Strona główna » Obyczajowe i romanse » Milion małych kawałków

Milion małych kawałków

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-8053-673-9

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Milion małych kawałków

Jedna z najbardziej poruszających powieści o narkomanii.

Ponad 5 milionów sprzedanych egzemplarzy! Najgłośniejszy skandal literacki ostatnich lat.

Mocna, brutalna, szczera do bólu, prawdziwa.

James budzi się na pokładzie samolotu z wybitymi zębami, złamanym nosem i rozciętym policzkiem. Nie wie, dokąd leci ani co się z nim działo przez ostatnie dwa tygodnie. Ma dwadzieścia trzy lata, od dziesięciu lat jest uzależniony od alkoholu, a od trzech – od narkotyków.

Kiedy zgłasza się na odwyk do najstarszego ośrodka w USA, chlubiącego się rekordowo wysoką skutecznością siedemnastu procent wyleczonych, lekarze nie wiedzą, jakim cudem wciąż żyje.

Narkomanię i alkoholizm da się pokonać, (…) zawsze istnieje droga do odkupienia, jeżeli człowiek jest gotów o nie walczyć.

fragment książki

Polecane książki

Publikacja, wydana pod redakcją Patryka Kubsika stanowi efekt pracy członków Studenckiego Koła Naukowego Rozstrzygania Sporów Międzynarodowych, działającego przy Katedrze Prawa Międzynarodowego i Europejskiego Uniwersytetu Wrocławskiego. Autorami poszczególnych rozdziałów są studenci czwartego or...
Autor prowadzi czytelnika przez labirynty emocji, świata zamkniętego w strachu, wzniosłego miłością i upadłego odtrąceniem przez tych, których kochał i poświęcił swoje życie. Mimo znacznego ładunku emocjonalnego Robert pozostawia czytelnikowi miejsce na dopowiedzenie własnej historii. Jego poezja to...
Kraków, rok 1939. Anna jest córką profesora lingwistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ma 7 lat, ale już doskonale włada kilkoma językami. Pewnego dnia ojciec Anny wychodzi z domu i jak zwykle w takiej sytuacji zostawia ją pod opieką przyjaciela, niemieckiego aptekarza. Tym razem jednak ojciec nie wr...
Ksawery Wójcicki, doktorant i pracownik naukowy Instytutu Meteorologii we Wrocławiu, otrzymuje wymarzoną posadę. Zostaje wysłany do najważniejszego, a jednocześnie najodleglejszego obserwatorium meteorologicznego w kraju. Dla samotnika i pracoholika Czarci Garb to idealne miejsce, nawet w czasie...
Publikacja powstała z okazji siedemdziesiątej rocznicy urodzin prof. zw. dra hab. Dariusza Góreckiego, wieloletniego kierownika Katedry Prawa Konstytucyjnego na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Łódzkiego. Przedmiotem badań podjętych przez autorów są zagadnienia związane z historią prawa k...
Jak architekci i urbaniści w czasach PRL wyobrażali sobie miasta przyszłości?Książka, będąca pierwszym tak obszernym studium polskiej architektury i urbanistyki „jutra”, prezentuje projekty z lat 60. i 70. XX wieku. Wyjątkowe i niepublikowane wcześniej ...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa James Frey

Tytuł oryginału: A Million Little Pieces

Copyright © by James Frey, 2003

Copyright for the Polish edition © by Burda Media Polska Sp. z o.o., 2019

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Wydanie drugie

Redaktor prowadzący wydania drugiego: Marcin Kicki

Tłumaczenie: Patryk Gołębiowski

Redakcja: Klara Szarkowska

Korekta: Joanna Zioło

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Projekt okładki: Krzysztof Rychter

Zdjęcie na okładce: David Troncoso/GettyImages

ISBN: 978-83-8053-673-9

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.kultowy.pl

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Od autora

Milion małych kawałków wiąże się ze wspomnieniami z mojego pobytu w ośrodku leczenia alkoholizmu i narkomanii. Tak jak zostało to ujawnione przez dwóch dziennikarzy ze strony internetowej, i później potwierdzone przeze mnie, w trakcie pisania książki ubarwiłem wiele szczegółów swoich doświadczeń i zmieniłem inne, aby, jak mi się wydawało, zrealizować nadrzędne przesłanie książki. Najmocniej przepraszam tych czytelników, którzy poczuli się rozczarowani moimi poczynaniami.

Po raz pierwszy usiadłem do pisania tej książki wiosną 1997 roku. Napisałem wtedy to, co obecnie stanowi jej pierwszych czterdzieści stron. Przestałem pisać, ponieważ nie czułem się gotów, aby kontynuować, nie czułem się gotów, żeby wyrazić część traumatycznych przeżyć, których doświadczyłem. Zacząłem ponownie jesienią 2000 roku. Pracowałem wtedy w branży filmowej i byłem bardzo niezadowolony z tego, co robiłem. Chciałem pisać książki, pisałem scenariusze. Odłożyłem tyle, żeby móc poświęcić osiemnaście miesięcy na napisanie tej książki.

Początkowo nie traktowałem tego, co pisałem, jako literaturę faktu ani beletrystykę, pamiętnik ani autobiografię. Chciałem wykorzystać swoje doświadczenia, żeby opowiedzieć historię o narkomanii i alkoholizmie, o powrocie do zdrowia, o rodzinie i przyjaciołach, wierze i miłości, o odkupieniu i nadziei. Chciałem napisać książkę, która w najlepszym wypadku odmieni czyjeś życie, pomoże ludziom w trudnej sytuacji, w jakiś sposób ich zainspiruje. Chciałem napisać książkę, która będzie relacją z walki, jaka rozgrywa się w umysłach i ciałach narkomanów i alkoholików, i będzie opowieścią o tym, dlaczego tak trudno tę walkę wygrać. Chciałem napisać książkę, która pomoże przyjaciołom i rodzinom narkomanów i alkoholików tę walkę zrozumieć.

W trakcie pracy nad książką pisałem głównie z pamięci. Korzystałem też z materiałów pomocniczych, takich jak dokumenty medyczne, notatki terapeutów i dzienniki, kiedy miałem do nich dostęp i kiedy ich treść była istotna. Chciałem, żeby fabuła książki wznosiła się i opadała, żeby miała strukturę dramatyczną, żeby miała napięcie charakterystyczne dla wszystkich wielkich opowieści. W całej książce zmieniałem wydarzenia i szczegóły. Niektóre z nich dotyczą mojego udziału w wypadku na przejeździe kolejowym, w którym zginęła moja koleżanka ze szkoły. Choć w rzeczywistości nie byłem bezpośrednio uwikłany w ten wypadek, wywarł on na mnie ogromne wrażenie. Inne zmiany dotyczyły czasu spędzonego w areszcie, który w książce wynosi trzy miesiące, podczas gdy faktycznie było to tylko kilka godzin, i niektórych wydarzeń natury kryminalnej, w tym aresztowania w Ohio, którego przebieg został podkoloryzowany. Przedmiotem dyskusji i debaty była też scena opisująca przebieg leczenia kanałowego, które odbywa się bez znieczulenia. Pisałem ten fragment z pamięci i mam dokumenty medyczne, które zdają się potwierdzać moją wersję wydarzeń. Moja relacja została jednak zakwestionowana przez władze ośrodka odwykowego, które utrzymują, że pamięć mogła mnie zawieść.

Oprócz tego imiona i cechy charakterystyczne wszystkich pacjentów i pracowników ośrodka występujących w książce, włączając w to zawody, wiek, miejsce zamieszkania, miejsce i okoliczności śmierci, zostały zmienione w celu ochrony anonimowości osób, z którymi dzieliłem tamten okres swojego życia. Uczyniłem to w duchu poszanowania prawa jednostki do prywatności, do czego byliśmy zachęcani podczas pobytu w ośrodku, jak również po jego opuszczeniu.

Dokonałem także innych zmian w opisie samego siebie, z których większość miała mnie przedstawić jako twardszego i odważniejszego, i agresywniejszego, niż byłem bądź jestem w rzeczywistości.

Ludzie radzą sobie z przeciwnościami na wiele różnych sposobów, sposobów, które są bardzo osobiste. Wydaje mi się, że jednym z nich jest wykreowanie fałszywego obrazu samych siebie, który pozwala im odnosić sukcesy i podejmować się rzeczy, których inaczej nie odważyliby się spróbować. Moim błędem – i jest to błąd, którego z całego serca żałuję – było opisywanie persony, którą wykreowałem, żeby dać sobie radę, a nie osoby, która doświadczyła tej historii. Ostatnio sporo dyskutuje się o naturze pamiętników, literatury faktu i beletrystyki. Debata ta nie wydaje się zmierzać ku końcowi. Wierzę i zdaję sobie sprawę, że niektórzy stanowczo się nie zgodzą z tym, iż formuła pamiętnika pozwala pisarzowi opierać się na pamięci, a nie na rygorystycznych dziennikarskich bądź historycznych standardach. Bazuje ona na wrażeniach i uczuciach, na indywidualnych wspomnieniach. Ten pamiętnik stanowi mieszankę faktów z mojego życia i pewnych ubarwień. To prawda subiektywna, przefiltrowana przez umysł wracającego do zdrowia narkomana i alkoholika. To w końcu opowieść, i to opowieść, jakiej nie byłbym w stanie napisać, nie prowadząc takiego życia, jakie prowadziłem. Nigdy nie spodziewałem się, że książka ta może stać się tak popularna, jak się stała, ani że sprzeda się w tylu egzemplarzach, w ilu się sprzedała. To doświadczenie było dla mnie szokiem, nauczyło mnie pokory, niekiedy mnie przerażało. Przez cały ten czas spotkałem się z tysiącami czytelników i czytałem listy wielu tysięcy innych, których książka ta głęboko poruszyła i których życie odmieniła. Najmocnej przepraszam tych wszystkich czytelników, których rozczarowałem, i mam nadzieję, że te rewelacje nie naruszą ich wiary w nadrzędny przekaz książki – że narkomanię i alkoholizm da się pokonać i że zawsze istnieje droga do odkupienia, jeżeli człowiek jest gotów o nie walczyć. Trzynaście lat po wyjściu z ośrodka w dalszym ciągu kroczę tą drogą w nadziei, że kiedyś tam w końcu dotrę.

James Frey

Nowy Jork

styczeń 2006

Młodzieniec przyszedł do Starca po radę.

Starcze, rozbiłem coś.

Jak bardzo to rozbiłeś?

Na milion małych kawałków.

Obawiam się, że nie mogę ci pomóc.

Dlaczego?

Nic się nie da zrobić.

Dlaczego?

Nie można tego naprawić.

Dlaczego?

Jest za bardzo rozbite. Na milion małych kawałków.

