Strona główna » Dla dzieci i młodzieży » Miasteczko Perfect

Miasteczko Perfect

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-8073-737-2

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Miasteczko Perfect

Witaj w Miasteczku Perfekt!

Tutaj każdy jest schludny, porządny i perfekcyjnie grzeczny przez cały rok. Tutaj każdy musi nosić okulary, żeby nie oślepnąć…
To dlatego Violet nie miała najmniejszej ochoty przeprowadzać się do Perfect.
Dziewczynka jednak szybko odkrywa, że  w mieście dzieje się  coś dziwnego… W nocy słyszy dziwne dźwięki, jej mama zachowuje się inaczej niż zwykle, a w dodatku tata gdzieś przepadł.
Gdy Violet spotyka Boya, uświadamia sobie, że nie tylko jej tata został porwany… oraz że tajemniczy Obserwatorzy strzegą pewnego perfekcyjnie przerażającego sekretu!

Jedna z tych książek, które czytasz i nie możesz się doczekać, co będzie dalej. Perfekcyjna kombinacja dla każdego, kto nie chce oglądać świata przez różowe okulary!
Niezapomniana, ekscytująca i zabawna opowieść z dreszczykiem.
Jeśli szukasz historii magicznej od początku do końca, „Miasteczko Perfect” jest dla Ciebie!

Polecane książki

Krótkie, rymowane bajki przeznaczone dla najmłodszych czytelników, dzięki którym dzieci mogą odkrywać świat zwierząt i na jego przykładzie uczyć się wielu ciekawych rzeczy....
Dzięki poradnikowi do gry The Whispered World wesprzesz melancholijnego cyrkowego klauna Sadwicka w desperackiej próbie ratowania jego baśniowego świata. Opis przejścia gry podporządkowany jest wyzwaniom, przed jakimi w trakcie zabawy staje Sadwick. The Whispered World - poradnik do gry zawiera posz...
Poradnik do klasycznej gry przygodowej Adventures of Sherlock Holmes: The Silver Earring, zawierający szczegółowy opis przejścia poprzedzony radami dotyczącymi sposobu prowadzenia rozgrywki. Sherlock Holmes i tajemnica srebrnego kolczyka - poradnik do gry zawiera poszukiwane przez graczy tematy i lo...
Tematycznie dobrane i pięknie ilustrowane wiersze najwybitniejszych polskich poetów: Jana Brzechwy, Wandy Chotomskiej, Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, Ludwika Jerzego Kerna, Marii Konopnickiej, Juliana Tuwima, ks. Jana Twardowskiego i innych. Wiersze do antologii zostały wybrane tematycznie, zg...
Muhammad Ali (urodzony w 1942 roku jako Cassius Marcellus Clay jr.) to człowiek legenda, trzykrotny bokserski mistrz świata wszechwag. Swoją wielką karierę rozpoczął od zwycięstwa nad Polakiem, Zbigniewem Pietrzykowskim, w finale wagi półciężkiej na igrzyskach olimpijskich w Rzymie w roku 1960. Jedn...
"Praca Jarosława Wyrembaka jest bardzo dobrym przykładem połączenia w naukach prawnych trzech typów rozważań: teoretycznoprawnych, prawno-dogmatycznych oraz prawno-empirycznych. Te pierwsze skupiają się na problematyce wykładni prawa i na wyborze do dalszych badań jednego z możliwych w jej obrębie p...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Helena Duggan

Tytuł oryginału: A PLACE CALLED PERFECTPrzełożyła: ANNA PIASECKARedaktor prowadzący: NATALIA GALUCHOWSKARedakcja: DOROTA JABŁOŃSKAKorekta: ANNA KUBALSKA, JOLANTA SPODARDTP: Studio 3 KoloryFirst published in the UK in 2017 by Usborne Publishing Ltd. Copyright © Helena Duggan, 2017 Cover illustration by Karl James Mountford © Usborne Publishing, 2017 Map by David Shephard © Usborne Publishing, 2017 © Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Warszawa 2018 All rights reservedWszystkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.Wydanie IISBN 978-83-8073-737-2Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o. 00-807 Warszawa, Al. Jerozolimskie 94 tel. 22 379 85 50, fax 22 379 85 51 e-mail:wydawnictwo@zielonasowa.plwww.zielonasowa.plKonwersja:eLitera s.c.

Mamie, prawdziwej marzycielce

[1]

Violet czasem lubiła ciszę, ale nie tym razem. Kiedy nic nie widzisz, cisza jest straszna. Wsunęła dłonie pod uda i zaczęła machać nogami, próbując przypomnieć sobie jakąś wesołą piosenkę.

Nagle usłyszała niewyraźne odgłosy kroków dobiegające od wejścia do sklepu. Kroki stawały się coraz głośniejsze i zdawały się coraz bliższe. Spojrzała niewidzącymi oczami w stronę, z której dochodziły dźwięki.

– Muszę porozmawiać z twoim tatą – wyszeptał jej do ucha jakiś głos.

– Kto tu jest? – zapytała przerażona.

Wtem do sklepu wszedł ktoś cięższym krokiem.

– Mam cię, ty parszywa sieroto! – zawołał.

Czekał. Skryty w cieniu i ogrodowych zaroślach stał oparty o dąb. Patrzył. Z miejsca, które wybrał, miał doskonały widok na dom i podjazd wysypany żwirem.

Dziwnie było martwić się o to, że ktoś go zobaczy.

Miasteczko Perfect od tygodni żyło przyjazdem doktora Eugene’a Browna. Doktor im pomoże. Boy nie miał co do tego żadnych wątpliwości. W życiu nie był niczego bardziej pewien. Musiał z nim tylko porozmawiać, zanim mężczyzna ulegnie przemianie.

Kiedy zaczął zapadać zmierzch, zjawili się George i Edward Archerowie i weszli po kamiennych schodkach do domu. W budynku zrobiło się jasno, a Boy obserwował, jak bracia krążą po mieszkaniu.

Nagle snop światła padł na trawę tuż pod stopami Boya. Chłopiec cofnął się i schował w cieniu. Srebrny samochód, miażdżąc żwir pod kołami, jechał w jego kierunku po podjeździe. Zatrzymał się. Warkot silnika ucichł.

Wielkie drzwi otworzyły się, a światło dobiegające z korytarza padło na sylwetki bliźniaków Archer. Kiedy nieruchomy niczym posąg Boy ich obserwował, wzdłuż kręgosłupa przebiegał mu dreszcz.

Od strony kierowcy wysiadł mężczyzna, od strony pasażera – kobieta.

Nie przypuszczał, że doktor przyjedzie z kimś. Jego towarzyszka wyglądała na zdenerwowaną i patrzyła na współpasażera stojącego po drugiej stronie samochodu. Uśmiechnął się do niej z zakłopotaniem i podszedł do bliźniaków Archer, podając im na powitanie dłoń. Kobieta podążyła za nim i cała czwórka zniknęła wewnątrz budynku.

