Strona główna » Obyczajowe i romanse » Nie do wiary!

Nie do wiary!

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7976-450-1

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Nie do wiary!

Chińskie przysłowie ostrzega, by uważać o czym się marzy, bo marzenia mogą się spełnić.

Eufrozyna Maliniak, dla przyjaciół Zoey, wrażliwa nauczycielka po trzydziestce, nie ma szczęścia w miłości. W przeszłości zraniona, nie potrafi zaufać, choć wciąż skrycie marzy o księciu z bajki. Za namową przyjaciółki Alicji w sylwestrową noc wykrzykuje światu swoje największe marzenie.

Od tej chwili w życiu Zoey zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki na jej drodze jeden po drugim pojawiają się mężczyźni ze snów…

Pytanie, czy są to tylko dobre sny? Czy marzenie Zoey się spełni? Czy uwolni się od przeszłości i pozwoli samej sobie zakochać się bez pamięci?

Skrząca się humorem, pełna barwnych postaci i nieoczekiwanych zwrotów akcji opowieść o poszukiwaniu szczęścia.

Nie do wiary, jak życie potrafi zaskakiwać, szczególnie w miłości!

Polecane książki

Federico García Lorca (1898-1936) to najczęściej wydawany na świecie poeta języka hiszpańskiego. Coraz to nowi tłumacze próbują zmierzyć się z jego poezją, jak również z jego dziełami scenicznymi, chętnie grywanymi przez liczne teatry. Kolejnym polskim poetą i tłumaczem, kt&oacu...
Publikacja w formie instrukcji pokazuje krok po kroku jak: ustalić stawkę VAT lub zwolnienie, potwierdzić czy numer PKWiU został prawidłowo ustalony. Książka zawiera informacje o konsekwencjach zastosowania błędnej stawki VAT lub zwolnienia, a także opisy procedur korygowania błędów na fakturach alb...
W swej najnowszej książce uznany historyk Helen Castor w odmienny sposób prezentuje porywające życie Joanny d’Arc. Zamiast ikony, widzimy energiczną, młodą kobietę, która walczyła z Anglikami i miała odwagę zająć własne stanowisko w krwawej wojnie domowej, która wyniszczała piętnastowieczną Francję....
Czas to pieniądz. Abyś więc szybko mógł/mogła podjąć decyzję czy warto poświęcić kilka godzin Twojego cennego czasu na naszą książkę postanowiliśmy w skrócie wymienić niektóre elementy w niej zawarte. Z naszej książki dowiesz się między innymi: - jak zaoszczędzić od kilku do kilkunastu tysięcy z...
Fundamentalne pytania, które Radziwon zadaje w swojej książce zadać jest bardzo łatwo: co powoduje, że wybitna jednostka w określonych warunkach działa akurat tak, a nie inaczej? Dlaczego ten sam człowiek czasami zachowuje się jak bohater, a innym razem jak tchórz? Czy zdaje sobie sprawę ze swoich p...
W poetyckich miniaturach Grzegorz Wróblewski przedstawia rzeczywistość złożoną z żalu, samotności i tęsknot człowieka, jak również z pierwotnej prostoty i harmonijności świata natury. Wrzucony w te realia podmiot walczy o przetrwanie – ceni życie, nawet jeśli jest trudne i bolesne, ponieważ rozumie ...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Zuzanna Jędrzejewska

 

 

 

 

Copyright © Zuzanna Jędrzejewska, 2016

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2016

 

 

Redaktor prowadząca: Monika Długa

Redakcja: Natalia Szczepkowska

Korekta: Anna Wawrzyniak-Kędziorek / panbook.pl

Projekt okładki: Design Partners (www.designpartners.pl)

Fotografie na okładce: www.depositphotos.com/ra2studio

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

 

Wydanie elektroniczne 2016

 

eISBN 978-83-7976-450-1

 

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

Sylwester

Eufrozyna Maliniak, przez przyjaciół nazywana Zoey, leżała na wznak na swoim pojedynczym łóżku przykrytym patchworkową narzutą i wpatrywała się w wyblakły gwiazdozbiór na suficie. Miała pięć lat, gdy, zapytana przez jedną z ciotek, co też chciałaby dostać od świętego Mikołaja, zażyczyła sobie pod choinkę gwiazdki z nieba. Zgromadzeni przy stole członkowie rodziny w pierwszej chwili roześmiali się, rozczuleni naiwnością dziecięcego życzenia. Po chwili jednak uśmiechy zniknęły z ich twarzy, gdy mała Eufrozyna z mocą oświadczyła, że nie widzi powodów do radości, Mikołaj to bujda i wymówka, i na ich miejscu czym prędzej wyruszyłaby w podróż – do kosmosu jest bardzo daleko i mogą nie zdążyć przed świętami, a chyba chcą spełnić jedyne życzenie jedynego dziecka w rodzinie. Wszelkie prośby, groźby, zachęty, próby przekupstwa czy najbardziej logiczne wywody zmierzające ku nakłonieniu jej do zmiany życzenia okazały się bezowocne. Zoey z właściwą małym dziewczynkom determinacją oświadczyła, że jeśli nie dostanie gwiazdki z nieba, to równie dobrze może nie dostać nic, święta mogą się nie odbyć, bo i tak będą najgorsze w jej życiu, a skoro tak, to kto wie czy nie lepiej będzie, jeśli od razu umrze, bo nikt jej nie kocha, nie lubi i nie chce. Na koniec z wdziękiem rozpuszczonej jedynaczki wychowywanej przez dziadka rzuciła się na podłogę, tupała, krzyczała i zalewała się łzami tak długo, aż nie obiecano jej gwiazdki i jeszcze wielu innych rzeczy. Usłyszawszy te zapewnienia, wstała, otrzepała spódniczkę, wydmuchała nos i najzwyczajniej w świecie poszła do pokoju bawić się lalkami. Osłupiałe ciotki długo stały, spoglądając na drzwi, za którymi zniknęła. Jedynie dziadek uśmiechnął się pod wąsem, po czym zaproponował wszystkim herbatę, niezawodne remedium na zszargane nerwy.

