Strona główna » Poradniki » Opowieści z Biura Duchów. Prawdziwe historie osób, które zbliżyły się do nieznanego

Opowieści z Biura Duchów. Prawdziwe historie osób, które zbliżyły się do nieznanego

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-66074-63-7

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Opowieści z Biura Duchów. Prawdziwe historie osób, które zbliżyły się do nieznanego

Prawdziwe historie osób, które doświadczyły kontaktu z drugą stroną

Biuro Duchów to nazwa popularnego bloga, na którym autorka zamieszcza historie o duchach i życiu po życiu. Przekazy pochodzą w większości z listów nadsyłanych przez czytelników, którzy chcieli podzielić się swoimi przeżyciami.

Opowieści z Biura Duchów to prawdziwe historie osób, które doświadczyły kontaktu z drugą stroną, otrzymując ostrzeżenia, ważne informacje lub wsparcie od bliskich, którzy odeszli. To także relacje ludzi, którzy doświadczyli przeżyć z pogranicza śmierci.

Ta książka zabiera czytelnika w emocjonująca podróż w poszukiwaniu nieznanego i jest dowodem na to, że poza nami istnieje inny świat, a życie nie kończy się ze śmiercią.

__

Nie odkryję Ameryki stwierdzeniem, że choć ludzkość dokonała w ostatnich kilkudziesięciu latach ogromnego postępu, duchy nadal pozostają zagadką. Więcej niż akademicka nauka o naturze bytów niefizycznych mogą nam powiedzieć opowieści ludzi, którzy się z nimi zetknęli. Wejdźcie więc do Biura Duchów i posłuchajcie historii z życia… – Piotr Cielebiaś, słowo wstępu

__

O autorce

Ada Edelman – pisarka i autorka bloga Biuro Duchów; po tym, jak w wieku lat 17 przeżyła śmierć kliniczną, stara się przekazywać informacje o „drugiej stronie”, biorąc udział w licznych konferencjach. O swoich doświadczeniach opowiadała również w Pytaniu na śniadanie. Jej pierwsza książka Tarot Bułhakowa została bardzo dobrze przyjęta w mediach ezoterycznych. Prywatnie jest żoną i mamą dwóch dziewczynek.

Polecane książki

Radek, sześcioletni chłopiec przeprowadza się na wieś. Jest z tego powodu bardzo szczęśliwy, bo przecież na wsi można robić tyle ciekawych rzeczy. Najbardziej jednak interesuje go samotny sąsiad, pan Mietek, który nie ma najmniejszego zamiaru zaprzyjaźnić się z małym chłopcem. Ale Radek postana...
„Apelacje w sprawach gospodarczych na przykładach i wzorach” stanowią z jednej strony kontynuację „Pozwów w sprawach gospodarczych na przykładach i wzorach”, z drugiej zaś stanowią samodzielną publikację mającą na celu usystematyzowanie podstawowych kwestii dotyczących konstruowania apelacji w spraw...
    Publikacja omawiająca zasady odpowiedzialności księgowych jest złożona z dwóch części: Część I omawia zasady odpowiedzialności księgowego firmy W tej części została przedstawiona sytuacja prawna i kwestie odpowiedzialności osoby, która kieruje księgowością w firmie, czyli - w tradycyjnej nomenkl...
Jest to książka historyczna, raczej herbarz. Pierwszy taki w Polsce. Będzie to gratka dla kolekcjonerów. Autor wykorzystuje w swojej pracy ciężko zdobyte materiały....
Dziewczynka mieszka w starym domu w otoczeniu kwiatów i motyli. Zaprzyjaźnia się z pięknym owadem, który nagle znika. Co się zdarzy w urokliwym domu? Zachęcam do przeczytania tej historyjki z zaskakującym zakończeniem....
Prawda czai się pod skórą… Lucy, śmiertelnie chora na raka nastolatka, budzi się zupełnie zdrowa i silna – ten dzień powinien być spełnieniem jej marzeń. Ale w obliczu życia, którego nie wybrała, którego wcale nie chciała, stała się więźniem i zakładnikiem nowego, otrzymanego w trakcie przeszczepu c...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Ada Edelman

Ci, którzy żyją nadzieją, widzą dalej.
Ci, co żyją miłością, widzą głębiej.
Ci, co żyją wiarą, widzą wszystko w innym świetle.

