Strona główna » Biznes, rozwój, prawo » Mapa wzrostu. Szanse gospodarcze dla państw grupy BRICS

Mapa wzrostu. Szanse gospodarcze dla państw grupy BRICS

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-63773-57-1

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Mapa wzrostu. Szanse gospodarcze dla państw grupy BRICS

Nie ma lepszego przewodnika po nowej mapie gospodarczej świata niż Jim O’Neill. Jego książka, pełna inteligentnych, ciekawych obserwacji, zawiera wspaniałą opowieść o naszych czasach: o fundamentalnej zmianie układu sił w gospodarce, w którym zachód oddaje pałeczkę reszcie świata.

Niall Ferguson, autor książki „the Ascent of Money and Civilization”.

Jim O’Neill pokazuje, jak inwestorzy i firmy z Zachodu postrzegają świat. Książka ta opowiada nieprawdopodobną, choć prawdziwą historię o tym, jak O’Neillowi udał się rozwinąć przełomową teorię, która niesie potężny przekaz, a przy tym jest żywo i przystępnie napisana.

Financial Times, Gillian Tett.

Jim O’Neill podważa schematy myślowe i przekonuje nas, że wielkie przesunięcie na wschód powinno być powitane przez Zachód z radością i nadzieją, nie zaś z rezerwą czy obawą. Ta ksiażka to wszystko, czego potrzebujemy.

Sir Martin Sorrell, CEO, WPP

W pięcioliterowym skrócie Jim O’Neill ujął jedno z ze zjawisk XXI wieku o najdonioślejszym znaczeniu. Jim zmienił myślenie świata o wzrostach gospodarczych – jak również myślenie państw BRIC o nich samych.

Lloyd Blankfein, Prezes i CEO, Goldman Sachs.

Dzieje krajów rozwijających się powinny przez historyków przyszłości zostać uznane za najważniejszą część historii. To opowieść o tym, jak wiele najważniejszych globalnych standardów zbiegło się razem w jednym punkcie. Miliardy ludzi ciężko pracują, uczą się, wreszcie wzrasta ich efektywność. Ale zaraz zaraz… jeśli chcesz dowiedzieć się szczegółowo, jak do tego doszło, nie musisz czekać na publikację jakiegoś historyka za kilkadziesiąt lat. Wystarczy, że przeczytasz tę wspaniałą książkę Jima O’Neilla!

Arminio Fraga, ekonomista i były prezes Banku Centralnego Brazylii.

 

 

Dziesięć lat temu Jim O’Neill opublikował niezwykłą prognozę: państwa z grupy G-7, łącznie ze Stanami Zjednoczonymi, Wielką Brytanią i Japonią stracą pozycję największych potęg gospodarczych. Wraz z globalizacją nadejdzie nowa era, w której będą dominować nowe siły, państwa takie jak Brazylia, Rosja, Indie i Chiny – mające ogromną liczbę mieszkańców, rosnące miasta, zasoby surowcowe i ogromne ambicje. To właśnie one mogą prześcignąć największe gospodarczo kraje Zachodu.

Tak narodziła się grupa BRIC

Żadna inna teoria gospodarcza nie definiuje XXI wieku pełniej, ani precyzyjniej. W minionym dziesięcioleciu wszystkie cztery kraje BRIC doświadczyły intensywnego wzrostu, obecnie znajdują się wśród dziesięciu największych gospodarczo krajów świata. Prognoza, którą wysunął Jim O’Neill, dała ostrogę przemianom gospodarczym i społecznym, stworzyła nowe struktury polityczne, i podważyło myślenie liderów biznesu, władz państwowych i decydentów.

Co kryje przyszłość? Czy kraje BRIC ( Dzisiaj już BRICs, bowiem do czterech wcześniejszych dołączyła Republika Południowej Afryki) utrzymają dotychczasowe, niezwykłe tempo wzrostu? A może znajdą się kolejne kraje, dzięki którym nowa potęga gospodarcza rozprzestrzeni się dalej na wschód i na południe? W swej znakomitej , bardzo trafiającej dziś w czas książce Jim O’Neill, dzieli się swymi przemyśleniami o tym jak i dlaczego rozwinął jedną z najbardziej przekonujących teorii gospodarczych naszych czasów. Przedstawia także koncepcję N-11, grupy obejmującej szybko wzrastające kraje, takie jak Bangladesz, Egipt, Indonezja, Iran, Meksyk, Nigeria, Pakistan, Filipiny, Korea Południowa, Turcja i Wietnam, które mogą w przyszłości mieć wpływ podobny do tego, które dziś wywierają na świat kraje BRIC. Twardo utrzymuje, że właściwa nazwa na określenie tych państw, które mają największy potencjał transformacyjny, to Rynki Wzrostu, gdyż są one czymś innym niż kraje rozwijające się. Świat potrzebuje wzrostów. Świat potrzebuje Mapy Wzrostów.

Polecane książki

Publikacja porównuje poszczególne MSR/MSSF do ustawy o rachunkowości, opisując każdy z międzynarodowych standardów z odniesieniem do analogicznych regulacji w polskiej ustawie i Krajowych Standardach Rachunkowości. Warto zwrócić szczególną uwagę na różnice w regulacjach MSR/MSSF i UoR. Brak niektóry...
Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i angielskiej. A dual Polish-English language edition. Akcja rozpoczyna się w domu przy Baker Street, gdzie Sherlock Holmes przyjmuje nowego klienta – jest nim dziedziczny król Czech, Wilhelm Gottsreich Sigismond von Ormstein. Oświadcza, iż jakiś czas te...
Treść Zamczyska zła rozgrywa się w większości na zamku, który jest siedzibą zła. W nim znajduje się zejście do czeluści piekielnych. Król i królowa są głównymi bohaterami, a potem córka, która jest dzieckiem królowej i diabła. Z boku tytułowego zamczyska znajduje się czarny las, w którym żyje zła wi...
Akta osobowe pracowników można prowadzić także w systemie informatycznym, ale tylko obok obowiązkowych papierowych teczek. Prowadzenia akt osobowych pracowników w formie papierowej nadal wymagają bowiem przepisy. Jakie korzyści dają e-akta i jak prowadzić je zgodnie z prawem? Przykładowo – czy akta ...
"Minął ostatni dzień przed Bożym Narodzeniem. Nastała jasna zimowa noc. Wyjrzały gwiazdy. Księżyc majestatycznie wypłynął na niebo — poświecić ludziom dobrej woli i całemu światu, iżby wszyscy mogli wesoło kolędować i sławić Chrystusa. Mróz brał mocniej niż z rana; ale za to było tak cicho, że skrzy...
W pracy przedstawiono główne zagadnienia związane z organizowaniem i prowadzeniem przedsięwzięć partnerstwa publiczno-prywatnego, zwracając szczególną uwagę na konieczność ich zabezpieczenia przed wystąpieniem skutków wynikających w rozbieżności celów partycypujących stron. Praca adresowana jest spe...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Jim O’Neill

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

The Growth Map

First pu­bli­shed in Gre­at Bri­ta­in in the En­glish lan­gu­age by Pen­gu­in Bo­oks Ltd.

Prze­kład: Ju­sty­na Jan­nasz

Pro­jekt okład­ki: Łu­kasz Paw­lak

Re­dak­cja: Elż­bie­ta So­bo­lew­ska

Re­dak­cja tech­nicz­na: Pa­weł Żuk

Co­py­ri­ght © 2012 O’Neil Jim

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion

by Stu­dio EMKA, War­sza­wa 2013

Wszel­kie pra­wa, włącz­nie z pra­wem

do re­pro­duk­cji tek­stów w ca­ło­ści lub w czę­ści,

w ja­kie­kol­wiek for­mie – za­strze­żo­ne.

Wszel­kich in­for­ma­cji udzie­la:

Wy­daw­nic­two Stu­dio EMKA

ul. Kró­lo­wej Al­do­ny 6, 03-928 War­sza­wa

Tel./fax 22 628 08 38, 616 00 67

wy­daw­nic­two@stu­dio­em­ka.com.pl

www.stu­dio­em­ka.com.pl

ISBN 978-83-63773-57-1

Skład i ła­ma­nie: www.an­ter.waw.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Wstęp:Brawurowy wzrost

Wio­sną 2008 r. wy­ku­pi­łem na paź­dzier­nik wy­ciecz­kę w Hi­ma­la­je. Mia­ła to być nie­spo­dzian­ka dla żony – pre­zent na dwu­dzie­stą pią­tą rocz­ni­cę na­sze­go ślu­bu. Ce­lem trek­kin­gu była baza u stóp Mo­unt Eve­re­stu. Na trzy ty­go­dnie przed na­szym wy­jaz­dem upadł bank Leh­man Bro­thers, czwar­ty pod wzglę­dem wiel­ko­ści bank na świe­cie. Jego ban­kruc­two sta­ło się za­pal­ni­kiem glo­bal­ne­go kry­zy­su.

Wów­czas by­łem jesz­cze głów­nym eko­no­mi­stą w lon­dyń­skim biu­rze Gold­man Sachs, in­ne­go wio­dą­ce­go ame­ry­kań­skie­go ban­ku in­we­sty­cyj­ne­go. Czu­łem się roz­dar­ty. Co ro­bić? Je­chać w po­dróż i przez dwa ty­go­dnie nie być w pra­cy? A co gor­sza, w ogó­le nie wie­dzieć, co się dzie­je? Z per­spek­ty­wy bran­ży fi­nan­so­wej wy­da­wa­ło się, że świat się wali. Po dłu­gich roz­wa­ża­niach, po­mi­mo roz­te­rek, uzna­łem, że po­win­ni­śmy po­je­chać. W su­mie, gdy­bym od­kła­dał wa­ka­cje na mo­ment, gdy na świe­cie za­pa­nu­je cał­ko­wi­ty spo­kój, mógł­bym się ich nig­dy nie do­cze­kać. A wte­dy wła­śnie bar­dzo po­trze­bo­wa­łem od­po­czyn­ku. Przez wie­le ty­go­dni pra­co­wa­łem nie­mal bez prze­rwy, na­wet week­en­dów nie mia­łem wol­nych. Po­my­śla­łem, że nie po­wstrzy­mam kry­zy­su, zo­sta­jąc w biu­rze na ko­lej­ne dwa ty­go­dnie. Może wię­cej po­żyt­ku przy­nie­sie mi ode­rwa­nie się i po­byt z dala od ca­łe­go za­mie­sza­nia.

W dro­dze pod Mo­unt Eve­rest spę­dzi­li­śmy noc w sto­li­cy Ne­pa­lu, Kat­man­du, cze­ka­jąc na prze­ra­ża­ją­cy lot do Lu­kli, gdzie mie­li­śmy wy­lą­do­wać na lot­ni­sku Ten­zin­ga Hil­la­re­go. W ho­te­lo­wej re­stau­ra­cji nie było ni­ko­go oprócz nas, więc kie­row­nik sali miał dość cza­su, by po­ga­wę­dzić z nami przy ko­la­cji. W pew­nej chwi­li wspo­mniał o ogar­nia­ją­cym świat „kry­zy­sie kre­dy­to­wym”. Dla nas, lu­dzi Za­cho­du, kry­zys kre­dy­to­wy ozna­cza przede wszyst­kim na­gły spa­dek do­stęp­no­ści kre­dy­tów ban­ko­wych. Ale w Ne­pa­lu, gdzie więk­szość trans­ak­cji roz­li­cza­na jest w go­tów­ce, albo na­wet w bar­te­rze, coś ta­kie­go nie ma więk­sze­go zna­cze­nia. Sze­fa re­stau­ra­cji mar­twi­ły przede wszyst­kim ro­sną­ce kosz­ty ener­gii. Spła­ty kre­dy­tów pod­wyż­szo­ne­go ry­zy­ka nie są w Kat­man­du po­wszech­nym pro­ble­mem, ale ceny pa­li­wa, owszem.

Ga­dał tak i ga­dał, aż za­świ­ta­ło mi w gło­wie, że pew­nie to, co jest waż­ne dla nie­go, ma też wiel­kie zna­cze­nie dla Chiń­czy­ków i Hin­du­sów. Gdy­by cena za ba­rył­kę ropy spa­dła do wcze­śniej­sze­go po­zio­mu, mo­gło­by się oka­zać, że kry­zys, któ­ry uzna­li­śmy za „glo­bal­ny”, jest je­dy­nie kry­zy­sem Za­cho­du. Wi­nien mu je­stem po­rząd­ne­go drin­ka za to, że za­in­spi­ro­wał mnie do ta­kie­go spoj­rze­nia na świat.

