Strona główna » Literatura faktu, reportaże, biografie » Nieprawdopodobna przyjaźń. Izraelka, Palestynka i ich wspólna walka o pokój

Nieprawdopodobna przyjaźń. Izraelka, Palestynka i ich wspólna walka o pokój

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-66338-29-6

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Nieprawdopodobna przyjaźń. Izraelka, Palestynka i ich wspólna walka o pokój

Niezwykła historia sekretnej czterdziestoletniej przyjaźni między dwiema kobietami, które choć pochodziły z wrogich obozów, miały wspólną pokojową misję

Ta podwójna biografia przedstawia burzliwe życie Rut Dajan – założycielki słynnego izraelskiego domu mody i Raymondy Tawil – palestyńskiej dziennikarki i feministki. Połączyła je przyjaźń, która pokonała wszelkie uprzedzenia i przezwyciężyła wiele przeciwności w kraju rozdartym wojną.

Autor Anthony David, nagradzany biograf i historyk, w oparciu o wywiady z bohaterkami, a także o ich pamiętniki i dzienniki w wartki i fascynujący sposób opowiada piękną historię pojednania i nadziei rozgrywającą się w atmosferze niekończącego się konfliktu bliskowschodniego.

Opowieść ta pozwala zagłębić się w zakulisowe, nieznane dzieje najsłynniejszych przywódców Bliskiego Wschodu, widziane oczami dwóch wybitnych kobiet stojących po obu stronach sporu a jednocześnie usłyszeć głos Izraelczyków i Palestyńczyków uwikłanych w konflikt. Niesie przy tym nadzieję na pokojową przyszłość.

Polecane książki

Piękna doktor archeologii, Josie Street, przyjeżdża do zamku w Toskanii, by prowadzić badania naukowe. Chce się skupić wyłącznie na pracy, lecz niestety wciąż spotyka na swojej drodze właściciela posiadłości, cieszącego się sławą casanowy hrabiego Daria di Sirena. Josie różni się od jego ...
Szczegółowy opis przejścia taktycznej gry akcji VIETCONG, w której mamy okazję poznać kulisy działań amerykańskich jednostek specjalnych podczas krwawej wojny w Wietnamie. Vietcong - poradnik do gry zawiera poszukiwane przez graczy tematy i lokacje jak m.in. THE BRIDGE THEY’RE COMING cz.2 OPERATION ...
Zuzu mieszka w Namibii w domu zbudowanym z gliny. Opowie wam jak wygląda życie na pustyni. Dowiecie się, czy zajmowanie się kozami i krowami jest łatwe, jak zrobić specjalny krem, który barwi skórę na czerwono i chroni przed słońcem. Dlaczego chociaż jest chłopakiem nosi na głowie warkoczyki i jak m...
Głównym celem monografii jest dokonanie oceny rozwiązań systemowych i ich skutków dotyczących zaciągania długu przez jednostki samorządu terytorialnego, z punktu widzenia zachowania przez nie płynności finansowej, oraz wypracowanie metod określania bezpiecznego poziomu zadłużenia w warunkach zwi...
Wojna, intryga i demony przeszłości, przed którymi nie ma ucieczki. Aby powrócić do tych, których kochasz, musisz postawić na szali swoje życie.   Rok 1981, Arktyka.   Na stacji naukowo-badawczej śmierć ponosi jeden z uczestników wyprawy.   Z czasem o...
Niniejszy poradnik zawiera opis wszystkich postaci Łowców i Potworów dostępnych w grze Evolve wraz z licznymi ilustracjami przedstawiającymi zawartość gry. Znajdziesz w nim również dodatkowe, autorskie porady odnośnie sposobu grania danymi klasami postaci oraz poznasz ich mocne, oraz słabe strony. W...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Anthony David

Pamięci Jackie Kahn, której przyjaźń i wsparcie pomogły Rut Dajan opowiedzieć tę historię

Jedynie ci, którzy potrafią się wsłuchać w niezapomnianą ciszę tej udręczonej ziemi, skąd każdy wyszedł i do której każdy powraca, Żydzi i Arabowie, mają prawo nazwać ją ojczyzną.

Meron Benvenisti

Prolog

Sekretna historia

zasami wydaje się, że Izraelczyków i Palestyńczyków łączy jedynie sceptycyzm co do rozwiązania konfliktu między tymi narodami. Ten wszechobecny pesymizm skłonił mnie jako amerykańskiego pisarza mieszkającego i pracującego w Jerozolimie do napisania o Rut Dajan i Raymondzie Tawil, dwóch kobietach z najznakomitszych rodzin swoich narodów, które na gruncie przypadkowego spotkania po wojnie sześciodniowej zbudowały nieprawdopodobną, trwającą całe życie przyjaźń, pokazując, jak za pomocą empatii i zdrowego rozsądku można doprowadzić do końca na pozór nierozwiązywalny konflikt na Bliskim Wschodzie.

Rut i Raymonda zrobiły coś więcej, niż tylko przeciwstawiły się narodowym tabu. Wiele ryzykując, niekiedy ściągając na siebie niebezpieczne zainteresowanie, pracowały razem przez dziesięciolecia, zajmując się rzeczywistymi źródłami konfliktu. Im dłużej przebywałem z tymi niezwykłymi kobietami, tym silniejsze miałem poczucie, że ich historia musi zostać opowiedziana.

– Rut, jak śmiałaś! – zawołała Raymonda na początku naszej wideorozmowy przez Skype’a. Obudziła mnie właśnie o trzeciej nad ranem. Byłem wtedy w moim mieszkaniu w Jerozolimie, a ona w swoim domu na Malcie, gdzie mieszka z córką, Suhą Arafat, wdową po Jaserze Arafacie. Po czterech latach znałem Raymondę na tyle dobrze, żeby rozpoznać jej emocje: gniew, frustrację i zranienie. Była wyraźnie rozgniewana, czego się domyśliłem, widząc, jak co chwila zdejmuje okulary i wkłada je z powrotem na nos.

– Nie chcę tej książki – ciągnęła. – Moje imię nie może się w niej pojawić obok imienia Rut. Wiesz, co mi powiedziała?

– Raymondo, uspokój się. Opowiedz, co się stało. – Pomimo wczesnej pory oblewałem się zimnym potem na myśl, że moją książkę o Raymondzie i jej najlepszej przyjaciółce Rut Dajan czekają kolejne komplikacje. Zrezygnowałem już z napisania tej historii jako ghostwriter na rzecz tradycyjnej podwójnej biografii. Czyżbym miał znowu zaczynać od zera?

– Anthony, wiem, jak dużo czasu na to poświęciłeś, ale po prostu nie mogę tego kontynuować. Jeśli chcesz, przerób ją na powieść, na jakiś kryminał w stylu Agathy Christie, bo mam ochotę zamordować Rut…

– Co się stało? – Zrobiłem sobie filiżankę kawy.

– Co się stało? Rut jak zwykle broni Moszego. Dasz wiarę? Po tych wszystkich latach?

Wiedziałem już, że czterdziestoletnia przyjaźń tych dwóch kobiet i generalna jednomyślność co do natury konfliktu izraelsko-palestyńskiego i prawie wszystkich innych spraw nie uchroniły ich od sporadycznych zadrażnień. Można było zresztą się tego spodziewać, skoro Raymonda Tawil była teściową Jasera Arafata, a Rut wdową po Moszem Dajanie, najsłynniejszym żydowskim generale od czasów Jozuego i człowieku, który prawie całą swoją wojskową karierę poświęcił na ściganie Arafata.

– Raymondo – powiedziałem, sącząc kawę – Rut była żoną Moszego przez całe dekady, ma z nim troje dzieci, kochała go. I nadal kocha. Zgoda, ty uważasz go za szaleńca, ale…

Przerwała mi i pociągając nosem, zaczęła nalegać, żebym zadzwonił do Rut i powiedział jej: „Finito! Rezygnuję z tej książki”.

Rut spodziewała się mojego telefonu. Ta kobieta dobijająca do setki ma więcej energii niż większość studentów. Jej głos również brzmiał, jakby dopiero co przestała płakać.

– Cześć, Rut. Właśnie skończyłem rozmawiać z Raymondą. Mówi, że się pokłóciłyście.

– Pokłóciłyśmy się? Nakrzyczała na mnie. – Głos jej drżał.

– Twierdzi, że to ty pierwsza podniosłaś głos.

– A co miałam zrobić, skoro wysłała mi taki mail? – Po raz pierwszy słyszałem o mailu istotnym w tej sprawie. – To wszystko twoja wina. – Wyjaśniła, że moje wywiady z Raymondą poruszyły w niej wspomnienia, otwarły stare rany. – Napisała mi straszne rzeczy. Po prostu straszne. NIGDY się już do niej nie odezwę.

– Rut, mówiłaś to już setki razy i zawsze się godziłyście. Kochacie się przecież.

– Tym razem jest inaczej. Posłuchaj tylko…

Rut przeszła do swojego gabinetu, żeby odczytać mail z komputera. Wiadomość od Raymondy zaczynała się od słów: „Moja droga Rutie, jesteś wspaniałą kobietą, jesteś współczująca, pełna człowieczeństwa i mogę Cię nazywać moją najlepszą przyjaciółką, gdyż sama jesteś całą armią miłości. Kiedy Twój mąż ścigał naszych najlepszych ludzi, Ty objeżdżałaś Palestynę, szukając kobiet potrzebujących pomocy. Jesteś feministyczną bohaterką”.

– Daj spokój, Rut, nie widzę w tym liście nic złego.

– Ale dlaczego ona musi mówić tak o Moszem?

– Mój Boże, chyba nie oczekujesz od Raymondy, żeby lubiła Moszego? – Rut, która bagatelizuje nękający ją utajony zespół stresu pourazowego, nie w pełni docenia też, jak poraniona po pełnym strat życiu na wygnaniu jest kobieta nazywana przez nią „bratnią duszą”.

– Cóż, nie kończę z nią z tego powodu – warknęła niskim głosem długoletniej palaczki. – A poza tym co ja mogę zrobić z Moszem i jego wojnami? Już dawno nie żyje, Arafat też jest już w grobie, a ja wkrótce do nich dołączę. Nie pasuję już do dzisiejszego świata. Chcę odejść… donikąd. – Rut, zazwyczaj żywiołowa i pełna wigoru niczym nastolatka, nagle wydaje się zmęczona.

– Dlaczego więc się gniewasz, skoro nie z powodu Moszego? Co jeszcze powiedziała Raymonda? – Kiedy Rut skontaktowała się ze mną, prosząc, bym został jej ghostwriterem, nigdy nie myślałem, że zostanę też psychologiem i negocjatorem w bliskowschodnich konfliktach.

– Powiedziała, że jestem kolonialistką. Wyobrażasz to sobie? Była oburzona, bo na jakimś hafcie, który wykonaliśmy w Betlejem trzydzieści lat temu, była naszywka „Made in Israel”. – Rut przez całe dziesięciolecia prowadziła projekt zatrudniania kobiet z terytoriów okupowanych. – Te kobiety nie miały ŻADNEJ pracy. – Podniosła głos. – Czy Raymonda wolałaby, żeby GŁODOWAŁY?

