Strona główna » Sensacja, thriller, horror » Na wschód od upadku

Na wschód od upadku

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-8110-818-8

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Na wschód od upadku

Tbilisi, lipiec 2016. Biznesmenka Pauline Hollister skrywa wiele mrocznych tajemnic. Decyduje się na współpracę z Ludwigiem Lichtem, który obecnie pracuje w gruzińskim oddziale firmy ochroniarskiej EXPLCO. Zanim jednak zdąży cokolwiek ujawnić, znika bez śladu. Akcja rozgrywa się w czasie kolejnych poważnych turbulencji dotykających Gruzję. W stolicy dochodzi do szeregu ataków terrorystycznych, a od północy coraz groźniej poczyna sobie potężna Rosja. Co takiego chciała Lichtowi wyjawić Hollister? Jakie siły wprawiła w ruch? Wkrótce Ludwig będzie się musiał zmierzyć ze swym najgroźniejszym, najbardziej bezwzględnym wrogiem: jedną z dawnych przełożonych z pracy we wschodnioniemieckiej Stasi. Na wschód od upadku to czwarta i ostatnia część serii o Ludwigu Lichcie, agencie najemniku, który próbuje rozwiązywać problemy w mrocznych podziemiach światowej polityki. W Kaukazie - na styku Wschodu i Zachodu, Północy i Południa, chrześcijaństwa i islamu - dopadają go w końcu cienie dawnych grzechów. Dochodzi do ostatniej, rozpaczliwej bitwy. „Surowe, sarkastyczne a zarazem intelektualne pióro Engströma (kojarzące się z Chandlerem) znakomicie oddaje obraz Tbilisi, miasta bez szans i pełnego możliwości, pomiędzy Wschodem i Zachodem, chrześcijaństwem i islamem, życiem i śmiercią”. Kristianstadsbladet

Polecane książki

W niedalekiej przyszłości w Europie wzrost nastrojów nacjonalistycznych doprowadził do ponownego zachłyśnięcia się ideologią faszystowską. Ogarnięte nienawiścią do obcych narody Starego Kontynentu zaczęły na masową skalę pozbywać się niechcianych przybyszy z krajów muzułmańskich, odwołując się d...
Niemal codziennie docierają do nas informacje o odrażających zbrodniach, pospolitych przestępstwach i korupcyjnych aferach. Niejednemu wydaje się, że upadek zaczął się całkiem niedawno, że kiedyś ludzie byli szlachetniejsi i bardziej liczyli się z obowiązującym prawem. Książka Historie kryminalne. ...
Jedna z najlepszych powieści roku według: „The Wall Street Journal”, „American Library Association”, „Kirkus Reviews” Kolejna wspaniała powieść autora uhonorowanego Nagrodą Pulitzera! Wzruszająca książka o sile ojcowskiej miłości. Po śmierci ukochanej córki Charles pogrąża się w coraz głębszym mr...
Akos – syn podbitego narodu, jest sługą przeznaczonym księżniczce panującej nacji – Cyrze. Życiem dwojga od narodzin rządzi przeznaczenie, narzucone przez wyrocznie. Raz wypowiedziany los staje się nieodwracalny, a nad rodzącą się miłością ciąży fatum śmierci. W walczący o równowagę świat wkracz...
  Mgła wojny przesłania wszystko. Wrogowie czyhają w ciemności, czają się w sercu floty, która przysięgła bronić Zjednoczonej Ziemi. Wszędzie tylko spiski i morderstwa, a w tle… czekają siły inwazyjne obcych. Szczątki okrętu Golgotów zostały pogrzebane głęboko pod powierzchnią największego księżyca ...
Podatek od towarów i usług najczęściej sprawia kłopoty podatnikom, na co niewątpliwie wpływają też częste zmiany przepisów. Wystarczy choćby wspomnieć o tym, że od 1 lipca 2015 r. podatnicy mogą korzystać z prawa do odliczania 50% wydatków na paliwo wykorzystywane do samochodów osobowych wykorzystyw...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Thomas Engström

Tytuł oryginału: Öster om avgrunden

Copyright © Thomas Engström 2017

Published by agreement with Salomonsson Agency

Copyright © 2019 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2019 for the Polish translation by Emilia Fabisiak

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie autora: © Mathias Blom

Redakcja: Grzegorz Krzymianowski

Korekta: Joanna Rodkiewicz, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-8110-818-8

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2019

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla Margit, mojej ukochanej wspólniczki w ucieczce.

Szczególne podziękowania dla:

Mamy i Taty,

Davita Maghradzego,

Nina Inasaridzego,

Paula Rodzianka,

Jana Richarda Baeruga,

Alexandra Haya,

Maurice’a Wolfa & Helene Veilleux,

mieszkańców Swanetii.

Upadek świata nastąpi nieuchronnie. Nie stanie się to jednaksamo przez się. To swoiste zadanie, a nie coś oczywistego.To aktywna metafizyka. Trzeba będzie do niego doprowadzić.

ALEKSANDR DUGIN

prolog:KIJÓW, LUTY 2014

hotel ukraine

majdan / kijów / ua

nd 23 lutego 2014 roku

[07:15) / gmt+2]

Wygrana rewolucji oznacza jej śmierć, choć nie od razu to widać. Przez jakiś czas nie przestaje na oślep rozdawać ciosów. W końcu próbuje zabić pamięć o samej sobie – i nie mówcie, że to niemożliwe.

Różowe światło poranka spowijało Kijów. Pokryte płytkami i najjaśniejszą cegłą elewacje zaraziły się nieomal fioletowym blaskiem; paleta barw na niebie zaczynała się od bieli na wschodzie do niemal granatu na najczarniejszym zachodzie. Płynące szerokim korytem z północy na północ wody Dniepru – potężnego i niewzruszonego niczym innym niż własną delikatną siłą – skrzyły się w słońcu.

Górujący nad Majdanem hotel Ukraina wyglądał z pozoru tak jak zawsze: bladoszary kolos będący świadectwem mocarstwowych ambicji. Na lekko pochyłym balkonie apartamentu na dwunastym piętrze stała samotna postać.

Miała siedemdziesiąt jeden lat i obcięte na pazia od dawna farbowane na rudo włosy. Kruchość sylwetki wyraźnie kontrastowała z koncentracją i siłą, jaką emanowały zielonoszare oczy. Przez ostatnie czterdzieści pięć lat nie spędziła ani jednego dnia bez ludzi, którymi dowodziła. Niektórzy, w tym Frauke Koch, nie byli po prostu stworzeni do emerytury.

W powietrzu unosiła się woń palonego mokrego drewna, śmieci i smog. Zaparkowane bez ładu i składu lekkie ciężarówki i duże pick-upy otoczone były regularnymi oddziałami wojska, uzbrojonymi po zęby milicjantami i wszelkiego autoramentu aktywistami politycznymi, trzymającymi w rękach najróżniejsze akcesoria, od transparentów do kijów baseballowych. Chodzące w kółko rozproszone grupki demonstrantów wydawały się bardziej pochłonięte niekończącymi się dyskusjami niż potrzebą protestu, zwłaszcza o tej porze, gdy jeszcze za wcześnie na filmujących dziennikarzy.

Coś się wydarzyło. W Kijowie już nie było wojny, to coś innego.

Koch już tego kiedyś doświadczyła. Widziała to na każdym etapie rozwoju, od embriona do dorosłego potwora.

