Strona główna » Humanistyka » MDS: Miłosne rewolucje

MDS: Miłosne rewolucje

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7859-932-6

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “MDS: Miłosne rewolucje

Co może łączyć hakerkę, parę szpiegów, zombie, seryjnego mordercę, czarownicę i boksera? By poznać odpowiedź na to pytanie, wyrusz z nami w podróż po meandrach romansu i erotyki w opowiadaniach zawartych w niniejszej antologii. MDS: Miłosne rewolucje to reedycja wydanego już wcześniej zbioru. Znajdziecie w nim odświeżoną wersję dawnych prac, jak również zupełnie nowe, wyjątkowe historie. Wspólnym mianownikiem dla wszystkich tekstów niech będzie skrót MDS, którego rozwinięcie pozostanie tymczasowo naszą słodką tajemnicą. Jesteście ciekawi, czym jest ów sekret? Cóż, przekonajcie się sami, smakując przy okazji mieszanki słodyczy pierwszych uniesień, pikanterii zakazanych uczuć, goryczy utraconej miłości.

Polecane książki

Poradnik do gry Tom Clancy's Splinter Cell: Conviction zawiera przede wszystkim bardzo szczegółowy opis wszystkich misji kampanii dla pojedynczego gracza. W tekście znalazły się informacje na temat wykonywania stawianych przed głównym bohaterem zadań.Tom Clancy's Splinter Cell: Conviction - PC - por...
Autorka książki, czyniąc punktem odniesienia doświadczenia niemieckich pedagogów i nauczycieli w zakresie koleżeńskiego doradztwa, stara się odpowiedzieć na pytanie, na czym polega istota wspomnianej koncepcji sytuowanej tradycyjnie wśród metod superwizji i coachingu. Tematyka książki koncentruje s...
Brak systemu jakości może odbić się negatywnie na wynikach przedsiębiorstwa. Firmy zmuszone są reagować na potrzeby klienta i tendencje do zmiany użytkowanych produktów i marek - tak wskazują badania. Wprowadzenie norm jakości może wspomóc Twoje przedsiębiorstwo w skutecznym dostosowaniu się do real...
Księżniczka Lia jest pierwszą córką domu Morrighanów, królestwa przesiąkniętego tradycją, poczuciem obowiązku i opowieściami o minionym świecie. W dniu swojego ślubu ucieka, uchylając się od swej roli − pragnie wyjść za mąż z miłości, a nie w celu zapewnienia sojuszu politycznego.Ścigana przez liczn...
Pierwszego kwietnia 1700 roku dochodzi w Tarnowie do przeraźliwego mordu. Znalezione na cmentarzu ciało jest nagie i pokryte błotem, a pośrodku piersi tkwi narzędzie zbrodni – odlany w żelazie namogilny krucyfiks. Miejscowy medyk twierdzi, że zbrodni nie mógł dokonać człowiek. Dochodzi do kolejn...
To poezja, która nie boi się paradoksalnych point i kalamburów - świat rzeczy i świat słów przeplatają się tu niespodziewanie, realizm okazuje się podszyty surrealizmem, dystans wobec rzeczywistości raz jest ironicznie daleki, a raz boleśnie mały.Michał RusinekGłówne walory tej liryki to mądry namys...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Opracowanie zbiorowe

LaNoir ‌& Ailes

Miłosne rewolucje

© Copyright ‌by Literacka ‌Grupa Ailes ‌& ‌La Noir & ‌e-bookowo

Projekt ‌okładki: Maja ‌Krzemińska

Korekta: ‌Ada ‌Katarzyna ‌Szewczyk

Skład: Ilona ‌Dobijańska

ISBN ‌e-book 978-83-7859-932-6

ISBN druk 978-83-7859-933-3

Wydawca: ‌Wydawnictwo internetowe ‌e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie ‌prawa ‌zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie ‌części ‌lub całości

bez ‌zgody wydawcy zabronione

Wydanie ‌I 2018

Patronaci pisarze:

1. ‌Agnieszka Lingas-Łoniewska

2. Alek Rogoziński

3. ‌Magdalena Wala

4. ‌Magdalena ‌Knedler

5. Adrian Bednarek

6. Krystyna ‌Mirek

7. Agnieszka ‌Krawczyk

8. Magdalena Majcher

9. ‌Agnieszka ‌Lis

10. Anita Scharmach

11. ‌Natalia Nowak-Lewandowska

12. ‌Nina Reichter

13. ‌Natasza ‌Socha

14. Małgorzata Garkowska

15. ‌Marta Matyszczak

16. Joanna ‌Opiat-Bojarska

17. Marta Obuch

18. ‌Olga Rudnicka

19. Aleksandra Mantorska

20. ‌Patrycja Żurek

Patronaci blogerzy:

1. Niegrzeczne ‌Dziewczyny Recenzują

https://niegrzecznerecenzje.blogspot.com/

2. Patrycja Socha

http://www.agencja-runa.pl/ ‌http://www.javri.eu/

3. Ola Jesiołowska

http://aleksandrowemysli.blogspot.com/

4. Paulina ‌Balcerzak

http://citeofbooks.blogspot.com/

5. Wioleta Sadowska

http://www.subiektywnieoksiazkach.pl/

6. ‌Krystyna ‌Meszka

http://cyrysia.blogspot.com/

7. ‌Magda Zimna

http://czytamybokochamy.blogspot.com/

8. ‌Julia ‌Deja

http://rude-pioro.blogspot.com/

9. Katarzyna Krupska

http://mojswiatliteratury.blogspot.com/

10. Renata ‌Przybysz

http://www.facebook.com/Diabelpoleca/

11. Justyna ‌Lubieniecka

http://oczarowanaczytaniem.pl/

12. Sylwia Cegieła

http://www.sylwiacegiela.pl/

13. ‌Beata Matuszewska

http://zaczarowana-ksiazka.blogspot.com/

14. ‌Katarzyna Głub

http://recenzujeromanse.blogspot.com/

15. Grażyna Wróbel

http://czytaninka.blogspot.com/

16. ‌Marta Kraszewska

http://www.rudymspojrzeniem.pl/

17. Oliwia ‌Bogusz

http://wysnioneksiazki.blogspot.com/

18. Hanna Smarzewska

http://nie-oceniam-po-okladkach.blogspot.com/

19. Monika ‌Pieniak

http://booksandcatslover.blogspot.com/

20. ‌Karolina Koza (Kociara)

http://kociara-mojepasje.blogspot.com/

21. Oliwia ‌Trzynska

https://www.instagram.com/unirosbooks/

22. Anna Dolata

http://skarbiecksiazek.blogspot.com/

Konwersja do ‌epub ‌i mobi A3M Agencja ‌Internetowa

1.Dla E.– ‌M. L., ‌La Noir, Ailes

Czasami ‌w samotne puste ‌noce przymykam oczy ‌i przywołuję ‌chwile, które nigdy ‌już nie ‌powrócą. Ona ‌jest już tylko ‌wspomnieniem, piękną ‌myślą, jakiej ‌nigdy ‌się nie pozbędę. Cudownym ‌marzeniem, jakiego nigdy nie ‌ośmielę się ‌spełnić, chcąc zachować je ‌tylko ‌dla siebie, na ‌całą wieczność. Na ‌każdą chwilę, gdy powróci do mnie wraz z moją tęsknotą.

Była niczym klasyczny sen wariata, zbyt oczywista w swoim szaleństwie, jednak za mało wyrazista, aby stać się dla mnie rzeczywistością. Nie potrafiłem nigdy zrozumieć jej fenomenu. Tej całej otoczki, którą czarowała otoczenie, sprawiając, że wszystko wokoło stawało się idealnie bezpretensjonalne. Zawierając w sobie niesamowite pokłady esencji kobiecości, miała również wiele łagodności. Fascynująco zmysłowa i nieporównywalnie sensualna, potrafiła uśmiechać się do mnie spokojnym uśmiechem romantycznej nastolatki. Bezczelna, nienasycona, zuchwała, stawała się czasem nostalgiczna oraz infantylna. Niepowtarzalny egzemplarz, którego nie przestawałem nigdy chcieć, którego było mi wciąż mało. Zachłanny jej, wciąż ją odpychałem. Dlaczego? Ponieważ nie umiałem jej kochać? We wszystkich tych uczuciach nie mogłem doszukać się tego jednego. Nigdy nie potrafiłem kochać, nie znałem tego uczucia. Czy mogłem go nie rozpoznać? Przeoczyć? Czas dał mi odpowiedzi, które zaskoczyły mnie, gdy zrozumiałem, że znałem je już od dawna. Od chwili, w której ujrzałem ją po raz pierwszy.

To był jeden z typowych wieczorów, jakie spędzałem samotnie od lat. Wizyta w klubie i wokoło wiele kobiet, z których jedną zabierałem ze sobą, gdy nie miałem ochoty na samotną noc. Nie próbowałem nigdy z żadną rozmawiać, nie próbowałem słuchać, nie chciałem niczego zrozumieć. Liczyła się jedynie chwila fizycznej satysfakcji, która wrzucała mnie jeszcze głębiej w otchłań absurdu, w którym tkwiłem od wielu lat mej próżnej egzystencji. Zatarty w rutynie, powtarzałem ten schemat każdej nocy, nie chcąc dopuścić do siebie myśli, że być może była w tym jeszcze potrzeba głębszego doznania, intensywniejszej bliskości, nieopartej jedynie na potrzebie prymitywnego spełnienia. Nie rozwodziłem się nad tym, ponieważ istotna była dla mnie tylko jedna prawda: nie było takiej kobiety, która umiałaby zatrzymać sobą moje myśli, sprawiając, abym przystanął w miejscu. Taka kobieta nie istniała.

To był dość chłodny, wiosenny wieczór. Przeciskałem się wąskim, zapełnionym ludźmi korytarzem w stronę baru. Mijałem stojące pod ścianami dziewczyny, skąpo ubrane i z maksymalną ilością tapety na twarzy; sprowadzały do mnie myśl, aby zaproponować im szpachelkę zamiast papierosa, o którego często prosiły. W chwili, gdy byłem już blisko baru, usłyszałem za sobą donośny trzask i gwałtownie odwróciłem się w stronę, z której dobiegł. Na samym końcu korytarza stała młodziutka dziewczyna, tak niecodzienna w tym miejscu, że bezwiednie przystanąłem i wpatrywałem się w nią zaskoczony. Była tak naturalna i prostolinijna, iż pomyślałem, że pomyliła miejsca, przychodząc do nocnego klubu zamiast iść na jakiś wieczorek autorski. Jej wejście, poprzedzone głośnym wydźwiękiem zatrzaskiwanych drzwi, dostrzeżone zostało przez prawie każdego z gości. Dziewczyna zaś swą miną i zachowaniem aż krzyczała: „Ja nie mam pojęcia, o co w ogóle chodzi”. Niczym słoń w składzie porcelany. Z tym że ten słoń był w zasadzie cholernie atrakcyjnym kociakiem. Przywiodła na mą twarz uśmiech, a do głowy pozytywną myśl, po czym odwróciłem się i odszedłem do baru, by po chwili wlewać w siebie bursztynowy płyn. Przez trzy kolejki whisky dziewczyna zupełnie zniknęła z moich myśli, a pojawiła się wraz z czwartą, gdy odwróciwszy się w stronę tańczących, ujrzałem ją na środku parkietu. Tańczyła, miała zamknięte oczy, a na twarzy taką błogość, że moja dłoń zatrzymała się w pół ruchu, a szklanka z whisky nie dotarła do ust.