Dni mijały i wszyscy po cichu liczyli, że dziewczynka zapomni o swoim niedorzecznym marzeniu. Jednak podczas adwentu Zoey zaczęła obdzwaniać kolejno wszystkich członków rodziny, uprzejmie przypominając im o obietnicy. Zakupiono zatem w Peweksie kilka szalenie drogich, złoconych gwiazdek na baterie, kolejną uszyto z połyskującego moheru, a ciotka Eufemia, która była artystką plastykiem, własnoręcznie ulepiła z gliny wspaniałą gwiazdę, pomalowała ją na złoto i przyozdobiła migoczącymi kryształkami. W ich oczach Wigilia była uratowana, a szczęśliwe dzieciństwo ulubienicy rodu miało obyć się bez świątecznej traumy. Niestety wszystkie próby zawiodły. Eufrozyna, rozpakowując kolejne paczki, wpadała w coraz większą złość. Prezent ciotki Eufemii, odpakowany jako ostatni, został ciśnięty z wściekłością o podłogę. Istny cud sztuki rękodzielniczej rozbił się w drobny mak. Teraz do wyjącej z wściekłości pięciolatki dołączyła szlochająca z rozpaczy nad swoim dziełem czterdziestolatka.

Rodzinna zawierucha ucichła, gdy Zoey, znużona histerią, zasnęła niespodziewanie na kanapie. Ciotka Eufemia, której zakazano płakać, żeby nie obudziła małego tyrana, siedziała, trzęsąc się i kołysząc w przód i w tył, pochylona nad skorupami gwiazdy spoczywającymi na jej podołku. Pozostali z trudem przełknęli resztki makowca i pospiesznie wyszli, głośno wyrażając zniesmaczenie zachowaniem rozkapryszonej dziewczynki. Na klatce schodowej kiwali z politowaniem głowami i szeptali, że od wychowywania dzieci są rodzice, bo dziadkowie po prostu się do tego nie nadają, a poza tym rude to nie kolor włosów, to charakter, i nikt nic na to nie poradzi. Usprawiedliwiwszy się w ten sposób od wszelkich zaniedbań, zwłaszcza od niedostatecznego wspierania Damazego w jego trudach, wyszli w łagodną ciemność wigilijnej nocy.

Gdy zamknęły się za nimi drzwi, dziadek przykrył Eufrozynę grubym wełnianym kocem i wyszedł do łazienki zrealizować własny plan. Miał pomysł, jak spełnić marzenie wnuczki. Rozmieszał kupione na bazarze chińskie farby, które świeciły w ciemności, po czym spędził całą noc malując na granatowym suficie jej pokoiku firmament pełen złotych gwiazd. Eufrozyna obudziła się nad ranem. Kanapa może i nadawała się do siedzenia, ale spanie na niej było okropnie męczące. Zaspana dziewczynka przeszła cichutko do swojego pokoju, gdzie czekało na nią ukochane łóżeczko, z pachnąca pościelą i wysłużonym króliczkiem-przytulanką. Aż pisnęła z zachwytu, przypadkiem spojrzawszy w górę na rozgwieżdżone niebo. Pobiegła do pokoju dziadka i bezceremonialnie wskoczyła na tapczan, na którym kamiennym snem spał antenat.

– Obudź się, dziadku! Dostałam gwiazdkę! – krzyknęła mu prosto do ucha. – Dużo gwiazdek! Miliony! Obudź się, no!

Dziadek otworzył oczy, które dopiero dwa kwadranse wcześniej udało mu się zamknąć. Mimo to podniósł się czym prędzej i ruszył za wnuczką, by podziwiać jej prezent. Stali przez chwilę w milczeniu, wpatrując się w migoczący sufit, w którym odbijało się światło nocnej lampki. Eufrozyna uścisnęła mocniej rękę dziadka.

– Wiedziałam, wiedziałam. Ja jedna wiedziałam to na pewno! Mikołaj jednak istnieje! – westchnęła.

Dziadek poklepał ją delikatnie po małej dłoni.

– Cuda się zdarzają, maleńka.

 

 

 

 

 

Ćwierć wieku później Zoey z zachwytem obserwowała, jak zwykle nieruchoma konstelacja układała się w coraz to nowe, finezyjne kształty. Zastanawiała się, gdzie podziała się ta dziewczynka, która zawsze wiedziała, czego chce, i potrafiła o to zawalczyć. Eufrozyna miała wrażanie, że poza imieniem, adresem i dziadkiem nie ma nic wspólnego z tamtą temperamentną pięciolatką. Zrobiło jej się smutno. Niechybnie zapłakałaby nad własnym losem, gdyby gwiazdy nad jej głową nie zaczęły nagle wirować szybciej i szybciej. Zakręciło jej się w głowie i poczuła nadciągającą falę mdłości. Zacisnęła powieki. Wciąż nie otwierając oczu, przewróciła się na bok. Wzięła głęboki wdech. Spojrzała przed siebie. Świat nadal wydawał się niestabilny, ale zmiana pozycji poskutkowała; mdłości ustąpiły.

– Cuda się zdarzają – wybełkotała.