Budzi mnie warkot silnika samolotu i czuję, jak coś ciepłego cieknie mi po brodzie. Podnoszę dłoń i dotykam twarzy. Nie mam czterech przednich zębów, mam dziurę w policzku, złamany nos i zapuchnięte na amen oczy. Otwieram je i rozglądam się i jestem z tyłu kabiny i nikogo koło mnie nie ma. Patrzę na ubranie i ubranie jest całe w kolorowej mieszance śliny, flegmy, moczu, wymiocin i krwi. Sięgam do przycisku i znajduję go i naciskam i czekam i trzydzieści sekund później pojawia się Stewardesa.

W czym mogę panu pomóc?

Dokąd lecimy?

Nie wie pan?

Nie.

Lecimy do Chicago.

Skąd się tu wziąłem?

Przyprowadził pana Lekarz i dwóch mężczyzn.

Coś mówili?

Rozmawiali z Kapitanem. Mieliśmy pana nie budzić.

Za ile lądujemy?

Mniej więcej za dwadzieścia minut.

Dziękuję.

Chociaż nie podnoszę wzroku, wiem, że się uśmiecha, i jest jej mnie żal. Niepotrzebnie.

Niedługo potem lądujemy. Rozglądam się, szukając rzeczy, ale nic nie mam. Nie mam biletu, bagaży, ubrań, portfela. Siedzę i czekam i próbuję zrozumieć, co się stało. Nic z tego.

Po wyjściu wszystkich Pasażerów wstaję i zaczynam iść w stronę drzwi. Po przejściu pięciu kroków znowu siadam. Nie utrzymam się na nogach. Zauważam moją przyjaciółkę Stewardesę i podnoszę dłoń.

Wszystko w porządku?

Nie.

Co się stało?

Nie mogę chodzić.

Jeżeli dojdzie pan do drzwi, to dam panu wózek.

Jak daleko są drzwi?

Niedaleko.

Wstaję. Zataczam się. Znowu siadam. Patrzę w podłogę i robię głęboki wdech.

Nic panu nie będzie.

Podnoszę wzrok, a ona się uśmiecha.

Proszę.

Wyciąga dłoń, a ja ją chwytam. Wstaję i wspieram się i pomaga mi przejść Korytarzem. Docieramy do drzwi.

Zaraz wracam.

Puszczam jej dłoń i siadam na stalowym mostku Rękawa, który łączy Samolot z Wejściem.

Nigdzie się nie wybieram.

Śmieje się i patrzę, jak odchodzi, i zamykam oczy. Głowa mnie boli, usta mnie bolą, oczy mnie bolą, dłonie mnie bolą. Bolą mnie różne nienazwane.

Pocieram brzuch. Czuję, jak nadchodzi. Szybkie i silne i palące. Nie da się zatrzymać, można tylko zamknąć oczy i się poddać.

Nadchodzi i wzdrygam się od smrodu i bólu. Nie mogę nic zrobić.

O mój Boże.

Otwieram oczy.

Nic mi nie jest.

Muszę wezwać Lekarza.

Nic mi nie jest. Proszę mnie tylko stąd zabrać.

Może pan wstać?

Tak, mogę wstać.

Wstaję i otrzepuję się i wycieram dłonie o podłogę i siadam na wózku, który dla mnie przyprowadziła. Przechodzi do tyłu i zaczyna mnie pchać.

Ktoś pana odbierze?

Mam nadzieję.

Nie wie pan.

Nie.

A co jeśli nikogo nie będzie?

Nie pierwszy raz, dam sobie radę.

Wychodzimy z Rękawa prosto do Wyjścia. Ani się obejrzę, jak stają przede mną Matka i Ojciec.

Jezu.

Mamo, proszę.

Mój Boże, co się stało?

Mamo, nie chcę o tym rozmawiać.

Jezu Chryste, Jimmy. Co się do Diabła stało?

Nachyla się i próbuje mnie objąć. Odpycham ją.

Mamo, po prostu chodźmy stąd.

Tata obchodzi wózek i staje za nim. Szukam Stewardesy, ale zniknęła. Wielkie dzięki.

Dobrze się czujesz, James?

Patrzę przed siebie.

Nie, Tato, nie czuję się dobrze.

Zaczyna pchać wózek.

Masz jakiś bagaż?

Matka w dalszym ciągu płacze.

Nie.

Ludzie się gapią.

Chcesz, żeby coś ci podać?

Chcę, żebyś mnie stąd zabrał, Tato. Po prostu mnie stąd kurwa zabierz.

Dojeżdżamy do samochodu. Wsiadam do tyłu i zdejmuję koszulę i kładę się. Tata prowadzi, Mama płacze, zasypiam.

Budzę się jakieś cztery godziny później. Mój umysł jest jasny, ale wszystko pulsuje. Podnoszę się i wyglądam przez okno. Zaparkowaliśmy na Stacji Benzynowej gdzieś w Wisconsin. Na ziemi nie ma śniegu, ale czuję chłód. Tata otwiera drzwi od strony Kierowcy i wsiada i zamyka drzwi.

Mam dreszcze.

Nie śpisz.

No.

Jak się czujesz?

Chujowo.

Mama poszła się ogarnąć i zrobić zakupy. Kupić ci coś?

Butelkę wody i parę butelek wina i paczkę papierosów.

Serio?

No.

Niedobrze, James.

Potrzebuję tego.

Nie możesz zaczekać.

Nie.

Matka się zmartwi.

Trudno. Potrzebuję tego.

Otwiera drzwi i idzie na Stację Benzynową. Kładę się z powrotem i patrzę w sufit. Czuję, jak tętno mi przyspiesza, i wyciągam dłoń i próbuję utrzymać ją prosto. Mam nadzieję, że się pospieszą. Dwadzieścia minut później butelek już nie ma. Siadam i zapalam fajkę i wypijam łyk wody. Mama się odwraca.

Lepiej?

Jeżeli chcesz tak to ująć.

Jedziemy do Domku.

Domyśliłem się.

Kiedy dojedziemy, postanowimy, co dalej.

Dobra.

Co o tym myślisz?

Nie chce mi się w tej chwili myśleć.

Kiedyś będziesz musiał.

No to poczekam na kiedyś.

Jedziemy na północ do Domku. Po drodze dowiaduję się, że moi Rodzice, którzy mieszkają w Tokio, są od dwóch tygodni w Stanach w interesach. O czwartej rano zadzwonił do nich mój przyjaciel, który był ze mną w Szpitalu, namierzył ich w hotelu w Michigan. Powiedział, że spadłem na twarz z Drabiny Przeciwpożarowej i że powinni się mną zająć. Nie wiedział, co wziąłem, ale wiedział, że było tego sporo, i wiedział, że nie jest dobrze. W nocy przyjechali do Chicago.

Więc co to było?

Co co było?

Co brałeś?

Nie bardzo wiem.

Jak możesz nie wiedzieć?

Nie pamiętam.

A co pamiętasz?

To i tamto.

Czyli co?

Nie pamiętam.

Jedziemy dalej i po kilku minutach nieznośnej ciszy dojeżdżamy. Wysiadamy z samochodu i wchodzimy do Domu i biorę prysznic, bo muszę. Kiedy wychodzę, na łóżku leży czyste ubranie. Wkładam je i idę do Pokoju Rodziców. Piją kawę i rozmawiają, ale przestają, kiedy wchodzę.

Cześć.

Mama znowu zaczyna płakać i odwraca wzrok. Tata patrzy na mnie. Czujesz się lepiej?

Nie.

Powinieneś się przespać.

Mam zamiar.

To dobrze.

Patrzę na Mamę. Nie potrafi spojrzeć mi w oczy. Oddycham.

Ja tylko.

Odwracam wzrok.

Ja tylko, wiecie.

Odwracam wzrok. Nie potrafię na nich spojrzeć.

Ja chciałem wam tylko podziękować. Że po mnie wyszliście.

Tata się uśmiecha. Bierze Mamę za rękę i wstają i podchodzą do mnie i obejmują mnie. Ich dotyk nie podoba mi się, więc się odsuwam.

Dobranoc.

Dobranoc, James. Kochamy cię.

Odwracam się i wychodzę z Pokoju i zamykam drzwi i idę do Kuchni. Przeglądam szafki i znajduję nieotwieraną dwulitrową butelkę whisky. Pierwszy łyk wywołuje mdłości, ale potem jest już w porządku. Idę do swojego Pokoju i piję i palę papierosy i myślę o niej. Piję i palę i myślę o niej i w pewnym momencie ogarnia mnie ciemność i pamięć mnie zawodzi.

Z powrotem w samochodzie z bólem głowy i nieświeżym oddechem. Jedziemy na północny zachód do Minnesoty. Ojciec zadzwonił do paru osób i załatwił mi miejsce w Klinice i nie mam innego wyjścia, więc zgadzam się zostać tam na trochę, i na razie mi to odpowiada. Robi się zimno.

Twarz jest w gorszym stanie i upiornie spuchła. Z trudem mówię, jem, piję, palę. Jeszcze nie spojrzałem w lustro.

Zatrzymujemy się w Minneapolis, żeby spotkać się z moim starszym Bratem. Przeprowadził się tam po rozwodzie i zna drogę do Kliniki. Siada koło mnie z tyłu i trzyma mnie za rękę i to mi pomaga, bo się boję.

Wjeżdżamy na parking i parkujemy i kończę butelkę i wysiadamy i zaczynamy iść w stronę Wejścia do Kliniki. Ja i Brat i Matka i Ojciec. Cała Rodzina. Idziemy do Kliniki. Zatrzymuję się i zatrzymują się ze mną. Przyglądam się Budynkom. Niskie i długie i połączone. Funkcjonalne. Zwyczajne. Niepokojące.

Chcę uciec albo umrzeć albo się rozjebać. Chcę być ślepy i niemy i nie mieć serca. Chcę się wczołgać do dziury i nigdy nie wyjść. Chcę zmieść swoje istnienie z powierzchni ziemi. Z powierzchni jebanej ziemi. Biorę głęboki oddech.

Trzeba iść.

Wchodzimy do małej Poczekalni. Za biurkiem siedzi kobieta i czyta czasopismo o modzie. Podnosi wzrok.

Mogę w czymś pomóc?

Ojciec podchodzi i z nią rozmawia, a Matka i Brat i ja znajdujemy krzesła i na nich siadamy.

Trzęsę się. Dłonie i stopy i usta i tors. Trzęsę się. Z wielu różnych powodów.

Matka i Brat siadają koło mnie i biorą mnie za ręce i trzymają je i czują, co się ze mną dzieje. Patrzymy w podłogę i nic nie mówimy. Czekamy i trzymamy się za ręce i oddychamy i myślimy.

Ojciec kończy rozmawiać z kobietą i odwraca się i staje przed nami. Wygląda na zadowolonego, a kobieta rozmawia przez telefon. Ojciec klęka.

Zaraz zostaniesz przyjęty.

Dobra.

Wszystko będzie w porządku. To dobre miejsce. Najlepsze miejsce. Słyszałem.

Gotów?

Chyba tak.

