Strona główna » Sensacja, thriller, horror » Mróz

Mróz

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-62730-15-5

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Mróz

Marcin Ciszewski, autor bestsellerowej trylogii WWW, w skład której wchodzą powieści WWW1939COMPL, WWW1944WAWPL oraz Major, tym razem prezentuje trzymający w napięciu policyjny thriller z meteorologiczną katastrofą w tle.




FAKTY: Nadkomisarz Jakub Tyszkiewicz. Zwykły glina z Komendy Stołecznej. Rutynowe śledztwo...

SCENERIA: Nowa epoka lodowcowa, temperatura -60 stopni Celsjusza, kilkumetrowa warstwa śniegu, zerwane przez wiatr linie energetyczne...

AKCJA: Trzęsienie na najwyższych szczeblach władzy w państwie...

REZULTAT: Na żądanie premiera, Tyszkiewicz ląduje w samym centrum kataklizmu...




 

Marcin Ciszewski za każdym razem zaskakuje czytelnika scenerią, która niezmiennie stanowi interesujące tło dla zmagań doskonale skrojonych bohaterów. A to właśnie bohaterowie poza świetnymi opisami walk są największym atutem prozy Ciszewskiego.

Konrad Sosiński, Wargamer

Polecane książki

W prezentowanej publikacji dokonano analizy regulacji antymonopolowych pod kątem występujących w nich luzów normatywnych kształtujących dyskrecjonalność orzekania Prezesa UOKiK. Znajdujący się u podstaw konstrukcji ustawy antymonopolowej luz normatywny ma w założeniu umożliwiać skuteczną realizację ...
Międzynarodowa pozycja Kanady (2006-2018) składa się z trzech odrębnych części. Każda z nich dotyczy identyfikacji i analizy różnych czynników, które wpłynęły na miejsce tego kraju we współczesnym świecie w ostatnich dwóch dekadach. Pierwsza część poświęcona jest ocenie polityki zagranicznej Kanady ...
Ktoś patrzy z ukrycia... Coś przerażającego wydarzyło się w opuszczonej przez ludzi wiosce Królestwo Boże, ukrytej w przysypanej śniegiem dolinie w stanie Wyoming. Jej mieszkańcy dosłownie rozpłynęli się w powietrzu, porzucając domy i samochody – dwanaście identycznych domostw i nietknięte posiłki ...
Wypracowania - Adam Mickiewicz wybór wierszy, analiza i interpretacja.    Opisy wypracowań:  „Sonety krymskie” – analiza i interpretacja.  Poniższe wypracowanie stanowi analizę „Sonetów krymskich” autorstwa Adama Mickiewicza. Całość wsk...
Niezwykła barokowa opowieść, w której ponadczasowa muzyka jest tłem dla salonowych intryg i zaskakujących zwrotów akcji Jest grudzień 1791 roku. Przebywająca w niewielkiej austriackiej wsi Nannerl, siostra Mozarta, otrzymuje szokujący list z informacją o śmierci brata. Zgodnie z relacją żony, dwa mi...
Poradnik do gry Władca Pierścieni: Bitwa o Śródziemie kierowany jest do osób, które natrafiły w grze na tak zwany martwy moment. Jeśli nie masz pomysłu na przejście konkretnego etapu – zajrzyj koniecznie do tej pomocy i rozkoszuj się dalej swoją grą. Władca Pierścieni: Bitwa o Śródziemie - poradnik ...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Marcin Ciszewski

MarcinCiszewskiMróz

Wszystkie wydarzenia i postacie
przedstawione w książce są fikcyjne i nie mają bezpośredniego
odniesienia do rzeczywistości.

„Mróz” powstawał w dwóch
etapach. Konstrukcję fabularną i pierwsze sto stron tekstu stworzyłem
na przełomie 2008 i 2009 roku. Potem odłożyłem projekt, by napisać
„Majora”. Zeszło dłużej, niż myślałem. Do mojej pierwszej
w życiu powieści sensacyjnej wróciłem wczesną wiosną bieżącego
roku. Zacząłem pisać i byłem już nawet nieźle rozpędzony, gdy
nadszedł dzień 10 kwietnia.

Długo zastanawiałem się, czy
kontynuować powieść w kształcie, który sobie obmyśliłem. Zbyt
wiele analogii wydało mi się oczywistych, zbyt wiele wydarzeń,
jeszcze przed kilkoma dniami uchodzących za niemożliwe,
wydarzyło się w rzeczywistości. Doszedłem jednak do wniosku,
że życie i tak najczęściej przerasta najwymyślniejszą nawet
fikcję.

Proponuję zatem historię, która, mam
szczerą nadzieję, nigdy się nie wydarzy…

Marcin
Ciszewski

PROLOG3 grudnia 2011 roku1.

Strzelec nacisnął spust o szesnastej, po blisko
dwóch tygodniach przygotowań.

2.

Trzynaście dni wcześniej dostał zlecenie od
koordynatora.

Realizację zaczął od spacerów. Miał
świadomość, że interesujący go obiekt jest monitorowany, dlatego
zachował ostrożność. Odbył trzy rekonesanse, udając różne osoby:
atrakcyjną młodą kobietę, brodatego studenta zaczytanego w najnowszym
hicie modnego pisarza, samotnego emeryta z psem.

Tego sympatycznego kundelka o imieniu Szrek pół
godziny wcześniej wziął ze schroniska. Po rekonesansie otruł go za
pomocą cyjanku zawiniętego w plaster szynki, po czym zakopał daleko
od celu. Nie chciał, aby cokolwiek, nawet zapach zachowany w anonimowej
psiej pamięci, łączyło go z miejscem zdarzenia. Zniszczył użyte
podczas akcji ubrania, materiały do charakteryzacji, a także fałszywe
dokumenty.

Wynik: Plan. Katalog sprzętu. Lista działań.

Strzelec dysponował pełną autonomią decyzyjną,
koordynator przyjął zatem plan bez zbędnych dyskusji. Rozpoczął od
wynajęcia – poprzez podstawione osoby posługujące się fałszywymi
dokumentami – dwóch posesji. Pierwszą była prymitywna wiejska
chałupa okolona sypiącym się płotem. Spełniała najważniejsze
warunki postawione przez strzelca: położona na odludziu, prawie
osiemdziesiąt kilometrów od celu, posiadała obszerny, ogrzewany pusty
garaż wyposażony w gniazdko z napięciem trzystu osiemdziesięciu
woltów. Druga nieruchomość, rezydencja o wysokim standardzie,
znajdowała się w odległości półtora kilometra od obiektu
i poza doskonałą lokalizacją wyróżniała się najważniejszą,
z punktu widzenia strzelca, cechą: była otoczona wysokim, kamiennym
ogrodzeniem.

Uzbrojenie, amunicja, sprzęt, narzędzia oraz
wyposażenie zostały dostarczone do pierwszej z baz nierzucającym się
w oczy, leciwym volkswagenem transporterem, ze specjalnie podrasowanym
silnikiem i wzmocnionym zawieszeniem, a następnie złożone
w garażu.

Zgodnie z założonym planem, jako podstawowe
narzędzie niezbędne do realizacji zadania został wytypowany
moździerz dziewięćdziesiąt osiem milimetrów wraz z dwunastoma
minami. Pociski były zwykłymi, niekierowanymi ładunkami i jako
takie w niewystarczającym stopniu spełniały podstawowe kryterium
– celności. Strzelec nie mógł sobie pozwolić na najmniejszą
pomyłkę. Pierwszy strzał musiał siedzieć prosto w celu.

Konieczna była modyfikacja amunicji.

Strzelec w pierwszej kolejności odciął nieruchome
lotki znajdujące się z tyłu pocisku. Do skorupy dospawał lotki
ruchome, poruszane za pomocą niewielkiego siłownika i umożliwiające
nakierowanie pocisku na cel. Wewnątrz korpusu zamontował urządzenie
GPS, a następnie, po wielu próbach, zestroił je z lotkami. Operację
tę powtórzył dwunastokrotnie, coraz zręczniej posługując się
narzędziami i szybciej wykonując poszczególne czynności. Po kilku
wypełnionych znojem i emocjami nocach dysponował inteligentnymi
pociskami, zdolnymi z dużą precyzją wykonać postawione przed nimi
zadanie.

Jako że moździerz jest bronią strzelającą ogniem
pojedynczym i zasilaną w amunicję przez obsługę, strzelec stanął
przed problemem pozyskania ładowniczego. Pomocnik? Bez sensu. Pomocnik
kosztuje i trudno liczyć na stuprocentową dyskrecję.

Zatem?

Koordynator dostarczył na teren rezydencji
przemysłowego robota najnowszej generacji. Było to urządzenie
wyposażone w dwa uniwersalne chwytaki, dzięki systemowi hydraulicznych
ścięgien wykazujących zręczność niemal równą ludzkiej. Dla potrzeb
zadania robot miał nawet spory naddatek umiejętności. Sterujący
nim komputer dawał się łatwo programować. Ściśle stosując się
do instrukcji producenta, strzelec wprowadził do komputera odpowiednie
polecenia, po czym przećwiczył dwie sekwencje ruchów. Zgrał komputer
z modułem telefonu komórkowego pełniącym rolę przekaźnika poleceń.
W efekcie zyskał niezawodnego, precyzyjnego pomocnika, na dodatek
milczącego niezależnie od okoliczności.

Następnie w dwóch pociskach głowice bojowe
zastąpił równoważnymi wagowo atrapami. Zaprogramował w GPS-ie
parametry ćwiczebnego celu, wprowadził do komputera sterującego
robotem dwa esemesowe hasła i w ciemną, bezksiężycową noc,
trzydzieści osiem godzin przed akcją, stojąc metr od moździerza,
wysłał z komórki pierwszą wiadomość.

Po sekundzie, podczas której strzelec
wstrzymał oddech i która zdawała się trwać w nieskończoność,
robot podniósł jedną z atrap i umieścił ją tuż nad wylotem
lufy. Strzelec nacisnął przycisk po raz drugi. Robot rozwarł chwytaki,
pocisk zjechał w dół rury, huk wystrzału odbił się kilkukrotnym
echem od zabudowań i mina poleciała w dal. Gdy tylko opuściła lufę,
robot obrócił się o dziewięćdziesiąt stopni, mechanicznym, ale
płynnym ruchem wziął ze skrzynki następną atrapę i po zamarkowaniu
uzbrojenia zapalnika posłał ją w ślad za pierwszą.

Strzelec odczekał pięć minut, aby sprawdzić,
czy nikt nie zainteresował się nocnymi detonacjami. Ale posesja
była znacznie oddalona od najbliższych zabudowań, więc zgodnie
z oczekiwaniami próba wzbudziła tylko odległe ujadanie wiejskich
kundli. Strzelec wsiadł na rower i pojechał do celu. Okazało się,
że oba pociski trafiły nie dalej niż dwa metry od starej, porzuconej
w polu cembrowiny, którą strzelec wypatrzył kilka dni wcześniej podczas
jednego ze zwiadów i której położenie wprowadził do GPS-u.

Zasypał dziury po pociskach – oceniał, że mogły
wbić się w ziemię na głębokość półtora metra, nie było sensu
ich wydobywać – wsiadł na rower i nucąc cichutko pod nosem, wrócił
do bazy. Biorąc pod uwagę amatorskie warunki przeróbki pocisków
oraz fakt, że robota widział i programował pierwszy raz w życiu,
uznał rezultaty próby jako więcej niż zadowalające.

W noc poprzedzającą operację strzelec zapakował
do volkswagena uzbrojenie, amunicję i sprzęt; w ciągu półtorej
godziny, ani razu nie przekraczając dozwolonej prędkości, dotarł
do rezydencji.

Było całkowicie jasne, że w dniu akcji
teren otaczający obiekt stanowiący cel ataku będzie patrolowany,
prawdopodobnie także z powietrza. Zainstalowanie moździerza pod gołym
niebem groziło dekonspiracją, dlatego strzelec nawet nie rozważał
takiej możliwości. Stanowisko ogniowe zorganizował w stojącej na
tyłach rezydencji drewnianej szopie.

Budyneczek wyglądał całkiem typowo, został
jednak przez ludzi koordynatora poddany pewnej istotnej modyfikacji.
W dachu wycięto kwadratowy otwór o wymiarach dwa na dwa metry, po czym
zasłonięto klapą poruszaną elektrycznie i również sterowaną za
pomocą esemesowych poleceń. Umieszczony w szopie moździerz, wraz
z amunicją i mechaniczną obsługą, pozostawał całkowicie niewidoczny
dla jakichkolwiek obserwatorów.

Plan przewidywał również drugą pozycję
ogniową, obsługiwaną bezpośrednio przez strzelca. Była zlokalizowana
w kępie jałowca rosnącej na skraju lasu, mniej więcej o sto
dwadzieścia metrów od obiektu: eleganckiej, otoczonej ceglanym murem
willi, której goście stanowili cel zadania.

Strzelec miał do dyspozycji wyposażony w celownik
optyczny karabinek szturmowy M-4 z podwieszonym granatnikiem, policyjnego
glocka z tłumikiem oraz pokaźny zapas amunicji. Długa, zawiła
i najeżona fałszywymi tropami droga, którą wyposażenie to przebyło
od producentów do strzelca, była niemożliwa do wyśledzenia.