Obserwowałem ją uważnie, przyciągała mój wzrok każdym swym ruchem. Nie przypominała już tej samej dziewczyny, którą widziałem jeszcze przed chwilą. Beżowy płaszcz zniknął z jej ramion, pozostawiając na jej ciele ogniście czerwoną sukienkę z lejącego się materiału, który ściśle przylegał do zgrabnej sylwetki. Ruchy były tak bardzo ekspresyjne i niesamowicie elastyczne, iż taniec aż krzyczał do mnie siłą swego wyrazu.

To, co się ze mną działo, nawet mnie nie zaskoczyło. Dlaczego? Po prostu nie miałem czasu na jakiekolwiek myśli. Widziałem, jak porusza zmysłowo biodrami, wprawiając w ruch swe idealne kształty. Jej dłonie były tak gibkie i wiły się tak niewyobrażalnie elastycznie, pobudzając wszelakie moje doznania, że wszystko inne w tamtym momencie znikło. W tamtej chwili jedyne, o czym mogłem myśleć, to aby jak najszybciej znaleźć się obok niej. A ona, jakby czytając mi w myślach, otworzyła oczy i nie przestając tańczyć, wpatrywała się we mnie. Pragnąłem tej dziewczyny jak nigdy dotąd żadnej kobiety w moim życiu. Zrobiłem dwa kroki w jej stronę, chcąc sprawdzić, jaka będzie jej reakcja. Nieznajoma, nadal utrzymując kontakt wzrokowy, tańczyła, pobudzając każdy mój nerw zmysłowymi ruchami swego ciała. Krok po kroku, niczym taniec na linie nad przepaścią, nadciągała w moją stronę, niosąc z sobą cały ten wysublimowanym blichtr, jaki wytwarzała swą osobą.

Po chwili stała już przede mną, obnażając mnie z myśli, które wydzierały się ze spojrzenia, jakim ją obdarzałem. Wpatrywała się we mnie bezczelnie i wyzywająco. Przyciągnąłem ją gwałtownie do siebie, chcąc sprawdzić, jaki to będzie miało odzew, jednak nie zrobiła niczego i nadal butnie patrzyła na mnie swym kocim wzrokiem. Położyłem swe dłonie na jej tali, a później objąłem ją i uniosłem w górę, po czym posadziłem na barze.

Badaliśmy się wzrokiem, sprawdzając nawzajem i wyczuwając, jakie granice jesteśmy w stanie przekroczyć. Ale ja byłem w stanie przekroczyć każdą granicę dla niej.

Położyłem dłonie na jej kolanach i powolnym ruchem rozsunąłem je, robiąc sobie miejsce, aby być jeszcze bliżej. Obserwowałem tę fascynująca, pełną ekspresji twarz, chłonąłem każde jej odczucie. Wszystkie emocje uderzały we mnie z taką siłą, iż nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Miała tak niesamowicie przyjemną w dotyku skórę. Gdy sunąłem swymi dłońmi po jej udach, czułem, jak pręży się pod mym dotykiem. Wygięła ciało w łuk i odrzuciła do tyłu głowę z przeciągłym jękiem, a ja, wykorzystując moment, położyłem rękę na jej brzuchu i stanowczym ruchem przyciągnąłem do siebie, nie pozwalając się unieść. Pochyliłem się nad nią lekko i wpatrywałem jak zaklęty w to, co się z nią działo. Cały aż pulsowałem od chęci, aby dostać się w nią, poczuć ją intensywniej, głębiej. Przysunąłem swą twarz do niej i trzymałem w lekkim oddaleniu, tak aby obserwować jej buzię i rozkoszować się emocjami, które wywoływała moja dłoń, błądząca po rozedrganym ciele. Nie mogła kontrolować swego oddechu, łapczywie nabierała powietrza, gdy dostawałem się w jej najintymniejsze miejsca. Była niczym najsłodsza delicja. Gdy dotknąłem ustami jej szyi zasyczała, wyginając się spazmatycznie. Uspokoiłem ją stanowczym dotykiem, jednocześnie rozpoczynając wędrówkę po jej rozpalonym ciele. Była to najbardziej wysmakowana trasa, jaką dane było mi kiedykolwiek przebyć. Mój język na swym brzuchu przywitała nieskoordynowanymi pojękiwaniami, a każdy centymetr w dół sprawiał, że natężenie dźwięków intensywnie narastało. Drażniłem się z nią, z premedytacją wydłużając dotarcie do celu. Zakosztowanie jej było najintensywniejszym doznaniem w moim życiu. Jej smak był tak wysublimowany, że z rozkoszy przymknąłem oczy, delektując się nią niczym najwykwintniejszym trunkiem, najbardziej wyszukaną potrawą. Oboje czerpaliśmy z tego dojmującą przyjemność, kosztując się bardziej, z każdą chwilą będąc jeszcze bliżej spełnienia.

Intensywne ciepło rozprzestrzeniało się po całym moim ciele, gdy wsuwałem się w nią powolnym ruchem, coraz głębiej i głębiej. Wpatrując się w jej błyszczące, półprzytomne zielone oczy, obserwowałem, jak się pode mną pręży. Słuchałem melodii, jaką z niej wydobywałem, i zatracałem się w niej, obnażonej ze wstydu oraz niczym nieskrępowanej.

– Algo – wyszeptała namiętnie, a ja otworzyłem gwałtownie oczy, wybudzając się z mojego marzenia.

Przez chwilę nie mogłem zorientować się, co się dzieje. Myśli wracały powoli, a gdy przyszło opamiętanie, zorientowałem się, że już jej nie ma na parkiecie. Rzuciłem okiem w stronę stolików i spostrzegłem ją, jak zabiera z oparcia krzesła płaszcz, a następnie kieruje się w stronę wyjścia. Ujrzawszy skórzaną torebkę na stoliku, podziękowałem opatrzności za pretekst, którym mnie niespodziewanie obdarzyła. Dostawszy się tam, chciwie zagarnąłem zapomniany przedmiot, po czym ruszyłem za dziewczyną. Chłodne powietrze, które we mnie uderzyło, gdy wydostałem się na zewnątrz, trochę mnie oprzytomniło. Głęboko nim odetchnąłem i rozejrzałem się wokoło w poszukiwaniu nieznajomej.

Szła wolnym krokiem. Krótki, niedbale zarzucony na ramiona płaszcz ledwie zakrywał czerwoną sukienkę. Pasek ciągnął się po ziemi. W chwili, gdy wyszła na ulicę, zerwał się wiatr, a jego gwałtowny podmuch rozrzucił długie, lśniące włosy nieznajomej, pozwalając rozsypać im się na ramionach. Co chwila podnosił je i bawił się figlarnie jej kosmykami.

– Stój – krzyknąłem niepewnie, nie wiedząc, czy na pewno tego chcę, a ona przystanęła na środku ulicy i gwałtownie się do mnie odwróciła. Jej twarz przysłaniały włosy, którymi nadal bawił się wiatr. Zastanawiałem się, co sobie pomyślała. Czy jest zniecierpliwiona, czy zła, czy może zaintrygowana. – Zapomniałaś torebki – powiedziałem już ciszej i wyciągnąłem w jej stronę skórzany dodatek.

W tym samym momencie ujrzałem w jej drugiej dłoni taką samą torebkę i poczułem się jak błazen. Nie wiedziałem co zrobić – czy cokolwiek robić, czy może po prostu odejść, rzuciwszy uprzednio krótkie „przepraszam”. Odpowiedź przyszła niespodziewanie w chwili, gdy smukłą dłonią odgarnęła włosy, pokazując swe oblicze, na którym igrał lekki, łagodny, nieco figlarny uśmiech, którym kupiła mnie całego w jednej i tej samej chwili. Zahipnotyzowała mnie, uwięziła swym spojrzeniem. Tak po prostu.

Słyszałem nadjeżdżający samochód. Ona też go słyszała, ale nie ruszyła się z miejsca nawet o krok. Wyzywający wzrok oraz zuchwałość, która nagle pojawiła się na jej twarzy, tak bardzo zbiły mnie z tropu, że dosłownie w ostatniej chwili oprzytomniałem i rzuciłem się w jej stronę, jakimś cudem ochraniając nas oboje przed nieszczęściem. Ciężko oddychając, leżałem na niej, czułem pod sobą drobne ciało, o którym jeszcze przed momentem marzyłem, widząc ją tańczącą zmysłowo na parkiecie. Jej pot, mieszający się z resztkami jakichś perfum, zniewolił mnie, był tak cholernie potężnym afrodyzjakiem, że do tej pory czuję jej zapach. Przymykając powieki, przywołuję tę fascynującą barwę intensywnie szmaragdowych oczu, w których widziałem nieskończoność.

– Nie uprawiam seksu na pierwszej randce – powiedziała, a ja poczułem irytację – była taka nierozważna i lekkomyślna, a w tamtym momencie patrzyła na mnie takim wzrokiem, że zrobiło mi się gorąco. – Ale możesz mnie pocałować – wyszeptała, a ja jak kretyn zrobiłem to.

Czułem się przy niej lepszym człowiekiem. Mój świat zabarwił się, nabrał sensu. Spędzałem z nią wspaniałe dni i jeszcze wspanialsze noce, wypełnione burzliwymi emocjami oraz niepohamowaną żądzą. Bezsenne i niebywale intensywne. Uwielbiałem spoglądać w jej oczy, gdy była bliska spełnienia, kochałem obserwować emocje w chwili, gdy brała to, co dawałem, każdą czułość, każdą pieszczotę. Każdy wyraz mego uczucia. Działała na mnie niesamowicie. Podniecała mnie choćby jednym słowem, zaledwie spojrzeniem. Była szalona, zdolna do największej głupoty. Wszystkie dni z nią były niczym jazda bez trzymanki z zawiązanymi oczyma po ruchliwej autostradzie. Nigdy nie mierzyłem słowami tego, ile dla mnie znaczyła, nie mogłem. Moja szalona dziewczyna, mój wieczny niepokój. Dla niej byłem w stanie zrobić dosłownie wszystko. Nie było rzeczy niemożliwej, gdy ona była obok mnie. Więc dlaczego pozwoliłem jej odejść? Nie umiem sobie tego wytłumaczyć nawet teraz.

W chwili, gdy zamykała za sobą drzwi, rzuciła mi spojrzenie, które prześladuje mnie do dzisiejszego dnia. Jej twarz była pełna smutku i zawodu. Wytrzymanie jej wzroku było dla mnie czymś niewyobrażalnie trudnym. Do tej pory w puste noce wychodzę na taras i siadam na barierce, na której często oboje przesiadywaliśmy. Zamykam oczy i powraca wspomnienie tej dziewczyny, wiele fleszy. Ona tańcząca na boso na stoliku w barze, śmiejąca się radośnie, biegnąca pustą ulicą, płacząca na jakimś bezsensownym filmie, do których oglądania mnie zmuszała. Odbierająca intensywnie moje pieszczoty, w których się nigdy nie ograniczałem i którymi kochałem ją obdarzać. Oraz… ona stojąca na środku ulicy w rozchylonym płaszczu ze zwisającym paskiem, wpatrująca się we mnie z lekkim uśmiechem, odgarniająca włosy, które rozwiewał wiatr.