Gdy brak rozeznania, dyscypliny i cierpliwości stawał się pożywką dla niedojrzałej przekory, prowadzącej z kolei do nieodpowiednio skierowanej tęsknoty za rewoltą. Gdy ludzie ulegali pokusie, by zdradzić swoje interesy i oddać się destrukcyjnym impulsom, które mamiły ich fałszywym poczuciem posiadania prawdziwej władzy. Ile mozołu i trudu potrzeba, by coś zbudować, i jak łatwo, jak zatrważająco łatwo obrócić to w pył.

W 1989 roku na własne oczy widziała, jak upadał mur. Obserwowała tłum – tłumy! – przeciskające się przez barierki w pogoni za swoim cieniem. Ludzie nieustannie parli przed siebie jak armia mrówek, niczego jednak nie znajdując.

A teraz Kijów. Czy to kolejna porażka? Jak to mówią Chińczycy: nie da się rano przewidzieć, co stanie się wieczorem. Zapewne nie dożyje czasów, gdy znane będą efekty jej wysiłków.

Usłyszała, że za jej plecami otwierają się drzwi balkonowe. Karl, jej prawa ręka od niepamiętnych czasów, chrząknął i powiedział:

– Prezydent uciekł. To koniec, jak przewidywałaś.

Koch kiwnęła głową.

– Kto to wie, mój drogi. Bardzo możliwe.

– Mamy potwierdzenia z wielu źródeł. Zwiał. Demonstranci wygrali. Świnie doszły do władzy.

– Myślisz, że to wystarczy, żeby wszystko runęło? – Znów spoglądała na Majdan.

Wśród zebranych tam wojowników i ich fanów trudno dostrzec narodowych socjalistów. Stanowili jeszcze groźniejszą siłę – to młodzi mężczyźni bez sensownego zajęcia. Smarkacze marzący o prawdziwej wojnie. Spośród wszystkich idiotycznych mrzonek kłębiących się w ich głowach ta ma przynajmniej szanse się zrealizować. Cieszyło ją, że niektórzy nazywają ich narodowcami. Im dłużej o tym myślała, tym więcej zalet dostrzegała w ostatnich wydarzeniach. Ukraiński prezydent był miękki i bezrozumny; pod jego nieobecność można wytoczyć działa najmocniejszej ofensywy propagandowej, co w dłuższej perspektywie przyniosłoby usprawiedliwienie otwartej interwencji Rosjan dla przywrócenia porządku.

Przeszył ją chłodny podmuch wiatru, odwróciła się tyłem do przedstawienia. W apartamencie, w którym mieszkała od trzech lat, wszystko było gotowe. Walizki spakowane. Nieliczne rzeczy osobiste pozbierane ze skrytek: pistolet PM z amunicją, dwa telefony satelitarne z urządzeniem szyfrującym, laptop. Kilka metrów książek, głównie Marks, Engels, Lenin, Stalin, no i oczywiście absolutnie wszystkie opublikowane teksty jej jedynego żyjącego bohatera, Aleksandra Dugina. Nadwornego rosyjskiego ideologa, wyjątkowego we wszechświecie myśliciela, któremu ufała, bo potrafił przekształcić ideologię euroazjatycką w skuteczną broń i rozpalić zarzewie buntu przeciwko amerykańskiemu imperializmowi.

– Taksówka czeka – poinformował ją Karl, idąc za nią do gabinetu.

Przez uchylone drzwi do sypialni widać było przedmiot pożądania i największego rozczarowania Koch. Na podłodze leżała szachownica; partia została jednak przerwana w połowie.

Przez dwa nędzne rohypnole dorzucone do wina! Koch pokręciła głową. Jak wyglądałby świat, gdyby zawsze wystarczyła tak łagodna broń?

– W porządku. – Odwróciła się, rzuciwszy ostatnie spojrzenie na śpiącą postać. Ujęła dłonie Karla w swoje. – Do zobaczenia po drugiej stronie Morza Czarnego, towarzyszu.

NA BALKONIE EUROPY:TBILISI 2016

shota rustaveli avenue

tbilisi / geo

pt 1 lipca 2016 roku

[07:20 / gmt+4]

Tbilisi było jakby do tego stworzone.

Blaszane dachy strząsały z siebie resztki nocnego deszczu. Na coraz jaśniejsze turkusowe niebo nad grzbietami górskimi na wschodnim horyzoncie wypływały stopniowo kolejne centymetry czerwonego słońca. Z tysięcy domków pokrywających zbocza i stromizny zaczęło dochodzić donośne pianie budzących się o świcie kogutów. W dole, na ulicach po obu stronach rzeki, między drapaczami chmur i hotelami nadszedł teraz czas na klaksony najgłodniejszych tego poranka taksówkarzy.

Jeden z nich znajdował się przed hotelem Marriott przy Rustaveli Avenue. Był wyższy niż inni, miał jaśniejsze włosy i siedział w czarnym bmw x5. Kiedy zmieniał pozycję, wycierając okruszki z brody i wciskając zgniecioną serwetkę pod fotel, skórzane obicie zaskrzypiało. Wyjął piersiówkę z kieszeni prochowca w kolorze khaki i wypił kilka łyków. Radio zatrzeszczało.

– Jesteś na miejscu?

W głosie Amerykanina nie było ciekawości czy niecierpliwości; to tylko rutynowe pytanie z podręcznika.

Ludwig Licht rozejrzał się po w miarę pustej jeszcze reprezentacyjnej ulicy gruzińskiej stolicy, wcisnął przycisk nadawania, odchrząknął i mruknął:

– Trudno powiedzieć.

– Dlaczego?

– Bo – spokojnie odpowiedział Ludwig – ktoś klecił tę cholerną operację, zakładając, że Google Maps ma w tej części świata cokolwiek wspólnego z rzeczywistością. Lepsze byłyby lokalne mapy GPS. Ludzie muszą się wreszcie nauczyć alfabetu, nawet ja go opanowałem, a twoi ludzie są przecież dużo młodsi. Czy to naprawdę takie trudne?

– Odebrałem – skwitował Almond.

Jack Almond, były szef bazy operacyjnej CIA w Berlinie, a obecnie szef oddziału firmy EXPLCO w Tbilisi, najwyraźniej nie miał ochoty na wysłuchiwanie dalszych komentarzy na temat swoich ludzi. Mimo to Ludwig nie potrafił się powstrzymać.

– I tak mamy nadmiar niepewnych danych, więc przynajmniej tyle powinniśmy…

– Odebrałem! – powtórzył głośniej Almond.

I koniec dyskusji. Czas jednak mijał, a Ludwig pociągnął jeszcze kilka łyczków i znowu zaczął:

– No bo jest tak, że telefon najpierw wysyła mnie na Liberty Square. Tam przecież też jest jakiś Marriott. Czasami człowiek się zastanawia, po kiego grzyba tyle pieprzonych hoteli widm w tym mieście. Pranie pieniędzy czy coś więcej? Tego zresztą też nie mogę pojąć; pieniądze nie przychodzą za darmo, gdy człowiek po prostu… Poczekaj. Idzie.

– Jesteś pewien?

Przez obrotowe drzwi wychodziła wpatrzona w ekran komórki sześćdziesięcioletnia kobieta. Była wysoka, miała co najmniej metr osiemdziesiąt. Szerokie ramiona. Jedynie czarna sukienka do kolan pozwalała jej się trochę wtopić w otoczenie i nie wyróżniać wśród miejscowych. Tyle że założyła do niej jasne obuwie do trekkingu, w stylu wojskowych butów, a za sobą ciągnęła żółtą walizkę kabinową na kółkach. Siwe włosy zebrała w kok. Lekko wznoszące się ciemne brwi sprawiały, że przypominała puszczyka.