Noc poprzedzająca akcję była ciemna. Chmury
zasłoniły księżyc.

3.

Strzelec zajął stanowisko w kępie jałowca
pół godziny przed wyznaczonym terminem. Ustawił broń na dwójnogu,
kolejny raz sprawdził nastawy celownika. Brama oraz ogrodzenie były
widoczne jak na dłoni – można było dostrzec niemal każdą cegłę
i każde pękniecie cementowej spoiny.

Opuścił na chwilę stanowisko, po czym skropił
otoczenie środkiem odstraszającym psy. Gdy ponownie znalazł się
w środku, nawet najwprawniejszy tropiciel, znajdujący się o metr od
zarośli, nie zauważyłby ani nie wyczuł niczego podejrzanego.

Było zimno – temperatura spadała przez ostatnie
dni, osiągając kilka stopni poniżej zera – i zaczął prószyć
pierwszy tej zimy śnieg. Strzelec poczuł chłód.

Zapadał zmrok.

Cel oddalony o ponad sto dwadzieścia metrów –
sto dwadzieścia trzy po dokładnych pomiarach – niemal wtapiał się
w szare, zimowe tło. Widoczność pogarszała się i nie chodziło
o ciemności. Z tym strzelec był gotów sobie poradzić, karabin
wyposażony był w celownik optyczny z noktowizorem. Jednak nawet
najlepszy noktowizor nie jest w stanie przebić się przez padający
śnieg.

Mógł liczyć tylko na to, że śnieżyca nie
rozhula się w ciągu najbliższych piętnastu minut.

Przybycie gości stanowiących cel zostało
określone przez koordynatora na szesnastą. Zgodnie z przypuszczeniami
strzelca pięć minut wcześniej przed bramę rezydencji wyszło dwóch
strażników. Byli ubrani w szare kombinezony i uzbrojeni w broń
maszynową.

Strzelec usłyszał leciutki szelest po
lewej. Padający śnieg tłumił i zniekształcał wszelkie odgłosy,
ale wątpliwości nie było – patrol. Dwadzieścia metrów. Dwóch
ludzi. Jeżeli utrzymają kierunek i dotychczasowe tempo, za kilka sekund
przejdą tuż obok stanowiska.

Błyskawicznie skalkulował opcje. Likwidacja
strażników niosła za sobą ryzyko przedwczesnej dekonspiracji. Nawet
nie chodziło o to, że któryś z zaatakowanych ludzi mógł wystrzelić
bądź w jakiś inny sposób powiadomić ochronę rezydencji. Bezszelestne
likwidowanie przeciwników należało do podstawowych umiejętności
strzelca. Jednak zniknięcie patrolu z eteru oznaczać będzie
alarm.

Z drugiej strony pozostawienie członków patrolu przy
życiu nie rozwiązywało niczego: mogli po prostu zauważyć strzelca
i zaatakować go; skutków takiego starcia nie sposób przewidzieć.

Strzelec szybkim ruchem wyciągnął glocka
z tłumikiem. Gdy strażnicy przeszli tuż przed stanowiskiem, cicho
odczołgał się w tył. Wydostał się z kępy, gdy dwójka ochroniarzy
rozmazywała się w mroku. Cicho pobiegł za nimi. Bezszelestne
przebycie ostatnich kilku metrów było niemożliwe, toteż na ostatniej
prostej, uznając, że jest dostatecznie blisko, darował sobie środki
ostrożności. Klęknął na jedno kolano, złożył się i oddał
dwa szybkie strzały w głowę lewego strażnika. Tamten chrząknął
krótko i poleciał do przodu, na twarz. Strzelec przeniósł ogień
na jego partnera, gdy ten kończył półobrót i podnosił karabin
szturmowy. Pierwsza kula trafiła go w ramię, odrywając je od broni,
druga, celniejsza, przeszyła na wylot gardło. Ochroniarz opadł na
kolana, po czym wywrócił się na plecy.

Minutę później, po upewnieniu się, że
obaj mężczyźni nie żyją, strzelec znalazł się z powrotem na
stanowisku. Rozpaczliwie starał się uspokoić oddech.

Niemal natychmiast usłyszał pomruk
silników. Podniósł lornetkę do oczu. Na drodze prowadzącej do
rezydencji pojawiło się pięć samochodów. Kolumnę otwierało osobowe
bmw z ochroną, za nim podążały trzy opancerzone vany. Na końcu,
w pewnej odległości od kawalkady, jechało drugie bmw. Samochody
poruszały się z dużą prędkością, kolebiąc się na nierównościach
gruntowej, zasypanej śniegiem drogi. Strażnicy przy bramie otrzymali
najwyraźniej radiowy sygnał o zbliżających się gościach, bo ożywili
się wyraźnie.

Strzelec, z oczami przyklejonymi do noktowizyjnej
lornetki, wyłuskał z kieszeni telefon komórkowy, wybrał zaprogramowany
numer, po czym wysłał wiadomość. Półtorej sekundy później oddalony
o przeszło kilometr siłownik uniósł klapę do góry. Następny
esemes. Robot pewnym ruchem wyjął z otwartej skrzynki pierwszą minę
moździerzową, uzbroił zapalnik i wzniósł chwytaki w górę. Lotki
pocisku niemal dotykały patrzącej w niebo lufy.

Strzelec tymczasem liczył sekundy. Aby atak się
powiódł, musiał nastąpić w momencie, gdy pasażerowie vanów
wysiądą i będą przemierzać obszerny dziedziniec rezydencji. Nie
wcześniej. I nie później.

Samochody przystanęły przed bramą w oczekiwaniu
na kontrolę. Strażnicy, choć oczywiście o żadnych niespodziewanych
gościach nie mogło być mowy, starannie sprawdzili dokumenty dowódcy
ochrony konwoju oraz upoważnienie do wjazdu na teren rezydencji. Po
chwili jeden z nich machnął ręką i samochody powoli wtoczyły się
do środka.

Brama zatrzasnęła się z hukiem.

Według przeprowadzonych przez strzelca obliczeń
mina moździerzowa będzie potrzebowała na przebycie półtora kilometra
około dwudziestu sekund. Przez pierwszych kilkanaście pokona pionowy
parametr krzywej balistycznej. Gdy osiągnie apogeum, na krótki ułamek
sekundy jakby zawiśnie w powietrzu, po czym zacznie z rosnącą
prędkością opadać w dół. Wtedy uaktywni się urządzenie GPS,
zgra parametry lotu z zaprogramowanymi danymi dotyczącymi celu i –
w razie potrzeby – skoryguje ustawienie lotek.

Gdy wrota bramy zatrzasnęły się na dobre,
strzelec wysłał kolejnego esemesa. Z ulgą skonstatował dochodzące
z oddali, stłumione stęknięcie. Strażnicy przy bramie usłyszeli
je również. Zaczęli uważnie nasłuchiwać. Dźwięk dotarł
zniekształcony przez odległość i śnieg, ale na tyle wyraźny,
że zastanowił i zaniepokoił ich. Strzelec nie miał chwili do
stracenia. Przytulił policzek do kolby karabinu, odetchnął głęboko
i spojrzał przez celownik. Śnieg prószył w dalszym ciągu, ale wieczór
był stosunkowo jasny, rozświetlony przez biały puch. Na skrzyżowaniu
poprzecznych nitek celownika ujrzał nieco rozmazaną i niewyraźną
głowę strażnika znajdującego się po prawej stronie bramy. Strzelanie
w głowę z takiego dystansu nie było rozsądne, ale strzelec zdawał
sobie sprawę, że tamten pod kombinezonem nosi kamizelkę kuloodporną,
więc chociaż lecący z prędkością przeszło siedmiuset metrów na
sekundę pocisk raczej poradziłby sobie ze standardową warstwą kevlaru,
strzelec wolał nie ryzykować.

Płynnym ruchem nacisnął spust. Strażnik
dostał w prawe oko. Impet pocisku rzucił go na mur, po czym martwe
ciało osunęło się na zmarzniętą ziemię. Partner zabitego
zareagował z szybkością unikającej ataku mureny. Błyskawicznie
skoczył w bok, przeturlał się i, zanim pierwszy strażnik upadł
w śnieg, miał już w ręku odbezpieczony i gotowy do strzału karabin
szturmowy. Świst nadlatującej miny zaniepokoił go i zdekoncentrował
na chwilę. Podniósł lekko głowę i zaczął nasłuchiwać.

Strzał.

Głowa drugiego strażnika opadła.

W tym momencie kilka metrów nad dziedzińcem gromko
eksplodował pocisk kasetowy. Strzelec energicznie poderwał się na nogi
i zaczął biec. Po przebyciu mniej więcej połowy dystansu zatrzymał
się, wycelował pomiędzy masywne, drewniano-stalowe odrzwia i nacisnął
spust granatnika. Czterdziestomilimetrowy granat uderzył precyzyjnie,
z siłą wystarczającą do wyrwania prawego skrzydła z zawiasów. Huk
detonacji nie przebrzmiał jeszcze, gdy eksplodowała następna mina
moździerzowa.

Strzelec ruszył dalej. Biegnąc niespiesznie,
liczył coraz bliższe wybuchy. Zdawał sobie sprawę, że z każdym
krokiem staje się coraz lepiej widoczny na tle rozprzestrzeniającego
się pożaru i blasku eksplozji. Musiał jednak podjąć ryzyko. Zadanie
obejmowało wejście na teren rezydencji, koordynator nalegał bowiem, aby
strzelec osobiście potwierdził skuteczność wykonania zamachu.

Skończyła się pierwsza seria
ładunków. Nastąpiła krótka przerwa, robot sięgnął do następnej
skrzynki i zaczął wysyłać do celu pociski odłamkowo-burzące
z opóźnionym zapalnikiem, których parametry lotu zostały
zaprogramowane nieco odmiennie od min kasetowych. Miały uderzyć prosto
w rezydencję. Ku zaskoczeniu strzelca pierwszy spudłował o dobre
trzydzieści metrów.

Eksplozja zniszczyła kawał muru tuż obok
bramy. Podmuch wyrwał pół ciężarówki cegieł i kawałków tynku
i wyrzucił je w górę, przy okazji obalając strzelca, pozbawiając
tchu i ogłuszając.

Na swoje szczęście uniknął opadających
cegieł. Powrót do pełnej świadomości zajął mu dłuższą
chwilę. Po następnej podniósł się, obolały i kulejący.

Cholerna elektronika, pomyślał. Można sobie było
darować wywalanie bramy. Ze stoickim spokojem oczekiwał następnych
eksplozji. Wyszedł z założenia, że jeżeli urządzenia sterujące
pociskami zadziałają prawidłowo, nie ma się czego obawiać,
pozostałości muru osłonią go. Jeżeli nie – nawet najszybsza
ucieczka nie na wiele się zda, jako że nie sposób przewidzieć
rozmiarów błędu, a zatem i określić miejsc trafień.

Trzy ostatnie pociski, oddzielone
piętnastosekundowymi interwałami, precyzyjnie trafiły w cel.

Strzelec odetchnął z ulgą. Minął martwego
strażnika, po czym ostrożnie zajrzał przez zrujnowaną bramę w głąb
dziedzińca. Zamknięta wysokim murem przestrzeń mogłaby służyć za
scenografię wojennego filmu. Wszędzie: auta poszatkowane niezliczonymi
stalowymi cząsteczkami rozrywającej się nad nimi subamunicji. Jeden
z vanów leży na boku, drugi płonie niczym pochodnia. Wszystkie:
powyrywane drzwi, powybijane szyby, karoserie dziurawe niczym
durszlak. Eleganckie, starannie wypielęgnowane drzewa i krzewy –
większość iglasta, a więc zielona mimo zimy – zamienione
w celulozową miazgę.

Okazała, utrzymana w modernistycznym stylu willa
stała się właściwie płonącą ruiną. Dach, rozerwany eksplozjami,
runął. Frontowa ściana, złożona w większości z ogromnych
rozległych przeszkleń, wyleciała na zewnątrz, ukazując zamieniony
w wulkan szalejących płomieni hol wejściowy. Pożar szybko się
rozprzestrzeniał, po chwili z głośnym hukiem wybuchła instalacja
gazowa.

Ciała.

Leżące na eleganckiej granitowej kostce
dziedzińca wykręcone, porozrywane postacie, zastygłe w najdzikszych
piruetach. Rozbite o samochody głowy, poodcinane kończyny. Eleganckie
garnitury zamienione w brudne i zakrwawione szmaty.

Roztapiający się od żaru płonącego budynku
śnieg barwił się na różowo. Cisza przerywana była jedynie hukiem
płomieni.

Strzelec ostrożnie przekroczył linię
bramy. Zauważył ruch. Ze środka willi, z miejsca, w którym kiedyś
zapewne znajdowały się drzwi wejściowe, wyskoczył czarno odziany
człowiek. Odzież płonęła w kilku miejscach, facet był w szoku
i najprawdopodobniej nie stanowił żadnego zagrożenia. Pomimo tego
strzelec podniósł karabin i oddał krótką serię.