Boy postanowił zaryzykować i wychylił się z ciemności, ale błyskawicznie się zatrzymał, kiedy usłyszał głos doktora:

– Violet! Wyjdź z samochodu, myszko, na dworze jest zimno.

Tylne drzwi auta otworzyły się nieco i natychmiast zatrzasnęły. W tym samym momencie wiatr poruszył liśćmi nad jego głową.

Boy wstrzymał oddech i wycofał się do swego schronienia.

Drzwi samochodu otworzyły się znowu i tym razem wybiegła z niego niska, przestraszona dziewczynka, pędząc po żwirze w kierunku domu.

Boy nie mógł powstrzymać się od śmiechu. Dziewczynka przyśpieszyła, wskoczyła po schodach do środka, z hukiem zamykając za sobą drzwi. Podwórze znów okrył mrok.

Drzwi samochodu pozostały otwarte. Boy jednym pchnięciem zamknął je, przysuwając się bliżej kuchennego okna. Zauważył, jak dziewczyna wślizguje się do pokoju.

Usiadł obok schodów i czekał.

W końcu nadeszła noc. Obserwatorzy wkrótce mieli wyjść na patrol, a Boy nie mógł pozwolić na to, aby znów złapano go poza murami. Postanowił, że wróci tam wczesnym rankiem i wtedy porozmawia z doktorem.

Ostatni raz spojrzał przez okno. Dziewczynka siedziała między mamą a tatą – pełna rodzina. Kiedy przesunął kciukiem po wyświechtanej karteczce w kieszeni, coś ukłuło go w środku.

Odgłos żwiru trzaskającego pod kołami hamującego samochodu wyrwał Violet ze snu. Na zewnątrz panowała ciemność. Dziewczynka odkleiła się od ciepłego, skórzanego siedzenia i wyjrzała przez boczną szybę. Dom był duży, o wiele większy niż ich poprzedni, i wyglądał jak z jakiegoś katalogu. W środku paliło się światło.

Westchnęła i zapadła się w fotel.

W progu stały dwie ciemne postaci: jedna była wysoka, a druga – niska. Światło padające przez otwarte drzwi sprawiało, że widać było tylko ich sylwetki. Ojciec Violet spojrzał na żonę, po czym odpiął pasy i wyszedł z samochodu.

– Och, pan Archer i pan Archer – powiedział, podchodząc do mężczyzn. – Nie spodziewaliśmy się komitetu powitalnego.

– Ależ oczywiście, panie Brown, chcieliśmy mieć pewność, że niczego państwu nie brakuje – powiedział wyższy mężczyzna i wyciągnął dłoń na powitanie.

– Przygotowywaliśmy się cały dzień. Mieszkanie jest wypucowane, a woda w czajniku już się gotuje – powiedział niższy mężczyzna, wychodząc przed wyższego, aby uścisnąć dłoń gościa. – Proszę zostawić wszystkie rzeczy w samochodzie, zapraszamy na herbatę.

– Oczywiście, jak miło – powiedziała kobieta i podeszła do drzwi, aby się przywitać. – Z przyjemnością się napijemy.

Cała czwórka weszła do domu, zostawiając w samochodzie kipiącą ze złości Violet. Najwidoczniej o niej zapomnieli.

– Violet. Wyjdź z samochodu, myszko, będzie ci tam zimno. – Głos ojca rozległ się na całym podwórzu.

A jednak nie zapomniał. Co wcale nie oznaczało, że się o nią troszczył. Obchodziła go tylko jego praca. Kiedy mu ją zaproponowano, matka powiedziała: „To praca nad pracami”. To chyba coś w rodzaju Oscara dla optyków. Dokładne słowa taty brzmiały: „Byłbym głupcem, zupełnym głupcem, gdybym jej nie przyjął”.

Doktor Brown był chirurgiem od oczu i całymi dniami je kroił. Violet wydawało się to obrzydliwe, więc za każdym razem, gdy ktoś pytał o tatę, mówiła, że jest optykiem. Praca była dla niego bardzo ważna. Rodzice innych dzieci zdawali się wiecznie narzekać na swoje prace, ale nie jej tata. Violet była z niego dumna, ale to nie oznaczało, że cieszyła ją myśl o pakowaniu wszystkich swoich rzeczy i zostawieniu przyjaciół tylko z powodu jego nowej pracy. Uważała, że jest samolubny, i to właśnie powiedziała mu przez łzy tego wieczoru, kiedy ogłosił przeprowadzkę.

Pchnęła ciężkie drzwi samochodu i wystawiła głowę, aby się rozejrzeć.

Podjazd spowijał mrok, a dookoła rosły wysokie drzewa. Ogromne gałęzie kołysały się na wietrze, a ich cienie tańczyły na wysypanej żwirem drodze. Kiedy Violet usłyszała szepczące liście, przeszedł ją dreszcz. Schowała się z powrotem w samochodzie i zatrzasnęła drzwi. Tam czuła się bezpieczna.

Mama zawsze powtarzała jej, że ma zbyt bujną wyobraźnię. Kiedy dziewczynka patrzyła na ciemne podwórze i widziała czające się w zaroślach potwory, żałowała, że nie wie, jak tę wyobraźnię wyłączyć.

Musiałaby pokonać trasę do domu biegiem. Wzięła głęboki oddech. Na trzy. „Raz, dwa, trzyyyyy…”.

Z impetem otworzyła drzwi samochodu, wyskoczyła z niego i pobiegła. Nie rozglądając się wokół, przemierzyła susami schody i przeskoczyła przez próg.

Kiedy gwałtownie zamykała drzwi, zdawało jej się, że słyszy śmiech odbijający się echem wśród drzew. Osunęła się na podłogę holu, próbując złapać oddech. To przecież nie mógł być śmiech. Gdy dobiegł do niej trzask zamykanych drzwi auta, zamarła. Czy ktoś czaił się na zewnątrz? Serce zaczęło jej bić szybciej.

– Violet, czy to ty, myszko?! – zawołała jej matka z głębi domu. – Przyjdź tu i przywitaj się z naszymi gośćmi!

Dziewczynka wyrzuciła z głowy czarne myśli, obwiniając wiatr o wszystkie te dziwne odgłosy. „Znów ponosi cię wyobraźnia”, skarciła samą siebie i wstała z podłogi.

Ściągnęła buty i rzuciła je pod drzwi. Hol pokryty był błyszczącymi, kremowymi płytkami, idealnymi pod skarpety. Rozpędziła się i prześlizgnęła korytarzem prosto do kuchni, hamując tuż przy stole.

Gapiły się na nią cztery pary oczu: dwie z zakłopotaniem, dwie w szoku.

– Violet! – warknął jej ojciec. – Mamy gości.

Nie odpowiedziała.