Wstajemy i idziemy do małego Pokoju, gdzie za biurkiem z komputerem siedzi mężczyzna. Wychodzi nam na spotkanie i staje w drzwiach.

Przepraszam, ale musicie go tu zostawić.

Ojciec przytakuje.

Teraz go przyjmiemy, a potem będziecie mogli zadzwonić, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku.

Matka się rozkleja.

Jest w dobrym miejscu. Proszę się nie martwić.

Brat odwraca wzrok.

Jest w dobrym miejscu.

Odwracam się i przytulają mnie. Po kolei i mocno. Ściskając i obejmując, okazuję im tyle, ile potrafię. Odwracam się i bez słowa wchodzę do Pokoju, a mężczyzna zamyka drzwi i nie ma ich. Mężczyzna pokazuje mi krzesło i wraca do biurka. Uśmiecha się. Cześć.

Witam.

Jak się masz?

A jak wyglądam?

Nie najlepiej.

Czuję się gorzej.

Masz na imię James. Masz dwadzieścia trzy lata. Mieszkasz w Karolinie Północnej.

Tak.

Zostaniesz u nas na jakiś czas. W porządku?

Na razie.

Wiesz coś o Ośrodku?

Nie.

Chcesz się dowiedzieć?

Wszystko mi jedno.

Uśmiecha się, patrzy na mnie przez chwilę. Mówi.

To najstarszy Zamknięty Ośrodek dla Alkoholików i Narkomanów na Świecie. Został założony w 1949 roku w starym domu, który mieścił się tu, gdzie stoją teraz te Budynki, a są tu trzydzieści dwa połączone ze sobą Budynki. Wyleczyliśmy ponad dwadzieścia tysięcy Pacjentów. Mamy najwyższą skuteczność ze wszystkich Ośrodków na Świecie. W każdej chwili na sześciu Oddziałach, trzech męskich i trzech żeńskich, znajduje się od dwustu do dwustu pięćdziesięciu Pacjentów. Uważamy, że Pacjenci powinni przebywać tu tak długo, jak to konieczne, a nie na przykład tylko na czas trwania Programu dwudziestoośmiodniowego. Mimo że pobyt jest kosztowny, wielu Pacjentów trafiło tu dzięki finansowanym przez nas stypendiom i dotacjom. Nasze dofinansowanie sięga kilku setek milionów dolarów. Zajmujemy się nie tylko leczeniem Pacjentów, jesteśmy także jedną z lepszych Placówek Naukowo-Badawczych w dziedzinie Badań nad Uzależnieniem. Możesz uważać się za szczęściarza, skoro tu trafiłeś, i powinieneś być podekscytowany możliwością rozpoczęcia nowego rozdziału życia.

Patrzę na mężczyznę. Nie odzywam się. Patrzy na mnie, czeka, aż coś powiem. Moment zakłopotania. Uśmiecha się.

Jesteś gotowy zacząć?

Nie uśmiecham się.

Pewnie.

Wstaje i wstaję i idziemy Korytarzem. Mówi, ja nie.

Drzwi są tu zawsze otwarte, więc jeżeli chcesz, możesz wyjść. Nie wolno brać i jeśli zostaniesz przyłapany na braniu bądź posiadaniu narkotyków, zostaniesz odesłany do Domu. Do kobiet, oprócz Lekarek, Pielęgniarek i Personelu, wolno ci powiedzieć tylko cześć. Jeżeli złamiesz tę regułę, zostaniesz odesłany do Domu. Są jeszcze inne Reguły, ale na razie musisz znać tylko te.

Przechodzimy przez drzwi do Skrzydła Medycznego. Są tu małe Sale i Lekarze i Pielęgniarki i Apteka. Na szafkach są duże stalowe zamki. Prowadzi mnie do Pokoju. Jest w nim łóżko i biurko i krzesło i szafka i okno. Wszystko jest białe.

Stoi w drzwiach, a ja siadam na łóżku.

Za chwilę Pielęgniarka przyjdzie z tobą porozmawiać.

Dobra.

Dobrze się czujesz?

Nie, czuję się chujowo.

Polepszy ci się.

Jasne.

Zaufaj mi.

Jasne.

Mężczyzna wychodzi i zamyka drzwi i jestem sam. Bujam stopami, dotykam twarzy, dotykam językiem dziąseł. Jest mi zimno i robi mi się zimniej. Słyszę czyjś krzyk.

Drzwi otwierają się i do Pokoju wchodzi Pielęgniarka. Jest ubrana na biało, cała na biało, i trzyma podkładkę do pisania. Siada na krześle przy biurku.

Cześć, James.

Cześć.

Muszę zadać ci kilka pytań.

Dobra.

Muszę też zmierzyć ci tętno i ciśnienie.

Dobra.

Z jakich używek korzystasz na co dzień?

Alkohol.

Codziennie?

Tak.

O której godzinie zaczynasz pić?

Po obudzeniu.

Zapisuje to.

Ile pijesz dziennie?

Ile się da.

To znaczy ile?

Tyle, żebym wyglądał tak jak teraz.

Spogląda na mnie. Zapisuje to.

Czy bierzesz coś jeszcze?

Kokainę.

Jak często?

Codziennie.

Zapisuje to.

Ile?

Ile się da.

Zapisuje to.

W jakiej postaci?

Ostatnio crack, ale przez wiele lat w każdej dostępnej.

Zapisuje to.

Coś jeszcze?

Prochy, kwas, grzybki, metamfetaminę, PCP i klej.

Zapisuje to.

Jak często?

Kiedy tylko mam.

Jak często?

Parę razy na tydzień.

Zapisuje to.

Podchodzi i wyciąga stetoskop.

Jak się czujesz?

Fatalnie.

W jakim sensie?

W każdym sensie.

Sięga do mojej koszuli.

Mogę?

Tak.

Podnosi koszulę i przykłada mi stetoskop do klatki piersiowej.

Słucha.

Oddychaj głęboko.

Słucha.

Dobrze. Jeszcze raz.

Opuszcza koszulę i odsuwa się i zapisuje.

Dziękuję.

Uśmiecham się.

Jest ci zimno?

Tak.

Ma aparat do pomiaru ciśnienia.

Jest ci niedobrze?

Tak.

Zakłada mi opaskę na ramię, boli.

Kiedy ostatni raz brałeś?

Pompuje.

Jakiś czas temu.

Co i ile?

Wypiłem butelkę wódki.

Jak to się ma do twojej normalnej dziennej dawki?

Nie ma się.

Obserwuje wskaźnik i wskazówki się ruszają i zapisuje coś i zdejmuje opaskę.

Na chwilę cię zostawię, ale wrócę.

Patrzę w ścianę.

Musimy cię uważnie obserwować i pewnie będziemy musieli podać ci leki odtruwające.

Widzę cień i wygląda, jakby się poruszał, ale nie jestem pewien.

W tej chwili nic ci nie jest, ale chyba zaczniesz coś odczuwać.

Widzę kolejny. Nienawidzę tego.

Jeżeli będziesz mnie potrzebował, wezwij mnie.

Nienawidzę tego.

Wstaje i uśmiecha się i odstawia krzesło i wychodzi.

Zdejmuję buty i wchodzę pod kołdrę i zamykam oczy i zasypiam. Budzę się i zaczynam się trząść i zwijam się w kłębek i zaciskam pięści. Pot ścieka mi po torsie, rękach, nogach. Kłuje mnie w twarz. Podnoszę się i słyszę czyjś jęk. W kącie widzę robala, ale wiem, że go tam nie ma. Ściany zamykają się i rozszerzają zamykają i rozszerzają i słyszę je. Zatykam uszy, ale to nie wystarcza.

Wstaję. Rozglądam się. Nic nie wiem. Gdzie jestem, dlaczego, co się stało, jak uciec. Jakie jest moje imię, moje życie.

Zwijam się w kłębek na podłodze i miażdżą mnie obrazy i dźwięki. Rzeczy, których nigdy nie widziałem ani nie słyszałem, ani nie wiedziałem, że istnieją. Nadchodzą z sufitu, drzwi, okna, biurka, krzesła, łóżka, szafy. Nadchodzą z pierdolonej szafy. Mroczne cienie i jaskrawe światła i przebłyski niebieskiego i żółtego i czerwieni tak intensywnej jak czerwień mojej krwi. Zbliżają się do mnie i wrzeszczą na mnie i nie wiem, czym są, ale wiem, że sprzyjają robalom. Wrzeszczą na mnie.

Zaczynam się trząść. Trząść trząść trząść. Całe moje ciało się trzęsie i moje serce dygocze i widzę, jak wali mi w piersi, i pocę się i kłuje. Robale wpełzają na moją skórę i zaczynają mnie gryźć i próbuję je zabić. Szarpię skórę, wyrywam włosy, zaczynam się gryźć. Nie mam zębów i gryzę się i są cienie i jaskrawe światła i przebłyski i wrzaski i robale robale robale. Już po mnie. Już kurwa po mnie.

Krzyczę.

Szczam po sobie.

Sram w gacie.

Wraca Pielęgniarka i wzywa pomoc i przychodzą Mężczyźni w Bieli i kładą mnie na łóżko i przytrzymują. Próbuję zabić robale, ale nie mogę się ruszyć, więc żyją. We mnie. Na mnie. Czuję stetoskop i opaskę i wbijają mi igłę w ramię i przytrzymują mnie.

Ciemność mnie oślepia.

Nie ma mnie.

Siedzę na krześle przy oknie i patrzę. Nie wiem, na co patrzę, i wszystko mi jedno. Jest ciemno i jest późno i nie mogę już spać. Leki przestają działać.

Wchodzi Pielęgniarka.

Nie możesz spać?

Mierzy mi ciśnienie i puls.

Nie.

Mamy tu Świetlicę.

Podaje mi leki.

Można pooglądać telewizję.

Podaje mi szlafrok i kapcie.

I można palić.

Odwracam się i wyglądam przez okno.

Przebierz się, to cię zaprowadzę.

Dobra.

Wychodzi i biorę leki i przebieram się i kiedy otwieram drzwi, czeka na mnie. Uśmiecha się i podaje mi paczkę papierosów.

Mogą być?

Uśmiecham się.

Dziękuję.

Idziemy do Świetlicy. Telewizor, dwie kanapy, głęboki fotel, kilka automatów. Telewizor jest włączony.

Chcesz coś do picia?

Siadam na fotelu.

Nie.

W porządku?

Przytakuję.

Dzięki.

Wychodzi i czuję, jak leki zaczynają działać. Oglądam telewizję, ale nic do mnie nie dociera. Palę papierosa. Piecze.

Wchodzi mężczyzna i podchodzi do mnie i staje przede mną.

Hej, Koleś.

Jego głos jest głęboki i mroczny.

Hej, Koleś.

Sznyty krzyżują mu się na przedramionach.

Mówię do ciebie.

Blizny biegną w poprzek nadgarstków.

Mówię do ciebie.

Patrzę mu w oczy. Są puste.