Już póź­niej, w dro­dze do bazy pod Eve­re­stem, mi­ja­li­śmy nie­wiel­kie mia­stecz­ko Na­mche Ba­za­ar, przy­cup­nię­te na skra­ju pła­sko­wy­żu, ja­kieś 3800 me­trów nad po­zio­mem mo­rza. I fak­tycz­nie, tak jak na­zwa wska­zu­je, jest tam ba­zar, na któ­rym za­opa­tru­je się za­rów­no więk­szość wy­praw wspi­nacz­ko­wych, jak i miesz­kań­cy oko­licz­nych wio­sek. Ty­be­tań­scy kup­cy przy­by­wa­ją tam z ka­ra­wa­na­mi ja­ków i osłów ob­ju­czo­nych wszel­ki­mi moż­li­wy­mi to­wa­ra­mi, prze­pra­wia­jąc się nie­bez­piecz­ny­mi szla­ka­mi przez wy­so­kie góry. Czy­ta­łem wie­le opo­wie­ści o przy­go­dach tych nie­ustra­szo­nych wę­drow­ców, i choć nie we wszyst­kie go­tów by­łem uwie­rzyć, i tak ro­bi­ły duże wra­że­nie. By­łem jed­nak jesz­cze bar­dziej zdu­mio­ny, gdy oka­za­ło się, że kup­cy nie tyl­ko po­tra­fi­li po­ko­ny­wać dłu­gie dy­stan­se w nie­zwy­kle trud­nych wa­run­kach, ale też po dro­dze wy­mie­niać po­mię­dzy sobą, przez ko­mór­kę, in­for­ma­cje na te­mat sy­tu­acji na ba­za­rze. To nie­sa­mo­wi­te, że bez więk­sze­go pro­ble­mu ko­rzy­sta­li z chiń­skiej sie­ci ko­mór­ko­wej w po­ło­wie wy­so­ko­ści hi­ma­laj­skiej góry. Prze­cież na­wet w An­glii nie wszę­dzie jest za­sięg!

Jed­na z ostat­nich ga­zet, jaką mia­łem w ręku przed wy­lo­tem z Lon­dy­nu, po­da­wa­ła, że oto wła­śnie nad­cho­dzi kres glo­ba­li­za­cji. Tym­cza­sem wy­so­ko w Hi­ma­la­jach mia­łem oka­zję prze­ko­nać się na­ocz­nie, jak lu­dzie, na pierw­szy rzut oka wy­glą­da­ją­cy bar­dzo pry­mi­tyw­nie, z wiel­ką swo­bo­dą po­słu­gu­ją się jed­nym z naj­no­wo­cze­śniej­szych na­rzę­dzi do pro­wa­dze­nia trans­ak­cji han­dlo­wych. Czy to nie wspa­nia­ły przy­kład, że glo­ba­li­za­cja po­stę­pu­je da­lej i ma się zna­ko­mi­cie? Zro­zu­mia­łem wów­czas, z jak wą­skiej per­spek­ty­wy za­zwy­czaj pa­trzy­my na świat.

W 2001 r. na­pi­sa­łem ra­port wy­da­ny w ra­mach se­rii wy­daw­ni­czej „Gold­man Sachs’ Glo­bal Eco­no­mics”, w któ­rym ba­da­łem związ­ki po­mię­dzy wio­dą­cy­mi go­spo­dar­ka­mi świa­to­wy­mi a nie­któ­ry­mi więk­szy­mi go­spo­dar­ka­mi kra­jów roz­wi­ja­ją­cych się1.

My­śla­łem, że go­spo­dar­ka świa­to­wa w nad­cho­dzą­cych de­ka­dach bę­dzie na­pę­dza­na przez czte­ry kra­je cha­rak­te­ry­zu­ją­ce się bar­dzo licz­ną po­pu­la­cją i wiel­ki­mi go­spo­dar­czy­mi am­bi­cja­mi, czy­li Bra­zy­lię, Ro­sję, In­die i Chi­ny. Stwo­rzy­łem też wów­czas na po­trze­by opi­su tych kra­jów na­zwę BRIC, bę­dą­cą akro­ni­mem ich nazw (BRICK ozna­cza po an­giel­sku ce­głę – przyp. tłum.).

Od tego cza­su moja ka­rie­ra w du­żym stop­niu za­le­ża­ła wła­śnie od tego jed­ne­go ter­mi­nu. Już wów­czas prze­sta­łem my­śleć o go­spo­dar­kach tych czte­rech państw jako o tra­dy­cyj­nych go­spo­dar­kach kra­jów roz­wi­ja­ją­cych się. Mi­nę­ło dzie­sięć lat, a ja jesz­cze go­rę­cej chcę prze­ko­nać świat, że wła­śnie to te kra­je, wraz z in­ny­mi wscho­dzą­cy­mi gwiaz­da­mi, są mo­to­rem na­pę­dza­ją­cym wzrost świa­to­wej go­spo­dar­ki, i jesz­cze dłu­go nim po­zo­sta­ną.

Kry­zys za­po­cząt­ko­wa­ny we wrze­śniu 2008 r. dla wie­lu ozna­czał, że hi­sto­ria BRIC do­bie­gła koń­ca. Chwi­la­mi i ja ży­wi­łem ta­kie oba­wy. W pierw­szej fali kry­zy­su, na za­sa­dzie kloc­ków do­mi­na, ryn­ki ak­cji państw BRIC od­no­to­wa­ły znacz­nie głęb­sze spad­ki niż ryn­ki kra­jów nie­co bar­dziej roz­wi­nię­tych, wy­da­wa­ło się też, że świa­to­wy han­del nig­dy nie zdo­ła wy­le­czyć za­da­nych mu wów­czas ran. Oczy­wi­ście, nie­po­ko­je te oka­za­ły się cał­ko­wi­cie nie­uza­sad­nio­ne. Pod pew­ny­mi wzglę­da­mi upew­nia­my się co do tego wraz z doj­rze­wa­niem teo­rii opi­su­ją­cej za­sa­dę BRIC. Jak wi­dać, opar­ła się ona wstrzą­som świa­to­wych go­spo­da­rek i od­ra­dza się ni­czym Fe­niks z po­pio­łów, od­no­wio­na i sil­niej­sza niż kie­dy­kol­wiek.

Mój ar­ty­kuł nie wy­wo­łał więk­sze­go roz­gło­su, ani też jego głów­ne tezy nie zo­sta­ły uzna­ne za szcze­gól­nie od­kryw­cze. Opie­ra­jąc się na wła­snej ana­li­zie PKB w róż­nych kra­jach świa­ta, na­pi­sa­łem, że udział czte­rech kra­jów: Bra­zy­lii, Ro­sji, In­dii i Chin w świa­to­wym PKB, wy­no­szą­cy wów­czas oko­ło 8%, bę­dzie na prze­strze­ni na­stęp­nej de­ka­dy ro­snąć sta­le i szyb­ko. Zwró­ci­łem uwa­gę, że PKB Chin już jest więk­sze niż Włoch, od daw­na wcho­dzą­cych w skład gru­py G7, sku­pia­ją­cej naj­bo­gat­sze go­spo­dar­ki świa­ta, i że w cią­gu dzie­się­ciu lat bę­dzie prze­ści­gać ko­lej­nych człon­ków tego sto­wa­rzy­sze­nia naj­bo­gat­szych. Za­po­wia­da­łem, że za ko­lej­ne dzie­sięć lat zna­cze­nie państw BRIC dla świa­to­we­go PKB, w szcze­gól­no­ści Chin, po­więk­szy się w zna­czą­cy spo­sób. Świat bę­dzie mu­siał zwró­cić na nie uwa­gę.

Prze­wi­dzia­łem, że w sprzy­ja­ją­cych wa­run­kach, któ­re wów­czas wy­da­wa­ły się jed­nak mało re­al­ne do speł­nie­nia, go­spo­dar­ka bra­zy­lij­ska do 2011 r. osią­gnie taki po­ziom roz­wo­ju, że „za­cznie do­ga­niać Wło­chy”. Tym­cza­sem Bra­zy­lia prze­go­ni­ła Wło­chy już w 2010 r., zaj­mu­jąc siód­mą po­zy­cję wśród naj­bo­gat­szych go­spo­da­rek świa­ta, z PKB na po­zio­mie 2,1 bi­lio­na do­la­rów.

Po­zo­sta­ła trój­ka państw BRIC do­ko­na­ła po­dob­nie im­po­nu­ją­ce­go sko­ku. Na przy­kład w pierw­szych mie­sią­cach 2011 r. do­wie­dzie­li­śmy się, że Chi­ny zna­la­zły się na dru­gim miej­scu świa­to­we­go ran­kin­gu, prze­ści­ga­jąc Ja­po­nię. In­di­GO, mało zna­na in­dyj­ska ta­nia li­nia lot­ni­cza, za­mó­wi­ła 180 sa­mo­lo­tów Air­bus A320 S, czy­li flo­tę rów­ną dwóm trze­cim zna­nej eu­ro­pej­skiej li­nii Easy­Jet. Ro­sja z ko­lei sta­ła się naj­więk­szym w Eu­ro­pie ryn­kiem sprze­da­ży sa­mo­cho­dów.

Do­ko­na­nia wszyst­kich czte­rech kra­jów BRIC prze­ro­sły ocze­ki­wa­nia, ja­kie ży­wi­łem w 2001 r. Gdy spoj­rzeć wstecz, owe naj­wcze­śniej­sze sza­cun­ki, wów­czas dla wie­lu osób na gra­ni­cy fan­ta­zji, wy­da­ją się dziś dość ostroż­ne, a może na­wet kon­ser­wa­tyw­ne. Łącz­ny PKB kra­jów BRIC wzrósł od 2001 r. nie­mal czte­ro­krot­nie, z oko­ło 3 bi­lio­nów do­la­rów do oko­ło 11, a może na­wet 12. Go­spo­dar­ka świa­to­wa po­więk­szy­ła się tym­cza­sem dwu­krot­nie. Trze­cia część tego wzro­stu to wła­śnie za­słu­ga kra­jów BRIC. PKB tych kra­jów do­świad­czy­ło wzro­stu nie­mal dwu­krot­nie szyb­sze­go niż wzrost PKB Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Wzrost ten moż­na by po­rów­nać do po­ja­wie­nia się na prze­strze­ni za­le­d­wie dzie­się­ciu lat dru­giej Ja­po­nii i ko­lej­nych Nie­miec, albo pię­ciu Wiel­kich Bry­ta­nii.

Nie­któ­rzy ob­ser­wa­to­rzy mó­wią, że wpływ BRIC na świa­to­wą go­spo­dar­kę jest moc­no prze­re­kla­mo­wa­ny, gdyż ich wzrost był na­pę­dza­ny przede wszyst­kim eks­por­tem na ryn­ki roz­wi­nię­te, przy jed­no­cze­snym wzro­ście cen to­wa­rów. Eks­port fak­tycz­nie ode­grał wiel­ką rolę w przy­pad­ku Chin, lecz od cza­su kry­zy­su kre­dy­to­we­go z 2008 r., bę­dą­ce­go kon­se­kwen­cją spad­ku po­py­tu w Sta­nach Zjed­no­czo­nych i w wie­lu in­nych kra­jach, obec­nie wca­le nie jest spra­wą pierw­szo­pla­no­wą. Dla In­dii po­pyt we­wnętrz­ny sta­no­wił siłę na­pę­do­wą przez całą ostat­nią de­ka­dę. Tym, co za­si­la wzrost go­spo­dar­ki kra­jów BRIC, jest – z roku na rok co­raz bar­dziej – we­wnętrz­ny po­pyt kon­su­menc­ki oraz roz­wój in­fra­struk­tu­ry. Owszem, sty­mu­lo­wa­ny ta­ni­mi kre­dy­ta­mi wzrost po­py­tu w Sta­nach Zjed­no­czo­nych ode­grał istot­ną rolę w ich mar­szu ku świet­no­ści, jed­nak po 2008 r., mimo trud­no­ści, ja­kie prze­ży­wa Ame­ry­ka Pół­noc­na, go­spo­dar­ki kra­jów BRIC nadal prą na­przód.