Pauline Hollister, bez cienia wątpliwości. Ludwig widział ją na kilkudziesięciu zdjęciach.

– To ona – stwierdził. – No to zaczynam. Od tej chwili cisza radiowa.

Uruchomił silnik i nacisnął przycisk elektrycznego otwierania okna. Opuściła się przyciemniana szyba po stronie pasażera.

– Jestem na zastępstwie w ten weekend! – krzyknął po rosyjsku.

Kobieta rzuciła okiem na pordzewiałych i mizernych konkurentów Ludwiga – stare łady w kolorze kości słoniowej z lat siedemdziesiątych, ciemnozielone ople, których nie przyjęłaby w prezencie nawet banda ćpunów w kraju, gdzie je wyprodukowano. O nie. Dawno minęły czasy, kiedy jeździła normalnymi, nielegalnymi taksówkami; Ludwig wiedział, że płaciła miesięczną gażę prywatnemu taksówkarzowi i nie było powodów, żeby teraz zmieniać zwyczaje. Skinęła głową, otworzyła tylne drzwi po prawej stronie i wsiadła do bmw.

– W porządku – powiedziała. – A co się stało Dato? – Jak na Amerykankę mówiła bardzo dobrze po rosyjsku.

– Problemy rodzinne – odpowiedział Ludwig, ruszając na północ.

– Nie wiedziałam, że jest żonaty.

– To dlatego ma problem. A dokąd dziś jedziemy?

– Na lotnisko – rzuciła Hollister. – Tak myślę.

Ludwig czekał.

– Musi pan wiedzieć – przeszła na angielski – że zawsze miałam skłonność do podejmowania decyzji w ostatniej chwili.

Ludwig pomyślał, że Amerykanie zawsze chrzanią o swojej osobowości i przekonaniach.

– Prywatny samolot – ciągnęła dalej Amerykanka. – Więc nie ma pośpiechu. Zaczekają. Zaraz, zaraz, chyba jedziemy w przeciwną stronę?

Ludwig nie miał wyboru, musiał zmienić język. To jeden z wielkich słabych punktów planu: jego wygląd i dość ograniczona znajomość gruzińskiego nie pozwalały mu udawać miejscowego. EXPLCO miało kilku lokalnych współpracowników, ale Almond im nie ufał, więc wyszło, jak wyszło.

Linia ciągła. A gliniarze są o tej porze mocno napaleni, ruch jeszcze niewielki, więc łatwiej o łupy. Wskazał ręką luksusowy grafitowy radiowóz Ford Interceptor, który policja dostała za bezcen w ramach jakiejś umowy pomocowej z USA. Niska, wydłużona sylwetka i agresywny zderzak upodobniały go do orki.

– Nie – kontynuował Ludwig – wolę grzecznie zawrócić przy filharmonii. Jak długo mieszka pani w Gruzji?

– Słucham?

– Jak długo…

– Nie wiem. Będzie z dwanaście lat.

– Wspaniały kraj – brnął dalej Ludwig. – A Tbilisi po prostu urocze! Była już pani w łaźniach siarkowych? Niesamowite, słowo daję. Dokąd pani leci?

– Do Armenii.

– Aha! A ja myślałem, że tacy jak pani latają ciągle do Europy i z powrotem.

Gruzja należała oczywiście do Europy – przynajmniej jeśli posłuchać tutejszych polityków. Zwykli Gruzini używali jednak tego słowa, rozumiejąc przez to Zachód, kosmopolityzm i obycie w świecie, niedosięgłe bogactwo. Miejsce, w którym ludzie chodzili po podgrzewanej podłodze. Prawdziwej podgrzewanej podłodze! W Europie ludzie mogli chodzić boso po swojej kamiennej podłodze. Tam każdy żyje jak mały oligarcha – choć oni nie używają tej nazwy, mówią, że są świadomymi konsumentami.

– Tacy jak ja – mruknęła Hollister.

– Wie pani, co mam na myśli. Na przykład do Londynu.

– Był pan tam kiedyś?

– Nie.

Tym razem nie musiał kłamać.

– Beznadziejne miasto, nie musi pan żałować. Sami Ruscy, Arabowie i czarni.

– Lubię Arabów – skomentował rozbawiony Ludwig. – Czarnych też, bez dwóch zdań. Uwielbiam ich.

Hollister roześmiała się sucho dopiero po kilku uderzeniach serca. Potem powiedziała:

– Chcę zmienić stronę. – W jej głosie słychać było rozbawienie.

– Słucham?

– Chcę zmienić stronę. Przecież o to chodzi w tej całej przebierance, prawda? Chcecie mnie zwerbować? Nie wiem, skąd pan jest, ze Skandynawii, Holandii czy diabli wiedzą skąd, ale dam sobie rękę uciąć, że nie jest pan prywatnym kierowcą. Literki CIA nie wyświetlały mi się przed oczami wyraźniej niż teraz.

Ludwig Licht już dawno nie był tak zaskoczony.

Wreszcie się odezwał:

– Zmienić stronę… na jaką?

– Dobre pytanie.

Upłynęło trzydzieści sekund, może więcej.

– Ciekawe – mruknął Ludwig.

– Proszę zadzwonić do przełożonego i powiedzieć, że jestem gotowa zmienić stronę. Może mieliście wobec mnie jakieś inne plany, ale myślę, że tak będzie najlepiej. Mam wiele ciekawych informacji.

– Czegoś tu chyba nie rozumiem. – Nie dawał za wygraną.

– No niech pan dzwoni. W przeciwnym razie pojadę inną taksówką, prosto do amerykańskiej ambasady. Myślę jednak, że to by była przesada.

Po chwili wahania, stojąc na czerwonym świetle, Ludwig wziął do ręki nadajnik, nacisnął przycisk i powiedział:

– Mamy nową sytuację. Powtarzam, nowa sytuacja.

– To znaczy? – Almond zareagował natychmiast.

– Moja pasażerka zapałała przyjaznymi uczuciami na stare lata.

Minęło pięć sekund.

– W porządku – odezwał się w końcu Almond.

– Czyli?

– Przywieź ją.

– Do nas czy do ambasady?

– Nie mieszaj w to ambasady, do diabła.

Te słowa zabrzmiały, jakby je powiedział stary mistrz, czyli GT. No tak. Ludzie grali młodych i gniewnych, dopóki im się to opłacało.

– Zrozumiałem.

Jechali dalej – zgodnie z planem, choć zupełnie inaczej.

– W ten sposób zaoszczędziła sobie pani wielu nieprzyjemności – powiedział Ludwig, obserwując pasażerkę w lusterku wstecznym.

Z prawej strony do ruchu włączyła się bez żadnego ostrzeżenia żółta marszrutka. Ludwig wykonał ryzykowny manewr zmiany pasa ruchu, wywołując kakofonię wściekłego trąbienia.

– To się okaże – odpowiedziała cicho Hollister, gdy bmw znowu znalazło odpowiednie miejsce w strumieniu pojazdów.

Ludwig kiwnął głową.

– Tak, to prawda. W tej branży trzeba oceniać każdy dzień z osobna, dopiero gdy się skończy.

Jechali znowu na północ, a potem na ukos w dół, w stronę rzeki o spienionej brązowej wodzie. Jej brzegi porastały platany, które wypuszczały pączki, gdy wszystko już było zielone, ale kiedy wreszcie zaczynało się lato, ich liście zapewniały mnóstwo upragnionego cienia.

Potem przez jeden z licznych kamiennych mostów, które bez wstydu mogłyby łączyć brzegi Sekwany w Paryżu.