Poprzedniej nocy zdecydowała, że nie odezwie się do taty, dopóki on nie zmieni zdania i nie wrócą wszyscy do domu. Nieodzywanie się do niego było dla niej okropne, bo kochała go najbardziej na świecie. Ale nie chciała tego samego, co on. Mama tak naprawdę też nie. Rose Brown była księgową w dobrze prosperującej firmie i miała wielu znajomych w mieście, z którego przyjechali. Powiedziała jednak Violet, że czasem trzeba zrobić coś dla dobra sprawy, nawet jeśli to jest trudne i nie ma się na to ochoty, i że musieli się przeprowadzić właśnie dla dobra rodziny.

Dziewczynka rozważała nieodzywanie się również do mamy, ale była jedynaczką i to oznaczałoby, że już w ogóle nie miałaby z kim rozmawiać, przynajmniej dopóki nie znajdzie sobie jakichś przyjaciół.

Tata przerwał szybko ciszę, przedstawiając córkę dziwnym panom, którzy siedzieli przy okrągłym, kuchennym stole.

– Violet, to pan George Archer.

– Wystarczy George – powiedział wyższy mężczyzna. Wstał i podał jej dłoń.

Starała się nie roześmiać. George Archer był tak wysoki, że nie mieścił się wyprostowany w kuchni, która miała niski sufit. Przekrzywił na bok głowę, tak że niemal dotykała jego ramienia. Wszystko miał długie – począwszy od wężowatych rąk i robakowatych palców, aż po cienki niczym ołówek nos, który prawie przecinał mu twarz na połowę. Jego głowa była zupełnie pozbawiona włosów i miała kremowobiały kolor, przez co wyglądała jak świeżo złożone jajo. Musiało mu być niewygodnie, bo szybko usiadł z powrotem na miejscu.

– A ja jestem Edward. Miło mi cię poznać, Violet – powiedział niższy z braci Archerów, po czym również wstał i podał jej dłoń.

Znów musiała powstrzymać się od śmiechu. Violet nie była nawet najwyższa w klasie, a dorównywała wysokością panu Edwardowi Archerowi. To, czego brakowało mu we wzroście, nadrabiał szerokością. Był kwadratowy jak bochenek chleba. Miał głowę przyczepioną bezpośrednio do ramion, jak gdyby zapomniał wyhodować szyi, a jego oczy były nieco wyłupiaste, jakby chciały wydostać się z twarzy.

Bracia ubrani byli w identyczne, brązowe garnitury i nosili błyszczące, brązowe buty. Edward Archer miał na głowie zabawny melonik, taki sam, jaki widniał na ulubionym obrazie taty z mężczyzną bez twarzy. Identyczny kapelusik George’a Archera leżał obok niego na stole – pewnie nie nosił go w pomieszczeniach, bo spadałby mu za każdym razem, kiedy chciałby wstać.

Obaj mieli dziwne, czerwonawe oczy skryte za prostokątnymi okularami w złotych oprawkach. Wyglądało to nieco przerażająco, dopóki George nie ściągnął swoich.

– Och, to przez te szkła. Myślałam, że z waszymi oczami jest coś nie tak! – Violet uśmiechnęła się do wyższego z braci. – Dlaczego są czerwone?

George nasunął okulary z powrotem na nos.

– Są różowe. – Posłał jej gniewne spojrzenie. – My…

– Violet, skarbie – wtrącił szybko Edward Archer. – To bardzo ciekawa zagadka i mamy nadzieję, że twój ojciec pomoże nam ją rozwiązać. Widzisz, w naszym małym miasteczku wszystko jest perfekcyjne, poza jedną, niezwykłą rzeczą: każdy mieszkaniec bez wyjątku nosi okulary. Wystarczy, że chwilę pobędziecie w Perfect, a wkrótce wzrok powoli zajdzie wam mgłą, a następnie granice pola widzenia zaczną wam się rozmywać. W końcu całkiem oślepniecie. Wielu naukowców przyjeżdżało do nas, aby zbadać tę sprawę. Podobno to dlatego, że mieszkamy tak blisko słońca.

– Mamo! – zakwiliła Violet, starając się nie rozpłakać. – Nie chcę oślepnąć. Lubię widzieć. Wiedziałam, że nie powinniśmy się tu przeprowadzać.

– Och nie, Violet, skarbie, nie chciałem cię przestraszyć – powiedział łagodnie Edward Archer. – Zapewniam cię, że to tylko przejściowy stan. Zaczniesz znów widzieć, kiedy tylko wyjedziesz z naszego miasteczka, chociaż naprawdę nie sądzę, że kiedykolwiek będziesz chciała opuścić Perfect. To nikomu się nie zdarza. – Tęgi mężczyzna się uśmiechnął. – Właściwie to znaleźliśmy sprytny sposób na nasz mały problem. Te okulary świetnie sobie z nim radzą. Każdy tutaj je nosi, można powiedzieć, że są w modzie – dodał, poprawiając swoją parę na nosie.

– Musisz odwiedzić nasz sklep, skarbie, żebyśmy mogli dopasować odpowiednie oprawki dla ciebie – odezwał się George Archer z uśmiechem.

Violet chwyciła pasiastą spódnicę matki.

– Mamo, nie chcę nosić okularów, z moimi oczami wszystko jest w porządku.

– I po to właśnie jest tu twój tata, skarbie – powiedział Edward również z uśmiechem. – Mamy nadzieję, że wkrótce nikt nie będzie musiał ich nosić.

Archerowie byli nowymi szefami taty. Pewnego wieczoru mama z dumą powiedziała do znajomych: „Eugene’a znaleźli łowcy głów”. Dla Violet nie brzmiało to jak coś dobrego i z całych sił starała się n i e wyobrażać sobie taty bez głowy. Doktor Brown zdobył nagrodę za badania, które przeprowadził, i znalazł się dzięki temu na okładce magazynu „Rzut okiem”. Mama mówiła, że jest na ustach całego świata, a przynajmniej tej części świata, która kocha oczy tak jak on. Powiedziała, że Archerowie przeczytali artykuł w „Rzucie okiem” i poprosili tatę, aby dla nich pracował.

– To tylko chwilowe, Violet – uspokajała ją matka, spoglądając nerwowo na męża. – Twój ojciec rozwiąże ten problem.

– Nie martw się, Violet – powiedział tata i wyciągnął dłoń, żeby pogłaskać ją po głowie.

Skryła się za plecami matki, uciekając od jego rąk.

– Jest zmęczona – westchnął, a policzki lekko mu poczerwieniały. – To był długi dzień i chyba czas już iść do łóżka.

– Och, jeszcze nie teraz – wtrącił szybko Edward Archer. – Musicie skosztować naszej herbaty. To taka tradycja w Perfect.

– O tak. – George Archer uśmiechnął się i sięgnął po imbryk oraz filiżanki stojące na kuchennym blacie. – Taki tu mamy zwyczaj.

Na stole leżała niewielka paczuszka. Edward otworzył ją, odmierzył dwie duże łyżki herbacianych liści i wsypał je do imbryka. Opakowanie było granatowe i widniał na nim ozdobny złoty napis „Herbata Archerów”. Nad napisem narysowano brązowe sylwetki bliźniaków w melonikach i białych fartuchach.