Lothar Zenetti

Aleksandrze i Alicji,
dwóm pięknym duszom,
które wybrały mnie na ziemską matkę

Wprowadzenie

Pytanie, dokąd odchodzimy, kiedy życie dobiega końca, to uniwersalny, ponadczasowy dylemat homo (sapiens) viator – podróżnika, pielgrzyma, wiecznego wędrowca. Podróżnika, ponieważ w życiu ciągle tułamy się to tu, to tam i nawet po śmierci czeka nas jakaś droga (zwolennicy idei wędrówki dusz dodadzą, że zapewne więcej niż jedna). Dyskusja o życiu po życiu oraz o tym, kto mieszka w zaświatach, wypełniona jest jednak tyloma zakrętami i pytaniami bez odpowiedzi, że musimy przyjąć na wiarę jedną z dwóch opcji: coś tam jest alboniczego nie ma.

Wiara w obcowanie z duchami wyrosła na przekonaniu, że człowiek – parafrazując wielkiego klasyka – nie wszystek umiera i pozostaje po nim jakiś niewidoczny ślad – bezcielesna świadomość (jak nazywa to parapsychologia) bądź po prostu duch. Ten może pobłądzić i utknąć w świecie żywych albo jest w stanie, na żądanie, opuszczać krainę zmarłych, by przekazywać żyjącym informacje – mówią popularne wierzenia.

Moje pierwsze kontakty z opowieściami o ludziach spotykających duchy pokutujące czyostrzegające miały miejsce w dzieciństwie. Jak wielu z was słuchałem wtedy historii, które opowiadała babcia, ale nie były to legendy o białych damach straszących na zamkach (ten temat akurat nigdy mnie nie pociągał). Wolałem relacje z życia wzięte. W ten sposób dowiedziałem się na przykład o zdarzeniu, jakie miało miejsce w mojej rodzinie. W głębokim PRL-u młode małżeństwo kupiło komplet mebli do nowego domu na przedmieściach. Pech chciał, że meble stały w magazynie, gdzie – jak się potem okazało – zmarła nagle młoda kobieta. Z wersalką i komodą do domu krewnych przybył nieznajomy pukacz (duch stukający), który z biegiem czasu zrobił się uciążliwy. Na szczęście udało się go oddalić pełnymi perswazji monologami pana domu sugerującego, że ten świat nie jest odpowiednim miejscem dla kogoś, kto umarł.

Kiedy zacząłem zajmować się podobnymi zjawiskami jako dziennikarz, zauważyłem, że na tle doniesień o innych dziwnych zdarzeniach relacji o duchach jest stosunkowo mało. Przez pewien czas uznawałem nawet, że zjawy i nawiedzenia to melodia przeszłości. Dopiero po latach zrozumiałem, że źle szukałem. Oczekując historii rodem z filmów albo książek o poltergeistach, nie doceniałem prostych historii – niekiedy dramatycznych, innym razem pokazujących, że ktoś z drugiej strony nadal trzyma pieczę nad bliskimi i ostrzega przed niebezpieczeństwami. Okazało się, że takich drobnych spraw są tysiące i stanowią one sedno tego zjawiska. Kolejna ciekawa rzecz, jaką odkryłem, wiązała się z faktem, że w naszym społeczeństwie nadal w jakimś stopniu żywa jest dawna ludowa wiedza o tym, jak postępować z duchami i rozumieć to, co próbują nam przekazać.