– Jaki mieliście plan wobec mnie? – spytała Hollister.

– Na pewno chce pani wiedzieć?

– Wbrew temu, co twierdził mój zmarły mąż, jestem niezwykle ciekawską osobą.

– Okej. Śledzić panią przez najbliższy miesiąc, sprawdzić, czym się pani zajmuje, ale w taki sposób, żeby nie zauważyli tego ci, którzy panią nadzorują. Może odkryć jakiegoś kochanka albo kochankę, a najchętniej coś jeszcze gorszego. Później zmusić panią szantażem do gry na dwie strony. W pani przypadku to właściwie na trzy.

Hollister zaśmiała się cicho.

– Słyszę, że zaczynacie rozumieć, na czym polega ta gra. – Wyciągnęła paczkę papierosów, zapaliła jednego i zapytała: – Czy da się bezpiecznie otworzyć okno, czy samochód wybuchnie, gdy nacisnę przycisk?

Ludwig użył centralnego sterowania i opuścił jej szybę.

– Zawsze to rozumieliśmy – stwierdził po chwili. – Tyle że podczas ostatniej rozgrywki wasza strona udawała przegraną, a to nieco podkopuje morale. Trochę czasu upłynęło, zanim się zorientowaliśmy, że chcecie grać dalej, jak gdyby nigdy nic. Aż w końcu wróciliśmy na ring.

– Chyba pan rozumie, że jest już za późno.

– Oczywiście. Ale z drugiej strony zawsze tak było. Można się przyzwyczaić.

– To nieustanne gadanie o „waszej stronie”. Mam wrażenie, że nie bardzo rozumiecie, kim jestem.

– Myślę, że to dotyczy obu stron.

– Proszę posłuchać. Ja nie należę do żadnej strony. A jeśli już, to raczej… gruzińskiej.

– Jest w ogóle taka strona?

– Gdy sytuacja tego wymaga.

Wschodnie nabrzeże. W dół, w prawo, na drugi brzeg rzeki i w kierunku południowym.

Ludwig nie mógł sobie przypomnieć, kiedy ostatnio wrzucał piąty bieg. Na takie ekscesy miasto było zbyt ciasne, samochodów za dużo, a pieszych, psów i dziur w asfalcie aż nadto.

Ciągle za mocno naciskał sprzęgło; zwykle jeździł starszymi modelami. Ale teraz wrzucił trójkę, czwórkę i znowu trójkę. Ostre hamowanie z powodu wraku pojazdu porzuconego w miejscu, w którym wykonał ostatnie zadanie dla dobra ludzkości. Zredukował do dwójki. Lusterko boczne, martwy punkt. Migacz. Mijanie. Gaz. Trójka.

Jazda samochodem w największej i najdzikszej na świecie konstelacji wsi, łączących się z kolejnymi wioskami i następnymi osadami, jest najtańszym i najzdrowszym sposobem na sprawdzenie, czy człowiek żyje. Tbilisi było właśnie takim miejscem, pomijając kilka wieżowców w centrum. Jakby wielki lodowiec dotarł do tysięcy małych domków rozsianych po kraju, a potem zepchnął je wszystkie w jedno miejsce.

W lusterku wstecznym widział, jak zamyślona Amerykanka kręci głową. Nagle coś się zmieniło, w jej spojrzeniu pojawił się strach, błysk paniki – ale bardzo szybko zniknął.

Przeczucie. Pierwszy raz od bardzo dawna Ludwig poczuł trop. Nabrał przekonania, że spokojna praca biurowa raptownie dobiega końca. W oczach kobiety zobaczył drobinki czegoś strasznego, być może nieuniknionego. Przyszłość.

Jutro, które ma niespożytą zdolność doganiania teraźniejszości.

Znowu trójka. Dalej. Przeczucie.

Był do tego stworzony.

TEN, KTO CZUJE SPOJRZENIE WILKA

avlipi surabashvili street

awlabari / tbilisi / geo

pt 1 lipca 2016 roku

[07:55 / gmt+4]

Cztery przecznice od celu, na skraju starej części miasta Awlabari i pół kilometra od swojego mieszkania, Ludwig zatrzymał się przy myjni samochodowej. Składała się z dwóch przylegających do siebie garaży. Pracownicy rozwieszali właśnie dwa wyprane wełniane dywany na żółtych rurach od gazu. Miały tam schnąć na słońcu, tyle że proces przeciągał się zwykle na kilka dni, bo były na tyle cenne, że trzeba je było sprzątać na noc.

Ludwig zaparkował bmw na stanowisku do mycia aut.

– Proszę na razie nie wysiadać – powiedział do pasażerki.

Amerykanka zapaliła kolejnego papierosa.

Ludwig podszedł do właściciela, z którego usług kilka razy korzystał prywatnie.

– Wymienił pan na coś lepszego, no, no – przywitał go potężny mężczyzna w gumowcach i gumowanym fartuchu. Pokazał na czarnego SUV-a.

Jak większość Gruzinów powyżej czterdziestego piątego roku życia na widok turysty albo innego obcokrajowca przechodził na rosyjski.

– Nie jest mój – wyjaśnił Ludwig. – Ale to nie znaczy, żeby o niego nie dbać i jeździć brudnym.

Właściciel kiwnął głową.

– To prawda. Ale ponieważ jest dwa razy większy, to muszę pana drożej skasować. Z czyszczeniem w środku będzie dziesięć lari.

– Nie ma problemu. A jeśli dołożymy jeszcze pięćdziesiąt lari, to może mógłbym pożyczyć jakiś samochód na czas mycia?

– Pięćdziesiąt? – Mężczyzna się roześmiał. – Wy, zagraniczniacy, macie nierówno pod sufitem. Kiedy nauczycie się myśleć jak Gruzini? Pożyczyłbym panu samochód za darmo. No dobra, pod warunkiem że zatankuje pan do pełna. Musi się pan nauczyć liczyć, bo pana oskubią.

Pięćdziesiąt lari odpowiadało mniej więcej dwudziestu euro. Mówiąc inaczej: pracownicy pralni zarabiali tyle w dwa, trzy dni.

– To raczej pan musi się nauczyć myśleć jak ludzie w zachodniej Europie – skomentował Ludwig. – Najpierw mówi pan, że wypożyczenie samochodu kosztuje pięćdziesiąt lari. A potem, w chwili gdy klient wsiada do auta, dodaje pan, że przed oddaniem należy zatankować do pełna. Pieniądze zarabia się na tym, co napisane drobnym drukiem, gdy interes jest już ubity.

– O rany!

– Z ekonomią rynkową nie ma żartów. Ale OK. Zatankuję do pełna. Płaci mój pracodawca.

– Tylko nie to, zaraz będzie pan chciał jakiś rachunek, tak?

– Nie, kto by się bawił w takie bzdety?

– No proszę, czegoś się pan jednak nauczył!

Ludwig dał mu trzy dwudziestki i kluczyki do bmw. W zamian dostał kluczyki do srebrnego mercedesa z połowy lat dziewięćdziesiątych – najpopularniejszego samochodu na ulicach Tbilisi, ulubionego przez miejską klasę częściowo bezrobotnych przedsiębiorców.

– Zajmie mi to kilka godzin – powiedział Ludwig. – Może nawet więcej.

Mężczyzna założył zielone gumowe rękawiczki.

– Mam przecież w zastaw beemkę. Dla mnie najlepiej by było, żeby pan tu już nie wrócił.

Ludwig wrócił do czarnego SUV-a, otworzył tylne drzwi i powiedział:

– Proszę zostawić telefon komórkowy.