– To wy – powiedziała Violet, patrząc na Edwarda.

– Widzę, że masz sokoli wzrok – powiedział niższy z braci i wlał do imbryka wrzątek. – Tak, to nasza herbata. Jesteśmy właścicielami fabryki, która ją produkuje. Dajemy zatrudnienie wielu ludziom i to jest coś, z czego jesteśmy dumni.

– Nie lubię herbaty – rzuciła Violet, spoglądając na matkę.

– Tę polubisz – odpowiedział krótko George Archer.

– Ta herbata to tutejsza specjalność. Jest zbierana codziennie i każdego ranka świeża dostarczana do wszystkich domów w Perfect. Roślina kameleonowa, z której się ją robi, rośnie tylko u nas. Posiada niezwykłe właściwości i jest bardzo zdrowa. Sama zobaczysz. Większość mieszkańców wypija przynajmniej filiżankę dziennie. To miasto ma bzika na punkcie herbaty – powiedział Edward z uśmiechem.

Violet nie lubiła herbaty. Nie była też przekonana do Archerów – wyczuwała w nich coś dziwnego.

Siadając przy stole, Eugene i Rose wymienili spojrzenia. Violet zajęła miejsce między rodzicami. George Archer usadowił się naprzeciwko dziewczynki i wpatrywał się w nią, a jego brat nalewał w tym czasie herbatę.

– Wyobraź sobie teraz najpyszniejszy smak na świecie, a następnie wypij łyczek – powiedział Edward, wznosząc swój kubek.

Violet zrobiła tak, jak powiedział. Wyobraziła sobie ulubiony napój jej i taty, czyli lodowego shake’a. Duże kawałki waniliowych lodów zanurzone w oranżadzie. Oczami wyobraźni widziała spienione chmurki musujące na brzegu szklanki i już prawie czuła ten smak. Kiedy sięgała po filiżankę z herbatą, do ust napłynęła jej ślina. Delikatny zapach wanilii połaskotał ją w nos. Ostrożnie wypiła łyk, tak żeby nie poparzyć ust. Napój był musujący i smakował jak pomarańczowo-waniliowe niebo. To nie mogła być herbata. Violet otworzyła oczy, żeby sprawdzić, czy nikt nie podmienił naczyń, ale nie – jej uśmiech odbijał się w nijakim, mleczno-brązowym płynie. Popatrzyła na rodziców siedzących po bokach. Wciąż mieli zamknięte oczy, a na ich ustach malowały się głupkowate uśmiechy. Chwilę później ojciec powiedział:

– Chyba skuszę się na jeszcze jedną filiżankę.

– Tak myśleliśmy – zgodnie odpowiedzieli Archerowie.

Brownowie opróżnili pierwszy imbryk, a potem kolejny. W tym czasie Edward opowiadał im o ich nowym domu.

To on był tym bardziej gadatliwym bratem i Violet polubiła go odrobinę mocniej niż George’a, który zdawał się nie robić niczego innego, jak tylko odburkiwać i się gapić. Chociaż, prawdę mówiąc, żadnego z nich zbytnio nie polubiła. Słyszała, że mama powiedziała do ojca to samo, kiedy nieco później machali już Archerom na pożegnanie, stojąc na schodach nowego domu.

– Przyprawiają mnie o gęsią skórkę, Eugene – wycedziła Rose przez zaciśnięte w sztucznym uśmiechu zęby.

Tej samej nocy Violet zagrzebała się w nowej pościeli w swoim nowym pokoju. Sądząc po tym, co opowiadał Edward, miasto zdawało się całkiem sympatyczne, a herbata bardzo się do tego przyczyniała. Jednak było kilka dziwnych rzeczy. Edward wspomniał o zakazie wychodzenia z domu po zmroku. Powiedział, że jest po to, żeby wszyscy w Perfect mogli smacznie spać przez całą noc. „Dobrze przespana noc to szczęśliwi i zdrowi mieszkańcy”.

Z pewnością nie podobał jej się ten zakaz ani myśl o tym, że miałaby stracić wzrok. A poza tym, jak mogłaby mieszkać w miejscu, które nazywa się Perfect? Musiałaby chodzić czysta i schludna, na bank musiałaby też szczotkować włosy i najpewniej czyścić nawet swoje buty. Tak się po prostu nie da.

Violet zdecydowała: nie lubiła i nie miała zamiaru polubić miasteczka Perfect. Obróciła się na bok i zapadła w długi, perfekcyjny sen, nieświadoma problemów, które miał przynieść poranek.

Promienie słońca wpadające przez okno sypialni ogrzewały twarz Violet, delikatnie wybudzając ją ze snu. W nowym łóżku spało jej się doskonale.

Dopiero kiedy się przeciągnęła i usiadła, dotarło do niej, że coś było nie tak. Niewyraźnie widziała krańce pokoju, a wszystko, co znajdowało się przed nią, było przesłonięte wielką czarną plamą, jak gdyby ktoś wlał jej do oczu atrament. Przetarła je, ale to nic nie dało – wciąż nie widziała.

Serce zaczęło jej bić szybciej. Wysunęła stopę spod kołdry i starała się sięgnąć nią podłogi.

– Auć! – krzyknęła po tym, jak uderzyła palcem u stopy o coś twardego. Szła po omacku, szukając drzwi. – Mamo!

– Violet, co się stało? – zachrypiał zaspany tata.

Nagle jakiś huk wstrząsnął całym domem.

– Eugene! – krzyknęła matka. – Eugene, co się stało!? Czy wszystko w porządku!?

Violet ostrożnie wyszła z pokoju i próbowała wybadać drogę wzdłuż korytarza do sypialni rodziców.

Wchodząc do niej, potknęła się.

– Mamo, nic nie widzę!

– Ja też, myszko – odpowiedział ojciec, a jego głos był dziwnie radosny. – Ale nie ma się czym martwić, przecież nas ostrzegali.

– Ale nie mówili, że to stanie się tak szybko! – zawołała matka.

– Nie martwcie się, dziewczyny – powtórzył, tym razem trochę wyższym tonem. – Violet, chodź tutaj i wejdź do mamy do łóżka. Ja zejdę na dół i spróbuję skontaktować się z Archerami. Będą wiedzieli, co robić.

– Ale jak chcesz to zrobić, Eugene? Ty też nic nie widzisz – załkała matka.

– Nie martw się o mnie – odpowiedział, kierując się prosto na Violet, która szła na czworakach po dywanie w sypialni.

– Tato, uważaj! – krzyknęła, łamiąc własny nakaz milczenia tylko dlatego, że sytuacja była kryzysowa.

– Och, co za wspaniały pomysł, myszko – odpowiedział tata i przyklęknął na sztywnych kolanach. – Niedługo wrócę z pomocą, zaufajcie mi. – Po czym wyczołgał się na korytarz.