Wiele osób zadaje sobie jednak pytanie, czy we współczesnym świecie, podczas gdy fizyka wkracza swoimi teoriami w inne wymiary oraz równoległe wszechświaty, jest jeszcze miejsce na dyskusję o duchach? Owszem, specjaliści od neurologii i psychologii prowadzą intensywne badania nad doświadczeniami z pogranicza śmierci (ang. near-death experiences, NDE), podczas których ludzie w stanie śmierci klinicznej odwiedzają na krótko zaświaty, gdzie czas płynie inaczej, a materia wydaje się bardziej eteryczna i barwna. Doznania te sugerują, że istnieje jakaś pośmiertna domena, oddzielona od naszej rzeczywistości cienką linią życia, do której trafiamy po śmierci, choć neurolodzy forsują pogląd, że to jedynie halucynacje gasnącego umysłu. Jak jednak w epoce rezonansu magnetycznego i rozbierania mózgu na czynniki pierwsze traktować relacje o niematerialnych bytach, które pokutują, dają znaki albo pojawiają się w snach? Wreszcie, co z osobami mającymi predyspozycje do komunikowania się z mieszkańcami tamtejstrony?

Klucz do zrozumienia zagadki duchów i naszych z nimi kontaktów leży zapewne gdzieś na pograniczu fizyki i psychologii, które w przyszłości będą w stanie zgłębić naturę świadomości. Poszukując odpowiedzi, musimy jednak zapomnieć o stereotypach i leciwych teoriach mówiących, że duchy funkcjonują w rzeczywistości rozciągniętej gdzieś między niebem a piekłem. Często to nie one przychodzą do nas, lecz prawdopodobnie to my na moment przenikamy do ich wymiaru, wchodząc w odmienne stany świadomości pozwalające szerzej spoglądać na rzeczywistość.

Oczywiście nie każdy jest w stanie kontaktować się z duchami na życzenie i oglądać ich działalność w życiu codziennym. Osoby mające takie zdolności nazywa się mediami. Jest ich więcej, niż przypuszczacie, i są to zupełnie zwyczajni ludzie. Nie przesiadują na seansach spirytystycznych ani nie eksplorują nawiedzonych domostw jak w naciąganych amerykańskich paradokumentach. Ba, ludzie ci często nie zdają sobie sprawy, że są mediami, a ich życie to nieustanne pasmo zmagań z przybyszami z tamtej strony, których wizyty często przerażają i szokują, jak w przypadku pewnej sensytywnej kobiety z Zagłębia Dąbrowskiego widującej nocami w korytarzu swojego mieszkania błąkające się cienie. Z czasem doszła ona do wniosku, że to prawdopodobnie pacjenci z sąsiedniego szpitala, którzy właśnie przeszli na drugą stronę.

Tak się złożyło, że słowa wstępu do tej niezwykłej książki piszę w wigilię Święta Zmarłych – w czasie, kiedy wielu ludzi zastanawia się, jak to właściwie jest z duchami. Czego chcą, gdzie mieszkają i jak umiejscowione są w skomplikowanym wszechświecie (bo przecież muszą zajmować jakąś fizyczną niszę)? Nie odkryję Ameryki stwierdzeniem, że choć ludzkość dokonała w ostatnich kilkudziesięciu latach ogromnego postępu, duchy nadal pozostają zagadką. Więcej niż akademicka nauka o naturze bytów niefizycznych mogą nam powiedzieć opowieści ludzi, którzy się z nimi zetknęli. Wejdźcie więc do Biura Duchów i posłuchajcie historii z życia…

Piotr Cielebiaś

dziennikarz zajmujący się zjawiskami z pogranicza, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika „Nieznany Świat” ukazującego się od 1990 roku

Od autorki

Biuro Duchów to blog, który prowadzę od czterech lat. Jestem archiwistką zdarzeń niezwykłych, choć sądząc z ilości otrzymywanej korespondencji, wcale nie tak rzadkich, jak by się wydawało.

Tematyka bloga to przede wszystkim śmierć kliniczna, relacje między światem duchowym a fizycznym oraz szeroko pojęta parapsychologia. Koncentruję się na relacjach osób, które doświadczyły kontaktu z nieznanym lub w sytuacji granicznej znalazły się poza ciałem. Świadectwa te są bezcenne i bardzo często pozwalają odnaleźć się innym ludziom w nowej dla nich przestrzeni ducha. Wielu Czytelników wcześniej rozważało swoje przeżycia w samotności, dręcząc się poczuciem odmienności i obawiając opowiedzieć o nich nawet najbliższej rodzinie. Rozumiem ich doskonale, ponieważ sama miałam podobne rozterki.