Przy wezgłowiu łóżka siedziała na podłodze jej najlepsza przyjaciółka, Alicja. Jednak ani drgnęła na dźwięk głosu Zoey. Eufrozyna dłuższą chwilę przyglądała się jej, próbując odgadnąć, co też ją tak zajmuje. Alicja wyglądała, delikatnie mówiąc, dziwacznie. Siedziała na kolanach, bokiem oparta o ramę łóżka, z twarzą zwróconą w kierunku stolika, co kilkadziesiąt sekund mrużyła oczy, marszczyła czoło, wstrzymywała oddech i cała się napinała. Czerwieniła się. Wypuszczała gwałtownie powietrze, łapała oddech i powtarzała niecodzienny rytuał.

– Co… Co ty robisz? – zapytała wreszcie Zoey, gdy żaden racjonalny pomysł nie zaświtał w jej głowie.

– Ćśśś… – syknęła tylko Alicja, przełknęła głośno ślinę i znów zmrużyła oczy.

Eufrozyna podążyła za jej spojrzeniem i nagle ją olśniło. Alicja wpatrywała się w stojący nieopodal pusty kieliszek, jakby chciała siłą woli sprawić, by sam się napełnił.

– Nie uda się! Musisz się ruszyć – powiedziała Zoey tonem mędrca, po czym czknęła głośno. – A jak już wstaniesz, przynieś mi wody.

Alicja machnęła na nią ręką i kontynuowała zaklinanie kieliszka. Zoey przymknęła oczy. Otuliła ją miła ciemność. Pod powiekami pojawiały się coraz ciekawsze obrazy rodem z Alicji w Krainie Czarów. Eufrozyna Maliniak powoli oddalała się ku bezdrożom pijackich snów.

– Która godzina? – zapytała Alicja, bezlitośnie wyrywając ją z błogostanu.

Przerażona Zoey otworzyła oczy i odruchowo spojrzała na zegarek.

– Dziesiąta czterdzieści trzy, chyba – odpowiedziała po dłuższej chwili, gdy wreszcie udało jej się zogniskować wzrok na cyferblacie.

– O matko, dopiero?! – jęknęła Alicja. – Nie zniosę dłużej tego sylwestra.

– Mówiłam, żeby iść do Renatki… – zaczęła niepewnie Zoey, ale Alicja nie dała jej dokończyć.

– Milcz! Wszystko tylko nie to! Tak nisko nie upadłyśmy!

Zoey zmieszana kiwnęła zamaszyście głową. Musiała przyznać, że jej ostatnie słowa były wyrazem desperacji. Nie ma nic gorszego niż spędzanie sylwestra z Renatką, no, może poza kanałowym leczeniem zęba albo rodzeniem pięcioraczków bez znieczulenia.

Renatka była ich wspólną koleżanką z liceum, swoistą legendą, typem wesołego kujona, który stara się być na siłę duszą towarzystwa i za wszelką cenę zaprzyjaźnić z każdą napotkaną osobą. Miała ponad tysiąc znajomych na Facebooku, choć większość, widząc ją na ulicy, usiłowała przemknąć niezauważona. Renatka była bowiem najnudniejszą i najbardziej męczącą osobą, jaką można sobie wyobrazić. Nie posiadała niemal żadnych zdolności interpersonalnych, a będąc przekonaną o swoich wrodzonych talentach towarzyskich, nie próbowała nawet czegoś w tym aspekcie zmienić. Nie chwytała aluzji, nie rozumiała sugestii, prosiła o powtórzenie puent dowcipów chwilę po tym, jak cała reszta przestawała się z nich śmiać, czytała wyłącznie lektury szkolne i na dodatek z chwilą zamknięcia książki zapominała jej treść. Jedyną rzeczą, o której można było z nią porozmawiać był świat celebrytów. W środku nocy potrafiła wyrecytować, co kto robił z kim, kiedy, gdzie i dlaczego.

I ta właśnie Renatka od pierwszej klasy ogólniaka organizowała w domu coś, co nazywała „dzikimi dżamprezkami”. Wraz z mamą przygotowywała kanapki z pastą jajeczną posypane szczypiorkiem, koreczki z kiełbasy i sera żółtego, eleganckie stosiki kabanosów i korniszonów. W rogu stołu ustawiała kolorowe szklanki, słomki w paseczki, colę i kompot. Przystrajała salon balonami i serpentynami, a samą siebie w obowiązkowe różowo-cekinowo-dżinsowe stroje, które elegancką, wrażliwą estetycznie Alicję przyprawiały o drgawki i ból głowy. Mimo iż od matury minęło już ponad dziesięć lat, Renatka z zadziwiającym uporem zapraszała Zoey i Alicję na każde urodziny, imieniny, andrzejki, Międzynarodowy Dzień Pluszowego Misia, ostatki, no i oczywiście sylwestry. Rokrocznie wykręcały się od obecności (która, zgodnie z treścią zaproszenia, była obowiązkowa) rozmaitymi przypadłościami i nieprzewidzianymi kolejami losu. Obie nie lubiły kłamać ani sprawiać ludziom przykrości, ale w tym wypadku nie można było postąpić inaczej.

