Strona główna » Literatura faktu, reportaże, biografie » Nowy Car

Nowy Car

5.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-7999-553-0

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Nowy Car

To nie jest pierwsza biografia Putina, ale ta jest najbardziej aktualna. Wyważona i wyczerpująca, ujawnia tajemnice najbardziej tajemniczego ze światowych przywódców. To, co uderza najbardziej, zwłaszcza w obliczu rzekomej żelaznej konsekwencji Putina, to fakt jak bardzo się zmienił z biegiem lat. Wielką zaletą książki Myersa jest sposób zaprezentowania tego, w jaki sposób przypadkowe wydarzenia i demoralizacja samego Putina doprowadziły do kryzysu ukraińskiego. Putin nie jawi się ani jako aparatczyk KGB, ani jako ucieleśnienie rosyjskich tradycji, ani jako niewinna ofiara pychy NATO i prowokacji zachodniego świata , ale człowiek nie wolny od słabostek, człowiek, którego wybory miały wpływ na współczesną historię.

Polecane książki

Książka ta, składająca się z wywiadów, których Tadeusz Konwicki udzielił w ciągu wielu lat różnym rozmówcom, stanowi pewną opowieść – poniekąd autobiograficzną, bo i mówi przecież sam pisarz i reżyser. To zbiór kilkudziesięciu migawek z konkretnych momentów jego życia. Jest tu nie tylko zwielokr...
„Opowiadania człowieka jakby stąd” Marii Jurkiewicz i Sławomira Bogackiego to zbiór utworów przedstawiających kilka aspektów miłości. Pokazują one jej prymat nad innymi uczuciami. Prócz tego zagadnienia, wielokrotnie dotykają w swoich utworach tematu wolnośc...
TRZECIA CZĘŚĆ TRYLOGII Rewelacyjna literatura. Nie ma słowa przesady w recenzjach, które ukazały się po wydaniu książki we Francji. Radziłbym zabrać się do czytania dopiero wtedy, gdy będziemy pewni, że nie mamy ważnych spraw na głowie! Trudno odłożyć książkę, bo cały czas coś się dzieje i jesteśmy ...
Zgoda na podjęcie działań medycznych musi być świadoma, poprzedzona skuteczną i wyczerpującą informacją. Dochodzi jednak do sytuacji, że jej uzyskanie nie jest możliwe, bo np. pacjent jest nieprzytomny. Z e-booka dowiesz się, jak postąpić, aby się zabezpieczyć przed zarzutem rozpoczęcia leczenia bez...
W monografii zaprezentowano złożoną naturę procesów zarządzania finansami. Autorzy pokazują szerokie spektrum badań prowadzonych w tym zakresie – zarówno w wymiarze teoretycznym, jak i praktycznym. Uwypuklają także związki, które łączą zarządzanie finansami z innymi dziedzinami nauki. Czytelnik znaj...
Co tak naprawdę liczy się w życiu? Który z dostępnych nam czynników motywuje do działania i sprawia, że czujemy się szczęśliwi? Odpowiedzi na te pytania poszukuje Rose – względnie szczęśliwa, ustawiona dzięki rodzinie osiemnastolatka. Wrodzony upór i brak pokory sprawiają, że szybko popada w kło...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Steven Lee Myers

Tytuł oryginału:

THE NEW TSAR

Copyright © 2015 by Steven Lee Myers

Copyright © 2016 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2016 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Zdjęcie na okładce: © Platon / Trunk Archive

Wykonanie okładki: Monika Drobnik-Słocińska

Mapy: © by Mapping Specialists, Ltd.

Redakcja: Grzegorz Krzymianowski

Korekta: Iwona Wyrwisz, Aneta Iwan, Mariusz Kulan

ISBN: 978-83-7999-553-0

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2016

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla Margaret, Emmy i Madeline

i dla mojej matki, śp. Nity Louise Myers

O tak, doskonale rozumiał, że dla pokornej duszy rosyjskiego chłopa, strudzonej ciężką pracą i niedolą, a nade wszystko steranej nieustanną niesprawiedliwością i nieustannym grzechem, własnym i powszechnym, nie masz silniejszej potrzeby i większej pociechy nad świętą lub świętego, przed którym można paść i pokłonić się […].

Fiodor Dostojewski, Bracia Karamazow

(przeł. Aleksander Wat)

CZĘŚĆ PIERWSZAROZDZIAŁ 1HOMO SOVIETICUS

Władimir Spiridonowicz Putin skradał się przez poorane kraterami wybuchów pole bitwy nad Newą, mniej więcej pięćdziesiąt kilometrów od Leningradu. Rozkazy, które otrzymał, brzmiały jak misja samobójcza. Miał przeprowadzić rekonesans niemieckich pozycji i – w miarę możliwości – pojmać jakiegoś wroga, by poddać go później przesłuchaniu. Był 17 listopada 1941 roku1 i już zaczęły się dotkliwe chłody, a upokorzona armia Związku Radzieckiego broniła się rozpaczliwie przed całkowitą zagładą z rąk hitlerowskich Niemiec. Ostatnie czołgi pozostające w rezerwie na terenie miasta już tydzień wcześniej przekroczyły Newę, a nowe rozkazy dowódców Putina kazały oddziałom przedrzeć się za umocnienia obsadzone przez pięćdziesiąt cztery tysiące niemieckich żołnierzy piechoty2. Nie było wyjścia – należało się podporządkować. Putin wraz z innym towarzyszem broni podkradli się do schronu w poprzecinanym transzejami, usianym lejami po bombach i plamami krwi okopie na linii frontu. Nagle z rowu wychylił się jakiś Niemiec. Wszyscy trzej byli tak zaskoczeni, że przez chwilę nic się nie działo. Niemiec zareagował pierwszy – odbezpieczył granat i rzucił w ich kierunku. Granat wylądował tuż pod ich stopami; zabił towarzysza Putina, a jego samego odłamki raniły w nogi. Niemiecki żołnierz uciekł, Putin zaś został sam i wykrwawiał się na śmierć. „Życie jest w gruncie rzeczy niezbyt skomplikowane” – mówił z właściwym sobie fatalizmem człowiek relacjonujący kilkadziesiąt lat później te zdarzenia3.

Putin – który skończył wówczas trzydzieści lat – leżał ranny na przyczółku mostu na wschodnim brzegu Newy. Dowództwo Armii Czerwonej rzucało za rzekę kolejne oddziały, wierząc, że w końcu uda im się zrobić wyrwę w kordonie wrogich sił, które otaczały Leningrad już od dwóch miesięcy – od zdobycia przez Niemców Szlisselburga, kilkusetletniej twierdzy u ujścia Newy – ale ich starania spełzły na niczym. Niemcy oblegali miasto przez osiemset siedemdziesiąt dwa dni, podczas których głód, bombardowania i choroby zabiły milion cywilów. „Führer postanowił, że Petersburg zostanie zmieciony z powierzchni ziemi” – brzmiała tajna niemiecka dyrektywa wydana 29 września. Kapitulacja była wykluczona. Naloty i ostrzał artyleryjski miały doprowadzić do zagłady miasta, a brak żywności dopełnił dzieła zniszczenia, ponieważ „zaspokajanie głodu ludności cywilnej nie może ani nie powinno należeć do naszych zadań”4. Nigdy przedtem żadne nowoczesne miasto nie doświadczyło takiej blokady.

„Mam nadzieję, że to koniec waszych strat – telegrafował drugiego dnia oblężenia do obrońców miasta rozwścieczony Józef Stalin. – A może już postanowiliście poddać Leningrad?” Pod wiadomością podpisali się wszyscy sowieccy przywódcy – między innymi Wiaczesław Mołotow, który w 1939 roku zawarł ze swoim nazistowskim odpowiednikiem Joachimem von Ribbentropem owiany złą sławą, a w tamtym czasie już zerwany pakt o nieagresji5. Nie był to jednak koniec radzieckich strat. Upadek twierdzy Szlisselburg zbiegł się w czasie z zaciekłymi nalotami na sam Leningrad – a jeden z nich wywołał pożar głównego składu żywności w mieście. Wśród radzieckich sił broniących miasta panował chaos, tak samo jak na terenie całego Związku Radzieckiego. Operacja Barbarossa, rozpoczęta 22 czerwca 1941 roku inwazja hitlerowska, zmiażdżyła radziecką obronę na całym froncie, rozciągającym się na przestrzeni ponad półtora tysiąca kilometrów, od Bałtyku do Morza Czarnego. Nawet nad Moskwą zawisło widmo upadku.

Stalin w ogóle nie brał pod uwagę poddania Leningradu, żeby więc wesprzeć obrońców miasta, wysłał tam szefa Sztabu Generalnego Gieorgija Żukowa. Ten wykonał powierzone mu zadanie ze szczególnym okrucieństwem. Wieczorem 19 września na rozkaz Żukowa sowieckie siły podjęły pierwszą próbę przerwania oblężenia. Przebyły sześćset metrów przez Newę, ale zostały odparte wskutek przytłaczającego ognia Niemców. W październiku spróbowały jeszcze raz, rzucając do boju 86 Dywizję Pancerną, w której skład wchodziła jednostka Putina – 330 Pułk Strzelecki. Przyczółek, który te wojska zdołały utworzyć na wschodnim brzegu Newy, przezwano „newskim piątakiem”. Zawdzięczał tę nazwę swoim rozmiarom – nawiązywała ona bowiem do drobnej monety o wartości pięciu kopiejek albo do skrawka ziemi. Pole bitwy miało w najszerszym miejscu zaledwie półtora kilometra, a jego długość wynosiła kilkaset metrów. Stanowiło okrutną, bezsensowną pułapkę dla walczących tam żołnierzy.

Putin był robotnikiem fizycznym bez wykształcenia, jednym z czterech synów Spiridona Putina, kucharza, który niegdyś pracował w sławnym przed rewolucją hotelu Astoria. Spiridon popierał bolszewików, ale uciekł z carskiej stolicy przed wojną domową i klęską głodu, która nastąpiła w 1917 roku po rewolucji październikowej. Osiedlił się w Pominowie, małej wsi swoich przodków, leżącej wśród łagodnych wzgórz na zachód od Moskwy, a potem przeprowadził się do samego miasta i gotował dla Nadieżdy Krupskiej, wdowy po Włodzimierzu Leninie, w jej daczy w okolicach parku Gorkiego6. Po jej śmierci w 1939 roku pracował w schronisku dla emerytowanych członków moskiewskiego komitetu partii komunistycznej. Podobno zdarzyło mu się gotować w Astorii dla Grigorija Rasputina, a raz także dla Stalina, gdy ten odwiedził wdowę po Leninie. Te spotkania zapoczątkowały rodzinną tradycję służalczej pracy dla elit politycznych, ale związki z władzą nie uchroniły jego synów przed hitlerowcami – cały naród walczył o przetrwanie.