Wiele razy zadaję sobie to samo pytanie. Dlaczego nie umiałem jej pokochać? Przecież była tą jedyną, którą mogłem. Jedyną, której chciałem, i jedyną, którą byłem w stanie obdarzyć tym uczuciem. Zawsze powtarzała, że nic nie jest w stanie powstrzymać wiatru, tak jak nic nie może zatrzymać deszczu. Wspominam jej słowa i wtedy uderza we mnie brutalna prawda, uświadamiając mi, iż zbyt późno zdałem sobie sprawę z tego, że ona nie jest tą, z którą mogłem żyć – ona jest tą, bez której nie mogę. Jest moim deszczem.

Z bezsennymi nocami przy słabym świetle świec…

Z odczuwaniem żaru namiętności…

Podczas gdy wszystko inne jest tak odległe…

I unoszę się daleko… Nieruchoma…

I tak się przywiązałam, tak się zagmatwałam w nieskończonych okolicznościach…

A teraz… Jesteś przede mną, delikatną i prawdziwą…

Która znajduje wolność w morzu…

Ft. „Niczym morze we mnie…” Anna Tuziak

2. Karmelowy Chłopiec– Agata Głowacz, Ailes

Trzy lata.

Tyle trwała nasza przyjacielska, pełna radości, marzeń i celów relacja. W trakcie tego czasu Arch miał kilka dziewczyn, zaliczył ponad dwieście siedemnaście imprez, jeden wypadek samochodowy, posiadał dwa auta, cztery razy trafił na izbę wytrzeźwień, a dziesięć razy próbował przejść przez liczne sesje terapeutyczne. Po trzech latach coś się zmieniło. My się zmieniliśmy. Chyba weszliśmy w dojrzałość. Chyba, ponieważ do końca nie jestem pewna. W związku Arch także pokazywał inną twarz. Z kochanego, najlepszego przyjaciela pod słońcem stał się zaborczym, zazdrosnym, pewnym siebie facetem, który ciągle czegoś żądał i stawiał niesłychanie abstrakcyjne warunki. Ja i mój charakter byliśmy zarazem jego przeszkodą, jak i uzależnieniem.

O trudnej miłości ciężko się mówi. Jeszcze ciężej się od niej się uwolnić…

***

Myślę, że od zawsze mnie kochał. Kochał mimo wszystko i wbrew wszystkiemu. Najpierw było to uczucie radosne, pełne dziecięcego optymizmu, nadziei, wielkich marzeń. Zachowywaliśmy się jak rodzeństwo. Wszędzie razem. Skoczyłabym za nim w ogień, którego się bałam, i wiedziałam, że on zrobiłby to samo. Znałam go jak własną kieszeń. Był kulą szaleństwa, energii i wesołych uśmiechów; był ambitny, zdolny oraz troskliwy. Poznaliśmy się dzięki naszym matkom, przyjaźniącym się od wieków. Obie zaszły w ciążę w niewielkich odstępach czasowych, przez co od pieluchy mogliśmy zerkać na siebie, bawić razem w piaskownicy, chodzić na wspólne spacery, na basen, na lody czy w późniejszym czasie do szkoły. Byliśmy jak brat i siostra. Dopiero kiedy nastał wiek magicznych osiemnastu lat, stwierdziliśmy, że to przyjaźń. Wielka, prawdziwa aż po grób przyjaźń.

Uwielbiałam określać Archera jako mojego najlepszego przyjaciela, brata z innej matki. Nigdy nawet nie spojrzałam na niego jak na innych mężczyzn z otoczenia. Kochałam go, ale w sposób… dozwolony i bezpieczny. Unikałam myśli, iż nasze uczucia mogą przeobrazić się w coś innego, głębszego. Wewnątrz siebie czułam, że właściwie oboje oszukiwaliśmy nasze serca i rozumy przez długie, niekiedy bolesne lata. Zawsze tłumaczyłam to sobie moim nastoletnim, głupim wiekiem, który sprowadził na mnie wiele nieszczęść. Na Archera zresztą także. Wraz z dorosłością przyjaciel o pięknych, karmelowych, gęstych włosach, z delikatnym zarostem na twarzy, zaczął buntować się przeciwko całemu światu. Nie uznawał norm, panujących na naszej wspaniałej Ziemi, nie lubił chodzić za tłumem. W kółko powtarzał mi, że jeśli chcemy być kimś, musimy zacząć się sprzeciwiać. Podążając za swoją nową zasadą, zrobił sobie kilka tatuaży, chociaż jego mama stanowczo się nie zgadzała. Mój przyjaciel znalazł także pracę w warsztacie samochodowym, gdzie poznał kolejnych widocznie zbuntowanych chłopaków.

***

Z perspektywy czasu to były bardzo złe miesiące dla Archera Wilde. Dla mnie chyba również. Miałam osiemnaście lat i wreszcie zapragnęłam miłości jak z bajki. Chyba każda dziewczyna przechodzi przez ten nieszczęsny okres, kiedy naczyta się zbyt dużo książek, wierszy czy obejrzy nazbyt filmów romantycznych, a potem marzy o swoim księciu lub o mężczyźnie spełniającym jej największe wymagania. Byłam zapaloną miłośniczką łzawych romansów ze smutnymi zakończeniami, ale zawsze pięknym uczuciem, więc i na mnie przyszedł ten okropny moment bycia zamkniętą w sobie szarą myszką, która liczy, że cudem spotka ideał. Odrzucałam chyba każdego faceta, a jak nie odrzucałam, to nikt się mną nie interesował, dzięki czemu unikałam niepotrzebnego łamania serc czy mówienia „nie”.

Archer nie narzekał na te chwile. Śmiał się ze mnie i klepiąc po ramieniu, odpowiadał:

– Przejdzie ci. W końcu przyjdzie ten czas, gdy zdasz sobie sprawę, że właściwie nie ma ideałów i musisz zaakceptować to, co jest.

– Nie chcę akceptować tego, co jest. Wolę poszukać tego, co może być lepsze – twierdziłam, twardo broniąc swego zdania. Mój przyjaciel znowu chichotał, kręcąc głową z politowaniem. Nie wierzył, iż znajdę kogoś spełniającego te według niego chore i śmieszne warunki.

Przez te ciężkie dla nas obojga miesiące trochę się od siebie oddaliliśmy, jednakże nie straciliśmy kontaktu całkowicie. Archer wciąż chodził ze mną na wieczorne spacery z psem, Jody, a ja wciąż siedziałam w jego piwnicy, kiedy naprawiał stary motor, rower, rolki czy później samochody. Mimo wszystko nasze zachowania różniły się od tych, które przejawialiśmy w dawnych latach.

Arch, chociaż kochał mnie na swój sposób, znajdował wymówki, by czasami nie przyjść na nasze spotkanie. Rozpoczął ciąg imprez, upojeń alkoholowych i podrywania dziewczyn. Zrobił sobie kolejne tatuaże, niedługo potem całą prawą rękę zdobił rękaw i naprawdę wyjątkowe wzory. Mój karmelowy chłopczyk postanowił podobać się nie tylko sobie, ale także damom, które podrywał. Wykupił pierwszy karnet na siłownię, nie wiedząc nawet, co powinien ćwiczyć i jak to prawidłowo robić. Był zdenerwowany, gdy po miesiącu nadal nie miał wymarzonej rzeźby. Siadał na mojej starej kanapie na poddaszu i narzekał, odbijając o ścianę gumową, czerwoną piłeczkę, pomagającą mi w stresie.

– Gdybyś widziała tych napompowanych frajerów, zrozumiałabyś moją wściekłość, Chloe.

– Nie uzyskasz idealnego kaloryfera w trakcie trzydziestu dni, głupku. Pomyśl logicznie.

– Zamknij się – mamrotał z wyczuwalną ironią, a potem sam z siebie się śmiał. Dla takich chwil ceniłam naszą przyjaźń. To dziwne, ale nie byłam zła, kiedy potrafił olewać mnie tydzień, aby nagle zjawić się pod domem z ulubionymi czekoladkami, truskawkami z bitą śmietaną i jedną białą różą, żeby prosić o wybaczenie. Zawsze wybaczałam, co stanowiło największy błąd w moim życiu. Podatność, uległość, zbyt dobre, miękkie serce.

***

Karmelowy chłopiec, bo tak pieszczotliwie nazywałam Archera ze względu na jego kolor włosów, po czasie przestał być takim chłopcem. Stał się mężczyzną, którego pragnęły moje koleżanki, jego znajome czy nawet starsze kobiety z klubów. Nie rozumiałam wyborów Archera. Wolałam go gdy wcale nie udawał cwaniaka, gwiazdora miasteczka, wielkiego Casanovy. Zamieniał się w niego każdego cholernego dnia przez trzy lata. Wreszcie postanowił całkowicie uwolnić się od mamy, więc za uzbierane pieniądze wynajął z kumplem małe mieszkanie. Nadal pracował w warsztacie, chociaż prywatnie także zaczął przyjmować klientów. Kiedy zdobywał ich coraz więcej, a byli to głównie młodzi chłopcy, którzy raczej nie powinni mieć samochodu, zastanawiałam się, co on naprawdę im naprawia.

Któregoś dnia bez zapowiedzi wpadłam pod garaże, gdzie wzrokiem odnalazłam przyjaciela. Faktycznie stał przy starym bmw w roboczych ubraniach, z papierosem w dłoni. Powoli i po cichu zakradłam się do dyskutującej grupki. W pewnym momencie Archer wyciągnął z kieszeni malutki, przezroczysty woreczek z białym proszkiem. Nie wahałam się ani chwili i wyskoczyłam zza czarnego vana, zaskakując całą czwórkę. Wtedy po raz pierwszy widziałam furię tego człowieka. Człowieka, którego miałam za brata… za kogoś bardzo bliskiego. Młodemu chłopakowi kazał uciekać, a mnie samą szarpnął w przeciwnym kierunku, straszliwie przeklinając.

– Kazałem ci mnie śledzić, idiotko?!

– Pohamuj słownictwo, Arch – warknęłam, piorunując go wzrokiem. Mógł sobie pozwalać na naprawdę wiele, ale wyzywanie nie należało do czegoś, co akceptowałam. Wiedział dobrze, że kierowanie takich słów w moją stronę nie wpływało przyjaźnie. Ojciec także uwielbiał stosować znęcanie się psychiczne, upokarzanie i liczne obelgi. W ten sposób zakiełkował we mnie mur obronny, kiedy tylko ktoś spróbował użyć nieciekawych określeń. – To jest twój nowy sposób na zarobek? Narkotyki? Jesteś dilerem?

– Idź stąd, Chloe. I wymaż sobie to z pamięci – burknął, po czym odszedł.

Nie rozmawialiśmy przez cały miesiąc. Dowiadywałam się od znajomych, że zaczął randkować z naszą dawną szkolną laleczką, Sashą. Chodził na imprezy, pił i widocznie prowadził dość rozrywkowe życie. Poczuł dorosłość aż za bardzo, podczas gdy ja spędzałam dnie na pisaniu kolejnych wierszy, robieniu paznokci moim własnym klientkom w uczciwym biznesie oraz uczeniu się do sesji. Byłam na studiach, natomiast Archer olał edukację już wcześniej, kiedy znalazł sobie nowe zajęcie. Buntowanie się przeciwko światu i normom społecznym.