Renatka posiadła jedną jedyną umiejętność towarzyską, która jednak była tyleż przydatna dla niej samej, co skrajnie toksyczna dla otoczenia. Potrafiła skutecznie wzbudzić u każdego wyrzuty sumienia. Tym samym sprawiała, że wszyscy, nie chcąc zrobić jej przykrości, postępowali wedle jej życzenia. Na wieść o tym, że Alicja i Zoey nie pojawią się na dżamprezce, Renatka najpierw zadawała serię szczegółowych pytań dotyczących przyczyn ich nieobecności. Trzeba było wykazać się perfekcyjnym przygotowaniem wymówki, bo pytania były jak pajęcza sieć, która ma schwytać ofiarę, omotać, a następnie umożliwić pająkowi przywleczenie ofiary do gniazda, gdzie ta będzie oczekiwać na moment pożarcia. Jednym słowem, z pozoru miłe i troskliwe pytania zawsze zawierały jakiś haczyk. Gdy wreszcie udało się szczęśliwie ominąć wszystkie pułapki i przekonać gospodynię, że własną nieobecność na dżamprezce odczuwa się jako niepowetowaną stratę, należało wstrzymać oddech i przygotować się na emocjonalny atak. Sekundę później Renatka wybuchała płaczem, wyrażając tym samym głęboki żal i współczucie. Następnie, zwykle wydmuchawszy uprzednio nos prosto w słuchawkę, obiecywała, że wkrótce urządzi kolejne „spotkanko”, by wynagrodzić rozmówcy absencję. Zmaltretowany psychicznie, wpędzony w wyrzuty sumienia, czujący się jak najpodlejszy z podłych rozmówca przysięgał na wszystkie świętości, że tym razem na pewno przybędzie. Renatka łaskawie przyjmowała gorliwe zapewnienia i zwykle z żelazną konsekwencją je egzekwowała.

Zoey z Alicją bywały u Renatki tylko wówczas, gdy miały w tym ukryty cel, którym był najczęściej przedstawiciel płci przeciwnej. Od czasu do czasu bowiem wśród tłumów nieudaczników, smętnych poetów, filozofów z długimi włosami i historyków w wyblakłych golfach, zaplątał się jakiś interesujący człowiek, którego warto było poznać bliżej. Był to jednak wyjątek od zasady głoszącej, iż każdy stały bywalec Renatkowych przyjęć ma jakiś mniej lub bardziej ukryty defekt.

Zwyczajna impreza nie stanowiła jednak problemu. W każdej chwili można było z niej uciec, ot chociażby do chorego dziadka. Eufrozyna wiele razy dziękowała Bogu, że Damazy, okaz sił i zdrowia nie pojawiał się nigdy na szkolnych zebraniach, dzięki czemu mogła go wykorzystywać jako wymówkę. Zapewne obraziłby się śmiertelnie, gdyby ktoś doniósł mu, z ilu nieudanych przyjęć jego ukochana wnuczka wyszła, mówiąc, że musi wrócić do domu, by podać leki niedołężnemu staruszkowi, nakarmić go albo przewinąć.

Jednakże sylwester u Renatki był najgorszym pomysłem świata, bo, chcąc nie chcąc, trzeba było doczekać północy. Żadne wymówki nie wchodziły w grę. Renatka, która przy poważniejszych okazjach dostawała kompletnego towarzyskiego kręćka, zapewne poleciłaby zostawić dziadka nieprzewiniętego do rana, bo taka noc zdarza się tylko raz na trzysta sześćdziesiąt pięć dni.

Zoey pokiwała głową, wypuściła ze świstem powietrze i ponownie czknęła.

– U ciebie przynajmniej można się napić czegoś innego niż kompot – ciągnęła Alicja, najwyraźniej czerpiąc otuchę z krytykowania nieszczęsnej Renatki. – Mogłybyśmy zadzwonić i zapytać, jaki podaje z okazji zakończenia starego roku? Śliwkowy czy jabłkowy? A może zaszalała i zamroziła na kompot sylwestrowy porzeczki z działki?

Alicja zachichotała złośliwie. Zoey popukała się w czoło.

– Daj spokój Renatce. Może i popija kompot zamiast likieru jajecznego, ale przynajmniej nie jest sama i zapewne się nie nudzi.

– O co to, to na pewno nie! – wykrzyknęła Alicja, po czym wybuchnęła gromkim śmiechem, który był u niej wyraźną oznaką nadużycia procentów. – U Renatki nie można się nudzić! Pewnie całe towarzystwo gra teraz w kalambury albo w „Jaka to melodia?”, albo, o ile mama pozwoliła, oglądają sylwestrowy program w telewizji. Poza tym przypominam ci, moja droga, że ty też nie siedzisz sama. Ale wracając do tematu likieru, skoro już go poruszyłaś…

Alicja zajrzała sugestywnie do swojego kieliszka.

– Chyba wiesz, gdzie go szukać – odpowiedziała Zoey, uśmiechając się szeroko. – A jak już znajdziesz, to nalej i mi. Albo nie, wolę wodę.

Alicja pokazała jej język, po czym z jękiem wstała i chwiejnym krokiem podeszła do stolika, który uginał się pod ciężarem smakołyków. Wszystkie były dziełem wszechstronnie utalentowanego dziadka Eufrozyny – Damazego Maliniaka. Patrząc na niego, Zoey często zastanawiała się według jakich kryteriów odbywa się w naturze podział talentów, a nade wszystko, gdzie w tym czasie jest sprawiedliwość. Damazy Maliniak był obdarowany tak bardzo, że najwyraźniej dla syna, a potem i dla wnuczki, niewiele już zostało. Wśród całej palety umiejętności i talentów dziadka nie zabrakło i kulinarnego. Na ostatni wieczór starego roku upiekł dla dziewcząt ciasto drożdżowe z rodzynkami, beziki z czekoladą, babeczki z budyniem i ulubiony sernik Alicji. Dodatkowo oddał im trzy karafki własnoręcznie robionych likierów. Alicja nalała ciemnożółtego płynu do dwóch staroświeckich kieliszków z wygrawerowanymi motywami kwiatowymi, zapominając o tym, że Zoey prosiła o wodę. Eufrozyna jęknęła na myśl o konieczności wypicia kolejnej porcji likieru, ale nie miała siły na tłumaczenia.