Jeśli lektura tej publikacji skłoni Czytelników do refleksji lub obudzi pragnienie podzielenia się własną historią, zapraszam do kontaktu: http://biuro-duchow.pl/, edel@op.pl.

Dziękuję wszystkim, którzy odbyli ze mną długie rozmowy lub przekazali swoją opowieść mailowo.

Ada Edelman

Rozdział I. U progu życia

Większość z nas nie potrafi cofnąć się we wspomnieniach dalej niż do trzeciego–czwartego roku życia. Psychologowie i neurolodzy od lat starają się wyjaśnić ten swoisty fenomen zwany amnezją dziecięcą. Niezrównany Zygmunt Freud nadał temu zjawisku szczególne znaczenie. Konsekwentnie twierdził, że dzieci wypychają z pamięci ten czas, ponieważ wiąże się on z traumatycznymi przeżyciami. Coś może być na rzeczy, gdyż sam moment opuszczenia bezpiecznego łona matki jest ogromnym szokiem tak fizycznym, jak i psychicznym. Światło, kakofonia dźwięków, mnóstwo nieznanych zapachów, procedury medyczne odrywające maleństwo od matki, to wszystko może wydawać się koszmarem.

„U ludzi mniej więcej do trzeciego roku życia mózg rozwija się w nieprawdopodobnym tempie: przybywa neuronów, a przede wszystkim połączeń między nimi (czyli synaps). Mózg małego dziecka jest bardzo dynamiczną strukturą, rośnie nie tylko w tym sensie, że zwiększa się jego objętość, ale też przede wszystkim kształtują się w nim drogi, którymi przemieszczają się impulsy nerwowe. Niektóre z nich są »używane« częściej, inne zanikają. Efekt? Dzieci bardzo szybko wszystkiego się uczą i równie szybko zapominają. Nie tworzą trwałych wspomnień”1.

Bardzo przekonująca hipoteza, pod warunkiem że przyjmujemy, iż nasza osobowość, pojmowana jako świadomość, jest integralną częścią mózgu i stanowi o charakterze, zdolnościach, temperamencie i całym zespole cech składających się na szeroko pojętą indywidualność.

Jeśli ten niezrównany „komputer”, jakim jest nasz mózg, miałby stanowić filar i kształtować istotę naszego JA, to trzeba byłoby pogodzić się z faktem, że w chwili śmierci ciała ów nadzwyczajny organ ginie bezpowrotnie, a wraz z nim również bezpowrotnie umiera nasze JA. Dla zdeklarowanego ateisty sprawa wydaje się oczywista. Tak się jednak składa, że na tym świecie ateistów jest garstka, natomiast miażdżąca większość wierzy w życie po śmierci. Od zarania dziejów próbujemy nazwać i zdefiniować nieśmiertelną cząstkę Boga w nas samych. Pielęgnujemy przekonanie, że ciało jest domem tymczasowym, a miejsce, do którego jesteśmy duchowo przynależni, znajduje się zupełnie gdzie indziej. Oczywiście można uznać, że bierze się to z potrzeby zaspokojenia instynktu samozachowawczego, który programuje nas na przetrwanie. Obietnica nieśmiertelności duszy mimo kruchości i niedoskonałości ciała jest niezwykle uwodząca.

Możemy ją kwestionować bez ograniczeń i wierzyć również bez ograniczeń. Ktokolwiek wybrał WIARĘ (nie konkretną religię), ten musi zadać sobie proste pytanie: Czy ta nieśmiertelna cząstka zwana duszą stanowi o mnie, buduje mnie jako esencja istnienia? Jeśli odpowiedź jest twierdząca, nieuniknione stają się kolejne pytania: Czym jest ciało?, W którym momencie następuje połączenie cząstki fizycznej z esencją duchową? W ten aspekt zagłębiamy się, patrząc przez pryzmat wyznawanej religii, która ogniskuje się wokół konkretnego bóstwa i tradycji. Tu pojawiają się niekiedy dramatyczne w swych konsekwencjach podziały. Jednak bez względu na wszystko jesteśmy zadziwiająco zgodni co do jednego: widzimy siebie jako duszę, która ma ciało, a nie odwrotnie.