Ochroniarz upadł na ziemię.

Strzał. Drugi. Trzeci.

Kule przeleciały tak blisko głowy strzelca,
że poczuł ruch powietrza. Jedna rozerwała kominiarkę na wysokości
skroni. Ostrzał, o czym poinformowały strzelca trzy nikłe błyski
widoczne w półmroku, pochodził z oddalonego o dwadzieścia kroków
bmw ochrony.

Upadł w bok, przeturlał się i otworzył
ogień. Celowanie w takich warunkach bywa niedokładne, ale mimo trudnych
warunków przynajmniej pół serii, krzesząc błyski rykoszetów,
weszło w cel. Tamten przestał strzelać.

Strzelec turlał się dalej, aż skrył się za
obszerną tują, szczęśliwym trafem niezniszczoną przez moździerzowy
atak. Klnąc pod nosem, zmienił magazynek i wycelował – tym
razem dokładnie – w bmw. Szyby były wybite, w środku panowała
ciemność. Agent, o ile przeżył serię, raczej nie zdążył opuścić
auta; strzelec miał w polu widzenia wszystkie drzwi.

Bmw było opancerzone, więc ostrzał z karabinka
szturmowego kalibru 5,56 nie mógł wyrządzić ukrytemu we wnętrzu
agentowi specjalnej krzywdy, o ile ten nie wystawi głowy i nie
ukaże się w którymś z wybitych okien. Na to strzelec nie mógł
liczyć. Ochroniarz, nawet ranny i w szoku, z pewnością posiadał
dość wspomaganego wyszkoleniem instynktu samozachowawczego, by jak
najstaranniej korzystać z osłony pancernych blach samochodu.

I to właśnie była szansa…

Strzelec przestawił M-4 na trzystrzałowe
serie, poderwał się i strzelając z biodra, zygzakiem pobiegł
w stronę bmw. Gdy od celu dzieliło go nie więcej niż pięć kroków,
skończyła się amunicja, o czym poinformowało głośne szczęknięcie
opadającej w pustkę iglicy. Strzelec zaklął i zaczął mocować się
z magazynkiem. Agent, wciśnięty w przestrzeń pomiędzy przednim
a tylnym fotelem, właśnie na to liczył. Wyprostował się gwałtownie,
uniósł broń…

…i padł z przestrzeloną głową.

Strzelec podszedł do auta, spojrzał na martwego
ochroniarza – dwa strzały w głowę z reguły powodują zgon
– schował glocka do kieszeni i po raz ostatni omiótł wzrokiem
pobojowisko. Leżący na dziedzińcu ludzie nie dawali znaku
życia. Z dwunastu zakontraktowanych VIP-ów miał w polu widzenia
dziesięciu. Dwóch pozostałych spaliło się w jednym z vanów.

Dom płonął coraz gwałtowniej. Strzelec uznał,
że zadanie zostało wykonane. Po raz ostatni spojrzał na swoje dzieło
i opuścił teren rezydencji. Tym razem biegł szybko, najszybciej jak
się dało, miarowymi susami przesadzał przestrzeń pomiędzy rezydencją
a lasem.

Gdy zagłębił się między drzewa,
oddychał zupełnie swobodnie. Ponownie wyjął z kieszeni telefon
komórkowy. Wstukał numer i ostatni, trzeci esemes poleciał w eter. Po
kilku sekundach dobiegł go odgłos silnej eksplozji. Ładunek C4
połączony z dwoma kanistrami benzyny zniszczył szopę, moździerz,
skrzynie po amunicji, a także przemysłowego robota, bezużytecznego
już mechanicznego mordercę.

Strzelec zasiadł za kierownicą, ukrytego wcześniej
nissana pathfindera, niespełna cztery minuty po opuszczeniu terenu
rezydencji. Po pięciu minutach szybkiej jazdy był już pewien, że
żaden pościg nie zdoła go dogonić.

Śnieg padał coraz mocniej.

4.

Dwie godziny później strzelec włączył
komputer. Wiatraczek chłodzący procesor zaszumiał cicho. Duży,
ciekłokrystaliczny ekran rozjarzył się zimnym blaskiem. Strzelec
otworzył pocztę i w ciągu pięciu minut napisał krótki, rzeczowy
raport. Zgodnie z oczekiwaniami po następnych pięciu minutach otrzymał
odpowiedź od koordynatora.

Dzięki skomplikowanemu systemowi
połączonych ze sobą kont na różnych serwerach niemal niemożliwe
było wyśledzenie korespondujących ze sobą komputerów, a treść
wiadomości była zaszyfrowana.

Zawartość e-maila spowodowała, że
strzelec zamyślił się głęboko. Pierwszych kilka akapitów
było standardowych. Koordynator wyrażał zadowolenie z wykonania
zadania. Informował, iż pieniądze zostały przelane na zagraniczne
konta, znacznie przybliżając strzelca do założonego przed dwoma laty
celu. Gdy strzelec przeczytał jednak dalszą część wiadomości, aż
zmarszczył brwi ze zdumienia, choć od dawna starał się nie dziwić
niczemu. Kwota proponowana jako honorarium za następne zlecenie niemal
dwukrotnie przewyższała wszystko, co tej pory zarobił, pracując dla
koordynatora. Łączna wysokość środków na koncie po zakończeniu
operacji wyniesie grubo ponad dwa i pół miliona euro, co pozwoli
wycofać się z interesu i zrealizować cele, dla których strzelec
podjął się robić to, co robił. Ale samo zadanie…

Strzelec nie obawiał się o techniczną stronę
zlecenia – trudniejsze akcje udawało mu się zakończyć pełnym
sukcesem. Chodziło raczej o skutki – z pewnością do tej pory nie
robił niczego, co przyniosłoby tak daleko idące konsekwencje. Chaos
i paraliż decyzyjny w państwie to tylko najłagodniejsze z nich.

Nie dziwiła także kwota zaproponowana jako
honorarium. Zarówno zleceniodawca, jak i zleceniobiorca zdawali
sobie sprawę, że po wykonaniu zadania strzelec będzie poszukiwany
i ścigany przez połowę służb specjalnych świata. Nawet z dwoma
i pół milionami euro w kieszeni zniknięcie nie będzie sprawą ani
prostą, ani bezpieczną.

Z drugiej strony było zobowiązanie. Cel.

Po dłuższej chwili strzelec wystukał
odpowiedź.

5.

Po otrzymaniu wiadomości od strzelca koordynator
uśmiechnął się. Spojrzał na zegarek: dziesiąta wieczorem. Jeszcze
nie za późno na telefon. Na taki telefon.

– Proszę połączyć z senatorem Kołodyńskim
– powiedział do interkomu.

Czekając na rozmowę, wpatrywał się w trzymaną
w ręku szklaneczkę z trzydziestoletnią whisky.

Za przejście Rubikonu, pomyślał.

ROZDZIAŁ I22 grudnia 2011 roku1.

– No chodź! Przybiję ci jaja do ściany.

– Też cię kocham.

– Dupek!

Zuzanna postąpiła pół kroku do przodu
i uderzyła prawym sierpem. Tyszkiewicz, nie mogąc ochłonąć jeszcze
po poprzedniej serii ciosów, od której tylko częściowo udało
mu się uchylić – skutki tego „częściowo” będzie odczuwał
jeszcze przez kilka dni, tak przynajmniej sądził – spóźnił się
z blokiem o pół sekundy. Gdy się walczy z Zuzanną, pół sekundy
to cała wieczność, pół sekundy zwykle wystarcza jej na wzięcie
prysznica, zjedzenie kolacji i obejrzenie dwóch odcinków ulubionego
serialu. Toteż uzbrojona w piąstkówkę, małą rękawicę zaledwie
zakrywającą kostki, zaciśnięta dłoń wylądowała czysto na szczęce
Tyszkiewicza. Ciało ogarnęła słabość. Nogi nagle, bez uprzedzenia,
przekształciły się w niezależne od siebie kolumny wykonane z miękkiej
gumy, przed oczami wystąpiły poważne zakłócenia obrazu połączone
z – nie całkiem niemiłymi, trzeba uczciwie przyznać – halucynacjami,
a mózg stracił łączność z rzeczywistością.

Wpadka. Porażka. Wstyd.

Jakub odruchowo zrobił krok w bok i padł w ramiona
przyglądającego się walce Krzeptowskiego. Zuzanna podskoczyła kilka
razy i spojrzała na przeciwnika z nieukrywanym obrzydzeniem.

– Kurwa, co za laluś. Wstawaj człowieku, walczysz
jak ciota – powiedziała ze złością. Nawet nie była zdyszana.

Krzeptowski obejmował wiszącego na nim Jakuba,
który powoli wracał do siebie.

– Nie mów tak do mnie. Jestem twoim szefem,
w końcu – stęknął Tyszkiewicz.

– Szefem jesteś tam – wskazała poza obręb
sali. – A tu jesteś ciocią klocią, której się wydaje, że potrafi
walczyć.

Krzeptowski spojrzał na Jakuba z góry.

– Chyba musis iść. Jak nie pójdzies, to ci
nie daruje.

– No, dziękuje wam piknie, baco, za dobre słowo
– Tyszkiewicz wyprostował się. W głowie mu huczało. Ruszył
niepewnie do przodu i podniósł ręce.

– Będziesz pytlować jak baba w maglu, czy
w końcu ruszysz dupę? – zapytał, nadrabiając miną i starając się
ukryć drżenie głosu.

Skośne oczy Zuzanny zwęziły się. Wykonała miękki
balans ciałem i zaatakowała. Rozpędzona do poddźwiękowej szybkości
pięta przeleciała o kilka milimetrów od skroni Jakuba. Pięta, jak
i cała noga, wisiała jeszcze w powietrzu, kiedy Tyszkiewicz ruszył do
przodu, wyciągnął obie dłonie i popchnął Zuzannę, jednocześnie
robiąc wykrok prawą nogą.

Nie spodziewał się, by ta prymitywna sztuczka
zadziałała, ale, o dziwo, owszem. Chwila nieuwagi, niewielki koszt,
poważne konsekwencje.

Zuzanna upadła na plecy. Skoczył. Kolanami
wbił jej klatkę piersiową w podłogę, po czym przetoczył się
na bok. Przycisnął jej prawą rękę do piersi, niczym najcenniejszy
skarb. Wypchnął biodra do góry, starając się przeprostować łokieć
przeciwniczki.

Gdy się dobrze zastosuje tę technikę, nie
sposób się z niej uwolnić. Ale w pośpiechu założył chwyt niezbyt
dokładnie, a Zuzanna była zwinna jak łasica. Tyszkiewicz trzymał
co sił, ale spocona skóra miała zbyt dobry poślizg, by chwyt był
stuprocentowo skuteczny.

Zuzanna wyszarpnęła dłoń i po sekundzie
stała na nogach. Tyszkiewicz podniósł się w chwilę później,
spodziewając się natychmiastowego ataku. To, że nie nastąpił,
jednoznacznie świadczyło o niebagatelnych skutkach upadku i chwilowego
wypompowania powietrza z płuc przeciwniczki. W innym wypadku Tyszkiewicz
już modliłby się o szybką śmierć.

Zuzanna oddychała ciężko.

Satysfakcja. Zmusić Zuzannę do sapania to nie byle
co. Nie – Byle – Kurwa Mać – Co.

Krzeptowski odszedł pod ścianę i ciężko opadł
na ławkę. Nawet siedząc, górował nad innymi.

Przeciwnicy odpoczęli, pojedynek na parkiecie znów
rozgorzał z pełną siłą. Krzeptowski skrzywił się. Miał poważne
obawy o rezultat walki. Musiał się zająć czymś innym. Teraz.
W tym momencie.

Inaczej Zuzanna nie dożyje wieczora.

– Moze chocias tak na pół gwizdka? Małe
bim-bom? – zapytał siedzącego obok Smotrycza. Ten w odpowiedzi
błysnął okularami.

– Stasiu, po ostatnim bim-bom powrót do domu
zajął mi trzy razy więcej czasu niż zwykle. Dajże ty spokój.

– Lekutko… – Kątem oka widział Tyszkiewicza
broniącego się przed kopnięciami, ale starał się nie zwracać na
to uwagi.

– Nie.

– A ty? – Krzeptowski wychylił się i wyjrzał
zza Smotrycza. Siedząca obok kobieta nie była nawet w połowie tak
ładna jak Zuzanna, ale Krzeptowski zdecydowanie bardziej niż Zuzannę
ją lubił. Razem z lekką nadwagą i nieco zbyt obfitymi biodrami.

– Ja też nie. Chociaż niedługo, kto wie… –
zawiesiła głos, a Krzeptowskiemu zrobiło się gorąco.

Na parkiecie Zuzanna parła do przodu z energią
czołgu abrams i zwinnością gazeli. Tyszkiewicz nieuchronnie zmierzał
do narożnika sali. Do swego Waterloo.

– Lubię go, ale miękki jest – mruknął
Smotrycz.

– Głupiś – warknął Krzeptowski, patrząc na
cięgi, które zbierał Tyszkiewicz. Waterloo? Hiroszima! Nie pojmował
tego. – Rozum ma…

– Nie mówię nie. Charakteru mu tylko trochę
brakuje.