– À propos, gdzie dzisiaj baluje Damazy? – zapytała Alicja, podając przyjaciółce kieliszek.

Wszystkie koleżanki Eufrozyny zwracały się do jej dziadka po imieniu. Damazy Maliniak twierdził bowiem, że gdy młode, piękne kobiety zwracają się do niego per pan, czuje się staro. Co ciekawe, wnuczka bezwzględnie, zawsze i wszędzie musiała nazywać go dziadkiem. Gdy w okolicach klasy maturalnej odważyła się zapytać, czy i ona może mówić mu po imieniu, odmówił w kilku dosadnych słowach, twierdząc, że rodzina to rodzina, hierarchia musi być, bo jest podstawą szacunku wobec protoplastów rodu. Zoey nic nie zrozumiała z tego tłumaczenia, poza tym, że ona jedna spośród swoich rówieśniczek nie może nazywać własnego dziadka „Damazy”. Wiedziała także, że jakakolwiek próba skłonienia go do zmiany stanowiska i tak skończyłaby się porażką.

Taki już był Damazy Maliniak. Pełen sprzecznych teorii na ten sam temat, w których tylko on potrafił się odnaleźć, bujający w obłokach i niezwykle praktyczny zarazem, uwielbiający sztukę i porządki domowe, wybuchowy, temperamentny, zabawny, niezawodny i opiekuńczy. Eufrozyna była pewna, że dziadek potrafiłby porozumieć się z każdym. Płakał ze smutnymi, śmiał się z wesołymi, bawił się z dziećmi tak, jakby sam był kilkuletnim malcem. Miał w sobie nieuchwytny urok, na który nikt, bez względu na płeć i wiek, nie mógł pozostać obojętny. W wieku osiemdziesięciu sześciu lat nadal miał ogromny apetyt na życie. Zoey z Alicją niejednokrotnie odnosiły wrażenie, że to Damazy jest najmłodszy z ich trójki. Jako śpiewak operowy zjeździł z koncertami pół świata, pił jak pan Zagłoba, palił jak parowóz i, nie zważając na swój wiek, kilka razy w tygodniu balował do białego rana. Mimo to cieszył się doskonałym zdrowiem i krzepą, jakiej większość sześćdziesięciolatków, o jego rówieśnikach nie wspominając, mogło mu tylko pozazdrościć. Myśl, że Damazy mógłby spędzać sylwestra w domu, przed telewizorem lub we własnym łóżku nawet nie powstała w głowie Alicji.

– Najpierw śpiewał gościnnie w teatrze, potem mieli iść całą ekipą do jakiejś restauracji z dancingiem, rzecz jasna, a gdzie i o której skończą jeden Pan Bóg wie.

– Ten to ma życie – westchnęła Alicja z nutką zazdrości w głosie. – Jak on to robi?

– Nie wiem. To jedna z niezgłębionych tajemnic wszechświata. Od jakiegoś czasu staram się już nad tym nie zastanawiać. Chociaż sam fakt, że mój wkrótce dziewięćdziesięcioletni dziadek ma bujniejsze życie towarzyskie niż ja, nie napawa optymizmem.

– No, nie układa ci się ostatnio najlepiej… – wyrwało się Alicji w przypływie alkoholowej szczerości. Zoey spojrzała na nią z wyrzutem. Alicja spuściła wzrok, łyknęła żółtawego płynu, w myślach gorączkowo szukając jakiegoś zgrabnego usprawiedliwienia dla własnego nietaktu. – Jejku, źle mnie zrozumiałaś. Nie chodziło mi konkretnie o ciebie. Przy Damazym każdy wypada słabo…

– Ale nie każdy jest jego wnuczką i nie każdego ciągle z nim porównują – burknęła Zoey, wyraźnie dotknięta.

– Co prawda, to prawda. Przepraszam, nie chciałam ci zrobić przykrości.

– Wiem – westchnęła Zoey i przewróciła się na plecy. – Tylko że ja mam już serdecznie dość bycia mną. – Alicja pośpieszyła z zapewnieniami o cnotach i zaletach przyjaciółki, ale Eufrozyna szybko jej przerwała. – Nie musisz mi niczego wmawiać. Wiem, jak jest. Rodzice wiedzieli, co robią, zostawiając takiego nieudacznika jak ja. Wybrakowany egzemplarz i do tego z tak fatalną etykietką. Boże, kto daje dziecku na imię Eufrozyna?!

Łzy mimo woli zaczęły płynąć jej po policzkach. W przeciwieństwie do Alicji, która pod wpływem alkoholu robiła się rubaszna i złośliwa, Zoey od niepamiętnych czasów upijała się na smutno.

– Po pierwsze nie zostawili cię, tylko wyjechali na misję badawczą…

– Na ćwierć wieku?! – wychlipała Zoey i rozpłakała się na dobre.

Alicja odczekała chwilę, wiedząc, że w takim momencie musi dać się przyjaciółce wypłakać.

– W Ameryce Południowej jest wiele obszarów do eksploracji dla antropologów – podjęła ostrożnie, gdy chlipanie z tapczanu nieco ucichło. – Poza tym piszą do ciebie regularnie…

– Czyli raz na kwartał…

– …a nawet dzwonią, gdy tylko mają dostęp do telefonu. W dżungli jest słabo z zasięgiem – ciągnęła Alicja niezrażona pesymizmem Zoey. – I nie tak dawno byli w Polsce.