Co?

Pokazuje.

To mój fotel.

Odwracam się do telewizora.

To mój fotel.

Leki zaczynają działać.

Hej, Koleś, to mój fotel.

Nic nie dociera.

HEJ, KUTASIE. TO MÓJ JEBANY FOTEL.

Oglądam telewizję, a on oddycha ciężko i przychodzi Pielęgniarka. Jakiś problem?

Ten Kutas zajął mi fotel.

To może usiądziesz na kanapie?

Kanapa mi się nie podoba. Podoba mi się fotel.

James siedzi na fotelu. Jest jeszcze kanapa albo podłoga albo do widzenia. Zdecyduj się.

Jebać Jamesa. Każ mu spadać.

Mam wezwać Ochronę?

Nie.

No to się zdecyduj.

Podchodzi do kanapy i na niej siada. Pielęgniarka go obserwuje. Dziękuję.

Śmieje się i ona wychodzi i jesteśmy sami i oglądam telewizję i palę papierosa. Gapi się na mnie i obgryza paznokcie i mnie nimi opluwa, ale leki zaczęły działać i robali nie ma i jest mi wszystko jedno. Nic do mnie nie dociera.

Oglądam telewizję. Wszystko zwalnia. Zwalnia nie do poznania.

Obraz rozmywa się, głosy zanikają. Nic się nie dzieje, nic nie hałasuje, są tylko migoczące światła i symfonia cichnących głosów. Gapię się na światła, słucham głosów. Chcę, żeby zniknęły, a one trwają.

Powieki mi opadają. Zmagam się z nimi, ale nie chcą się podnieść. Reszta ciała idzie za nimi. Mięśnie wiotczeją i zsuwam się z fotela na podłogę. Podłoga mi się nie podoba i nie chcę być na podłodze, ale nie mogę się powstrzymać. Kiedy się zsuwam, powierzchnia fotela przytrzymuje szlafrok i obciera mi z tyłu nogi i szlafrok marszczy mi się w talii. Podnoszę rękę, żeby poprawić szlafrok, i dłoń mi opada. Mój umysł każe dłoni poruszyć się i mój umysł każe dłoni poprawić szlafrok ale mój umysł nie działa. Mój umysł nie działa i dłoń nie działa. Szlafrok zostaje.

Mężczyzna przestaje opluwać mnie paznokciami i wstaje i podchodzi do mnie i przez szczeliny między powiekami widzę, jak podchodzi. Wiem, że może ze mną zrobić wszystko, co będzie chciał ze mną zrobić, i wiem, że nie jestem w stanie go powstrzymać. Wiem, że jest wściekły, i wiem po jego sznytach i bliznach i oczach, że przypuszczalnie da upust wściekłości poprzez jakąś formę przemocy. Gdybym mógł się ruszać, tobym wstał i stawił mu czoło na jego zasadach, ale nie mogę stawić mu czoła na żadnych zasadach. Z każdym jego krokiem w moją stronę sytuacja wydaje mi się coraz bardziej klarowna. Może zrobić ze mną, co mu się żywnie podoba, a ja nie jestem w stanie mu przeszkodzić. Nie jestem w stanie mu przeszkodzić. Nie jestem w stanie.

Staje nade mną i patrzy na mnie. Nachyla się i spogląda mi w twarz i śmieje się.

Ale z ciebie brzydki Skurwysyn.

Próbuję coś odpowiedzieć. Mogę tylko stęknąć.

Gdybym miał ochotę, to mógłbym ci teraz skopać dupę. Rozjebać cię na jebaną miazgę.

Moje ciało jest bezwładne.

Ale chodzi mi tylko o jebany fotel.

Mój umysł nie działa.

I teraz go sobie kurwa wezmę.

Sięga do mnie i chwyta mnie za nadgarstki i wlecze po podłodze. Odciąga mnie od fotela w kąt Sali i zostawia leżącego twarzą do podłogi. Nachyla się i przykłada mi usta do ucha.

Mogłem ci skopać pierdoloną dupę. Zapamiętaj to sobie.

Odchodzi i słyszę, jak siada na fotelu i zaczyna zmieniać kanały w telewizorze. Codzienne podsumowanie sportu, reklamówka preparatu na porost włosów, nocny talk-show. Zostawia talk-show i śmieje się, kiedy się trzeba śmiać, i mamrocze do siebie, jakby chciał zerżnąć kogoś z widowni. Leżę twarzą do podłogi.

Jestem przytomny, ale nie mogę się ruszyć.

Serce mi bije i bije głośno i widzę je.

Włosie wykładziny wpija mi się w twarz i słyszę je.

Nagrane śmiechy z telewizji grzmią i czuję je.

Jestem przytomny, ale nie mogę się ruszyć.

Znikam.

Znikam.

Znikam.

Nadchodzi ranek i kiedy się budzę, mogę się ruszać i wstaję i szukam mężczyzny. Nigdzie go nie ma, jest za to wspomnienie i zostanie jeszcze na długo. To był zawsze mój problem. Nie zapominam.

Idę do swojego Pokoju i kiedy otwieram drzwi, widzę, jak Salowy kładzie na biurku tacę z jedzeniem. Spogląda na mnie i uśmiecha się.

Dzień dobry.

Dzień dobry.

Przyniosłem ci śniadanie. Myśleliśmy, że może będziesz głodny.

Dziękuję.

Jeżeli będziesz jeszcze czegoś potrzebował, zadzwoń.

Dziękuję.

Wychodzi, a ja oglądam jedzenie. Jajka, bekon, tosty, ziemniaki. Szklanka wody i szklanka soku pomarańczowego. Nie chcę mi się jeść, ale wiem, że powinienem, więc podchodzę do krzesła i na nim siadam i patrzę na jedzenie i dotykam twarzy. Wszystko jest ciągle spuchnięte. Dotykam warg i pękają. Otwieram usta i krwawią. Zamykam usta i ciekną. Nie chce mi się jeść, ale wiem, że powinienem.

Sięgam po szklankę wody i wypijam łyk, ale jest za zimna.

Sięgam po sok pomarańczowy i wypijam łyk, ale piecze.

Próbuję jeść widelcem, ale za bardzo kaleczy.

Przełamuję tost i wpycham sobie palcami kawałki do gardła. To samo robię z ziemniakami i jajkami i bekonem. Wypijam wodę, ale nie sok. Oblizuję palce do czysta.

Po skończeniu idę do Łazienki i wymiotuję. Próbuję to powstrzymać, ale nie mogę. Zwracam mniej więcej połowę jedzenia razem z krwią i żółcią. Jestem szczęśliwy, że zatrzymałem połowę jedzenia. To więcej, niż normalnie zatrzymuję.

Kiedy wracam do łóżka, do Pokoju wchodzi Lekarz. Uśmiecha się. Cześć.

Nosi tabliczkę z nazwiskiem, ale nie mogę jej odczytać.

Jestem Doktor Baker.

Uścisk dłoni.

Dzisiaj będę z tobą pracował.

Siadam na brzegu łóżka.

W porządku?

Patrzy na moją twarz, ale nie w oczy.

Tak.

Patrzę mu w oczy.

Jak się czujesz?

Jego oczy są dobre.

Mam już dość tego pytania.

Śmieje się.

Na pewno.

Uśmiecham się.

To są.

Podaje mi kolejne leki.

Librium i diazepam.

Biorę je.

To leki odtruwające i istotne dla leczenia, bo stabilizują pracę serca, obniżają ciśnienie i ułatwiają przetrwanie głodu. Bez nich mógłbyś mieć udar albo zawał, albo jedno i drugie.

Nachyla się i ogląda mój policzek.

Będziesz je brał co cztery godziny w zmniejszających się dawkach przez następne pięć dni.

Patrzę mu w oczy.

Przeprowadzimy kilka badań.

On już to widział.

I zaczniemy przygotowywać dla ciebie Program.

Dobrze.

Jednak najpierw musimy cię trochę poskładać.

Idziemy do Sali. Są tam jaskrawe fluorescencyjne światła i duży stół operacyjny i pojemniki z materiałami. Siadam na stole, a on wkłada parę lateksowych rękawiczek i bada mój policzek. Odrywa strupy. Otwiera mi usta. Jego palec przechodzi przez ranę. Bierze igłę i nić i każe mi zacisnąć pięści i zamknąć oczy. Nie zamykam ich i patrzę, jak igła przechodzi na wylot. Do środka i na zewnątrz. Policzek, warga, usta. Czterdzieści jeden razy.

Skończyliśmy, a on rozmawia przez telefon z Chirurgiem Szczękowym i siedzę na stole i trzęsę się z bólu. Czuję gorąco i nić i krew. Umawia się na termin i odkłada słuchawkę i zaczyna myć ręce.

Za parę dni zabierzemy cię do Miasteczka i poskładamy ci zęby. Dotykam szwów językiem.

Znam Dentystę i on się tobą zajmie.

Dotykam językiem resztek zębów.

Będziesz jak nowy.

Zostawiam język tam, gdzie jego miejsce.

Nie martw się.

Wkłada nową parę rękawiczek i odwraca się.

Teraz muszę ci sprawdzić nos.

Biorę głęboki wdech. Podchodzi i zaczyna oglądać mi nos. Dotyka go, a ja się kulę. Nie czuję policzka.

Nie jest dobrze.

Wiem.

Będę go musiał złamać i nastawić.

Wiem.

Im szybciej, tym lepiej, ale jeżeli chcesz, możemy zaczekać.

Im szybciej, tym lepiej.

W porządku.

Rozstawia stopy i zapiera się i kładzie obie dłonie na moim nosie. Chwytam brzeg stołu i zamykam oczy i czekam.

Gotów?

No.

Szarpie do przodu i do góry i słychać wyraźny trzask. Zimne białe światło przebija mi oczy i kręgosłup i stopy i z powrotem. Mam zamknięte oczy, ale płaczę. Krew cieknie mi z nozdrzy.

Teraz muszę go nastawić.

Dłonie poruszają się w bok i czuję, jak chrząstka porusza się z nimi. Znowu się poruszają. Czuję to. Wypycha do góry i chyba pasuje.

Czuję to.

Już.

Sięga po plaster, a ja otwieram oczy. Nakleja plaster na grzbiet nosa i utrzymuje chrząstkę na miejscu. Chyba dobrze się trzyma.

Bierze ręcznik i wyciera mi krew z twarzy i szyi, a ja patrzę w ścianę. Twarz mi pulsuje i ściskam brzeg stołu i bolą mnie dłonie. Chcę puścić, ale nie mogę.

W porządku?

Nie.

Nie mogę ci dać leków przeciwbólowych.

Domyśliłem się.

Librium i diazepam złagodzą ból, ale będzie boleć.

Wiem.

Przyniosę ci nowy szlafrok.

Dziękuję.

Odsuwa się i wyrzuca ręcznik do kosza na śmieci i wychodzi. Puszczam stół i trzymam dłonie przed twarzą i oglądam je. Trzęsą się, trzęsę się.