Zaufać mu? Nie zasługiwał na jej zaufanie. To wszystko była jego wina.

– Aua – pisnęła, gdy uderzyła się o brzeg łóżka rodziców.

– Nic ci nie jest, myszko?! – zawołała z góry matka.

Violet potarła czoło, próbując wyczuć krew.

– Chyba nie – zajęczała i wgramoliła się na puste miejsce obok Rose.

Materac wciąż był ciepły, a pościel pachniała tatą. Violet przysunęła się bliżej mamy.

– Dzień dobry! – zawołał ktoś pod oknem sypialni. – Czyż to nie piękny dzień, rodzino Brown?

– Mamo, ktoś jest na zewnątrz.

– Wiem, myszko. Zostań tu – wyszeptała Rose, wstała z łóżka i potykając się, przemierzyła pokój.

Okno zaskrzypiało i zimne powietrze połaskotało Violet w palce u stóp, które wystawały spod kołdry.

– Halo!? – zawołała jej matka.

– Och, dzień dobry, pani Brown. Zatrzymałem się, żeby zobaczyć, jak mija wam pierwszy dzień w Perfect, i zaoferować Eugene’owi podwózkę do pracy.

– Och, to pan, panie Archer – westchnęła z ulgą mama. – Z nieba nam pan spada. Obawiam się, że wszyscy obudziliśmy się dziś w troszkę gorszym stanie. Słońce podziałało na nas szybciej, niż się spodziewaliśmy.

– O nie, tak mi przykro. Czasem tak się zdarza. Nie trzeba się tym martwić. Nim się obejrzycie, wszystko przywrócimy do normy.

Parę minut później Edward Archer, na pewno on, bo był niemal tego samego wzrostu co Violet, ostrożnie poprowadził Eugene’a, Rose i Violet w kierunku wyjścia, a następnie do swojego samochodu.

– Pojedziemy do naszego Emporium Spektakularnych Okularów! – zawołał, a silnik warknął żywo.

Violet zawsze myślała, że słowo „spektakularny” oznacza coś złego, bo mama czasem mówiła, że ktoś poniósł spektakularną porażkę. Teraz dowiedziała się, że to wyszukane słowo, które oznaczało coś nadzwyczajnego. Emporium było trochę trudniejsze, ale coś jej podpowiadało, że to równie wyszukane słowo, które oznacza sklep. Najwidoczniej Archerowie lubili wyszukane słowa.

Kiedy Edward pomagał jej wysiąść powoli z samochodu, Violet postanowiła, że już nigdy nie straci wzroku. Lubiła widzieć. Już zaczęła tęsknić za kolorami: niebieskim, fioletowym albo różowym czy żółtym lub jakimkolwiek innym niż rozmyty czarny. Nawet brązowy byłby okej.

Nagle uderzyła ją pewna myśl.

– Panie Archer, nie byliśmy wcześniej na słońcu. Jak więc mogło wpłynąć na nasz wzrok?

– Jego promienie padały na ciebie przez okno przez cały ranek, skarbie – odparł Edward.

– Ale…

– Niektórzy są na nie bardzo podatni, Violet – uciął, ściskając jej ramię tak mocno, że bała się, że je wyrwie.

Kiedy próbowała się nieco wyswobodzić, uderzyła stopą o coś twardego.

– Aua – pisnęła, podnosząc nogę.

– Ojej, gapa ze mnie, zapomniałem powiedzieć ci o schodach – Edward rozluźnił uścisk.

Trzymając go mocno za łokieć, Violet ostrożnie weszła po pięciu szerokich stopniach. Nagle czerń zrobiła się czarniejsza i dziewczynka się potknęła.

– Och, nie przejmuj się, skarbie, po prostu wchodzimy do środka, dlatego światło nieco się zmieniło. – Roześmiał się.

Violet uśmiechnęła się najuprzejmiej, jak tylko potrafiła. Już wcześniej była tego prawie pewna, ale jego rechot ją w tym utwierdził: nienawidziła Edwarda Archera niemal tak samo jak jego brata.

– Teraz usadzę cię na krześle – powiedział, chwycił ją za dłonie i pomógł się oprzeć.

Wzdrygnęła się, kiedy dotknęła gołymi nogami zimnego, skórzanego obicia. Wciąż miała na sobie krótką piżamę, tę we włochate serduszka. Oblała się rumieńcem na myśl o różowoczerwonym wzorku. Mówiła mamie, że jest już za duża na serduszka, ale rodzice nigdy jej nie słuchali.

– Pójdę teraz po twoich rodziców, skarbie! – zawołał Edward Archer, gdy odgłosy jego kroków cichły.

W sklepie zapanowała cisza.

Violet czasem lubiła ciszę, ale nie tym razem. Kiedy nic nie widzisz, cisza jest straszna. Wsunęła dłonie pod uda i zaczęła machać nogami, próbując przypomnieć sobie jakąś wesołą piosenkę.

Nagle usłyszała niewyraźne odgłosy kroków dobiegające od wejścia do sklepu. Kroki stawały się coraz głośniejsze i zdawały się coraz bliższe. Spojrzała niewidzącymi oczami w stronę, z której dochodziły dźwięki.

– Muszę porozmawiać z twoim tatą – jakiś głos wyszeptał jej do ucha.

– Kto tu jest? – zapytała przerażona.

Wtem do sklepu wszedł ktoś cięższym krokiem.

– Mam cię, ty parszywa sieroto! – zawołał.

Rozpoczęła się gonitwa. Ktoś przebiegł za krzesłem, na którym siedziała Violet, i uderzył w jego drewnianą podstawę tak, że zakołysało się na boki. Następnie obie pary stóp wybiegły przez drzwi, a ich odgłosy w końcu zniknęły w oddali.

– Kto tu jest!? – krzyknęła, zaciskając kurczowo dłonie na oparciu krzesła.

– Violet, co ty tu robisz?

Ten głos udało jej się rozpoznać. Był to George Archer.

– Ktoś był w sklepie, ktoś kogoś gonił!

– Naprawdę? – W jego głosie słychać było zmartwienie. – Widziałaś, kto to był? Jak wyglądali ci ludzie?

– Nie – odpowiedziała szybko. – Nic nie widzę, ale ich słyszałam. Jeden z nich szeptał mi do ucha!

– Ach – roześmiał się George Archer. – Tak szybko straciłaś wzrok? Wiesz, kiedy przestaje się widzieć, czasem pojawiają się omamy słuchowe.

– Nie, naprawdę ktoś tu był, nie wydawało mi się, przysięgam – nalegała.

– Nie, nikogo tu nie było, Violet – warknął George, ucinając rozmowę.

W sklepie rozległy się inne znajome głosy.

– Mamo, czy to ty? – zapytała dziewczynka, wychylając się z krzesła.

Ktoś chwycił ją za ramię i pociągnął z powrotem na miejsce.