– Przez trzy dni! Poprzednim razem wpadli na moje osiemnaste urodziny. Średnią mają słabą, nie sądzisz?

Alicja w duchu musiała przyznać, że rodzice Zoey nie zasługiwali na tytuł opiekunów roku, choć potrafiła znaleźć coś na ich usprawiedliwienie. Heliodor i Katarzyna Maliniak byli parą zapalonych naukowców, najprawdziwszych pasjonatów, przedstawicielami ginącego gatunku ludzi, dla których nauka jest wszystkim. Zupełnie nieprzystosowanymi do życia w sztywnych ramach społeczeństwa, kompletnie niezainteresowanymi otaczającą ich rzeczywistością. Los zapewne zapisał im życie w samotności, w którym lekko przykurzeni dzieliliby czas pomiędzy bibliotekę a wykłady na uczelni. Frywolny przypadek sprawił jednak, że na krętych ścieżkach życia odnaleźli się nawzajem. Zakochali się w sobie bez pamięci. Chodzili za rękę po kampusie uniwersyteckim albo siedzieli w bibliotece, każde z nosem w książce. Po pracowitym dniu wracali spacerem do mieszkania, snując plany badawcze i marzenia o wielkich odkryciach, tak porywające, że niejednokrotnie gubili drogę i wracali przez trzy godziny zamiast w kwadrans.

Damazy, który ich przygarnął, dbając o wikt i opierunek nie tylko jedynego syna, ale i jego równie odrealnionej żony, nie mógł się nadziwić, że ktoś może dosypać do herbaty soli, zamieszać, wypić duszkiem i niczego nie zauważyć z powodu czytanej właśnie książki albo włożyć spódnicę na spodnie od piżamy i chcieć tak wyjść z domu, bo układa akurat w myślach tekst prelekcji. Damazy nie mógł zrozumieć, skąd w synu wzięła się taka pasja naukowa. Znajomy psycholog powiedział mu kiedyś, że jest to wyraz nieuświadomionego buntu wobec barwnej natury ojca. Damazy był wszystkimi kolorami tęczy, więc Heliodorowi pozostały tylko odcienie szarości. Być może. Z czasem jednak ów bunt, czy cokolwiek to było, naturalnie przerodził się w sposób życia.

Damazy opiekował się nieszczęsnymi małżonkami z prawdziwą przyjemnością i czułością, skrzętnie skrywanymi pod maską ironii. Prawda była jednak taka, że niezmiernie wzruszało go ich wzajemne zrozumienie, niezręcznie okazywane uczucie, godna pozazdroszczenia konsekwencja i wytrwałość, a przede wszystkim wrażliwość i niezaradność. Wiedział, że bez jego pomocy już dawno mieszkaliby pod mostem, żywiąc się suchą bułką i serkiem topionym. Wiedział też, że taki stan rzeczy zupełnie by ich nie zmartwił, byleby mieli stały dostęp do książek, słowników i starych manuskryptów.

Niestety z tego doskonale kosmicznego związku poczęła się dziewczynka, na którą w ich życiu nie było miejsca. Nie mogli jej zabierać do bibliotek, na stypendia zagraniczne, sympozja naukowe, a nade wszystko na wyprawy badawcze. Nie potrafili zaopiekować się sami sobą, a co dopiero kimś, kto bez ich pomocy nie miał szansy na przeżycie. I choć dziewczynka była słodka, urocza i niezwykle spokojna, oboje musieli przyznać, że nie są stworzeni do roli rodziców. Gdy Heliodor dostał propozycję pięcioletniego kontraktu w Peru, a jego ojciec zgodził się zająć małą Eufrozyną, małżonkowie odetchnęli z ulgą. Z radością zrezygnowali z troski o kupki, zupki, zabaweczki, prasowanie, pranie, z całokształtu realiów życia młodego rodzica, który swoje pasje musi odłożyć na bok, w pełni podporządkowując siebie istocie nieumiejącej sformułować swych myśli w jakimkolwiek zrozumiałym języku. Damazy zawsze powtarzał, że rodzice kochali córkę najlepiej, jak umieli, w nietypowy, sobie tylko właściwy sposób. Najwyraźniej jednak ona, mimo osiągnięcia wieku dojrzałego, nadal nie była w stanie tego pojąć.

– A po drugie Eufrozyna to wyjątkowe imię dla wyjątkowej osoby. – Alicja postanowiła odwrócić uwagę przyjaciółki od tematu rodziców.

– A tobie ktoś płaci za wymyślanie takich tandetnych hasełek? Ta cała Eufrozyna to piętno. Mówię ci, że w tym cholernym imieniu leży przyczyna wszystkich moich niepowodzeń życiowych. Po prostu wszechświat jest zaprogramowany tak, że powinno się mieć na imię Kasia, Basia, Ania czy chociażby Alicja. Oryginalne imię piętnuje! Zobacz jak skończył chociażby… Napoleon!

– Ja nie miałabym nic przeciwko temu, żeby być Napoleonem… – próbowała wtrącić Alicja.

– I skończyć jak on? Proszę cię, daj spokój. Pamiętasz podstawówkę? Nawet nauczycielki nazywały mnie Żabą, bo nie wiedziały, jak na mnie wołać. Kto daje dziecku czterosylabowe imię niedające się skrócić, mimowolnie skazuje je na wykluczenie społeczne! Ty byłaś Ala, a ja Żaba. Bajkowe dzieciństwo.

– Dobra, ale to było dawno. Zoey brzmi ładnie. – Nie ustępowała Alicja.

Eufrozyna wzruszyła ramionami.