Lekarz wraca z Pielęgniarką i pomagają mi się przebrać i opowiadają o badaniach. Krew, mocz, kał. Muszą wiedzieć, jak bardzo zniszczyłem sobie wnętrzności. Na samą myśl czuję obrzydzenie. Wychodzimy i idziemy do innej Sali, w której też jest Łazienka. Szczam do kubeczka, sram do plastikowego pojemnika, igła wchodzi mi w ramię. To proste i łatwe i bezbolesne.

Wychodzimy i Oddział jest pełen ruchu. Pacjenci stoją w kolejce po leki, Lekarze przechodzą z Pokoju do Pokoju, Pielęgniarki noszą buteleczki i próbówki. Słychać hałas, ale wszędzie jest spokojnie.

Idę do swojego Pokoju z Lekarzem i siadam na łóżku. Siada na krześle i wypełnia kartę. Kończy pisać i patrzy na mnie.

Oprócz Dentysty najgorsze już za tobą.

Dobrze.

Zapiszę ci dwieście pięćdziesiąt miligramów amoksycyliny trzy razy dziennie i pięćset miligramów penicyliny VK raz dziennie. To zapobiegnie infekcji.

Dobrze.

Idź do Ambulatorium, tam dostaniesz leki, a jeżeli zapomnisz, Pielęgniarka cię znajdzie.

Dobrze.

Dziękuję, że wytrzymałeś.

Nie ma sprawy.

Powodzenia.

Dzięki.

Wstaje i wstaję i ściskamy sobie dłonie i wychodzi. Idę do Ambulatorium i staję w kolejce. Młoda kobieta staje przede mną. Odwraca się i spogląda mi w twarz. Mówi.

Cześć.

Uśmiecha się.

Cześć.

Wyciąga dłoń.

Jestem Lilly.

Biorę ją. Jest miękka i ciepła.

Jestem James.

Nie chcę puścić, ale puszczam. Robimy krok do przodu.

Co się stało?

Spogląda w stronę Ambulatorium.

Nie pamiętam.

Odwraca się.

Straciłeś przytomność?

No.

Krzywi się.

Kurde.

Śmieję się.

No.

Robimy krok do przodu.

Od kiedy tu jesteś?

Spoglądam w stronę Ambulatorium.

Od wczoraj.

Pielęgniarka piorunuje nas wzrokiem.

Ja też.

Pokazuję na Pielęgniarkę i Lilly odwraca się i przestaje mówić i robimy krok do przodu i czekamy. Pielęgniarka piorunuje nas wzrokiem i wręcza Lilly leki i kubek wody i Lilly bierze leki i pije wodę. Odwraca się i kiedy mnie mija, uśmiecha się i bezgłośnie mówi cześć. Uśmiecham się i idę do przodu. Pielęgniarka piorunuje mnie wzrokiem i pyta, jak się nazywam.

James Frey.

Spogląda na kartę i idzie do szafki i bierze leki i podaje mi je z kubkiem wody.

Biorę leki.

Piję wodę.

Idę do Pokoju i zasypiam i przez resztę dnia śpię i wpycham sobie jedzenie do gardła i stoję w kolejce i biorę leki.

Kiedy ciało mnie budzi, jest jeszcze ciemno. Wnętrzności mnie pieką i czuję, jakbym się palił. Poruszają się i nadchodzi ból. Znowu się poruszają i ból się wzmaga. Znowu się poruszają i jestem sparaliżowany.

Wiem, co mnie czeka, i muszę wstać, ale nie mogę chodzić, więc staczam się z łóżka i spadam na podłogę. Leżę tam i jęczę i jest zimno i cicho i ciemno.

Ból ustępuje i czołgam się do Łazienki i chwytam się brzegów sedesu i czekam. Pocę się i urywa mi się oddech i serce mi trzepocze. Ciało się szarpie, zamykam oczy i pochylam się. Z ust i nosa wylewają mi się krew i żółć i kawałki żołądka. Utykają mi w gardle, w nozdrzach, w resztkach zębów. I znowu nadchodzi, znowu nadchodzi, znowu nadchodzi i za każdym razem ostry ból przeszywa mi klatkę piersiową, lewe ramię i szczękę. Uderzam głową o tył sedesu, ale nic nie czuję. Uderzam znowu. Nic.

Wymioty się kończą i siadam i otwieram oczy i patrzę na sedes. Grube czerwone zacieki lepią się do ścianek i brązowe kawałki moich wnętrzności unoszą się na wodzie. Próbuję uspokoić oddech i serce, ale nie mogę, więc siedzę i czekam. Każdego ranka to samo.

Wymiotuję i siedzę i czekam.

Po kilku minutach wstaję i powoli wracam do Pokoju. Noc się kończy i stoję w oknie i obserwuję. Pomarańczowe i różowe smugi żeglują przez błękit nieba, duże ptaki rysują się na tle czerwieni wschodzącego słońca, chmury przesuwają się powoli w moją stronę. Czuję krew cieknącą mi z ran na twarzy i czuję bicie serca i czuję, jak ciężar mojego życia zaczyna ciążyć, i zdaję sobie sprawę, dlaczego o świcie mówi się ranny.

Wycieram sobie twarz rękawem i zdejmuję szlafrok, który teraz jest pokryty krwią i czym tam jeszcze rzygałem, i upuszczam go na podłogę i idę do Łazienki. Odkręcam prysznic i czekam na ciepłą wodę.

Oglądam swoje ciało. Skóra jest ziemista i blada. Tors pokryty rankami i siniakami. Jestem chudy i mam sflaczałe mięśnie. Wyglądam na zużytego, pobitego, starego, martwego. Nie zawsze tak wyglądałem.

Wyciągam dłoń i sprawdzam wodę. Jest ciepła, ale nie gorąca. Wchodzę pod prysznic i zakręcam zimną wodę i czekam na gorąco. Woda ścieka mi po piersiach i po reszcie ciała. Biorę kostkę mydła i namydlam się i kiedy to robię, woda robi się gorętsza. Wbija mi się w skórę i parzy mi skórę i skóra mi się zaczerwienia. Mimo że boli, jest mi dobrze. Gorąco, woda, mydło, poparzenia. Boli, ale należy mi się.

Zakręcam wodę i wychodzę spod prysznica i wycieram się. Kładę się do łóżka i kładę się pod kołdrą i zamykam oczy i próbuję sobie przypomnieć. Osiem dni temu byłem w Karolinie Północnej. Pamiętam, że wziąłem butelkę i fifę i postanowiłem wybrać się na przejażdżkę. Dwa dni później obudziłem się w Waszyngtonie D.C. Leżałem na kanapie w Domu należącym do Siostry mojego przyjaciela. Byłem zalany szczynami i rzygami, a ona chciała, żebym sobie poszedł, więc pożyczyłem od niej koszulę i wyszedłem. Dwadzieścia cztery godziny później obudziłem się w Ohio. Pamiętam Dom, Knajpę, kokę, klej. Pamiętam krzyki. Pamiętam płacz.

Drzwi otwierają się, podnoszę się i Lekarz przynosi stertę ubrań i leki i kładzie je na stole.

Cześć.

Sięgam po leki.

Cześć.

Biorę je.

Przyniosłem ci czyste ubranie.

Dzięki.

Siada przy stole.

Przeniesiemy cię dzisiaj na Oddział.

W porządku.

Zazwyczaj kiedy Pacjent przechodzi na Oddział, jego kontakt z nami jest ograniczony, ale w twoim wypadku będziemy się musieli widywać. Dobra.

Przez następny tydzień będziesz musiał przychodzić tu dwa razy dziennie, po śniadaniu i kolacji, po antybiotyki i librium. Teraz dostałeś ostatnią porcję diazepamu.

Jasne.

Patrzy mi na usta.

Jutro zabieramy cię do Dentysty.

Nie oglądałem sobie jeszcze ust.

To dobry fachowiec i mój przyjaciel. Dobrze się tobą zajmie.

Boję się zobaczyć.

Trzymaj się i wszystko będzie dobrze.

Boję się nienawiści, jaką może wywołać mój widok.

Powinieneś się przebrać i poczekać w Świetlicy.

W porządku.

Wyślą po ciebie kogoś z Oddziału.

Nie mogę się doczekać.

Śmieje się i wstaje.

Powodzenia, James.

Wstaję.

Dziękuję.

Podajemy sobie ręce i wychodzi i przebieram się w rzeczy, które mi przyniósł. Spodnie khaki, biały T-shirt, kapcie. Są ciepłe i miękkie i miłe. Czuję się prawie jak człowiek.

Wychodzę z Pokoju i idę przez Oddział Medyczny, gdzie nic się nie zmieniło. Jaskrawe światła i biel. Pacjenci i Lekarze i kolejki i lekarstwa. Jęki i wrzaski. Smutek, szaleństwo i ruina. Znam to wszystko i już mnie nie rusza. Wchodzę do Świetlicy i siadam na kanapie. Jestem sam i oglądam telewizję i ostatnia porcja leków zaczyna działać.

Tętno zwalnia.

Ręce przestają się trząść.

Powieki opadają.

Ciało wiotczeje.

Nic nie dociera.

Słyszę swoje imię i spoglądam i przede mną stoi Lilly. Uśmiecha się i siada koło mnie.

Pamiętasz mnie?

Lilly.

Uśmiecha się.

Nie byłam pewna, czy sobie przypomnisz. Wyglądasz na naszprycowanego.

Librium i diazepam.

Tak, ja właśnie przestałam brać. Nienawidzę tego szajsu.

Lepsze niż nic.

Śmieje się.

Pogadamy za parę dni.

Uśmiecham się.

Nie wiem, czy wytrzymam parę dni.

Przytakuje.

Wiem, o czym mówisz.

Nie odpowiadam. Mówi.

Skąd jesteś?

Sięgam po papierosy.

Karolina Północna.

Wyciągam jednego.

Poczęstujesz?

Podaję jej papierosa i zapalam i palimy i Lilly opowiada o sobie, a ja jej słucham. Ma dwadzieścia dwa lata i wychowała się w Phoenix. Ojciec zostawił ich, kiedy miała cztery lata, a Matka była Uzależniona od Heroiny i żeby ją zdobyć, kurwiła się z każdym, kto zapłacił. Zaczęła dawać Lilly narkotyki, kiedy miała dziesięć lat, i zaczęła zmuszać ją do kurwienia się z każdym, kto zapłacił, kiedy miała trzynaście lat. W wieku siedemnastu lat Lilly uciekła do Babci w Chicago, gdzie mieszkała do tej pory. Jest uzależniona od kokainy i metakwalonu.

Do Świetlicy wchodzi mężczyzna i przestajemy rozmawiać, a mężczyzna zatrzymuje się przede mną. Jest chudy, elegancki, prawie łysy. Ma małe nerwowe oczka.

James?

Uśmiecha się.

No.