Miesiąc po tym, jak odkryłam jego tajemnicę, zaczęło mi go brakować. Mojego karmelowego chłopca. Tworzyłam o nim wiersze, wysyłając mu je pocztą. Odwiedzałam jego mamę, próbując ją pocieszyć, że jeszcze jej syn wyjdzie na ludzi. Prosiła mnie o pomoc, a ja czułam zobowiązanie, aby naprawdę sprowadzić Archera do pionu. Był takim idiotą, że aż nie miałam dokładnych słów, by go opisać.

Gdy pewnego dnia wychodziłam od pani Wilde, pod bramę wjazdową podjechał srebrny, elegancki jaguar. Wtedy właśnie go zobaczyłam. Na początku nie zwrócił na mnie uwagi, zbyt zajęty otwieraniem drzwi od strony pasażera. Z auta wysiadła ładna, młoda dziewczyna, wcale niebędąca Sashą. Ucisk w piersi poczułam dopiero kiedy zachłannie, jak jakieś niedożywione dzikie zwierzęta, zaczęli odprawiać erotyczne rytuały na masce jaguara. Po chwili czarnowłosa, uśmiechnięta dama odwróciła wzrok i napotkała moją osobę. Serce dosłownie mi się krajało, chociaż przecież kochałam go jak brata, a nie jak kogoś, z kim mogłabym wiązać przyszłość. W oczach poczułam gorzkie łzy, które tłumaczyłam sobie zwykłą zazdrością, zwykłą złością o porzucenie naszej przyjaźni. Odeszłam bez słowa ze wzrokiem wbitym w chodnik. Czułam na sobie ich spojrzenia, ale nie sprawdziłam, czy rzeczywiście za mną patrzyli. Wróciłam do domu, po czym zamknęłam się w pokoju na dwa dni. Nie jadłam i nie potrafiłam spać, ciągle obwiniając się o zakończenie naszej relacji.

Właśnie po tych samotnych czterdziestu ośmiu godzinach ktoś zapukał.

Po chwili w drzwiach stanął Archer. Patrzyłam na niego z szokiem wymalowanym na twarzy. Nic nie ukrywałam. Wszystkie emocje wyszły na jaw, a ja jak skończona idiotka poleciałam w jego ramiona, wylewając z siebie kolejne łzy.

– Przepraszam – szepnął w moje włosy, tuląc mnie do siebie.

Niektóre dziewczyny w młodym wieku są bardzo głupie. Nie mają doświadczenia, więc ufają swojemu sercu, myśląc, że to dobrze je poprowadzi. Ja również należałam do za bardzo ufnych, głupiutkich młodych dziewczynek, dających się ponieść decyzjom tego gorszego organu. Cholernemu sercu. Wybaczyłam Archerowi naszą miesięczną przerwę w przyjaźni. Przez cały dzień nadrabialiśmy plotki i najnowsze wiadomości. Mój ukochany karmelowy chłopiec wrócił na swoje miejsce. Obiecał nie sięgać po narkotyki ani po alkohol. Opowiedział mi o swoim wypadku samochodowym i tym, że w pierwszej chwili uderzenia w jego auto pomyślał o mnie. To całkowicie dolało oliwy do ognia, którymi były moje uczucia. Wspomniał o wielu kobietach, o swoim nowym wcieleniu i postanowieniach. Wierzyłam, że naprawdę chce się zmienić, myśleć dojrzale oraz postępować jak mężczyzna, nie jak chłopczyk. Pomyliłam się, o czym przekonałam się kilka dni później.

Gdy siedziałam nad notatkami z historii sztuki, gdzieś koło pierwszej w nocy, rozdzwonił się mój telefon. Widząc numer Archera, odebrałam od razu. Jego głos nie przypominał mojego przyjaciela, a kiedy doszedł do tego płacz, wymiękłam.

– Proszę, Chloe, przyjedź po mnie… Nie wiem, co zrobiłem. Nie wiem… Boże, chyba kogoś zabiłem. Ja pieprzę, kochanie, potrąciłem dziewczynę…

Wpadłam w panikę. Wybiegłam z domu tak szybko, jak potrafiłam. Wzięłam kluczyki od swojego sedana i przekraczając wszystkie ograniczenia oraz zakazy, pojechałam tam, gdzie wskazał Archer. Na miejscu zobaczyłam jego jaguara pod drzewami. Znad samochodu nie unosił się dym, a w miejscu zdarzenia nie znalazłam ani śladu krwi czy chociażby rzekomej dziewczyny. Wszystko było… w porządku. Archera zobaczyłam po drugiej stronie auta. Siedział skulony, głowę miał schowaną pomiędzy kolanami i płakał. Przełknęłam ślinę, kucając przy nim. Podniósł na mnie odległy, pijacki wzrok, przez co chciałam mocno strzelić mu w twarz. Przecież obiecał zmiany. Był taki młody, a taki głupi.

– Zawaliłeś, Arch.

– Zawaliłem, ale kocham cię, Chloe. Kocham tak… inaczej, niż wcześniej.

– Słucham?

– Rany boskie, jestem palantem, co nie? Wyznaję ci takie rzeczy pijany i w opłakanym stanie. Nie ma kwiatków, twoich ulubionych czekoladek ani romantyzmu, ale kocham cię.

Choć rzeczywiście chciałam usłyszeć te słowa, nie potrafiłam ich przyjąć, kiedy na niego patrzyłam. Nie dlatego, że był odrażający. Dlatego że nie był świadomy.

– Gdzie jest dziewczyna, którą potrąciłeś, Archer? Czy ona żyje?

– Nie ma nikogo. Musiałem cię sprowadzić. Potrzebuję twojej pomocy, Chloe. Proszę…

Pomogłam mu. Zabrałam go swoim sedanem do mojego domu. Mama wyjechała na tygodniowe szkolenie, a ja zajęłam się przyjacielem przez kilka dni. Doprowadziłam go do normalnego stanu, aż wreszcie musieliśmy odbyć poważną rozmowę. Po całych ciężkich trzech latach walki o naszą trudną przyjaźń miała przyjść kolej na jeszcze cięższą miłość. Mieliśmy po dwadzieścia jeden lat, zrobiliśmy wiele głupstw, jednak ten raz chcieliśmy poważnie zawalczyć o przyszłość. Wspólną przyszłość. Być może chodziło o uzależnienie się, o przywiązanie i podświadomość, lecz kiedy poprosił, byśmy dali sobie szansę, nie wahałam się ani chwili. Wyraziłam zgodę, nie zważając, iż Archer nadal gdzieś w głębi siebie udawał zbuntowanego przeciwko całemu światu. Nie potrafił znaleźć porządnej pracy – z każdej go wywalali, albo sam się zwalniał, obwiniając o wszystko szefostwo. Obiecał nam ładne, przytulne mieszkanie, ale była to tylko kolejna pusta obietnica bez pokrycia. Mimo ciężkiego startu, po roku naszego związku zaczęło dziać się dobrze. Zapomniałam o dziwnych blokadach, trzymających mnie wcześniej. Zapomniałam o myślach na temat uzależnienia od siebie czy toksycznej relacji. Otworzyłam prywatnie malutki gabinet kosmetyczny, gdzie wciąż robiłam paznokcie, przy okazji ucząc się na studiach na kierunku historii sztuki. Archer także podjął się własnego biznesu. Z niewielkiego garażu zrobił warsztat samochodowy. Zdobył sporo klientów dzięki wcześniejszej pracy u kolegi. Mogliśmy pozwolić sobie na własne lokum. Nie było duże, ale nam wystarczało. Wtedy pierwszy raz poczułam, że to jest to. Byłam najszczęśliwszą dziewczyną na Ziemi, chociaż mama wciąż miała mnie na uwadze. Wciąż ostrzegała przed Archerem, chociaż właściwie to dzięki jej i pani Wilde poznaliśmy się i staliśmy przyjaciółmi. Nie rozumiałam, dlaczego akurat kiedy zaczęliśmy stwarzać coś poważnego, nią targały liczne wątpliwości. Któregoś dnia, przy kolacji z moim karmelowym mężczyzną, postanowiłam poruszyć ten temat.

– Twoja matka jest przewrażliwiona, słońce. Nie mieszka z nami, nie wie, jak nam się układa – twierdził Arch, śmiejąc się ze spekulacji mojej mamy. Mimo wszystko jej słowa zakiełkowały w umyśle i nie potrafiły wyjść. – Wcale cię nie niszczę. Jestem dla ciebie odpowiedni. Ty jesteś odpowiednia dla mnie. Od zawsze to wiedzieliśmy.

– Owszem, ale…

– Nie ma „ale”, Chloe. Nie widzisz tego, co dla siebie robimy? Gdyby nie nasza relacja, spadłabyś na dno. Ja również. Bylibyśmy nikim bez siebie. Musisz o tym pamiętać – mówił spokojnie i ciepło, jakby oznajmiał szczerą prawdę małemu dziecku. Po takich rozmowach, których odbyliśmy niezliczoną ilość, podchodził do mnie, całował, a ja zapominałam o całym świecie. Nie podobało mi się, że Archer tak uważał. Nie czułam, iż bez niego byłabym nikim. Być może nie rozwijałam skrzydeł właśnie przez ukochanego. A może wcale go nie kochałam. Może tylko to sobie wmawiałam. Arch wiedział, kiedy użyć takich słów, by popchnąć mnie w swoją stronę. Znaliśmy się od dziecka, to było oczywiste, iż znał moje słabe punkty. Dopiero po czasie zrozumiałam, że to nie ja byłabym nikim bez niego. To on byłby nikim beze mnie. Ale zanim to sobie uświadomiłam, musiałam przebyć dalszą trudną ścieżkę z facetem, którego rzekomo i podświadomie kochałam oraz o niego dbałam.

– Powinnaś rzucić te studia, Chloe. One nic ci nie dają – oznajmił któregoś poranka Archer. Pił ulubione espresso, zajadał się robionym przeze mnie rogalikiem i przeglądał coś na telefonie. Wzruszyłam ramionami, nie wiedząc nawet, co powiedzieć. Został mi ostatni rok i wcale nie chciałam niczego rzucać. Lubiłam historię sztuki, a praca w muzeum jak najbardziej mi się podobała. – Twój pracodawca chce zrobić mały porządek wśród pracowników. Jesteś na liście do wyrzucenia, kochanie. Musisz bardziej zadbać o przyszłość. Jesteś ambitna, prawda? Pomyśl o czymś lepszym. Muzeum nie ma ciekawych perspektyw.

– O rzuceniu studiów? Wtedy w ogóle nie dostanę żadnej pracy, Arch…

– Dostaniesz, jak się postarasz. Z takim podejściem szarej myszki nigdy niczego nie osiągniesz. Historia sztuki jest ci w ogóle niepotrzebna. Powinnaś trafić do bardziej rozrywkowego miejsca.

– Jakie miejsce masz na myśli? Nie rozumiesz, że praca w muzeum sprawia mi przyjemność? To coś, co chętnie robię, i wolałabym niczego nie zmieniać. Znasz chyba moje zdanie na ten temat. Nie jestem i nie będę jak ty.

– No cóż… zawsze mogę cię do tego przekonać, złotko – powiedział chytrze, posyłając mi złośliwy uśmiech.

Rzucenie studiów wbił mi do głowy przez seks.