W czerwcu 1941 roku, kiedy naziści zaatakowali Związek Radziecki, Władimir Putin cieszył się już statusem weterana. W latach trzydziestych służył jako marynarz na okręcie podwodnym, a potem osiadł niedaleko Leningradu w Pietrodworcu, gdzie Piotr Wielki zbudował swój pałac nad brzegiem Zatoki Fińskiej. Podczas chaotycznych dni, które nastąpiły po inwazji, podobnie jak wielu innych obywateli czym prędzej zgłosił się na ochotnika do obrony kraju i na początku przydzielono go do oddziału specjalnego Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych, czyli NKWD, budzącego grozę tajnego organu aparatu bezpieczeństwa, który w późniejszych latach przekształcił się w KGB. NKWD utworzył dwa tysiące dwieście dwadzieścia dwa tego typu oddziały, które miały nękać nazistów za linią zbliżającego się szybko frontu7. Jedna z pierwszych wojennych misji Putina skończyła się katastrofą. Razem z dwudziestoma siedmioma innymi partyzantami został zrzucony na spadochronie za niemieckimi oddziałami ciągnącymi na Leningrad, niedaleko miasta Kingisepp. Miejscowość ta znajduje się niedaleko granicy z Estonią, którą wraz z Łotwą i Litwą jeszcze rok przed tymi wydarzeniami Związek Radziecki okupował na mocy haniebnego przedwojennego paktu z Hitlerem. Podobno oddział Putina zdołał wysadzić w powietrze skład broni, ale wkrótce skończyły się im zapasy amunicji i racji żywnościowych. Miejscowi, rodowici Estończycy, nakarmili ich, ale jednocześnie wydali Niemcom, których w wielu bałtyckich krajach witano – przynajmniej na początku – jako wyzwolicieli spod sowieckiej okupacji. Niemieccy żołnierze otoczyli oddział i ostrzelali komisarzy, gdy ci pospiesznie próbowali ewakuować się z powrotem za linię sił radzieckich. Ścigany przez Niemców z psami Putin oddzielił się od swych towarzyszy i ukrył na bagnach – zanurkował w wodzie i oddychał przez trzcinkę, dopóki patrol się nie oddalił8. Nie wiadomo, w jaki sposób udało mu się wrócić do swoich, ale atak przeżył tylko on i trzech innych członków oddziału. NKWD przesłuchał go po tej ucieczce, uniknął jednak zarzutów o dezercję lub tchórzostwo i wkrótce znowu wysłano go na front9. Może Putin zawdzięczał ocalenie odwadze, a może strachowi. Rozkaz Stalina numer 270 z 16 sierpnia 1941 roku zakazał kapitulować żołnierzom i komisarzom pod groźbą śmierci dla nich i kary więzienia dla ich rodzin.

W samym Leningradzie warunki szybko ulegały pogorszeniu mimo wysiłków władz, które starały się zachować pozory normalności. 1 września jak zawsze otworzono szkoły, ale już trzy dni później na miasto spadły niemieckie pociski10. Ponieważ mieszkańcy byli odcięci od świata, a ataki z powietrza powtarzały się regularnie, władze zdecydowały się na zaostrzenie racjonowania żywności. Racje stawały się coraz mniejsze, co doprowadziło wielu ludzi do desperacji, rozpaczy, a ostatecznie do śmierci. Kiedy Władimir Putin walczył poza murami, jego żona Maria oraz ich nowo narodzony syn byli uwięzieni w mieście. Władimir i Maria urodzili się w 1911 roku i oboje byli dziećmi pełnego wstrząsów XX wieku: przeżyli pierwszą wojnę światową, bolszewicką rewolucję i będącą jej skutkiem wojnę domową. Poznali się w Pominowie, dokąd ojciec Władimira przeprowadził się po rewolucji, i pobrali w 1928 roku, w wieku zaledwie siedemnastu lat. Tuż po ślubie przenieśli się do Leningradu, a w 1932 roku zamieszkali w Pietrodworcu z krewnymi Marii. Po wcieleniu Putina do marynarki urodził im się syn Oleg, który zmarł jeszcze jako niemowlę. Rok po wybuchu wojny narodził się drugi syn Wiktor.

Maria i Wiktor cudem uniknęli okupacji na terenach zajętych przez hitlerowców. Na początku Maria sprzeciwiała się ucieczce z Pietrodworca, ale kiedy Niemcy podeszli do bram miasta, jej brat Iwan Szełomow zmusił ją do ewakuacji. Iwan był kapitanem pierwszej rangi w dowództwie Floty Bałtyckiej, posiadał zatem władzę wojskową i garść przywilejów, które wciąż udało mu się utrzymać w oblężonym mieście11. Kapitan Szełomow przemycił ich „pod ostrzałem i gradem bomb” i zainstalował w mieście, którego los stał pod znakiem zapytania12. Z nadejściem zimy warunki życia stały się ekstremalnie trudne – tego roku mróz był jeszcze dotkliwszy niż zwykle. Maria i Wiktor zamieszkali w jednym z kilkudziesięciu schronów, które władze zorganizowały dla uchodźców masowo uciekających do miasta z okupowanych przedmieść. Brat wspierał ją swoimi racjami żywnościowymi, ale i tak podupadła na zdrowiu. Pewnego dnia – nie znamy dokładnej daty – straciła przytomność, a przechodnie ułożyli ją na stercie zamarzniętych zwłok, które już zaczęły piętrzyć się na ulicach. Czekała ją pewna śmierć – tak samo jak we frontowych okopach jej męża. Jakimś cudem jednak ktoś usłyszał jej jęk w tej kostnicy pod gołym niebem i ją ocalił13.

Ocalenie Władimira zdawało się równie nieprawdopodobne. Leżał nad Newą ranny przez kilka godzin, zanim inny oddział żołnierzy radzieckich znalazł go i odtransportował do pułkowej reduty na brzegu. Pewnie by tam zmarł, dołączył do ponad trzystu tysięcy żołnierzy, którzy oddali życie na „piątaku”, gdyby nie fakt, że dawny sąsiad zobaczył go na noszach w prymitywnym szpitalu polowym. Przerzucił sobie Putina przez ramię i zaniósł go przez zamarzniętą rzekę do szpitala na drugim brzegu.

Okazało się, że rany odniesione przez Putina niemal na pewno uratowały mu życie. Jego jednostka, 330 Pułk Strzelecki, toczyła walki na przyczółku mostu przez całą zimę 1941 i 1942 roku. Straty poniesione w tej bitwie oraz jej skala stanowiły zwiastun okropności, które rok później miały towarzyszyć oblężeniu Stalingradu. Nazwano ją „monstrualną maszynką do mielenia mięsa”14. Użyte podczas oblężenia siły zbrojne były narażone na nieustanny ostrzał Niemców. Zalesiony brzeg rzeki zmienił się w doszczętnie poorany pociskami, martwy krajobraz, w którym jeszcze przez wiele lat nie pojawiło się życie. Nowi rekruci przybywali zza Newy, żeby zastąpić zabitych i rannych, i wymieniali ich w oszałamiającym tempie kilkuset żołnierzy dziennie aż do wiosny 1942 roku, kiedy przyczółek upadł, a 27 kwietnia Niemcy odzyskali kontrolę nad tym obszarem. 330 Pułk Strzelecki został doszczętnie rozbity – ocalał z niego jedynie major Aleksander Sokołow, członek dowództwa, który mimo poważnych ran zdołał oddalić się wpław na bezpieczną odległość15. Była to jedna z najbardziej krwawych bitew podczas całej wojny, głupi wybryk radzieckiego dowództwa, który kosztował życie kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy i prawdopodobnie wydłużył blokadę Leningradu, zamiast ją skrócić16.

Putin spędził wiele miesięcy w szpitalu wojskowym, powracając do zdrowia w mieście, które umierało dzień po dniu. Kiedy odcięto ostatnią drogę poza mury, wewnątrz blokady znalazło się trzy miliony cywilów i wojskowych. Maria – która odrzuciła szansę na ewakuację, kiedy ta wciąż była możliwa – w końcu trafiła na swojego męża w szpitalu. Ten wbrew przepisom dzielił się z Marią swoimi szpitalnymi racjami żywnościowymi, dopóki lekarz się nie zorientował i na jakiś czas nie wstrzymał jej codziennych wizyt17. Początkowa niezłomność mieszkańców ustąpiła miejsca degradacji, głodowi i jeszcze gorszym zjawiskom. Mieszkańcy w coraz mniejszym stopniu mogli zaspokajać swe podstawowe potrzeby życiowe, dotyczyło to również dostępu do pożywienia. Wzdłuż ulic wciąż rosły sterty nieuprzątniętych ciał. W styczniu i lutym 1942 roku co miesiąc umierało ponad sto tysięcy osób18. Jedyną łączność z nieokupowanym terytorium zapewniała prowizoryczna „droga życia” – seria niebezpiecznych szlaków po zamarzniętych wodach jeziora Ładoga. Ale i ona tylko w minimalnym stopniu łagodziła los mieszkańców podczas blokady trwającej do stycznia 1943 roku, kiedy to armia radziecka przebiła się przez niemiecki kordon na wschodzie. Zanim jednak uwolniono Leningrad spod oblężenia i zaczął się nieugięty, bezlitosny marsz na Berlin, minął kolejny rok.

Władimir i jego żona jakimś cudem przeżyli, chociaż ten pierwszy z powodu odniesionych urazów do końca życia cierpiał i utykał. W kwietniu 1942 roku został zwolniony ze szpitala i skierowany do pracy w fabryce broni, która produkowała pociski artyleryjskie i miny przeciwczołgowe19. Syn Putinów Wiktor nie przeżył oblężenia. W czerwcu 1942 roku zmarł na błonicę i został pochowany w zbiorowej mogile na Cmentarzu Piskariowskim razem z czterystu siedemdziesięcioma tysiącami innych cywilów i wojskowych. Władimir i Maria nie wiedzieli, gdzie dokładnie spoczął ich syn, i nie ulega wątpliwości, że niewiele zrobili, by się tego dowiedzieć. W późniejszych latach rzadko poruszali ten temat20. Wojna zebrała żniwo, które boleśnie dotknęło oboje Putinów. Matka Marii, Elżbieta Szełomowa, zginęła na linii frontu na zachód od Moskwy w październiku 1941 roku, chociaż nigdy się nie wyjaśniło, czy pozbawił ją życia pocisk radziecki, czy niemiecki. Jej brat Iwan uszedł z życiem, ale drugi z braci, Piotr, już w pierwszych dniach wojny został skazany przez działający na froncie trybunał wojskowy – zdaje się, że oskarżono go o zaniedbanie obowiązków, jego dalsze losy zaś pozostają nieznane, a na pewno się o nich nie opowiada. Dwaj bracia Władimira także zginęli na wojnie – Michaił w czerwcu 1942 roku, również w okolicznościach zapomnianych przez historię, a Aleksiej na Froncie Woroneskim w lutym 1943 roku21.