– Mam rozumieć, że pokłóciłyście się o naszywkę?

– Czasami bywasz naprawdę ograniczony… To nie jest zwykła naszywka. Najlepsze lata mojego życia spędziłam, pracując z palestyńskimi kobietami, a oto pojawia się pani Jane Fonda i nazywa mnie wyzyskiwaczką. Nigdy nikt mnie bardziej nie obraził.

Znów połączyłem się przez Skype’a z Raymondą, żeby spytać, czy naprawdę nazwała Rut kolonialistką, a ona palnęła mi długie kazanie o tym, jak to palestyńskie hafty dorównują znaczeniem legendarnemu sari utkanemu przez Gandhiego w więzieniu. Zauważyłem, że w trakcie opowieści odłożyła łyżeczkę na spodek i zdjęła nogę z nogi, jakby szykowała się do bezpardonowej walki.

Kilka minut wyjaśniała symbolikę naszywki „Made in Israel”, po czym pochwyciła książkę napisaną przez Rut w latach siedemdziesiątych, And Perhaps, przekartkowała ją i przeczytała na głos fragment brzmiący tak, jakby Rut była zadowoloną z siebie żoną kolonialnego urzędnika: „Palestyńczyków nazywa się arabskimi Żydami. Mieszkańcy miasteczka zwykle pracowali w izraelskim supermarkecie. Byłam zachwycona, że zwykli ludzie spotykają się ze sobą na co dzień”. Raymonda głosem znów nabrzmiałym gniewem poprosiła mnie, żebym przekazał Rut, że wolałaby głodować we własnym kraju, niż pracować jako kasjerka w izraelskim sklepie spożywczym.

Przez następne dwie godziny wisiałem na telefonie to z Rut, to znów z Raymondą, aż w końcu śmialiśmy się znów razem w trzyosobowej rozmowie przez Skype’a. Naszywka poszła w zapomnienie, miłość przyjaciółek wróciła do normy, a książka o ich przyjaźni przetrwała kolejny kryzys. Raymonda na pożegnanie upomniała Rut, żeby dbała o zdrowie:

– Potrzebujemy cię. Kochamy cię. Wciąż mamy tyle do zrobienia razem!

– Dobrze, Raymondo. Jeszcze troszeczkę pociągnę. – Rut przycisnęła dłoń do ekranu komputera: nosiła pierścionek wykonany z rzymskiej monety, którą podarował jej legendarny burmistrz Jerozolimy, Teddy Kollek.

Po raz pierwszy spotkałem Rut pod koniec 2008 roku po tym, jak zadzwoniła do mnie i oznajmiła, że być może nadawałbym się na ghostwritera do opisania „sekretnej historii”, którą nosi w sobie od dziesięcioleci, po czym zaprosiła mnie do Tel Awiwu. To trochę tak, jakby Barbara Bush skontaktowała się z jakimś historykiem i powiadomiła go, że musi wyrzucić z siebie pewne wyznanie.

Dopiero co przeprowadziłem się z Nowego Jorku do Jerozolimy, żeby nauczać literatury i mediów w programie prowadzonym przez Bard College należący do bezkompromisowego palestyńskiego uniwersytetu w mieście Abu Dis na Zachodnim Brzegu, w pobliżu izraelskiego muru bezpieczeństwa. Jedyne, co wiedziałem o Dajanach, to że generał Mosze jest zapewne najbardziej ikoniczną postacią izraelskiego panteonu, wojskowym geniuszem, którego stawia się obok Hannibala i admirała Horacego Nelsona. Moi studenci mieli go za niegodziwego, nikczemnego najeźdźcę, który w roku 1976 podbił ich kraj w pamiętne sześć dni.

Podobnie jak moi izraelscy przyjaciele oczywiście wiedziałem o skandalach związanych z synem Rut i Moszego, Asim, najsłynniejszym potomkiem dynastii Dajanów. Byłem zagorzałym miłośnikiem jego mrocznych egzystencjalnych filmów oraz popularnego sitcomu Be Tipul i jego wersji na HBO Terapia. Pewien popularny tabloid zamieścił niedawno fotografię Asiego, mistrza nihilistyczno-surrealistycznej wizji izraelskiego życia, siedzącego nago w pozie anachorety na kolumnie, ze sztuczną szczęką w dłoni.

Inna nieulękła latorośl Dajanów, córka Jael, ciesząca się zasłużoną sławą bojowniczki o prawa człowieka – prawa osób homoseksualnych, nielegalnych imigrantów oraz oczywiście Palestyńczyków – jest też najwyższą kapłanką rodzinnego dziedzictwa Dajanów, obrończynią ich marki, i najbardziej z rodzeństwa przypomina ojca. Można by ją nazwać jego brakującym okiem – Mosze stracił jedno oko podczas drugiej wojny światowej. Inny z Dajanów, bratanek Moszego, Uzi, zbudował mur bezpieczeństwa wijący się wzdłuż Zachodniego Brzegu, przez który musiałem co rano przechodzić w drodze do pracy. Nazwisko Dajanów znaczyło dla mnie mniej więcej tyle, co nazwisko Kennedych – znamienita dynastia dostarczająca niezliczonych materiałów historykom, mitografom, redaktorom rubryk plotkarskich oraz miejskim planistom szukającym nazw dla nowych ulic.

Pojechałem autobusem. Rut mieszka na biegnącej niedaleko elektrowni, miejskiego lotniska Sede Dow oraz placu budowy ulicy napędzanej koniunkturą na rynku mieszkaniowym. Jej apartamentowiec stoi w szeregu niemal identycznych budynków. Nic na tym obsadzonym krzewami osiedlu klasy średniej nie podpowiada, że na piętrze mieszka żona bohatera niczym z homeryckiego mitu.

Wpuściła mnie przez domofon, wszedłem po schodach na trzecie piętro. Drzwi, obok których widniały ceramiczne turkusowe tabliczki z nazwiskiem w języku hebrajskim i arabskim, były już otwarte, ktoś w środku zaprosił mnie: „Proszę wejść”. Przekroczyłem próg i zobaczyłem ją. Gęste siwe włosy okalały jej piękną twarz, po bokach opadało parę luźnych kosmyków. Na nosie miała osadzone okulary do czytania w rogowej oprawie. Usta pomalowała szminką w kolorze cukierkowego różu, jej szyję zdobił naszyjnik z gładkich pestek brzoskwini – jak się później dowiedziałem, zrobił go dla niej Mosze, kiedy odsiadywał wyrok w brytyjskim więzieniu w roku 1939 – włożyła powłóczystą suknię, która byłaby odpowiednia na bal na Titanicu. Na palcu nosiła pierścionek z rzymskiej monety.

– Cześć, jestem Rut – powiedziała, podając mi dłoń i patrząc na mnie jasnozielonymi oczami. Mówiła nienagannym angielskim z lekkim brytyjskim akcentem. Uścisnąłem jej dłoń, a ona postąpiła o krok i wtedy dostrzegłem, że jest boso.

Wkroczyłem w świat Rut całkowicie osłupiały. Na ścianie obok drzwi wisiał przystrojony portret generała Dajana – trudno było go przeoczyć – w pozie pruskiego oficera, ze słynną opaską na oku w miejsce germańskiego monokla.

– Och, to dzieło Asiego – wyjaśniła Rut ze śmiechem. Fakt, że syn głównego architekta armii uważanej przez większość Izraelczyków za najbardziej etyczną w historii potrafił stworzyć taką karykaturę, był pierwszą oznaką, że wkraczam w osobliwe i niezwykłe miejsce.

Zwiedzałem mieszkanie przypominające sanktuarium. Wszystkie zakamarki wypełniały rozmaite talizmany.

– Wybacz te rupiecie – powiedziała Rut, wskazując pokój zamaszystym gestem. Mosze nieżyjący od ponad trzydziestu lat nadal zdawał się rzucać długi cień na wszystkie kąty salonu. Nad serwantką z macicy perłowej wisiała rzeźba jego głowy z brązu i stali nierdzewnej wraz z opaską na oko. Wykonał ją z metalu ze złomowiska drugi syn Dajanów, Udi, rzeźbiarz dzierżący lampę lutowniczą niczym poeta pióro. Mój wzrok przyciągnęła czarno-biała fotografia nad sofą, oprawione zdjęcie zakochanej pary siedzącej na trawie i czytającej tomik wierszy. Wyobraziłem sobie dwoje nastolatków tarzających się na łące pełnej stokrotek.

– To Mosze i ja w trzydziestym szóstym – objaśniła Rut. Przeniosłem wzrok na obraz olejny wiszący obok przepaski na oko, urzekający zmysłowością. Był to portret Jael namalowany tuż po wojnie sześciodniowej w 1967 roku, kiedy to jej ojciec zdobył Stare Miasto w Jerozolimie oraz Zachodni Brzeg.

– Olśniewająca – zachwyciłem się.

– Cóż, wtedy na pewno tak. I trochę szalona.

Delikatnie ujęła mnie pod ramię i oprowadziła po mieszkaniu, wskazując na oprawione fotografie. Jedna z nich przedstawiała jej rodziców w latach dwudziestych, siedzących w kucki z Beduinami niczym para antropologów. Potem pokazała mi emanujące idealną harmonią zdjęcie trojga swoich dzieci, zrobione, gdy były jeszcze malutkie.

– Byliśmy wtedy z Moszem tacy szczęśliwi – westchnęła i wskazała Asiego. – Właśnie skończyła się wojna w Europie. Mieliśmy na głowie dzieciaki i byliśmy biednymi, ale szczęśliwymi rolnikami.

Wciąż nie miałem pojęcia, po co mnie wezwała.

– Pani Dajan…

– Mów do mnie Rut, jak wszyscy.

– Rut, wspomniałaś o jakimś sekrecie.

– Tak… Cóż, nie da się opowiedzieć tej historii – uniosła lekko głos i cmoknęła – jeśli nie ma się w sobie nieco gorącego lewantyńskiego ducha. Wiesz, odrobinę papryczki chili. Po prostu się nie da. Próbowałam z innymi pisarzami – zawiedli.

Zanosiło się na wyzwanie.

– Hmmm. Jaki to rodzaj historii?

Zanim powiedziała mi coś więcej, zapewniła, że już mnie „sprawdziła”.

– Jesteś ghostwriterem, tak?

– Wiem to i owo o nawiedzaniu cudzych żywotów – odparłem. – Czy ten sekret ma coś wspólnego z generałem Dajanem? – Czyżby zamierzała mi wyznać, że generał wciąż żyje i ukrywa się z nową tożsamością w dżunglach Ameryki Południowej?

– Ach, on… – mruknęła pod nosem i ponownie spojrzała na zdjęcie zaczytanego w poezji młodzieńca. – Nie, nie. Wszyscy już znają jego historię. Mam dla ciebie… inną opowieść, tak to nazwijmy. – I wtedy wypowiedziała jedno z tych zdań, które wciąż lubi wplatać do każdej rozmowy. Brzmiało ono: „Opowiem pokrótce”. Niechybny znak, że zapowiada się długa gawęda…

Wyjęła paczkę tanich izraelskich papierosów, poklepała w nią dłonią, póki nie wysunął się jeden, po czym mi go zaoferowała. Odmówiłem. Zapaliła sama i zaciągnęła się głęboko.