To straszne, ale w ciągu kolejnych miesięcy stałam się jeszcze bardziej zamknięta, niż kiedyś. Przestałam mieć własne zdanie w tym związku. Archer uległ potężnej zmianie, na której wspomnienie aż się wzdrygam. To nie był ten sam mężczyzna, co kiedyś. Większość dni poświęcał pracy, kolegom oraz ich żonom. Ja siedziałam w domu, próbując ostatkami woli sama na siebie zarabiać dzięki gabinetowi kosmetycznemu. Nie studiowałam. Rzuciłam ostatni rok, ponieważ tego chciał dla mnie Arch. Mało kiedy wychodziłam ze swoimi przyjaciółkami, a niektóre po czasie straciłam. Jedynie wierna Caliente, stała klientka, przychodziła częściej niż przeciętna osoba. Próbowała mi pomóc, jednak byłam zbyt zapatrzona w swojego karmelowego chłopca, by ściągnąć różowe okulary. Kochałam go wbrew sobie i wbrew całemu światu. Tak jak sam tego chciał, i co udało mu się osiągnąć.

Od Caliente dowiedziałam się, że Archer mnie zdradził. Oczywiście nie uwierzyłam w tę bajkę. On nigdy by tego nie zrobił. Należał do wiernych mężczyzn, a przecież gdyby rzeczywiście zdradził, wyczułabym to, w końcu kobiety posiadają ten dziwny instynkt. Zignorowałam pomówienia znajomej i nadal żyłam w swojej monotonnej bańce. Dość szybko nauczyłam się gotować, ciągle sprzątałam, obsługiwałam Archera, służyłam mu jako kochanka i zwykła kura domowa. A mimo to kochałam go. Tak sobie przynajmniej wmawiałam, ponieważ karmelowy chłopiec zakiełkował we mnie przeświadczenie, że bez niego byłabym nikim.

Cholerna bańka zaczęła pryskać, kiedy wreszcie wychodziliśmy z Archerem na miasto, na kolacje czy na wspólne zakupy. Ludzie wokół nas wyglądali na bardziej szczęśliwych, na prawdziwie zakochanych, zabiegających o siebie. Wyglądali na przyjaciół. Na takich, jakimi my byliśmy kiedyś, gdy nie siedzieliśmy w związku, pozwalaliśmy sobie na chwile wolności i odpoczynku od samych siebie. Obserwowałam te wszystkie pary, zazdroszcząc im tej swobody i radości. Postanowiłam coś z tym zrobić, dlatego bez wahania wieczorami wychodziłam z domu z Caliente czy innymi koleżankami. Chodziłyśmy do kawiarni, do bibliotek, na zakupy do galerii. Odżyłam, jakbym wcześniej była martwa. Lecz przyszedł dzień, kiedy Archer stwierdził, że to opuszczanie go źle na mnie wpływa. Kiedy rozmawiałam z kasjerem, oskarżył mnie o zdradę i po raz pierwszy uderzył w twarz. Nie potrafiłam pozbierać się z szoku. On również nie spodziewał się swojej agresywnej reakcji i przez resztę wieczoru przepraszał.

– Boże, nie wiem, co mnie napadło. Przepraszam, Chloe, to tylko odruch… – powiedział, trzymając mnie w ramionach. Nie płakałam. Po prostu siedziałam w milczeniu, pozwalając mu na te wszystkie tłumaczenia i błahe słowa, które wpadały jednym uchem, a drugim wypadały. Traciłam nadzieję, że będzie lepiej. Archer zrobił się z kochanego, najwspanialszego przyjaciela pod słońcem brutalnym, agresywnym, uzależnionym ode mnie mężczyzną z milionem problemów na głowie. Chciałam mu pomóc. Naprawdę zależało mi, by wreszcie wyrwać nas oboje z tego letargu. Nie byliśmy dla siebie stworzeni i takie zdanie obierałam za każdym razem, gdy budziłam się i zasypiałam. To musiał być koniec.

Powtarzałam tak przez kolejne pół roku.

Na początku tej historii wspominałam, co Archer zaliczył w ciągu trzech lat naszej przyjaźni. Teraz przyszedł moment na powiedzenie, co zaliczył w ciągu trzech lat związku. Przede wszystkim mnie. Oprócz tego wpadł w jeszcze większe kłopoty, niż za młodocianych lat. Znowu był sprawcą wypadku samochodowego z udziałem ciężarówki. Kupił dwa nowe auta, otworzył warsztat, który raz był na skraju upadku. Ozdobił ciało kolejnymi tatuażami, a jednym z nich były moje własne słowa z dawnych lat. Karmelowy chłopiec zmienił fryzurę, zrobił wymarzoną formę, wzbudzał jeszcze więcej podziwu i zachwytu u kobiet. Właściwie mogłam rzec, że byłam szczęściarą, ale okłamywałabym samą siebie, ponieważ nie byłam. Dzień w dzień myślałam, jak zakończyć naszą relację. Bywałam na krawędzi wytrzymania psychicznego. Poddawałam się i nie walczyłam o nasze wzajemne szczęście. Archer zapewniał mnie, że to chwilowy kryzys, który minie z czasem. Ja jak głupia wierzyłam w te słowa, chociaż w głębi siebie czułam coś całkowicie odwrotnego. Nie miało być lepiej, skoro częściej chodziłam przygnębiona i wypruta z pozytywnych emocji. Wszystko stawało się monotonne i bez życia.

Każdy element naszego związku zmienił się siódmego czerwca dwa tysiące siedemnastego roku. Wydawałoby się, że dzień jak co dzień. Rano wstałam, by zrobić Archerowi śniadanie, złożone z jajecznicy oraz mocnej espresso w jego malutkim czarnym kubku. Spod drzwi zabrałam świeżą prasę, a wszystko ozdobiłam własnym towarzystwem i jakąś wesołą piosenką, puszczoną w radio. Mój karmelowy chłopiec przyszedł do kuchni ubrany inaczej, niż we wszystkie dni pracy. Miał na sobie drogi garnitur, zegarek, wypolerowane buty i szary krawat. Był uśmiechnięty od ucha do ucha, kiedy witał się ze mną czułym pocałunkiem w czoło. Po śniadaniu poradził, bym wreszcie wyszła do ludzi, zmieniła fryzurę, zrobiła cokolwiek chcę. Naprawdę nie rozumiałam, o co mu w ogóle chodziło. Po prostu siedziałam przy stole, próbując przeanalizować zachowanie Archera.

Nie zachowywałam się jakoś inaczej. Spędziłam siódmy czerwca na ugotowaniu obiadu, posprzątaniu domu, posadzeniu kilku kwiatów oraz na klientkach, które przyszły zrobić sobie paznokcie. Pojechałam również do spa, żeby zarezerwować sobie cały dzień pełnego relaksu. Zapłaciłam i wróciłam do domu, gdzie już czekał Archer. Rano nie spytałam go, dlaczego ubrał się tak elegancko do warsztatu, gdyż uznałam to za nieodpowiednie. Tak, to było cholernie głupie, ale czułam się niestosownie, aby wypytywać ukochanego o jego prywatne sprawy.

Gdy przekroczyłam próg mieszkania, karmelowy chłopiec siedział na kanapie z poluźnionym krawatem, mierzwiąc gęste włosy. Patrząc w białą ścianę, pokrytą naszymi zdjęciami, wyglądał na przygnębionego i zmęczonego. Nieśmiało podeszłam do niego, siadając obok. Natychmiast chwycił mnie za zimne dłonie, spoglądając prosto w moje zielone oczy. Nie poszłam do fryzjera, nie zmieniłam niczego. Nadal pozostawałam naturalną szatynką o szczupłej figurze, małym nosie i wąskich ustach. Głośno przełknęłam ślinę, nie wiedząc, czego się spodziewać po jego zupełnie innym zachowaniu. Spokojny i opanowany, obserwował każdą moją reakcję na wszystkie ruchy. Delikatne i te gwałtowne, nie budziły we mnie strachu. Znałam go jak własną kieszeń i choć raz zdarzyło mu się podnieść rękę, więcej tego nie uczynił. Zrozumiał swój błąd, a ja wybaczyłam. W końcu miłość potrafi zapomnieć naprawdę wiele, jest łaskawa, niekiedy daje drugie szanse, i jest cierpliwa, by dopiero później ukazać nam prawdziwe, piękne oblicze.

– Kocham cię, Chloe, ale dłużej tak nie możemy… – szepnął, ciężko wzdychając. – Jesteśmy jak dwie toksyczne substancje, które razem tworzą niebezpieczną mieszankę, niszcząc się od środka. Wypalam w tobie energię, radość z życia i zamiłowania. Zniszczyłem cię, słońce.

– Słucham?

– Jestem potworem, wiem, dlatego przepraszam. Za wszystko – dodał cicho. W jego oczach dostrzegłam łzy. Nie udawał. Boże, on nie udawał, po prostu wreszcie zdał sobie sprawę z naszego położenia. Nie musiałam mówić tego ja. Archer zrobił to za mnie.

– Arch, ja też… ja…

– Wiem. Czujesz to od wielu lat, prawda? Ile, Chloe? Ile? – zapytał.

– Rok – powiedziałam, speszona, próbując odwrócić wzrok. Mężczyzna chwycił mnie za podbródek, prosząc o szczere spojrzenie. Rzuciłam mu je spod przymrużonych powiek, czując, jak i mnie łzy cisnęły się na zewnątrz. Nie chciałam tego momentu. Tak strasznie długo go odwlekałam, bo wiedziałam, że będzie bolał. Nie mogłam stracić jedynego i najlepszego przyjaciela, jakiego posiadałam przez te wszystkie lata. Od dziecka razem. Mieliśmy żyć wspólnie, póki śmierć nas nie rozdzieli. Owszem, wiedziałam o naszej toksycznej relacji, w którą się zapętliliśmy, ale nie spodziewałam się, że rozstanie będzie aż tak bolało. – Kocham cię, Archer – powiedziałam, na co mój kochany tylko szeroko się uśmiechnął, kiwając głową.

Zbliżył usta do moich, serwując mi delikatny pocałunek. Z każdą chwilą przybierał na sile, stawał się bardziej łapczywy, bardziej desperacki. Dwie wygłodniałe dusze, złączone w takim akcie, mogły tylko pozwolić sobie na mały wyskok słabości. W mgnieniu oka pozbywaliśmy się części garderoby, zaspokajając własne potrzeby, które doskonale znaliśmy, na pamięć. Ja studiowałam jego boskie, wymarzone ciało. On studiował moje. Może i nawet mieliśmy wewnętrzne doktoraty z tej dziedziny. Kiedy dłonie tego pięknego boga zaczęły wędrować wzdłuż moich nagich pleców, nie powstrzymywałam się od głośnych, intymnych wyznań. Archer z początku poruszał się powoli, wręcz rytmem spokojnych fal, uderzających o brzeg, jednakże z sekundy na sekundę nasze ruchy były coraz szybsze i bardziej gwałtowne. Patrzyłam w jego szeroko otwarte piwne oczy, ciągnęłam za włosy i wygłaszałam kolejne stłumione słowa. Doprowadzał mnie do szaleństwa swoim ciałem, swoim charakterem, sposobem bycia, wyglądem, marzeniami, decyzjami, i mimo wszystko kochałam go, chociaż było to złe.