Nie­za­leż­nie od tego, jak bę­dzie­my in­ter­pre­to­wać dane, zna­cze­nie kra­jów BRIC dla świa­to­wej go­spo­dar­ki jest bez­dy­sku­syj­ne. Kon­sump­cja in­dy­wi­du­al­na w kra­jach BRIC na­bra­ła ko­smicz­ne­go przy­spie­sze­nia. W Chi­nach od 2001 do 2010 r. wy­dat­ki kra­jo­we wzro­sły o 1,5 bi­lio­na do­la­rów, czy­li mniej wię­cej o tyle, ile war­ta jest go­spo­dar­ka Wiel­kiej Bry­ta­nii. W po­zo­sta­łych trzech kra­jach było po­dob­nie, może na­wet nie­co le­piej. W kra­jach BRIC sku­pia się oko­ło 20% świa­to­we­go han­dlu, co w po­rów­na­niu z 10% w 2001 r. jest ogrom­nym po­stę­pem. Tak­że han­del po­mię­dzy kra­ja­mi BRIC znacz­nie wzrósł, przyj­mu­jąc dwu­krot­nie szyb­sze tem­po wzro­stu w po­rów­na­niu z han­dlem świa­to­wym.

Wo­bec tak sza­lo­ne­go suk­ce­su BRIC, nic dziw­ne­go, że wie­le kra­jów ści­ga się mię­dzy sobą o mia­no ko­lej­nej po­tę­gi. Przy­ja­cie­le z In­do­ne­zji przy­po­mi­na­ją mi za każ­dym ra­zem, gdy tyl­ko się wi­dzi­my, że skrót BRIC po­wi­nien tak na­praw­dę brzmieć BRI­CI. Po­li­ty­cy w Mek­sy­ku utrzy­mu­ją, że skrót ten po­wi­nien brzmieć BRICM. W Tur­cji ma­rzą o BRICT.

W 2003 r. moi ko­le­dzy z Gold­man Sachs, Do­mi­nic Wil­son i Ro­opa Pu­ru­sho­tha­man, opu­bli­ko­wa­li ar­ty­kuł kon­ty­nu­ują­cy moją teo­rię: „Ma­rze­nie o BRIC: Dro­ga ku 2050”, któ­ry roz­wi­ja moje wcze­śniej­sze ana­li­zy do po­ło­wy XXI wie­ku2. Stwier­dzi­li w nim, że do 2035 r. Chi­ny mogą stać się naj­więk­szą go­spo­dar­ką na świe­cie, prze­ga­nia­jąc USA, a do 2039 r. suma PKB kra­jów BRIC może prze­wyż­szyć łącz­ną war­tość go­spo­da­rek gru­py G7.

Pu­bli­ka­cja ta zwró­ci­ła uwa­gę wie­lu osób, choć więk­szość uzna­ła taki sce­na­riusz za mało praw­do­po­dob­ny. Jed­nak ko­lej­ne ba­da­nia i ana­li­zy wska­zy­wa­ły co­raz do­bit­niej, że tak wła­śnie się dzie­je. Wy­glą­da na to, że pro­duk­cja w Chi­nach – pro­dukt kra­jo­wy brut­to – może zrów­nać się z ame­ry­kań­skim już w 2027 r., a może na­wet wcze­śniej. Od 2001 r. PKB Chin wzro­sło czte­ro­krot­nie – z 1,5 bi­lio­na do­la­rów do 6 bi­lio­nów. Moż­na po­wie­dzieć, że w cią­gu ubie­głe­go dzie­się­cio­le­cia Chi­ny wzro­sły czte­ro­krot­nie. Wy­da­je się bar­dzo praw­do­po­dob­ne, że łącz­ny PKB czte­rech kra­jów BRIC prze­kro­czy po­ziom pro­duk­tu Sta­nów Zjed­no­czo­nych jesz­cze przed 2020 r.

W 2005 r. mój ze­spół w Gold­man Sachs pra­co­wał nad usta­le­niem, ja­kie ko­lej­ne kra­je po­dą­żą śla­dem suk­ce­su państw BRIC i do­świad­czą gwał­tow­ne­go roz­wo­ju. Uda­ło nam się wy­brać gru­pę państw ma­ją­cych na to naj­więk­sze szan­se, któ­rą na­zwa­li­śmy „Na­stęp­na je­de­nast­ka”, w skró­cie N-11. Zna­la­zły się w niej Ban­gla­desz, Egipt, In­do­ne­zja, Iran, Ko­rea Po­łu­dnio­wa, Mek­syk, Ni­ge­ria, Pa­ki­stan, Fi­li­pi­ny, Tur­cja i Wiet­nam. Cho­ciaż nikt z nas nie przy­pusz­czał, by któ­ryś z kra­jów N-11 mógł uro­snąć do po­tę­gi któ­re­goś z państw BRIC, z na­szych wy­li­czeń wy­ni­ka­ło, że Ko­rea i Mek­syk mają po­ten­cjał wy­star­cza­ją­cy, by łącz­nie stać się rów­nie waż­ny­mi dla świa­to­wej go­spo­dar­ki, jak je­den z kra­jów BRIC3.

Po­dob­nie jak w przy­pad­ku BRIC, za­sko­czy­ło mnie, jak szyb­ko i sze­ro­ko przy­ję­ła się kon­cep­cja N-11. Sta­ła się ba­zo­wą teo­rią wy­ko­rzy­sty­wa­ną przez wie­lu spe­cja­li­stów – od in­we­sto­rów po po­li­ty­ków – na któ­rej opie­ra­no in­ter­pre­ta­cje zmian za­cho­dzą­cych w świa­to­wej go­spo­dar­ce. Ta­kie pod­sta­wo­we kon­cep­cje sta­ły się dziś znacz­nie przy­dat­niej­sze niż kie­dy­kol­wiek, ze wzglę­du na nie­zwy­kłe tem­po i wiel­kość za­cho­dzą­cych zmian. Kon­cep­cje BRIC i N-11 oczy­wi­ście nie tłu­ma­czą wszyst­kie­go, oka­za­ły się jed­nak przy­dat­ny­mi i sta­bil­ny­mi mo­de­la­mi, wspo­ma­ga­ją­cy­mi ro­zu­mie­nie tego, co dzie­je się ze świa­to­wą go­spo­dar­ką i świa­to­wy­mi ryn­ka­mi.

Na po­cząt­ku 2011 r. uzna­łem, że BRIC, a tak­że czte­rech asów gru­py N-11, czy­li In­do­ne­zji, Ko­rei, Mek­sy­ku i Tur­cji, nie spo­sób już okre­ślać mia­nem „kra­jów roz­wi­ja­ją­cych się” czy „ryn­ków wscho­dzą­cych”. Są to obec­nie pań­stwa o zdro­wej struk­tu­rze za­dłu­że­nia we­wnętrz­ne­go i de­fi­cy­tu bu­dże­to­we­go, sta­bil­nej sie­ci re­la­cji han­dlo­wych i ol­brzy­miej licz­bie lud­no­ści, któ­ra sta­le pnie się po dra­bi­nie do­bro­by­tu. Aby umoż­li­wić in­we­sto­rom po­ję­cie ska­li otwie­ra­ją­cych się per­spek­tyw, zaś po­li­ty­kom – zro­zu­mie­nie zmian za­cho­dzą­cych w świe­cie, na­le­ża­ło jak naj­szyb­ciej po­ka­zać, że nie są to już kra­je roz­wi­ja­ją­ce się w do­tych­cza­so­wym, tra­dy­cyj­nym zna­cze­niu tego okre­śle­nia. Po­sta­no­wi­łem za­tem na­zy­wać je od­tąd Ryn­ka­mi Wzro­sto­wy­mi.

Po­zor­nie ła­two jest szu­flad­ko­wać róż­ne zja­wi­ska, jed­nak wła­śnie w tej ła­two­ści tkwi istot­ne ry­zy­ko. W 1977 r., gdy bro­ni­łem pra­cę ma­gi­ster­ską z eko­no­mii i fi­nan­sów, mój pro­mo­tor za­pro­po­no­wał mi pod­ję­cie stu­diów dok­to­ranc­kich z eko­no­mii. Po­wie­dział, że mogę się ubie­gać o sty­pen­dium Cen­trum Eko­no­mii Ener­ge­ty­ki przy Uni­wer­sy­te­cie Sur­rey. Tak też zro­bi­łem i jak się oka­za­ło, była to świet­na de­cy­zja.

W 1979 r. re­wo­lu­cja w Ira­nie wy­wo­ła­ła dru­gi kry­zys pa­li­wo­wy, za­tem za­sto­so­wa­nie eko­no­mii mo­ne­tar­nej, któ­rą się zaj­mo­wa­łem, do go­spo­dar­ki pro­du­cen­tów ropy na­le­żą­cych do OPEC i pro­wa­dzo­nych przez nich in­we­sty­cji wy­da­wa­ło się bar­dzo in­te­re­su­ją­ce. Spę­dzi­łem więc ko­lej­ne dwa lata, zgłę­bia­jąc teo­rie zwią­za­ne z ce­na­mi ropy, kar­te­la­mi i roz­miesz­cze­niem złóż naf­to­wych na świe­cie. Czę­sto żar­tu­je­my z ko­le­ga­mi eko­no­mi­sta­mi, że je­dy­ne, cze­go się na­uczy­łem, pi­sząc dok­to­rat, to jak utrzy­mać się przy zdro­wych zmy­słach. Nie­koń­czą­ce się dnie i go­dzi­ny spę­dzo­ne w bi­blio­te­ce na po­szu­ki­wa­niu naj­wła­ściw­sze­go kie­run­ku in­we­sty­cji nad­wy­żek, jaki po­wi­nien zo­stać przy­ję­ty przez kra­je OPEC, z kom­pu­te­rem jako je­dy­nym to­wa­rzy­szem, były wiel­kim wy­zwa­niem. Jed­nak im głę­biej się­ga­ły te ba­da­nia, tym bar­dziej zbli­ża­łem się do ba­nal­ne­go wnio­sku, że eko­no­mia jest na­uką spo­łecz­ną, a za­tem nie ma w niej żad­nych pew­ni­ków. To, co uwa­ża­my za zja­wi­ska po­wszech­nie zna­ne, za tak zwa­ną wie­dzę po­wszech­ną, to na ogół nic wię­cej, jak teo­rie bę­dą­ce wy­ni­kiem nie­wy­ra­fi­no­wa­ne­go kom­pro­mi­su. Na ogół wię­cej mó­wią one o nad­mier­nym za­du­fa­niu ich twór­ców niż o nie­jed­no­znacz­nej, zło­żo­nej rze­czy­wi­sto­ści.

Tak wła­śnie do wie­dzy po­wszech­nej w koń­cu lat sie­dem­dzie­sią­tych, czy też na po­cząt­ku osiem­dzie­sią­tych, prze­do­stał się po­gląd, iż ceny ropy jesz­cze dłu­go będą ro­sły. Tym­cza­sem w po­ło­wie lat osiem­dzie­sią­tych ceny te spa­dły. Trend ten utrzy­my­wał się przez bli­sko ko­lej­ne dwa­dzie­ścia lat. Sche­ma­tycz­ne my­śle­nie w ra­mach kon­sen­su­su, po­wszech­ne tak­że wśród eko­no­mi­stów, spra­wi­ło, że myl­nie utoż­sa­mio­no re­ak­cje na po­pyt i po­daż z za­cho­wa­niem się ceny ropy naf­to­wej. Na krót­ką metę do­staw­cy ole­ju i kon­su­men­ci re­agu­ją na sko­ki cen z opóź­nie­niem. Jed­nak w dłuż­szym okre­sie po­ka­za­li, że po­tra­fią za­cho­wy­wać się znacz­nie ela­stycz­niej, niż eko­no­mi­ści so­bie wy­obra­ża­li. Wró­cę do tego za­gad­nie­nia jesz­cze póź­niej, w kon­tek­ście nie­sa­mo­wi­te­go za­po­trze­bo­wa­nia na ener­gię w Chi­nach. Wspo­mi­nam o tym jed­nak w tym miej­scu, gdyż przy­kład ten do­sko­na­le po­ka­zu­je, jak czę­sto eko­no­mi­ści się mylą. Sche­ma­tycz­ne kon­struk­cje my­ślo­we mają zaś ogrom­ną siłę od­dzia­ły­wa­nia. Dla­te­go obo­wiąz­kiem każ­de­go z nas jest tro­pić je i pod­wa­żać, gdy tyl­ko się z nimi ze­tknie­my.