– Przez całe lata odkładałam na później książkę, którą chcę ci zlecić. Ale zegar tyka… Masz pojęcie, jaka jestem stara? Ha, żyję już w pożyczonym czasie! Spójrz, coś ci pokażę. – Przed nią, obok koszyka z robótką, stał duży kwadratowy przedmiot przykryty dywanikiem z wielbłądziej wełny, podobnym do tych, na jakich muzułmanie klęczą podczas modlitwy. Sięgnęła i zdjęła dywanik: „Abrakadabra, oto moje życie!”. Było to pudełko wypełnione po brzegi kasetami magnetofonowymi. Zaczęła wyjaśniać, że przez całe lata nagrywała historię za historią, całe setki godzin. „Jeśli sekret kryje się gdzieś w tych kasetach – pomyślałem, podczas gdy ona wyjmowała je z pudła jedną po drugiej i układała sobie na kolanach – to znalezienie go zajmie mi całą wieczność”.

Gdy grzebała w pudełku, zadzwonił telefon.

– Och, Raymondo, tak – pisnęła Rut do słuchawki. – Jest tutaj. Porozmawiamy, gdy już pójdzie.

Jedyną Raymondą, o jakiej słyszałem, była Raymonda Tawil, reporterka wojenna znana w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych z tego, że za pomocą swojego magnetofonu, nazywanego przez nią „kałasznikow”, przeprowadzała wywiady z byłymi więźniami, matkami w żałobie oraz izraelskimi oficerami dysydentami (w filmie mogłaby ją zagrać Vanessa Redgrave albo Jane Fonda). W swoich dniach chwały była czołową – i podobno najseksowniejszą – feministką wśród bojowników, kobietą, której intelektualna, erotyczna, buntownicza aura nie tylko przyciągała ludzi, ale też skłaniała innych do konstruowania bomb – i w końcu opuściła Zachodni Brzeg po tym, gdy ktoś, Izraelczyk lub Palestyńczyk, przymocował bombę pod jej oplem sedanem. Stało się to, zanim jej córka Suha poślubiła palestyńskiego przywódcę Jasera Arafata, mężczyznę ponad dwukrotnie od niej starszego i uznawanego przez większość Izraelczyków za żądnego krwi mordercę, palestyńską wersję Hitlera. Ale jakim cudem pierwsza żona Dajana miałaby rozmawiać z teściową zmarłego Arafata?

Rut chciała posegregować kasety, ale mnie bardziej interesowała rozmowa o Raymondzie, jeśli rzeczywiście myślałem o właściwej kobiecie.

– Raymonda Tawil? Czy to była ONA?

Jedną z manier Rut jest zwyczaj mrużenia oczu, kiedy zamierza wyskoczyć z jakąś rewelacją. Skinęła potwierdzająco głową i dodała, że ich przyjaźń to największy „sekret” pudełka i też „najbardziej niebezpieczny”. Znów skupiła uwagę na swoich zbiorach i nie podnosząc wzroku, powiedziała:

– Musisz obiecać, że nie piśniesz o tym nikomu ani słówka. – Powiedziała mi, że prowadzi pewną misję. Zawahała się, podniosła wzrok, obróciła ku mnie głowę i obrzuciła spojrzeniem salon, jakby lękała się podsłuchujących uszu. – Nie pytaj mnie, co to za sprawa. – Mówiła takim tonem, jakby Tawil poszukiwała Świętego Graala.

– Misję?

– Tak, misję. Ona zawsze prowadzi jakąś krucjatę. To zatwardziała feministka. Mam tu pewien mail. – Przeczytała na głos treść: – „Pisarz, którego wybierzesz, musi mieć cierpliwość konieczną do zgłębiania tego skomplikowanego, kłopotliwego bliskowschodniego konfliktu… A nawet coś więcej. Potrzebujemy kogoś, kto zajrzy w dusze dwojga wrogów”.

– To od Raymondy? O co chodzi z tym „potrzebujemy”?

– Przyjaźnimy się od czterdziestu lat. To niezwykła kobieta.

– Pisze, że jesteście wrogami.

– Bo tak jest. Kochamy się. W tym kraju wrogowie mogą być przyjaciółmi, a przyjaciele wrogami.

Wciąż usiłowałem rozeznać się w jej relacji z ową „zatwardziałą feministką” i teściową palestyńskiego odpowiednika jednookiego Moszego, tyle że w wymiętym bojowym mundurze i z kefiją na głowie zamiast przepaski na oku, gdy Rut zaczęła mówić o książce, której napisanie chciała mi zlecić. Jako jej ghostwriter miałem przekopać kasety – „tak byłoby najlepiej” – i stworzyć książkę, w której znajdzie się też miejsce na „misję” Raymondy, czymkolwiek ona była, oraz na wyrażenie ich wspólnego przekonania, że Żydzi i Arabowie mogą żyć razem bez granic, murów, zamachów samobójczych i „wszystkich tych bzdur”. Była to ostatnia rzecz, jaką spodziewałem się usłyszeć od wdowy po wielkim wojowniku.

– Moja historia… Nasza historia jest bardzo dramatyczna, a jeśli dobrze się jej przyjrzysz – kopnęła pudełko – to doszukasz się też niejednej zagadki kryminalnej. – Przy tych słowach zdusiła papierosa w popielniczce i zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów.

– Dlaczego mnie wybrałaś? – zapytałem. Przez pół godziny Rut wyśpiewywała hymny pochwalne na cześć rozmaitych postaci, które poznała w ciągu życia, począwszy od Ben Guriona do Leonarda Bernsteina i Eleanor Roosevelt. W jej mniemaniu natknęła się na te najniezwyklejsze postacie dwudziestego wieku niejako przypadkiem. Nigdy nie przyszło jej na myśl, że ona też była członkinią tego wyjątkowego klubu.

– A Raymonda?

Można by pomyśleć, że mówi o Joannie d’Arc albo Glorii Steinem.

– Znasz tego magika… Jak on się, u licha, nazywa… Davida Cooperfielda? Ona jest właśnie taka. Mój Boże, z tym swoim niewyparzonym językiem mogłaby przechodzić przez ściany i rozkruszać kamienie. „New York Times”… albo „Washington Post”, jedna z tych gazet zamieściła kiedyś jej karykaturę jako tygrysicy. „Lwica wydostała się z klatki”. Była pierwszą Palestynką, która rozmawiała z nami, Izraelczykami, chciała nas zrozumieć i nie pozwalała, żeby przeszkodził jej w tym ból. W naszej przyjaźni to Raymonda jest prawdziwą gwiazdą. Ja jestem tylko jej pomagierką, Sancho Pansą – wyjaśniła z uśmiechem.

Sancho Pansą? Czyli Raymonda jest Don Kichotem. To ci dopiero historia, dumałem: teściowa Jasera na swoim wspaniałym rumaku przypuszcza szturm na wiatraki, a wdowa po generale, dosiadająca muła, próbuje jej dotrzymać kroku.

– Och, oto i lunch. – Z kuchni przybyła Ethel, niosąc pełną tacę jedzenia. – Mam nadzieję, że jesteś głodny – powiedziała Rut, zapalając kolejnego papierosa i wypuszczając idealnie okrągłe błękitne kółko dymu. Pragnęła mnie nakarmić, podobnie jak przez wszystkie późniejsze lata naszej znajomości. Za każdym razem Ethel zastawiała stół typową aszkenazyjską strawą z heretycką nutą. Podawano rosół z kulkami z macy, talerzyk pokrojonej wątróbki, ziemniaki i kotlet schabowy z kostką przyprawiony czarnym pieprzem.

Jedliśmy na składanych stoliczkach, dzięki czemu Rut mogła nadal przeszukiwać pudełko z taśmami, racząc mnie opowieściami o najważniejszych wydarzeniach swojej przyjaźni z Raymondą: jak to spotkały się w Nablusie po wojnie sześciodniowej i jak Raymonda i Jael, które już znały Arafata, przedstawiły ją palestyńskiemu liderowi, który pocałował ją trzy razy, w policzek prawy, lewy i znów w prawy.

– Jaser był tak przejęty, nawet sobie nie wyobrażasz.

Na podstawie innych historii, które mi opowiedziała, ustaliłem, że ona i Raymonda mają ze sobą dużo wspólnego. „Podobne jak dwie krople wody” mimo dzielących je ponad dwudziestu lat różnicy i tego, co stwierdziła Raymonda w mailu: że są wrogami, chociaż się kochają.

– Liczy się czas. A ze względu na tych łajdaków – przypuszczałem, że mówi o prawicowych izraelskich osadnikach i zbirach z Hamasu – którzy doprowadzają nasze narody do morderczego szału, nie mamy chwili do stracenia. – Tupnęła bosą stopą w modlitewny dywanik. Energiczna Rut, prawdziwe żywe srebro, tryskała życiem.

Większość swojego dzieciństwa spędziła w imperialnym Londynie i wciąż woli czytać po angielsku niż po hebrajsku. Zaczęła przegrzebywać półki w bibliotece na tyłach mieszkania, szukając materiałów, które mogłyby pomóc mi zrozumieć pisarski projekt, jaki chodził jej po głowie. Przez cały czas wskazywała na różne książki, jakby były stojącymi przed nami ludźmi z krwi i kości, i opowiadała wzięte ze swojego życia anegdoty o Jeanie-Paulu Sartrze, Simone de Beauvoir, Jackie Kennedy, Icchaku Rabinie i Albercie Schweitzerze.

– Och, spójrz na to. – Podniosła pod światło lampy powieść Return to Haifa palestyńskiego pisarza Hassana Kanafaniego. – Nigdy go nie spotkałam, bo… no cóż, wysadziliśmy go w powietrze[1]. – Trzeba spróbować spojrzeć na sprawy z ich perspektywy – tłumaczyła, sięgając po kolejne książki. – To nie było łatwe dla Arabów takich jak Raymonda. Stracili wszystko.

Jej oczy nagle zrobiły się czerwone. Podszedłem do niej i cmoknąłem ją w policzek, a ona położyła książki na biurku i poprosiła, żebym poszedł za nią do sypialni. Usiadła na łóżku, otoczona stosami materiałów i wycinkami z gazet rozłożonymi wokół niczym karty tarota.

– Siadaj – nakazała, klepiąc dłonią w kołdrę. – Nie bój się, nie uwiodę cię. – Wyjaśniła, że żeby napisać tę książkę, powinienem przejrzeć jej listy i wyszukać w nich perełki. – Kto wie? Może moje dzieci wszystko wyrzucą, kiedy umrę. – Wziąłem głęboki oddech. Oddany pracy zespół badaczy potrzebowałby roku, żeby przekopać się przez te listy, w większości napisane po hebrajsku, i wybrać najlepsze fragmenty materiału z góry kaset.