– Arch! – wykrzyknęłam, chowając głowę w zagłębieniu jego szyi. Leniwy uśmiech wkradł mu się na twarz, gdy wciąż trzymał mnie w ramionach. Delikatnymi ruchami kreślił abstrakcyjne wzorki na mojej skórze, czule całując poszczególne miejsca. Wiedziałam, że to było nasze jedyne możliwe pożegnanie. Uwielbialiśmy się kochać. Tak emocjonalnie, oczywiście. Dlatego nasze rozstanie bolało podwójnie. – Za późno na ratunek – powiedziałam bardziej do siebie, niż do niego.

– Wiem, skarbie, ale tak będzie dla nas lepiej. Czujesz to, prawda?

– Czuję. Kocham cię wbrew wszystkiemu i wszystkim. Wbrew temu, co zrobiłeś i co mówiłeś. To uzależnienie i przywiązanie, lecz nie przestanę czuć do ciebie miłości. Zbyt wiele dla mnie znaczysz – mruknęłam, patrząc mu w oczy.

– Gdybym nie był potworem, nie zrobiłbym ci tego, Chloe. Nie byłabyś poniżana, nie odbierałbym ci marzeń, kariery, celów i hobby. Zmieniłem dziś pracę, od kilku tygodni chodziłem do psychologa. I dziś poczułem, że muszę cię uratować przed samym sobą.

– Co to za dzień, Arch?

– Międzynarodowy Dzień Seksu. Siódmy czerwca – odpowiedział leniwie, puszczając mi oczko.

– Och… Czyli to był twój plan? Wybrać twój ulubiony dzień w roku, a potem odejść?

– Tak właściwie nigdy nie odejdę. Zawsze będę blisko ciebie, ale nie mogę być z tobą. A ty ze mną. Przyznam, że taka okazja nie trafia się zbyt często. Dobrze wiemy, co lubimy robić najbardziej – przyznał ze śmiechem, całując mnie w czoło.

Ubraliśmy się, po czym podeszliśmy do stołu w kuchni. Przeprowadziliśmy poważną rozmowę aż do późnej nocy, wszystko sobie opowiadając. Płakaliśmy. Tak, oboje, bo ja wyznałam Archerowi, że w trakcie roku, kiedy był nie do poznania, straciliśmy dziecko. Zaszłam w ciążę, ale przez liczne problemy zdrowotne i psychiczne poroniłam w siódmym tygodniu. Mój karmelowy chłopiec przyznał się do zdrady, do zażycia narkotyków w nocy, podczas której mnie uderzył. Na końcu dalej płakaliśmy, ale ze szczęścia. Wywołaliśmy całe zło, otaczające nas przez te wszystkie lata. Pozbyliśmy się bagażu, ciążącego nam na barkach. Uśmiechnęliśmy się do siebie i przytuleni, wypatrywaliśmy kolejnych gwiazd na nocnym niebie. Następnego dnia mieliśmy wystawić ogłoszenie o sprzedaży mieszkania; mieliśmy zacząć nowe, szczęśliwe życie, nie rujnując siebie nawzajem. Z radością patrzyłam w oczy mojego najlepszego przyjaciela, bo właśnie tym kimś był dla mnie zawsze Archer. I podjęliśmy okropny błąd, decydując się na związek. Nie stworzyliśmy czegoś cudownego. Stworzyliśmy dla siebie piekło, z którego cudem wyszliśmy. Dziękuję, karmelowy chłopcze, tak po prostu, za wszystko. Za trudne chwile także.

Dziś jestem szczęśliwą żoną Holey’a McKenny, artysty, który zachwycił mnie na wystawie w Paryżu. Urodziłam mu dwie córki i dokończyłam studia. Zamieszkaliśmy w Nowym Jorku, na Manhattanie, w apartamencie z widokiem na Central Park, przy czym Archer, mój najlepszy przyjaciel, dzięki umiejętnościom i talentowi stworzył własną markę samochodową. Wildery to auta sportowe z nutką elegancji. Jego salony rozprzestrzeniły się na cały świat, a on sam zaręczył się z rok młodszą pracownicą, Heleną Muscher, Niemką, która emigrowała do Stanów. Zakochali się w sobie, bo chcieli, a nie bo czuli potrzebę. Zakochali się w sobie naprawdę i pięknie. Nie ograniczali się i tworzyli ładną parę. Często odwiedzam Archera w domku na obrzeżach Nowego Jorku, a on odwiedza mnie i moją rodzinę. Katlyn i Amelia kochają swojego wujka, a mój mąż cieszy się z takiego kumpla, jakiego ma w Archerze.

Gdy piszę te słowa, patrzę na Archera, siedzącego z moimi córkami na podłodze, próbując bawić się z nimi lalkami. Holey i Helena prowadzą biznesową gadkę na temat finansów salonów samochodowych, a ja… uśmiecham się na samą myśl, że któregoś razu wszyscy przeczytają tę krótką, ale prawdziwą historię o przyjaźni mojej i Archera. O miłości trudnej, skomplikowanej, lecz szczęśliwie zakończonej.

– Chloe, jeśli zaraz nie zrobisz czegoś z twoją małą zołzą, rzucę w ciebie śmietaną! – krzyczy Archer, zwracając moją uwagę.

Uśmiecham się szeroko, wstając z czarnego fotela. Na dziś to wszystko, co chciałam kiedykolwiek przekazać, jednakże nie obiecuję, że to ostatnie słowa. Być może znowu spotka mnie jakaś historia, którą koniecznie będę musiała opowiedzieć. Wtedy ponownie się spotkamy. Mam nadzieję, w jeszcze lepszej przyszłości…

3. Poryw Namiętności– Lilianna Garden, Ailes

W obszernym gabinecie na dziesiątym piętrze wieżowca w centrum Nowego Jorku, za mahoniowym biurkiem, na wygodnym fotelu siedziała trzydziestodwuletnia kobieta o intensywnym spojrzeniu jadeitowych oczu i długich, miedzianych lokach, upiętych w elegancki kok. Zapatrzona w widok rozciągający się za szybą, zastanawiała się, czy pomysł, który od jakiegoś czasu chodził jej po głowie, powinna zrealizować tak, jak zaplanowała. Jej rodzice nie pochwalali analitycznego i chłodnego podejścia do całej sprawy. Ale… przecież to nie oni mieli poddać się zabiegowi, tylko ona.

Eleonora Hamsford była nowoczesną, wykształconą kobietą na stanowisku, o jakim niejedna w jej wieku mogłaby tylko pomarzyć. A jednak od kilku miesięcy wciąż powracały do niej słowa ukochanej babci: „Uważaj, byś nie została sama w tym swoim bogactwie”. Melania Hamsford, właścicielka najlepszej w Stanach kliniki neonatologicznej Hope&Home Clinic, zajmującej się kobietami w ciąży i noworodkami z wszelkiego rodzaju wadami, zmarła pół roku temu – nagle i całkowicie sama, w ogromnej willi nad brzegiem oceanu, którą wybudował jej czwarty z sześciu mężów. Była niespokojnym duchem – tak mówiła zawsze o niej matka Eleonory.

Brakowało jej babki, która mimo swojej zrzędliwej natury dodawała jej wiary, że warto próbować szukać szczęścia, choćby poprzez sześciokrotne wchodzenie do rwącej rzeki zwanej małżeństwem. Choć Eleonora raczej nie planowała aż tak drastycznego kroku, by wyrwać się z ramion samotności, to jednak sama idea posiadania kogoś jeszcze w swoim życiu zaprzątała jej myśli coraz bardziej.

Niechętnie odwróciła się w stronę denerwującego pikania w telefonie, które oznaczało, że jej asystentka chciała jej coś przekazać. Nacisnęła z ciężkim westchnieniem czerwony guzik i w pomieszczeniu rozbrzmiał głos dziwnie przypominający jej siostrę.

– Daina? – zapytała asystentkę poirytowana Eleonora. Nie znosiła, gdy coś bądź ktoś zaburzał jej uporządkowany plan dnia.

– Pani Hamsford, bardzo przepraszam, ale pani siostra domaga się wizyty – mruknęła rozeźlona Daina, podkreślając słowo „domaga”, zapewne sztyletując w tym momencie Selinę wzrokiem.

– Wpuść ją, Daina, inaczej się od niej nie uwolnimy – powiedziała z przekąsem. Ledwie skończyła mówić, a drzwi z nieprzezroczystego szkła stanęły otworem i do środka wkroczyła ubrana w krótką czerwoną sukienkę, w wysokich szpilkach tego samego koloru, z rozwianymi włosami… Eleonora zmrużyła oczy i zamrugała kilkukrotnie. Jej siostra miała coś zielonego na głowie, co jeszcze dwa dni temu było pięknymi blond puklami.

– Coś ty zrobiła? – zapytała w końcu, gdy Selina usiadła na kanapie pod oknem, przez które przed chwilą wyglądała Eli.

Selina zalotnym gestem jakby od niechcenia odsunęła opadające na oczy włosy. Założyła nogę na nogę, odsłaniając i tak niewiele zasłonięte uda, i spojrzała na siostrę, lekko unosząc kąciki ust.

– Wyrwałam dla ciebie zaproszenie na elitarny bal z okazji MDS – odparła, z dumą unosząc podbródek, jakby właśnie otrzymała prezent od samej królowej angielskiej.

Eleonora usiłowała powstrzymać westchnienie, pełne irytacji. Jak zwykle siostra odpowiedziała na jej pytanie z zupełnie nieprzewidywalnej strony.

– Selino, ja pytałam o twoją dziwaczną fryzurę – mruknęła, z niechęcią spoglądając ponownie na trawnik, który niedawno był jeszcze włosami.

– Ach, to. Odmiana po Vincencie – odparła nonszalancko, przeczesując tę trawę palcami.

– Rozumiem. – Tak naprawdę nic nie rozumiała, ale wolała się nie zagłębiać w związki uczuciowe, czy też innego rodzaju relacje siostry. Wiedziała z doświadczenia, że wówczas nie wróciłaby już do pracy. Selina uparcie trwała w przekonaniu, że w jej życiu idzie o ilość doznań, a o jakości mówiła, iż musi jakoś oddzielić ziarno od plew, a inaczej, niż testując kolejne podboje, po prostu się nie da. Jej logika myślenia mogłaby stanowić podwaliny badania głupoty emocjonalnej, pomyślała złośliwie Eleonora, sięgając po teczkę pełną analiz rynkowych, które miała do przejrzenia. Tym dosyć ostentacyjnym gestem chciała pokazać, że nie ma czasu na bzdury, którymi wiecznie bombardowała ją siostra. Selina jednak nic sobie nie robiła z jej zachowania, doskonale znając jej nawyki oraz chwyty działające na jej współpracowników.

– Nie rozsiadaj się tak nad tymi papierzyskami. Jedziesz za godzinę na lotnisko. Mam nadzieję, że brałaś wszystkie specyfiki od Gideona, bo zafundowałam ci maraton seksu! – wykrzyknęła, uradowana własnym pomysłem.

Na te słowa Eleonora zamarła i przyjrzała się siostrze z niemym przerażeniem. Co ty takiego zrobiłaś?! – miała ochotę wrzasnąć. Opanowała się jednak, jak to robiła już setki razy mając styczność z którymkolwiek członkiem rodziny, odłożyła trzymane w dłoniach kartki i przełknęła ślinę, próbując pozbyć się nieznośnego przeczucia zbliżającej się klęski. Bowiem, mimo ciągłych utyskiwań na Selinę i męczarni związanych z wyciąganiem jej z kłopotów, kochała siostrę i pragnęła dla niej jak najlepiej. Działało to w obie strony, choć zwykle w takich momentach jak ten Eleonora zyskiwała więcej trosk, niż pozytywnych doznań.