Wygląda na bardzo zadowolonego.

Cześć, jestem Roy.

Wyciąga dłoń.

Cześć.

Wstaję i podaję mu dłoń.

Przyszedłem, żeby zabrać cię na Oddział.

W porządku.

Masz jakieś torby?

Nie.

Jakieś ubrania na zmianę, książki?

Nie mam nic.

Saszetka?

Nic.

Uśmiecha się znowu. Nerwowo.

Chodźmy.

Odwracam się i patrzę na Lilly, która udaje, że ogląda telewizję.

Na razie, Lilly.

Spogląda i uśmiecha się do mnie.

Na razie, James.

Roy i ja wychodzimy ze Świetlicy i idziemy po wykładzinie krótkim ciemnym Korytarzem. Kiedy idziemy, Roy uważnie mnie obserwuje.

Wiesz, że to wbrew Regułom.

Patrzę przed siebie.

Co?

Rozmowa z kobietami.

Przepraszam.

Nie przepraszaj, tylko więcej tego nie rób.

W porządku.

Reguły są dla twojego dobra. Proponuję, żebyś ich przestrzegał. Postaram się.

To staraj się dobrze, bo wpadniesz w kłopoty.

Postaram się.

Docieramy do dużych drzwi i przechodzimy przez nie i wszystko się zmienia. Korytarze są długie, a wszędzie wokół drzwi. Wykładzina jest miękka, a ściany jasne. Jest kolorowo i jasno i bezpiecznie. Wszędzie chodzą ludzie i się uśmiechają.

Przechodzimy przez ciąg Korytarzy. Roy patrzy na mnie, a ja patrzę przed siebie. Opowiada mi o Oddziale i Regułach.

Na Oddziale jest zazwyczaj od dwudziestu do dwudziestu pięciu mężczyzn, trzech Opiekunów i Szef Oddziału. Każdy mężczyzna ma przydzielonego Opiekuna, który nadzoruje jego Program Leczenia, a ich nadzoruje Szef Oddziału.

Każdy mężczyzna ma słuchać trzech Wykładów dziennie, jeść trzy posiłki dziennie i brać udział we wszystkich organizowanych na Oddziale zajęciach.

Każdemu mężczyźnie wyznacza się pracę, którą ma wykonywać każdego ranka.

Substancje psychoaktywne są na Oddziale zabronione. Jeżeli zostaniesz przyłapany na ich posiadaniu lub zażywaniu, zostaniesz wydalony.

Poczta jest roznoszona raz dziennie. Opiekunowie Oddziału mają prawo otworzyć i przeszukać każdą przesyłkę.

Odwiedziny są w niedziele od pierwszej do czwartej. Personel ma prawo przeszukać i obejrzeć każdy prezent i każdą paczkę, którą przyniosą Goście.

Kobiety znajdują się na osobnym Oddziale i kontakt z nimi jest zabroniony. Jeżeli zobaczysz je na Korytarzu, cześć jest w porządku, jak się masz, nie. Jeżeli złamiesz tę Regułę, możesz zostać wydalony. Roy patrzy na mnie.

Reguły to poważna sprawa. Jeżeli chcesz wyzdrowieć, zalecałbym ich przestrzeganie.

Patrzę przed siebie.

Postaram się.

Przechodzimy przez drzwi z napisem Sawyer i wchodzimy na Oddział. Idziemy Korytarzem z drzwiami po obu stronach. Na niektórych drzwiach są nazwiska i niektóre z nich są otwarte.

W Pokojach widzę mężczyzn.

Opuszczamy Korytarz i wchodzimy do dużej, przestronnej, dwupoziomowej Sali. Na Górnym Poziomie jest automat z napojami, automat ze słodyczami, duży ekspres do kawy, Kuchnia i duży stół otoczony krzesłami. Na Dolnym Poziomie są kanapy i krzesła ustawione w okrąg, telewizor i tablica. Przy drugiej ścianie jest Budka Telefoniczna, a w dwie pozostałe ściany wbudowano duże rozsuwane szklane drzwi. Za drzwiami rozciąga się widok na trawniki i drzewa, w oddali widzę Jezioro. Mężczyźni siedzą przy stołach i na kanapach. Czytają, rozmawiają, palą papierosy i piją kawę. Kiedy wchodzę do Sali, wszyscy odwracają się do mnie i patrzą na mnie.

Roy uśmiecha się.

Witamy w Sawyer.

Dzięki.

To dobre miejsce.

Chcę wyjść.

Tu wydobrzejesz.

Uciec.

Zaufaj mi, ja to wiem.

Rozjebać się.

Jasne.

Zdechnąć.

Chodźmy do twojego Pokoju.

Przechodzimy z Górnego Poziomu Sali do Korytarza na drugim końcu. Wzdłuż Korytarza są Pokoje, z których dobiegają rozmowy Ludzi, śmiech, płacz. Zatrzymujemy się przed drzwiami i Roy otwiera drzwi i wchodzimy do Pokoju. Pokój jest dość duży i stoją w nim cztery łóżka, w każdym rogu jedno. Obok każdego łóżka jest mała szafka nocna i mała komoda. Z boku jest Łazienka. Na jednym z łóżek siedzą i grają w karty dwaj mężczyźni i obydwaj spoglądają na nas, kiedy wchodzimy Larry, Warren, to jest James.

Mężczyźni wstają i podchodzą do miejsca, gdzie stoję, i przedstawiają mi się. Larry jest niski i mocno zbudowany jak obuch dwuręcznego młota. Ma długie brązowe włosy i gęstą brodę i południowy akcent. Wygląda na trzydzieści pięć lat. Warren ma po pięćdziesiątce i jest wysoki i szczupły i opalony i dobrze ubrany i ma szeroki uśmiech.

Podajemy sobie dłonie i pytają, skąd jestem, i opowiadam. Pytają, czy chcę zagrać w karty, i mówię, że nie. Mówię, że jestem zmęczony i chcę odpocząć i dziękuję Royowi i idę do pustego łóżka i kładę się. Roy wychodzi, a Larry i Warren wracają do kart.

Zamykam oczy i robię głęboki wdech i myślę o swoim życiu i jak tu wylądowałem. Myślę o szkodach, zniszczeniach i krzywdach, jakie wyrządziłem sobie i innym. Myślę o nienawiści do samego siebie i pogardzie dla samego siebie. Myślę o tym, jak i dlaczego i co się stało, i myśli przychodzą z łatwością, ale odpowiedzi nie.

Słyszę kroki, wyczuwam obecność. Otwieram oczy, a nade mną stoi mężczyzna. Jest po trzydziestce. Średniego wzrostu i szczupły jak trzcina z długimi kościstymi rękami i delikatnymi dłońmi. Schludny, krótkie włosy, gładko ogolony.

Jesteś nowy.

Jest zdenerwowany i pobudzony.

No.

I jego oczy są puste.

Jak masz na imię?

James.

Siadam.

Jestem John.

Siada na skraju łóżka i podaje mi wizytówkę.

To moja wizytówka.

Czytam ją. John Everett. Ninja Seksualny. San Francisco i Świat. Śmieję się.

Chcesz coś zobaczyć?

Sięga po portfel.

Pewnie.

Otwiera go i wyciąga wyblakły artykuł z gazety, podaje mi go.

Artykuł jest stary z „San Francisco Chronicle”. Jest w nim zdjęcie mężczyzny stojącego na środku Ulicy, trzymającego tabliczkę. Nagłówek brzmi Mężczyzna Aresztowany na Market Street z Tabliczką Sprzedam Kokainę Trzy Godziny po Wyjściu z San Quentin.

To ja.

Znowu się śmieję.

Dostałem kolejne trzy lata.

Oddaję mu artykuł.

Niefajnie.

Chowa go do kieszeni.

Jebałeś kiedyś kogoś w dupę?

Co?

Jebałeś kiedy kogoś w dupę?

O czym ty gadasz?

Wciągnąłem się w to w Więzieniu i teraz jestem uzależniony. Od tego i kokainy. Pomyślałem, że powinienieś się od razu dowiedzieć.

Patrzę na niego.

Uczciwość i szczerość są tu bardzo ważne. To część Programu, a ponieważ postępuję zgodnie z Programem, chciałem ci powiedzieć. W porządku?

Wbijam w niego wzrok.

W porządku.

Robi się nerwowy, wstaje, spogląda na zegarek.

Czas na lunch. Chcesz, żebym pokazał ci Stołówkę?

Wstaję bez słowa. Tylko patrzę.

Wychodzimy i mijamy Oddział i ciąg Korytarzy. Kiedy idziemy,

John opowiada o sobie. Ma trzydzieści siedem lat i jest z Seattle. Wychował się w zamożnej i wpływowej rodzinie, która go wydziedziczyła. Ma dwudziestojednoletnią Córkę, której nie widział od dziesięciu lat. Spędził osiem lat w więzieniu. Ojciec zaczął go molestować, kiedy miał pięć lat.

Wchodzimy do długiej Sali ze szklanymi ścianami po obu stronach. W jednej części siedzą kobiety i jedzą lunch, w drugiej siedzą mężczyźni. Na końcu Sali jest Lada z barem sałatkowym, gdzie wydaje się posiłki. Stoją tam dwie kolejki jak w kantynie. John bierze dwie tace, podaje mi jedną i stajemy w kolejce.

Kiedy posuwamy się do przodu, obserwuję otoczenie. Kobiety i mężczyźni. Jedzenie. Rozmowy, ale bez uśmiechów. Okrągłe stoliki otoczone ośmioma krzesłami. Na krzesłach siedzą Ludzie, na stołach są talerze i szklanki i tace. W Części Męskiej jest około stu dwudziestu pięciu mężczyzn przy stołach mogących pomieścić dwustu. W Części Żeńskiej jest około stu kobiet przy stołach mogących pomieścić sto pięćdziesiąt. Biorę talerz zupy i szklankę wody i kiedy przechodzę przez Salę, czuję, jak ludzie się na mnie gapią. Mogę sobie tylko wyobrazić, jak wyglądam.

Znajduję pusty stolik i siadam i jestem sam. Wypijam łyk wody i zaczynam sobie wkładać łyżką zupę do ust. Jest gorąca i każda łyżka to przeszywający ból warg, policzka, dziąseł i zębów. Jem powoli i uważnie i ani razu nie podnoszę wzroku. Nie chcę nikogo widzieć i nie chcę, żeby ktoś mnie widział.

Kończę zupę i przynajmniej przez chwilę jest mi dobrze. Mam pełny żołądek i jest mi ciepło i jestem zadowolony. Wstaję i biorę tacę i kładę ją na stercie innych tac i wychodzę ze Stołówki.