Rut uniosła garść listów miłosnych pisanych przez dziewiętnastoletniego Moszego do niej, zakochanej siedemnastolatki. Rozpromieniła się nagle, przeglądając niektóre z nich.

– Tylko tego posłuchaj. Chyba wiem, co myślisz o Moszem: że to ktoś w stylu bohaterów Johna Wayne’a, kowboj z sześciostrzałowcem prześladujący krajowców. Mosze był w głębi serca rolnikiem, bo jak inaczej mógłby to napisać? – W liście była mowa o szczepieniu nowych pędów w sadzie. – „Pamiętam każdy z nich – przeczytała – już je zaszczepiłem i pewnego dnia rozkwitną. Czuję, jakby każdy był moim synem”. Czyż to nie urocze?

Wróciłem do Jerozolimy i przez prawie cały wieczór i następne dwa dni czytałem, robiłem notatki i szperałem w sieci. Dowiedziałem się między innymi, że ugandyjski dyktator Idi Amin miewał objawienia od Boga, za każdym razem punktualnie o trzeciej nad ranem, nakłaniające go do wysyłania telegramów do Arafata i Dajana. Z kolei włoska dziennikarka i obrazoburcza feministka Oriana Fallaci uznała kiedyś ciemne okulary Arafata za odpowiednik „przepaski na oko jego arcywroga, Moszego Dajana”.

Zacząłem odbywać niezliczone podróże do Tel Awiwu, a Rut zabierała mnie na częste wycieczki do Nahalal, gdzie mieszkali z Moszem przez pierwsze lata małżeństwa. Spędzaliśmy razem tyle czasu, że moi przyjaciele podśmiechiwali się ze mnie i moją znajomość z tą niezwykłą kobietą, urodzoną w tym samym roku co moja babcia, porównywali z filmem Harold i Maude.

Nigdy nie zostałem jej ghostwriterem, odgrywałem raczej rolę cienia towarzyszącego życiu i przyjaźni dwóch kobiet, które są zaprzeczeniem wszystkiego, co zazwyczaj się sądzi o konflikcie izraelsko-palestyńskim. Rut i ja kontaktowaliśmy się też z Raymondą przez maile i Skype’a, każde z osobna. Kiedy po raz pierwszy rozmawialiśmy wspólnie we trójkę, obie kobiety od razu zaczęły dyskutować o ludziach, o których nigdy nie słyszałem.

– Raymondo – odezwałem się w końcu, przerywając potok ich opowieści. – Opowiedz mi o swojej misji. Rut mówi… – złapałem się na tym, że szukam słów. – Wspomniała coś o jakiejś misji.

Raymonda odrzuciła głowę do tyłu, wybuchnęła chichotem i posłała Rut całusa.

– To ona jest moją misją.

– Rut?

– Tak, w pewien sposób. I przypuszczam, że to działa też w drugą stronę.

[1] W 1972 roku wspomniany powieściopisarz i dramaturg zginął w zamachu bombowym Mosadu wraz z siedemnastoletnią siostrzenicą.

Część I. Z tej udręczonej ziemi1. „Najszczęśliwszy dzień mojego życia”

iększość rodziny, przyjaciół i gości zebranych na weselu odbywającym się w zapadłej wiosce o nazwie Nahalal jesienią 1935 roku uważała parę nowożeńców za nad wyraz niedobraną: oto Rut Schwartz, córka jerozolimskich prawników, po studiach, dziewczyna wychowana na wiktoriańskich powieściach, pobierająca lekcje gry na pianinie, wychodziła za Moszego Dajana, dwudziestojednoletniego nieokrzesanego osadnika, który wyglądał jak twardy beduiński wojownik.

Pisarz Arthur Koestler, opisując okolice Nahalal w północnej Palestynie – krainę, którą Żydzi nazywają Erec Jisrael – określił je jako „opustoszałe moczary nękane wszystkimi egipskimi plagami”. Rodzice Rut, Rachel i Cwi, jako jedyni przybyli na wesele własnym samochodem, nowiutkim morrisem 8 ze szprychowymi kołami i ozdobną kratą wlotu powietrza.

W tamtych czasach podróż była uciążliwa i ryzykowna. Rachel prowadziła samochód przez piaszczyste ścieżki, które uznawano za drogi. Z tyłu siedziała jej druga córka, dziewięcioletnia Reuma, gapiąc się wybałuszonymi oczami na dzikie pustkowia. Drugim pasażerem był urodzony w Prusach Arthur Ruppin, prezydent Żydowskiego Funduszu Narodowego (ŻFN), z pince-nez na nosie i w ciemnym wełnianym garniturze uszytym przez berlińskiego krawca.

To, kogo Rut wybrała na męża, nie zaskoczyło tylko byłych koczowników, Beduinów Al-Mazarib. Wielu z nich było uzbrojonych, nie zważali na klasowe subtelności i społeczne różnice. Dla nich wszyscy Żydzi byli obcymi przybyszami z dalekiego świata, nie przypominali żadnych innych zdobywców, którzy od wieków przewijali się przez Palestynę. Żydzi przybywali z łopatami, a nie z bronią. Jeden z młodych beduińskich zapaleńców niedawno zdzielił Moszego przez głowę i dlatego, uczestnicząc w ceremonii, pragnęli okazać „żydowskiemu Beduinowi” szacunek, że był na tyle silny, iż szybko wydobrzał po solidnych cięgach.

Pod weselną chupą stała Rut ubrana niczym mleczarka, w haftowanej rumuńskiej bluzce i chłopskiej sukience, którą przyjaciółka uszyła dla niej z prześcieradła (dumnie odrzuciła propozycję rodziców pragnących jej kupić stosowną suknię ślubną). Mosze z fioletowym talitem na głowie i podsiniaczonym okiem miał na sobie spodnie khaki, rozpiętą pod szyją koszulę i przepoconą jarmułkę. Państwo młodzi, podobnie jak wszyscy tego dnia, gorączkowo opędzali się od much i komarów.

W chwili gdy rabin, którego przywieziono z pobliskiej osady wozem zaprzężonym w woły, ogłosił Moszego i Rut mężem i żoną, wojownicy Al-Mazarib oddali strzały w powietrze, a kilku siedzących w kucki muzykantów zabębniło na darbukach. Żydowscy goście, w tym stateczny doktor Ruppin w pięknie skrojonym garniturze i pod krawatem, zatańczyli tradycyjny beduiński debke. W samym środku zabawy, kiedy wszyscy nadal tańczyli i zataczali się, spici domowym grejpfrutowym winem, Rut wymknęła się do obory.

– Chyba nigdy nie byłam tak szczęśliwa jak w tamtej chwili – wspominała osiemdziesiąt lat później – gdy kucnęłam przy krowie i doiłam ją. Tak, to był najszczęśliwszy dzień mojego życia.

Przed pierwszą wojną światową rodzina Rut przyłączyła się do fali idealistów i marzycieli ze wschodniej Europy emigrującej do biednej pustynnej Palestyny.

Dziadek Rut ze strony matki, Borys, pochodził z rosyjskiego miasta Kiszyniów rządzonego przez złowrogiego feudalnego pana, który dla rozrywki szczuł Żydów groźnymi psami ze swojego zamku. Na ganku Borysa wielki hebrajski poeta Chajim Nachman Bialik napisał poemat Miasto rzezi poświęcony pogromowi w Kiszyniowie i strachliwej słabości Żydów z diaspory: „[Z]obaczysz kryjówkę w chlewiku, / Gdzie twoi bracia, wspaniali dziedzice / Hasmoneuszy […] / Siedzieli w dziurach”[2].

Choć Borys był Europejczykiem do szpiku kości, postanowił uciec z tego niewdzięcznego kontynentu, od jego „chlewików i dziur”. Po ukończeniu studiów z chemii na Sorbonie w latach dziewięćdziesiątych dziewiętnastego wieku, podczas których uczęszczał na wykłady Marii Skłodowskiej-Curie, przeniósł się w roku 1903 do Palestyny i otworzył małą wytwórnię produkującą smar dla osmańskiej Kolei Hidżaskiej.

Piękna Rachel, jego córka, poznała ojca Rut, Cwiego, w słynnej szkole średniej, Gimnazjum Herzlija, gdzie uczyła się przyszła elita wojskowa, polityczna i intelektualna żydowskiego państwa. W wolnym czasie dyskutowali, jak najlepiej ukształtować nowe społeczeństwo. Rachel i Cwi, szesnastoletni buntownicy, pragnęli obalać społeczne tabu i kruche struktury władzy i popełnili niesłychany grzech, zamieszkując razem. Pomysł oczywiście wyszedł od Rachel.

Rut pojawiła się na świecie w roku 1917. Pięć lat później młoda rodzina przeniosła się do Londynu, ponieważ Rachel i Cwi zapisali się na Londyńską Szkołę Ekonomii, siedlisko myśli socjalistycznej, które wciąż nawiedzali George Bernard Shaw oraz Beatrice i Sidney Webbowie.

Jednym ze wspomnień z edwardiańskiego Londynu, które najmocniej utkwiły w pamięci Rut, był ślub księcia Yorku w opactwie westminsterskim, pierwszy publicznie obchodzony królewski ślub od pięciu stuleci. Mała oszołomiona Rut ubrana w szkolny mundurek, ssąc fioletowego lizaka, siedziała na chodniku. „Czytałam o królach i królowych, i dworach w książkach z bajkami, a teraz zobaczyłam ich na własne oczy: mężczyzn w upudrowanych perukach i damy w długich powłóczystych sukniach, dzwony, konie i pozłacane królewskie karoce”. Matka socjalistka oczywiście nie pochwalała tych „sentymentalnych bzdur”, ale jej mała córeczka odtąd marzyła o swoim własnym księciu, z orderami i wspaniałym mieczem u boku.

Dokładnie dwanaście lat później Rut poślubiła rolnika, który potrafił galopować na koniu na oklep niczym Apacz.

W czasie narodzin Moszego Dajana w 1915 roku jego rodzice Szmuel i Debora mieszkali w kolektywistycznym kibucu Deganja, czyli „Pszenica Boga”, niedaleko Morza Galilejskiego. Podobnie jak w rodzinie Schwarzów, także u Dajanów panował matriarchat. Szmuel nie umiał sprostać wymaganiom wyczerpującej pracy na roli i zatrudnił się u doktora Ruppina w Żydowskim Funduszu Narodowym, którego misją było wyszukiwanie ziemi do zakupu na nowe osady żydowskie. Debora, z kruczoczarnymi włosami upiętymi w koronę i okrytymi chustką na rosyjską modłę, była rodzinną intelektualistką: przed przyjazdem do Palestyny studiowała statystykę i socjologię w Kijowie, a w roku 1910 odbyła pielgrzymkę do posiadłości Tołstoja w Jasnej Polanie, by dotknąć ciała zmarłego świętego. Odznaczała się również tężyzną fizyczną i to na niej spoczywała odpowiedzialność za większość ciężkiej pracy w gospodarstwie w Deganji.