Nowe tech­no­lo­gie są mo­to­rem przy­spie­sza­ją­cym na­dej­ście no­wej fazy gwał­tow­nej glo­ba­li­za­cji. Na­sze mo­de­le eko­no­micz­ne z tru­dem na­dą­ża­ją za zja­wi­skiem ero­zji gra­nic go­spo­dar­czych po­mię­dzy pań­stwa­mi. Je­ste­śmy też świad­ka­mi nie­zwy­kłych prze­mian po­li­tycz­nych. Po dru­giej woj­nie świa­to­wej Ro­sja i Chi­ny od­cię­ły się od resz­ty świa­ta pod wzglę­dem my­śli i po­li­ty­ki spo­łecz­nej i eko­no­micz­nej, te­raz jed­nak ob­ser­wu­je­my, jak ży­cie 1,3 mi­liar­da Chiń­czy­ków oraz 140 mi­lio­nów Ro­sjan upo­dab­nia się do tego, do któ­re­go na­wy­kli miesz­kań­cy Za­cho­du. Wraz z po­dob­nym sty­lem ży­cia ro­sną też po­do­bień­stwa w po­dej­mo­wa­nych de­cy­zjach kon­su­menc­kich. Na­wet w ra­mach ist­nie­ją­cych w tych kra­jach od­mien­nych ustro­jów po­li­tycz­nych lu­dzie za­pra­gnę­li ko­rzy­stać z owo­ców ro­sną­ce­go do­bro­by­tu.

Na stro­nie in­ter­ne­to­wej klu­bu pił­kar­skie­go Man­che­ster Uni­ted, któ­re­mu ki­bi­cu­ję od dziec­ka, jest za­re­je­stro­wa­nych 70 mi­lio­nów oby­wa­te­li Chin. McDo­nald’s ma sieć do­brze pro­spe­ru­ją­cych re­stau­ra­cji w ca­łych Chi­nach i Ro­sji. Skle­py z mar­ko­wą odzie­żą wy­ra­sta­ją w obu kra­jach jak grzy­by po desz­czu. Fran­cu­ska fir­ma z bran­ży dóbr luk­su­so­wych, Lo­uis Vu­it­ton, prze­ży­wa gwał­tow­ny roz­wój w Chi­nach i in­nych kra­jach BRIC. Na­wet jej bu­ti­ki na za­cho­dzie w du­żym stop­niu za­ra­bia­ją na od­wie­dza­ją­cych je tu­ry­stach z tych państw.

Do­szło na­wet do tego, że stu­den­ci we Fran­cji do­ra­bia­ją so­bie, ku­pu­jąc dla Chiń­czy­ków luk­su­so­we tor­by w zna­nym pa­ry­skim skle­pie Vu­it­to­na po­ło­żo­nym przy sa­mych Po­lach Eli­zej­skich. Szef fir­my do­kład­nie wy­ja­śnił mi, jak to dzia­ła. Otóż chiń­skie gan­gi opła­ca­ły lu­dziom dwu­dnio­we wy­ciecz­ki do Pa­ry­ża i po­kry­wa­ły wszyst­kie kosz­ty, pod wa­run­kiem, że z po­dró­ży przy­wo­zi­li tor­by Lo­uisa Vu­it­to­na, póź­niej od­sprze­da­wa­ne po znacz­nie wyż­szej ce­nie w Chi­nach. Gdy fir­ma do­wie­dzia­ła się o tej dzia­łal­no­ści, wpro­wa­dzi­ła li­mit jed­nej tor­by na oso­bę. Aby wy­ro­bić li­mit to­reb, któ­re mie­li przy­wieźć ze sobą, Chiń­scy go­ście pro­po­no­wa­li sym­pa­tycz­nie wy­glą­da­ją­cym lu­dziom na Po­lach Eli­zej­skich 50 do­la­rów za za­kup to­reb­ki w ich imie­niu.

Śmia­ła de­cy­zja Chin, by włą­czyć się w pro­ces glo­ba­li­za­cji dla wła­snej ko­rzy­ści, po­przez otwar­cie się na in­we­sty­cje za­gra­nicz­ne i więk­szy udział w han­dlu świa­to­wym, za­chę­ci­ła do po­dob­ne­go ru­chu tak­że In­die. Cho­ciaż do roz­wo­ju go­spo­dar­cze­go może pro­wa­dzić wie­le czyn­ni­ków, je­stem prze­ko­na­ny, że suk­ces Chin na prze­strze­ni ostat­nich trzy­dzie­stu lat po­ka­zał in­dyj­skim po­li­ty­kom, iż jest ab­so­lut­nie moż­li­we, by na­ród li­czą­cy po­nad mi­liard oby­wa­te­li do­świad­czył gwał­tow­ne­go wzro­stu po­zio­mu ży­cia bez ko­niecz­no­ści ja­kich­kol­wiek zmian w pod­sta­wo­wej struk­tu­rze spo­łecz­nej i kul­tu­ro­wej.

Po­dej­mu­jąc de­cy­zję o zwięk­sze­niu za­an­ga­żo­wa­nia w świa­to­wą go­spo­dar­kę, pań­stwa BRIC otwo­rzy­ły się za­ra­zem na to, co naj­lep­sze w po­li­ty­ce ma­kro­eko­no­micz­nej Za­cho­du. Po­li­ty­cy i na­ukow­cy na­gle za­pra­gnę­li sto­so­wać lek­cje, ja­kich udzie­la jego hi­sto­ria go­spo­dar­cza. Na przy­kład, w Bra­zy­lii de­cy­zja o pod­ję­ciu wal­ki z hi­per­in­fla­cją, któ­ra przez kil­ka dzie­się­cio­le­ci ruj­no­wa­ła tam­tej­szą go­spo­dar­kę, do­pro­wa­dzi­ła do ogrom­nej trans­for­ma­cji. Przy­ję­cie wskaź­ni­ków an­ty­in­fla­cyj­nych i wdro­że­nie ich z peł­ną de­ter­mi­na­cją usta­wi­ło Bra­zy­lię na zu­peł­nie in­nym kur­sie niż ten, któ­rym że­glo­wa­ła w la­tach sześć­dzie­sią­tych.

Roz­kwit, a na­stęp­nie utrwa­le­nie się suk­ce­su Bra­zy­lii, Ro­sji, In­dii i Chin za­sko­czył wie­lu lu­dzi, w tym mnie sa­me­go. Oto fe­no­men, któ­ry za­czął zmie­niać bieg ży­cia mi­lio­nów miesz­kań­ców tych kra­jów. Wy­cią­gnął ich z nę­dzy, roz­bu­dził ich am­bi­cje i w co­raz więk­szym stop­niu wpły­wa na nas wszyst­kich. Kon­cep­cja BRIC, szyb­ki roz­wój go­spo­dar­czy tych kra­jów i opty­mi­stycz­ne per­spek­ty­wy dla im po­dob­nych, to je­den z głów­nych nur­tów hi­sto­rii na­szych cza­sów.

Rozdział 1:Narodziny BRIC

Po­mysł za­czął kieł­ko­wać w mo­jej gło­wie dwa mie­sią­ce wcze­śniej. Wy­stą­pi­łem wów­czas w Ho­te­lu Mar­riott w World Tra­de Cen­ter w No­wym Jor­ku przed Kra­jo­wym Sto­wa­rzy­sze­niem Eko­no­mii Biz­ne­su (NABE – Na­tio­nal As­so­cia­tion of Bu­si­ness Eco­no­mi­sts). Swój wy­kład za­ty­tu­ło­wa­łem „Per­spek­ty­wa dla do­la­ra”. Wy­ko­rzy­sta­łem w nim wie­le oso­bi­stych do­świad­czeń zwią­za­nych ze sta­tu­sem eko­no­mi­sty spe­cja­li­zu­ją­ce­go się w wy­mia­nie mię­dzy­na­ro­do­wej. Ani razu nie od­nio­słem się do kra­jów BRIC. Mało tego, w tam­tym cza­sie je­dy­ną go­spo­dar­ką z tego gro­na, ja­kiej w ogó­le po­świę­ci­łem odro­bi­nę uwa­gi, były Chi­ny. Dwa dni póź­niej wró­ci­łem do Lon­dy­nu, zmę­czo­ny po trzy­dnio­wej po­dró­ży tam i z po­wro­tem przez Atlan­tyk. Peł­ni­łem w tym cza­sie funk­cję jed­ne­go z dy­rek­to­rów de­par­ta­men­tu Eko­no­mii Świa­to­wej w Gold­man Sachs. Wcze­snym po­po­łu­dniem uczest­ni­czy­łem w wi­de­okon­fe­ren­cji na­szych star­szych eko­no­mi­stów z ca­łe­go świa­ta. Był to cu­dow­ny przy­kład glo­ba­li­za­cji w prak­ty­ce, chór roz­ma­itych gło­sów i opi­nii zgła­sza­nych z No­we­go Jor­ku, To­kio, Hong­kon­gu i zbie­ra­nych przez nas w Lon­dy­nie.

My­śli zaj­mo­wa­ła mi bli­ska per­spek­ty­wa roz­sta­nia z dru­gim dy­rek­to­rem de­par­ta­men­tu, Ga­vy­nem Da­vie­sem, jed­nym z naj­bar­dziej ce­nio­nych eko­no­mi­stów świa­ta, któ­ry wła­śnie szy­ko­wał się na sta­no­wi­sko pre­ze­sa BBC. Na­wet z na­sze­go spo­tka­nia mu­siał wyjść wcze­śniej, by zdą­żyć na ko­lej­ne in­te­rview. Wy­szedł, a chwi­lę po­tem wró­cił z wie­ścią, że wła­śnie ja­kiś sa­mo­lot wbił się w wie­że WTC. Nie zda­jąc so­bie w ogó­le spra­wy z po­wa­gi sy­tu­acji, cią­gnę­li­śmy spo­tka­nie da­lej. Kil­ka mi­nut póź­niej nasi ko­le­dzy z No­we­go Jor­ku wsta­li i zni­kli z wi­zji bez po­że­gna­nia czy sło­wa wy­ja­śnie­nia.

Wszy­scy wie­my, co się sta­ło za­raz po­tem na Dol­nym Man­hat­ta­nie. Przez kil­ka ko­lej­nych dni do­cie­ra­ły do mnie e-ma­ile od przy­ja­ciół i ko­le­gów, któ­rych prze­cież tak nie­daw­no wi­dzia­łem w No­wym Jor­ku, lu­dzi, któ­rzy słu­cha­li mnie na kon­fe­ren­cji. Choć pra­wie ich nie zna­łem, dzie­li­li się nie­zwy­kły­mi re­la­cja­mi z chwil pa­ni­ki i prze­ra­że­nia to­wa­rzy­szą­cych uciecz­ce z cha­osu, jaki za­pa­no­wał w No­wym Jor­ku tam­te­go strasz­li­we­go ran­ka. Nie­któ­rzy, nie wie­dząc, jak się za­cho­wać, pro­si­li na wszel­ki wy­pa­dek o prze­sła­nie wy­kre­sów, któ­re de­mon­stro­wa­łem pod­czas wy­kła­du, ilu­stru­ją­cych moje po­glą­dy na te­mat przy­szło­ści do­la­ra.

Tak oto ta sama tech­no­lo­gia, któ­ra dała nam moż­li­wość pro­wa­dze­nia roz­mów z ko­le­ga­mi z ca­łe­go świa­ta, te­raz umoż­li­wi­ła po­ka­za­nie ca­łe­mu świa­tu prze­ra­ża­ją­cej rze­czy­wi­sto­ści znisz­cze­nia bę­dą­ce­go dzie­łem ter­ro­ry­stów. Na wła­sne oczy wi­dzie­li­śmy pło­ną­ce, a na­stęp­nie wa­lą­ce się wie­że, i to w re­la­cji na żywo. Był to wy­wo­łu­ją­cy dresz­cze przy­kład po­czu­cia bli­sko­ści z każ­dym miej­scem na Zie­mi, moż­li­wej dzię­ki za­awan­so­wa­nej tech­no­lo­gii ko­mu­ni­ka­cji. Dzię­ki niej moż­na w mgnie­niu oka za­siać pa­ni­kę na ca­łym świe­cie. Naj­wy­raź­niej ter­ro­ry­ści do­sko­na­le zda­wa­li so­bie spra­wę z po­tę­gi współ­cze­snych me­diów.

Ata­ki z 11 wrze­śnia roz­pę­ta­ły bu­rzę my­śli, któ­re doj­rze­wa­ły w mo­jej gło­wie przez lata, wraz z ko­lej­ny­mi eta­pa­mi ka­rie­ry za­wo­do­wej. Krą­ży­ły one nie­ustan­nie wo­kół ar­gu­men­tów za i prze­ciw glo­ba­li­za­cji. Za­sta­na­wia­łem się, czy ist­nie­ją ja­kieś lep­sze mo­de­le ana­li­zo­wa­nia świa­to­we­go wzro­stu go­spo­dar­cze­go, po­szu­ki­wa­łem idei, któ­ra mo­gła­by funk­cjo­no­wać po­nad ba­rie­ra­mi gra­nic na­ro­do­wych, któ­ra mia­ła­by szan­sę zdo­być uzna­nie i ak­cep­ta­cję wszyst­kich.