Część ludzkości związana z duchową tradycją Dalekiego Wschodu wierzy, że możemy żyć w ciele wielokrotnie i wracamy, aby się doskonalić. Judaizm i chrześcijaństwo nie aprobują tej teorii, twierdząc, że człowiek jest niepowtarzalną istotą i dziełem Boga jedynym w swoim rodzaju. Każdy z nas musi sam rozstrzygnąć kwestie reinkarnacji. Istnieje wiele dowodów przemawiających na korzyść wędrówki dusz – ja daję im wiarę. Opisano przypadki dzieci mówiących w wymarłych dialektach. Kilkulatki opowiadały ze szczegółami o życiu w Egipcie pod panowaniem faraonów lub w średniowiecznej Europie. Skąd miałyby czerpać wiedzę, jeśli nie z własnego doświadczenia? Ten aspekt zostanie szerzej poruszony w następnych rozdziałach. Teraz skoncentrujmy się na pierwszych chwilach życia poza ciałem matki. Niezwykle rzadko mamy do czynienia z relacjami osób, które pamiętają własne narodziny. Oto kilka poruszających historii.

*

Zdarzyło mi się poznać pewnego mężczyznę, który bardzo chciał, abym wytłumaczyła mu uporczywie powracający sen. Zawarte w nim przesłanie nie dawało mu spokoju. Robert miał 26 lat, z zawodu był psychologiem. Oto jego sen:

Jestem w szpitalu. W pomieszczeniu stoją trzy inkubatory. Zauważam, że wiszę nad jednym z małych dziecięcych ciałek i jestem z nim połączony cienką, błyszczącą nicią. Nie czuję jakiejś szczególnej łączności z tym dzieckiem. Jestem trochę zdezorientowany. Jedna ze ścian w tym pokoju jest oszklona. Do tego okienka podchodzi kobieta. Jest piękna. Przyciska twarz do szyby i zaczyna płakać. Zauważam, że patrzy na dziecko, do którego jestem podpięty. W tej samej chwili do pomieszczenia wchodzi inna kobieta ubrana na biało. Otwiera inkubator i dotyka główki. Wiem, że jest dobra. Nie wiem skąd ta wiedza, ale jestem tego pewien. Mówi: „Musisz walczyć, mały. Twoi rodzice cię kochają. Tu jest twoja mama i bardzo płacze. Walcz, mały chłopczyku, o swoje życie. Tylko ty możesz sobie pomóc”. Nagle dzieje się ze mną coś dziwnego. Czuję, że ta ładna osoba przy szybie jest ważna, że chcę ją koniecznie poznać. Odczuwam ogromny przypływ sił i czuję, że chcę żyć w tym dziecku. Wnikam w to ciałko przez srebrną nić. Przez ułamek sekundy czuję się bardzo niekomfortowo, jednak chwilę później ogarnia mnie nieopisana błogość. Budzę się dokładnie w chwili zespolenia z ciałem.

Jako psycholog Robert doszukiwał się w tym śnie przeróżnych znaczeń symbolicznych, analizował archetyp matki, rozpatrywał możliwość traumy związanej ze swoim wcześniactwem, nie wyłączając lęku przed dorosłością i odpowiedzialnością za własne życie. Ja postrzegałam wymowę snu bardziej dosłownie: jako zapis zdarzeń, których doświadczył.

Starałam się wytłumaczyć Robertowi, że jego sen jest po prostu zapisem wspomnienia z czasu, kiedy jako wcześniak walczył o życie. Nie bardzo to do niego przemawiało. Nie miał sprecyzowanych poglądów religijnych, nie potrafił odnaleźć się w nowym dla siebie obszarze – reinkarnacji. Skoro bowiem będąc jednocześnie uczestnikiem i obserwatorem wydarzeń w szpitalu, postrzegał otoczenie i swoje położenie z perspektywy dorosłego umysłu, to znaczy, że żył już wcześniej, a jego osobowość została ukształtowana i jako taka bardzo świadomie odbierała zastaną rzeczywistość.