Rodzina wkrótce przeniosła się do nowej rolniczej komuny, po tym jak ŻFN zakupił osiemdziesiąt hektarów od Sursocków, chrześcijańskiej libańskiej rodziny, która wieki wcześniej dostała tę ziemię od osmańskiej administracji. Chłopi z arabskiej wioski Ma’alul na pobliskim wzgórzu od pokoleń pracowali na tej ziemi, nie wyobrażając sobie, że może ona tak łatwo przejść w inne ręce. Przedstawiciele ŻFN snuli oparte na prostackiej etymologii przypuszczenia, że Ma’alul to zniekształcona forma Nahalal, nazwy izraelskiego miasta, które Jozue dał plemieniu Zebulona. Szmuel Dajan i ludzie z ŻFN nazwali nową osadę Nahalal.

W błotnistej przygranicznej krainie, znanej jako Równina Ezdrelonu lub po hebrajsku Emek Jizreel, żyło się ciężko. Syn Dajana Mosze otrzymał imię po legendarnym wybawcy, Mojżeszu, który niegdyś wywiódł swój lud z niewoli egipskiej; takie też imię nosił miejscowy żydowski chłopiec zamordowany przez beduińskiego złodzieja osłów. Mosze był jednym z pierwszych dzieci urodzonych w kibucach, pionierem, syjonistycznym Davym Crockettem – pewien izraelski historyk nazwał go „pierworodnym z synów wykupu”[3]. Co tydzień w rodzinie Dajanów odbywała się kąpiel w wielkiej miedzianej wannie, do której wodę podgrzewano na wielkim ognisku na dworze, i każdy domownik kąpał się po kolei.

Mosze rzadko chodził do szkoły, bo zbyt był zajęty pracą na roli. Skóra ogorzała mu od słońca przy siewie i sadzeniu, przy żniwach i wożeniu zboża wozem do Ma’alul na wzgórzu, gdzie mieścił się jedyny młyn w okolicy.

Zaloty Rut i Moszego trwały krótko: poznali się na letnim obozie w Nahalal, na który Rut przyjechała w 1934 roku. Po powrocie do Jerozolimy nie potrafiła zapomnieć o przystojnym Moszem – „pierworodny z synów wykupu” stanowił łakomy kąsek. Rok później powróciła do Nahalal na dobre z kufrem pełnym ubrań i książek. Podczas któregoś ze spacerów wokół eukaliptusowego gaju para młodych kochanków wyryła na pniu drzewa swoje inicjały: M + R. Tak wyglądało apogeum ich zalotów.

Małżeństwo z Rut i wejście do rodziny Schwarzów przyniosło Moszemu pewne natychmiastowe korzyści. Przygotowywany do przyszłej pracy zespołowej na moczarach, które były, jak wyznał swojej ukochanej, „prawdziwym rajem dla malarii i gruźlicy”, otwarcie zazdrościł jej rodzinie z klasy średniej mieszkającej w Jerozolimie i marzył o urokach miejskiego życia. Jeszcze bardziej nęcący był dostęp do władzy. Schwarzowie byli o wiele bardziej ustosunkowani niż Dajanowie. Rachel i Cwi znali ze szkoły średniej najważniejszych syjonistycznych przywódców w kraju, byli też blisko z założycielami Hagany, podziemnej żydowskiej organizacji paramilitarnej.

Rachel Schwarz może i była socjalistką, ale nie mogła sobie wyobrazić, by jej córka mieszkała w przeciekającej szopie i dzieliła życie z niewykształconym wiejskim kmiotkiem bez grosza przy duszy. Odbyła rozmowę z Haroldem Laskim, marksistowskim ekonomistą, którego znała z czasów studiów w Londyńskiej Szkole Ekonomii, oraz z Chaimem Weizmanem, przywódcą ruchu syjonistycznego. Laski i Weizman użyli swoich wpływów i Uniwersytet w Cambridge zaproponował miejsce Moszemu. Rut i Mosze zarezerwowali bilet czwartej klasy na parowcu Mariette Pasza i spakowali parę wytartych ubrań w beduiński dywanik z wielbłądziej wełny, choć rodzice Rut ofiarowali im skórzaną walizkę. Stanowili raczej „szaloną parę”, wspominała Rut, chadzali w brudnych sandałach i mieli zdecydowanie egalitarne poglądy.

Na tym jednak kończyło się ich spartańskie podejście do życia. Rachel i Cwi regularnie wspomagali ich pieniężnie, a przyjaciele z wyższych sfer pomogli im znaleźć mieszkanie. Mosze musiał wpierw nauczyć się dobrze angielskiego. Pedałowali oboje na starych rowerach po mieście, a Rut pomagała mężowi udoskonalić jego angielszczyznę.

Mosze nie cierpiał Londynu, gardził wilgotnym klimatem, a jego beduińskiemu męskiemu honorowi urągał fakt, że musiał polegać na zwykłej dziewczynie, porozumiewając się z ludźmi, z którymi i tak nie chciał mieć nic wspólnego. Wkrótce znów zaczął myśleć o Palestynie, gdzie nagle rozgorzała wojna domowa.

[2] Ch.N. Bialik, Wiersze i poematy, opr. J. Dehnel, przeł. M. Zawanowska, Kraków–Budapeszt 2012, s. 130 (przyp. tłum.).

[3] Określenie odnosi się do tradycji symbolicznego wykupu pierworodnych synów od służby kapłańskiej (przyp. red.).

2. Syryjski książę

ilka miesięcy po ślubie łączącym rodziny Schwarzów i Dajanów, w kwietniu 1936 roku, Habib Hawa urządził na swoim zamku Montfort leżącym naprzeciwko Nahalal, po drugiej stronie Doliny Ezdrelon, trzydniowe wystawne weselisko dla swojej szwagierki. Anglicy ze względu na wytworność Habiba, jego poczucie wyższości oraz fakt, że mieszkał w fortecy krzyżowców, nazywali go „syryjskim księciem”.

Habib wychował się w niezwykłej mozaice światów: na szczycie piramidy stał osmański gubernator ze świtą oficerów i mistrzyń tańca brzucha, niżej znajdowali się patriarchowie Jerozolimy, łaciński i grecki, ze swoimi ikonami i odwieczną rywalizacją, potem szły rodziny takie jak jego, na czele których stali mężczyźni podróżujący tam i z powrotem do Aleksandrii, Damaszku i Bejrutu nową linią kolejową, mężczyźni, którzy wiedli długie rozmowy o lepszej przyszłości przy rozżarzonych do czerwoności węgielkach nargile, popijając libańskie wino. Te arystokratyczne rodziny obsługiwała chmara kamerdynerów, pokojówek i utrzymanek. Najniższy szczebel społeczny zajmowali chłopi harujący na polach. Niekiedy przez pustkowia wiedli swoje wielbłądy Beduini w długich powiewających sukniach. Kiedy Habib był małym chłopcem, na drogach zaczęły się dopiero pojawiać pierwsze automobile.

Habiba ukształtowało imperium osmańskie. Schyłek potęgi Ottomanów wywarł wielki wpływ na jego wczesne życie.

Jego dziadek był gubernatorem Aleppo, a ojciec honorowym brytyjskim konsulem. Habib uczył się w elitarnej jezuickiej szkole św. Józefa nieopodal Bejrutu, a potem w Aleksandrii – a na odwiedziny do Palestyny jeździł swoim prywatnym pociągiem. W Galilei jego rodzina posiadała sto sześćdziesiąt hektarów ziemi wokół należącego do niej zamku Montfort, a członkowie druzyjskiego plemienia dbali o plantacje tytoniu, trzodę oraz stadninę koni arabskich.

W Aleksandrii żył życiem młodego dandysa. Zapuścił modny wąsik i hasał z rówieśnikami z wyższych sfer i z ludźmi miejskiego półświatka. Zapalał damskie papierosy dunhill dziesięciofuntowymi banknotami.

W końcu wyjechał studiować prawo na Sorbonie. Wyróżniał się tam swoją pociągłą twarzą, oliwkową cerą, wysoką i smukłą sylwetką, frankofońską ogładą i wyrafinowaniem. Po zajęciu Palestyny przez Brytyjczyków w 1918 roku wrócił do Akki, by tam zarządzać szeregiem rozrzuconych rodzinnych feudalnych posiadłości i majątków, w tym siedemnastoma wioskami. Jako posiadacz własnego statku do przewożenia pszenicy i innych towarów stał się głównym dostawcą brytyjskiej armii w Palestynie i Egipcie.

Wiele lat później Habib, który wtedy był już nędzarzem z bezwładną nogą postrzeloną izraelską kulą, wspominał swojej córce Raymondzie, że od czasów Ryszarda Lwie Serce nie widziano w tym kraju tak wspaniałego weseliska. „Byłem niczym król Sarastro w Czarodziejskim flecie!” Nie zabrakło pokazów tańca brzucha, francuskich kuchmistrzów, kostiumów, orkiestry sprowadzonej z Kairu oraz ponad setki gości, w tym najznaczniejszych brytyjskich oficerów oraz arabskich notabli w marynarkach w jodełkę i z chusteczkami z monogramem. Matka Raymondy, żona Habiba i siostra panny młodej, była jedyną osobą na zamku wtajemniczoną w jego sekretny plan. Uraczywszy gości morzem brandy i najlepszych whisky, wybrał idealny moment, by wzniecić rebelię, która jak liczył, raz na zawsze uwolni jego kraj i honor od zakusów syjonistów. Pod pozorami lubującego się w przyjemnościach i zabawie towarzyskiego magnata Habib był arabskim nacjonalistą, doskonale świadomym tysiącletniej historii swojej rodziny w Palestynie, a brytyjskie rządy uznawał tylko za tymczasowe rozwiązanie, zanim Arabowie nie staną się panami własnego losu.

Anglicy przynieśli nowoczesną administrację, kanalizację w domach, rządy prawa i pomogli Arabom zbudować nowoczesne społeczeństwo, za co był im wdzięczny. Zdecydowanie za to sprzeciwiał się syjonistycznym planom stworzenia ciągniętego przez traktory, nowoczesnego żydowskiego państwa w Palestynie przy wsparciu Brytyjczyków.

Goście, chcąc dostać się do zamku w swoich fordach, citroënach, mercedesach, a nawet paru rolls-royce’ach, przemierzali wyboiste wiejskie drogi. Większość zaproszonych musiała być uradowana uczestniczeniem w trzydniowym przyjęciu, gdyż było to jak cofnięcie się w romantyczne czasy krzyżowców. Nigdzie w Palestynie nie można by uświadczyć takiej pompy, nigdzie nie podawano tak wystawnych potraw, a atmosfera nie była tak szampańska. Jedynym uszczerbkiem na doskonale wyreżyserowanej ceremonii była kwaśna mina siostry Habiba, Sylvie. Minęły cztery lata, odkąd jej młodszy brat „zbrukał” rodzinę, poślubiając tę „dziką wieśniaczkę”, i Sylvie dotąd mu nie przebaczyła.