Czu­łem, że glo­ba­li­za­cja zo­sta­ła utoż­sa­mio­na z ame­ry­ka­ni­za­cją, a ta nie w każ­dym miej­scu na świe­cie jest mile wi­dzia­na. Mimo to glo­ba­li­za­cja przy­no­si oczy­wi­ste ko­rzy­ści. Gdy­by tyl­ko uda­ło się je od­dzie­lić od kon­tek­stu na­ro­do­we­go, po­li­tycz­ne­go czy kul­tu­ro­we­go i do­strze­gać w nich tyl­ko to, czym fak­tycz­nie są, by­ły­by nie do prze­ce­nie­nia. Co­raz sze­rzej otwie­ra­na wy­mia­na to­wa­rów, usług, wa­lut, a na­wet wpły­wów po­li­tycz­nych, mo­gła­by pro­wa­dzić do wzro­stu za­moż­no­ści wszyst­kich lu­dzi na Zie­mi, nie tyl­ko elit.

Na prze­strze­ni ko­lej­nych kil­ku ty­go­dni, gdy świat pró­bo­wał po­zbie­rać się i wró­cić choć­by do po­zo­rów nor­mal­no­ści, Ga­vyn zde­cy­do­wał się przejść do BBC, ja zaś w po­je­dyn­kę sta­ną­łem na cze­le De­par­ta­men­tu Eko­no­mii Świa­to­wej. Był to bez wąt­pie­nia wiel­ki za­szczyt, ale też ogrom­na od­po­wie­dzial­ność. Ga­vyn prze­bu­do­wał dział, two­rząc z nie­go gru­pę ba­daw­czą świa­to­wej kla­sy. Jego ze­spół zy­skał uzna­nie jako mi­strzo­wie wy­ra­fi­no­wa­nych i szcze­gó­ło­wych ana­liz roz­kła­da­ją­cych na czyn­ni­ki pierw­sze dzia­ła­nie naj­więk­szych go­spo­da­rek świa­ta, w szcze­gól­no­ści te z gru­py G7. Czy mam w ogó­le szan­se za­stą­pić go i utrzy­mać tak wy­so­ką re­pu­ta­cję de­par­ta­men­tu?

Przy­czy­ny tych obaw z ła­two­ścią wy­ja­śni krót­ka hi­sto­ria mo­ich do­świad­czeń. Za­nim zna­la­złem się w Gold­man Sachs, a sta­ło się to w 1995 r., przez wie­le lat dzia­ła­łem w tak zwa­nej „brud­nej eko­no­mii”, czy­li pra­co­wa­łem jako ktoś, kto łą­czy kla­sycz­ną eko­no­mię z uczest­nic­twem w bru­tal­nym świe­cie par­kie­tu. Spe­cja­li­zo­wa­łem się w mię­dzy­na­ro­do­wej wy­mia­nie wa­lu­to­wej. Za­ją­łem się nią w 1982 r., po dok­to­ra­cie na Uni­wer­sy­te­cie Sur­rey. Bar­dzo po­trze­bo­wa­łem do­brze płat­ne­go za­ję­cia, bo w cza­sie stu­diów moc­no się za­dłu­ży­łem. I tak oto da­łem się wcią­gnąć lon­dyń­skie­mu City. Nie bar­dzo mo­głem li­czyć na przy­chyl­ność któ­re­go­kol­wiek z tra­dy­cyj­nych bry­tyj­skich ban­ków cle­arin­go­wych, bo prze­cież nie stu­dio­wa­łem w Oks­for­dzie czy Cam­brid­ge ani nie mia­łem za sobą żad­nej in­nej eli­tar­nej szko­ły. W tam­tych cza­sach wciąż jesz­cze ta­kie rze­czy się li­czy­ły. Na­to­miast wy­ra­ził chęć przy­ję­cia mnie Bank of Ame­ri­ca. Mu­szę przy­znać, że by­łem bar­dzo na­iw­ny. Po­nie­waż na­zwa tego ban­ku przy­po­mi­na­ła Bank of En­gland, by­łem prze­ko­na­ny, że jest to lon­dyń­ski od­dział ame­ry­kań­skie­go ban­ku Re­zer­wy Fe­de­ral­nej. Nie przy­szło mi do gło­wy, że to po pro­stu jed­na z mię­dzy­na­ro­do­wych sie­ci. W każ­dym ra­zie bank ten dał mi szan­sę i by­łem mu za to bar­dzo wdzięcz­ny.

W Bank of Ame­ri­ca wciąż wy­czu­wa­ło się sil­ny wpływ eko­no­mii w sty­lu aka­de­mic­kim, któ­ra nie­raz się­ga­ła gra­nic ab­sur­du. Pierw­szym kra­jem, któ­ry przy­szło mi pod­dać ana­li­zie, były Wło­chy. Raz w mie­sią­cu od­by­wa­łem kon­fe­ren­cję z eko­no­mi­sta­mi w głów­nej sie­dzi­bie ban­ku, w San Fran­ci­sco, aby omó­wić pię­cio­let­nią per­spek­ty­wę dla lira. Wa­lu­ta ta była tak nie­sta­bil­na, że nie­raz nikt z nas nie był w sta­nie prze­wi­dzieć kur­su na ko­niec dnia, a co do­pie­ro w tak od­le­głej per­spek­ty­wie. Po kil­ku ta­kich spo­tka­niach by­łem w sta­nie okre­ślić co do mi­nu­ty, kie­dy pad­nie zda­nie o nie­uchron­nym upad­ku wło­skiej go­spo­dar­ki. Sto­su­nek za­dłu­że­nia do PKB kształ­to­wał się na po­zio­mie po­dob­nym do dzi­siej­sze­go, znacz­nie po­wy­żej 100%. Fakt, że Wło­chy, choć kuś­ty­ka­jąc, szły na­przód i wca­le nie za­mie­rza­ły upa­dać, dał mi wie­le do my­śle­nia. Naj­wy­raź­niej świat fi­nan­sów roił się od lu­dzi, któ­rym się wy­da­wa­ło, że zje­dli wszyst­kie ro­zu­my.

Póź­niej prze­nio­słem się do ban­ku Ma­ri­ne Mi­dland. Naj­pierw pra­co­wa­łem w Lon­dy­nie, a od 1985 r. w No­wym Jor­ku. Uwiel­bia­łem Nowy Jork. W świe­cie me­ry­to­kra­cji czu­łem się jak ryba w wo­dzie. Li­czy­ło się przede wszyst­kim to, czy je­steś zdol­ny i czy umiesz mó­wić z sen­sem. Jako eko­no­mi­sta gieł­do­wy, gdyż do No­we­go Jor­ku przy­by­łem wła­śnie w tej roli, spę­dza­łem dni wśród ha­ła­śli­wych asów mię­dzy­na­ro­do­we­go han­dlu wa­lu­to­we­go. Uczy­łem się od naj­lep­szych i naj­bar­dziej agre­syw­nych z nich.

Część mo­jej pra­cy po­le­ga­ła na ocze­ki­wa­niu na in­for­ma­cje, któ­re od cza­su do cza­su wy­plu­wał z sie­bie te­leks. Chwy­ta­łem wy­druk i bra­łem się do jego in­ter­pre­to­wa­nia. Co na przy­kład może ozna­czać dla kur­su do­la­ra do mar­ki nie­miec­kiej wia­do­mość, że Bun­des­bank pod­niósł sto­py? Jak tra­de­rzy za­re­agu­ją na tę in­for­ma­cję? Mia­łem sil­ną po­trze­bę wy­ko­rzy­sta­nia mo­je­go przy­go­to­wa­nia aka­de­mic­kie­go w prak­tycz­nym dzia­ła­niu.

Do­świad­cze­nie w ob­ser­wo­wa­niu wo­lu­me­nu i płyn­no­ści na ryn­ku wy­mia­ny mię­dzy­na­ro­do­wej po­zwo­li­ło mi zdać so­bie spra­wę z tego, że ry­nek wa­lu­to­wy bar­dzo przy­po­mi­na sklep wa­rzyw­ni­czy, tyle że mu­siał­by to być naj­więk­szy wa­rzyw­niak na świe­cie. Każ­dy wie wszyst­ko. Nie ma żad­nych nie­ja­sno­ści ani co do ja­ko­ści ofe­ro­wa­nych to­wa­rów, ani co do na­leż­nych cen. Trans­ak­cje na eu­ro­do­la­rze moż­na za­wie­rać od go­dzi­ny 20:00 w nie­dzie­lę do 22:00 w pią­tek. Nie ma dru­gie­go ta­kie­go ryn­ku na świe­cie. Je­śli chcesz na nim za­ra­biać, mu­sisz, chcąc nie chcąc, wy­ka­zy­wać się by­stro­ścią, zwin­no­ścią, a nie­raz tak­że przy­jąć od­mien­ny punkt wi­dze­nia. Mu­sisz za­da­wać so­bie py­ta­nie, czy inni in­we­sto­rzy wcho­dzą na ry­nek zbyt wcze­śnie, czy zbyt póź­no. Mu­sisz sta­le mieć się na bacz­no­ści i uwa­żać, żeby nie wpaść w ko­le­iny sche­ma­tycz­ne­go my­śle­nia, po­nie­waż każ­dy ruch na ryn­ku o ta­kiej ska­li i płyn­no­ści, przy ta­kim za­le­wie roz­bież­nych in­for­ma­cji, może ozna­czać dla cie­bie ko­niec.

Trud­no jest na ta­kim ryn­ku za­cho­wać sta­łą czuj­ność. Dla­te­go wła­śnie po­cią­ga on roz­ma­itych he­ro­sów, lu­dzi go­to­wych do wiel­ce ry­zy­kow­nych kro­ków, na któ­rych moż­na bar­dzo wie­le zy­skać albo bar­dzo wie­le stra­cić. Tyl­ko oni są zdol­ni sta­wić czo­ła in­stynk­to­wi owcze­go pędu, ja­kie­mu ule­ga tłum. Prze­ko­na­łem się o tym wie­lo­krot­nie. Znacz­nie póź­niej, bo wio­sną 2010 r., gdy w Eu­ro­pie do­szło do za­ła­ma­nia zwią­za­ne­go z sy­tu­acją w Gre­cji, bra­łem udział w dys­ku­sji na kon­fe­ren­cji głów­nych dy­rek­to­rów in­we­sty­cyj­nych w Gold­man Sachs, a na­wet jej prze­wod­ni­czy­łem. Za­da­łem wów­czas py­ta­nie: „Kto uwa­ża, że do koń­ca roku euro umoc­ni się wzglę­dem do­la­ra?”. Dwie oso­by pod­nio­sły rękę. „A kto my­śli, że się osła­bi?”. Ręce pod­nio­sła resz­ta uczest­ni­ków. Oczy­wi­ście, na ko­niec roku euro było znacz­nie sil­niej­sze.

W każ­dym ra­zie po­dob­ne do­świad­cze­nia ukształ­to­wa­ły moje my­śle­nie eko­no­mi­sty sta­ra­ją­ce­go się zro­zu­mieć za­sa­dy rzą­dzą­ce świa­tem.