– Violet, skarbie, mogłabyś tu potłuc mnóstwo szkła – zagrzmiał za jej plecami George Archer.

– Nie martw się. Jesteśmy tu, myszko – uspokoił ją tata, stojący gdzieś po lewej stronie.

Chciała coś odpowiedzieć, ale nie mogła. Cisza wisiała przez chwilę w powietrzu, a potem odezwał się Edward Archer:

– Będziesz pierwsza, Violet. – Wydawało się, że stał dokładnie naprzeciwko niej. – Mam nadzieję, że będą dobre. Jeśli nie, możemy je dopasować. Masz dosyć sporą głowę jak na kogoś tak młodego.

Dziewczynka skrzywiła się i zamknęła oczy, podczas gdy na grzbiet nosa brutalnie wpychano jej parę okularów. Ciepłe, spocone dłonie ujęły jej twarz, a następnie dopasowały boki oprawek. Zauszniki zdawały się nieco za grube i niewygodnie układały się za uszami.

– Teraz powiedz nam, co widzisz – zachęcił Edward.

Violet wstrzymała oddech. A co, jeśli wciąż była niewidoma? Powoli otworzyła oczy i zaniemówiła.

Jej pole widzenia wypełniło się kolorami. Głęboki brąz ciemnego, lśniącego drewna, którym wyłożone były ściany sklepu, intensywna czerwień gęstego dywanu u jej stóp, oślepiające złoto okularów ułożonych w rzędy w lśniących, szklanych szafkach. To było najbardziej eleganckie pomieszczenie, jakie kiedykolwiek widziała.

– Czy coś jest nie tak? – zapytał Edward.

– Nie – wykrztusiła Violet, rozglądając się wokół. – Po prostu nigdy nie byłam w takim miejscu. Jest niesamowite!

Bracia wymienili między sobą pełne dumy spojrzenia.

– Staramy się, jak możemy – powiedział Edward, a na jego ustach zagościł pełen wyższości uśmieszek.

Usiadła na krześle i obserwowała, jak bliźniacy przeczesują szafki w poszukiwaniu okularów odpowiednich dla jej rodziców.

Wszystkie wyglądały tak samo: oprawki były delikatne, prostokątne i złote, a szkła – różowe. Ta część okularów, gdzie boki zawijały się za uszami, była trochę dziwna: płaska, kanciasta i nie pasowała do subtelnej oprawy. Violet poprawiła zauszniki. Uciskały jej skronie.

– Czy możesz je zostawić w spokoju? – warknął George, gdy zobaczył, że dotyka okularów.

Usiadła na dłoniach i przez parę minut patrzyła, jak Archerowie skaczą wokół rodziców. Gdy już upewniła się, że uwaga braci nie jest skupiona na niej, zsunęła się z krzesła i rozejrzała wokół.

Wszystko w sklepie lśniło. Mogła przejrzeć się w złotych uchwytach drzwiczek szklanych szafek, którymi wypełniona była cała ściana naprzeciwko niej – od podłogi aż po sufit. Edward Archer próbował dosięgnąć pary okularów z najwyższej szafki, stając na szczycie ogromnej, drewnianej drabiny, tyłem do Violet.

Po lewej stronie, na ścianie wyłożonej boazerią, dziewczynka zauważyła cienką smużkę światła w szczelinie pomiędzy ciemnymi panelami. Podeszła do ściany i delikatnie pchnęła lakierowane drewno. Panel otworzył się do wewnątrz, ukazując wejście do sekretnego pokoju.

Wślizgnęła się do środka i znalazła się w bibliotece. Na półkach z ciemnego drewna stały rzędami stare książki. Niektóre z nich były tak wysłużone, że nie dało się odczytać tytułów na ich grzbietach. Takie właśnie lektury uwielbiał tata Violet. Mówił, że można z nich wyczytać opowieść nie tylko tę na kartach, ale także tę o ludziach, którzy wcześniej byli w ich posiadaniu. Mama odpowiadała, że to znaczy tyle, że są używane i śmierdzą.

Violet wyciągnęła kilka tomów – najpierw Iluzję optyczną, następnie Blef ślepca, a na końcu Przywidzenia. Wszystkie były takie same, wszystkie opowiadały o oczach. Sięgała właśnie po kolejną, kiedy usłyszała za plecami:

– Nawet o tym nie myśl.

Natychmiast się odwróciła i zamarła w bezruchu. Naprzeciwko niej stał George Archer.

– Dzieci w Perfect mają zachowywać się perfekcyjnie! – warknął.

– Tu jesteś, George – powiedział Edward Archer, wychylając głowę zza panelowych drzwi. – Widzę, że znalazłeś Violet. Martwiliśmy się o ciebie, skarbie.

Dziewczynka wybiegła z biblioteki, ominęła Edwarda i zatrzymała się przy bezpiecznym boku matki. Zza krzesła, na którym siedziała Rose, obserwowała Archerów, którzy powrócili do poszukiwania okularów dla jej rodziców.

Dziwne było to, że Edward nie wydawał się już taki niski jak wcześniej. Jego głowa też nie wyglądała na tak wielką, a oczy nie wychodziły mu z orbit. George również się zmienił. Nie był przesadnie wysoki, oczy pasowały mu do twarzy, a ręce i nogi przestały być patykowate. Te zmiany, choć subtelne, wszystkie razem spowodowały, że Archerowie nie wyglądali już tak szkaradnie. Można było nawet powiedzieć, że sprawiali całkiem sympatyczne wrażenie. To jednak wcale nie oznaczało, że zaczęła ich lubić.

Rodzice Violet mieli teraz swoje własne pary okularów w złotych oprawkach. Rose wyglądała uroczo, ale ona zawsze była piękna. Każdy tak mówił i Violet miała nadzieję, że kiedyś ktoś powie to samo również o niej. Tata też wyglądał przystojnie – wydawało się nawet, że miał więcej włosów. Tworzyli perfekcyjną parę. Jakim cudem nigdy wcześniej tego nie zauważyła?

– Violet – powiedziała mama. – Te okulary bardzo ci pasują, skarbie. Wyglądasz pięknie!

W miasteczku Perfect wszystko wydawało się milsze, ale Violet wciąż tego nie kupowała. Nie lubiła tego miejsca, bo straciła przez nie wzrok, a już na pewno nie lubiła Archerów, a zwłaszcza George’a, który przez większość czasu zdawał się nieźle wkurzony.

Stojąc na schodach przed Emporium Archerów, Violet uniosła swoje okulary i rozejrzała się dookoła. Wszystko zlewało się w rozmazaną, ciemną plamę. Nasunęła je z powrotem na nos i wzrok jej powrócił.

Powtórzyła to jeszcze kilka razy i przeszedł ją dreszcz. Bez okularów żadne z ich trójki nie było w stanie zobaczyć absolutnie niczego. To samo musiało dotyczyć reszty mieszkańców. Violet nie tak wyobrażała sobie perfekcyjne miasto.