– Może i tak, ale dzieci codziennie mówią do mnie pani Eufrozyno i za każdym razem mam wrażenie, że pocą się wówczas z wysiłku, a dyrektorka wymawiając moje imię zawsze podnosi sugestywnie brwi, jakby chciała mi dać do zrozumienia, co myśli o mojej pretensjonalnej rodzinie.

– Przesadzasz… – Alicja ziewnęła.

– Do tego moje imię odstrasza mężczyzn – ciągnęła Eufrozyna, nie zwracając uwagi na komentarz przyjaciółki. – Słyszą je i z góry podprogowo kojarzą mnie z kłopotami. Dlatego nie chcą się angażować.

– Sama jesteś podprogowa! – prychnęła przyjaciółka. – Było paru takich, którzy się bardzo zaangażowali…

– …i z każdym było coś nie tak. Widocznie tylko kiepskie modele są odporne na złowróżbny wydźwięk mojego imienia.

– Moim zdaniem twoje imię nie ma z tym nic wspólnego. Są dwie możliwości: albo nie spotkałaś jeszcze tego jedynego, albo ustawiłaś zbyt wysoko poprzeczkę i go nie zauważyłaś.

– Ja nie ustawiam żadnych poprzeczek!

– Jak to nie?! – krzyknęła zniecierpliwiona Alicja. – Zawsze tak długo drążysz osobowość potencjalnego kandydata, aż znajdziesz jakiś deficyt, ułomność lub niedomaganie, cokolwiek, do czego da się przyczepić. Nawet z najmniejszej wady potrafisz zrobić wielkie halo. Z założenia próbujesz zdyskwalifikować chłopaka w roli twojego partnera. Moim zdaniem nie masz problemu z imieniem, tylko z akceptacją drugiego człowieka. Wyśniłaś sobie nieistniejący ideał i zamiast zweryfikować sen w zetknięciu rzeczywistością, użalasz się nad własną samotnością, usprawiedliwiając wszystko, fakt, niezbyt udaną przeszłością!

Eufrozyna zamarła. Przygryzła wargę i zacisnęła dłonie na brzuchu. Alicja zrozumiała, że przeholowała. Za sprawą niezwykle mocnego specjału Damazego pozwoliła sobie na zbyt dużą szczerość, raniąc tym samym przyjaciółkę.

– To nie tak… – zaczęła po chwili Zoey. Mówiła szeptem, z trudem wymawiając każde słowo. – Ja dokładnie wiem, czego się boję, czego nie chcę, co mnie odpycha. Boję się kłamstwa, zranienia, odrzucenia. Nigdy dotąd nie spotkałam kogoś, przy kim czułabym się zupełnie bezpiecznie.

Alicja milczała. Zoey nigdy nie była zbyt skłonna do zwierzeń. Coś w wypowiedzi przyjaciółki musiało ją silnie poruszyć.

– Poza tym… ja chyba nigdy nie byłam tak naprawdę zakochana. Może w Marcinie, ale i tu obyło się bez happy endu, więc chyba próżno szukać w tym tej iskierki prawdziwego uczucia….

– Zoey, z zakochaniem rzadko jest tak jak w filmach. To nie jest nagły błysk i olśnienie. Najczęściej poznajesz kogoś, zbliżasz się do niego, a potem orientujesz się, że nie możesz przez niego spać, jeść ani na niczym się skupić. A i ten etap nie zawsze występuje. Pamiętaj, że rozmawiasz z ekspertem.

Eufrozyna wybuchnęła śmiechem. Alicja była permanentnie zakochana. Jedyny problem polegał na tym, że nieustannie zmieniała obiekty westchnień i, co gorsza, zupełnie nad tym nie panowała.

– Ale ja bym chciała, żeby mnie trafił taki grom z jasnego nieba. Jak pradziadka i tę grecką primadonnę, której od całego wieku wszyscy Maliniakowie zawdzięczają koszmarne imiona. Jak moich rodziców, dziadków. Przecież dziadek mógł się ożenić dziesiątki razy. Kiedy babcia umarła, miał tylko trzydzieści pięć lat i całe życie przed sobą. Przyznasz, że nawet dziś widać, że w młodości musiał być bardzo przystojnym mężczyzną, a do tego sama go znasz, więc wiesz, że jest naprawdę wspaniałym człowiekiem. A on wciąż wszystkim powtarza, że kocha się w życiu raz i on już swoją miłość przeżył. Ja też tak chcę!

– Chyba każdy by chciał… – szepnęła Alicja. – Tylko że nie każdemu jest to dane. Moi rodzice są razem trzydzieści osiem lat. Na specjalnie zakochanych nie wyglądają, ale widać, że są do siebie bardzo przywiązani. – Alicja zadumała się na krótką chwilę, po czym podjęła żywo: – Chociaż, wiesz co? Ja to właściwie lubię się tak zakochiwać i odkochiwać. Przynajmniej coś się dzieje. Nie znoszę bezruchu! Całe życie z jednym mężczyzną?! Błagam, nie! Mam wrażenie, że to jest jedno z tych przymusowych marzeń, które od dziecka wszyscy wciskają nam do głów, a z których później tylko nieliczni potrafią się wyzwolić. – Alicja najwyraźniej uważała samą siebie za jedną z tych wybitnych jednostek, bo odrzuciła dumnie głowę, wypięła pierś i ciągnęła z jeszcze większą mocą, jakby przemawiała na jakimś wiecu. – Wyobrażasz sobie sześćdziesiąt lat z jednym mężczyzną?

– Nie, i ty chyba też nie powinnaś. Ludzie tyle nie żyją – zachichotała Eufrozyna.

Alicja rzuciła jej pełne pogardy spojrzenie.