– Wyjaśnij mi jeszcze raz, dokładnie, co takiego zrobiłaś – poprosiła pełnym chłodu głosem.

– Zadzwoniłam do przyjaciela z Włoch, Carlosa Valenti – pamiętasz, przyjechał na moje dwudzieste urodziny – i poprosiłam, by dołączył cię do listy gości na jego gali z okazji Międzynarodowego Dnia Seksu! Sama wiesz, a może ty akurat nie wiesz, ale zapewniam cię, że Włosi to ogniści faceci, i do tego bardzo jurni. Czyż to nie wspaniałe?! Idealne święto dla twoich planów i równie idealne miejsce, bo w samej Florencji! – Selina była aż za bardzo podekscytowana swoim „genialnym” pomysłem. Eleonora zaś poczuła dreszcze przerażenia na myśl o tej rzekomej orgii, na którą zapewne przyjdzie jej polecieć dzięki niezwykłej uprzejmości siostry.

– Seli, ja już wybrałam miejsce, czas i dawcę. Nie potrzebuję do tego jakiejś imprezy wśród ludzi o wątpliwej reputacji, nie wspominając nawet o chorobach. – Próbowała wyjaśnić, czując niesmak co do samego pomysłu, by w celu zapłodnienia ganiać po Florencji za mężczyznami.

– Dawca. – Selina wręcz wypluła to słowo. – A jak dziecko kiedyś cię zapyta, jak znalazło się na świecie, odpowiesz „wiesz, to była sterylna budka i strzykawką wcisnęli cię do środka”?!

– Przesadzasz w tej chwili. – Mimowolnie uśmiechnęła się na słowa siostry, która była wręcz oburzona jej planem.

– Nic z tego! Mój siostrzeniec czy siostrzenica nie zostanie poczęty w tak bezosobowy sposób! – wykrzyknęła, wstając gwałtownie. – Masz godzinę na załatwienie… – machnęła dłonią w kierunku biurka Eleonory, z niesmakiem widocznym w pięknych, błękitnych oczach – tego, co tam musisz. Po tym czasie wejdzie po ciebie Hugh i wyniesie, jeśli będzie trzeba, jak nie usadzisz swojej wystrojonej w ten kaftan bezpieczeństwa, który masz na sobie, pupy w limuzynie. Czy wyrażam się jasno?

Nie miała nawet okazji, by odpowiedzieć, gdyż siostra wyszła z jej gabinetu równie energicznie i szybko, jak do niego wtargnęła. Z ciężkim westchnieniem, pełnym rezygnacji, opadła na oparcie wygodnego fotela, rozmyślając o staraniach siostry i niewątpliwym braku entuzjazmu co do jej zamierzeń.

To się nie uda – była to myśl powtarzana przez Eleonorę aż do chwili, gdy stanęła w holu ogromnego, eleganckiego hotelu z pięcioma gwiazdkami na froncie, we wspaniałej Florencji…

***

„Marzyła o przygodzie odbierającej jej dech w piersiach, wybuchu namiętności niczym erupcja wulkanu, i właśnie ten mężczyzna, stojący przed nią, ponownie w pełnej gotowości…”

– Litości! Kto to, do cholery, pisze? Napalona nastolatka? – mruknęła pod nosem sfrustrowana Eleonora. Już miała zamknąć to wątpliwej jakości czytadło, które dla zabicia czasu i nudy przeglądała, kiedy usłyszała niski tembr głosu tuż przy swoim uchu.

– Nie, bardziej brzmi to jak zaspokojona kobieta.

Podskoczyła na swoim miejscu, wystraszona tą nagłą wypowiedzią, dobiegającą z lewej strony. Powoli odwróciła głowę i ku jej przerażeniu, napotkała przenikliwe spojrzenie złotych niczym płynny miód oczu, zaglądających jej przez ramię. Przełknęła nerwowo. Nawet nie wiedziała, że ktoś zajął miejsce obok, gdy ona próbowała zająć myśli czytaniem książki, jak się okazuje, wątpliwej jakości intelektualnej.

Wybierając pub, w którym właśnie siedziała, oddając się lekturze, starannie przeczytała wszystkie otrzymane w recepcji hotelu ulotki. Drogą eliminacji okazało się, że lokal o wdzięcznej nazwie Księżycowy Sen będzie najlepszy dla przetrwania tej nocy. Niestety wcale nie był tak spokojny, jak sugerowała to nazwa. Klientela, którą stanowili głównie ludzie w równie dziwacznych strojach, co tapety na ścianach, w odcieniach przyciemnionych barw tęczy, idealnie pasowała do tego krzykliwego wystroju. Na ścianach wisiały welony tkanin w tych samych kolorach, a spomiędzy nich wyłaniały się czarno-białe akty. Co prawda bardzo dobre, uznała niechętnie – choć nie uważała się za konesera sztuki, to potrafiła docenić piękno, gdy je widziała – jednak nijak niepasujące do tęczowych akcentów tego miejsca.

Wracając myślami do chwili obecnej, musiała przyznać, że siedzący obok niej mężczyzna również był niezłym okazem. Wyglądał na samca sporych rozmiarów, a dopasowana jasnoniebieska koszula ukazywała wyraźnie zarysowane mięśnie. Twarde udo dotykało jej, sprawiając, że czuła dziwne ciepło, przepływające przez jej żyły.

Nadal się w nią wpatrywał, a na jego ustach majaczył zalążek uśmiechu.

Eleonora zmrużyła oczy.

– Wybaczy pan, ale to miejsce jest zajęte – powiedziała z chłodem, niczym powiew znad Antarktyki. Odsunęła się na tyle, na ile pozwolił jej niewielki boks.

– Nie zauważyłem, by ktoś tu siedział, oprócz waszej wysokości. – Wyraźnie sobie z niej pokpiwał. Aż sapnęła ze złości. Co ten napakowany typ sobie wyobraża! Nie była jedną z tych wypacykowanych, prawie nagich kobiet, paradujących przed osobami płci przeciwnej niczym na wybiegu.

– Możliwe, że na kogoś czekam – odparła sztywno, prostując jeszcze bardziej plecy, odsuwając się od niepokojącego ją mężczyzny.

Doprawdy, nie spodziewała się aż tak jawnej atencji. Co prawda przyjechała do Florencji, by w końcu zrealizować swój plan przy odpowiedniej dawce zabawy, jak powiedziała jej rozpustna siostra, jednak Eli wolała doznać tej wątpliwej rozrywki na swój zaplanowany z góry sposób. Nie znosiła niespodzianek i przystojniaków, którzy przypominają tych półnagich modeli z okładek magazynów, które prenumeruje Selina. Bez wątpienia posłanie jej, sztywnej prezes dużej firmy audytowej, na fetę MDS organizowaną przez jednego z licznych przyjaciół-celebrytów Seliny, było szczytem braku wyobraźni. Jej siostra uznała, że to dziwne święto będzie idealne do planów powiększenia jednoosobowej na razie rodziny Eleonory. Postanowiła zatem, choć niechętnie i z dużą dozą wątpliwości, jednak zaufać Seli, choć to zupełnie irracjonalne, i spróbować zdobyć to, czego pragnęła, sposobem tej zwariowanej kobiety.

Skupiła się zatem na mężczyźnie, który wyglądał całkiem zdrowo i jakby powiedziały jej bardziej rozrywkowe przyjaciółki, smakowicie, aż do schrupania. W dodatku im dłużej mu się przyglądała, tym bardziej czuła, że nie było to ich pierwsze spotkanie. Coś w nim było znajome, choć jeszcze nie odnalazła w zakamarkach swojego umysłu co.

– Och, w takim razie dotrzymam uroczej damie towarzystwa. Tutaj nigdy nie wiadomo, kiedy przyczepi się jakiś psychol – powiedział tak poważnie, że zaczęła się zastanawiać, czy czasami nie wpadła do jakieś dziury, podobnie jak Alicja z Krainy Czarów.

– Hmm, na przykład ktoś, kto przysiadł się zupełnie nieproszony?

– Wcale nie nieproszony – odparł, zupełnie niezrażony jej wyraźnie odpychającym tonem. Wychylił łyk piwa prosto z butelki, cały czas uśmiechając się kącikiem ust. Iskrzące spojrzenie w przytłumionym świetle wydawało się przeszywać ją na wylot. Nie wiedziała, co skłoniło ten całkiem niezły okaz samca do ewidentnego flirtowania akurat z nią. Niczym się nie wyróżniała, była wręcz szara na tle kolorowych kobiet, krążących wokół.

– Rozluźnij się, księżniczko. – Eleonorę przeszył dreszcz podniecenia, gdy usłyszała niski tembr głosu tuż przy uchu, pieszczący oddechem wrażliwą skórę. Nigdy dotąd się jej to nie zdarzyło. Jej jedyne doświadczenia z mężczyznami opierały się na mało przyjemnym spółkowaniu, bez żadnej odczuwalnej po jej stronie satysfakcji. Zerknęła na nieznajomego. W jego oczach dojrzała płonące jasnym blaskiem pożądanie. Przez cały czas delikatnie przesuwał dłonią po jej ramieniu, wprawiając jej ciało w dziwne, nieznane dotąd drżenie.

– Ja nie gryzę, księżniczko. – Uśmiechnął się szelmowsko, po czym, przysuwając się jeszcze bliżej, szepnął: – Przynajmniej na razie.

Eleonora uniosła brew, zastanawiając się, czy to jest ta jej upragniona przygoda, czy tylko kolejny pokaz jej całkowitego braku odruchów społecznych, jak wciąż mawiała jej natrętna siostra.

To chyba nie najlepiej, gdy podczas podrywu kobieta rozmyśla o siostrze? Przemknęło jej przez nadal zmęczony podróżą umysł.

– Dla faceta to znak, że najwyraźniej robi coś nie tak.

Zaskoczona wypowiedzią mężczyzny, zerknęła na niego i niespodziewanie dla siebie samej poczuła, że na policzki wypływa jej rumieniec. Zwykle kontrolowała się na tyle, by nie wypowiadać na głos niechcianych słów, które powinny pozostać wyłączną własnością jej głowy.

– Cóż, chyba powiedziałam to na głos, choć nie było dla pana przeznaczone – odparła tak dumnie, jak tylko mogła w stanie kobiecego zamroczenia, spowodowanego przez tego samca.

Nieznajomy roześmiał się.

– Księżniczko, myślę, że wystarczy Devlin, albo Dev.

– Devlin… – powtórzyła, zamyślona. W zakamarkach umysłu, przytłumionego rozbudzonym pożądaniem, zaczęła coraz wyraźniej kreować się odpowiedź na podświadome pytanie. Już wcześniej czuła, że nie był jej całkowicie obcy. Gdy nadeszło olśnienie, odwróciła się gwałtownie w stronę przystojniaka. – Wiem, kim jesteś, ty bezczelny manipulatorze! Devlin Campbell – wysyczała wściekła. Całe podniecenie w jednej chwili opadło. Selina nasłała na nią niańkę, w dodatku zbyt przykuwającą wzrok i pobudzającą nieznane jej dotąd odczucia, by sama mogła w końcu się zdecydować na jedną noc z nieznajomym. Cóż, już nie z nieznajomym, ale z chłopakiem, którym była zauroczona wiele lat temu. Wścibskie siostry powinno się odstrzelać, a przynajmniej mieć możliwość ich zwrotu, pomyślała ze złością.