W 1988 r. zwią­za­łem się ze Swiss Bank Cor­po­ra­tion (SBC), gdzie mia­łem za­jąć się ryn­ka­mi in­stru­men­tów o sta­łym do­cho­dzie i ryn­ka­mi ak­cji. Po roku za­rzą­dza­łem ogól­no­świa­to­wą sie­cią ana­li­tycz­ną ban­ku, po dro­dze do­wia­du­jąc się spo­ro na te­mat ak­cji. Oka­za­ło się, że moją rolą jako sze­fa jed­nost­ki ba­daw­czej, oprócz za­rzą­dza­nia ludź­mi, było wy­ka­zy­wa­nie się od cza­su do cza­su po­my­sło­wo­ścią i przed­sta­wia­nie cie­ka­wych spo­strze­żeń za­rów­no na fo­rum we­wnętrz­nym ban­ku, jak i poza nim. Za­chę­ca­no mnie do roz­wa­żań do­ty­czą­cych po­ten­cja­łu wzro­stów na ryn­ku ob­li­ga­cji, któ­re mo­gły­by przy­słu­żyć się EWG, jak wów­czas na­zy­wa­no Unię Eu­ro­pej­ską, być może z tego po­wo­du, że wo­kół mnie było kil­ku ko­le­gów z kon­ty­nen­tu bar­dzo za­in­te­re­so­wa­nych kon­cep­cją Eu­ro­pej­skie­go Sys­te­mu Wa­lu­to­we­go. W owym cza­sie przed­się­wzię­cie to znaj­do­wa­ło się w sta­dium za­ry­su, da­łem się jed­nak prze­ko­nać, że jest to pro­ces, któ­re­go nie da się po­wstrzy­mać, że wie­le pań­stwo­wych ryn­ków ob­li­ga­cji do­sto­su­je się do ta­kiej no­wej rze­czy­wi­sto­ści. W koń­cu ob­li­ga­cje de­no­mi­no­wa­ne w no­wej, wciąż nie­przy­ję­tej przez ni­ko­go wspól­nej wa­lu­cie, moż­na było na­by­wać już od 1981 r. To, co póź­niej sta­ło się wa­lu­tą Euro, było okre­śla­ne mia­nem Eu­ro­pej­skiej Jed­nost­ki Wa­lu­to­wej, czy­li ECU (Eu­ro­pe­an Cur­ren­cy Unit). W 1990 r. opra­co­wa­łem mo­del śle­dze­nia han­dlu ob­li­ga­cja­mi w ECU, któ­ry choć ba­nal­nie pro­sty, po­mógł SBC za­jąć po­zy­cję wia­ry­god­ne­go gra­cza na tym ryn­ku. ESW oka­zał się dla mnie do­brym tre­nin­giem – na­uczy­łem się wi­dzieć cały ob­raz. Spo­ro wie­dzy o waż­niej­szych wa­lu­tach eu­ro­pej­skich na­by­łem już w la­tach pra­cy dla Ma­ri­ne Mi­dland. Wie­lu zna­nych mi tra­de­rów spe­cja­li­zo­wa­ło się w nie­licz­nych, wy­se­lek­cjo­no­wa­nych pa­rach wa­lu­to­wych, na przy­kład je­nie do lira. Cią­głe wa­ha­nia kur­su wło­skiej wa­lu­ty stwa­rza­ły czę­ste oka­zje do za­rob­ku, ale też do utra­ty ka­pi­ta­łu.

Wie­lu tra­de­rom za­krę­ci­ła się łez­ka w oku, gdy wa­lu­ta ta za­koń­czy­ła swój ży­wot. Po­ja­wie­nie się euro zmu­si­ło świat wy­mia­ny mię­dzy­na­ro­do­wej do po­szu­ki­wa­nia szans gdzie in­dziej i do ro­zej­rze­nia się po sze­ro­kim świe­cie.

Przez przy­pa­dek aku­rat w tym sa­mym roku 1990, w któ­rym opra­co­wa­łem mo­del ob­li­ga­cji roz­li­cza­nych w ECU, po raz pierw­szy zna­la­złem się w Chi­nach. Od tam­tej pory od­wie­dzam ten kraj przy­najm­niej raz do roku. Naj­pierw za­le­ża­ło mi na roz­mo­wach z ludź­mi, któ­rzy za­rzą­dza­li re­zer­wą de­wi­zo­wą Ban­ku Chin. Obec­nie mam wśród nich kil­ku przy­ja­ciół. Nie zda­wa­łem so­bie wów­czas spra­wy, że te pierw­sze wy­pra­wy przy­go­to­wy­wa­ły grunt pod moją póź­niej­szą ka­rie­rę za­wo­do­wą.

Na po­cząt­ku lat dzie­więć­dzie­sią­tych przy­łą­czy­łem się do i tak licz­ne­go gro­na eko­no­mi­stów uwa­ża­ją­cych, że do­lar musi ulec osła­bie­niu. Ocze­ki­wa­łem dra­stycz­ne­go spad­ku tej wa­lu­ty w sto­sun­ku do ja­poń­skie­go jena. Nie wy­obra­ża­łem so­bie, by Sta­ny Zjed­no­czo­ne mo­gły po­ra­dzić so­bie z ist­nie­ją­cym sal­dem wy­mia­ny z za­gra­ni­cą in­a­czej niż po­przez de­wa­lu­ację wła­snej wa­lu­ty. Oka­za­ło się, że mia­łem ra­cję, i wła­śnie ta­kie sta­no­wi­sko wo­bec pary do­lar-jen spra­wi­ło, iż sta­łem się sze­rzej zna­ny w świe­cie ban­ko­wo­ści i fun­du­szy hed­gin­go­wych. W po­ło­wie lat dzie­więć­dzie­sią­tych do­łą­czy­łem do Gold­man Sachs jako part­ner. Od tej pory bez­u­stan­nie po­szu­ki­wa­łem no­wych po­my­słów, sta­ra­jąc się wy­ka­zać przy­dat­no­ścią w ze­spo­le świa­to­wej ran­gi eko­no­mi­stów. A był to ze­spół nie­zwy­kle kre­atyw­ny i wciąż głod­ny no­wych idei.

W pew­nym mo­men­cie za­czą­łem z nie­cier­pli­wo­ścią ocze­ki­wać ko­lej­nych wy­jaz­dów do Chin. Pod­czas każ­de­go ko­lej­ne­go po­by­tu wi­dzia­łem, jak wie­le się tam zmie­nia­ło. Jed­nak wy­da­rze­niem, któ­re spo­wo­do­wa­ło w mo­ich oczach zmia­nę ob­ra­zu Chin, był kry­zys go­spo­dar­czy w Azji w 1997 r., kie­dy war­tość stra­ci­ły nie­mal wszyst­kie wa­lu­ty w tym re­gio­nie. W mo­jej opi­nii przy­czy­ną kry­zy­su było nie tyl­ko nad­mier­ne za­dłu­ża­nie się państw azja­tyc­kich, uzna­wa­ne po­wszech­nie za głów­ną przy­czy­nę za­pa­ści, lecz tak­że utra­ta siły przez jena w po­ło­wie 1995 r. Gdy oka­za­ło się, że Ja­po­nia bę­dzie mu­sia­ła zmie­rzyć się z pę­ka­ją­cą bań­ką spe­ku­la­cyj­ną, utrzy­mu­jąc jed­no­cze­śnie sto­py pro­cen­to­we na bar­dzo ni­skim po­zio­mie, jen za­czął gwał­tow­nie spa­dać i nie za­trzy­mał się przez cały 1996 ani 1997 r. Dla wie­lu państw Azji, któ­rych wa­lu­ty sprzę­żo­ne były z kur­sem do­la­ra, ozna­cza­ło to po­waż­ny pro­blem. W la­tach 1973-1997 cena do­la­ra spa­dła z 400 do 80 je­nów. Cała Azja zdą­ży­ła uwie­rzyć, że jen za­wsze bę­dzie dro­żał. Gdy na­gle za­czął się osła­biać, co na­stą­pi­ło w po­ło­wie 1995 r., oka­za­ło się, że pań­stwa i fir­my azja­tyc­kie na­po­ży­cza­ły ogrom­ne ilo­ści do­la­rów i te­raz mają po­waż­ny kło­pot. Do­pó­ki jen się umac­niał, dłu­gi same ma­la­ły i moż­na było nimi za­rzą­dzać bez więk­sze­go wy­sił­ku, gdyż do­la­ry spła­ca­no je­na­mi otrzy­my­wa­ny­mi za to­wa­ry eks­por­to­wa­ne do Ja­po­nii. W chwi­li, gdy jen się osła­bił, koszt ob­słu­gi i spła­ty za­dłu­że­nia w do­la­rach za­czął na­gle ro­snąć. Co wię­cej, wraz z umac­nia­niem się do­la­ra w sto­sun­ku do jena cena to­wa­rów eks­por­to­wa­nych do Ja­po­nii wzro­sła, a ja­poń­scy in­we­sto­rzy stra­ci­li za­in­te­re­so­wa­nie tymi kra­ja­mi. Pierw­szą wa­lu­tą, któ­ra utra­ci­ła sta­bil­ność, był taj­ski baht. Po­tem po­sy­pa­ły się ko­lej­no nie­mal wszyst­kie.

Gdy­by hi­sto­ria fak­tycz­nie się po­wta­rza­ła, kry­zys po­wi­nien stop­nio­wo ogar­niać ko­lej­ne pań­stwa re­gio­nu, a wresz­cie spo­wo­do­wać cał­ko­wi­ty cha­os w Chi­nach. A jed­nak Chiń­czy­cy wy­ka­za­li się prze­bie­gło­ścią i wy­czu­ciem sy­tu­acji mię­dzy­na­ro­do­wej na po­zio­mie, z ja­kim nig­dy wcze­śniej się nie ze­tkną­łem. Naj­wy­raź­niej uzna­li, że aby unik­nąć kry­zy­so­wej za­ra­zy, le­piej za­cho­wać dy­stans i pod­jąć rolę świa­to­we­go gra­cza, niż po­zo­stać lo­kal­nym part­ne­rem ogar­nię­tych kry­zy­sem państw re­gio­nu.

Po­nie­waż u pod­staw pro­ble­mu le­ża­ła re­la­cja jena do do­la­ra, Chiń­czy­cy skon­tak­to­wa­li się z Bia­łym Do­mem i we­zwa­li go do pod­ję­cia in­ter­wen­cji. Po­su­nę­li się na­wet do za­gro­że­nia de­wa­lu­acją swo­jej wa­lu­ty, ren­min­bi, czy­li in­a­czej ju­ana, w przy­pad­ku gdy­by Ame­ry­ka­nie sta­wia­li opór, a to mo­gło­by spo­wo­do­wać dal­szą eska­la­cję kry­zy­su. Wpraw­dzie udzie­le­nie wspar­cia dla jena by­ło­by sprzecz­ne z de­kla­ro­wa­ną przez Sta­ny Zjed­no­czo­ne po­li­ty­ką umoc­nie­nia do­la­ra, jed­nak pre­zy­dent Clin­ton i se­kre­tarz skar­bu Bob Ru­bin po­słu­cha­li we­zwa­nia i za­czę­li sku­po­wać jena. Ku­ra­cja za­dzia­ła­ła. Za­ra­za zo­sta­ła po­wstrzy­ma­na, zaś Chi­ny udo­wod­ni­ły, że dys­po­nu­ją wy­so­kim po­zio­mem in­te­li­gen­cji eko­no­micz­nej i ro­sną w siłę tak­że pod wzglę­dem po­li­tycz­nym. Nie­któ­rzy nie uzna­ją zna­cze­nia in­ter­wen­cji ame­ry­kań­skiej i utrzy­mu­ją, że to inne czyn­ni­ki ostu­dzi­ły sza­le­ją­cy w Azji kry­zys i przy­czy­ni­ły się do umoc­nie­nia się jena. Jed­nak w mo­ich oczach to przede wszyst­kim Chi­ny ode­gra­ły rolę li­de­ra i prze­ko­na­ły Ame­ry­ka­nów do udzie­le­nia po­par­cia ich sta­no­wi­sku. Ja w każ­dym ra­zie by­łem pod wra­że­niem.

W ten spo­sób za­czą­łem roz­my­ślać o tym, ja­kim zmia­nom ule­ga struk­tu­ra go­spo­dar­ki świa­to­wej oraz co mogą one ozna­czać dla po­li­ty­ki i roz­wo­ju. Jako eko­no­mi­sta spe­cja­li­zu­ją­cy się w ryn­kach mię­dzy­na­ro­do­wych na­wy­kłem do świa­ta, w któ­rym głów­ne role w kre­owa­niu ogól­no­świa­to­wej po­li­ty­ki go­spo­dar­czej od­gry­wa­ły kra­je G5 i G74. W 1985 r. ory­gi­nal­na Gru­pa Pię­ciu, czy­li Sta­ny Zjed­no­czo­ne, Ja­po­nia, Fran­cja, RFN i Wiel­ka Bry­ta­nia, ze­bra­ły się w Ho­te­lu Pla­za w No­wym Jor­ku, by pod­pi­sać Po­ro­zu­mie­nie Pla­za (Pla­za Ac­cord), okre­śla­ją­ce za­sa­dy in­ter­wen­cji na ryn­ku wa­lu­to­wym, ma­ją­ce na celu osła­bie­nie do­la­ra wzglę­dem mar­ki nie­miec­kiej i jena ja­poń­skie­go. W 1987 r. ta sama gru­pa, po­więk­szo­na o przed­sta­wi­cie­li Ka­na­dy i Włoch, od­by­ła w pa­ry­skim Luw­rze ko­lej­ny szczyt, na któ­rym pod­ję­ła de­cy­zję o in­ter­wen­cji ma­ją­cej po­wstrzy­mać de­pre­cja­cję do­la­ra, jaką sama uru­cho­mi­ła dwa lata wcze­śniej. Te dwa wy­da­rze­nia mia­ły istot­ny wpływ na moją ka­rie­rę i na moje my­śle­nie o funk­cjo­no­wa­niu ryn­ków i po­li­ty­ce go­spo­dar­czej. Świa­to­wą po­li­ty­kę go­spo­dar­czą kształ­to­wa­ła w tym cza­sie mała gru­pa lu­dzi z kil­ku państw, zbie­ra­ją­ca się od cza­su do cza­su w luk­su­so­wych ho­te­lach lub słyn­nych mu­ze­ach. Jed­ną z mo­ich mantr przy ana­li­zo­wa­niu sy­tu­acji na ryn­kach wy­mia­ny wa­lut było zda­nie: „Nie wol­no lek­ce­wa­żyć G7”. Gru­pa ta wy­da­wa­ła się po­tęż­na, a kie­dy się na coś upar­ła, nic nie mo­gło sta­nąć jej na prze­szko­dzie.