Trzeci syn Władimira i Marii dorastał wśród opowieści o Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej – wśród legend o heroizmie i cierpieniu – i te historie odcisnęły niezatarte piętno na całym jego życiu. Z „urywków i drobnych fragmentów” rozmów podsłuchanych przy kuchennym stole w zatłoczonym mieszkaniu komunalnym we wciąż zdewastowanym Leningradzie chłopiec budował w myślach narrację o swojej rodzinie – zmodyfikowaną przez czas i pamięć, częściowo apokryficzną i zdecydowanie niekompletną. Putinowie byli prostymi ludźmi – trudno oczekiwać, by wiele wiedzieli o mrocznych aspektach wojny, takich jak organizowane przez Stalina paranoiczne czystki w okresie wielkiego terroru, które przetrzebiły armię przed wybuchem wojny, ciche przyzwolenie na plany Hitlera dotyczące podboju Europy, podział ziem polskich w 1939 roku, aneksja państw nadbałtyckich, chaotyczna obrona przed hitlerowską inwazją, nadużycia, które przyczyniły się do klęski głodu w Leningradzie, czy też odrażające akty zemsty popełniane przez radzieckich żołnierzy podczas marszu na Berlin. Nawet po śmierci Stalina w 1953 roku wciąż niebezpiecznie było wyrażać się w niepochlebnych słowach o swoim państwie. Zwycięstwo – i drobny udział Putinów w tym sukcesie – stanowiło niewyczerpane źródło dumy. Jakże mogłoby być inaczej? „Człowiek nie rozpamiętuje swoich pomyłek – tłumaczył później ten chłopiec. – Jego myśli zaprząta tylko zwycięstwo”.

Ów trzeci syn, Władimir Władimirowicz Putin22, urodził się 7 października 1952 roku w mieście, w którym blizny po oblężeniu wciąż były świeże – nadal cierpiącym niedostatek i trawionym przez strach. Pomimo zwycięstw megalomania Stalina wkrótce przerodziła się w paranoję i pragnienie odwetu. W drugiej połowie lat 40. ubiegłego wieku wojenne elity – zarówno cywilne, jak i wojskowe – padły ofiarą czystki nazwanej przez historyków aferą leningradzką. Kilkudziesięciu urzędników partyjnych i ich rodziny aresztowano, wtrącono do więzienia, zesłano lub rozstrzelano23. Lojalni obywatele państwa powstrzymywali się od komentowania tych działań – ze strachu lub dlatego, że sami uczestniczyli w zbrodni. Milczeli nawet potomkowie człowieka, który cieszył się takim zaufaniem, że raz pozwolono mu gotować dla samego Stalina. Niewielu ludzi, którzy choćby przelotnie spotkali na swojej życiowej drodze Stalina, „wyszło z tego doświadczenia bez uszczerbku. Ale mój dziadek był jednym z nich” – wspominał później Władimir Władimirowicz Putin24. Niezbyt jednak chętnie o tym opowiadał. „Mój dziadek był dość skryty, jeżeli chodzi o przeszłość. Rodzice też rzadko rozmawiali o dawnych czasach. Ludzie w ogóle nie lubili poruszać tych tematów”. Ojciec Władimira był mrukliwy i surowy, budził lęk nawet wśród osób, które dobrze go znały25. Jego doświadczenia wojenne – wieczne utykanie, które zdawało się jeszcze wyraźniejsze, kiedy nadciągały chłody – robiły wielkie wrażenie na jego synu. Po wojnie Władimir senior kontynuował pracę w zakładach Jegorowa na Moskiewskim Prospekcie, w których produkowano wagony pasażerskie dla państwowych kolei i metra. Był członkiem partii komunistycznej, więc został przedstawicielem zakładowym partii, aparatczykiem pośród ludu pracującego, który miał dbać o dokładność, lojalność, dyscyplinę, a przede wszystkim o rozwagę.

To zadanie uprawniało go do pokoju o powierzchni siedemnastu metrów kwadratowych w zniszczonym mieszkaniu komunalnym na czwartym piętrze niegdyś eleganckiej, dziewiętnastowiecznej kamienicy przy Zaułku Baskowa 12, nieopodal głównej ulicy Leningradu – Newskiego Prospektu – oraz Kanału Gribojedowa. Putinowie wprowadzili się tam w 1944 roku, a po wojnie musieli dzielić ciasną przestrzeń z dwiema innymi rodzinami. Żyli w tym miejscu ponad dwie dekady. W mieszkaniu brakowało ciepłej wody, nie było wanny. Korytarz bez okien służył za wspólną kuchnię z jednym palnikiem gazowym naprzeciw zlewu. Toaleta znajdowała się we wnęce wciśniętej pod schodami. Mieszkanie ogrzewano piecykiem na drewno.

Maria, tak jak jej mąż, miała wykształcenie podstawowe. Urodziła Władimira dziesięć dni przed ukończeniem czterdziestu jeden lat. Po wszystkich cierpieniach i stratach traktowała synka jak cud, którym obdarzył ją los26. Podejmowała różne niewymagające kwalifikacji prace: sprzątała budynki, myła probówki w laboratoriach, dostarczała chleb. Wybierała takie zajęcia, które umożliwiały jej spędzanie z dzieckiem jak najwięcej czasu. Drugi pokój w mieszkaniu zajmowało małżeństwo w podeszłym wieku, a w trzecim mieszkała rodzina ortodoksyjnych żydów ze starszą córką Hawą. Mały Władimir, jedyne dziecko w mieszkaniu, ciepło wspominał parę staruszków, z którymi spędzał równie dużo czasu, co z rodzicami. Zostali jego zastępczymi dziadkami. Kobietę zapamiętał jako babcię Anię. Była – tak jak jego matka – głęboko wierząca. Represjonowany przez ustrój komunistyczny Rosyjski Kościół Prawosławny mógł prowadzić jawną działalność podczas wojny, żeby jednoczyć naród, ale gdy tylko ucichły działa, znowu miał zostać zdławiony. Według późniejszej relacji Władimira, 21 listopada, kiedy miał siedem tygodni, babcia Ania i Maria wzięły go na ręce i chroniąc się przed przenikliwym zimnem, przeszły trzy przecznice do Soboru Przemienienia Pańskiego – osiemnastowiecznej monumentalnej budowli o żółtych murach, zbudowanej w typowym dla wielu świątyń w tym mieście stylu neoklasycystycznym – i tam potajemnie ochrzciły chłopca27.

Nie jest jasne, czy matka wolała utrzymać jego chrzest w tajemnicy ze strachu przed surowym mężem, czy raczej przed potępieniem ze strony urzędników. Po latach jednak jej syn sugerował, że uroczystość zapewne nie była aż tak potajemna, jak chciałaby matka. W Związku Radzieckim niewiele rzeczy można było utrzymać w sekrecie. Maria czasami brała chłopca na mszę, ale w pozbawionym prywatności mieszkaniu nie przetrzymywała żadnych ikon ani innych widocznych symboli praktyk religijnych28. W tamtych czasach nie dyskutowała z nim też o wierze – a przynajmniej nie na poważnie. Dopiero czterdzieści lat później Maria dała mu krzyżyk, który nosił do chrztu, i poprosiła, żeby go poświęcił w Bazylice Grobu Świętego w Jerozolimie podczas jego pierwszej wizyty w Izraelu. Niemniej wiara cały czas towarzyszyła chłopcu – tak samo jak bezgraniczne oddanie, które ojciec przejawiał wobec ortodoksyjnej komunistycznej świeckości. Władimir nie zdradzał skłonności do żadnego z tych światopoglądów, chociaż niektórzy jego znajomi twierdzili po latach, że codzienna sąsiedzka bliskość z Żydami zaszczepiła u niego niezwykłą ekumeniczną tolerancję i niechęć do antysemityzmu, który długo drążył rosyjską kulturę29.

Całym światem małego Władimira Putina był budynek przy Zaułku Baskowa. W pobliżu znajdowały się imponujące zabytki carskiej Rosji – Ermitaż, gmach Admiralicji, sobór Świętych Piotra i Pawła – ale pełniły w jego życiu niewiele ważniejszą rolę niż monumentalne budowle na odległym horyzoncie. Wywodził się przecież z proletariatu, a nie z radzieckiej inteligencji czy elit politycznych; dopiero później, patrząc wstecz na swoje dzieciństwo, potrafił dostrzec niedostatki tego okresu. Schody na czwarte piętro były pełne dziur, cuchnące i słabo oświetlone; na klatce śmierdziało potem i gotowaną kapustą. W kamienicy roiło się od szczurów, które dzieci przepędzały kijami. Władimir traktował to jak zabawę – aż do dnia, kiedy przyparł gryzonia do muru na końcu korytarza. „Nagle szczur się odwrócił i skoczył na mnie – wspominał. – Byłem kompletnie zaskoczony i bardzo się bałem”30.

Zawsze był drobny. Jedno z jego najwcześniejszych wspomnień związanych z próbą wyrwania się spod klosza dzieciństwa dotyczy majówki w 1959, a może w 1960 roku. Nagle poczuł się przerażony, bo przytłoczył go zgiełk na ruchliwym rogu ulicy Majakowskiego. Kilka lat później, poszukując przygód razem z kolegami, zapuścił się kolejką w nieznaną część miasta. Zmarzli i byli głodni, wpadli zatem na pomysł, żeby rozpalić ognisko i się przy nim ogrzać. Wrócili zawiedzeni, a ojciec Putina za karę spuścił mu lanie pasem.

Kamienica otaczała podwórko, które łączyło się z podwórkiem sąsiedniego budynku, tworząc nieuporządkowaną, pozbawioną drzew „studnię” niewiele różniącą się od szybu windy. „Studnia” przyciągała pijaków i typy spod ciemnej gwiazdy; spotykali się tam, by palić papierosy, pić i spędzać czas na próżniactwie. Według wspomnień Władimira i jego kolegów życie na podwórku oraz późniejsze doświadczenia szkolne sprawiły, że stał się twardszy, i nauczyły go używać pięści – w ten sposób bronił się przed zaczepkami i groźbami, chociaż jego wątła postura może sugerować, że był raczej kozłem ofiarnym. Rodzice na niego chuchali i dmuchali, a w dzieciństwie zabraniali mu oddalać się bez pozwolenia z podwórka. Byli wobec syna bardzo opiekuńczy – chociaż niezbyt wylewnie okazywali mu miłość. Cudem przeżyli najtrudniejsze czasy i robili wszystko, żeby ich synowi też się udało. „W jego domu nie było pocałunków – wspomina Wiera Guriewicz, nauczycielka, która utrzymywała bliskie stosunki z rodziną Putinów. – Nigdy nie afiszowali się z czułościami”31.