Devlin posłał jej jedynie arogancki uśmieszek, a w jego oczach dojrzała tlące się iskierki rozbawiania, przeplatane czymś jeszcze, czego nie potrafiła w obecnym stanie ducha zrozumieć. Była zła i rozgoryczona, a bezczelna pewność siebie Devlina tylko podsycała te odczucia. Ten mężczyzna najwyraźniej niczego nie traktował poważnie.

– Czyli kwestie poznawania się mamy za sobą, księżniczko. Możemy przejść do przyjemniejszej części dzisiejszego wieczoru – odparł nonszalancko.

– To są chyba jakieś żarty – mruknęła pod nosem, rozeźlona. Westchnęła przeciągle, nim spróbowała dotrzeć do tej góry testosteronu. – Słuchaj, dziękuję za tą wątpliwą przyjemność, jaką pragnęła sprawić mi moja siostra, najwyraźniej sprowadzając cię, byś dotrzymał mi towarzystwa, ale pomyliła się. Nie potrzebuję niańki ani przewodnika. Potrafię sama się o siebie zatroszczyć. – Widząc jego rosnące rozbawienie i chęć odparcia jej argumentacji oraz prawdopodobne słowa, które miał zamiar wypowiedzieć, dodała szybko: – O moje potrzeby również!

– Nie tylko twoja siostra uważa, że zupełnie nie pojmujesz definicji przygody, księżniczko – odparł ze znawstwem. Jego oczy błysnęły życiową mądrością, o którą nigdy by go nie podejrzewała.

– Och! To kto jeszcze udał się do ciebie po pomoc dla biednej, sztywnej i nudnej Eleonory, która nie potrafi sobie nawet znaleźć mężczyzny na jeden wieczór?

– Cóż, nie zdradzam przyjaciół. – Pochylił się ponownie ku jej twarzy i szepnął z obietnicą grzesznych rozkoszy w głosie, po raz pierwszy wymawiając jej imię: – Spędź ze mną ten weekend, Eli. Pomogę ci odkryć te nieznane przyjemności, których tak bardzo pragniesz.

Dobrze. Nawet ona, sztywna profesor nauk ekonomicznych, prezes ogromnej firmy, musiała przyznać, że ten mężczyzna potrafił wywołać w niej te nieokreślone pragnienia, które dotąd stanowiły dla niej niedostępne rejony. Miał talent do przyciągania takich szarych myszek, to fakt. Ale czy ona będzie potrafiła przekonać samą siebie do tak nierozważnych kroków? Zawsze cechowała się niezwykłym pragmatyzmem, każde zdarzenie rozkładała na czynniki pierwsze, zanim podjęła ostateczną decyzję. Nie lubiła niespodzianek, tak samo jak zdarzeń, których nie była w stanie kontrolować i przewidzieć ich konsekwencji. Była analityczką, i to cholernie dobrą.

– Nie wiesz, czego pragnę – odparła również szeptem, czując coraz większy niepokój w sercu. Nie mogła dać się znów złapać na jego gładkie słówka. Jako nastolatka może i była naiwna, jednak teraz, jako wykształcona, dorosła kobieta, wiedziała dokładnie, czego chce, i z całą pewnością nie da sobą manipulować. Nie sądziła jednak, by znając jej plany, Devlin był równie chętny do współpracy, jak w tej chwili do zorganizowania jej rozrywki.

Ponownie przyjrzała się jego pełnym ustom i ostrym rysom twarzy, przełamywanym psotnym spojrzeniem miodowych oczu. Szerokie, wyraźnie umięśnione ramiona wskazywały na siłę, która nadal ją pociągała. Wciąż ją przyciągał do siebie, błyskawicznie wywołując w niej pragnienia, które tylko on mógł ugasić. Pobudzał jej zmysły równie sprawnie jak w przeszłości. W tamtym czasie była może i podatna na jego działania, jednak nie dziś, kiedy znów najwyraźniej usiłował namieszać w jej poukładanym życiu.

– Eli, daj się pochłonąć, ten jeden raz. Może ci się spodoba? – przekonywał dalej, sunąc miękkimi ustami po jej rozpalonej skórze u zbiegu ramienia i szyi. Wyznaczał lekkimi niczym piórko muśnięciami szlak do wrażliwego miejsca tuż za uchem.

Próbowała otrząsnąć się z zamroczenia, spowodowanego jego coraz śmielszym dotykiem. Nie było łatwo odciąć się od przyjemnego mrowienia odczuwanego przez nią w miejscach, które pieścił, jednak częściowo udało jej się zebrać myśli.

– To w takim razie co masz na tej swojej liście „rozerwać Eleonorę”? – zapytała, siląc się na dowcip, który nigdy jej nie wychodził. Bycie zabawną i towarzyską było dla niej trudniejsze, niż dokonanie oceny prawdopodobnych zysków, możliwości rozwoju i ewentualnych strat przedsiębiorstwa wchodzącego po raz pierwszy na rynki zagraniczne. Była powściągliwa, gdy chodziło o interakcje z innymi, i do tej chwili nie czuła potrzeby, by cokolwiek w związku z tym zmieniać. Mimo wszystko jednak pragnęła czegoś, co mógł jej niewątpliwie dać właśnie ten mężczyzna. Zawsze ją fascynował, znała jego rodzinę i nie przypominała sobie nikogo, kto byłby większym lekkoduchem, niż to ucieleśnienie męskości. To właśnie mogła być jej szansa, choć sama do końca nie była do tego pomysłu przekonana. Postanowiła jednak dać się porwać tej nocy, zgodnie z założeniami Seliny. Da szansę dziwnym machinacjom siostry, nim powróci do swojego pierwotnego, bezpiecznego planu.

Devlin zwinnie wstał ze swojego miejsca, wyczuwając jakimś cudem, że podjęła decyzję, i chwytając ją za dłoń, pociągnął w stronę parkietu. O nie, pomyślała z przerażeniem, widząc, do czego będzie zmuszona, ja nie tańczę! Próbowała mu się wyrwać, jednak po chwili już była w silnych objęciach mężczyzny, którego nie spodziewała się ponownie spotkać na swojej życiowej ścieżce. Po jej ciele rozchodziło się przyjemne ciepło. Ramiona dawnego, młodzieńczego zauroczenia dawały Eleonorze poczucie bezpieczeństwa. Devlin niespodziewanie pochylił się ku jej twarzy. Na policzku poczuła jego ciepły oddech. Przeszył ją dreszcz podniecenia, który na nowo zaczął w niej wzniecać ogień pożądania. Nadal jednak była spięta, zastanawiając się, czy jest tak odważna, by dać się pochłonąć temu przystojnemu mężczyźnie.

– Eli, rozluźnij się, kochana – wyszeptał z rozbawieniem.

Zesztywniała jeszcze bardziej, słysząc jego namiętny tembr głosu. Dłonie Devlina powoli przesuwały się po krzywiźnie jej ciała. Oddech Eleonory przyśpieszył, coraz trudniej było jej utrzymać równowagę. Tylko silne ramiona powstrzymywały ją przed upadkiem. Piersi kobiety stwardniały, powodując jeszcze większą wrażliwość na każde zetknięcie z umięśnionym torsem mężczyzny.

Powolna, nastrojowa muzyka, sącząca się z głośników, sprawiła, że napięcie ciągle jej towarzyszące opadło, a ona poddała się melodii i dotykowi Devlina. Gdy obrócił ją w swoich ramionach i przechylił do tyłu, pierwszy raz od lat szczerze, bez żadnego przymusu, roześmiała się.

– Witaj, piękna księżniczko – powiedział rozbawiony, gdy znów ją postawił do pionu. W końcu pochylił się i pocałował ją gorąco z niepohamowaną namiętnością, jakby tylko na tę chwilę czekał. Przyćmiony doznaniami umysł Eleonory nie uruchomił właściwej dla niej bariery i po chwili bezwiednie oddała pocałunek. Dłonią przesunęła po twardej piersi mężczyzny. Z kolei ręce Devlina znów rozpoczęły wędrówkę po jej ciele, doprowadzając ją do szaleństwa.

– Rozstrajasz mnie – westchnęła upojona doznaniami, jakie jej dostarczały usta ukochanego z młodzieńczych lat, spoglądając na niego spod półprzymkniętych oczu.

– To znaczy, że dobrze to robię – roześmiał się w odpowiedzi, przywołując ich wcześniejszą rozmowę. Znów poczuła przyjemne mrowienie na skórze. Serce zabiło jej szybciej, jakby wyrywało się ku temu, który zmusił je do tego galopu.

Stanowczo za bardzo na nią działał. Kolorowe światła odbijały się w kuli dyskotekowej, tworząc załamania i błyski rozświetlające pomieszczenie, pełne dziwacznych bibelotów i jeszcze bardziej niezwykłych ludzi, poruszających się w rytm muzyki. Eleonorze wydawało się, że płynie pośród różnobarwnych fal. Rozkoszowała się tym nieznanym jej dotąd uniesieniem. W końcu postanowiła odpuścić, rozluźnić się, jak sugerował Devlin, i dać się ponieść chwili. Ten jeden raz chciała być taka, jak wszyscy – normalna.

Powędrowała wzrokiem ku rozcięciu koszuli, gdzie majaczył jakiś ciemny wzór. Widać, przez lata, kiedy się nie widzieli, dorobił się tatuażu. Jego dosyć konserwatywna w poglądach matka musiała szaleć, o ile w ogóle wiedziała o naznaczonej skórze syna. Boże drogi! Miała ochotę zedrzeć z niego materiał, skrywający umięśnione ciało. To było do niej całkowicie niepodobne.

Weź się w garść, Eleonoro, powtarzała w głowie niczym mantrę.

To była w końcu szansa, na jaką czekała. Przecież właśnie dlatego pierwszy raz od czterech lat wzięła urlop i przyleciała za radą siostry do Florencji. Nie obawiała się, że będzie musiała spotkać na swojej drodze Devlina. Nie wpadli na siebie przez ostatnich szesnaście lat. Mogła więc spokojnie domniemywać, że również po tej nocy będzie tak samo. Z pewnością nie da się mu namówić na spędzenie z nim całego weekendu. Chciała załatwić swoje sprawy dzisiejszej nocy, by jutro wrócić do domu.

Dobrze, pora wykonać zatem podejście do kolejnego etapu. Przesunęła dłonią po jego klatce piersiowej. Pod palcami czuła reakcję mięśni na jej dotyk. Przyśpieszone bicie jego serca jasno wskazywało, że nie tylko ona doświadczała tych gwałtownych emocji. Uśmiechnęła się pod nosem z czystą kobiecą satysfakcją. Był równie podniecony, co ona. Na brzuchu poczuła rosnącą wypukłość w jego spodniach. Pożądanie wokół nich wzbierało niczym lawa w wulkanie, grożąc gwałtownym wybuchem.

Jakby teraz postąpiła jej siostra? Nie do wiary, że nawet przeszło jej to pytanie przez myśl w takiej chwili. To zupełnie irracjonalne, czyli takie jak Selina. Jeżeli miał się spełnić ułożony przez Eleonorę plan w przedstawionej przez siostrę scenerii, musiała poddać się tej chwili i tym intensywnym, nieznanym jej dotąd odczuciom.