– Głupiś – powtórzył Krzeptowski zajadle,
ale jeszcze bardziej się zasępił. – To, ze ta laska sybciej nogami
wywija, jesce nic nie znacy.

– Nie lubi go. I ciebie też nie.

– W dupie ją mam – powiedział nieco głośniej,
niż zamierzał.

Tyszkiewicz przystąpił do rozpaczliwego
kontrataku. Jeden z ciosów doszedł, zachwiał nieco Zuzanną, ale
oddała z nawiązką. Jakub po raz trzeci tego wieczoru znalazł się na
deskach. Kilkunastu pozostałych ćwiczących zastygło w bezruchu.

– Koniec – krzyknął Krzeptowski, wychodząc na
środek sali. – Odpocnij se troche, a potem ze mną spróbujes…

– Windy nie mam – skrzywiła się. Była wysoka,
metr siedemdziesiąt osiem na bosaka, ale do spojrzenia Krzeptowskiemu
prosto w oczy brakowało jej przynajmniej piętnastu centymetrów.

A Stanisław Krzeptowski, sękaty, muskularny góral
z Kościeliska, chciał krwi.

– Strach cię obleciał? – zapytał, patrząc
jej prosto w oczy i uśmiechając się leciutko. – Zuziu…?

Plan, genialny w swej prostocie, wypalił bez
pudła. Nazwij Zuzannę Zuzią, wojnę masz jak w banku. Bez ostrzeżenia,
bez jakichkolwiek przygotowań skoczyła szczupakiem do przodu, wbiła
się barkiem w biodro Krzeptowskiego, jednocześnie obejmując go obiema
rękami nieco poniżej siedzenia. Stał mocno na nogach i w gruncie rzeczy
spodziewał się czegoś w tym rodzaju – gdy różnica wagi pomiędzy
przeciwnikami jest więcej niż dwukrotna, zdecydowanie więcej szans
daje szukanie rozstrzygnięcia walki w parterze – mimo to uległ
precyzji i dzikiej zajadłości ataku. Upadł na plecy z hukiem, od
którego zatrzęsły się ściany, z Zuzanną przyczepioną do tułowia
niczym wahadłowiec do jumbo jeta.

Zuzanna przetoczyła się w bok, trzymając rękę
Krzeptowskiego pomiędzy swoimi długimi udami. Ale nim zdołała
wypchnąć biodra w górę („i złamać rękę kutasowi, raz na zawsze
załatwić mu tę latającą pięść”), Krzeptowski przekrzywił nieco
ramię, wbijając jednocześnie łokieć w jej łono. Gdy syknęła
z bólu – zdziwiłby się, gdyby tego nie zrobiła, w ucisk włożył co
najmniej połowę swej siły – zwinął się jak sprężyna, złapał
nogę Zuzanny nieco poniżej kostki i skręcił mocno. Ból zmusił ją
do poluzowania chwytu. Więcej nie było trzeba.

– Masz być grzeczna, suko – wyszeptał czystą
polszczyzną dziesięć sekund później, prosto w nabrzmiałe krwią
ucho. Głowę Zuzanny trzymał w duszeniu gilotynowym. Walczyła
z zawziętością pitbulla, ale to były próżne wysiłki. Pomału
zaczynało brakować jej tchu. Zdrowy rumieniec na twarzy
bladł, stopniowo przybierając barwę ścian. – Wobec niego
i ogólnie. Słyszysz?

– Wal się.

Nacisnął.

– Rozumiesz mnie?

– Górale… to… cioty… – stęknęła.

Nacisnął jeszcze mocniej. Wściekle walczące
ciało zaczęło wiotczeć.

Poczuł na sobie ręce. Odciągały go z całych
sił. Krzyki.

Puścił.

Gdy otworzył oczy, Zuzanna klęczała nieopodal,
rzucana suchymi torsjami. Wyglądało na to, że jej twarz nie wróci
prędko do normalnej barwy. Spojrzał na nią obojętnie i podniósł
się. Tyszkiewicz, Smotrycz i Jadzia, jego Jadzia (chciałbyś,
pacanku, pomyślał smętnie) oddzielali go od niedoszłej ofiary
i wrzeszczeli. Pozostali też wrzeszczeli, tylko nieco dalej.

Krzeptowski uniósł rękę w geście poddania.

– Już, już. Będę grzeczny.

– Powiedz to jej, głąbie – krzyknęła zwykle
spokojna Jadwiga, tym razem mocno poruszona. – Nie zdajesz sobie sprawy,
jaki jesteś silny.

– To był sparing. Miała takie same szanse –
odparł słabo. Nie chciało mu się kłócić. Podszedł do walczącej
o odzyskanie oddechu niedawnej przeciwniczki i wyciągnął dłoń.

– Chodź – powiedział. Słowo miało brzmienie
parowozu zgrzytającego na zwrotnicach, w ocenie Krzeptowskiego jednak
stanowiło wielkoduszny przykład dobrej woli.

– Spadaj – reakcja była oczywista. Zuzanna
kolorem nadal przypominała szpitalne prześcieradło, ale nie
oznaczało to wcale chęci przyjęcia pomocy od kogokolwiek. Zwłaszcza
od kolegi. Faceta. Wroga.

– No chodź – ponowił próbę, nadal trzymając
wyciągniętą dłoń tuż przed jej nosem.

Łypnęła ponuro i bez niczyjej pomocy podniosła
się na nogi.

– Dzień dobry, panie inspektorze. A właściwie
dobry wieczór – powiedział Tyszkiewicz do niższego z dwóch
mężczyzn, którzy stali w progu sali i z zainteresowaniem obserwowali
rozwój wydarzeń. Pomyślał z niepokojem, że mogli tak stać od
pewnego czasu, a to oznaczałoby, że widzieli zdecydowanie więcej, niż
chciałby, aby widzieli, i będą wyciągali inne wnioski, niż chciałby,
aby wyciągali. To, co Tyszkiewicz i spółka robili na tej sali
w czasie wolnym od pracy, było wewnętrzną sprawą grupy. Przynajmniej
w teorii.

– Czołem – odpowiedział
inspektor. Szef. Naczelnik. Miał idealnie ponurą minę, jak zawsze. –
Bawicie się?

– Trenujemy – odparł Tyszkiewicz. Nadal lekko
dyszał. Ze zdenerwowania może.

– To jest trening? – inspektor uniósł brew. –
Ciekawe.

Wyższy z mężczyzn przysłuchiwał się tej wymianie
zdań z całkowitą, graniczącą ze znudzeniem obojętnością. Jakub
nie znał go. Pierwsze wrażenie: chęć poznania bliska zeru.

– Staramy się zachować formę –
powiedział.

– W ten sposób? – pytanie świadczyło, że
przybyli jednak widzieli coś niecoś.

– Właśnie w ten – poparł Tyszkiewicza
Krzeptowski. – Jak sie nie wywrócis, to sie nie naucys.

Inspektor wzruszył ramionami.

– Przedstawiam wam nowego członka zespołu –
powiedział, wskazując na swego towarzysza. – Komisarz Jan Tolak.
Z Krakowa. Wydział dochodzeniowo-śledczy Komendy Miejskiej.

Facet nawet nie mrugnął. Stał sztywno wyprostowany,
a Tyszkiewicz utwierdził się w przekonaniu, że go nie lubi. Gość
mógłby grać bez żadnej charakteryzacji gestapowców lub esesmanów
w dowolnym wojennym filmie, wliczając te o dużym budżecie. Wyższy
od Tyszkiewicza o ponad pół głowy – niezbyt wielki wyczyn, bo od
Tyszkiewicza nawet Zuzanna była nieco wyższa – barczysty, o jasnych,
gęstych włosach i niebieskich oczach. Wysunięta do przodu, masywna
szczęka mogła świadczyć o uporze i stanowczości. Regularne rysy
twarzy, prosty, rzymski nos sprawiały, że facet mógł naprawdę się
podobać.

W związku z tym Tyszkiewiczowi od razu się nie
spodobał. Jakub ocenił go jako upierdliwego dupka i miał zamiar
konsekwentnie trzymać się tej nieco jednostronnej – był nawet skłony
to przyznać, w końcu starał się być obiektywny – opinii.

Ale wyciągnął rękę, przywołując na twarz coś
w rodzaju uśmiechu.

– Nadkomisarz Jakub Tyszkiewicz –
powiedział.

Tamten uścisnął dłoń.

– Miło mi – miał głęboki, niski głos.

Idealny do sekstelefonu dla napalonych emerytek,
pomyślał Jakub.

– Komisarz Stanisław Krzeptowski.

– Aspirant Jadwiga Stec.

– Podkomisarz Antoni Smotrycz.

Zuzanna podeszła niechętnie i wyciągnęła
rękę. Jej mina świadczyła wyraźnie, że uważa całą tę
prezentację za zbędną bzdurę.

– Komisarz Zuzanna Cehak – powiedziała przez
zęby.

Nieprawdopodobne, zielono-kocie oczy Zuzanny wywarły
jednak na facecie wrażenie, bo ów ożywił się nieco.

– Bardzo mi miło – powiedział głośniej niż
poprzednio i uśmiechnął się. Przystojna twarz stała się jeszcze
przystojniejsza. – Jan Tolak.

Zuzanna szybko wycofała dłoń i wydęła nieco
wargi, aby wyraźnie dać do zrozumienia, że nie będzie tolerowała
żadnych bzdetów w przyszłych relacjach. Konieczne minimum, oto
obowiązujący model.

Szef nie zwracał uwagi na niuanse.

– Nadkomisarz Tyszkiewicz jest szefem zespołu –
powiedział tonem cierpliwego nauczyciela. Było to niezwykłe, ponieważ
na ogół przemawiał szybko i gwałtownie, wybuchając złością,
gdy ktoś nie nadążał. – Komisarze Krzeptowski i Cehak z Wydziału
do walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw. Podkomisarz Smotrycz,
nasz geniusz komputerowy. A pani aspirant jest najlepszym technikiem od
śladów, jakiego mamy w Warszawie. Z kolei komisarz Tolak wszystko to,
co znajdziecie, przełoży na dowody procesowe.

– Aż z Krakowa? – wyrwało się
Tyszkiewiczowi.

Inspektor spojrzał na niego surowo.

– Przyda wam się spojrzenie z zewnątrz.

Krzeptowski, widząc, że Jakub zbiera się do
odpowiedzi, machnął ręką.

– Kraków od Kościeliska rzut beretem. Dogadamy
się – wyszczerzył zęby w uśmiechu, co nieoczekiwanie sprawiło,
że jego twarz stała się prawie przyjazna. Nawet nie znając komisarza,
Tolak powinien wpaść w błogi nastrój.

To, że nie wpadł, świadczyło tylko na jego
niekorzyść. Przynajmniej zdaniem Tyszkiewicza.

– Jutro o dziesiątej pan nadkomisarz się
u mnie zamelduje. Z koncepcją. A najlepiej ze sprawcą – powiedział
inspektor. Porzucił już uprzejmy ton, mówił szybko, połykając
końcówki.

– Tak jest – odparł Jakub. Sprawca? Jutro? Cenił
angielskie poczucie humoru szefa. – W takim razie my spotykamy się
o ósmej trzydzieści – zwrócił się do zespołu. – Jak rozumiem,
pan komisarz też będzie obecny.

Tamten skinął głową. Ruch zmierzyłaby jednak
tylko precyzyjna suwmiarka, z podziałką do dziesiątych części
milimetra.

Krzeptowski zerknął na Jadwigę, zobaczył
przyjazne i pełne ciepła spojrzenie skierowane w stronę Tolaka, po
czym błyskawicznie dołączył do grona przeciwników nowej gwiazdy
zespołu.

Facet miał przebimbane już na starcie.

2.

– Facet ma przebimbane – powiedział Tyszkiewicz
blisko kwadrans później. Nie mógł otworzyć drzwi samochodu. Zwykle
w tej klasy autach problemy z zamkami nie występują, ale tym razem
coś szwankowało. Wzdrygnął się. – Zimno.

– A tam – mruknął Krzeptowski, nie precyzując,
do czego się odnosi uwaga. – Daj, pomogę ci.

Jakub podał mu kluczyk zintegrowany
z pilotem. Dłoń, mimo iż okryta rękawiczką, była sztywna z zimna,
choć na dworze przebywali od niespełna pięciu minut. Krzeptowski
przytknął urządzenie bliżej maski samochodu i energicznie nacisnął
guzik.

Nic.

– Baterie kiedy zmieniałeś?

– Dawno. Ale jeszcze dwie godziny temu nie było
problemu.

– Dwie godziny temu było pięć stopni cieplej. To
znaczy o pięć stopni mniej zimno. – Ogrzewał pilota w wielkiej
dłoni. – Dupek. I to obcy. Po co on tutaj?

Tyszkiewicz znał się z Krzeptowskim od tylu lat,
że nagłe zmiany tematu nie robiły już na nim wrażenia. Nigdy nie
tracił wątku.

– Szpicel.

– Myślisz? – zainteresował się Krzeptowski. –
Wiesz, co to znaczy?

– Wiem. Że sprawa jest dużo poważniejsza,
niż myślimy.

– I mamy przechlapane…

– …bo obojętnie, czy wygramy, czy
przegramy…

– …i tak nas udupią…

Pilot w końcu zadziałał, zamek odskoczył
z trzaskiem. Silniejszy niż inne podmuch wiatru zachwiał
dyskutantami. Płatki śniegu wirowały w świetle ulicznych
latarni.

Drzwi dało się otworzyć nie bez pewnego oporu. Obaj
z ulgą zasiedli w fotelach. Samochód, choć przyjechali nim nieco ponad
dwie godziny temu, był zmarznięty na kość. Tyszkiewicz przekręcił
kluczyk. Silnik zapalił, chociaż po nieco dłuższej niż zwykle
chwili.

Jakub spojrzał na tablicę rozdzielczą.

– Jezus Maria, minus dwadzieścia. Jeszcze w dzień
było siedem stopni mrozu.

– Nie przejmuj się. To szwedzki samochód. Na
zimowy klimat robiony.

Tyszkiewicz skinął głową. Volvo XC 90
z napędem na cztery koła wydawało się stworzone do jazdy w takich
warunkach.

– Nie o samochodzie mówiłem, tylko o sobie.
A pan dupek będzie musiał się trochę wykazać.

– Będzie musiał – przytaknął Krzeptowski. –
Nie będzie miał łatwo.

– Ja jestem szefem i postaram się, żeby nie
miał łatwo.

– Powinien mieć trudno.

– Raczej tak. Będzie miał.

Krzeptowski umilkł na chwilę. Silnik pomału się
rozgrzewał. Wiatr targał samochodem, a niebo sypało śniegiem jeszcze
gwałtowniej niż przed chwilą.

– Mam pewien pomysł…

– No? – zachęcił go Jakub. Przesunął
dźwignię zmiany biegów na pozycję „D”, skręcił kierownicę
i ruszył.

– W sprawie – wyjaśnił. Mówił o dochodzeniu,
które zespół prowadził od wczoraj. – Może nie pomysł nawet,
a podejrzenie. Cień podejrzenia.

– To dobrze. Ja na razie nie mam żadnego. Powiesz
mi?

Krzeptowski pokręcił głową.

– Jutro. Muszę jeszcze coś przemyśleć.

– Dobra. Powiesz mi jutro.

– No. I tylko tobie, na razie.

Tyszkiewicz zdumiał się, chociaż był
przyzwyczajony do różnych, nieraz dziwacznych pomysłów
Krzeptowskiego.

– Coś wiesz?

– Nie. Ale mam obawy. Powiem ci jutro –
definitywnie uciął ten wątek rozmowy. – A ta cipcia?

– Zuzanna? Zostaw ją. Sama nie wie, czego
chce.

– Nie sądzę. Dałeś sobie skopać
dupę. Specjalnie?

– Zwariowałeś? Odbiło jej. Składała się
wyłącznie z adrenaliny.

– Niezbyt cię lubi. A jak ona kogoś nie lubi,
trza się bać.

– Może ma trudny moment w życiu. Dlatego jest
agresywna.

– Agresywna? To granat. Odbezpieczony. Chce walczyć
z całym światem.

– Mimo wszystko to dobra dziewczyna – powiedział
Tyszkiewicz. Ostatnio sam w to nie wierzył. – Trochę popierdolona,
ale naprawdę okej.

– Nie – Krzeptowski był poważny jak nigdy. –
Chciała ci zrobić krzywdę. Ona nie jest okej i ma coś do ciebie. Wiesz
może, o co chodzi?

– Nie mam pojęcia – odparł Jakub, myśląc
o dwóch splecionych w przyjacielskim uścisku osobach, które niedawno
przypadkiem zobaczył na ulicy.

– Masz.

– Nie.

Kłamał.

3.

– Halo?

– Dzień dobry. Czy rozmawiam z panią Heleną
Berezowiec?

– Przy telefonie. Kto mówi?

– W imieniu wspólnoty mieszkaniowej sprawdzam
pewne dane. A więc pani Helena Berezowiec?

– Już mówiłam. Tak.

– Lat trzydzieści. Wzrost sto siedemdziesiąt
pięć centymetrów. Rozmiar garderoby trzydzieści sześć. Rozmiar
biustonosza siedemdziesiąt pięć C. Zgadza się?

Helena od początku wiedziała, że nie chodzi
o żadną wspólnotę mieszkaniową.

– Nie podoba mi się ta rozmowa…

– Mężatka?

– Proszę dać mi spokój…

– Nie mam najmniejszego zamiaru dać pani
spokoju. Wprost przeciwnie.

Helena spojrzała na display telefonu. Aparat nie
identyfikował numeru, z którego dzwonił natręt.

– Pan mi się narzuca. Będę zmuszona zadzwonić
na policję.

Mężczyzna roześmiał się gromko.

– Ależ bardzo proszę. Oni nigdy nie
przyjeżdżają na czas. Ale nie odpowiedziała pani na moje pytanie:
mężatka? Jest pani sama w domu?

Helena wcisnęła czerwony guzik i przerwała
połączenie. Rozejrzała się. Pokój tonął w półmroku, za
oknem śnieg padał wielkimi, cichymi płatkami. Wiatr napierał na
szyby.

Zastanowiła się, czy jest gotowa na to, co ma
wydarzyć się w ciągu najbliższych minut. Bo tego, że coś się
wydarzy, była absolutnie pewna.

Cztery piętra niżej i pięćdziesiąt metrów dalej
mężczyzna spojrzał w zadumie na zamilkły nagle telefon. Uśmiechnął
się do siebie.

To będzie łatwa zdobycz, pomyślał.

Wyciągnął z kieszeni pęk kluczy i wybrał jeden
z nich. Już przy pierwszej próbie zamek drzwi wejściowych poddał się
bez oporu. Mężczyzna wszedł do jasno oświetlonego hallu, z pewną
miną skinął głową siedzącemu w przeszklonej budce ochroniarzowi,
ukłonił się mijającej go kobiecie, po czym wskoczył do windy. Wybrał
przycisk czwartego piętra. Po kilkunastu sekundach kabina z cichym
szumem zakończyła swój bieg.

Wyszedł i rozejrzał się. Na klatce były tylko dwa
mieszkania. Poszedł w lewo. Zatrzymał się przed drzwiami, pilnując,
by nie znaleźć się w polu widzenia wizjera. Ponownie wyjął
klucze, zawahał się przez chwilę, po czym jeden z nich włożył
do zamka. Przekręcił, najciszej jak umiał. Nacisnął klamkę
i pchnął lekko. Bingo. Ostrożnie wszedł do środka. Zamknął za
sobą drzwi.

W mieszkaniu panował mrok. Tylko blask ulicznych
latarni, przytłumiony padającym śniegiem, lekko rozjaśniał
wnętrze. Mężczyzna postąpił krok do przodu. Pół sekundy później
poczuł zimny, okrągły przedmiot uciskający skórę za uchem i zimny
psi nos dotykający opuszczonej dłoni.

– Mam w ręku smith & wessona kalibru
trzydzieści osiem setnych cala. Zrobisz krok i nie masz mózgu. Obok
stoi pies rasy Tosa Inu. Zrobisz pół kroku i nie masz ręki –
usłyszał miękki, aksamitny alt, bez wątpienia należący do niedawnej
rozmówczyni.

– Mózgu i ręki może nie. Ale mam coś
innego. Znacznie lepszego…

– Tak? Ja też mam.

– A co?

– Mam pokazać?

– Pokaż.

Mężczyzna odwrócił się. Stojąca przed
nim kobieta dorównywała mu wzrostem. Miała na sobie tylko krótki
szlafrok. Mężczyzna pociągnął za pasek. Kobieta cofnęła ramiona,
szlafrok rozchylił się i opadł na podłogę.

– Pięknie. Chcesz wiedzieć, jak to jest
u mnie?

– Tak.

– Sprawdź sama.

– Chętnie – Helena wzięła Jakuba za rękę
i powiodła wprost w mrok, do sypialni.

Olbrzymi, ważący dziewięćdziesiąt kilogramów
płowy pies odprowadził ich uważnym spojrzeniem.

4.

Dwa małe kinkiety rzucały raczej chybotliwe cienie,
niż rozświetlały wnętrze.

Jakub spojrzał na żonę. Delikatny profil,
brzoskwiniowa skóra, kruczoczarne włosy i cała zachwycająca
reszta były ledwie widocznymi w półmroku konturami, pozostawiając
wyobraźni wielkie pole do popisu, z czego zresztą Jakub był bardzo
zadowolony. Uwielbiał grę wyobraźni z Heleną w roli głównej.

– Pracowałaś? – zapytał.

– Tak. Prawie cały dzień. Przygotowania do Wigilii
leżą. Może pogoda mnie tak nastraja, ale miałam pomysł.

Tyszkiewicz rozejrzał się i zauważył stojący
w kącie blejtram. Zapalił nocną lampkę i przez chwilę przyglądał
się obrazowi. Miękko padające światło podkreślało precyzyjną
kompozycję i niespokojną, niemal demoniczną formę. Barwy tańczyły
na płótnie, żyły samodzielnym życiem, choć były przecież ściśle
podporządkowane treści.

Oniemiał.

– Wspaniałe. To jest absolutnie wspaniałe. Lena,
mówię poważnie. Najlepszy obraz, jaki do tej pory stworzyłaś
– powiedział cicho, gdy już był w stanie wydobyć z siebie
głos. Patrzył na nią rozszerzonymi z zachwytu oczami.

– Miło – uśmiechnęła się czule. Stały
rytuał: dzieło, które zdecydowała się pokazać światu,
niedokończone w szczegółach, ale przemyślane co do koncepcji,
wstawiała do sypialni, a Jakub był pierwszym recenzentem. Niefachowym,
często nieumiejącym wyrazić słowami targających nim uczuć, ale
uważnym i przenikliwym. Jego dziecięcy entuzjazm był najlepszym
bodźcem do pracy, jaki Helena mogła sobie wyobrazić.

– Nie mówię tego, aby było
miło. Serio. Weszłaś na jakiś kosmiczny poziom, to jest namalowane
inaczej niż wszystkie dotychczasowe obrazy. To… arcydzieło. Lester
dostanie spazmów z zachwytu.

Jonathan Lester był właścicielem jednej
z największych galerii sztuki w Londynie. Gdy trzy i pół roku
temu spotkała go na jednym ze swoich warszawskich wernisaży, była
nikomu nieznaną, zaledwie dobrze rokującą malarką bez grosza przy
duszy. Lester podjął się zostać jej agentem. Od tej pory zmieniło
się wszystko.

– Nawet dzwonił dzisiaj. Chce mnie po Nowym Roku
zaprosić do siebie. Ma dwóch klientów. Widzieli wcześniejsze rzeczy
i nękają go codziennie. Tak się wyraził: „nękają”. Wiesz,
co to znaczy w ustach Anglika? – zachichotała. – Aha i mówił
o sumach sześciocyfrowych. W funtach szterlingach.

Jakub już dawno przyzwyczaił się do faktu,
że w ich stadle to Helena jest myśliwym przynoszącym zwierzynę
do domu.

– Wspaniała wiadomość – rzekł
z namaszczeniem. – Nie mówię o pieniądzach. Po prostu domyślam się,
co może dla artysty znaczyć docenienie jego dzieł przez odbiorców.
A pieniądze…

– …przydadzą się – dokończyła za
niego.

Ponieważ Helena podniosła się na łokciu, kołdra
opadła nieco i Tyszkiewicz zaczął z ogromną uwagą przyglądać
się żonie.

– Muszę coś sprawdzić – powiedział, dotykając
jej piersi. – Mały check in.

– Wszystko jest w porządku, ale
sprawdź. Ostrożności nigdy dość.

Niezwłocznie przystąpił do przeglądu. Nie zgasiła
lampki, pozwalając mu rozkoszować się chwilą.

– Lubię swoje życie – szepnęła w ciemność
po niezwykle wyczerpujących trzech kwadransach. Jakub, wtulony w jej
ramię, posapywał lekko przez nos. Spał. – I lubię swoje życie
z panem, nadkomisarzu.

Jednak przebiegająca przez głowę myśl
spowodowała, że Helena spochmurniała i nie mogła zasnąć niemal
do świtu.

ROZDZIAŁ II23 grudnia 2011 roku1.

– Dobrze. Podsumujmy – powiedział nadkomisarz
Jakub Tyszkiewicz, mieszając lurowatą kawę. Wypił łyk. – Jezu,
to coś nie nadaje się do picia. Jadwiga?

– Zgadzam się.

– Ja też – dodał Krzeptowski, tocząc wokół
marsowym spojrzeniem.

– Nie mówię o kawie. Mówię o śledztwie.

– A prowadzimy jakieś? – Smotrycz przechylił
głowę i spojrzał uważnie na nadkomisarza.

Stałość repertuaru. Niezmienność początków
zebrań. W tej czy innej konfiguracji ludzkiej, zawsze tak było. Tolak
– Nowy Nabytek skrzywił się z niesmakiem.

I właśnie o to chodzi. Może sam zrezygnuje.

Nowy Nabytek zjawił się w komendzie kwadrans
przed czasem, co tym bardziej potwierdzało, że ocena Tyszkiewicza
w kwestii bycia dupkiem została dobrana całkowicie trafnie. Reszta
zespołu schodziła się niespiesznie, ostatni jak zwykle przyszedł
Henio Niespodziany, sapiąc z wysiłku i robiąc w piętnaście sekund
kosmiczny bałagan w promieniu kilku metrów od siebie.

Siedzieli w małym i zagraconym pokoiku na
drugim piętrze Komendy Stołecznej. Odkąd rozkazem szefa zespół
został powołany do życia, przydzielono im to pomieszczenie,
uzasadniając, że znajduje się w nim „najszybsza sieć w całym
województwie i inne udogodnienia”. Sieć rzeczywiście funkcjonowała
sprawnie, innych udogodnień Jakub nie mógł się, mimo szczerych
chęci, dopatrzeć. Każde biurko prezentowało inny trend wzornictwa
przemysłowego, krzesła pamiętały początki policji, komputery,
również dość antyczne, były trzy – po jednym na dwie osoby.

Mimo wszystko nominacja była krokiem
w karierze. Tyszkiewicz miał trzydzieści pięć lat,
nieczęsto z jego stażem zostaje się szefem specjalnego zespołu
dochodzeniowo-śledczego. Czuł się wyróżniony, choć przesłanki,
którymi kierował się komendant przy wyborze, nie były do końca jasne
i, szczerze mówiąc, mocno Jakuba niepokoiły. Konkurentami do objęcia
funkcji było przynajmniej dwóch znacznie bardziej doświadczonych
policjantów.

– Prowadzimy. Aha, gwoli wyjaśnienia. Heniu,
jak zwykle nie było cię na treningu…

– Przecież mówiłem, że ćwiczę w domu…

– …więc nie poznałeś pana komisarza
– ciągnął Tyszkiewicz, próbując przebić się przez śmiech
Krzeptowskiego, Jadwigi i cieniutkie rechotanie Smotrycza. – Komisarz
Jan Tolak, oddelegowany z Komendy Miejskiej w Krakowie – skinął
głową w stronę nieruchomo siedzącego Nowego Nabytku. – A to komisarz
Henryk Niespodziany z wydziału dochodzeniowo-śledczego.

– Miło poznać – mruknął Tolak tonem, którego
zwykle używa się do rozmów o pogodzie.

– Mnie również – chrząknął Henio, wiercąc
się niecierpliwie. Już mu było niewygodnie. Miał kaca, głowa łupała
zdrowo, a poranny telefon od tego człowieka wprawił
go w niezbyt komfortowy miks konfuzji i lekkiego podniecenia. Święta
za pasem, a te telefony zwykle oznaczały przypływ
gotówki, choć jej zdobycie nigdy nie było bezproblemowe.

– Okej. Zaczynajmy. Jadwiga?

– Zgon nastąpił pomiędzy północą a drugą
nad ranem półtorej doby temu, w nocy z dwudziestego pierwszego na
dwudziestego drugiego grudnia. Ofierze zadano jeden śmiertelny cios
nożem. Narzędzia zbrodni nie znaleziono. – Jadwiga: precyzyjna,
dokładna, wręcz pedantyczna. Żadnych wątpliwości, że swoją robotę
wykonała rzetelnie. Porzuciła żartobliwy ton. Poranną policyjną kawę
piła bez słowa skargi. – Mieszkanie zostało dokładnie wysprzątane,
zespół oględzinowy nie znalazł żadnych istotnych śladów, odcisków
palców, nic. Drzwi wejściowe nie noszą śladów włamania. Zabójca
był praworęczny. Cios został zadany fachowo, prosto w serce. Może
to przypadek, ale nie wierzę w to. Zabił człowiek, który umiał
posługiwać się nożem. Myślę, że zabójca był tego samego wzrostu
co ofiara: około metr siedemdziesiąt pięć, metr osiemdziesiąt. To
tyle.

Jakub spojrzał na Zuzannę.

– Kto znalazł ofiarę? – zapytał.

– Matka. Ma klucze. Nie mogła się dodzwonić
ani na komórkę, ani na telefon stacjonarny, ani do pracy. Przyszła,
znalazła syna leżącego na środku pokoju, zadzwoniła na policję. Od
tej pory nie powiedziała ani słowa. Próbowałam ją przesłuchać,
bez rezultatu. Lekarze mówią, że szok może potrwać.

Tyszkiewicz skinął głową. Kłopoty ze świadkami
to był chleb powszedni.

– Co dalej?

– Krytycznej nocy żaden z sąsiadów ani
na klatce, ani w ogóle w całej kamienicy nie widział, o której
ofiara wróciła do domu. Także nikt nie zwrócił uwagi, czy ktoś
Wicherka odwiedzał. Nikt nic nie słyszał, nikt nic nie widział. Nie
mamy żadnego świadka, który mógłby coś wnieść – pozbawiony
intonacji głos, brak emocji, wzrok wbity w notatki. Ogólne wrażenie:
zainteresowanie sprawą sprowadzone do mechanicznej wyliczanki. – Drzwi
wejściowe nie noszą śladów włamania, w mieszkaniu brak śladów
walki. W ogóle nie dało się stwierdzić śladów obecności kogoś
innego niż ofiara. W rzeczach osobistych nie znaleźliśmy niczego
ciekawego ani wartościowego.

– Ofiara to Bartosz Wicherek, mężczyzna, rasy
białej, lat trzydzieści dwa – Krzeptowski płynnie przejął od
Zuzanny pałeczkę. Po wczorajszej scysji nie zostało śladu. –
Rozwodnik. Zamieszkały przy Waliców 17. Mieszkanie własnościowe,
bez obciążonej hipoteki. Otrzymał je w spadku. Naukowiec, zatrudniony
w Instytucie Meteorologii i Gospodarki Wodnej. Współpracownicy
i szefowie twierdzą, że facet był cichy, pracowity i nie sprawiał
żadnych kłopotów.

Zapadło milczenie. Po chwili odezwał się Smotrycz,
mocno skupiony, świetnie zorganizowany i logiczny. Jak maszyny,
z którymi przestawał na co dzień.

– W mieszkaniu znajdował się pecet wyposażony
w najmocniejszy z dostępnych na rynku procesorów, osiem gigabajtów
pamięci RAM i dwa terabajty miejsca na twardym dysku – nawet dla
Tyszkiewicza, z informatycznymi nowinkami zaprzyjaźnionego wyłącznie
w użytkowym zakresie, brzmiało to imponująco. – Na komputerze
zainstalowanych jest szereg profesjonalnych, specjalistycznych
aplikacji, związanych, tak mi się na razie wydaje, z wykonywanym
zawodem. Zawartość poczty elektronicznej ma w zdecydowanej większości
związek z pracą. Prywatne e-maile tylko do i od niejakiej Patrycji
– zajrzał do notesu – Winiarskiej. Poza tym…

– No? – zachęcił go Tyszkiewicz, dolewając
nieco mleka do kawy. Nie mógł rozstrzygnąć, która wersja jest gorsza:
z mlekiem czy bez. – Chyba przyniosę własną, pomyślał. Albo
zacznę słodzić.

– Jest jeden folder. Zamknięty i na razie nie
mogę go otworzyć. Mam też podejrzenia, że zawartość została
zaszyfrowana. Co najciekawsze, wydaje mi się, że plik jest
tak skonstruowany, że w razie nieautoryzowanego otwarcia uwalnia
aplikację, która rozpoczyna nieodwołalny i błyskawiczny proces
formatowania dysku. Krótko mówiąc, jeżeli coś pójdzie nie tak,
utracimy wszystkie dane.

– Sprawdziłeś jego komputer służbowy? –
zapytał Tyszkiewicz.

– Jeszcze nie. Mam go u siebie, ale na
razie stoi i czeka. Obejrzałem tylko. Ma również dość mocne
zabezpieczenia. Uznałem, że ważniejszy jest komputer domowy i ten
zaszyfrowany plik. Chociaż, jeżeli pytasz mnie o zdanie, sądzę,
że w obu tych maszynkach nie ma nic, co nam pomoże.

Znowu zapadła cisza.

– Podsumujmy więc – powiedział spokojnie
nadkomisarz. – Mamy naukowca, meteorologa. Spokojnego. Miał
nudne i uporządkowane życie zawodowe, o życiu prywatnym nie
wspominając. Sprowadzało się do pracy w domu. Szefowie go chwalą,
współpracownicy lubią i cenią. Facet nie miał żadnego majątku,
bo trudno nazwać majątkiem czterdziestometrową klitę w zrujnowanej
kamienicy, gdzie nie przejdziesz korytarzem bez dania w mordę jakiemuś
sikającemu żulowi. Stan konta: tysiąc sześćset złotych. Zgadza
się?

Pytanie miało w sobie pewien haczyk, co wszyscy
obecni wyczuli, ale zgodnie kiwnęli głowami. Nawet komisarz
Tolak.

– Gość był biedny i nie zajmował się żadną
strategiczną dziedziną nauki. Nie miał nic, co warto by mu ukraść,
i nie zajmował się niczym, dla czego warto by go zabić. A jednak zginął
od ciosu nożem zadanego przez zawodowca, bo zgadzam się z Jadwigą: to
mógł być zawodowiec, ponieważ nie zostawił po sobie żadnych śladów
i umiał się maskować dostatecznie dobrze, by go nikt nie zauważył,
a nawet jeżeli – nie zapamiętał. Wszyscy zatem zgadzacie się,
że jesteśmy w dupie, koleżanki i koledzy. Pracujemy prawie drugą
dobę i nie mamy nic, z czym mógłbym pójść do szefa.

Tyszkiewicz omiótł spojrzeniem zebranych. Wszyscy
milczeli. Całe szczęście komisarz Tolak nie pozwolił sobie na
jakikolwiek gest, który można by opacznie zinterpretować. Prawdę
mówiąc, nie wykonał najmniejszego ruchu.

– Może jest coś takiego – powiedziała
Zuzanna. Była skupiona i ostrożna. Doktor Jekyll i pan Hyde. Pani Hyde,
poprawił się w myślach Tolak, wpatrując się w jej idealnie wykrojone
wargi. Złapał się z niesmakiem na tym, że Zuzanna jednak działa na
niego, w jakiś niezbyt uświadomiony sposób. A właściwie, szlag by
trafił, uświadomiony. – Wicherek był rozwodnikiem. Rozwiódł się
niespełna pół roku temu. Ta Patrycja Winiarska, o której mówił
Antoni, to jego była żona. Krótkie małżeństwo, trwało niewiele
ponad dwa lata, ale przebiegało dość burzliwie, zdaje się. Winiarska
jest znaną modelką, sądząc z tytułów prasy kolorowej, dość
rozrywkowym dziewczęciem – nadal zero intonacji i emocji, mechaniczny
profesjonalizm. Zuzanna Maszyna, I am the robot, te rzeczy. – Państwo
Wicherek postawili na swobodę obyczajów, trójkąty, całoweekendowe
balety, swingers party. Pogadałam z paroma znajomymi, głównie jej,
bo on prawie nie miał swojego kręgu towarzyskiego. Wszyscy zgodnie
i bez skrępowania twierdzą, że raczej ona była prowodyrem wszystkich
akcji, on robił to dla niej, zakochany po uszy.

– Jeśli był zakochany, dlaczego pozwalał, żeby
bzykali ją inni faceci, i to jeszcze na jego oczach? – zapytała
Jadwiga z irytacją. Pracowała w policji od wielu lat, co wcale nie
oznaczało akceptacji niektórych aspektów ludzkiego życia.

– Zapytaj jakiegoś faceta, nie mnie –
warknięcie. Zuzanna opuściła szczelnie przylegającą maskę, ale po
sekundzie uniosła ją z powrotem. Wrócił spokojny ton. – Chciał
spełnić wszystkie jej zachcianki. Nawet takie. Chciał, żeby była
szczęśliwa.

– O matko! – Jadwiga westchnęła głośno
i skrzywiła się.

– Okej. Miał trudne pożycie małżeńskie
– Tyszkiewicz za wszelką cenę nie chciał dopuścić do dyskusji
światopoglądowej. Ale może rzeczywiście to był jakiś trop. –
Mamy dwóch facetów: tego z okresu małżeństwa, balowicza i hulakę,
nawet jeżeli nie z własnej woli, oraz rozwodnika, skupionego na pracy
mola książkowego. Dwóch różnych ludzi, tak na moje oko. Co dla nas
z tego wynika?

– To chyba dość proste – Zuzanna
wysforowała się na czoło peletonu i nie zamierzała nikomu
oddawać żółtej koszulki lidera. – W czasie małżeństwa
był wyraźnie pod jej wpływem. Niektórzy znajomi określają ten
wpływ słowem: „toksyczny”. Ta laska może się podobać, jest
efektowna, na swój sposób inteligentna i ma kupę forsy, zazdrośnie
chronionej, nawiasem mówiąc, bo zanim zaciągnęła go do ołtarza,
pamiętała o podpisaniu intercyzy. On wyszedł z tego małżeństwa
goły. Rozwód nastąpił na jej wniosek. Wzięła adwokata, ten
zrobił z Wicherka sodomitę, gwałciciela i pedofila. Sąd orzekł
rozkład pożycia z winy małżonka. Świadkowie twierdzą, że to
bardzo kopnęło Wicherkiem. Pewnie przejrzał na oczy. Rozmawiałam
z jego siostrą. Powiedziała mi, że od rozwodu nie mógł dojść do
siebie. Przeżył załamanie nerwowe, miał stany depresyjne. Był na
bezpłatnym urlopie i właściwie przeszedł na utrzymanie siostry. Tylko
dlatego nie umarł z głodu. Wrócił do pracy miesiąc temu. Raz,
gdy już stanął na nogi, w przypływie szczerości zwierzył się
siostrze, że ją zabije. Swoją byłą żonę, żeby nie było
wątpliwości.

– Ludzie mówią różne rzeczy w takich sytuacjach
– zauważył Krzeptowski.

– Siostra twierdzi, że był śmiertelnie
poważny. I nigdy wcześniej mu się to nie zdarzało.

– Masz zeznanie? – zapytał Tyszkiewicz.

– Mam – Zuzanna otworzyła leżącą przed nią
na stole teczkę.

– Okej – Tyszkiewicz machnął ręką. Na
tym etapie, czterdzieści minut przed spotkaniem z szefem, nie będzie
zagłębiał się w lekturze protokołów. Wszyscy rozumieli, o co
chodzi. Potem się będzie tłumaczył przed prokuratorem. – Na razie
mamy cień poszlaki, i to nie na temat. Bo to Wicherek miał powód,
aby zabić. A nie odwrotnie. Chyba że zdradził się byłej żonie
ze swoimi planami i ona wykonała uderzenie uprzedzające, w swoiście
pojętej samoobronie. Albo wynajęła kogoś.

– Mam bilingi jego rozmów – Zuzanna wyjęła
z teczki wielokrotnie złożony arkusz papieru. – W ciągu ostatnich
trzech miesięcy dzwonił do byłej żony trzydzieści pięć razy na
telefon komórkowy i piętnaście razy do domu. Niektóre z połączeń
trwały bardzo krótko, ale, zwłaszcza ostatnio, zdarzały się
rozmowy po czterdzieści minut. O czym mógł gadać Wicherek z byłą
żoną przez tyle czasu? Kobietą, która go tak potraktowała podczas
rozwodu?

– Dobre pytanie – podsumował Tyszkiewicz. –
A co ona robi teraz? Ta żona?

– Baluje. Zmienia facetów co dwa tygodnie. Zarabia
coraz lepiej i bawi się coraz lepiej.

– Rozmawiałaś z nią?

– Była poza Warszawą. Umówiłam się na
spotkanie. Na dzisiaj, zaraz po naradzie.

– Dobrze. Idź i przyciśnij. Chcę też znać
bilingi pani Patrycji.

– Jej?

– Tak. Dowiedz się, czy ona
dzwoniła do niego. W ogóle chcę
wiedzieć wszystko o jej kontaktach. Rozmowy, esemesy, poczta
elektroniczna. Bierzemy laskę pod lupę.

– Życia nam nie starczy, żeby się przez to
przekopać.

– Antek ci pomoże. I może pan komisarz Tolak? –
spojrzał na nowego. Tamten skinął głową. Zuzanna nie zareagowała
w ogóle.

Dziś na treningu dostanę za swoje, pomyślał
Tyszkiewicz. Ale przynajmniej tych dwoje zejdzie mi z oczu.

– Antek, ustal IP komputera byłej żony
ofiary. Odczytaj jej pocztę…

– To nielegalne – Smotrycz ze świętoszkowatą
miną wzniósł oczy do nieba.

– Poważnie? W takim razie zostaniesz
przestępcą. Chcę wiedzieć wszystko, co się da. Druga sprawa: otwórz
komputer służbowy Wicherka i ten zamknięty plik z prywatnego.

– Ale…

– Uruchom swoich znajomków, niech ci
pomogą. Masz moje pozwolenie – z naciskiem powtórzył Jakub. Wszyscy
zdawali sobie sprawę, o jakich znajomych Smotrycza mowa. – Jadwiga,
badaj dalej mieszkanie i narzędzie zbrodni. Musi być jakiś ślad.
W końcu go znajdziesz.

– Już szukałam – Jadwiga potrząsnęła
głową. Szopa niesfornych loków rozleciała się na boki. Biust
zafalował. Krzeptowski westchnął.

– Wiem. Ale zrób to dla mnie i poszukaj jeszcze
raz. Myślę, że jesteś dokładniejsza niż sprawca.

– Tak jest. – Z Jadwigą pracowało się
świetnie. Była empatyczna, dobrze wychowana i profesjonalna.

– Heniu, pogrzeb w przeszłości Wicherka. Pogadaj
z jego znajomymi, kolegami z pracy i szkoły. Dowiedz się, kto go nie
lubił.

– Pewnie nikt – komisarz wzruszył ramionami. Ból
głowy nie ustępował. Chciało mu się pić.

– Pewnie nie. Ale dowiedz się. Pana komisarza
poproszę ze sobą do szefa – skinął na Krzeptowskiego.

– Inspektor prosił, abym ja też był obecny –
powiedział cicho Tolak.

– Pan dostał wyraźne polecenie, prawda? –
Tyszkiewicz spojrzał na komisarza beznamiętnym wzrokiem. Krzeptowski
kochał te chwile. – Został pan przydzielony do zespołu komisarz
Cehak.

– Inspektor wyraźnie zaznaczył… – tamten
nie zamierzał ustępować. Gładko wygolona szczęka zacisnęła się
nieco.

– Podlega pan mnie, bez żadnych dyskusji. I ja
panu wydaję polecenia służbowe. Przed chwilą właśnie je wydałem
i mam nadzieję, że zostało właściwie zrozumiane.

Chwilę trwało milczenie. Pozostali członkowie
zespołu nieźle się bawili. Doskonale znali zakończenie tej krótkiej
wymiany zdań.

– Tak jest – ramiona Tolaka opadły
nieznacznie.

– A my idziemy – rzucił Tyszkiewicz bez
cienia satysfakcji i razem z nucącym pod nosem Krzeptowskim wyszli
z pokoju.

Tylko Jadwiga rozpoznała, że fałszywie intonowaną
melodią był temat przewodni z „Pszczółki Mai”. Wybór oczywisty:
Wodecki też jest z Krakowa.

2.

– Co sądzisz?

– To samo co ty.

– Mów.

Stanęli w najdalszym końcu korytarza. Nie
było to dyskretne miejsce, ale nie mieli wielkiego wyboru. Krzeptowski
wyciągnął gumę do żucia, odwinął z papierka i nie poczęstowawszy
Tyszkiewicza, zaczął żuć. Nie spieszyło mu się. Do spotkania
z szefem zostały całe cztery minuty.

– Dostrzegam kilka problemów – odezwał się
w końcu. – Pierwszy: mamy na tapecie klasycznego pana nikt.

– Prawda. Nieznośna przeszkoda nie do
przejścia.

– Cicho! – Szorstki ton. Uśmiech. Krzeptowski
à la carte. – W facecie nie ma nic ciekawego. Nie miał żadnych
powiązań z nikim istotnym, nie miał pieniędzy, ani nawet nie był
fizykiem atomowym. Miał tylko eks-żonę nimfomankę, ale to też
żadna rewelacja. Połowa facetów ma takie. Pytanie: dlaczego do tej
sprawy zostaje utworzony specjalny zespół dochodzeniowo-śledczy
i kilku dobrych fachowców odrywa się od innych zajęć? Nie mówię
nawet o sobie, ale Smotrycz i Jadwiga mają co robić. Nawet ta cała
Zuzia to też gwiazda – skrzywił się leciutko. – Drugi problem,
związany ściśle z pierwszym: pan Tolak z Krakowa. Po cholerę nam pan
Tolak z Krakowa? Szpicel, wtyczka, kret. Jasne. To tylko potwierdza,
że im bardziej się wszystko nie trzyma kupy, tym poważniej sprawę
traktują nasi szefowie, albo szefowie naszych szefów, albo diabli
wiedzą kto. Ladies and gentlemen, problem numero tri: nadkomisarz
Jakub Tyszkiewicz jako szef zespołu. Gliniarz z ciebie jak z koziej
dupy trąba…

– No, no…

– …ale masz dobry węch i jesteś uczciwy. Od
kiedy to jest powód, żeby kogoś robić szefem? Na czele zespołu,
jeżeli już został utworzony, powinien stać ktoś starszy, z trzy
razy większym doświadczeniem. Gliński, Bondaruk albo jakiś inny,
wicie, rozumicie, fachowiec – specjalista. Ty jesteś pięknoduch
i dobry człowiek, bez żadnych politycznych układów. Na mój nos, ktoś
cię chce udupić. I to jest właśnie to, co mi się nie podoba.

Ta sama myśl męczyła Tyszkiewicza od momentu,
w którym dostał nominację.

– Problem last but not least czwarty:
morderca. Całkiem możliwe, że mamy do czynienia z zawodowym
kilerem. Powiedz mi, co takiego przeskrobał pan Wicherek, że zajął
się nim zawodowiec? Nic mu nie ukradł ani się na nim nie mścił,
bo za co niby mścić się na Wicherku? A ilu jest na rynku morderców
zabijających nożem, i to w taki sposób? Ilu umie zniknąć bez
śladu? Ja sobie żadnego nie mogę przypomnieć. Przeważnie wszyscy
walą z pistoletu, kałacha albo podkładają bombę. Co więc
zostaje?

– KGB – mruknął Tyszkiewicz.

– O kurwa, człowieku, że też na to nie
wpadłem. Mi chodzili po głowie kosmici. Bez jaj. Wersję o zemście
byłej żony, czy tam akcie samoobrony, jeśli wolisz, można między
bajki włożyć. Pomijam fakt, że takie rozrywkowe panienki przeważnie
nie są aż tak zdesperowane; żeby zlecić zabójstwo, trzeba mieć
jaja. Postraszyć, może zlecić pobicie, ale nie zabić. To jest
droga bez odwrotu. Panienka ma za dużo do stracenia. Więc odpada moim
zdaniem.

– Zatem mamy wniosek, że Wicherka zabił
zawodowiec, nie mając do tego najmniejszego powodu, na zlecenie żony,
która nie ma jaj, aby wydać takie zlecenie.

– Właśnie. Jesteś na właściwym tropie. Co
robimy?

– Prześwietlamy pana Wicherka na wylot. W jego
życiu tkwi odpowiedź na pytanie, kto zabił i dlaczego.

– Poważnie? Myślałem raczej o tym, że
powinieneś złożyć rezygnację. Tu, teraz i natychmiast.

– Naprawdę tak myślisz? – Jeszcze wczoraj
Tyszkiewicz rozważał tę opcję całkowicie poważnie.

– Serio. Nic dobrego z tego nie wyniknie. Tylko
kłopoty.

– Uwielbiam kłopoty.

– Wiem. Jesteś ostatni osioł.

– Rozważny się znalazł.

Krzeptowski westchnął. Namawianie Jakuba do
rezygnacji było zwykłą stratą czasu.

– Przynajmniej bądź ostrożny.

– Będę. A ty mi pomożesz nie robić
głupstw.

– O Jezu. Dobra. Posłuchaj mnie uważnie
– Krzeptowski spochmurniał. Jakub zadarł głowę, aby spojrzeć mu
prosto w oczy. – We dwóch, dobra?

– Szpicel?

– Nie tylko. Cała sprawa śmierdzi na
kilometr.

To dogłębne stwierdzenie zawisło
w powietrzu. Sekretarka naczelnika wzywała ich na spotkanie.

3.

Gdy przekroczyli próg, uderzyło w nich zimno.

Widoczność pogorszyła się znacznie. Pędzony
wiatrem śnieg, padający skośnie, tworzący zaspy i przedziwne formy
małej architektury na dachach, wiatach przystankowych i kioskach
z gazetami, pokrywał ziemię grubą na metr, falującą, zmrożoną
skorupą. Temperatura wolno, ale nieuchronnie spadała, tego ranka
osiągając dwadzieścia sześć stopni poniżej zera. Połączenie
mrozu i wiatru powodowało, że ludziom zaczynało brakować tchu. Zimno
bezlitośnie atakowało każdy nie dość starannie zakryty kawałek
ciała.

Zuzanna przeszła przez drzwi pierwsza, toteż
wzięła na siebie cały impet pierwszego uderzenia. Zachwiała
się lekko, z pewnym wysiłkiem opanowała próbującą się wyrwać
klamkę. Tolak wyciągnął rękę, aby przytrzymać drzwi, ale Zuzanna
prychnęła lekceważąco i wyszła na zewnątrz. Komisarz poszedł
w ślad za nią.

Brnęli przez parking gęsiego, niemal po kolana
w śniegu. Choć do auta nie było dalej niż pięćdziesiąt metrów,
Tolak poczuł się wyczerpany. Nigdy nie narzekał na kondycję,
zwłaszcza ostatnio znajdował się w świetnej formie, ale ten marsz
naprawdę go zmęczył. Po Zuzannie, osłoniętej szalem i wciśniętą
głęboko narciarską czapką, niewiele dało się poznać.

W końcu dobrnęli do samochodu. Wysłużony passat
był zasypany śniegiem, choć używano go nie dalej jak dwie godziny
temu. Zuzanna z trudem otworzyła drzwi i wsiadła do środka. Za trzecią
próbą silnik zaskoczył, chrypiąc i z wyraźnym trudem walcząc ze
zgęstniałymi smarami. Tolak został na zewnątrz, przy pomocy szczotki
i skrobaczki do lodu próbował uczynić samochód zdatnym do jazdy.

W końcu uznał rezultat za mniej więcej
zadowalający, a może pomógł mu w decyzji wyjątkowo silny podmuch
wiatru. Wrzucił narzędzia na tylne siedzenie, a sam zajął miejsce
obok Zuzanny.

– Cholerna pogoda – mruknął, starając się
rozetrzeć policzki. Odkąd odmroził je kilkanaście lat temu podczas
dramatycznego zjazdu na nartach, miał z nimi ciągłe kłopoty.

– Za zimno? – zapytała Zuzanna uprzejmym
tonem. Zgrzytnęła biegiem i dodała gazu. Opony walczyły chwilę ze
śniegiem, w końcu mniej więcej złapały przyczepność.

– Trochę – przytaknął komisarz, wypuszczając
wielki kłąb pary. – A pani nie?

– Nie. Lubię zimno.

Pierwsze osobiste stwierdzenie.

– Pani temperament wskazuje na coś zupełnie
przeciwnego – zaryzykował.

– Nic pan nie wie o moim temperamencie – wydęła
policzki – i niech tak pozostanie.

– A może jednak spróbuję się dowiedzieć? –
uśmiechnął się. Czyżby pierwszy sukces? Niestety, Zuzanna w ciągu
sekundy wyprowadziła go z błędu.

– Wyjaśnijmy sobie jedno, panie Tolak –
powiedziała tuż po tym, gdy gwałtownie zatrzymała samochód na
chodniku, niemal wbijając go w zaspę. Była zupełnie spokojna. –
Jestem koleżanką z pracy i nikim więcej. Nie interesuje mnie, co pan
o mnie myśli, i nie chcę słuchać żadnych komplementów. Zrobimy, co
mamy zrobić, i za parę dni wróci pan do domu, zapominając o Zuzannie
Cehak – „h” wymówiła z przydechem, odrobinę przedwojenną
manierą.

– Jeżeli czymś uraziłem, przepraszam. –
Zaskoczony? Broń Boże. W głębi ducha spodziewał się czegoś
takiego.

– Nie uraził mnie pan, bo jak powiedziałam, mam
w dupie, co pan o mnie sądzi. – Tolak: niezłe miejsce do przechowywania
poglądów. Zuzanna: że też muszę tym kretynom wszystko na okrągło
tłumaczyć. – Ograniczamy się tylko do wykonywania obowiązków
służbowych. Koniec. Kropka. Jasne?

– Niepotrzebnie się pani tak unosi…

– Nie unoszę się. Wyjaśniam. Następnych
wyjaśnień nie będzie – powiedziała ostro, po raz pierwszy od
początku rozmowy patrząc mu prosto w twarz. Miała zarumienione
policzki, ale oczy chłodniejsze niż temperatura na zewnątrz.

– To brzmi jak groźba – Tolak próbował się
uśmiechnąć.

– Bo to jest groźba, panie Janie Tolak.

Komisarz uznał, że nie będzie się ustosunkowywał
do powyższego stwierdzenia.

Wrzuciła jedynkę i wyjechała na
jezdnię. Pozostała droga minęła w całkowitym milczeniu, zakłócanym
tylko gwizdaniem wiatru wciskającym się w nieszczelne okna.

Sądząc z ruchu na ulicach, sporo mieszkańców
stolicy pozostało w domach, starając się bez potrzeby nie tracić
kalorii. Gdzieniegdzie przemykały pojedyncze autobusy i samochody, nie
przekraczając trzydziestu kilometrów na godzinę, co zresztą często
i tak okazywało się nie dość dużą ostrożnością. Co kilkaset metrów
na poboczach i chodnikach stały w najrozmaitszych konfiguracjach rozbite
samochody, nad którymi kierowcy stracili panowanie. Pługi śnieżne
i piaskarki, nielicznie reprezentowane, wynurzały się z zadymki,
błyskając żółtymi, ostrzegawczymi lampami, i wyglądały tak samo
bezradnie, jak pozostali uczestnicy ruchu.

Silnik passata parokrotnie zakrztusił się, za
każdym razem podejmując pracę z coraz większym wysiłkiem. Mimo to
Zuzanna prowadziła pewnie, zręcznie omijając zaspy i nie dopuszczając
do ślizgania się opon. Była skupiona, nie okazywała zniecierpliwienia
żółwim tempem jazdy, ręce zdecydowanie operowały biegami
i kierownicą. Tolak przyglądał jej się kątem oka, starając się nie
dawać pretekstu do następnej lekcji. Kulił się z zimna. Ogrzewanie
w leciwym aucie nie działało zbyt dobrze.

Myślał.

Kim jesteś Zuzanno Cehak? Interesująca
z ciebie kobieta, nawet bardzo. Image à la ostra suka, gotowa do
bitki przy byle okazji. Pancerz? Pewnie. Ale co pod spodem? Żeby
było śmieszniej, jesteś dobrą policjantką i wygląda, że ci
zależy. Twoje dokonania są imponujące. Łapiesz bandytów, czynisz
świat lepszym, chociaż bronisz się przed nim ze wszystkich sił. Ktoś
cię zna prywatnie? Nikt. Jeśli byli tacy, zginęli z przegryzionym
gardłem. Nikt nie ma zielonego pojęcia, jaka jesteś, poza tym, że
nie znosisz chłopców, co nawiasem mówiąc, chłopców tym bardziej
podnieca. Przy twoim wyglądzie większość facetów uważa, że
ta fobia jest zwykłym zawracaniem głowy, bo przecież takie ciało
nie może się marnować i pozostać niedosiężne. Niedostępność
i ostre maniery kręcą facetów jak cholera, w tym niestety, kurwa, mnie,
co ciebie, jak widać, tym bardziej doprowadza do furii.

Tolak zamyślił się głęboko. Nie usłyszał,
że obiekt jego zainteresowania coś mówi, i to najprawdopodobniej od
pewnego czasu.

– Słucham? – otworzył oczy. Zuzanna cmoknęła
niecierpliwie.

– Już pan skończył z dupy wydrapany portret
psychologiczny mojej skromnej osoby? Mówiłam, że zaraz będziemy
na miejscu. Pewnie nie zdołamy podjechać pod dom, bo droga stała
się nieprzejezdna, a nie chcę się na dobre zakopać. Da pan radę
przejść dwieście metrów? – pytanie zostało zadane bez ironii,
ale ironia była niepotrzebna.

Zuzanna nie brała pod uwagę nawet zwykłego
rozejmu.

4.

Tyszkiewicz wyszedł od szefa umiarkowanie
poruszony i umiarkowanie zły. Spodziewał się ataku i zgodnie
z oczekiwaniami atak nastąpił, a jakże. Co go zaskoczyło? Skład
komisji egzaminacyjnej. Oprócz szefa, czyli naczelnika Wydziału do
walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw, za stołem konferencyjnym
zasiedli komendant stołeczny, pierwszy zastępca komendanta głównego
oraz wiceminister z resortu odpowiedzialny za policję. Tyszkiewicz,
czując się jak na egzaminie i nadrabiając miną, zdał szczegółowy
raport z dotychczasowych ustaleń, omówił kolejne kroki zespołu oraz
przedstawił hipotezę dotyczącą wynajęcia zabójcy przez byłą
żonę ofiary. Nie podkreślał podejrzeń co do fachowości mordercy. Po
zakończeniu sprawozdania został wypytany o szczegóły.

W podsumowaniu szef wygłosił szereg twierdzeń
odnoszących się do niekompetencji, ślepoty i opieszałości
zespołu. Nie przyjął do wiadomości, że zespół pracuje dopiero od
wczoraj i zdołał zebrać w tym czasie solidną porcję informacji. Dał
do zrozumienia, że dalsza kariera nadkomisarza Jakuba Tyszkiewicza
jest ściśle, wręcz nierozerwalnie (tak się wyraził) związana
z szybkością skutecznego zakończenia śledztwa. Mówiąc o szybkości,
szef miał na myśli termin przed Bożym Narodzeniem, co Jakub uważał
za niemożliwe, nawet w teorii, postanowił jednak nie zdradzać się
z wątpliwościami.

Gdy szef w końcu zamilkł, Tyszkiewicz, czując
za sobą przychylne milczenie Krzeptowskiego, zebrał się na odwagę
i zadał pytanie dotyczące zasadności powołania specjalnego zespołu
śledczego do rozwiązania sprawy zwykłego zabójstwa zwykłego, nikomu
nieprzeszkadzającego obywatela. Został poinformowany, że jego wiedza
w tym zakresie jest wystarczająca, po czym usłyszał polecenie, by
niezwłocznie brał się do pracy.

Ale trafiła kosa na kamień.

– Panowie inspektorzy, panie ministrze
– powiedział Jakub, kiedy tamci podnosili się już z krzeseł. –
Nie jestem w stanie pracować na ślepo. Nie powołuje się zespołu
śledczego złożonego z najlepszych ludzi po to, aby wyjaśnić zagadkę
śmierci jakiegoś pana Wicherka. Robi się to w przypadkach specjalnych,
uznaję więc, że ten należy do kategorii specjalnych. Zresztą panów
obecność tutaj, w tym właśnie gronie, tylko moje przypuszczenie
potwierdza. Nie mając wiedzy na temat prawdziwych przyczyn
powołania zespołu, nie będę w stanie prawidłowo wykonywać swoich
obowiązków. Jeżeli panowie nie udzielicie mi informacji, tu, w tym
pokoju, w tym momencie, składam rezygnację.

Ostatnie zdanie, wbrew intencjom autora,
wypadło nieco melodramatycznie, ale i tak wywarło odpowiednie
wrażenie. Słuchacze nie byli przyzwyczajeni do presji wywieranych
przez jakichś gówniarzy.

– Przyczyny nie są istotne dla śledztwa
– powiedział naczelnik. Dwaj pozostali jeszcze nie zdążyli
ochłonąć. Stwierdzenie szefa, potwierdzające obawy nadkomisarza,
było małym sukcesem, ale nie wyjaśniało niczego.

– W porządku – powiedział zupełnie spokojnie
Tyszkiewicz i otworzył zamkniętą przed chwilą teczkę z dokumentacją
śledztwa. Wyjął z niej pojedynczą kartkę papieru z dwulinijkowym
tekstem. – Oto moja rezygnacja. Podpisana.

Wyciągnięta ręka zawisła w powietrzu. Nikt
nie kwapił się, aby odebrać nieoczekiwany prezent. Szef, gliniarz
z dwudziestopięcioletnim stażem, który przeżył już niejednego szefa
i niejednego wyszczekanego podwładnego, poczerwieniał. Tuż przed
mającym nastąpić wybuchem, przedłużającą się ciszę przerwał
wiceminister.

– Niech pan to schowa. Wyjaśnię, w czym rzecz
– wypowiedział te słowa tak cicho, że gwizd wiatru w nieszczelnych
framugach stał się doskonale słyszalny. Zarówno on, jak i pozostała
trójka ważniaków ponownie usiedli za stołem.

– Ale… – żachnął się zastępca komendanta
głównego.

– Myślę, że pan nadkomisarz zasługuje na
zaufanie – polityk uśmiechnął się samymi ustami. Reszta rozmówców
powstrzymała się od głośnego wyrażenia opinii. – Natomiast pana
komisarza poprosimy o zostawienie nas samych.

Krzeptowski westchnął i zaczął
wstawać. Tyszkiewicz cmoknął z dezaprobatą, po raz kolejny
przyprawiając trzech wysokich rangą policjantów o nerwowe tiki
twarzy.

– Albo wszyscy, albo nikt. Jesteśmy zespołem
i żaden z nas nie pracuje w policji od wczoraj. Umiemy dochować
tajemnicy.

Zanim tamci zdołali cokolwiek powiedzieć,
wiceminister skłonił lekko głowę i ponownie się uśmiechnął.

– Ma pan duży dar przekonywania. Proszę
posłuchać…

Pięć minut później Tyszkiewicz i Krzeptowski byli
już na zewnątrz gabinetu, patrząc na siebie z niedowierzaniem.

Wątpliwości. Pytania. Ryzyko.

I strach.

5.

Nim pokonali dystans dzielący ich od samochodu
i odczekali dobre dwie minuty pod kutą furtką, wiatr wcisnął pod ubrania
solidną porcję mrozu. Usłyszeli brzęczyk, ale zamek był zamarznięty,
więc furtka ustąpiła dopiero przy trzecim szarpnięciu.