Po­wsta­nie Eu­ro­pej­skiej Unii Go­spo­dar­czej i Wa­lu­to­wej, a w kon­se­kwen­cji sto­pie­nie się wie­lu róż­nych wa­lut w jed­ną, po­ka­za­ło ja­sno, że gru­pa G7 prze­trwa­ła dłu­żej, niż fak­tycz­nie było to po­trzeb­ne. Sko­ro Niem­cy, Fran­cja i Wło­chy za­czę­ły pro­wa­dzić wspól­ną po­li­ty­kę wa­lu­to­wą i roz­li­cza­ły się w jed­nej wa­lu­cie, jaki sens mia­ło po­ja­wia­nie się ich przed­sta­wi­cie­li na szczy­tach G7? Wy­star­czył­by je­den przed­sta­wi­ciel re­pre­zen­tu­ją­cy całą trój­kę. Po­nad­to, na pod­sta­wie ry­su­ją­cych się już wów­czas tren­dów, a tak­że na pod­sta­wie ta­kich zda­rzeń, jak re­ak­cja Chin na na­pię­cie zwią­za­ne z kry­zy­sem wa­lu­to­wym w Azji, moż­na było prze­wi­dzieć, że wkrót­ce po wej­ściu w ko­lej­ne ty­siąc­le­cie Chi­ny pod wzglę­dem PKB prze­go­nią Wło­chy, a nie­wie­le póź­niej zaj­mą na­leż­ne miej­sce obok Fran­cji, Wiel­kiej Bry­ta­nii i Nie­miec.

Jak wi­dać, po­trze­ba re­for­my gru­py G7 była oczy­wi­sto­ścią już daw­no temu. Zna­mien­ne jest, że Sta­ny Zjed­no­czo­ne do­pie­ro w 2008 r. sta­nę­ły na cze­le od­bu­do­wy gru­py G20, któ­ra wpraw­dzie ist­nia­ła, lecz w szcząt­ko­wej po­sta­ci. Pod przy­wódz­twem Sta­nów Zjed­no­czo­nych gru­pa zy­ska­ła nowe ob­li­cze. Włą­czy­ło się w nią dzie­więt­na­ście państw oraz Unia Eu­ro­pej­ska, jako dwu­dzie­sty pod­miot5.

W 2001 r. za­in­te­re­so­wa­ło mnie co­raz więk­sze dą­że­nie nie­któ­rych państw do an­ga­żo­wa­nia się na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej. W szcze­gól­no­ści zja­wi­sko to do­ty­czy­ło Bra­zy­lii, Ro­sji, In­dii i Chin. Nie­za­leż­nie od tego, jaką prze­szłość mia­ły za sobą, zo­sta­ła ona za­mknię­ta i nie było do cze­go wra­cać. Te­raz nad­szedł czas glo­ba­li­za­cji i pań­stwa te pra­gnę­ły mieć w niej swój udział. Oczy­wi­stym sprzy­mie­rzeń­cem tej ten­den­cji był in­ter­net, umoż­li­wia­ją­cy fir­mom zle­ca­nie co­raz więk­szej ilo­ści spraw na ze­wnątrz, do wy­ko­na­nia w tań­szych re­gio­nach świa­ta. Naj­po­pu­lar­niej­szym ce­lem sta­ły się Chi­ny, ze wzglę­du na wiel­kość i en­tu­zjazm przy­wód­ców, któ­rzy chęt­nie otwo­rzy­li kraj, a przy­najm­niej znacz­ną jego część, na współ­pra­cę z ka­pi­ta­li­stycz­ną resz­tą świa­ta. Szcze­gól­nie in­try­gu­ją­ce było dla mnie to, że im czę­ściej by­wa­łem w tych kra­jach i im wię­cej mia­łem do czy­nie­nia z urzęd­ni­ka­mi na wy­so­kich sta­no­wi­skach, tym le­piej zda­wa­łem so­bie spra­wę z tego, że ich orien­ta­cja w świe­cie i po­ziom wie­dzy o nim w ni­czym nie ustę­po­wa­ły mo­je­mu. Sko­ro za­tem po­nadmi­liar­do­wy na­ród miał do­stęp do tej sa­mej no­wo­cze­snej tech­no­lo­gii i wy­na­laz­ków, któ­ry­mi dys­po­no­wał Za­chód, moż­na się było spo­dzie­wać, że wkrót­ce na­stą­pi nie­zwy­kły wzrost jego pro­spe­ri­ty.

Ist­nia­ły jesz­cze inne czyn­ni­ki go­spo­dar­cze wy­róż­nia­ją­ce kra­je BRIC i skła­nia­ją­ce do zwró­ce­nia na nie szcze­gól­nej uwa­gi. In­die, bę­dą­ce po­tę­gą pod wzglę­dem de­mo­gra­ficz­nym, mia­ły do­dat­ko­wo tę prze­wa­gę, że więk­szość lud­no­ści do­sko­na­le wła­da­ła ję­zy­kiem an­giel­skim. Dzię­ki temu na­tych­miast za­czę­ły ko­rzy­stać z łącz­no­ści in­ter­ne­to­wej i łap­czy­wie przyj­mo­wać zle­ce­nia, ja­kie spły­wa­ły z ca­łe­go świa­ta. Był to ko­lej­ny kraj ma­ją­cy po­nad mi­liard miesz­kań­ców, któ­ry gor­li­wie włą­czył się w pro­ces glo­ba­li­za­cji, a tak­że umoż­li­wił swym oby­wa­te­lom i pro­duk­tom wej­ście na świa­to­wy ry­nek. Uzna­łem, że być może za­czy­na się nowa era w dzie­jach In­dii. Spraw­ni in­dyj­scy biz­nes­me­ni z ła­two­ścią mo­gli ścią­gnąć in­we­sto­rów za­gra­nicz­nych do swo­je­go kra­ju i za­pew­nić lu­dziom pra­cę oraz wzrost do­bro­by­tu, a jed­no­cze­śnie świat mógł wie­le sko­rzy­stać na współ­pra­cy z In­dia­mi.

Ro­sja zo­sta­ła za­pro­szo­na do gru­py G7 już w 1997 r., po­nie­waż Za­chód sta­rał się za­chę­cić to pań­stwo, po­szu­ku­ją­ce swo­jej toż­sa­mo­ści po nie­daw­nym upad­ku ko­mu­ni­zmu, do jak naj­więk­sze­go za­an­ga­żo­wa­nia się w go­spo­dar­kę wol­no­ryn­ko­wą i de­mo­kra­cję. Jed­nak do roku 2001 przy­wód­cy gru­py G7 zre­zy­gno­wa­li ze zmu­sza­nia Ro­sji do wspól­nych dzia­łań. Ob­ję­cie wła­dzy przez Wła­di­mi­ra Pu­ti­na, po Bo­ry­sie Jel­cy­nie, ozna­cza­ło roz­cza­ro­wu­ją­ce dla Za­cho­du spo­wol­nie­nie pro­ce­su wcie­la­nia ka­pi­ta­li­zmu w ży­cie. Do tej pory nie­któ­rzy za­chod­ni ob­ser­wa­to­rzy po­zo­sta­ją scep­tycz­ni wo­bec Ro­sji i przy­szło­ści roz­wo­ju jej go­spo­dar­ki. Jak wy­ka­żę póź­niej, Ro­sja w dal­szym cią­gu dys­po­nu­je po­ten­cja­łem, któ­ry może wy­ge­ne­ro­wać wzrost, ja­kie­go spo­dzie­wa­li się uczest­ni­cy G7 jesz­cze w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych. Roz­wój ten może jed­nak na­stę­po­wać w zu­peł­nie in­nym sty­lu niż ten, któ­re­go ocze­ki­wa­ła gru­pa G7, gdy sta­wa­ła się gru­pą G8.

Przy­pa­dek Chin, In­dii i Ro­sji jest oczy­wi­sty. Ja jed­nak sta­ra­łem się my­śleć glo­bal­nie i za­sta­na­wia­łem się, czy aby cze­goś nie po­mi­ną­łem. Nig­dy z bli­ska nie przy­glą­da­łem się Ame­ry­ce Ła­ciń­skiej, jed­nak dwa tam­tej­sze kra­je, Bra­zy­lia i Mek­syk, rzu­ca­ły się w oczy z po­wo­du ogrom­nej po­pu­la­cji. Bra­zy­lia wy­da­wa­ła się co­raz bar­dziej praw­do­po­dob­nym kan­dy­da­tem, gdyż, po­dob­nie jak Chi­ny w ob­li­czu kry­zy­su wa­lu­to­we­go w Azji, pań­stwo to sta­ło się roz­waż­nym gra­czem go­spo­dar­czym. Mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie Ar­gen­ty­na znio­sła po­wią­za­nie wła­snej wa­lu­ty z do la­rem i ogło­si­ła nie­wy­pła­cal­ność, po­grą­ża­jąc się przy­najm­niej cza­so­wo w cha­osie ty­po­wym dla po­zo­sta­łej czę­ści kon­ty­nen­tu.

W Bra­zy­lii na­to­miast po­ja­wia­ły się ozna­ki, że jej go­spo­dar­ka za­czy­na zmie­rzać w zu­peł­nie in­nym kie­run­ku, i to w do­sko­na­le wy­bra­nym mo­men­cie. Bra­zy­lia była pań­stwem de­mo­kra­tycz­nym od wcze­snych lat sześć­dzie­sią­tych, cały czas jed­nak nie mo­gła osią­gnąć sta­bi­li­za­cji we­wnętrz­nej, nie­zbęd­nej do roz­po­czę­cia po­waż­ne­go roz­wo­ju go­spo­dar­cze­go. Głów­ny­mi pro­ble­ma­mi były cha­rak­te­ry­stycz­ne dla tego kra­ju ko­rup­cja i nie­efek­tyw­ność. Dla sza­re­go oby­wa­te­la ozna­cza­ło to nie­ustan­ne zmia­ny cen wszyst­kie­go w stop­niu, któ­ry unie­moż­li­wiał go­spo­da­ro­wa­nie do­mo­wym bu­dże­tem. Je­den z bra­zy­lij­skich eko­no­mi­stów za­trud­nio­nych w Gold­man Sachs opo­wia­dał mi kie­dyś, że gdy był na­sto­lat­kiem, ska­la dzien­nej in­fla­cji w Bra­zy­lii przy­po­mi­na­ła obec­ną in­fla­cję rocz­ną. W cią­gu mo­je­go ży­cia za­wo­do­we­go Bra­zy­lia prze­pro­wa­dza­ła wy­mia­nę pie­nią­dza czte­ro­krot­nie, co od­zwier­cie­dla­ło cha­os go­spo­dar­czy nę­ka­ją­cy ten kraj przez wie­le dzie­się­cio­le­ci. Tyl­ko w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych Bra­zy­lia prze­ży­ła trzy kry­zy­sy fi­nan­so­we. Przez wie­le lat bo­gat­si Bra­zy­lij­czy­cy na­tych­miast po otrzy­ma­niu wy­pła­ty ku­po­wa­li obce wa­lu­ty i de­po­no­wa­li je w szwaj­car­skich ban­kach, in­a­czej ich pie­nią­dze stra­ci­ły­by war­tość.