Hollister uśmiechnęła się, wyjęła złotą komórkę Sony i położyła ją na siedzeniu.

Przeszli do mercedesa. Ludwig ustawił sobie fotel i lusterka. Potem pojechali dalej.

– Nie chcemy, żeby samochód pani prywatnego szofera parkował przed naszą kwaterą główną – wyjaśnił.

– Sprytnie.

– To moja działka, być sprytnym.

– À propos mojego szofera, co mu zrobiliście?

– Udawałem wczoraj nawalonego, no może nie całkiem udawałem, i dałem mu kilka wypasionych kart prezentowych do kasyna Adjara.

– Aha.

– W dzisiejszych czasach nigdy nie wiadomo, co dodają do drinków w takich miejscach. Może się zdarzyć, że będzie spał przez kilka dni. Ale jak już mówiliśmy, nie jest żonaty, więc nikt nie będzie go szukał.

– Ta branża potrzebuje więcej takich ludzi jak pan.

Masując sobie jedną skroń, Ludwig wyprzedzał pyrkoczącą, antyczną wręcz ciężarówkę. Wyglądała jak odlana z żelaza.

– Ta branża – powiedział cicho – potrzebuje wszystkiego.

***

Od ponad roku miejsce pracy Ludwiga znajdowało się przy drodze na lotnisko, na zaniedbanym terenie pogranicznym pomiędzy Tbilisi a jego południowo-wschodnimi przedmieściami. Ulica nosiła nazwę George W. Bush Street i żeby nie było wątpliwości, na jej początku ustawiono szeroką tablicę ze zdjęciem amerykańskiego eksprezydenta. Z optymistycznym uśmiechem hieny na ustach machał do niewidocznej rozentuzjazmowanej publiczności.

Dwupiętrowy budynek stał kilka metrów od skraju drogi. Różowe ściany i limonkowe okiennice – coś jakby na wpół zbudowany motel w południowym Nowym Meksyku – zdobił nieczynny neon:

HOTEL URBAN MYSTERY

Na niewielkim parkingu za budynkiem stały tylko dwa samochody. Większość z piętnastu pracowników kaukaskiego biura EXPLCO przyjeżdżała tu taksówkami, najczęściej dopiero na dziewiątą.

– Witamy w najtajniejszej kwaterze tajniaków – powiedział Ludwig do Amerykanki, zaciągając hamulec ręczny.

– Słyszałam, że CIA cienko przędzie w tym regionie, ale to…

Ludwig wysiadł i otworzył jej drzwi.

– Jesteśmy tylko skromnym poddostawcą. Co prawda czołowym, jeśli wierzyć nowojorskiej giełdzie. Ale jednak.

Hollister od razu się usztywniła.

– Proszę za mną – dodał Ludwig. – Zobaczy pani w całej okazałości ten cud strategicznie realizowanej efektywności.

W hallu, przy drzwiach wejściowych, stało trzech umundurowanych Gruzinów z lokalnej firmy ochroniarskiej. Dopóki byli w budynku, broń służbową trzymali w kaburach, a papierosy i zapalniczki w kieszeniach. Każdego wieczora jakiś biedak musiał jednak sprzątać stosik petów spod drzwi. Ludwig odkrył, że ochroniarze palili na zmiany; choć nigdy żadnego na tym nie przyłapał. Musieli wypracować niezwykle wyrafinowany system ostrzegawczy.

– Gamardżoba – przywitał się Ludwig. Z powagą skinęli głowami.

Ludwig poprowadził Hollister do schodów pokrytych wykładziną w szkocką kratę. Weszli na górę. Ta sama wykładzina przykrywała podłogę na całym piętrze: biuro typu open space z kilkoma słupami pośrodku i dwa osobne gabinety. Drzwi większego z nich stały, jak raz, otwarte.

Minęli zawalone papierami biurko Ludwiga, jedno z dziesięciu stanowisk roboczych. Gdy doszli do otwartych drzwi, Niemiec zapukał we framugę i wszedł do środka.

– Przedstawiam ci panią Pauline Hollister – powiedział do Jacka Almonda, który siedział w obrotowym fotelu, trzymając stopy na biurku. Twarz Amerykanina świadczyła o tym, że już nieraz widział gasnące światełko w tunelu życia.

Wyłożone kafelkami biuro miało siedem–osiem metrów kwadratowych. Szyby jedynego okna pokryto folią szronioną prawie na całej wysokości. Na początku świata, podczas boomu budowlanego przed kryzysem 2008 roku, pomieszczenie to było chyba pomyślane jako łazienka w apartamencie hotelowym: doprowadzono do niego instalacje, a z ogromniastej marmurowej umywalki od czasu do czasu dobiegało kapanie wody. Nie dało się uniknąć skojarzenia z celą więzienną.

Almond wyglądał jak zwykle: jasnoniebieska koszula, krawat i czarne spodnie od garnituru. Był bez marynarki. Wstał, ale nie podał gościowi ręki. W tej branży większość granic się pozacierała. Jednym z niewielu wyjątków była zdrada ojczyzny.

– Pani Pauline, dlaczego myśli pani, że możemy pani pomóc? – spytał ponuro, wskazując na krzesła dla gości.

Hollister usiadła na jednym, a Ludwig opadł na drugie.

– Przyznam, że schlebia mi państwa zainteresowanie osobą skromnej właścicielki winnicy. Dzięki temu zaczynam wierzyć, że moje życie faktycznie jest ciekawsze, niż mi się wydawało.

– Moje zainteresowanie jest na razie raczej ograniczone – skwitował Almond.

– E tam, niech pan pozwoli kobiecie pomarzyć. – Głośno westchnęła. – Czy tu można palić?

– W żadnym wypadku – odpowiedział mocno opalony czterdziestolatek.

– A to mnie pan rozczarował. To niezaprzeczalna zaleta kultury tego kraju.

– Ta kultura u nas nie obowiązuje.

– No tak, najwyraźniej nie.

Zapadła cisza, która nieuchronnie pojawia się w chwili, gdy rozmówcy zaczynają się zastanawiać nad tym, co dalej.

Z pobliskiej drogi dobiegło najpierw trąbienie ciężarówki, a potem odgłos ostrego hamowania. Towarzystwo ocknęło się z rozmyślań.

– Z pewnością śledziliście moje poczynania. Jak wiadomo, posiadam kontakty o zasadniczym znaczeniu dla bezpieczeństwa zarówno tego kraju, jak i USA.

– Pracuje pani dla Rosjan – przerwał jej Almond.

– To jest Kaukaz. Z mojego doświadczenia wynika, że mądrzy ludzie nikogo nie dyskryminują.

– Dopuściła się pani zdrady ojczyzny, sprzedała ją pani wrogom.

Hollister szukała rozpaczliwie pomocy u Ludwiga:

– Co to jest, połajanka dla przedszkolaka czy co?

Po raz nie wiadomo który Ludwig stwierdził, że Jack Almond nigdy nie powinien był przechodzić do prywatnego sektora. Po serii cięć w CIA w Berlinie szukał punktu zaczepienia na wolnym rynku, żeby zdążyć przed zamknięciem placówki. EXPLCO chętnie go przyjęło. Mimo to nie potrafił się wyzwolić z poczucia, że reprezentuje rząd USA.

– Coś jest chyba na rzeczy – powiedział Ludwig, wykazując się taką lojalnością, na jaką mógł sobie pozwolić. – Trudno nie brać tego pod uwagę.

Hollister znowu głęboko westchnęła. Skorygowała lekko swoją strategię.