Wobec ciągłych wątpliwości zapytałam Roberta, czy jako psycholog zgodzi się ze mną, że mózg potrafi przywołać wspomnienia, które wypieramy, i niejako nakłaniać nas do „zrobienia z nimi porządku” na bezpiecznym gruncie marzeń sennych. Robert zgodził się z tym twierdzeniem. Zatem można założyć, że ów sen odzwierciedla konkretne wspomnienie, które nie zatarło się w jego pamięci. W konsekwencji podświadomość domaga się, aby Robert odniósł się do tego wspomnienia i zdecydował, czym ono dla niego jest i czy ma jakąś wartość. Na tej płaszczyźnie znaleźliśmy przestrzeń do rozmowy.

Robert opowiedział swój sen matce, która potwierdziła autentyczność zdarzenia. Wspominała przemiłą pielęgniarkę, która niczym anioł opiekowała się maluszkami i miała zwyczaj dużo do nich mówić. Potwierdziła również, że jego życie zawisło na włosku. Wtedy właśnie, stojąc przy szybie, bardzo długo płakała. Wcześniej to się nie zdarzało, ponieważ rokowania były bardzo dobre. Świadectwo matki doprowadziło do rewizji jego poglądów na świat oraz duchowość i w pewien sposób polepszyło stosunki z najbliższym otoczeniem. Oczywiście sen przestał go nawiedzać, ponieważ przekaz z niego płynący spełnił swoją rolę i dokonała się korzystna przemiana wewnętrzna.

*

Kiedy podczas naszej pierwszej rozmowy Alexandra powiedziała: „Pamiętam doskonale moment wejścia w ciało. Była to moja w pełni świadoma decyzja”, nie byłam tym stwierdzeniem zaskoczona. Wprost przeciwnie, ten element pasował doskonale do niezwykłego i pełnego niecodziennych zdarzeń życia, które stało się przyczynkiem do napisania niniejszej książki.

Alexandra urodziła się jako wcześniak w ósmym miesiącu ciąży. Przez pewien czas przebywała w inkubatorze wyłożonym watą. Jej ciałko było tak malutkie, że nikt nie myślał o założeniu pieluszki. Lekarze bez ogródek poinformowali rodziców, że dziewczynka ma niewielkie szanse przeżycia. Był luty 1949 roku. Polska podnosiła się z wojennej pożogi, a szpitale nie miały specjalistycznego sprzętu. Zdesperowana mama postanowiła, że zabierze Alexandrę do domu. Nie chciała, żeby jej maleństwo umierało samotnie w szpitalu.

Przez cały czas Alexandra była połączona z ciałem, jednak jako dusza (osobowość) przebywała poza nim.

Miałam myśli dorosłego człowieka. Pamiętam, jak przyniesiono mnie do domu. Maleńkie ciałko było zapakowane w jakiś becik i kocyk. Położono mnie na łóżku w sypialni rodziców. Po chwili otwarły się drzwi i do pokoju wszedł mały chłopiec. Przyniósł sanki, które niefrasobliwie oparł o łóżko. Z kieszeni wyciągnął cukierki zapakowane w rożek z szarego papieru. Ofiarował mi wtedy to, co uważał za najcenniejsze. Zastanawiałam się, kto to jest, ale nie czułam z nim szczególnej więzi. Ktoś zawołał chłopca. Głos dobiegał z głębi mieszkania. Chłopiec wziął sanki i wyszedł, a do pokoju weszły trzy kobiety. W jednej z nich rozpoznałam swoją matkę. Przyglądałam się jej bacznie. Poczułam do niej przeogromną miłość. Tego nie da się opisać słowami. Miłość wypełniała nie tylko moje serce, ale ciało. To było niesamowite. Pokochałam ją każdym atomem swojego ciała. Ta więź była niezwykle silna i trwała przez całe życie. Wtedy podjęłam decyzję, że połączę się w pełni z tym małym ciałkiem. Tak się stało, a ja pamiętam, że na początku było mi w tym ciele bardzo ciasno.

Mimo pesymistycznej diagnozy lekarzy Alexandra przeżyła. Pomimo pełnego połączenia z ciałem jej „dorosła świadomość” utrzymywała się jeszcze przez kilka miesięcy. Podczas spacerów obserwowała przepiękny budynek i pobliski park.