To wszyst­ko zmie­ni­ło się ra­dy­kal­nie pod ko­niec lat dzie­więć­dzie­sią­tych, wraz z doj­ściem do wła­dzy no­wych li­de­rów pod przy­wódz­twem pre­zy­den­ta Fer­nan­da Car­do­so, któ­re­mu uda­ło się opa­no­wać in­fla­cję i uzdro­wić or­ga­nizm pań­stwa. Moc­no wie­rzę, że kon­tro­la in­fla­cji jest nie­zbęd­na do roz­wo­ju każ­dej go­spo­dar­ki, o ile ma on zo­stać utrzy­ma­ny przez dłuż­szy czas. Oby­wa­te­le mu­szą wie­dzieć, co będą mo­gli ku­pić za pie­nią­dze, któ­re za­ra­bia­ją. Je­że­li nie wie­dzą, ja­kich cen mogą się spo­dzie­wać w nie­da­le­kiej przy­szło­ści, nie będą chcie­li in­we­sto­wać ani ro­bić ni­cze­go, co może w przy­szło­ści im po­móc. Je­że­li lu­dzie nie mają po­czu­cia, że to, co za­ro­bią i oszczę­dzą, bę­dzie mia­ło war­tość w przy­szło­ści, mó­wie­nie o dłu­go­trwa­łym roz­wo­ju w ogó­le tra­ci sens. Gdy­bym za­tem mógł udzie­lić jed­nej po­ra­dy pań­stwu, któ­re chcia­ło­by zre­for­mo­wać po­li­ty­kę tak, by przy­łą­czyć się do kra­jów o wy­so­kim po­zio­mie go­spo­dar­czym, by­ło­by to za­le­ce­nie do­ty­czą­ce in­fla­cji. Na­le­ży wy­zna­czyć jej ramy i trzy­mać w ry­zach, na jak naj­niż­szym po­zio­mie. Oka­zja dla Bra­zy­lii po­ja­wi­ła się za­raz po 1999 r., po na­sta­niu ko­lej­ne­go kry­zy­su. Przy­wód­cy Bra­zy­lii za­de­cy­do­wa­li o uwol­nie­niu kur­su re­ala, przez co jego cena spa­dła, a na­stęp­nie po­wo­ła­li na sta­no­wi­sko pre­ze­sa ban­ku cen­tral­ne­go Ar­mi­nio Fra­gę, wiel­kie­go zwo­len­ni­ka wy­zna­cza­nia ce­lów in­fla­cyj­nych. Umiej­sco­wie­nie kon­tro­li nad in­fla­cją w cen­trum po­li­ty­ki ma­kro­eko­no­micz­nej otwo­rzy­ło przed Bra­zy­lią per­spek­ty­wę za­koń­cze­nia na­wra­ca­ją­cych cy­kli hi­per­in­fla­cji, drę­czą­cych kraj przez po­przed­nie dwie de­ka­dy. Wresz­cie Bra­zy­lia mo­gła się­gnąć po do­bro­byt od­po­wia­da­ją­cy jej po­ten­cja­ło­wi.

Sy­tu­acja Bra­zy­lii mia­ła jed­nak w so­bie tyle nie­wia­do­mych, że włą­cze­nie jej do gru­py państw naj­szyb­ciej roz­wi­ja­ją­cych się już w 2000 r., gdy na­pi­sa­łem pierw­sze opra­co­wa­nie te­ma­tu, było z mo­jej stro­ny pod­ję­ciem du­że­go ry­zy­ka. Nie mogę oprzeć się po­ku­sie, aby nie przy­po­mnieć za­baw­nych roz­wa­żań z tam­tych cza­sów na te­mat po­wo­dów włą­cze­nia B do BRIC, że jed­nym z waż­nych po­wo­dów byli zna­ko­mi­ci pił­ka­rze, ja­kich ten wła­śnie kraj dał świa­tu. Na­wia­sem mó­wiąc, do dziś je­stem wiel­kim fa­nem fut­bo­lu, więc nie za­mie­rzam się wy­pie­rać, że czę­ścio­wo moja sym­pa­tia dla Bra­zy­lii i wia­ra w jej po­ten­cjał bra­ła się tak­że stąd.

Tak oto do­tar­łem do punk­tu, w któ­rym wy­raź­nie wi­dzia­łem gru­pę państw wy­róż­nia­ją­cych się go­spo­dar­czo, zda­łem so­bie też spra­wę, że z ich ini­cja­łów BRIC moż­na utwo­rzyć bar­dzo traf­ny akro­nim, gdyż te czte­ry ce­gieł­ki, o łącz­nej po­pu­la­cji oko­ło 2,8 mi­liar­da, mogą fak­tycz­nie stać się pod­sta­wą kon­struk­cji, na któ­rej oprze się bu­do­wa no­wo­cze­snej go­spo­dar­ki. Ata­ki z 11 wrze­śnia po­łą­czy­ły luź­ne ob­ser­wa­cje w jed­ną spój­ną myśl. Gdy­by uda­ło mi się stwo­rzyć wi­zję świa­ta – a tak­że przy­czy­nić się do jej ma­te­ria­li­za­cji – w któ­rym już nie ist­nie­je je­dy­na „wła­ści­wa” dro­ga ani też nie ma jed­ne­go „uzna­ne­go” kra­ju na po­zy­cji li­de­ra, lecz w któ­rym wszy­scy wza­jem­nie się to­le­ru­ją w ra­mach wspól­nie uzgod­nio­nych mię­dzy­na­ro­do­wych za­sad po­stę­po­wa­nia, świat lep­szy i bez­piecz­niej­szy od tego, któ­ry zna­li­śmy do­tych­czas.

Glo­ba­li­za­cja nie musi ozna­czać ame­ry­ka­ni­za­cji. Resz­ta świa­ta dys­po­nu­je wszak sze­ro­kim wa­chla­rzem moż­li­wo­ści two­rze­nia wła­snych de­fi­ni­cji tego ter­mi­nu i nada­wa­nia mu wła­snej cha­rak­te­ry­sty­ki. Na­wet dziś moż­na spo­tkać Ame­ry­ka­nów, któ­rzy czu­ją, że umoż­li­wie­nie Chi­nom wzro­stu do po­tę­gi rów­nej Sta­nom Zjed­no­czo­nym by­ło­by pod­wa­że­niem wszel­kich war­to­ści uzna­wa­nych przez Ame­ry­kę za waż­ne. W 2001 r. ta­kie sta­no­wi­sko prze­wa­ża­ło. Chcia­łem po­ło­żyć kres temu ro­dza­jo­wi my­śle­nia, wy­ka­zać, że glo­ba­li­za­cja może przy­nieść ko­rzy­ści nam wszyst­kim. Dla­te­go w li­sto­pa­dzie 2001 r. opu­bli­ko­wa­łem pra­cę, któ­ra nadal jest dla mnie in­spi­ra­cją. W tej książ­ce po­sta­ram się na­kre­ślić, jak wspo­mnia­ne czte­ry kra­je roz­wi­ja­ły się, do­cie­ra­jąc tak da­le­ko, jak ni­ko­mu się nig­dy nie śni­ło, jak ich dzia­ła­nia za­chę­ca­ły i in­spi­ro­wa­ły inne kra­je roz­wi­ja­ją­ce się do włą­cze­nia się w krąg świa­to­wej go­spo­dar­ki, w jaki spo­sób po­ma­ga­ją go­spo­dar­kom Za­cho­du od­zy­skać zdro­wie po kry­zy­sie z 2008 r. i dla­cze­go uwa­żam, że kra­je te będą mia­ły klu­czo­we zna­cze­nie dla przy­szło­ści go­spo­dar­czej ca­łe­go świa­ta.

Rozdział 2:Od „rozwijających się” do rozwiniętych

Jak dużo zmie­ni­ło się w cią­gu ostat­nie­go dzie­się­cio­le­cia! Ude­rza­ją­ce jest przy tym, że pier­wot­ny kształt gru­py BRIC nie zmie­nił się pra­wie wca­le. We wszyst­kich mo­ich ana­li­zach świa­to­wej go­spo­dar­ki, w na­tło­ku in­for­ma­cji i dez­in­for­ma­cji, nie­zmien­nie sku­pia­łem się na ko­rzy­ściach pły­ną­cych z do­stę­pu do co­raz szer­sze­go i bar­dziej pro­duk­tyw­ne­go ryn­ku za­trud­nie­nia. O ile ar­ty­kuł z 2001 r. stał się po­cząt­kiem wie­lo­let­nich ba­dań, ana­liz i do­pra­co­wy­wa­nia wy­ni­ków, tak prze­ze mnie, jak i przez mo­ich ko­le­gów, to isto­ta zja­wi­ska po­zo­sta­ła w ogól­nym za­ry­sie nie­zmie­nio­na.

Tem­po roz­wo­ju kra­jów BRIC prze­ro­sło na­sze naj­śmiel­sze ocze­ki­wa­nia i prze­bi­ło naj­bar­dziej opty­mi­stycz­ne sce­na­riu­sze; mu­sie­li­śmy za­tem prze­su­wać po­przecz­ki, któ­re w 2001 r. usta­wi­li­śmy na okres do 2050 r. – jak do­tąd trzy­krot­nie. Łącz­ny PKB tych kra­jów przez dzie­sięć lat wzrósł czte­ro­krot­nie, od 3 bi­lio­nów do­la­rów do bli­sko 12 bi­lio­nów. Te­raz, z per­spek­ty­wy, wi­dzę, że mo­głem po­ku­sić się o znacz­nie śmiel­sze pro­gno­zy.

Choć dzię­ki grun­tow­ne­mu wy­kształ­ce­niu eko­no­micz­ne­mu od daw­na wie­dzia­łem, że tak musi się stać, trud­no mi było to so­bie uświa­do­mić. Nie do­ce­nia­łem bo­wiem tak pro­stych, lecz nie­zwy­kle istot­nych czyn­ni­ków wpły­wa­ją­cych na roz­wój go­spo­dar­czy, jak po­ten­cjał de­mo­gra­ficz­ny i pro­duk­tyw­ność. W tym roz­dzia­le wy­ja­śniam, jak wraz ze wzro­stem wpły­wów państw BRIC zmie­nia­ło się na­sze my­śle­nie na ich te­mat.

PO­TĘ­GA PO­PU­LA­CJI

Nie­trud­no się do­my­ślić, że nie ja je­den nie zwra­ca­łem uwa­gi na de­mo­gra­fię. W świe­cie eu­ro­pej­skie­go biz­ne­su i po­li­ty­ki nie­raz sły­sza­ło się na­ce­cho­wa­ne za­zdro­ścią wy­po­wie­dzi na te­mat roz­wo­ju po­tę­gi Sta­nów Zjed­no­czo­nych w po­rów­na­niu z Eu­ro­pą, albo gło­sy zdu­mie­nia do­ty­czą­ce roz­wo­ju In­dii czy Chin. Oczy­wi­ście wzrost ten w każ­dym przy­pad­ku miał bar­dzo wie­le wspól­ne­go z licz­bą lud­no­ści. Wy­star­czy za­tem spraw­dzić naj­bar­dziej ostroż­ne pro­gno­zy de­mo­gra­ficz­ne dla tych kra­jów, zwłasz­cza w za­kre­sie po­pu­la­cji pra­cu­ją­cej, by zdo­być na rzecz świe­tla­nej przy­szło­ści BRIC ar­gu­ment nie do od­par­cia.

W tych czte­rech kra­jach za­miesz­ku­je bli­sko 3 mi­liar­dy lud­no­ści, co sta­no­wi pra­wie po­ło­wę lud­no­ści świa­ta. Pod pew­ny­mi wzglę­da­mi nie po­win­no więc ni­ko­go dzi­wić, że są to pań­stwa dys­po­nu­ją­ce wy­star­cza­ją­cym po­ten­cja­łem do tego, aby stać się tak­że po­tę­ga­mi go­spo­dar­czy­mi. Oczy­wi­ście, aby ich oby­wa­te­le mo­gli cie­szyć się do­bro­by­tem, któ­re­go za­zna­je mniej­sza część glo­bu, ko­niecz­ny jest tak­że suk­ces go­spo­dar­czy. Jak wy­ka­zał An­gus Mad­di­son, uzna­ny eks­pert w dzie­dzi­nie hi­sto­rii i ana­li­zy wzro­stu i roz­wo­ju go­spo­dar­cze­go, dwa naj­bar­dziej za­lud­nio­ne kra­je, czy­li Chi­ny i In­die, w prze­szło­ści mia­ły znacz­nie więk­szy udział w świa­to­wym PKB. Jego prze­ło­mo­we ana­li­zy hi­sto­rii go­spo­dar­czej wy­ka­za­ły, że do­mi­na­cja go­spo­dar­cza Chin mia­ła miej­sce po­mię­dzy X a XV w., za­rów­no pod wzglę­dem roz­mia­ru, jak i po­zio­mu za­moż­no­ści6. Przez