1 września 1960 roku Władimir zaczął naukę w znajdującej się niedaleko jego domu, przy tej samej ulicy, szkole numer 193. Miał niemal osiem lat, ale Maria nie posyłała go do przedszkola – zapewne z nadmiernej obawy o syna. Brakowało mu umiejętności społecznych, które mógłby rozwinąć, gdyby przedtem spędzał więcej czasu w otoczeniu rówieśników. Pierwszego dnia szkoły nie wręczył nauczycielce kwiatów, jak nakazywała tradycja, lecz roślinę doniczkową32. Był marnym uczniem, wiecznie nadąsanym i impulsywnym, prawdopodobnie nieco rozpuszczonym przez rodziców. Wiera Guriewicz nazywała go bączkiem, bo lubił wychodzić z ławki i kręcić się w kółko. Często zakłócał porządek na lekcjach i poza nimi33, chętnie przebywał w towarzystwie chłopaków, którzy zdaniem nauczycielki mieli na niego zły wpływ – między innymi starszych od niego braci Kowszow. Przyłapano go na noszeniu noża w szkole, a raz dostał reprymendę za naganne zachowanie od komitetu dzielnicowego partii, który zagroził, że wyśle go do domu dziecka34. Takie zachowanie uniemożliwiało mu też wstąpienie do pionierów, komunistycznej organizacji młodzieżowej, w której członkostwo było czymś w rodzaju rytuału przejścia; w trzeciej klasie spośród czterdziestu pięciu uczniów nie należeli do niej tylko Władimir i garstka innych dzieci. Jego ojciec, wierny pracownik aparatu partyjnego, nie ukrywał zaniepokojenia tak rażącą porażką. Sam Putin junior opisywał ją później jako formę buntu przeciwko ojcu i otaczającemu go systemowi: „Byłem chuliganem, a nie pionierem”35. Wiera Guriewicz, która poznała Putina, gdy przeszedł do czwartej klasy, w końcu poskarżyła się jego ojcu, że chłopiec jest inteligentny, ale zdezorganizowany i niezainteresowany nauką.

– Nie wykorzystuje swojego potencjału – poinformowała Władimira seniora w mieszkaniu przy Zaułku Baskowa, które nazwała „strasznym, zimnym i po prostu wstrętnym”.

– No to co mam z nim zrobić? – odparł Władimir Spiridonowicz. – Zabić czy co?36

Władimir i Maria obiecali jednak pani Guriewicz, że wezmą syna w karby. Ojciec nakłonił go, żeby zainteresował się boksem, ale chłopiec był tak kruchy, że szybko zrezygnował, gdy – jak mówi Putin – przeciwnik na ringu złamał mu nos. Zamiast boksu zajął się, podobno wbrew woli rodziców, sztukami walki, a szczególnie sambo, radziecką techniką łączącą judo z zapasami, która była właściwsza dla jego drobnej postury i „zadziornego charakteru”37. Jeden z trenerów wywarł szczególnie duży wpływ na jego życie. Anatolij Rachlin działał w klubie Trud niedaleko Zaułka Baskowa i właśnie do niego wstąpił w 1965 roku Putin, który wtedy uczył się już w piątej klasie. Rachlin musiał zapewnić rodziców Władimira, że „nie uczymy dzieci niczego złego”38. Dyscyplina i rygor niezbędne w sambo, a później też w judo, zafascynowały chłopca tak, jak jeszcze nic do tej pory. Sztuki walki odmieniły jego życie, umożliwiły mu zdobycie pozycji nawet wśród większych, silniejszych chłopców. „Dostałem narzędzie, za pomocą którego mogłem bronić moich praw w stadzie” – mówił39. Dzięki treningom nawiązał też nowe znajomości, szczególnie z braćmi Arkadijem i Borysem Rotenbergami, a ci nie opuścili go przez całe życie. Sztuki walki rozbudziły w nim ortodoksyjność, której nie znalazł w religii ani w polityce. Były dla niego czymś więcej niż sportem – stały się życiową filozofią. „Sport odciągnął mnie od ulicy – wspominał przy jakiejś okazji. – Szczerze mówiąc, moje podwórko było nie najlepszym miejscem dla dzieci”40.

Możliwe, że opowieści o tak drastycznej transformacji są lekko przesadzone. Jego stwierdzenie, że żył jak dzikie zwierzę w dżungli, brzmi dosyć brawurowo. Brud i ubóstwo przydomowej „studni” oraz jej podejrzani bywalcy mogły go przez jakiś czas intrygować, ale jednocześnie wpoiły mu niechęć do pijaństwa, papierosów, lenistwa i nieładu. Kiedy odkrył w sobie pasję do sztuk walki, wykazał się żelazną determinacją w dążeniu do sukcesu. Trud wymagał od członków przyzwoitych wyników w nauce, więc Władimir zaczął się bardziej przykładać do lekcji i w szóstej klasie poprawił oceny. Wiera Guriewicz oraz szkolni koledzy postanowili się za nim wstawić i w końcu ubłagali szkolnego przedstawiciela pionierów, by w drodze wyjątku zapomniał o jego wcześniejszych wybrykach. Uroczystość przyjęcia Putina w szeregi organizacji odbyła się w Uljanowce, małej wsi noszącej niegdyś nazwę Sablino, w której przed laty mieszkała siostra Lenina41. Już po kilku tygodniach stanął na czele szkolnej drużyny pionierów – było to jego pierwsze stanowisko przywódcze. W ósmej klasie znalazł się wśród pierwszych wybrańców do Komsomołu, komunistycznego związku młodzieży. To był niezbędny etap na drodze do kariery, która – jak się wkrótce okazało – miała się stać jego życiowym powołaniem.

W 1965 roku dwudziestej rocznicy zwycięstwa nad faszyzmem towarzyszyła nowa fala nostalgii i oficjalnych obchodów. Jedną z najpopularniejszych książek dziesięciolecia była szpiegowska powieść Szczit i miecz (Tarcza i miecz). Po raz pierwszy ukazała się w odcinkach w miesięczniku literackim „Znamja”, czasopiśmie Związku Pisarzy ZSRR. Jej autor Wadim Kożewnikow pracował jako korespondent wojenny dziennika „Prawda”, a jego doświadczenia pozwoliły wpleść w narrację realistyczne wątki, chociaż książka posłusznie spełniała cele prosowieckiej propagandy. (Jako przewodniczący związku pisarzy Kożewnikow był współodpowiedzialny za wstrzymanie publikacji o wiele wierniejszej relacji z wojny, Życia i losu Wasilija Grossmana). Bohater powieści, major Aleksander Biełow, jest tajnym agentem ZSRR podszywającym się pod Niemca w III Rzeszy tuż przed wybuchem Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Pod pseudonimem Johann Weiss wspina się po szczeblach władzy w Abwehrze, hitlerowskim wywiadzie, a potem w Schutzstaffel, „oddziale ochronnym”, czyli SS. Weiss odznacza się odwagą w walce, jest powściągliwy i nieugięty, nawet w obliczu tortur. Hitlerowcy, których rozkazy musi wypełniać, budzą w nim odrazę, tak jak i nazistowski oficer, w którego sam się wciela. Musi jednak znieść tę niewygodną sytuację, żeby skutecznie sabotować niemiecki wysiłek wojenny. „Nie podejrzewał, że najtrudniejszą i najbardziej męczącą częścią podjętego zadania będzie to rozdwojenie jaźni – pisał Kożewnikow. – Na początku czerpał nawet pewną satysfakcję z tej przebieranki, gdy wkładał maskę obcego sobie człowieka i starał się myśleć tak jak on. Cieszył się za każdym razem, kiedy jego wysiłki pokrywały się z oczekiwaniami ludzi wobec tej wymyślonej postaci”42.

Oczywiście Kożewnikowowi daleko było do Tołstoja. Ale podatnemu na wpływy chłopcu zdawał się o niebo lepszy. Trzy lata po publikacji na podstawie powieści nakręcono ponad pięciogodzinny film, którego scenariusz sygnował także Kożewnikow. W 1968 roku była to najpopularniejsza produkcja w Związku Radzieckim, a jednocześnie czarno-biały hołd złożony tajnym służbom – do tej pory już przemianowanym na KGB. Niespełna szesnastoletni Władimir Putin był oczarowany filmem. Oglądał go wiele razy z kolegami. Ponad czterdzieści lat później wciąż pamiętał tekst sentymentalnej pieśni stanowiącej jego motyw muzyczny: S czego naczinajetsia rodina? (Gdzie się zaczyna ojczyzna?), pełnej odniesień do szpaków i brzóz w sercu Rosji43. Władimir od razu porzucił dziecięce marzenia o tym, by zostać jak ojciec marynarzem albo lotnikiem. Od teraz chciał być szpiegiem – widział się w roli przyszłego majora Biełowa vel Johanna Weissa, przystojnego, sprawnego i zdolnego w pojedynkę zmienić bieg historii. „Najbardziej zadziwiało mnie to, że jeden człowiek potrafił dokonać więcej niż całe armie – wspominał po latach z tym samym romantycznym zachwytem, który odczuwał w młodości. – Jeden szpieg decydował o losie tysięcy ludzi”44.

Nie wiedział zbyt wiele o KGB ani o mechanizmach jego działania. Ojciec jednego z kolegów Putina ze szkolnej ławy pracował w służbach wywiadowczych, ale przeszedł już na emeryturę. Wypuszczenie tego filmu było jednym z działań modernizacyjnych nowego szefa KGB Jurija Andropowa, który objął to stanowisko w 1967 roku. Zamierzał on zmienić publiczny wizerunek służb, by zamiast kojarzyć je z budzącą postrach tajną milicją odpowiedzialną za represje i terror, ludzie widzieli w nich obrońcę wielkiego narodu radzieckiego. W przypadku Władimira ten rodzaj propagandy spełnił swoje zadanie; o ile sport odciągnął go od ulicy, o tyle film wpłynął na to, jaką karierę wybrał. Dzień po obejrzeniu w telewizji pierwszego odcinka Putin w rozmowie z kolegą z klasy stwierdził, że zostanie szpiegiem45, a niedługo potem zrobił – jak sam mówi – tyleż zuchwały, co naiwny krok. Wszedł bez uprzedzenia do lokalnej siedziby KGB przy Litejnym Prospekcie i zgłosił się na ochotnika.