– Wróg czy przyjaciel to kwestia definicji. Jestem zwykłą biznesmenką z rozległą i urozmaiconą siecią kontaktów. Jeśli komuś nadepnęłam na odcisk, to przepraszam.

– Czy ma pani upodobania seksualne odbiegające od normy, pani Pauline? – Almond zadał to pytanie jak lekarz podczas wizyty kontrolnej, jakby chciał ustalić fakty, które należy wpisać do formularza ubezpieczeniowego.

Hollister skrzyżowała ręce na piersiach.

– To nie było miłe. Słowo daję, zdecydowanie wolę rozmowę z tym pańskim Szwedem.

Dopiero po kilku sekundach Ludwig zorientował się, że mówiła o nim. Miał początkowo zamiar ją poprawić, ale zrezygnował.

– Pytam – wyjaśnił Almond – ponieważ takie sprawy mogą być wykorzystywane przez szantażystów.

– Nie wierzę w szantaż.

– Słucham?

– Po prostu nie wierzę. Był pan kiedyś ofiarą szantażu? Zna pan kogoś, kto był?

Ludwig postanowił skierować rozmowę na właściwy tor.

– Mówiła pani, że jest gotowa zmienić stronę. – Zebrał swoje długie włosy z tyłu i związał je przetłuszczoną gumką.

– Tak, to prawda.

– O jakiej współpracy pani myślała?

– Że powiem wam to, co wiem, a wy mnie ukryjecie w miejscu, gdzie będę mogła spędzić resztę mojego nieszczęśliwego życia. Kiedyś myślałam o Panamie, ale teraz zaczęły tam wiać zbyt ostre wiatry. Czasy się zmieniają. Może więc Madagaskar. Przypomnę sobie mój francuski.

Almond i Ludwig wymienili spojrzenia. Ten pierwszy powiedział:

– Niespełna miesiąc temu miała pani spotkanie z pułkownikiem SWR. Jak dotąd nie powiedziała pani nic, co by wskazywało, że ta deklaracja jest prawdziwa. Skąd mam wiedzieć, że to nie pułapka?

SWR to rosyjska służba wywiadowcza specjalizująca się w działaniach za granicą – przed rozpadem Związku Radzieckiego stanowiła pierwszy wydział KGB.

– Że co…? Pułapka?

– Niech pani nie udaje idiotki.

Hollister zachichotała.

– Wygląda mi na to, że jest wśród nas zwolennik teorii Angletona.

Miała na myśli Jamesa Jesusa Angletona, który szefował wydziałowi kontrwywiadu w CIA od połowy lat pięćdziesiątych przez kolejnych trzydzieści lat i był powszechnie znany jako paranoik. Angleton fanatycznie wierzył w teorię, że każdy, kto rzekomo przechodził na drugą stronę, w rzeczywistości był kretem, a KGB wykorzystywała domniemanych dezerterów do infiltrowania przeciwników i uzyskania wglądu w ich umiejętności i wiedzę.

– Angleton nie zawsze się mylił – mruknął Almond.

– Jasne, zepsuty zegarek też wskazuje właściwą godzinę dwa razy na dobę – zgodziła się z nim Hollister.

Ludwig analizował sytuację. Baza operacyjna CIA w Tbilisi była spalona. Rosjanie rozpracowali ją na wylot, doskonale wiedzieli, kto co robił i jaką odgrywał rolę – na tym terenie grali przecież jakby u siebie. Albo inaczej – to Amerykanie byli tutaj na wyjeździe. Z tego powodu CIA wynajęła EXPLCO do zbudowania w tym kraju równoległej organizacji.

Od czasu konfliktu sierpniowego w 2008 roku, gdy Rosja okupowała Osetię Południową, Rosjanie nie mieli w gruzińskiej stolicy swojej ambasady. Ich służby wywiadowcze były ewidentnie rozproszone i jak to się fachowo określa, nielegalne, czyli działały bez przejścia wszystkich ceregieli związanych ze zgłoszeniem obecności w charakterze dyplomatów i udawania, że spełniają oficjalne funkcje pracowników ambasady. Stanowiło to znaczne utrudnienie, bo nie dało się ich wyśledzić. Przypominało to wojnę asymetryczną, w której siły partyzanckie miały tę przewagę, że nikt nie wiedział, gdzie są.

Konkluzja była jedna – od tej chwili nie można było spuszczać Pauline Hollister z oka. Jeśli pełniła funkcję konia trojańskiego, to opowie Rosjanom o obecności EXPLCO.

Z drugiej strony – w takiej sytuacji zawsze starano się namówić dezertera, żeby zagrał na dwa fronty, wrócił do dawnych panów i wyciągnął od nich jeszcze więcej informacji. Dopiero potem można było rozważyć ukrycie tej osoby i zapewnienie jej ochrony. Inaczej w grę wchodziłyby rozrzutność i szastanie zasobami.

Ludwig zdała sobie sprawę, że Hollister o tym wszystkim wiedziała.

Zamiast pytać o projekty Rosjan na Kaukazie Południowym, trzeba raczej ustalić, co takiego zrobiła Pauline Hollister.

– Myślicie, że pracuję dla Rosjan. Tak się wyraziliście – powiedziała z krzywym uśmiechem. – Podczas gdy prawda jest inna: najczęściej to oni pracują dla mnie. Płacę im, żeby nie zakłócali mi szeroko zakrojonych działań logistycznych. Mają wszelkie narzędzia, by totalnie sparaliżować każdy legalnie prowadzony biznes, wiedzieliście o tym? Gdy chce się w tym rejonie dokądś dostać, prędzej czy później trzeba przekroczyć albo granicę Rosji, albo Armenii, co w obecnym stanie rzeczy jest tym samym.

Z kranu pociekło trochę wody. Almond spojrzał na umywalkę.

– Ciekawe zatem, jak im pani płaci – wycedził lodowatym tonem.

– Naprawdę? Gotówką, zaręczam panu.

– I… plotkami?

Hollister wzruszyła ramionami.

– Ludzie się spotykają, wypijają kilka drinków. Rozmawiają. Niektóre informacje przekazuje się czasami dalej. To przecież ludzkie. Tacy jak wy marzycie o świecie, w którym ludzie w ogóle ze sobą nie rozmawiają. Wydaje wam się, że to poprawiłoby poziom bezpieczeństwa. Na pewno nie. Bez takich wentyli, bez… maleńkich, minimalnych upustów wysokiego ciśnienia frustracji… bez takich niepozornych oaz komunikacji wojna wybuchałaby rok w rok, a co najmniej raz na dwa lata.

Rozległ się suchy, chrapliwy śmiech Almonda.

– Więc uważa się pani za… Jak Thatcher nazywała spekulantów walutowych?

– Smarowidło – podpowiedział Ludwig.

– Smarowidło! – rozjaśniła się Hollister. – Sama bym lepiej tego nie wyraziła.

Znowu zapadła długa cisza. Tym razem przerwała ją Hollister.

– Chyba naprawdę nie rozumiecie. Proszę posłuchać – zwróciła się do Ludwiga. – Taki to kraj. Kiedy człowiek siedzi w budynku, w jakimś przeklętym, cholernie zimnym kamiennym domu z piątego wieku albo z lat siedemdziesiątych, kto by je rozróżnił, w każdym razie kiedy siedzi się w środku, człowiek marznie do szpiku kości. Choć na zewnątrz jest czterdzieści stopni. Co się dzieje po wyjściu na ulicę? Mózg się człowiekowi gotuje. Prawda? Tak to jest, więc co robić?

Ludwig uznał, że to pytanie retoryczne, ale Hollister zaczęła po chwili na nie odpowiadać:

– Człowiek wychodzi na zewnątrz, ale stara się znaleźć kilka gęstych drzew. I się ich trzyma.