Wracam na Oddział. Kiedy mijam otwarte drzwi, ktoś mnie woła po imieniu. Zatrzymuję się i wracam do drzwi, a mężczyzna wstaje i wychodzi zza biurka i do mnie podchodzi. Jest tuż po trzydziestce. Bardzo wysoki i bardzo szczupły. Ma ciemne włosy ściągnięte w mały kucyk i nosi okrągłe ciemne okulary. Jest ubrany w czarny T-shirt, czarne spodnie i czarne tenisówki. Wygląda jak dorosła wersja chłopaka, który spędził dzieciństwo, siedząc przed komputerem i ukrywając się przed Dręczycielami.

Ty jesteś James.

Wyciąga do mnie dłoń. Podaję mu swoją.

Mam na imię Ken, jestem twoim Opiekunem Odwykowym.

Miło mi.

Odwraca się i idzie w stronę biurka.

Chodź i siadaj.

Idę za nim i siadam na krześle naprzeciwko i rozglądam się po jego Gabinecie. Jest mały i zagracony i wszędzie leżą sterty papierów i wszędzie leżą teczki. Na ścianach są rozkłady zajęć i małe zdjęcia ludzi albo pejzaży, a z tyłu za nim wisi oprawiony w ramkę egzemplarz Dwunastu Kroków Anonimowych Alkoholików. Sięga po teczkę i kładzie ją na biurku i otwiera i spogląda na mnie.

Aklimatyzujesz się?

Tak.

Możemy ci w tym jakoś pomóc?

Nie.

Potrzebne nam są dodatkowe informacje, żeby uzupełnić twoją teczkę. Czy mógłbyś odpowiedzieć na kilka pytań?

Tak.

Podnosi długopis.

Kiedy zacząłeś brać narkotyki i pić alkohol?

Zacząłem pić, kiedy miałem dziesięć lat, brać narkotyki, kiedy miałem dwanaście.

Kiedy zacząłeś brać regularnie?

Kiedy miałem piętnaście lat, piłem codziennie, kiedy miałem osiemnaście, piłem i ćpałem codziennie. Od tego czasu biorę znacznie, znacznie więcej.

Urywa ci się film?

Tak.

Jak często?

Codziennie.

Od kiedy tak się dzieje?

Od czterech albo pięciu lat.

Wymiotujesz?

Codziennie.

Jak często?

Po obudzeniu, po pierwszym drinku, po pierwszym posiłku i potem jeszcze parę razy.

Parę to znaczy ile?

Trzy do siedmiu.

Od kiedy tak się dzieje?

Od czterech albo pięciu lat.

Czy rozważasz samobójstwo?

Tak.

Czy próbowałeś je popełnić?

Nie.

Czy zostałeś kiedyś aresztowany?

Tak.

Ile razy?

Dwanaście albo trzynaście.

Za co?

Takie tam.

To znaczy?

Posiadanie, posiadanie z zamiarem sprzedaży, trzy razy prowadzenie w stanie nietrzeźwym, kilka oskarżeń o wandalizm i zniszczenie mienia, napad, napad z niebezpiecznym narzędziem, napad na oficera służby czynnej, zakłócenie porządku publicznego i zakłócenie porządku publicznego w stanie nietrzeźwym. Możliwe, że coś tam jeszcze było, ale w tej chwili nie pamiętam.

Czy któreś z tych oskarżeń jest jeszcze aktualne?

Większość.

Gdzie?

W Michigan, Ohio i Karolinie Północnej.

Czy byłeś na Rozprawie?

Nie.

Czy zostałeś zwolniony za Kaucją?

Nie stawiłem się na rozprawę.

Gdzie?

Wszędzie.

Dlaczego?

Byłem już w Areszcie. Nie podobało mi się i nie chciałem wracać. Kiedyś będziesz musiał stanąć przed sądem.

Wiem.

Będziemy cię zachęcać, żebyś zrobił to jeszcze tutaj. Albo przynajmniej się zgłosił.

Zastanowię się.

W jaki sposób zarabiałeś na życie?

Sprzedając narkotyki.

To będzie się musiało skończyć.

Wiem.

Czy poddałeś się kiedyś Leczeniu?

Nie.

Dlaczego?

Nigdy nie chciałem się zgłosić. Powiedziałem Rodzicom, że jeśli spróbują mnie zamknąć, ucieknę i nigdy więcej mnie nie zobaczą. Uwierzyli mi.

Przerywa i odkłada długopis. Patrzy mi w oczy i czuję, że mnie bada, czeka, aż odwrócę wzrok, więc tego nie robię.

Czy chcesz się wyleczyć?

Tak sądzę.

Tak sądzisz?

No.

Czy to znaczy tak?

To znaczy, że tak sądzę.

Dlaczego?

Moje życie to Piekło, było Piekłem już zbyt długo. Jeżeli nie przestanę, to umrę. Nie jestem pewien, czy chcę już być martwy.

Czy jesteś gotów zrobić wszystko, co trzeba?

Nie wiem.

Zapytam raz jeszcze. Czy jesteś gotów zrobić wszystko, co trzeba? Nie wiem.

Zapytam jeszcze raz. Czy jesteś gotów zrobić wszystko, co trzeba? Nie wiem.

Patrzy na mnie zły, że nie udzielę mu odpowiedzi, którą chciałby usłyszeć. Wytrzymuję jego spojrzenie.

Jeżeli nie jesteś gotów zrobić wszystkiego, co trzeba, możesz równie dobrze odejść. Wolałbym, żebyś tego nie robił, ale nie możemy ci pomóc, dopóki nie będziesz gotów pomóc samemu sobie. Pomyśl o tym i porozmawiamy. Jeżeli będziesz czegoś potrzebował, znajdź mnie.

Dobrze.

Wstaje i wstaję i obchodzi biurko i wychodzimy z Gabinetu i idziemy z powrotem na Oddział. Mężczyźni wracają z lunchu i zbierają się w małych grupkach przy stołach, na kanapach, na rozkładanych krzesłach. Ken pyta mnie, czy chcę kogoś poznać, i mówię mu nie i odchodzi i patrzę, jak podchodzi do innego mężczyzny i zaczyna z nim rozmawiać. Siadam na krześle i zapalam papierosa i głęboko się zaciągam i patrzę na mężczyzn siedzących dookoła. Są czarni i biali i żółci i brązowi. Mają długie włosy, krótkie włosy, brody i wąsy. Są dobrze ubrani i noszą łachmany, są grubi i są chudzi. Są twardzi, ogorzali, zmęczeni i zdesperowani. Groźni i oprychowaci, uzależnieni i niepoczytalni. Wszyscy są różni i wszyscy są tacy sami i kiedy siedzę tam i palę papierosa, napędzają mi niezłego stracha. Ken kończy rozmawiać z mężczyzną i oznajmia, że czas na Wykład, więc Mężczyźni wstają i zaczynają wychodzić. Leki przestają działać i potrzebuję więcej, więc nie idę na Wykład, tylko wracam do Skrzydła Medycznego i staję w kolejce. Kiedy kolejka posuwa się do przodu, zaczynam odczuwać niepokój i zdenerwowanie i złość.

Z każdym krokiem zbliżającym mnie do leków, uczucia się nasilają. Czuję, jak serce bije mi szybciej, i spoglądam na dłonie i trzęsą się i kiedy dochodzę do okienka, nie mogę mówić. Chcę czegoś, potrzebuję czegoś, muszę coś dostać. Cokolwiek. Po prostu mi to kurwa daj.

Pielęgniarka mnie rozpoznaje i sięga po kartę i spogląda na nią i odwraca się i wyciąga z szafki leki. Podaje mi je z małym plastikowym kubkiem wody i połykam je tak szybko jak potrafię i odchodzę od okienka i czekam. Prawie natychmiast czuję się lepiej. Serce mi zwalnia, dłonie przestają się trząść, zdenerwowanie, niepokój i złość znikają.

Odwracam się i wychodzę i idę w stronę Oddziału i idę do Auli, gdzie siadam i słucham, jak mężczyzna opowiada o związku między zdrową dietą a sprawnym umysłem. Nic z tego nie rozumiem przez leki i w pewnym momencie Wykład się kończy i wstaję i wychodzę i wracam na Oddział z resztą mężczyzn. Jeden z nich wygląda jak Gwiazda Filmowa i wydaje mi się, że z nim rozmawiam, ale nie jestem pewien. Popołudnie i wczesny wieczór przemijają pod pokrywą otumanienia, gdzie zdolność do zbornego rozumowania zanika i gdzie każda chwila wydaje się wiecznością. Wkrótce po kolacji wchodzę do łóżka i po raz pierwszy od kilku lat mam świadomość tego, że zasypiam.

Otwieram oczy. Moi Współlokatorzy śpią i w Pokoju jest cicho i spokojnie i ciemno. Siadam i przejeżdżam palcami po włosach i spoglądam na poduszkę i widzę, że jest zakrwawiona. Dotykam twarzy i dociera do mnie, że krwawię.

Wstaję i powoli robię dziesięć kroków do Łazienki i otwieram drzwi i wchodzę do środka i włączam światło. Wzdrygam się oślepiony i zamykam oczy i kiedy czekam, aż wzrok mi się przyzwyczai, robię krok do przodu i chwytam brzeg umywalki. Otwieram oczy i patrzę w lustro i pierwszy raz od pięciu dni widzę swoją twarz.

Moje wargi są pocięte i popękane, a z powodu opuchlizny są trzy razy większe niż normalnie. Rząd zaschniętych pokrytych strupami szwów na lewym policzku trzyma głęboką ranę długości jednego cala.

Mój nos jest skrzywiony i napuchnięty pod bandażem, z nozdrzy wyciekają mi czerwone strużki. Pod oczami mam ciemnofioletowe i żółte sińce. Wszędzie jest krew, ta lepka i ta zaschnięta.

Sięgam po papierowy ręcznik i namaczam go i zaczynam delikatnie wycierać. Smugi krzyżują mi się na policzkach i strupy pękają i krzywię się z bólu i ręcznik nasiąka. Wyrzucam go i sięgam po następny. Robię to jeszcze raz.

Robię to jeszcze raz.

Robię to jeszcze raz.

Kończę i wyrzucam ostatni ręcznik i myję dłonie i patrzę, jak czerwień ścieka ze skóry do umywalki i do odpływu. Zakręcam kran i przejeżdżam rękami po włosach i są ciepłe i miłe w dotyku i próbuję na siebie jeszcze raz spojrzeć.

Chcę zobaczyć oczy. Chcę zajrzeć pod powierzchnię bladej zieleni i zobaczyć, co jest wewnątrz mnie, co jest we mnie, co ukrywam. Zaczynam podnosić wzrok, ale odwracam się. Próbuję się zmusić, ale nie mogę.

Odwracam się i wychodzę z Łazienki i wchodzę do Pokoju. Larry i Warren i John nie śpią i są na różnych etapach ubierania. Mówią cześć i mówię cześć i wracam do łóżka i wchodzę pod kołdrę. Kiedy zaczyna mi być wygodnie, John podchodzi i staje nade mną.

Co robisz?

A jak ci się wydaje?

Idziesz spać.

Właśnie.

Nie możesz tego zrobić.

Dlaczego nie?