„Dzika wieśniaczka” nosząca imię Christmas, siostra panny młodej, miała na sobie suknię od Coco Chanel, pończochy z rayonu oraz sznur pereł. Habib wciąż był głęboko zakochany w gibkim pięknie, zadziornym charakterze i amerykańskiej niezależności swojej żony. Rodzina Christmas wywodziła się z chrześcijańskiej wioski Kafr Jasif leżącej w pobliżu Hajfy, kobieta wychowała się zaś w Nowym Jorku. Stanowczo podzielała nowojorskie poglądy na płeć, demokrację, równość i niedorzeczności klasowego snobizmu. Wpoiła swojej córce feminizm. Unikały się wzajemnie z siostrą Habiba. W społeczeństwie, w którym od kobiet oczekiwano, że będą „trzymać się w swoim gronie”, Christmas paliła papierosy z oficerami i przedsiębiorcami, rozmawiała o polityce z zaproszonymi na wesele politycznymi liderami i broniła własnego zdania podczas dyskusji o narastającym konflikcie z syjonistami.

W drugi dzień przyjęcia weselnego, po kolejnej bachicznej uczcie, gdy Habib udał się do swojej komnaty na drzemkę, Christmas dostrzegła sygnał w dolinie. Zbudziła męża i powiadomiła go, że partyzanci są gotowi do ataku.

Habib ubrał się w smoking, uciszył trzydziestoosobową orkiestrę i poprosił brytyjskich oficerów, by spotkali się z przywódcami partyzantów, których wezwał ze swoich stajni. Spotkanie było krótkie i serdeczne. Habib powiadomił oficerów, że wieczorem wynikną pewne kłopoty, choć nie podał im dokładnej pory ani miejsca wydarzeń. Obie strony uścisnęły sobie ręce, oficerowie opuścili przyjęcie i tego samego dnia wieczorem wybuchła walka. Nahalal, największa osada na północy kraju, stała się pierwszym celem. Dolina Ezdrelon od czasu bitwy pod Megiddo w piętnastym wieku przed naszą erą była drogą przemarszu wojsk. To tam Grecy walczyli z Machabeuszami, a żydowskie armie opierały się Rzymianom. Mongołowie, Mamelucy, Saladyn i Allenby – wszyscy oni przejmowali dolinę ze względu na jej ogromne znaczenie strategiczne. Nic dziwnego, że buntownicy stamtąd rozpoczęli swój atak.

Tamtej nocy partyzanci zastrzelili ogrodnika, który nauczył Moszego, jak szczepić owocowe drzewka.

3. Nocna jednostka

ymczasem w Londynie Rut zaciągnęła Moszego do teatru Old Vic na Szekspirowskiego Juliusza Cezara. Nie rozumiał ani słowa i wyszedł w przerwie, Rut natomiast siedziała urzeczona silną, szlachetną, piękną postacią Juliusza Cezara granego przez Johna Glenna. Wróciła do domu na rowerze, a w uszach wciąż brzmiał jej wers: „Winne są nie gwiazdy, tylko my sami”[4].

Fakt, że rodzice nazwali Moszego imieniem ofiary beduińskiej przemocy, przypominał, że sytuacja Żydów w ich starożytnym kraju jest wciąż niepewna. Chociaż dla arabskich nacjonalistów apetyt syjonistów na te ziemie był casus belli, przywódcy Jiszuwu[5] nie mieli innego wyboru niż gwałtowna ekspansja. W Niemczech do władzy doszli naziści, więc musieli ściągnąć z Europy jak najwięcej Żydów, a to wymagało kupowania ziemi, by rozmieścić na niej coraz liczniejszych przybyszów. Arthur Ruppin zaalarmowany wypadkami w swoich ojczystych Niemczech odbył, jak to nazywał, „sympatyczną” rozmowę z głównym teoretykiem germańskiego rasizmu zwanym „papieżem rasizmu”, doktorem Hansem F.K. Günterem, mającym obsesję na punkcie jasnych włosów i wysokich aryjskich czół. Żydzi nie są gorsi niż „Aryjczycy”, zapewniał go doktor Günter, tyle że nie ma dla nich miejsca w Niemczech. Ruppin i syjonistyczni przywódcy dokładali starań, by przewieźć statkami zagrożonych Żydów do Palestyny.

Po pierwszych doniesieniach o najeździe na Nahalal Moszemu tym bardziej zależało, by syjoniści złamali opór arabskiej opozycji. Poruszony śmiercią nauczyciela i zagrożeniem rodziny i przyjaciół wściekał się, że musi tkwić w Londynie. Zaczął czepiać się Rut z powodu drobiazgów, wszystko mu przeszkadzało: pogoda, ludzie i język angielski; skoro żona nie podziela jego uczuć wobec Erec Jisrael, to z nią też musi być coś nie w porządku.

Rut wysłała do domu telegram z prośbą o pomoc. Rodzice niezwłocznie wysłali pieniądze na podróż i para opuściła Anglię.

Habib Hawi nadal wspierał nacjonalistów, bunt się rozprzestrzeniał i stawał coraz bardziej zażarty. Roztropnie ograniczył nieco poparcie dla rebelii po tym, jak w Galilei zamordowano komisarza dystryktu brytyjskiego, co spotkało się z gwałtowną reakcją Brytyjczyków, którzy zesłali na wygnanie grupę arabskich notabli. Przywództwo buntu przeszło z rąk ludzi takich jak Habib, wykształconych na uniwersytetach dżentelmenów, w ręce uzbrojonych band i niepiśmiennych Arabów walczących w imię islamu.

Mosze wraz z grupą ludzi z Nahalal założył osadę na wzgórzach nad wioską, w miejscu wspomnianym w Biblii. Osada stanowiła część systemu obronnego chroniącego przed najazdami. Rut i jej przyjaciele mieszkali w prowizorycznej fortecy, nadal pracując na roli, wynajmując się jako strażnicy lub sadząc drzewka sosnowe od ŻFN, by przemienić bezdrzewne pastwiska w bujny las króla Jerzego.

Rut i Mosze dostali pokój w prymitywnej dwuosobowej chałupie z podłogą z surowych drewnianych desek. Mosze zbił stół i łóżko z dębiny. Wychodek był ulokowany z tyłu budynku, w pobliżu cuchnącej obory.

Po zachodzie słońca szopę ostrzeliwali buntownicy. Mosze często przebywał poza domem. Otrzymał rozkazy od Hagany, by przyłączył się do Żydowskich Sił Pomocniczych (Jewish Auxiliary Force), brytyjskiej policyjnej jednostki specjalnej, która miała chronić rurociągi z ropą naftową, by partyzanci nie przedziurawili ich i nie podpalili ropy. Wiosną 1937 roku Mosze był już dowódcą niewielkiego oddziału i paradował w wełnianym tureckim tarbuszu i mundurze khaki z paskami sierżanta.

Powiązania Rut z elitą znów pomogły Moszemu, zwykłemu wiejskiemu kmiotkowi, wspiąć się wyżej. Pierwszy chłopak Rut z nastoletnich czasów, Cwi, również jerozolimczyk, był teraz wschodzącą gwiazdą Hagany. Wielu sądziło, że pisane mu jest przywództwo w podziemnej organizacji: był ambitny, miał poczucie celu, znał języki i wojskową strategię, odznaczał się też charyzmą. Któregoś dnia 1937 roku zajechał przed chatę Dajanów studebakerem załadowanym ciężką bronią i granatami. Obok niego siedział Orde Charles Wingate w hełmie tropikalnym. Odpowiadał w brytyjskiej armii za tłumienie powstania. Mosze zaczął uważać go za geniusza, „Lawrence’a z Judei”.

Wingate pochodził ze Szkocji, należał do braci plymuckich i był znany z takich dziwactw, jak noszenie budzika przywiązanego do przegubu albo wyśpiewywanie głośno ulubionych wersetów Starego Testamentu w wytartym garniturze Palm Beach lub najchętniej nago. Osobisty lekarz Winstona Churchilla uznał, że jego miejsce jest w szpitalu psychiatrycznym.

– Rutie! – zawołał Cwi, stojąc przed chatą. Na dźwięk tego znajomego głosu ugięły się pod nią kolana, z trudem łapała dech, jakby w pokoiku zabrakło nagle tlenu.

Otworzyła drzwi i wpuściła Cwiego oraz brytyjskiego oficera do domu. Czy popełniła błąd, zrywając z tykowatym Cwim o błękitnych oczach, który wysyłał jej miłosne listy, a nawet napisał w szkolnym zeszycie krótką książeczkę zatytułowaną „Dziennik nadętego głupca”? Czyż Cwi nie promieniał życiem w przeciwieństwie do ponurego, melancholijnego Moszego? Czy nie był tym jedynym, który zawsze szczerze ją kochał? Jasne, ona i Mosze odbywali wyprawy do pobliskich ruin zamku krzyżowców, by się tam kochać, ale Mosze był raczej rzeczowy niż romantyczny i nigdy do końca nie odrywał myśli od walk w dolinie.

Cwi niezręcznie cmoknął Rut w policzek, a z jego ukradkowych spojrzeń odgadła, że nadal ją kocha. Nie zjawił się tu jednak po to, by na nowo rozpalać nastoletnią miłość. Przyjechał do Nahalal, by zwerbować Moszego do Specjalnych Jednostek Nocnych Wingate’a. Mosze wrócił z pola za chatą, powitał gości i zaproponował, żeby wyszli porozmawiać na zewnątrz. Nie był pewien, czy może zaufać Wingate’owi, i polecił Rut, żeby przeszukała jego plecak i sprawdziła, czy nie ma w nim niczego podejrzanego, kiedy oni będą omawiać wojskowe sprawy.

W późniejszych miesiącach Rut widywała Moszego coraz rzadziej, gdyż pochłonęła go znajomość z dziwacznym Szkotem, którego traktował jak mistrza. Przed przeprowadzeniem każdej akcji Wingate recytował wersety z Księgi Jozuego wspominające o poszczególnych miejscach kraju i niczym trener piłkarski zagrzewał do boju swoich żołnierzy przemowami: „Jesteście synami Machabeuszy, pierwszymi żołnierzami izraelskiej armii”. Po każdej udanej zasadzce rozbierał się do naga, pogryzał surowe cebule i znów zaczytywał się w Biblii Króla Jakuba.

Mosze zaraził się od Wingate’a fascynacją starożytnymi Izraelitami. Szczególne wrażenie robiła na nim „żelazna wola” Jozuego – jak i Wingate’a – i jego pragnienie, by „prowadzić walkę z wrogiem”. W którymś liście do Rut opowiada o partyzanckiej akcji przeciwko osiemdziesięciu arabskim rebeliantom. Wingate szedł na czele z wielkim pistoletem w ręku i Biblią w plecaku, a Mosze z siedmioma ludźmi maszerował za nim.

Arabowie oczywiście uznali Szkota i jego metody tłumienia powstania za karygodne. Wingate nakazał swoim komandosom spalić lub wysadzić ponad sto domów w Kafr Jasif, rodzinnej wiosce Christmas.

[4] W. Shakespeare, Juliusz Cezar, w: tegoż, Tragedie i kroniki, przeł. S. Barańczak, Kraków 2013, s. 143 (przyp. tłum.).