Bracia Archerowie dali tacie Violet dzień wolnego, żeby mógł zadomowić się w nowym miejscu. Brownowie postanowili więc pojechać do centrum miasteczka, aby trochę się rozejrzeć.

„Najlepiej zwiedzać Perfect pieszo” – poradził im Edward Archer, kiedy podwoził ich do domu. Tak więc postanowili zrobić. Przebrali się z piżam i zjedli szybko śniadanie, a następnie Violet poprowadziła rodziców w dół podjazdu. Rose zatrzymała się na samym dole i westchnęła z zachwytu:
– Czyż tu nie jest pięknie, Eugene?

Wokół nich malowały się zielone wzgórza, a zza nich wyłaniały się błękitne szczyty wysokich gór. Poza nimi na horyzoncie nie było nic innego. Perfect usytuowane było w małej kotlinie, jak gdyby ktoś wydłubał kawałek gór łyżeczką, zostawiając akurat tyle miejsca, żeby zmieściło się w nim miasteczko. Poprzedniego dnia, gdy byli jeszcze w podróży, Violet miała niejasne przeczucie, że jadą na zupełne odludzie – teraz była już tego pewna.

Po kilku godzinach przyzwyczaiła się do noszenia okularów. Najdziwniejsze było to, że czuła, jak gdyby miała je na nosie od zawsze. Wszystko widziała teraz jak na dłoni, a musiała przyznać, że widoki były całkiem ładne.

Ich dom mieścił się na obrzeżach miasta, na końcu długiej alei porośniętej drzewami. Kiedy nią szli, Violet zauważyła, że odległość między drzewami była idealnie równa – odmierzyła ją krokami.

Po kilku minutach wyszli z alei i skręcili w lewo, a ich oczom ukazało się centrum miasta. Na czarnej, blaszanej tabliczce wysoko na ścianie budynku widniał napis: „Wspaniała Droga”.

Ulica była wąska, a po obu jej stronach stały trzypiętrowe budynki z czerwonej cegły. Ciągnęły się aż do zakładu optycznego Archerów, który wyróżniał się pośród innych budynków. Był niczym latarnia morska. Kiedy zmierzali w jego kierunku, Violet zauważyła, że drzwi wszystkich domów przy ulicy pomalowane były na czarno, a każdy parapet zdobiły skrzynie z kwiatami.

Dotarli do zakładu optycznego. Kiedy Violet zobaczyła prowadzące do niego schody, przypomniało jej się, że stłukła tam wcześniej palec u nogi. Teraz mogła podziwiać kamienny budynek w całej okazałości. Błyszczące, złote litery układały się w dumny napis „Emporium Spektakularnych Okularów Braci Archerów” widniejący nad drzwiami pomalowanymi granatową farbą.

Po lewej stronie emporium stał wysoki, kamienny mur, a po prawej biegła ulica pełna kamiennych budynków wypełnionych sklepami. Kolejna czarna, blaszana tabliczka przyczepiona wysoko na murze oznajmiała „ulica Edwarda”.

– Czyż nie jest tu pięknie, Violet? – zapytał jej ojciec z uśmiechem. – Uwielbiam takie stare miasta otoczone murem, czuje się w nich historię.

Violet trzymała się swojego postanowienia i trwała w milczeniu. Ze wszystkich przedmiotów szkolnych najmniej lubiła historię. Cała rodzina podążyła ulicą Edwarda.

Minęli sklep mięsny U Hatchetów, który znajdował się trzy budynki dalej. Zostali tam przemiło powitani przez mężczyznę z białym kapeluszu, pasiastym fartuchu i w okularach w złotych oprawkach na nosie. Zwrócił się do nich po imieniu, co było dosyć dziwne, bo z pewnością nie zostali sobie wcześniej przedstawieni.

– To małe miasteczko, Rose, musimy się do tego przyzwyczaić – powiedział tata do mamy, zdziwionej uprzejmością tubylców.

– Och, mam wrażenie, że już się do tego przyzwyczaiłam, Eugene. Czuję się tu jak w domu. To miejsce, którego szukaliśmy. Tak się cieszę, że nas tu sprowadziłeś.

Że co? Wcześniej pomysł przeprowadzki wcale nie podobał się matce Violet. Tyle razy mówiła, że robi to tylko dla dobra rodziny. Bardzo szybko zmieniła zdanie.

– Myślę, że to była świetna decyzja, Eugene – powiedziała z uśmiechem, chwytając dłoń męża.

Tata również rozpromienił się w uśmiechu i pocałował mamę w czoło, kiedy stali przed ciastkarnią „Słodkie pyszności”. Violet się wzdrygnęła.

W tym mieście działy się dziwne rzeczy. Po pierwsze, każdy nosił okulary, w takich samych złotych, prostokątnych oprawkach i z różowymi szkłami. Ulice były idealnie czyste i zadbane. Nie było na nich nawet śladu śmieci, ani jednego papierka po cukierku. Na czarnych ławkach rozstawionych równomiernie wzdłuż chodnika próżno było szukać przyklejonych gum do żucia. Na ścianach nie było ani kawałeczka graffiti. Wszyscy byli szczupli i chociaż nie wyglądali tak samo, to wszyscy mijani na ulicy ludzie zdawali się mieć ze sobą coś wspólnego. Jakąś poświatę albo połysk – tak, od wszystkich bił jakiś blask.

– Są zdrowi, Violet – powiedział ojciec, kiedy o tym wspomniała. – Archerowie powiedzieli mi, że Perfect jest na pierwszym miejscu w rankingu najzdrowszych miast na świecie.

To bez wątpienia była prawda. Nigdzie nie dało się znaleźć knajpy, gdzie podawano by rybę z frytkami, a Violet uwielbiała je jeść na niedzielną kolację – to była taka rodzinna tradycja Brownów. Zanotowała to jako kolejny minus tego miasta.

Kiedy rodzice ucinali pogawędkę z kolejnym tubylcem, który znał ich imiona, Violet oddaliła się po cichu.

Minęła ratusz – stary budynek z czterema kamiennymi kolumnami zdobiącymi fasadę. Zatrzymała się i zadarła głowę, aby przyjrzeć się ogromnej wieży zegarowej na szczycie łupkowego dachu. Pomyślała, że stamtąd musi być dobry widok na całe miasto i góry.

Obok ratusza znajdowała się Herbaciarnia Archerów, pomalowana na granatowo i złoto, tak samo jak opakowanie herbaty, które od wczoraj leżało puste na kuchennym stole.

Idąc dalej ulicą Edwarda, Violet zauważyła wąską uliczkę po lewej stronie. Wysoko na ścianie widniała kolejna czarna blaszana tabliczka, tym razem z napisem „aleja Archerów”.

Zboczyła z głównej drogi i poszła po nieskazitelnym bruku. Po prawej stronie alei stały dwupiętrowe kamienne domy, a po lewej znajdowało się wąskie przejście, które ciągnęło się, nieco ukryte, za sklepami, których fasady wychodziły na ulicę Edwarda.