Budynek leningradzkiej siedziby KGB nazywano Wielkim Domem nie tylko ze względu na jego rozmiar. Wśród obywateli krążył zgryźliwy żart na jego temat, powtarzany w różnych wersjach w wielu radzieckich miastach: z soboru Świętego Izaaka widać całe miasto, a z Wielkiego Domu rozciąga się widok aż do Wysp Sołowieckich, oddalonego o niemal tysiąc kilometrów archipelagu na Morzu Białym, gdzie funkcjonował niesławny obóz pracy, prekursor gułagów. Władimir dopiero przy trzecim podejściu znalazł właściwe drzwi do Wielkiego Domu, za którymi powitał go urzędnik. Ten cierpliwie wysłuchał chłopca, ale wyraźnie dał mu do zrozumienia, że KGB nie przyjmuje ochotników. Raczej sam wyszukuje najwartościowszych kandydatów – takich, którzy są już w wojsku albo studiują na uniwersytecie. Władimir nie dał się tak łatwo zbyć. Chciał się upewnić, dzięki jakiemu kierunkowi studiów będzie miał największe szanse, by spełnić swe ambicje. Urzędnik próbował pozbyć się natręta, zasugerował zatem studia prawnicze i w ten sposób klamka zapadła. Putin postanowił, że pójdzie na uniwersytet i będzie studiował prawo wbrew woli rodziców, którzy byli zdania, że jego oceny i temperament predestynują go raczej do nauki w szkole technicznej, na przykład w Wyższej Szkole Lotnictwa Cywilnego, dokąd początkowo chciał się dostać. Ale Władimir potrafił być niezwykle impulsywny i uparty. Ani jego rodzice, ani trenerzy nie potrafili zrozumieć tej zmiany planów, ponieważ nie powiedział im o swojej wizycie w Wielkim Domu, a zatem nie zdradził im swych rzeczywistych pobudek. Jeden z trenerów w Trudzie ostro skrytykował jego wybór, zakładając, że Putin skończy jako prokurator albo milicjant. Wzburzony Władimir wykrzyknął: „Na pewno nie będę milicjantem!”46.

Jego decyzja o wstąpieniu do KGB zbiegła się w czasie z niepokojącą sytuacją międzynarodową w 1968 roku. Dosłownie kilka dni przed początkiem nauki w szkole średniej usłyszał, że Związek Radziecki dokonał inwazji na Czechosłowację, by powstrzymać reformy Praskiej Wiosny. Władimira niewiele obchodziły rozprawy z dysydentami w kraju i za granicą. Jak wielu jego rówieśników flirtował z zakazaną kulturą Zachodu, słuchając Beatlesów z płyt przekazywanych sobie między przyjaciółmi niczym kontrabanda. „To było jak powiew świeżego powietrza – mówił po latach. – Jak okno na świat”47. Władimir przez jakiś czas grywał na akordeonie, a później na gitarze, którą dostał od ojca; nauczył się wykonywać poetyckie utwory Włodzimierza Wysockiego i innych twórców tamtej epoki. Lata sześćdziesiąte w Związku Radzieckim uznawane są za erę represji, a potem stagnacji, a jednak młodość nastoletniego Władimira była o wiele bardziej beztroska niż wszystko, czego doświadczyło pokolenie jego rodziców. Putinowie wciąż nie należeli do rozpieszczanej przez los elity, ale po wojnie warunki, w których żyli, poprawiły się i rodzinie było wygodniej. Władimir i Maria mieli w mieszkaniu nawet duży czarny aparat telefoniczny, który w tamtych czasach wciąż był rzadkością. Młody Władimir i jego koledzy lubili z niego korzystać48. Do tej pory wiodło im się na tyle dobrze, że kupili trzypokojową daczę w Tośnie pod Leningradem. W latach dorastania Putin spędził tam wiele czasu – w otoczeniu grupki najbliższych przyjaciół i z daleka od klaustrofobicznego mieszkania w komunalnej kamienicy. Na ścianie nad stołem wisiał oprawiony portret mężczyzny, którego nie znał jeden z przyjaciół Putina, Wiktor Borisenko. Kiedy zapytał o niego Władimira, ten wyjaśnił, że to Jan Karłowicz Berzin, twórca bolszewickiego wywiadu wojskowego, aresztowany podczas wielkiego terroru w 1937 roku i stracony rok później, ale zrehabilitowany po śmierci49.

Władimir kontynuował naukę w szkole nr 281, specjalizującej się w naukach ścisłych akademii dla wybrańców, która miała przygotować absolwentów do dalszych studiów na uniwersytecie. Putin nie należał do szczególnie popularnych uczniów, był raczej arogancki, obsesyjnie zafascynowany sportem i niemal fanatycznie pracowity50. Nauka przedmiotów ścisłych mogła mu zagwarantować miejsce na jednej z prestiżowych politechnik, ale skupił się na przedmiotach humanistycznych, literaturze i historii. Ponadto doskonalił język niemiecki, którego zaczął się uczyć w czwartej klasie za namową Wiery Guriewicz. Jego nową nauczycielką była Mina Juditskaja, która później opisywała go jako skromnego, ale poważnie podchodzącego do obowiązków ucznia. Miała na niego duży wpływ, co Putin wspominał po latach z sentymentalną tkliwością51. W szkole nr 281 tolerowano – do pewnego stopnia – swobodę intelektualną i otwartą debatę. Popularny nauczyciel Michaił Demienkow rozprowadzał samizdat – zakazaną literaturę powielaną na kserokopiarkach. Nauczycielka historii Tamara Stelmachowa rozpoczynała dyskusje o tym, czy Nikita Chruszczow zdoła spełnić obietnicę budowy w ciągu dwudziestu lat stuprocentowo komunistycznego państwa52.

W 1967 roku Putin został przyjęty do Komsomołu, ale niespecjalnie się w nim udzielał – wolał poświęcać się sportowi i nauce kosztem innych zajęć typowych dla nastolatków. Młodsza od niego o dwa lata Wiera Brilewa zapamiętała go jako chłopaka wiecznie pochylonego nad biurkiem, które stało w świetlicy obok kanapy i bufetu. Poznała Putina na daczy w Tośnie w 1969 roku i się w nim zadurzyła. Pamiętała jego krótki pocałunek podczas gry w butelkę – „Nagle zalała mnie fala gorąca” – ale wkrótce odkryła, że nie miał czasu dla dziewczyn, na co zwróciła uwagę nawet jego nauczycielka53. Ich młodzieńcze zaloty skończyły się, gdy pewnego dnia przeszkodziła mu w nauce, pytając, czy pamięta jakieś zdarzenie. Nie zdążyła dokończyć pytania, bo wszedł jej w słowo. „Pamiętam tylko to, co muszę pamiętać” – odburknął chłodno54. Podczas przeprowadzonego wiele lat później wywiadu wciąż wspominała jego „drobne, silne dłonie” i z melancholią mówiła o tamtym incydencie.

Taka gorliwość wkrótce przyniosła efekty. Przez ostatnie dwa lata szkoły średniej (w Związku Radzieckim obowiązkowa edukacja trwała tylko dziesięć lat) dostawał dobre, chociaż nie imponujące oceny. Dobrze sobie radził z historią i językiem niemieckim, nieco gorzej z matematyką i przedmiotami ścisłymi. W ostatnim roku mniej czasu poświęcał lekcjom, skupił się raczej na wkuwaniu do egzaminów wstępnych na upragniony Leningradzki Uniwersytet Państwowy, jedną z najbardziej prestiżowych radzieckich uczelni. Wiera Guriewicz nie kryła wątpliwości, czy się tam dostanie; nie wiedziała, dlaczego tak bardzo mu na tym zależy. „Sam rozwiążę ten problem” – powiedział jej Putin55. Szansa dostania się na uniwersytet leningradzki była tak nikła – na jedno miejsce przypadało mniej więcej czterdziestu chętnych – że spekulowano, iż na decyzji władz zaważyło jego robotnicze pochodzenie, lub snuto jeszcze bardziej nieprawdopodobne teorie: że nieświadomie był sterowany niewidzialną ręką KGB56. Tak czy inaczej uzyskał wystarczający wynik na egzaminach i jesienią 1970 roku dostał się na wydział prawa, jak dwa lata przedtem radził mu urzędnik Komitetu Bezpieczeństwa Państwowego.

Na studiach dalej twardo przykładał się do nauki i poświęcał dużo czasu zawodom judo, rezygnując z papierosów i alkoholu, żeby utrzymać się w formie. Odrzucał kolejne propozycje dołączenia do uniwersyteckiej drużyny i pozostał lojalny wobec swoich trenerów w Trudzie. W 1973 roku osiągnął poziom mistrzowski i wziął udział w kilku turniejach na szczeblu miejskim i obwodowym. Wciąż mieszkał w komunałce, ale zaczął częściej podróżować po Związku Radzieckim. Wyjeżdżał na turnieje judo do Mołdawii, pewnego lata pracował przy ścince drzew w Komi na północy, a także spędził dwa tygodnie na studenckim obozie budowlanym w Abchazji (która wówczas była częścią Gruzji). Zarobił tam osiemset rubli (równowartość sześciuset dolarów) i kupił za nie kożuch, który nosił przez następne piętnaście lat, resztę zaś przepuścił w kurorcie Gagra nad gęsto zalesionym wybrzeżem Morza Czarnego57. Razem z grupą przyjaciół zakradli się na prom płynący do Odessy. Mieli mało pieniędzy, a do jedzenia wzięli jedynie konserwy mięsne. Władimir spędził dwie noce w szalupie ratunkowej, zazdroszcząc pasażerom, którzy podróżowali w kabinach, ale też przyglądając się z zachwytem nocnemu niebu. „Gwiazdy wisiały tuż nade mną – wspominał. – Marynarze pewnie są przyzwyczajeni do takiego widoku, ale dla mnie to było cudowne odkrycie”58.

W 1972 roku jego matka kupiła za trzydzieści kopiejek los na loterii i wygrała samochód osobowy. Mogła go sprzedać za trzy i pół tysiąca rubli, ale pozwoliła sobie na odrobinę szaleństwa i podarowała go synowi. Był to jedynie niewielki kanciasty zaporożec, ale w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku niewielu dorosłych w ZSRR – a tym bardziej studentów – posiadało własny samochód. Dla Władimira był oznaką statusu i nową rozrywką. Jeździł nim na turnieje i podwoził kolegów – wykorzystywał każdą okazję, byle tylko usiąść za kółkiem. Był przy tym dzikim, brawurowym kierowcą. Zdarzyło mu się potrącić pieszego, który wszedł na jezdnię, chociaż potem Putin utrzymywał, że mężczyzna chciał popełnić samobójstwo. Według niektórych zeznań po wypadku ścigał samochodem zataczającego się człowieka, on sam jednak temu zaprzeczył. „Nie jestem potworem” – twierdził59.