Musimy wykonać swoje Prace.

Jakie prace?

Każdy z nas ma wyznaczoną jakąś Pracę. Wstajemy rano i ją wykonujemy.

Teraz?

No.

Wstaję z łóżka i idę za Johnem na Górny Poziom Oddziału. Roy mnie zauważa i podchodzi do mnie i prowadzi do Tablicy Prac i pokazuje mi ją i tłumaczy, jak to działa.

Jest Praca i jest twoje imię. Im dłużej tu jesteś, tym lżejsza Praca. Ponieważ dopiero przyjechałeś, masz wyczyścić Toalety Publiczne. Pytam, gdzie są środki czystości, i pokazuje mi. Kiedy je zbieram i kieruję się w stronę Toalet Publicznych, mówi.

Postaraj się, żeby były czyste.

Tak jest.

Naprawdę czyste.

Usłyszałem.

Znajduję Toalety Publiczne, dwie Łazienki na Górnym Poziomie używane przez Opiekunów, Gości i mężczyzn, którym nie chce się wracać do Pokoi. Są małe, z jedną toaletą i jednym pisuarem i jedną umywalką w każdej. Wchodzę do środka i szoruję toalety i pisuary i umywalki. Opróżniam kosz na śmieci i wymieniam papier toaletowy. Myję podłogę. To nie jest przyjemne, ale już czyściłem toalety, więc mi to nie przeszkadza.

Kończę pracę i odnoszę środki czystości i wracam do Pokoju i idę do Łazienki i wymiotuję. Nie piłem od trzech dni i nie brałem koki od pięciu, więc mdłości nie są tak silne jak zazwyczaj, ale zaczyna mi być niedobrze w innym sensie. Zamykam pokrywę i spuszczam wodę i siadam na sedesie i patrzę w ścianę. Zastanawiam się, co się ze mną dzieje.

Wstaję i zaczynam chodzić po Łazience w tę i z powrotem. Krzyżuję ramiona i zaczynam pocierać ciało. Robi mi się zimno i czuję chłód w krzyżu. W jednej sekundzie chce mi się płakać, w jednej chce mi się zabijać, w jednej chce mi się umrzeć. Rozważam bieganie, ale nie ma gdzie biegać, więc chodzę szybkim krokiem i pocieram ciało i jest mi zimno.

Larry otwiera drzwi i mówi, że czas na śniadanie, więc wychodzę i idę za nim i Warrenem i Johnem do Stołówki i staję w kolejce i dostaję jedzenie. Znajduję pusty stolik i siadam i zaczynam jeść ciepłą słodką owsiankę z miseczki i pić wodę ze szklanki. Wrażenia ustąpiły, ale nie do końca. Wydaje mi się, że tracę zmysły.

Kończę owsiankę i opieram się na krześle i rozglądam się po Stołówce i widzę Kena rozmawiającego z mężczyzną z mojego Oddziału. Mężczyzna pokazuje na mnie i Ken podchodzi do mojego stolika i siada przede mną.

Dobrze się czujesz?

W porządku.

Myślałeś o naszej rozmowie?

Tak.

Jakieś wnioski?

Nie.

No to myśl dalej.

Będę myślał.

Dziś rano jesteś umówiony do Dentysty.

W porządku.

Zaprowadzę cię na Oddział Medyczny i po tym, jak dostaniesz leki, wsadzę cię do furgonetki. Kierowca zawiezie cię na wizytę, zaczeka i przywiezie cię z powrotem.

Dobrze.

Potem, jak już zjesz lunch, poddamy cię badaniu o nazwie MMPI. To standardowy test psychologiczny, który pozwoli nam określić, jak możemy ci pomóc.

Dobra.

Wstaje.

Gotów?

Biorę tacę i wstaję.

No.

Odkładam tacę i wychodzimy i wracam na Oddział Medyczny. Dostaję leki i biorę je i idziemy do głównego Wejścia do Szpitala, gdzie czeka biała Furgonetka. Ken daje mi kurtkę, żebym nie zmarzł, i wychodzimy i odsuwa boczne drzwi furgonetki i rozmawia z Kierowcą, podczas gdy ja rozsiadam się z przodu. Ken się żegna i ja się żegnam i zamyka drzwi i Kierowca rusza i odjeżdżamy. Pogoda się popsuła. Czarne chmury zasłaniają Niebo i płaty śniegu zalegają na Ziemi. Co kiedyś było zielone, jest brązowe. Co kiedyś miało liście, nie ma ich. Jest zimno i jest zima i Swiat poszedł spać. Spoglądam przez okno na dryfujący zamarznięty krajobraz. Mgiełka mojego oddechu zbiera się na szybie i zaczynam drżeć. Kulę się i patrzę na Kierowcę, który też się kuli i jedzie powoli i patrzy na Drogę.

Można tu trochę nagrzać?

Kierowca patrzy na mnie.

Zimno?

Patrzę na niego.

Jak cholera.

Smieje się.

Już niedługo, Mały. Jak tylko silnik się rozgrzeje, będzie ciepło. Zatrzymujemy się na samotnym skrzyżowaniu, gdzie światło jest czerwone i drogi są puste i wiatr wzbija w powietrze skrawki papieru i liście. Kierowca jest leciwy. Ma rozczochrane siwe włosy i zmierzwioną siwą brodę i błyszczące niebieskie oczy. Jego cera wygląda, jakby była z licowanej skóry. Jego przedramiona są cienkie, ale wyglądają na silne, a on sam pomimo wieku wygląda na silnego. Wyciąga rękę, żeby uścisnąć mi dłoń.

Jestem Hank.

Podajemy sobie ręce.

Jestem James.

Co się stało?

Nie bardzo wiem.

Rozjebałeś się?

A jak to wygląda?

Wygląda, jakby to było mało powiedziane.

Pozory nie mylą.

Śmiejemy się i światło zmienia się na zielone i Hank jedzie i dalej rozmawiamy. Jest z Massachusetts, gdzie przez większość życia był Kapitanem Barki Rybackiej. Zawsze był Alkoholikiem, ale kiedy przeszedł na emeryturę, pogorszyło mu się. Stracił Dom, Żonę, Rodzinę, rozum. Przyjechał tu po pomoc i kiedy się wyleczył, postanowił zostać i zobaczyć, czy mógłby pomagać innym. Dobrze się z nim rozmawia i kiedy podróż się ciągnie, zaczynam traktować go jak przyjaciela.

Wjeżdżamy do małego Miasteczka i skręcamy w Ulicę, która wygląda na Główną. Spożywczak, Sklep Żelazny, Posterunek. Na Lampach wiszą ozdoby na Halloween i Ludzie, którzy wyglądają, jakby się wszyscy znali, wchodzą i wychodzą ze Sklepów. Hank wjeżdża na miejsce parkingowe naprzeciwko Sklepu Wędkarskiego i wysiadamy z furgonetki i idziemy do małych drzwi obok głównego Wejścia do Sklepu. Hank otwiera drzwi i wchodzimy po schodach i przechodzimy przez kolejne drzwi i wchodzimy do małego ciemnego Pokoju z dwiema kanapami, Recepcją za szklanymi rozsuwanymi drzwiami i małym stolikiem z porozrzucanymi czasopismami i książkami dla Dzieci.

Hank idzie do Recepcji, a podchodzę do jednej z kanap i siadam i zaczynam przeglądać czasopisma. Na drugiej kanapie siedzi kobieta z małym Chłopcem przeglądającym książkę z obrazkami o Słoniu Babarze. Kiedy biorę czasopismo i opadam na oparcie kanapy, żeby zacząć czytać, dostrzegam, jak kobieta obserwuje mnie kątem oka. Przysuwa się do Chłopca i obejmuje go ramieniem i nachyla się i całuje go w czoło. Wiem, dlaczego to robi, i nie winię jej i kiedy otwieram czasopismo, serce mi się kraje i mam nadzieję, że mały Chłopiec nie wyrośnie na kogoś takiego jak ja.

Hank wraca z Recepcji.

Przyjmą cię od razu.

Odkładam czasopismo i wstaję.

Dobra.

Boję się i Hank to widzi.

W porządku?

Kładzie mi dłoń na ramieniu.

Tak.

Spogląda mi prosto w oczy.

Wiem, że to zapadła Dziura, ale ci ludzie znają się na rzeczy, Mały. Dasz sobie radę.

Odwracam wzrok.

Pielęgniarka mnie woła i Hank zabiera dłoń i idę do otwartych drzwi, gdzie Pielęgniarka na mnie czeka. Zanim wejdę, odwracam się i widzę, jak kobieta i Dziecko na mnie patrzą. Spoglądam na Hanka i przytakuje i ja przytakuję i przez ułamek sekundy czuję się silny. Nie na tyle silny, żeby stawić czoło samemu sobie, ale na tyle, żeby iść do przodu.

Przechodzę przez drzwi i Pielęgniarka prowadzi mnie do czystego białego Pokoju i siadam na dużym fotelu dentystycznym na środku Pokoju i Pielęgniarka wychodzi i czekam. Kilka sekund później wchodzi Dentysta. Jest po czterdziestce, wysoki i ma ciemne włosy i ciemne oczy i szorstką skórę. Pomijając biały fartuch i podkładkę do pisania, wygląda jak Drwal.

Jesteś James?

Przysuwa krzesło i siada naprzeciwko mnie.

Tak.

Doktor David Stevens, miło mi.

Podajemy sobie dłonie.

Mnie również.

Zakłada parę cienkich przezroczystych rękawiczek z lateksu.

Lekarz z Ośrodka opowiedział mi o tobie.

Wyciąga z kieszeni małą latarkę.

Ale i tak sam muszę cię zbadać, zobaczyć, z czym konkretnie mamy do czynienia.

Nachyla się.

Możesz otworzyć usta?

Otwieram, a on włącza latarkę i zbliża się do mojej twarzy.

Mogę podnieść górną wargę?

Kiwam na tak i odkłada latarkę i podnosi moją wargę i bierze długi cienki metalowy przyrząd z ostrym końcem.

To może boleć.

Końcówką przyrządu dotyka odłamków moich dwójek i zaczyna wpychać go w poranione części dziąseł. Ból jest natychmiastowy, ostry i przejmujący. Chcę zamknąć usta i powstrzymać go, pozbyć się bólu, ale tego nie robię. Zamykam oczy i zwijam dłonie w pięści i zaciskam. Czuję, jak wargi mi drżą i czuję smak krwi i kiedy Dentysta dotyka moich zębów, ruszają się. Kończy badanie i słyszę, jak odkłada przyrząd na tackę. Odprężam się i otwieram oczy. Musimy zrobić prześwietlenie, ale z tego, co widać gołym okiem, wynika, że trzeba będzie operować.

Zaciskam pięści. Zaciskam mocno.

Dwie dwójki są połamane, ale korzenie wyglądają na nietknięte. Wargi mi drżą.

Założymy korony i to powinno wystarczyć.