– Staje pod drzewami? – spytał Almond.

– W cieniu. W cieniu, do cholery.

– W szarej strefie – dopowiedział Ludwig.

– Tak, tak. Próbowałam użyć metafory. Ale ma pan rację.

Almond się skrzywił.

– Nie jestem pewien, czy będziemy mieli z pani jakiś pożytek, Pauline.

– Poważnie? – Hollister obdarzyła go zwycięskim uśmiechem, w którym czaiło się ziarenko jadu. – Wrócimy do tego później. Najpierw ustalmy warunki brzegowe. Gdzie jesteśmy? Co to za miejsce?

Nikt się nie odezwał.

– Jesteśmy pomiędzy Morzem Czarnym a Morzem Kaspijskim – odpowiedziała sobie sama Hollister. – Pomiędzy Turcją a Rosją, co oznacza dwie rzeczy: pomiędzy NATO a Rosją i pomiędzy islamem a chrześcijaństwem. Żeby nie wydawało się za łatwo, Gruzja jest głęboko chrześcijańska. Ale spośród trzech jej odwiecznych wrogów, Turcji, Iranu i Rosji, uznała, że najgroźniejszym obecnie jest Rosja. Dlatego orientuje się coraz bardziej na Turcję i Azerbejdżan. A właśnie, Azerbejdżan, czyli cudowny kraj z dyktaturą, gazem, ropą i czym tam jeszcze! Możliwym sojusznikiem mógłby być Iran, co widać po pewnym otwarciu od czasu zniesienia sankcji przez Zachód. Tyle tylko, że Iran jest sprzymierzony z Rosją i al-Asadem w Syrii. Jednocześnie zarówno Iran, jak i Rosja są przypadkiem wrogami Turcji. A Turcja jest oczywiście wrogiem Rosji. I członkiem NATO, a Gruzini chcą przystąpić do sojuszu tak szybko, jak się tylko uda… No i jeszcze jeden sąsiad, Armenia! Też głęboko chrześcijańska. Ale tam z uwagi na dawne ludobójstwa i inne sprawki największy strach wzbudzają Turcy. Dlatego Ormianie pozwolili Rosjanom na ulokowanie tysięcy żołnierzy na swoim terytorium, a na domiar wszystkiego ich lotnictwo połączyło się z rosyjskim. Wydawałoby się, że najbardziej naturalnym sojusznikiem Gruzinów powinna być Armenia, ale wtedy staliby się państwem lennym Rosji. A zatem odwiecznie chrześcijańska Gruzja znalazła się w przedziwnej sytuacji, bo ich jedynymi sojusznikami w najbliższej okolicy są dwa państwa muzułmańskie, Turcja i Azerbejdżan.

– Mamy w tym daniu mnóstwo protein – przyznał Ludwig.

– No właśnie, to prawda. Aż tu hopsa, na scenę wkracza oczywiście stary Wujek Sam, golden retriever polityki światowej. No i jeszcze Unia Europejska, którą można raczej porównać do leniwego kocura. Tyle że Europejczycy mają pieniądze! I prawdziwą Unię! I są chrześcijanami! Gruzini skupiają więc wszystkie nadzieje na tym, żeby pewnego dnia stać się członkiem tej wspólnoty. Nie zdarzy się to zbyt szybko, przynajmniej jeśli chodzi o Unię Europejską. A NATO? Może. A takie „może” wystarczyłoby w tej części świata na bardzo, bardzo długo. „Może” jest dużo lepsze od siedemdziesięciu lat sowieckiego „nigdy”. Na horyzoncie mamy teraz prawdziwy wysyp takich „może”. Na jesieni będą wybory w Gruzji. Jesienią odbędą się wybory w USA. I jak na zawołanie, tej samej jesieni mamy też wybory w Rosji. Gdybym była astrologiem, wyciągnęłabym mapy gwiazd.

Almond demonstracyjnie wpatrywał się w zegarek.

– Jeśli to wszystko, co może nam pani zaoferować, to chyba taniej będzie zaprenumerować „Georgia Today” i skończyć studia podyplomowe z relacji międzynarodowych na uniwersytecie.

– Idiota – rzuciła Hollister. – Czy wiesz, ile razy przejeżdżałam przez Przełęcz Gomborską obserwowaną przez wilki? Wyczuwam takie rzeczy.

– Co to, do cholery, ma znaczyć?

– Że mnie potrzebujecie. Potrzebny wam ktoś, kto wie, co w trawie piszczy.

– Mówiła pani, że jest gotowa zmienić stronę – wtrącił Ludwig. – Nie może więc pani zaprzeczać, że pracowała pani dla Rosjan.

– To nie od Rosjan chcę się uwolnić. Tylko od czegoś dużo gorszego.

– To znaczy? – spytał Almond.

– Mam nadzieję, że pomożecie mi to ustalić.

hotel urban mystery

george w. bush street / tbilisi / geo

pt 1 lipca 2016 roku

[09:00 / gmt+4]

Do biura zaczęli przychodzić kolejni pracownicy, więc Almond wstał od biurka i poszedł zamknąć drzwi do swojego miniaturowego gabinetu. Nie wrócił na fotel, tylko oparł się o blat i oznajmił:

– Teraz zadam pytanie, jakie należy postawić na początku, przynajmniej zgodnie z tym, jak mnie szkolono: czy planowany jest jakiś atak? Co jest obecnie największym problemem Rosjan?

Pauline Hollister popatrzyła na niego ze zdziwieniem.

– Skąd miałabym to wiedzieć?

– Musiałem zapytać – odparł Almond.

– Jeśli chodzi o największy problem, sprawa jest dużo prostsza. To finanse.

– A plany wojenne?

– Nie mam pojęcia. Kto dzisiaj robi jakieś plany? Wszyscy improwizują.

– Czyli mamy jasność – rzucił Ludwig, patrząc z nieskrywaną irytacją na Almonda, który wyglądał, jakby zamierzał coś odburknąć, ale się opanował.

W ich relacjach brakowało chemii. Ludwig wiedział o Almondzie tylko tyle, że w 2011 roku wykolegował swojego szefa, GT, przekazując kierownictwu CIA za jego plecami informacje o realizowanej akcji, co doprowadziło do wyrzucenia szefa i awansu Almonda na szefa bazy operacyjnej w Berlinie. GT też nie był ulubieńcem Ludwiga, ale czuł z nim przynajmniej jakąś więź i lepiej go rozumiał. A Jack Almond? Facet, który regularnie odwiedza solarium w mieście, gdzie latem bywa czterdzieści pięć stopni.

Choć trzeba mu przyznać, że po przejściu do EXPLCO to on ściągnął do pracy Ludwiga, ten chodzący relikt postkomunizmu, bardzo doświadczonego agenta znającego rosyjski. Mimo że nie nadawał się wtedy do działań operacyjnych. Po powrocie z Florydy na stare śmieci w Berlinie jego stan pogarszał się z miesiąca na miesiąc. Mówiąc wprost: mieszkał w samochodzie na lotnisku Tempelhof. Z tego punktu widzenia można uznać, że ów przypieczony na brązowo pętak, który obnosił się z wypasionym zegarkiem marki Breitling i nieustannie wcierał w dłonie krem do rąk, uratował mu życie.

Hollister odchrząknęła i powiedziała:

– Dostałam zapytanie czy jak to się nazywa. Mniej więcej miesiąc temu. Skontaktował się ze mną Rosjanin, ale nie z SWR.