Studiował już od czterech lat, gdy pewnego dnia zaczepił go mężczyzna, który – jak się później okazało – służył w wydziale KGB nadzorującym uczelnie wyższe. Do tej pory Putin porzucił dawne ambicje. Pewnego lata podczas praktyk zorganizowanych przez wydział przestępstw Ministerstwa Transportu uczestniczył w śledztwie dotyczącym katastrofy lotniczej i wszystko wskazywało na to, że jednak zostanie prawnikiem w lokalnej prokuraturze, tak jak to przepowiedział jego trener. Władimir cenił prawo na równi ze sztukami walki. Prawo narzucało zasady i porządek, do których czuł większy szacunek niż do jakiejkolwiek ideologii. Twierdził, że jako student nigdy nie pracował dla KGB – a nawet nie utrzymywał żadnych kontaktów z resortem – chociaż współpraca studentów z tajnymi służbami nie była niczym nadzwyczajnym. Dlatego był kompletnie zaskoczony, gdy w 1974 roku, na czwartym roku studiów, trafiła mu się wreszcie długo wyczekiwana szansa. Tajemniczy mężczyzna się nie przedstawił. „Muszę z panem porozmawiać o dalszym przebiegu pańskiej kariery” – zwrócił się przez telefon do Władimira, ale nie chciał podać szczegółów. Władimir zdawał sobie jednak sprawę, jak niezwykle ważny to kontakt, i umówił się na spotkanie w wydziałowej kantynie. Przybywszy na miejsce, czekał dwadzieścia minut, z coraz większą złością podejrzewając, że dał się nabrać na jakiś żart. W końcu mężczyzna się pojawił i zdyszany zaczął go przepraszać, co zrobiło na młodym Putinie ogromne wrażenie60.

Władimira prześwietlono ze wszystkich stron. Ostatni etap rekrutacji wymagał rozmowy z jego ojcem, więc w styczniu 1975 roku Dmitrij Gancerow, oficer w średnim wieku, złożył wizytę Władimirowi Spiridonowiczowi. Według słów Gancerowa Putin senior był niezbyt wysokim, prostym, szczerym, ciężko pracującym mężczyzną, który czerpał dumę z faktu, że syn poszedł na studia i zabiegają o niego służby bezpieczeństwa. Rozumiał, jaka odpowiedzialność i trudności czekają potomka. Potem poważnie, niemal błagalnym tonem, zwrócił się do nieznajomego:

– Wołodia jest dla nas wszystkim – powiedział, używając zdrobniałej formy imienia. – Pokładamy w nim wszystkie nadzieje. Sami rozumiecie, nasi dwaj pozostali synowie zmarli. Po wojnie zdecydowaliśmy się na kolejne dziecko. Teraz żyjemy jedynie dla Wołodii. My już dosyć przeżyliśmy61.

Wołodia musiał sobie zdawać sprawę z rzeczy, które miało na sumieniu KGB, ale nie przeszkadzała mu historia komitetu ani jego rola w pacyfikacji wrogów państwa w ojczyźnie i za granicą. Wręcz przeciwnie, uważał, że obowiązkiem każdego porządnego obywatela ZSRR jest współpraca z KGB – nie dla pieniędzy, lecz w imię bezpieczeństwa publicznego.

– Współpraca ze zwykłymi obywatelami była istotnym narzędziem utrzymania żywotności państwa – twierdził62.

Putin rozumiał, że czasami zdarzały się nadużycia, ale kiedy się urodził, kult Stalina już słabł, a ofiary terroru powoli wracały z Gułagu do swoich domów. Na tym kończyły się jego zastrzeżenia. Sądził, że zbrodnie, które przyczyniły się do śmierci lub ruiny kilku milionów ludzi, należą już do przeszłości, i nie była to odosobniona opinia. Dla wielu Rosjan, nawet tych, którzy doświadczyli tyranii Stalina, pozostał on poważanym ojcem narodu, który poprowadził kraj do zwycięstwa nad faszyzmem. Lęk, współodpowiedzialność lub poczucie winy tłumiły mroczne aspekty jego panowania, a pełna sprzeczności spuścizna po tamtych czasach jeszcze przez kilkadziesiąt lat dominowała w świadomości radzieckiego społeczeństwa. Po jakimś czasie Putin wspominał, że sam był „modelowym produktem edukacji patriotycznej radzieckiego człowieka”63.

ROZDZIAŁ 2CHŁODNY UMYSŁ, GORĄCE SERCE I CZYSTE RĘCE

Latem 1975 roku spełniło się marzenie Władimira Putina o wstąpieniu w szeregi KGB, ale nigdy nie został tajnym agentem ze swoich dziecięcych fantazji. Jego przyjęcie do służby przebiegło rutynowo, jeśli nie liczyć komicznego nieporozumienia; doszło do niego wiosną, kiedy stanął przed uczelnianą komisją pracy, która w radzieckim systemie decydowała o karierze absolwentów. Urzędnik z wydziału prawa ogłosił, że Putin jednak dołączy do leningradzkiej palestry. Dopiero w tym momencie powstało zamieszanie w kącie sali, gdzie siedział oficer KGB monitorujący przydziały.

– Ależ nie! – zaprotestował oficer. – W tej kwestii już zapadły odpowiednie decyzje1.

Władimir nawet nie wiedział, gdzie został przydzielony, ale i tak się ucieszył.

– Ruszamy! – krzyknął do Wiktora Borisenki, przyjaciela z dzieciństwa, gdy podjechał po niego samochodem. Ten od razu się domyślił, że stało się coś ważnego, ale Władimir słówkiem nie pisnął, o co chodzi. Pojechali do gruzińskiej restauracji niedaleko Soboru Kazańskiego – otoczonej kolumnadą monumentalnej budowli przy Newskim Prospekcie – gdzie zjedli kurczaka w sosie orzechowym i ku zdumieniu Borisenki, który nigdy nie widział, by przyjaciel korzystał z używek, wypili parę kolejek słodkiego likieru2. Dopiero dużo później się dowiedział, że świętowali wstąpienie Putina w szeregi KGB.

Gdy Władimir został zwerbowany, KGB był już rozdętym aparatem biurokratycznym, który zajmował się nie tylko gromadzeniem informacji wywiadowczych w kraju i za granicą, ale też kontrwywiadem w ZSRR i innych państwach, kontrwywiadem wojskowym, ochroną granic państwowych, egzekucją ceł i fizyczną osłoną dostojników partyjnych i budynków rządowych, takich jak obiekty nuklearne. W komitecie istniały zarządy odpowiedzialne za komunikację i kryptografię oraz takie, które podsłuchiwały rozmowy telefoniczne. Zarząd VI nadzorował „bezpieczeństwo ekonomiczne”, wykorzystując do tego spekulację, oficjalne kursy wymiany walut, a także inne wypaczenia działalności wolnorynkowej. V Zarząd Główny, utworzony w 1969 roku dla „ochrony” konstytucji, wymuszał siłą lojalność wobec partii i nękał dysydentów we wszystkich dziedzinach życia. KGB był czymś więcej niż służbami bezpieczeństwa – stanowił państwo w państwie. Pozornie służył interesom Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego – i wypełniał jej rozkazy – ale rozległe wpływy komitetu służyły trzymaniu w szachu również samej partii3.

Władimir zaczął pracę w kancelarii zarządu, w biurze kadr leningradzkiej siedziby KGB – w tym samym budynku przy Litejnym Prospekcie, do którego poszedł jako nastoletni chłopak. Tyle że nie został Johannem Weissem ani nie zinfiltrował żadnych wrogich sił. W Europie panował względny spokój, a Związek Radziecki w owym czasie toczył wojny jedynie sam ze sobą. Dwudziestotrzyletni Putin był pracownikiem biurowym niższego szczebla, zajmował się drobnymi sprawami administracyjnymi i wciąż mieszkał w jednym pokoju z rodzicami. Zajmował ponure biuro pełne łysiejących weteranów z czasów stalinizmu, tak wiekowych, że mogli pamiętać Gułag, a niektórzy nawet wielki terror z 1937 roku. Młody agent twierdził, że stary system mu nie odpowiada, ale nigdy nie zbuntował się przeciwko KGB, a przynajmniej nie na tyle, żeby podkopać swoją raczkującą karierę. Jak mówi stare powiedzenie: położył uszy po sobie4.

Po początkowym okresie spędzonym za biurkiem rozpoczął kurs dla funkcjonariuszy w szkole nr 401 w Leningradzie – jednym z obwodowych centrów szkoleniowych KGB. Ten pilnie strzeżony sześciopiętrowy budynek u ujścia Ochty do Newy był „czymś w rodzaju okrętu podwodnego”, gdzie kadeci mogli kompletnie odciąć się od świata i skoncentrować na nauce i rozwijaniu tężyzny fizycznej5. Przez sześć miesięcy Władimir zapoznawał się z taktyką wywiadowczą, między innymi z technikami prowadzenia przesłuchań. Szeregi KGB rozrosły się pod rządami Jurija Andropowa, który szefował komitetowi od 1967 do 1982 roku, a więc do czasu, kiedy został sekretarzem generalnym, czyli zaczął piastować najwyższe stanowisko w Związku Radzieckim. Andropow stał się jednym z bohaterów Władimira – nieprzystępnym, lecz głęboko szanowanym przywódcą. Andropow rozumiał ograniczenia panującego w ZSRR systemu i próbował go zmodernizować, tak żeby jego kraj mógł doścignąć Zachód, szczególnie pod względem ekonomicznym. KGB poszukiwał rekrutów, którzy rozumieli zagadnienia makroekonomiczne, handel i stosunki międzynarodowe. Zdaje się, że Władimir zidentyfikował te potrzeby już podczas studiów na Leningradzkim Uniwersytecie Państwowym, gdzie tematem jego rozprawy naukowej był status państwa uprzywilejowanego w handlu międzynarodowym6. Andropow pragnął przekształcić KGB w elitarną organizację, a Władimir mocno wierzył w ten ideał. Reprezentował nową generację w KGB, postalinowskie pokolenie rekrutów, o których mówiono, że w mniejszym stopniu kierują się ideologią i są za młodzi, by pamiętać grozę reżimu Stalina.

Andropowa uważano za reformatora – na tyle, na ile pozwalały mu czasy i miejsce – pomimo jego zaangażowania w represje w kraju i za granicą. Był radzieckim ambasadorem w Budapeszcie podczas powstania węgierskiego w 1956 roku i do końca życia prześladowały go wspomnienia o tym, jak szybko może dojść do wybuchu przemocy i groźby załamania systemu jednopartyjnego. „[Patrzył] przerażony z okien ambasady, gdy tłum wieszał na latarniach ulicznych znienawidzonych funkcjonariuszy węgierskiej służby bezpieczeństwa”7. Ten „kompleks węgierski” ukształtował przekonanie Andropowa, że jedynie mądrze stosowana siła może zapewnić ciągłość państwa i imperium radzieckiego. Dlatego z jednej strony próbował modernizować system, a z drugiej bezwzględnie karał wszelkie przejawy sprzeciwu wobec niego. To właśnie on w celu zwalczania ideologicznej opozycji powołał owiany złą sławą V Zarząd Główny, który prześladował fizyka Andrieja Sacharowa i pisarza Aleksandra Sołżenicyna. To on w 1969 roku rozbudował sieć szpitali psychiatrycznych, żeby gnębić dysydentów, uznając sprzeciw wobec systemu za przejaw choroby psychicznej.