[5] Osadnictwo żydowskie w Palestynie od początku lat czterdziestych XIX wieku (przyp. tłum.).

4. „Kaleka”

ut miała nadzieję, że narodziny pierwszego dziecka w 1939 roku zatrzymają jej mężczyznę w domu. Imię, jakie nadali córce, musiało wywołać szeroki uśmiech na twarzy Wingate’a: Jael to nieustraszona kobieta z kart Biblii, która wysłała pogańskiego nieprzyjaciela na tamten świat za pomocą palika od namiotu.

Widywała jednak Moszego jeszcze rzadziej, gdyż władze Mandatu Palestyny, zmusiwszy Arabów do uległości kulami i bombami i wygnawszy muftiego z Jerozolimy, w końcu uznały, że polityka utworzenia żydowskiego państwa wbrew woli większości ludności przysparza o wiele więcej kłopotów niż korzyści, zwłaszcza że w Europie wybuchła wojna. Nowa polityka ogłoszona w 1939 roku, oparta na dokumencie o nazwie Biała Księga, zahamowała napływ żydowskich imigrantów, poważnie ograniczyła zakup ziemi przez Żydów i przewidywała przejściowy dziesięcioletni okres, podczas którego kontrolę nad krajem mieli sprawować Brytyjczycy. Potem miały nastąpić wybory niezależnego narodowego parlamentu. Skutki były łatwe do przewidzenia: wolne wybory oznaczały dominację arabską i koniec syjonistycznych marzeń. Habib i jego przyjaciele trącali się szklankami brandy, wznosząc toasty za dyplomatyczne zwycięstwo.

Ben Gurion, który poprzysiągł, że będzie sprzeciwiać się Białej Księdze, nakazał Haganie utworzyć tajne fabryki broni i wzmóc nielegalną imigrację Żydów uciekających przed hitleryzmem. Operacja była tajna, Rut wiedziała jedynie, iż jej chudy jak tyczka dwudziestoczteroletni książę na pewno nie będzie miał czasu pomagać jej zmieniać pieluszki dziecku.

Zazdrościła innym kobietom w jej wieku, które rozbijały się dżipami i uczyły się, jak walczyć. „W moszawie największym wydarzeniem jest ocielenie się krowy”. Zmęczona zaniedbywaniem igrała z myślą, żeby zabrać dziecko i uciec do rodziców w Jerozolimie. Zmieniła zdanie w październiku 1939 roku, kiedy Buggy, ich bokserka, pojawiła się w chacie z liścikiem od Moszego przypiętym do obroży: „Rut, zostaliśmy aresztowani, zabrali nas do Akki… Mam nadzieję, że to się dobrze skończy. Ucałowania dla Ciebie i Jael”.

Miesiąc po inwazji hitlerowców na Polskę brytyjska policja ujęła Moszego i grupkę mężczyzn z nielegalną bronią. Skazano ich na dziesięć lat ciężkich robót w starej osmańskiej twierdzy w Akce, więzieniu, w którym trzymano gwałcicieli, morderców, sutenerów i rozbójników.

Rut mogła teraz w pełni okazać swoje bezbrzeżne i bezinteresowne oddanie. Poruszyła niebo i ziemię, by wydostać swojego mężczyznę z więzienia, nałożyła nawet swoją starą bawełnianą suknię ślubną i pomaszerowała do głównej brytyjskiej kwatery w hotelu King David, by przedstawić swoją sprawę dowódcy, „bardzo miłemu starszemu dżentelmenowi”, który miał później zginąć w ataku terrorystycznej żydowskiej organizacji Irgun. Posunęła się nawet do tego, że napisała do króla Jerzego VI zainspirowana książkami dla dzieci, w których bohater zawsze korzy się przed królewskim majestatem. Nic nie pomogło.

Przez następne osiemnaście miesięcy Rut zabierała Jael i wyruszała w podróż z osady, by odwiedzić Moszego ogolonego na łyso i przyodzianego w więzienny uniform bez guzików. Naczelnik więzienia, niegodziwy Anglik bez jednej nogi nazywany kapitanem Grantem, nie pozwolił parze zbliżyć się do siebie na tyle, żeby mogli się chociaż dotknąć. Na spotkaniach rozdzielał ich drut kolczasty, a Rut unosiła Jael nad głowę, żeby Mosze mógł zobaczyć je obie. Pewien strażnik zagroził raz, że strzeli do Jael, która próbowała przepełznąć pod drutem.

Mosze w czasie pobytu w więzieniu zdołał dotknąć Jael tylko raz. Dawny ukochany Rut, Cwi, zawiózł ją wraz z Jael do Akki w roku 1938 fordem kabrioletem. Sudański policjant o posturze olbrzyma ulitował się i podał Moszemu córkę. Rut po raz pierwszy w życiu zobaczyła w oczach Moszego łzy – wtedy jeszcze miał oboje oczu.

Listy Rut do Moszego zaginęły, ale jego odpowiedzi przeszmuglowane przez żydowskich pracowników przetrwały. „Moja Rut – czytamy w jednym z listów – gdybym tylko mógł Ci przesłać choćby tysięczną część tej miłości, którą czuję do Was obu każdej nocy…” W innym żartuje, że gdyby zwolniono go z więzienia, mógłby zostać kierowcą ciężarówki, ochroniarzem albo robotnikiem budowlanym, albo wrócić do pracy na roli, byle wieść spokojne życie z rodziną. „Nadejdzie dzień, i to niedługo, kiedy będziesz robić na drutach, ja będę czytał, a maleństwo będzie raczkować po dywanie”.

Po czterech miesiącach spędzonych w twierdzy Moszego i jego kolegów z Hagany przeniesiono do obozu i pozwolono im pracować na polach, by w ten sposób zapewnili sobie wikt. Warunki bytowania się poprawiły, podobnie jak możliwości spotkań Rut z mężem. Mogła przynosić mu rzeczy z domu, w tym opowiadanie O. Henry’ego The Cop and theAnthem o nowojorskim włóczędze imieniem Soapy. Para zdołała nawet pobyć razem na osobności, siedząc pośrodku pola na kopczyku zeschłych i szeleszczących eukaliptusowych liści. Otoczeni brzęczącymi komarami pocałowali się po raz pierwszy od miesięcy.

Rut odbyła w Hajfie kurs pierwszej pomocy i pracowała jako wolontariuszka w Tel Awiwie, w czasie gdy sojusznik Hitlera Mussolini wydał swoim siłom powietrznym rozkaz zbombardowania miejskiego portu w lipcu 1940 roku. „Z ludzi została tylko miazga”, napisała do Moszego w jednym z listów, które Cwi zrzucił ze swojego samolotu Piper Cub. „Zrozumiałam, co to znaczy widzieć małe dzieci w wieku Jael bez nóg, rąk czy twarzy”. Po nalocie runął w gruzy dom sąsiadujący z tym, w którym mieszkała Rut z córką, a Jael gdzieś zaginęła. Pojawiła się parę godzin później w postrzępionym ubraniu i z ranami od szrapneli na nodze.

Listy Dajana do żony, pisane na papierze toaletowym i szmuglowane z twierdzy, pozwalały jej pobieżnie zajrzeć w jego życie. Wciąż od czasu do czasu pojawiają się w nich wzmianki o tęsknocie i miłości, ale dominuje polityka i narodowa walka. W jednym z listów opowiada o swoich marzeniach, by zostać przywódcą jakiejś zdeterminowanej grupy bojowników, którzy po dziesięciu latach wyłoniliby się jako niespodziewani zwycięzcy zarówno nad Imperium Brytyjskim, jak i nad Arabami. „Nie wyobrażasz sobie, jak bardzo ludzie mnie tu kochają i szanują. Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło w żadnym towarzystwie, w którym się obracałem”.

W lutym 1941 roku wojska Rommla zagrażały Egiptowi i Palestynie, a Brytyjczycy zwolnili Moszego wcześniej z więzienia. Rut myślała, że rodzina będzie odtąd żyła razem długo i szczęśliwie; skończyły się lata podziemnej działalności Moszego i teraz mógł czytać małej Jael na dywanie[6]. Mąż początkowo zachowywał się, jakby osiadł w domu na dobre. Pałaszował wielkie porcje smacznych potraw Rut, kochali się, rozmawiali o wiosennych rozsadach i wspólnie się śmiali. Rut nie wiedziała jednak, że Brytyjczycy zwolnili jej męża, gdyż bardzo potrzebowali ludzi. Rommel w Afryce Północnej posuwał się naprzód, siły zbrojne Vichy stanęły przy granicy libańskiej i małżonków znów czekała nieunikniona rozłąka.

Do chaty Dajanów znów zawitał Cwi i członkowie oddziału uderzeniowego Hagany z nowym zadaniem dla Moszego: miał wziąć udział w tajnej operacji na zajętym przez Vichy terytorium w Libanie. Cwi wyjaśnił Moszemu, że żydowskie wojska wraz z grupą Australijczyków mają opanować drogi i mosty. Operacja rozpoczynała się w północnej Galilei. Rut pojechała z Moszem pod libańską granicę, gdzie mężczyźni spakowali amunicję i wyprawili się na terytorium francuskie. Wszystko szło zgodnie z planem, póki Mosze w typowym dla siebie akcie brawury nie napadł na posterunek policji. Rzucił ręczny granat, żeby zniszczyć karabin maszynowy wroga, i ruszył na zwiad w poszukiwaniu nieprzyjacielskich oddziałów. Kula wystrzelona przez senegalskiego snajpera przeszyła soczewki jego lornetki, wgniotła okruchy szkła i metalu w prawy oczodół i rozerwała mu bok twarzy.

Ewakuacja półżywego Moszego z powrotem przez granicę do szpitala w Hajfie zajęła wiele godzin. Nie wydał nawet jęku, zacisnął zęby i znosił ból. Lekarze nie próbowali ratować prawego oka, bo do uratowania nic nie zostało, nie mogli nawet wprawić mu oka szklanego, gdyż kość była zgruchotana. Jedyne, co mogli zdziałać, to oczyścić ranę ze spalonej tkanki, szrapnela i odłamków kości i liczyć, że pacjent nie umrze od infekcji. Po tym wypadku Mosze już przez całe życie cierpiał na ataki silnego i nawracającego bólu, paraliżujące bóle głowy i bezsenność. Rut do tej listy problemów męża dodaje jeszcze zaburzenia osobowości.

Poświęciła się dla niego, odczuwając dziwne zadowolenie, że przynajmniej jest już w domu, nie walczy, nie wykonuje tajnych misji, półślepy, lecz poza tym nietknięty, z dwoma silnymi ramionami – człowiek, który stracił jedno oko, wciąż może być dobrym rolnikiem. Dla Moszego życie się skończyło. Największą energię czuł, gdy prowadził ludzi do boju. Jaki jest pożytek z eksperta od tłumienia powstań w służbie Wingate’a, skoro jego pole widzenia drastycznie się zmniejszyło? Jak taki człowiek mógłby prowadzić komandosów do walki? Mosze uważał się teraz za osobę bezużyteczną, bez przyszłości.