Przejście, czyli ulica Szmatława, było ciemne. Z lewej strony cień rzucały na nie sklepy, zaś z prawej – wysoki, kamienny mur. W przeciwieństwie do wszystkich innych rzeczy, które Violet widziała dotychczas w Perfect, wąska uliczka nie wyglądała zachęcająco.

Coś ją tam jednak ciągnęło.

Przemierzała ją z lekkim niepokojem, zatrzymując się co chwilę, aby sprawdzić, czy nikt nie czai się w cieniu. Serce waliło jej jak oszalałe, ale szła dalej. To było jedyne miejsce w tym miasteczku, które wcale nie było takie perfekcyjne. Violet wydawało się, że droga zaczęła prowadzić w dół, kiedy uliczka za zakrętem w prawo zmieniła nachylenie i zakończyła się ślepym zaułkiem.

Violet odwróciła się i zauważyła, że znajdowała się tuż za ratuszem. Wysoko w górze dostrzegła przeszklone okna wieży zegarowej.

Zamiast skręcić w prawo i pójść ulicą Edwarda, zawróciła na początek uliczki, trzymając się blisko muru po lewej stronie, i postanowiła zapuścić się nieco dalej aleją Archerów.

Na jednym z kamiennych domów po prawej wisiała kolejna czarna, blaszana tabliczka. Violet przeszła na drugą stronę wyłożonej kamieniami drogi, aby odczytać napis:

„Miejsce, w którym mieszkali George i Edward Archerowie, pierwsi synowie Perfect”.

Nad napisem wydrapane było coś jeszcze. Litery były bardzo słabo widoczne, ale udało jej się odczytać z nich nabazgrane słowa „oraz William”.

To musieli być ci sami Archerowie, ale nigdy nie słyszała o żadnym Williamie.

Zajrzała przez okno, ciekawa, jak wyglądało miejsce, gdzie urodzili się bracia Archerowie. Kiedy dotknęła szyby czubkiem nosa, z ciemności wyłoniła się czyjaś twarz.

Patrzyła na nią staruszka. Jej zwiotczała skóra była jakby przyklejona do czaszki, co sprawiało, że oczy zdawały się wyskakiwać z jej twarzy. Nie można było powiedzieć, żeby włosy miała w nieładzie, ale nie były też ułożone – ona chyba też nie lubiła ich szczotkować. W otwartej w grymasie buzi brakowało paru zębów. Było w tej kobiecie coś jeszcze – coś, czego Violet nie potrafiła uchwycić.

Wystraszona dziewczynka odwróciła się i pędem pobiegła w kierunku ulicy Edwarda. W pośpiechu potknęła się o rozwiązaną sznurówkę, a okulary spadły jej z nosa. Kiedy uklęknęła, żeby ich poszukać, wokół niej rozległ się śmiech. To był ten sam, niedający spokoju śmiech, który słyszała dzień wcześniej na podjeździe.

Kiedy znalazła okulary, błyskawicznie wepchnęła je na nos i rzuciła się sprintem w stronę głównej ulicy. Zauważyła rodziców stojących przed herbaciarnią Archerów.

– Ach, tu jesteś, Violet. – Mama uśmiechnęła się do niej. – Wstąpimy na herbatę?

Violet pokiwała głową, próbując złapać oddech.

Jej matka popchnęła drzwi do herbaciarni, a w rogu sklepu zadźwięczał dzwoneczek.

Na ścianie za ladą zobaczyli rzędy drewnianych półek, a wszystkie wypełnione były granatowo-złotymi paczuszkami herbaty, na których widniały portrety braci Archerów. Granatowo-złote filiżanki, zaparzacze do herbaty oraz imbryki wisiały na haczykach umieszczonych na belkach u sufitu, a piękne, obrócone do góry dnem skrzynie na herbatę pełniły funkcję stolików.

– Zajmijcie miejsca przy oknie – zaproponowała mama, kierując się w stronę lady.

Violet usiadła razem z tatą przy stoliku, z którego mieli miły widok na ulicę. Aby ukryć niezręczną ciszę, Violet udawała, że jest pochłonięta obserwowaniem ludzi za oknem.

Nadeszła Rose, trzymając w jednej dłoni tacę, a w drugiej zdobioną skrzynkę na herbatę.

– Po co nam to, mamo? – zapytała Violet, przyglądając się skrzynce.

– To dla herbaciarza. Pani za ladą powiedziała mi, że tu w Perfect każdy ma swoją skrzynkę. Zostawiasz ją przed drzwiami, a każdego ranka herbaciarz podrzuca ci zapas herbaty na cały dzień. Czy to nie cudowne? Codziennie przywożą ci świeżą herbatę, tak jak mówili Archerowie. Nic dziwnego, że jest taka pyszna. Są tacy mili, a ceny też wcale nie są wygórowane, Eugene. – Rose uśmiechnęła się i poklepała się po kieszeni.

Eugene nie słyszał ani słowa z tego, co powiedziała, i wciąż patrzył przez okno, a w tym czasie Rose zaczęła nalewać herbatę.

– Mamo – zaczęła Violet.

– Tak, myszko?

– Spadły mi okulary, kiedy szłam tamtą aleją. – Wskazała ręką bliżej nieokreślony kierunek – i usłyszałam, jak ktoś się ze mnie śmiał. Wczoraj wieczorem, kiedy przyjechaliśmy, też słyszałam ten śmiech. Ktoś mnie chyba śledzi.

– Violet – powiedziała z uśmiechem Rose, otaczając córkę ramieniem.

– Tak, mamo?

– Wiesz, że twoja wyobraźnia potrafi czasem żyć swoim życiem, skarbie. Jesteś taka sama jak twój ojciec – powiedziała Rose, wskazując ruchem głowy na Eugene’a, który wciąż był pochłonięty śnieniem na jawie i patrzeniem przez okno.

– Mamo, ale ja naprawdę kogoś słyszałam. A co, jeśli to był duch, potwór albo coś w tym rodzaju? Nie podoba mi się w tym mieście.

Rose roześmiała się.

– Zawsze wyciągasz najbardziej nieprawdopodobne wnioski. Wszystko będzie dobrze, Violet, nikt nie zrobi ci krzywdy. Co złego może się wydarzyć w tak wspaniałym miejscu jak to?

Pocałowała Violet w czoło i przejechała dłonią po jej włosach.

– A teraz napij się herbaty, skarbie.

Violet posłusznie zastosowała się do polecenia, starając się wyrzucić z głowy tajemniczy głos. Dlaczego mama nigdy jej nie słuchała? Co, jeśli to naprawdę duch albo coś w tym rodzaju? Zaczęła gapić się przez okno na perfekcyjnie wyglądających przechodniów, a potem upiła łyk ze swojej filiżanki. Waniliowa rozkosz rozlała się jej po języku i dziewczynka zapomniała o zmartwieniach. Może to herbata była odpowiedzią na wszystko.