Władimir zachowywał się, jakby miał klapki na oczach – zawdzięczał je albo oficjalnej propagandzie, albo obojętności. Usprawiedliwiał i idealizował pracę w KGB. Wierzył, że oficer wywiadu jest obrońcą prawa i porządku. Latem 1976 roku wrócił z akademii KGB jako nowo mianowany porucznik. Nie podjął pracy w dziale kadr, tylko został przeniesiony do kontrwywiadu – II Zarządu Głównego KGB. Uczestniczył w operacjach wymierzonych przeciwko wrogom wewnętrznym, a nie spoza granic kraju. Stał się aparatczykiem, któremu przede wszystkim zależało na utrzymaniu porządku społecznego i kontroli politycznej, lecz niewiele wiadomo o jego działalności w tym okresie. Jego znajomi, a nawet bliscy koledzy, nigdy nie wiedzieli na pewno, czym się zajmuje, on zaś podjął wiele środków ostrożności, żeby nie ujawniać szczegółów swojej pracy. Oficer, który z nim współpracował, oświadczył później, że Putin wykonywał zadania dla V Zarządu Głównego, ale nikt nie może tego potwierdzić na sto procent8. On sam temu zaprzecza, ale jego kolega twierdził, że Władimir doskonale znał metody stosowane przez KGB wobec krytyków potęgi Związku Radzieckiego – między innymi Sołżenicyna, a później też Sacharowa. Wiadomo, że jeden z jego najbliższych leningradzkich przyjaciół, pracujący w V Zarządzie Głównym Wiktor Czerkiesow, zapisał się w historii działaniami wymierzonymi w dysydentów oraz nieuznawane przez państwo wspólnoty religijne9. Fakt, że KGB wykorzystywał informatorów i kolaborantów, nie wywoływał u Putina wyrzutów sumienia ani oporów. Przez takich ludzi w społeczeństwie radzieckim rosła podejrzliwość i nieufność, wierzył jednak, że zmowa obywateli z budzącym lęk państwem policyjnym to nie tylko nic złego, lecz jest to wręcz niezbędny warunek utrzymania porządku. Stwierdził kiedyś, że 90 procent posiadanych przez KGB informacji wywiadowczych pochodziło od zwyczajnych obywateli Związku Radzieckiego, którzy dobrowolnie lub nakłonieni innymi metodami składali donosy na swoich współpracowników, przyjaciół albo krewnych. „Bez tajnych informatorów niczego się nie da zrobić” – uznał10.

Wiele wskazuje na to, że w okresie służby kontrwywiadowczej w Leningradzie Władimir pozyskiwał i kontrolował agentów, szczególnie wśród biznesmenów, dziennikarzy i sportowców, którzy podróżowali za granicę albo spotykali się na miejscu z obcokrajowcami. Do dzisiaj jego zadania z tamtych czasów spowija tajemnica, ale wiadomo, że stał się kimś w rodzaju „gliniarza” – czyli spełniła się przepowiednia trenera, kiedy ten się dowiedział, jaki kierunek studiów wybrał młody Putin. Władimir prowadził podwójne życie, ale o wiele mniej dramatyczne i niebezpieczne niż bohater Tarczy i miecza. Właśnie z tego okresu wywodzą się przyjaźnie z ludźmi, którzy pracowali w jego cieniu i mieli dalej współpracować w nadchodzących latach – z Wiktorem Czerkiesowem, Aleksandrem Bortnikowem, Wiktorem Iwanowem, Siergiejem Iwanowem i Nikołajem Patruszewem. W tym niewielkim, zamkniętym kręgu kolegów z KGB – samych mężczyzn – Putin znalazł myślących podobnie towarzyszy, którzy umacniali jego coraz bardziej sztywny, czarno-biały obraz świata.

Po kilku miesiącach pracy w kontrwywiadzie Władimira przeniesiono do I Zarządu Głównego, który odpowiadał za operacje wywiadowcze poza granicami Związku Radzieckiego. Była to jednostka ciesząca się opinią elitarnego wydziału KGB. Służyło w niej jedynie pięć tysięcy spośród niemal trzystu tysięcy zatrudnionych przez aparat bezpieczeństwa11. Niewątpliwie znajomość niemieckiego pomogła Putinowi w zdobyciu nowego stanowiska, a KGB umożliwił mu doskonalenie umiejętności językowych podczas odbywających się trzy razy w tygodniu dwugodzinnych zajęć12. Mimo to wciąż nie został szpiegiem ani nie wyjechał za granicę. Dalej pracował w Wielkim Domu przy Litejnym Prospekcie i był odpowiedzialny za śledzenie poczynań gości z zagranicy i obcych dyplomatów stacjonujących w konsulatach na terenie miasta. Większość pracy sprowadzała się do analizy danych i nie wymagała szczególnej odwagi ani umiejętności. Jako drugie pod względem wielkości miasto Związku Radzieckiego Leningrad oczywiście nie był prowincją, ale brakowało w nim dramatycznych intryg, od których wrzało w stolicy państwa – Moskwie. Sam KGB zaczął wykazywać objawy rozdęcia i skostnienia – wzrost liczby zatrudnionych w komitecie osób negatywnie wpływał na jego skuteczność. W przypadku wielu agentów młodzieńcza fascynacja światem szpiegostwa została stłamszona przez nudę i biurokratyczną inercję. „Jedynie w fikcji literackiej samotny człowiek może podbić cały świat” – pisał o tamtej erze Jurij Szwiec13.

Wygląda na to, że Władimirowi wystarczała praca na niższych stanowiskach. Wprawdzie jeden z jego przełożonych opisał go jako skrupulatnego pracownika14, ale zdecydowanie nie kierowała nim chęć wspinania się po szczeblach kariery. W 1977 roku jego ojciec odszedł z fabryki wagonów na emeryturę i jako kombatant i inwalida wojenny otrzymał od państwa małą dwupokojową klitkę – poniżej trzydziestu metrów kwadratowych – przy prospekcie Staczek na Awtowie, nowo odbudowanej dzielnicy na południe od historycznej części Leningradu. Po wojnie w mieście panował taki kryzys mieszkaniowy, że wiele rodzin wciąż gnieździło się w komunałkach – nawet funkcjonariusze KGB nie kwalifikowali się do automatycznego przydziału lokalu. Tymczasem od tej chwili dwudziestopięcioletni Władimir po raz pierwszy w życiu miał oddzielny pokój, „własny kąt”, jak go określiła Wiera Guriewicz.

Mając do dyspozycji dużo wolnego czasu, jeździł po mieście sprezentowanym przez matkę samochodem, a zdaniem jego znajomych wciąż wdawał się w bójki uliczne, nie zważając na to, że takie nieroztropne zachowanie mogło zagrozić jego karierze. Nie przejmował się ryzykiem ani niebezpieczeństwem – z pewną nonszalancją chwalił się, że łamał wiele przepisów, po części dlatego, że służba w KGB gwarantowała mu ochronę przed zwykłą milicją. Naginał prawo, bo czuł się bezkarny. Podczas pewnych świąt Wielkanocy zawiózł na procesję Siergieja Roldugina, muzyka klasycznego, z którym się zaprzyjaźnił. Jego zadaniem było monitorowanie i utrzymywanie porządku wśród wiernych, ludzi pokroju jego matki. Zrobił na koledze wielkie wrażenie, zabierając go do ołtarza za ikonostasem, gdzie nie miał wstępu nikt poza duchownymi. (Co sugeruje, że Putin miał niewielki szacunek dla świętości Kościoła). „Nikt tam nie może wchodzić, ale nas to nie dotyczy” – powiedział przyjacielowi. Był nierozważny i wybuchowy. Roldugin wspominał, że w drodze powrotnej z wycieczki po kościele zaczepiła ich na przystanku autobusowym grupa studentów, którzy chcieli papierosa. Postura Władimira nie budziła w nikim strachu, więc kiedy arogancko odmówił, jeden ze studentów go popchnął. Putin zaś przerzucił chłopaka przez ramię, jakby to była klubowa walka15.

Rozpowiadał swoim kolegom, że jest milicjantem i pracuje w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Zdaje się, że wielu w to uwierzyło. Wkrótce jednak było mu coraz trudniej ukrywać prawdziwe zajęcie. Roldugin, który poznał Putina w 1977 roku, szybko odkrył prawdę. Stał się ostrożny. Jako muzyk często wyjeżdżał za granicę. Podczas tych podróży towarzyszyli mu agenci KGB, źle ukrywający się pod przykrywką przedstawicieli Ministerstwa Kultury. Roldugin nie lubił tych ideologicznych nianiek i nauczył się nie wyrażać w ich obecności swoich prawdziwych poglądów. Tymczasem los sprawił, że z jednym z nich się zaprzyjaźnił. Władimir rozbroił go, przyznając się w końcu do tego, co tak naprawdę robi, chociaż nawet Rolduginowi nie udało się wyciągnąć z niego nic więcej na ten temat.

– Jestem wiolonczelistą – zagadnął pewnego razu swojego przyjaciela. – Kiepski byłby ze mnie chirurg, ale dobrze gram na wiolonczeli. A twój zawód? Wiem, że jesteś oficerem wywiadu. Interesuje mnie jednak, co to znaczy.

Władimir zaspokoił jego ciekawość, ale tylko w minimalnym stopniu.

– Specjalizuję się w stosunkach społecznych – odparł zagadkowo i nie chciał już więcej rozmawiać na ten temat16.

W 1979 roku Władimir osiągnął stopień kapitana i w końcu został wydelegowany do Moskwy, żeby wstąpić do Wyższej Szkoły KGB im. Feliksa Dzierżyńskiego, twórcy radzieckiej tajnej policji. Dzierżyński wciąż był w KGB podziwianą, wręcz kultową postacią. W podręcznikach znajdowała się jego charakterystyka podstawowych cech agenta wywiadu: „chłodny umysł, gorące serce i czyste ręce”17. Zdawało się, że w końcu I Zarząd Główny zaczął przygotowywać Władimira do służby zagranicznej. Jednak po krótkim kursie wezwano go z powrotem do Leningradu, gdzie znowu kontrolował obcokrajowców – zresztą bez wielkich sukcesów. Jeden ze zwierzchników Putina twierdził, że jego praca była „nadzwyczaj produktywna”, tymczasem działający podczas jego kariery w Leningradzie starszy oficer KGB Oleg Kaługin zdradził, że komitet nie wykrył w tym czasie na terenie miasta ani jednego obcego agenta pozostającego poza kontrolą służb18.