Postrzał źle wpłynął na jego i tak już aspołeczne skłonności: Mosze stał się jeszcze większym samotnikiem, powściągliwym, lakonicznym człowiekiem, który porozumiewał się raczej za pomocą gestów i skinień głowy niż słów. Kiedy usłyszał, że Rut jest znowu w ciąży, zareagował „gwałtownie”, gdyż było już za późno na aborcję. Jak „kaleka” miał sobie poradzić z kolejną gębą do wyżywienia? Protesty na nic się nie zdały. Pierwszy syn Dajanów, noszący biblijne imię Ehud albo Udi, „mocny wojownik”, przyszedł na świat w styczniu 1942 roku.

Co dziwne, Rut wspomina wojenne lata jako najszczęśliwszy przeżyty wspólnie czas. Pomimo niezliczonych niedogodności i niewygód mała rodzina zapuściła korzenie, każdego roku brunatne pola dzięki ich ciężkiej pracy jaśniały zielenią. Rut wciąż nosiła w sobie tylko jedno pragnienie: żeby całkowicie poświęcili się pracy na roli, żeby żyli w odwiecznym rytmie zasiewu i żniw.

Czerpała radość z tego, że brnie po kostki w chlupoczącym błocie, sadzi i sieje, wychowuje Jael i Udiego, doi krowy i zgarnia nawóz, który potem Mosze mógł rozrzucić w ogrodzie, gdzie eksperymentował z japońską odmianą kalafiorów. Uwielbiała kopki siana i kozy, bokserkę Buggy, nowego muła nazwanego Lord i wyprawy na wzgórza, gdzie uprawiała miłość ze swoim mężem rolnikiem. W to ubogie, lecz szczęśliwe życie zawitało trzecie dziecko. Rut dostała się do szpitala mleczarką i tam urodziła syna, któremu nadali imię Asaf, inaczej Asi, po przewodniku chóru króla Dawida.

[6] Rut opisuje rodzinną sielankę następująco: „Kot spał, pies czekał na jedzenie, jednym słowem przytulne domowe pielesze”.

5. Historia Christmas

aymonda uważa, że urodziła się pod złą gwiazdą. Problemy zaczęły się od tego, że Habib nalegał, by nazwać ją po bohaterce baletu Aleksandra Głazunowa opowiadającego o mauretańskiej Hiszpanii, szlachetnych krzyżowcach i nikczemnych saraceńskich rycerzach. Pragnął, by jego córka jedynaczka stała się drugą Anną Pawłową, jego ulubioną baletnicą.

Habib, podobnie jak wielu ludzi z jego sfer, lubił szukać porad u słynnego jasnowidza o polsko-żydowskich korzeniach, Wolfa Messinga. Jego zdolności testowali też Einstein i Freud. W Europie właśnie wybuchła wojna i Habib potrzebował porady co do swoich inwestycji. Przy okazji napomknął wróżbicie, że jego żona właśnie urodziła córeczkę, której chcą nadać imię Raymonda.

– Och, nie wolno wam tego zrobić!

– Czemu nie? Imię brzmi pięknie. – Tupnął włoskimi butami z chwostami i lekceważąco machnął dłońmi, na których połyskiwały diamentowe pierścienie. Nie mógł uwierzyć, że jasnowidz tak zareagował na historię, która kończy się świętowaniem wesela dwojga kochanków, ucztą i tańcami na zamku. Sam był oczarowany baletem i olśniewającym, pełnym przepychu życiem dawnych wielmożów.

Wolf Messing dostrzegał jednak coś innego.

– Jeśli nazwie pan swoją córkę Raymonda, spadną na pana liczne katastrofy. Krew i śmierć, rozwody i nienawiść nigdy się nie skończą.

– Nonsens! – orzekł Habib.

Raymonda była zbyt mała, żeby dobrze pamiętać wojenne lata czy obchody zwycięstwa aliantów w 1945 roku. Oczywiście nie wiedziała nic o tym, że nowiny o hitlerowskich obozach zagłady i niemożności czy niechęci świata, by powstrzymać ludobójstwo, wywołały wśród Żydów wściekłość i frustrację, które rozgorzały i nie chciały zgasnąć, jak się przekonała Raymonda w oślizłej celi w więzieniu Al-Moskobija kilka dekad później. Ugrupowania syjonistyczne prowadziły tajne fabryki masowo produkujące bomby i amunicję na rzecz przyszłej zbrojnej walki o żydowskie państwo. W ramach międzynarodowej operacji militarnej, dzięki datkom zbieranym do puszek wśród żydowskiej diaspory, przemycano w samolocie Lancaster pistolety maszynowe i bazuki.

Pierwsze wspomnienia Raymondy wiążą się z rodzinną willą w Akce, gdzie jako pięciolatka uwielbiała słuchać, jak fale tuż pod jej oknem rytmicznie uderzają w mury dwudziestopokojowej rezydencji. W ogrodzie rósł ogromny cedr, który rzucał cętkowane ruchome cienie na jej ubrania i twarz. Wędrowała od pokoju do pokoju, wpatrując się z urzeczeniem w malowane sufity, wielki fortepian z Lipska, rzędy ksiąg oprawionych w jedwabisty marokin stojące na półkach w ojcowskiej bibliotece, obrazy olejne, brązowo-kasztanowe pudełko cygar Habiba.

Po drugiej strony zatoki w Hajfie mogła dostrzec okręty wojenne brytyjskiej Royal Navy wypuszczające wysokie pióropusze kłębiastej pary. Wąskie uliczki Akki przemierzali poważni brodaci duchowni w długich szatach i śmiesznych czapkach – szejkowie, kapłani obrządku łacińskiego i greckiego, bahaici i rabini. Nadal potrafi opisać z najdrobniejszymi szczegółami żelazną bramę kościoła w odcieniu morskiego błękitu, łuszczącą się i zardzewiałą, ozdobioną dwoma pawiami, jednym czarnym, a drugim białym. Na bramie widniał wzór z wykutych w metalu serc połączonych razem na kształt trójkąta i zwieńczonych krzyżem. Pamięta też wysmukłe wieżyczki minaretów i rzeźbione balkoniki z ażurową kratą, maszrabijją, wystające z kamiennych ścian – dzięki gęsto zbitym drewnianym listewkom pobożne kobiety mogły patrzeć na ulicę, ale nikt z dołu nie mógł ich zobaczyć.

Było to typowe miasto Lewantu z wąskimi i krętymi zatłoczonymi uliczkami, wysokimi, kołyszącymi się na wietrze palmami w ogrodach i wzywającymi na Anioł Pański kościelnymi dzwonami.

Jej bajkowy świat niedługo miał przestać istnieć.

Przez pierwsze powojenne lata Habib nadal podróżował w interesach za granicę, do Marsylii i Kairu, wybierał się też samochodem bliżej, do Hajfy, jej salonów i barów. Wychowanie Raymondy zostawiał Christmas, a sam po powrocie do zamku zarządzał armią sług i chłopów zajmujących się plantacjami tytoniu i hodowlą świń.

Christmas z włosami obciętymi na boba słynęła w całej Galilei ze swojego swobodnego zachowania. Uwielbiała zamieniać swoje suknie od Coco Chanel na bryczesy do jazdy konnej, wsuwać srebrzysty mieczyk w ukrytą pochwę i galopować po okolicy na swoim ogierze w towarzystwie Nubijczyków, ale jako wyzwolona amerykańska kobieta postrzegała arystokratyczny świat Habiba jako niemądre relikty zamierzchłej przeszłości pełnej rycerzy, pojedynków oraz systemu dziedzicznych przywilejów, tytułów, rang i nazwisk rodowych.

Feudalne pretensje Habiba jeszcze się uwydatniły, gdy upijając się na umór na przyjęciach w salonach Hajfy, zaczął popadać w długi. Jakby nie dość było picia, uganiania się za spódniczkami i finansowej nieudolności, jego patriarchalna potrzeba kontroli oraz niechęć do znoszenia niezależności żony przyczyniły się do kryzysu w ich małżeństwie.

Habib, chcąc oszczędzić Raymondzie słuchania kłótni rodziców, zawoził ją lśniącym oldsmobilem do rezydencji swojej siostry Sylvie w Hajfie na ulicy Króla Jerzego, wychodzącej na morze w pobliżu portu. Sylvie, poślubiona jednemu z najbogatszych potentatów w mieście, kobieta, która uważała rozmowę w języku innym niż francuski za coś stanowczo poniżej swojej godności, zatrudniała dwóch kucharzy, pokojowca oraz szofera prowadzącego srebrzystoszarego daimlera. Grywała Szopena w salonie na buduarowym fortepianie wykonanym z politurowanego mahoniu. Nauczyła się tej sztuki w prestiżowej pensji dla dziewcząt Najświętszej Maryi Panny z Nazaretu na górze Karmel.

Habib i Christmas rozwiedli się w roku 1947, w czasie gdy kraj znów pogrążył się w bratobójczym konflikcie. Christmas miała już dość: przyjechała do Palestyny z Ameryki, kraju, gdzie obowiązywały prawa obywatelskie i do pewnego stopnia także równouprawnienie kobiet, a tutaj była feministką uwięzioną w mentalności haremu. Zbuntowała się, spakowała swoje rzeczy i opuściła Habiba. Znalazła pracę i wynajęła nieduże mieszkanie w Hajfie.

Uznano to za tak wielki skandal, że Habib wyrwał Raymondę z ramion żony, która ośmieliła się go opuścić – dziewczynka kopała, krzyczała i cisnęła swoją ulubioną lalkę na podłogę – i wywiózł ją do nazaretańskiego klasztoru prowadzonego przez francuskojęzyczne zakonnice z Libanu i Malty. Przykazał siostrom, by nie pozwoliły matce widywać się z dzieckiem. Dwaj bracia Raymondy, George i Jusuf, zostali wysłani do szkoły z internatem w Jerozolimie. Raymonda mogła widywać się z rozwiedzionymi rodzicami tylko w weekendy w Hajfie.

Sylvie uważała, że miała słuszność co do małżeństwa brata z „wieśniaczką”, półdziką amerykańską feministką. Rodzeństwo zmówiło się i wymyśliło dla Raymondy historyjkę o śmierci jej matki, której jednak nie powinna opłakiwać, bo zginęła śmiercią męczeńską, od wybuchu bomby, na skutek ataku terrorystycznego podłych syjonistów. Raymonda płakała, krzyczała i groziła piąstką Bogu za to, że zabrał jej matkę. Potem któregoś dnia, gdy stała na tarasie w domu ciotki, zobaczyła Christmas idącą ulicą od strony stacji kolejowej, gdzie pracowała jako urzędniczka. W tym momencie Raymonda uwierzyła, że Bóg ugiął się przed jej oskarżeniami i okazał miłosierdzie, wskrzeszając jej matkę.

Christmas też zauważyła córkę, otworzyła bramę i pobiegła po schodach na taras. Raymonda rzuciła się w jej ramiona. Przez łzy radości dostrzegła, że stryjenka Sylvie je obserwuje z chmurną miną z górnego balkonu.