– Ty to jednak w ogóle nie dorastasz! – prychnęła. – Nic dwa razy się nie zdarza…

– …i nie zdarzy – dokończyła zamyślona nagle Zoey.

– …więc każdy kolejny facet oznacza nową, ekscytującą przygodę. Coś nieprzewidywalnego, świeżego. Zmiana partnera jest jak przemalowanie ścian albo przestawienie mebli. Po takiej operacji od razu lżej się oddycha.

Zoey rozejrzała się po swoim pokoju, w którym od ponad ćwierćwiecza nic się nie zmieniło. Alicja podążyła za jej wzrokiem.

– Dobra, może w twoim przypadku jest trochę inaczej… A może powinnaś wreszcie wyjść ze schematów, w które sama siebie wtłoczyłaś, i otworzyć się na nowe doznania?

Zoey prychnęła i przewróciła oczami.

– Jasne – ucięła.

– To na dobry początek zmian napijmy się.

– Chyba bardziej niż alkohol do powodzenia twojego planu przydałaby się trepanacja czaszki i poprzepinanie połączeń nerwowych odpowiedzialnych za osobowość.

– To później. – Alicja nie dała się zbić z tropu. – Na razie sale operacyjne pełne są nieszczęśników z kończynami poodrywanymi przez chińskie petardy, więc nic poza procentami nam nie pozostało. Pijmy zatem!

– Niedobrze mi – jęknęła Eufrozyna, która znów poczuła narastające mdłości, widząc jak przyjaciółka znów napełnia jej kieliszek.

– Pij, pij – rozkazała Alicja tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Mam pewien plan, ale na trzeźwo go nie zrealizujesz.

– O matko! Już się boję. – Zoey posłusznie wychyliła podany kieliszek. – Ble! Ale mocna!

Wypiły jeszcze dwie kolejki, zagryzając korniszonami domowej roboty, które doskonale orzeźwiały i, ku ich zdziwieniu, łagodziły żołądkowe skutki nadużycia napitków wysokoprocentowych, jakiego dopuściły się tego wieczoru. Zbliżała się północ, więc włączyły telewizor, żeby posłuchać przynajmniej uroczystego odliczania. Przy trzeciej dolewce Eufrozyna oświadczyła, że nie wciśnie w siebie ani grama alkoholu więcej.

– Może dasz radę – wybełkotała tajemniczo Alicja i sama wypiła przygotowaną dla Zoey porcję. – Słuchaj, sprawa ma się tak. Podobno jak się wypowie głośno marzenie o północy w sylwestra, to się spełni. Jest za trzy dwunasta, zdążysz.

– A to nie chodziło o Wigilię?

– Sylwester, Wigilia, walentynki, Zaduszki, wszystko jedno. – Zniecierpliwiona Alicja machnęła ręką. – Grunt, żeby zadziałało. Pokrzyczeć też ci nie zaszkodzi. Oczyścisz się z negatywnych emocji.

– Ja nie mam negatywnych emocji…

– Masz. Każdy ma. Ale nie rozpraszaj mnie, to znaczy siebie. Siebie nie rozpraszaj. Krzycz!

– Ale co?

– No, to marzenie!

– Teraz?

– Dobrze by było, bo następna szansa za rok.

– Albo w walentynki… – przypomniała przytomnie Zoey.

– Wrrr… – warknęła zupełnie już pijana Alicja. Zoey aż podskoczyła. – Krzycz!

– Chciałabym się zakochać – pisnęła słabo Eufrozyna.

– Źle! Nie tu! Miało być w kosmos – zawyrokowała Alicja. – Pośpiesz się! Zostało czterdzieści sekund! Do okna!

– Że co?

– Do okna! Ale już!

Dziewczyny rzuciły się do parapetu. Alicja potknęła się i padła jak długa na podłogę. Mimo to, niczym trwający na posterunku pod ostrzałem dowódca wojskowy, nie przestała dopingować przyjaciółki. Eufrozyna ruchem wahadłowym przemieszczała się na południe, skąd już dało się słyszeć wybuchy pierwszych fajerwerków.

– Szybciej! – rozdzierająco krzyknęła z podłogi Alicja. – Na Jedynce odliczają.

Eufrozyna w nagłym przypływie energii, w pijackim widzie, czując się bohaterką filmu akcji, szarpnęła za klamkę.

– Chciałabym się zakochać! – wykrzyczała na całe gardło w mroźną ciemność rozświetloną feerią barw sztucznych ogni.

– Ja też! – odkrzyknął ktoś z dołu i zachichotał.

– I ja, panie, tego! – dało się słyszeć gruby męski głos ponad jej głową.

– Kochajmy się! Ale jazdaaaa!!! – przeciągle wrzasnęli chórem licealiści z sąsiedniego mieszkania, tłoczący się w kilkanaście osób na maleńkim balkoniku.

Zoey natychmiast schowała głowę do wnętrza mieszkania. Czuła, że od mrozu i wstydu się czerwieni. Serce waliło jej jak oszalałe. Na wszelki wypadek zaciągnęła zasłony. Tymczasem Alicji udało się wrócić do pionu i opaść ciężko na fotel.

– I co? Podziałało? Czujesz coś? – zapytała z nadzieją, gdy Eufrozyna wreszcie odwróciła się w jej stronę.

– Tak. Czuję, że cholernie mi zimno i zrobiłam z siebie koncertową idiotkę – odparła. – To by było na tyle, jeśli idzie o czary. Chyba wytrzeźwiałam z nerwów. Więc może wypijmy coś za Nowy Rok?

W odpowiedzi usłyszała jedynie głośne chrapanie dochodzące z fotela.