– Skąd pani to wie? – przerwał jej Almond.

Czasami Ludwig się zastanawiał, czy facet nie jest scjentologiem.

– No wiem; był wytatuowany jak z więzienia, pod wpływem amfetaminy albo czegoś podobnego. Proszę posłuchać. Pojawił się w mojej winnicy bez uprzedzenia, w starym jeepie cherokee. Moi pracownicy próbowali go przegonić, ale był uparty. Wyszłam więc, żeby z nim porozmawiać. Przeraźliwie wychudzony. Cały czas próbował… dotykał mnie, próbował wziąć mnie za ręce. Zachowywał się jak paranoik, jak pies, który boi się bicia. No ale mniejsza z tym. Chciał złożyć zamówienie: miałam mu dostarczyć trzy trupy. Trzech martwych Rosjan, najlepiej mieszkających w tym kraju. Spytałam go, czy zwariował, dlaczego myśli, że mogę coś takiego załatwić. Wtedy spojrzał na mnie, jakby się zastanawiał, czy mnie z kimś nie pomylił, i powiedział: „Przecież to dla ciebie nie problem, masz kontakty w CIA”. Rozumiecie więc, panowie, że trochę mnie to śmieszy, szczególnie gdy siedzę w tym miejscu. Wszyscy myślą, że pracuję dla wszystkich. Dla wszystkich z wyjątkiem nich samych, oczywiście. Nawet ten pułkownik SWR, o którym wspominaliście, jest przekonany, że przebywam w Gruzji z ramienia CIA. Bo inaczej po co miałby ze mną rozmawiać? Żeby się dowiedzieć o szansach handlowych win fermentowanych w amforach kwewri z regionu Kachetii na rynku chińskim?

– Kim był ten ćpun? – spytał Ludwig.

– Nie wiem. Na pewno nie Gruzinem. Jego rosyjski brzmiał inaczej.

– Zdarza się, że ludzie chcą zniknąć i pozorują własną śmierć – powiedział Ludwig bardziej do siebie niż do niej. – Określił, o jaką płeć mu chodzi? Wiek? Albo rodzaj śmierci? Że przykładowo muszą mieć odciętą głowę albo coś w tym stylu?

– Nie.

– No to przekichane.

– No właśnie.

– Zapisała pani numer rejestracyjny? – spytał Almond.

– Nie.

– Dlaczego nie?

Hollister wzruszyła ramionami.

– Cieszyłam się, że pojechał.

Ludwig wstał i wyszedł z pokoju. Dotarł do swojego biurka, otworzył stojącą na nim małą lodówkę i wyjął z niej słoik z matsoni, domowej roboty jogurtem, kupiony na bazarku w Awlabari od posępnej starszej pani, która przywoziła go do miasta każdego ranka swoim dostawczym motorowerem.

Oprócz zdrowego białego napoju słoiczek zawierał setkę ukraińskiej wódki. Był to idealny sposób na wzmocnienie w biurze w porze przedpołudniowej, o ile chciało się uniknąć biegania do toalety, żeby potajemnie sobie łyknąć. I można było pić oficjalnie; nawet Jack Almond nie był w stanie zmienić kultury pracy sfory tajnych agentów na wygnaniu.

A matsoni, dość gęsty i puszysty, choć wcale nie tłusty, cudownie wpływał na problemy z woreczkiem żółciowym, nieżyt żołądka i Bóg jeden wie co jeszcze. Ludwig żałował, że nie odkrył tej kuracji kilka lat wcześniej.

W drodze do pokoju Almonda zabrał jeszcze plastikową łyżeczkę z kącika kuchennego. Kiwnął głową do Anriego, jedynego Gruzina na piętrze, który służył jako tłumacz, więc był powszechnie lubiany. Miał około trzydziestki, ale przez mocno wystający brzuch i początki łysiny wyglądał na czterdzieści pięć.

Gdy Ludwig wrócił do gabinetu, Hollister i Almond prowadzili kolejną odsłonę dyskusji o prawdziwym obliczu światowego porządku i faktycznym podziale odpowiedzialności za ten stan rzeczy.

– Proponuję, żebyśmy skupili się na meritum – wtrącił Niemiec, mieszając jogurt. Potem zaczął jeść.

Almond rozłożył ręce, jak Włoch, gdy źle zaparkuje auto. Hollister milczała.

– Wygląda na to, że przyciąga pani interesujących ludzi. – Ludwig chciał posunąć dyskusję do przodu. – Proponuję, że przez jakiś czas pojeżdżę z panią jako szofer i zobaczymy, czy coś się wydarzy. Czy bmw należy do pani czy do Dato?

– Do mnie.

– No to wszystko w porządku. Kiedy zadzwoni, powie mu pani, że znalazła innego kierowcę. Nie pierwszy raz straci zlecenie.

Hollister kiwnęła głową.

– A ta druga sprawa, nad którą pracujesz? – spytał Almond.

– Cholerna ślepa uliczka. Mogę na razie zrobić przerwę.

– Rozumiem. W porządku.

– Przepraszam – wtrąciła Hollister. – Ale chyba nie do końca rozumiem, na czym stoimy.

– Nie ma problemu, zaraz wszystko wytłumaczę – warknął Almond. – Jest pani obywatelką amerykańską, która wynajęła nas do ochrony. Nie czuje się pani bezpiecznie. Nasze usługi kosztują dwa tysiące dolarów dziennie, ale postanowiliśmy wyjątkowo pracować dla pani pro bono, ponieważ jest pani osobą cholernie godną wsparcia, o wyjątkowo ujmującej osobowości.

– Któż mógłby się oprzeć prośbom biednej wdowy. – Hollister uśmiechnęła się krzywo.

– No właśnie.

Jogurt poprawił Ludwigowi samopoczucie. A do tego skutecznie łagodził nieżyt żołądka.

– Jeśli okaże się, że faktycznie zdradziła pani ojczyznę, czego jestem prawie pewien – dodał Almond nieco łagodniejszym tonem – to przekażemy panią kolegom z FBI. Oczywiście, o ile nie będzie pani miała nic ciekawego do zaproponowania. Bo wtedy moglibyśmy popatrzeć na zdradę nieco łagodniej. A nawet o niej zapomnieć.

Czyli jest w nim trochę zdrowego rozsądku, pomyślał Ludwig. Almond dostrzegł szansę na dobry interes i awans u obecnego pracodawcy. Przekazanie Hollister amerykańskim władzom bez wcześniejszego sprawdzenia jej wartości byłoby idiotyzmem.

– Decydująca o życiu i śmierci umowa, zawarta ustnie z ludźmi, którzy nie wiadomo dla kogo pracują – podsumowała Hollister. – To kwintesencja mojego życia.

– Na zdrowie. – Ludwig podniósł podświadomie słoik z jogurtem w geście niezrozumiałego dla pozostałych toastu. – Za świetlaną przyszłość.

Almond spojrzał na niego zdziwiony i dodał:

– Źle się wyraziłem, mówiąc „pro bono”. Będziesz płacić w naturze: informacjami. – Otworzył szufladę biurka i wyjął z niej notatnik i długopis. – Chcę wszystkiego. W stu procentach. Każdego pieprzonego Rosjanina, z którym kiedykolwiek rozmawiałaś. Numery telefonów. Adresy e-mailowe. Nazwy firm i innych przykrywek, których używają. Dosłownie wszystko.

– To się da zrobić – mruknęła Hollister. Zaczęła pisać.

Almond ruszył do drzwi, a Ludwig poczłapał za nim. Kiedy doszli do schodów po drugiej stronie biura, Amerykanin powiedział: