­dził na obi­tym jasną skórą przed­nim sie­dze­niu dla pasażera. Pan We­iss przez chwilę mil­czał, po­tem z jego ust zaczęły wy­do­by­wać się dźwięki jak z odpływu w wan­nie. Odwrócił się i zaczął coś mówić, jak­by chciał się uspra­wie­dli­wić, ale już przy pierw­szym słowie z jego ust trysnęła krew i po­le­ciała na zagłówek, a Mała jesz­cze bar­dziej się sku­liła. Za­ty­kała Lor­ce pysk, wciąż miała otwar­te oczy, a przed nimi podłogę wyłożoną ja­gnięcą skórą, która właśnie zmie­niała ko­lor.

Klęczała tuż za sie­dze­niem kie­row­cy, żeby nie po­gnieść skrzy­deł, i gryzła kciuk. Był to trik, który sama wy­pra­co­wała na pierw­sze ca­stin­gi, gdzie za­wsze każą uda­wać tru­pa, a przy­cho­dzi prze­cież tu­zin dziew­czy­nek, które to po­tra­fią. Po ugry­zie­niu w pew­nym sen­sie zmniej­szała się do roz­miarów bolącego kciu­ka i w ten sposób przy uda­waniu tru­pa nie miała so­bie równych. Za każdym ra­zem ktoś w końcu krzy­czał: „Prze­stań, ożyj już!” – tre­ning oka­zał się te­raz bar­dzo po­moc­ny. Na­wet się nie po­ru­szyła, tyl­ko ser­ce jej waliło. Pies też sie­dział ci­cho. „Wszyst­ko w porządku” – zdążyła mu jesz­cze wy­szep­tać do ucha, za­nim do sa­mo­cho­du wsiadł człowiek, który strze­lił do pana We­is­sa. Nic nie było w porządku.

Za­mknął drzwi, nie mu­siał się długo za­sta­na­wiać nad obsługą ja­gu­ara da­im­le­ra z pełnym wy­po­sażeniem, już po ­chwi­li szu­miały sil­nicz­ki, które usta­wiają sie­dze­nie, a opar­cie się rozłożyło, jesz­cze bar­dziej ją przy­ci­skając. Mężczy­zna uru­cho­mił po­jazd, wy­re­gu­lo­wał po­dmuch na za­pa­ro­wa­ne szy­by, usta­wił bocz­ne lu­ster­ka. Zaklął pod no­sem, kie­dy z ust pana We­is­sa wy­do­był się dźwięk, jaki wy­dają chy­ba tyl­ko je­le­nie. Sa­mochód łagod­nie ru­szył, jak­by w ogóle nic się nie stało, i może dla­te­go człowiek za kie­row­nicą nie słyszał, że tuż za nim dwa ser­ca biją jak osza­lałe.

*

Reżyser, który kręcił film o anie­le stróżu i nie­do­bra­nej pa­rze, miał na imię Ben­ja­min (to był rocz­nik Oli­verów, Lu­kasów i Ke­vinów), ale chciał, żeby mówio­no do nie­go Ben. Po pierw­sze, brzmiało to ener­gicz­niej, ale w dal­szym ciągu miło, a po dru­gie, po­zwa­lało w in­nym świe­tle zo­ba­czyć jego na­zwi­sko, Me­ier, co do­brze wyglądało w te­le­wi­zji. Ben Me­ier wpraw­dzie nie miał żydow­skich ko­rze­ni, ale ocho­czo przy­sta­wał na nie­po­ro­zu­mie­nia. Na­po­my­kał o obrzędach i zwy­cza­jach, których nig­dy nie ce­le­bro­wał, wy­ry­wały mu się słowa typu „sza­bas” albo „ko­szer­ny”, a kie­dy słuchał wia­do­mości z Bli­skie­go Wscho­du, z reguły marsz­czył czoło.

Ze sce­no­pi­sem w dłoni stał nad brze­giem sa­mot­ne­go je­zio­ra, które te­raz nie było już tym sa­mym ciem­nym je­zio­rem w le­sie, bo ja­skra­wo oświe­tlały je dwa re­flek­to­ry. Jego anioł będzie po­trze­bo­wał mnóstwo światła, w te­le­wi­zji nie ma nic gor­sze­go niż bla­de ko­lo­ry, może z wyjątkiem szyb­kie­go ga­da­nia w ame­ry­kańskich fil­mach; żywe ko­lo­ry i rozsądne dia­lo­gi – na tym mu zależało. Spoj­rzał na ze­ga­rek. Sa­mochód z Małą po­wi­nien niedługo przy­je­chać, jej kie­row­ca zgłaszał każde spóźnie­nie i za­wsze był dostępny, tyl­ko nie te­raz, ale pew­nie nie ma zasięgu, to cena za odosobnie­nie. Po­zo­sta­je cze­ka­nie, które wiązało się z za­wo­dem reżyse­ra tak samo jak wiecz­nie zim­ne sto­py. Po­szedł do ogrom­nej przy­cze­py z po­ko­jem dla gwiaz­dy i salą te­le­wi­zyjną dla dwóch in­nych ak­torów – oglądali właśnie wia­do­mości, przy­siadł się.

Pry­wat­nie nie byli parą, dla­te­go też jakoś się zno­si­li, tyle że jed­no z nich było bar­dziej zna­ne i w związku z tym więcej za­ra­biało. Była to ak­tor­ka, ale w wy­pad­ku fil­mu z aniołem nie miało to większe­go zna­cze­nia, bo i tak Mała była bar­dziej zna­na niż oni obo­je ra­zem wzięci. To, że za dzień zdjęcio­wy Malu do­sta­wała więcej niż ak­tor­ka, było zasługą jej agen­ta, pana Brau­se­na, oso­by zna­nej w branży, ba! – le­gen­dar­nej. Brau­sen miał oko na wszyst­ko, co do­ty­czyło jego pod­opiecz­nej. Pil­no­wał sce­na­riu­szy, które mogły być co naj­wyżej trochę głupie, ale nie bez­brzeżnie głupie, toteż jego na­tu­ral­nym prze­ciw­ni­kiem stała się ko­bie­ta w miękkim płasz­czu, utrzy­mująca, że tytuły fil­mo­we mają być krótkie, krótkie, krótkie, krótkie.

Na­zy­wała się Hain, na imię miała Han­ne (rocz­nik Sandr i Sar) i była pro­du­cen­tem za­trud­nio­nym przez stację te­le­wi­zyjną, która wy­pro­du­ku­je, wy­emi­tu­je i roz­po­wszech­ni film o anie­le. To ona od­kryła Małą, albo ra­czej tak właśnie uważała, bo pra­co­wały ra­zem przy tryp­ty­ku o dziec­ku na pu­sty­ni. Suk­ces ude­rzył jej do głowy bar­dziej niż Małej. Wie­rzyła, że jej fil­my po­ru­szają cały naród i że miałyby pew­ne szan­se na­wet w Hol­ly­wo­od – uro­je­nie, które ułatwiało jej kon­tak­ty z po­li­ty­ka­mi, też prze­cież wierzącymi w to, że są dla wszyst­kich, a nie tyl­ko dla sie­bie sa­mych. Ra­zem z Be­nem Me­ie­rem, reżyse­rem, tak długo zmie­niała sce­na­riusz fil­mu, aż nie­do­bra­ni ko­chan­ko­wie wy­po­wia­da­li tyl­ko ta­kie kwe­stie, ja­kie chciałaby usłyszeć pu­blicz­ność przed te­le­wi­zo­ra­mi. Je­dyną nowością w fil­mie były wil­ki, re­al­ny mo­tyw o – można by na­wet po­wie­dzieć – społecz­nym pod­tekście, na­wet jeśli zdjęcia miały być kręcone w zoo. Hain uważała się za au­torkę fil­mu i uwiel­biała mo­ment, kie­dy jej na­zwi­sko po­ja­wiało się w czołówce, lubiła też pro­wa­dzić kon­fe­ren­cje pra­so­we, nic na tym nie tra­ciła; jeśli nie pra­ca w te­le­wi­zji, to może w po­li­ty­ce. Do­brze było znać po­li­tyków i być przez nich znaną, nie prze­pusz­czała więc żad­nej oka­zji, by nawiązać nowe zna­jo­mości. Kie­dy w to późne popołudnie, czy może już wcze­sny wieczór, do jej biu­ra wszedł Ben Me­ier, pro­wa­dziła właśnie roz­mowę te­le­fo­niczną z se­kre­ta­rzem sta­nu.