Zdawało się, że kariera Putina utknęła w martwym punkcie, lecz wkrótce okres względnego spokoju i odprężenia politycznego zmąciły coraz silniejsze wstrząsy w kraju i za granicą – z perspektywy czasu widać, że były to pierwsze symptomy rozkładu i późniejszego upadku Związku Radzieckiego. W grudniu 1979 roku ZSRR przeprowadził inwazję na Afganistan po krwawym zamachu stanu zaplanowanym przez KGB pod przywództwem Andropowa i przeprowadzonym przez elitarne oddziały komandosów w przebraniach żołnierzy afgańskich. Inwazja zapoczątkowała nieudaną operację wzmocnienia rządu komunistów w Kabulu, która pochłonęła życie tysięcy żołnierzy. Ich ciała potajemnie przewożono do ojczyzny w cynkowych skrzyniach oznaczonych kodem GRUZ 200 (ładunek 200).

Wybór Ronalda Reagana na prezydenta Stanów Zjednoczonych w listopadzie 1980 roku wzmógł napięcia zimnowojenne i pchnął oba mocarstwa ku ostrzejszej konfrontacji. Wkrótce Kreml i KGB uległy głoszonej przez przywódców państwa obsesji, że Reagan zamierza przypuścić wyprzedzający atak nuklearny na Związek Radziecki. Na konferencji w maju 1981 roku ciężko już chory Leonid Breżniew potępił Reagana jako zagrożenie dla pokoju na świecie, Andropow zaś zapowiedział, że od tej pory najważniejszym celem służb specjalnych będzie znalezienie dowodów, że Reagan planuje zniszczyć ZSRR19. Ta zakrojona na szeroką skalę operacja o kryptonimie RYAN (akronim od rakietno-jadiernoje napadienije, czyli atak rakietowo-atomowy) zajęła główne miejsce wśród działań wywiadowczych agentur KGB na całym świecie i do końca dekady była ich paranoiczną obsesją. Władimir Putin miał wkrótce odegrać w niej swoją rolę.

Po powrocie do Leningradu w 1980 roku zarówno w życiu osobistym, jak i zawodowym Władimira doszło do istotnego zwrotu. W wieku dwudziestu ośmiu lat wciąż był kawalerem – rzecz niezwykła w społeczeństwie radzieckim. Jego stan cywilny nie zadowalał konserwatystów z KGB. I Zarząd Główny nie dopuszczał do wyjazdów kawalerów za granicę, obawiając się, że pozamałżeńskie przygody miłosne mogą narazić ich na dekonspirację albo szantaż20. Władimir nie był nieatrakcyjny – miał intensywnie niebieskie oczy, był wysportowany i błyskotliwy, nawet jeżeli jego poczucie humoru mogło się zdawać cierpkie. W kontaktach z kobietami sprawiał jednak wrażenie powściągliwego, a nawet zagubionego; czuł się o wiele swobodniej w kręgu mężczyzn, których znał z młodości i z pracy w KGB.

– Często mu powtarzałem, że fatalny z niego rozmówca – wyznał Roldugin21.

W drugiej połowie studiów Władimir nawiązał swój pierwszy poważny romans – ze studentką medycyny. Nazywała się Ludmiła Chmarina, a jej brat Wiktor Chmarin był jednym z przyjaciół Putina. Roldugin opisał ją jako ładną i upartą dziewczynę, która prędzej sama powiedziałaby Władimirowi, że jest chory, niż zapytała go, jak się czuje. Poznali się na rodzinnej daczy Putina w Tośnie i spotykali się do końca studiów oraz jeszcze na początku jego kariery zawodowej. W 1979 roku zaręczyli się i złożyli wniosek o udzielenie ślubu, a ich rodzice kupili obrączki, garnitur i suknię. Po tych przygotowaniach nagle ze sobą zerwali. Putin uznał, że „lepiej było wtedy odcierpieć oddzielnie, niż później męczyć się razem”, ale nigdy nie zdradził, o co poszło – nawet Rolduginowi. Sugerował jedynie „pewną intrygę”, chociaż zdaje się, że przeszkoda nie była szczególnie poważna, ponieważ przyjaźń z bratem narzeczonej Wiktorem przetrwała kolejne lata. Władimir przyzwyczaił się do kawalerskiego życia – może nawet wolał mieszkać z rodzicami i być przez nich rozpieszczany. Doszedł do wniosku, że może nigdy się nie ożeni22.

W marcu 1980 roku poznał inną Ludmiłę – Ludmiłę Szkriebniewą, błękitnooką stewardesę Aerofłotu, która pochodziła z Kaliningradu, byłej pruskiej prowincji zajętej przez Związek Radziecki po zwycięstwie nad hitlerowskimi Niemcami. Miała dwadzieścia dwa lata i jasne włosy, które spływały jej falami na ramiona. Razem z inną stewardesą, Galiną, zatrzymały się na trzy dni w Leningradzie. Chciały jak najwięcej zwiedzić podczas tej wizyty, więc pierwszego wieczoru poszły z chłopakiem Galiny Andriejem do Teatru Lensowietu na spektakl Arkadego Rajkina, aktora i satyryka starszego pokolenia. Galina zaprosiła Ludmiłę, więc Andriej przyprowadził kolegę, Władimira. Ten początkowo nie zrobił najlepszego wrażenia na Ludmile, która zwróciła uwagę na jego znoszone ubranie i odstręczający sposób bycia. Później mówiła, że gdyby spotkała go na ulicy, „nie zwróciłaby na niego uwagi”23. Ale podczas antraktu zdobyła się na odwagę i zapytała, czy nie pomógłby im zdobyć biletów na koncert, który miał się odbyć następnego dnia. Udało mu się załatwić wejściówki, a pod koniec drugiego wieczoru dał jej swój numer telefonu. Andriej był w szoku. „Dobrze się czujesz?” – zapytał przyjaciela. Nigdy przedtem nie widział, by ten dał swój numer komuś, kogo zbyt dobrze nie zna24. Trzeciego dnia znowu się spotkali, a kiedy Ludmiła wróciła do Kaliningradu, zadzwoniła do niego.

W lipcu znowu przyleciała do Leningradu i wtedy ich romans rozkwitł na dobre. Ludmiła żartowała, że inne dziewczyny przyjeżdżają na randkę autobusem albo trolejbusem, ona zaś przylatuje samolotem25. Wkrótce postanowiła przeprowadzić się na stałe do Leningradu. Władimir namawiał ją, żeby wróciła na studia (zrezygnowała z politechniki, by zostać stewardesą), i w końcu dostała się na wydział filologii w jego Alma Mater – Leningradzkim Uniwersytecie Państwowym. W początkowym okresie stres związany z przeprowadzką i studiami nadszarpnął ich związek i rozstali się z jej inicjatywy, trwało to, dopóki Władimir nie poleciał do Kaliningradu, żeby ją przekonać do powrotu. W październiku Ludmiła na dobre zadomowiła się w komunałce współdzielonej z kobietą, której syn wyjechał do wojska26. Władimir okazał się wymagającym, zazdrosnym partnerem; Ludmiła wciąż czuła, że ją obserwuje, poddaje próbom i ocenia. Mówił, czego sobie życzy, i bez względu na to, czy chodziło o wspólny wyjazd na narty, czy o sugestię, żeby zapisała się na kurs pisania na maszynie, nie pozostawiał jej pola do dyskusji. W porównaniu z jego pierwszą dziewczyną Ludmiła była bardziej uległa. Kiedy Władimir przedstawił ją matce, ta nie była zachwycona, a na domiar złego dała to odczuć młodej kobiecie. Powiedziała wprost, że jej syn miał już jedną Ludmiłę, „dobrą dziewczynę”.

Ludmiła nie wiedziała, że pracował w KGB. Ją też okłamał, że jest funkcjonariuszem wydziału śledczego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. To była częsta przykrywka dla agentów wywiadu – Putin miał nawet fałszywe dokumenty, które to potwierdzały27. Kiedy Ludmiła pytała go, co robił w ciągu dnia, zbywał ją żartami.

– Do obiadu mieliśmy branie – powiedział pewnego razu, jakby poszli z kolegami na ryby. – A po obiedzie wypuszczaliśmy28.

Dopiero w 1981 roku – po półtora roku znajomości – dowiedziała się, jaki jest jego prawdziwy zawód, i to nie od niego, lecz od żony przyjaciela. Poczuła podniecenie i dumę. W przeciwieństwie do Roldugina nie miała powodu obawiać się KGB ani tego młodego mężczyzny. Nagle zrozumiała, dlaczego jest taki małomówny, wyjaśniło się wiele spraw, które do tej pory wydawały się niezrozumiałe. Tajemnica, którą zdradziła jej koleżanka, była dla niej olśnieniem – i trochę ją niepokoiła. Jeżeli chciała dalej z nim żyć, musiała się pogodzić z faktem, że pewna część jego życia na zawsze pozostanie poza jej zasięgiem29. Przyszło jej na myśl, że kobieta, która zdradziła ten sekret, została poinstruowana, by to zrobić. Nigdy nie zdobyła co do tego pewności. Dopiero później przypomniała sobie dziwne spotkanie sprzed kilku miesięcy.

Miała zatelefonować do Putina o siódmej wieczorem, jak wiele razy przedtem. W jej komunałce nie było telefonu, więc poszła do budki na pobliskim placu. Kiedy na dworze zaczął zapadać mrok, wybrała numer, ale Władimir nie odbierał. W końcu zrezygnowała z dalszych prób, wiedząc, że jej chłopak często pracuje do późna. Odwróciła się i ruszyła w kierunku domu. Nagle na cichym, ciemnym placyku zauważyła, że idzie za nią młody mężczyzna. Ludmiła skręciła, żeby pójść do mieszkania przez łukowato sklepioną bramę na dziedziniec. Mężczyzna wciąż ją śledził. Przyspieszyła kroku, a on też ruszył szybciej.

– Młoda damo, proszę nie uciekać. Nie mam złych zamiarów. Chcę tylko z panią porozmawiać. Proszę mi dać kilka sekund.

Zdawało się, że mówi szczerze, jego słowa brzmiały tak, jakby płynęły prosto z serca. Ludmiła stanęła.

– Młoda damo, to po prostu przeznaczenie. Doprawdy, uśmiech losu! Tak bardzo chciałem panią poznać!

– Co też pan mówi! – odparła lekceważąco. – To żaden uśmiech losu.

– No cóż, proszę, błagam, niech mi pani da swój numer telefonu.

– Nie mam telefonu.

– W takim razie proszę sobie zapisać mój numer – powiedział mężczyzna. Chciał, żeby do niego zadzwoniła, tak samo jak Putin na drugiej randce.

– Nie – zaprzeczyła i dopiero wtedy mężczyzna pozwolił jej odejść30.