Me­ier od razu włączył te­le­wi­zor pa­no­ra­micz­ny, część wy­po­sażenia biu­ra, i na ka­na­le Live obej­rzał pierwszą re­lację z na­pa­du na bank, tak jak­by eki­pa dzien­ni­ka­rzy już cze­kała przed filią. Po­ka­zy­wa­li krew za­strze­lo­nej klient­ki na płyt­kach i mówili, że spraw­ca uciekł na mo­to­ro­we­rze. Można było zo­ba­czyć mapę oko­li­cy i do­wie­dzieć się o możli­wych tra­sach uciecz­ki na tym le­si­stym ob­sza­rze z nie­licz­ny­mi dro­ga­mi – jed­na z nich wiodła właśnie na plan zdjęcio­wy.

– Chy­ba po­za­my­ka­li te wszyst­kie dro­gi, dla­te­go Mała się spóźnia – po­wie­dział reżyser, a Hain roz­mowę z se­kre­ta­rzem sta­nu w Mi­ni­ster­stwie Spraw Wewnętrznych już kie­ro­wała z za­gad­nień prze­mysłu fil­mo­we­go, w których urzędnik był kom­pe­tent­ny, na spra­wy bez­pie­czeństwa, w których czuł się kom­pe­tent­ny. Mówiła stłumio­nym głosem, jak za­wsze, gdy cze­goś chciała. Pro­siła o in­for­ma­cje o ak­tu­al­nym rozkładzie sił po­li­cyj­nych w oko­li­cy, a tym­cza­sem Ben Me­ier, z po­ora­nym troską czołem, śle­dził naj­now­sze do­nie­sie­nia o ak­cji od­we­to­wej w Stre­fie Gazy.

2

Człowiek, który chciał tyl­ko za­strze­lić sa­me­go sie­bie, a nie­chcący zabił dwie inne oso­by, przy czym tę ostat­nią dla­te­go, że w pe­cho­wym mo­men­cie po­ja­wił się jakiś sa­mochód i po raz dru­gi pi­sto­let wy­strze­lił pod niewłaści­wym kątem, po­tra­fił zli­czyć na pal­cach jed­nej ręki, mimo bra­ku doświad­cze­nia w życiu przestępczym, kro­ki, ja­kie po­dej­mie po­li­cja. Żeby go nie zlo­ka­li­zo­wa­li, musi uni­kać uczęszcza­nych dróg, nie włączać na­wi­ga­cji sa­te­li­tar­nej. I naj­le­piej ucie­kać w po­je­dynkę, co zna­czy, że po­sia­dacz sa­mochodu, czy kim tam był ten za­la­ny krwią człowiek obok, po­wi­nien jak naj­szyb­ciej umrzeć, żeby nie trze­ba było wzy­wać po­mo­cy albo wieźć go do naj­bliższe­go szpi­ta­la, co i tak nie miałoby sen­su przy tak dużej utra­cie krwi.

Do­tknął szyi mężczy­zny, kie­ro­wał te­raz jedną ręką; może tętno jesz­cze było, może już nie. Na pew­no z ust wy­do­by­wało się po­wie­trze, tworząc czer­wo­ne bańki – chy­ba trud­niej było odwrócić wzrok niż na to pa­trzeć. Nie mógł jed­nak pa­trzeć w nie­skończo­ność, mu­siał kie­ro­wać, mu­siał je­chać da­lej. Ciągle po­ru­szał się po wiej­skiej, nie­mal zupełnie pro­stej dro­dze, przy której z rzad­ka tyl­ko wi­dział cień ja­kiejś brzo­zy; od­lud­na oko­li­ca, a stałaby się jesz­cze od­lud­niej­sza. Ostat­nio był tu­taj je­sie­nią, pod ko­niec paździer­ni­ka, kie­dy to od zżętych pól, na których jak nieżywe leżały tysiące zmęczo­nych lo­tem na południe żura­wi, biło światło, które spra­wiało ból. Pta­ki z pew­nością są już na miej­scu, pod­czas gdy on uda­je się na wschód. Auto po­wo­li sunęło, wy­obra­ził so­bie, że przed ko­lejną brzozą na­gle gwałtow­nie skręca, ota­czały go jed­nak po­dusz­ki po­wietrz­ne, nie chciał skończyć w ku­pie białych ba­lonów. Po­tem drzew przy dro­dze było tak dużo, że utwo­rzyły aleję, wje­chał w brzo­zo­wy tu­nel i zwol­nił, ale zo­ba­czył drew­nia­ne krzyże, za­wsty­dził go wi­dok rozłupa­nych pni i zwiędłych kwiatów. Są lep­sze miej­sca na umie­ra­nie – choćby las, do którego właśnie zmie­rzał. Kie­row­nicę zno­wu trzy­mał obie­ma rękami, obok już nic się nie po­ru­szało, tyl­ko wciąż lała się krew i wy­dzie­lała za­pach, który przy­po­mi­nał mu psy. Właśnie zaczął się las. Opuścił szybę i wdy­chał zim­ne po­wie­trze, je­chał prostą drogą pomiędzy ośnieżony­mi brzo­za­mi i so­sna­mi. Lek­ko dodał gazu, co wy­star­czyło, żeby sa­mochód jak po­cisk po­mknął aż do zakrętu. Na szczęś­cie dokład­nie na zakręcie znaj­do­wało się roz­wi­dle­nie, tyl­ko dla­te­go udało mu się go nie prze­oczyć.

To była leśna dro­ga wiodąca wśród po­chy­lo­nych drzew, naj­wi­docz­niej rzad­ko uczęszcza­na, bo sa­mochód le­d­wo się mieścił pomiędzy za­sy­pa­ny­mi śnie­giem krza­ka­mi; ni­sko wiszące gałęzie do­ty­kały da­chu i co chwi­la któraś z nich wdzie­rała się przez okno. Do­pie­ro kie­dy miał ośnieżony lewy rękaw, za­sunął szybę i po­zwo­lił po­jaz­do­wi swo­bod­nie się to­czyć. Wyłączył sil­nik i światła, ale ci­sza i ciem­ność były tak potężne, że za­raz je włączył. Dro­ga wy­da­wała się ginąć gdzieś w le­sie, światło gubiło się w pląta­ni­nie gałęzi, po pro­stu zni­kało tak jak życie po­sia­da­cza sa­mochodu, który prze­stał już wy­da­wać ja­kie­kol­wiek dźwięki. Chwy­cił dłoń wy­stającą z białego ­man­kie­tu czer­wo­nej ko­szu­li, jesz­cze ciepłą dłoń bez pul­su, po­krytą star­czy­mi pla­ma­mi, ka­ta­stro­fa nu­mer czte­ry.

Po raz dru­gi włożył so­bie pi­sto­let do ust, ser­ce biło mu jak sza­lo­ne, miał na­dzieję, że po pro­stu zatłucze go na śmierć. Ale nie umarł, wręcz prze­ciw­nie – to dzięki ser­cu po­czuł, że żyje. Mimo zim­na w sa­mo­cho­dzie po twa­rzy spływał mu pot. Wpa­try­wał się w pa­lec, od którego wszyst­ko te­raz zależało, i był gotów go zgiąć, ale za­brzmiała me­lo­dia, jak­by po­bra­na ze środ­ka jego mózgu po to, by w do­wol­nej chwi­li rzu­cić go na ko­la­na. To był za­gra­ny na skrzyp­cach w wy­so­kich to­nach utwór, przy­po­mniał mu dziew­czynę, z którą daw­no temu tańczył przy pio­sen­ce My Lit­tle Ru­na­way, tuż przed pierw­szym pocałunkiem. Miała na imię Ka­rin, raz z nim cho­dziła, raz nie, i tą pio­senką czy tańcem chciał jej po­wie­dzieć, że wpraw­dzie jest ucie­ki­nierką, ale jego małą ucie­ki­nierką.

Bar­dzo wol­no, jak­by dawał jesz­cze pal­co­wi szansę, wyciągnął pi­sto­let z ust, bo odwrócił się i zo­ba­czył anioła z psem i komórką. Gdy­by nie to zgrab­ne urządze­nie, z którego ciągle le­ciała, pobrzękując, piękna sta­ra pio­sen­ka, pomyślałby, że jest już mar­twy i ten anioł się z nie­go natrząsa. Po chwi­li wy­rwał mu apa­rat z dłoni i wyłączył me­lo­dię.

*

Mała myślała, że to już jej ostat­nia chwi­la i za­raz znaj­dzie się tam, gdzie pan We­iss, czy­li, według jej mnie­ma­nia, gdzieś między nie­bem a zie­mią, ale mężczy­zna siedzący te­raz na jego miej­scu tyl­ko przewrócił ocza­mi. Łapiąc po­wie­trze (bo i jego ser­ce biło jak sza­lo­ne), za­py­tał ją, skąd ma ten dzwo­nek, więc spoj­rzała na swo­je­go kie­rowcę, który często słuchał tej pio­sen­ki i jeśli cho­dzi o trans­plan­ta­cje dzwonków, był zna­ko­mi­tym chi­rur­giem. Jak się na­zy­wa, pytał da­lej, na wszel­ki wy­pa­dek po­wie­działa prawdę, Ma­rie-Lu­ise.

– Ma­rie-Lu­ise? – Mężczy­zna prze­cze­sał pal­ca­mi włosy, nor­mal­nie były siwe, ale od krwi na dłoniach zro­biły się na nich czer­wo­ne pa­sem­ka. – Tak się kie­dyś na­zy­wały tyl­ko ja­kieś strasz­ne ciot­ki. Nie opo­wia­daj bzdur.

– Ale tak mam na imię.

Szczękała zębami jak w gorączce, włożyła kciuk do ust. Mężczy­zna da­lej na nią pa­trzył i chy­ba jesz­cze jej nie po­zna­wał. Ci bo­wiem, którzy ją rozpo­zna­wali, czy to na uli­cy, czy w sa­mo­lo­cie, głupko­wa­to się uśmie­cha­li, na­to­miast jego twarz po­zo­stała nie­ru­cho­ma, tyl­ko nierówny­mi strużkami spływał po niej pot. Ale jeśli jej nie po­znał, możliwe na­wet, że jej wca­le nie znał, to albo jest z da­le­ka, albo nie pro­wa­dzi nor­mal­ne­go życia, to zna­czy ta­kie­go, w którym wie­czo­ry spędza się przed te­le­wi­zo­rem. Wyciągnęła pa­lec z buzi, zęby jesz­cze ci­chut­ko dzwo­niły, za to drżał jej brzuch, jak­by trze­po­tały w nim pta­ki. Pra­wie nie mogła mówić.

– A jak pan się na­zy­wa?

Mężczy­zna otwo­rzył scho­wek i wyjął z nie­go pierwszą rzecz, jaka mu wpadła w ręce – in­strukcję obsługi sprzętu mu­zycz­ne­go. Wy­rwał kil­ka kar­tek i próbował wy­trzeć nimi za­krwa­wio­ny zagłówek.

– Po ko­lei – po­wie­dział, a trze­po­ta­nie w brzu­chu Małej roz­prze­strze­niło się na klatkę pier­siową i nogi. Miała wrażenie, że roz­pa­da się całe jej ciało, ale nie płakała; dużo trud­niej było nie płakać na zawołanie niż roz­sz­lo­chać się na zawołanie w ja­kiejś sce­nie. Nie udałoby się to bez Lor­ki, któremu wciąż za­ty­kała wil­got­ny, ciepły pysk.

– Jak pan so­bie życzy – po­wie­działa, trzy­mając się ko­lej­nej rady swo­je­go agen­ta: do do­rosłych zwra­caj się pan i pani, aż sami będą błagać, żebyś przeszła z nimi na ty. Wciąż miała su­che oczy, za­bro­niła so­bie wypaść z roli, ale nie może też prze­sa­dzać, bo to prze­szka­dza uzbro­jo­nym mężczy­znom, na­wet w fil­mie, kie­dy strze­lają śle­py­mi na­bo­ja­mi. Za­gra bez łez i bez roz­ma­chu, jesz­cze nig­dy nie do­stała po­dob­ne­go za­da­nia ak­tor­skie­go, w do­dat­ku musi jej się udać już za pierw­szym ra­zem, jak na ca­stin­gu, kie­dy ktoś zno­wu mówi: wy­obraź so­bie, że właśnie umarła two­ja mama.

– Na­zy­wam się Ho­ede­rer – po­wie­dział mężczy­zna (zresztą zgod­nie z prawdą). – Nie chciałem strze­lić. To był wy­pa­dek, ro­zu­miesz?

Mała, ciągle wciśnięta w róg sie­dze­nia, spoj­rzała na nie­go, a po­tem po­wo­li się pod­niosła z aniel­ski­mi skrzydłami na ple­cach. Miała po­czu­cie, że za­raz zo­sta­nie zde­ma­sko­wa­na, że jest oszustką.

– Pan We­iss chciał tyl­ko panu pomóc! – krzyknęła, a mężczy­zna położył pa­lec na ustach, tak jak­by ktoś mógł ich usłyszeć.

– Tak się na­zy­wał? – za­py­tał.

– Tak, jest moim kie­rowcą.

– Był two­im kie­rowcą – po­wie­dział ze spo­ko­jem – był two­im kie­rowcą – pod­kreślając słowo „był”.

Mała włożyła pal­ce w sierść Lor­ki, obo­je drżeli, ona bała się o swo­je życie, a pies po­czuł krew pana We­is­sa, który już za­padł się w so­bie, zmniej­szył się jak prze­dziu­ra­wio­ny na­dmu­chi­wa­ny del­fin. Mężczy­zna do­tknął jego szyi, jak­by był le­ka­rzem albo sa­ni­ta­riu­szem.

– Nic już się nie da zro­bić – po­wie­dział – ko­niec.

Opuścił rękę. Mała po­chy­liła się, chciała sama po­czuć ko­niec pana We­is­sa, ale wte­dy jego głowa i tułów po­le­ciały na obłożoną skórą półkę nad schow­kiem. Do­pie­ro te­raz zaczęła krzy­czeć tak głośno, jak­by składała się z sa­mych tyl­ko ust, Lor­ca szcze­kał, a mężczy­zna siedzący na miej­scu panaWe­is­sa gwałtow­nie się odwrócił, tak jak jej oj­ciec, kie­dy miał już wszyst­kie­go dosyć. Nie wrzesz­czał, wska­zał tyl­ko na psa i zro­bił pal­cem ruch jak przy na­ci­ska­niu spu­stu.

– Ty też się za­mknij – po­wie­dział. – Jeśli pies mnie ugry­zie, za­biję go, ka­pu­jesz?

Brzmiało to jak ja­kieś zaklęcie, Mała po­ki­wała tyl­ko głową, tak jak w szko­le, kie­dy właści­wie ni­cze­go nie ka­po­wała, a mężczy­zna, który po­no­sił winę za wszyst­ko – ran­ny w brodę, co za­uważyła do­pie­ro te­raz – odwrócił się, włączył bieg i dodał gazu, le­d­wo zdążyła cze­goś się przy­trzy­mać.

Sa­mochód o mocy trzy­stu dzie­więćdzie­sięciu koni me­cha­nicz­nych mknął po leśnej dro­dze, pan We­iss wrócił do po­przed­niej po­zy­cji, jego głowa ude­rzała o boczną szybę. Mała po­chy­liła się. Prze­strzeń między sie­dze­nia­mi wy­ko­rzy­stała, by spoj­rzeć swo­je­mu kie­row­cy – dla niej ciągle nim był – w twarz, niełatwe za­da­nie, na­wet jeśli wcześniej, w fil­mach, miało się do czy­nie­nia z moc­no ucha­rak­te­ry­zo­wa­ny­mi zwłoka­mi. Ostrożnie, ale nie na­zbyt ostrożnie, do­tknęła pal­ca­mi jego szyi, gest, jaki wi­działa kie­dyś u ak­to­ra grającego ko­mi­sa­rza. Nic nie wy­czuła, zupełnie nic, za to na ra­mie­niu po­czuła jakąś dłoń.

– On jest mar­twy – po­wie­dział mężczy­zna, który te­raz pro­wa­dził auto. – Mar­twy, nie żyje, ko­niec.

– Bo go pan za­strze­lił.

– Nie­praw­da – broń sama wy­strze­liła. Kula mogła tra­fić również mnie.

– Ale nie tra­fiła.

– Tak, za­brakło mi trochę szczęścia.

Mężczy­zna ominął jakiś ko­nar na dro­dze i za­trzy­mał sa­mochód. Przekręcił klu­czyk w sta­cyj­ce i po­wie­dział, że muszą oszczędzać ben­zynę, bo noc będzie mroźna.

– Chy­ba że chcesz marznąć?

– Nie – Mała wróciła na miej­sce, wi­działa, że kie­dy mężczy­zna mówi, szy­ba po­kry­wa się parą. Mówił, że ma już dosyć mro­zu, i Małej zaczęło być zim­no w nogi. Po­tem dała o so­bie znać wy­pi­ta cola, napój nie roz­puścił się na­gle w po­wie­trzu, a szan­se na wyjście do to­a­le­ty były bar­dzo małe.

– Co tu ro­bi­my? – za­py­tała, sięgając po pi­ko­waną kurtkę. Leżał pod nią ple­cak, w którym znaj­do­wało się wszyst­ko, co może się przy­dać w podróży, na przykład chu­s­tecz­ki hi­gie­nicz­ne. Muszą leżeć gdzieś między suchą karmą, cze­ko­ladą, opaską na oczy, pie­niędzmi i iPo­dem. Jed­nak się rozpłakała, tak jak­by cola szu­kała ja­kie­go­kol­wiek ujścia. Grze­bała w ple­caku, ale udało jej się zna­leźć tyl­ko jedną, zmiętą i brudną chu­s­teczkę.

– Nic nie ro­bi­my – od­parł mężczy­zna.

– Więc możemy je­chać da­lej – wy­tarła łzy reszt­ka­mi chu­s­tecz­ki na tyle, na ile się dało, i spróbowała spo­koj­nie od­dy­chać. Na pla­nie już się nie­po­koją, cały rozkład dnia bie­rze w łeb. Pan We­iss nie żyje, jest praw­dzi­wym tru­pem, a ona ko­niecz­nie musi stąd wyjść. Nic już nie było jak daw­niej, świat był inny, nieszczęśliwy jak wte­dy, gdy zginął jej kot. Już miała po­zwo­lić łzom, by płynęły, gdy na­gle roz­legł się dzwo­nek, ja­kie­go nie było w żad­nej in­nej komórce. Od razu wie­działa, kto dzwo­ni.

– To mój reżyser – po­wie­działa, bo mężczy­zna na miej­scu pana We­is­sa pod­niósł te­le­fon do ucha, jak­by dzwo­nio­no do nie­go.

– Ach, anioł jest do fil­mu?

– Do