Już jako dorosła osoba Alexandra opowiedziała matce to, co zapamiętała i czego doświadczyła jako niemowlę.

Mama uwierzyła mi, ponieważ opisałam wszystko bardzo dokładnie, a część opowieści zilustrowałam rysunkami. Moje obserwacje odbywały się oczywiście z perspektywy dziecięcego wózka lub ramion rodziców, ale były bardzo precyzyjne. Opisałam mamie sypialnię, urządzoną niezwykle oryginalnie i elegancko, wspomniałam wizytę chłopca oraz młodych kobiet.

Mama wiedziała, że nikt nie mógł mi tego opowiedzieć, ponieważ rodzice mieszkali w tym domu krótko i przeprowadzili się w zupełnie inne miejsce.

Warto dodać, że Alexandra przyszła na świat na Śląsku Opolskim. Był to teren w większości zamieszkany przez Niemców, którzy w obliczu klęski swoich wojsk i nadchodzącej Armii Czerwonej podejmowali decyzje o ucieczce. Pozostawiali domy, zabudowania gospodarskie, po prostu wszystko, czego nie mogli zabrać. Na ich miejsce bardzo szybko przybywali repatrianci z Kresów Wschodnich. Ci z kolei, czując się Polakami, nie chcieli mieszkać na obszarach zajętych przez ówczesny Związek Radziecki. Panował ogromny chaos, nad którym ktoś musiał zapanować. Ojciec Alexandry był kuratorem oświaty i zajmował się organizacją szkolnictwa na Opolszczyźnie. Zakładał między innymi szkołę rolniczą, która istniała przez wiele lat. Matka pracowała w Czerwonym Krzyżu, zajmując się przede wszystkim łączeniem rodzin rozdzielonych podczas wojennej poniewierki. Te dwie młode kobiety, opisane przez Alexandrę, zostały odnalezione w podziemnym bunkrze. Ukrywały się tam z obawy przed wojskami rosyjskimi. Matka Alexandry nie potrafiła przejść obojętnie nad ich smutnym losem. Przygarnęła je i z uporem szukała ich krewnych. Dziewczęta miały niebywałe szczęście, ponieważ dzięki dobroci i determinacji tej niezwykłej kobiety zostały przewiezione do Niemiec i odnalazły krewnych. Takich sierot wojennych były przecież tysiące.

O swojej mamie Alexandra mówi z przekonaniem:

Jestem pewna, że z tą kobietą wiele razy spotykałyśmy się w kolejnych wcieleniach. To był związek niezwykle głęboki i dojrzały. Moja matka już w dorosłym życiu zwierzała mi się ze swoich niecodziennych doświadczeń. Poznała dokładną datę własnej śmierci i miała przepiękne spotkanie ze Świetlistą Istotą, która przepowiedziała jej, kiedy przejdzie na drugą stronę. W jej słowach przerażało mnie tylko jedno: niezachwiana pewność, że nigdy nie pozna swoich wnuczek, ponieważ tak zostało zapisane.

*

Teraz kolej na opowieść o tym, jak kręte bywają ścieżki wiodące do prawdy. Oddajmy głos Magdalenie.

Od kilku miesięcy czytam Pani bloga i wreszcie odważyłam się opowiedzieć swoją historię. Właściwie powinnam napisać: historię moją i mojej zmarłej siostry bliźniaczki.

Kiedy nasza mama dowiedziała się, że urodzi bliźnięta, bardzo się ucieszyła. Razem z ojcem zdecydowali, że chłopcy dostaną imiona po dziadkach, a dziewczynki po babciach. Ja mam na imię Magdalena, a moja siostra otrzymała imię Agata. Przez siedem miesięcy mama czuła się bardzo dobrze, niestety sytuacja zmieniła się dosłownie z godziny na godzinę. Rozpoczął się poród i tak obie znalazłyśmy się na świecie. Tyle tylko, że ja żyję, a Agatka umarła.

Przez całe lata nie wiedziałam, że miałam siostrę. Rodzice i krewni skrzętnie to ukrywali. Kiedy miałam osiem lat, mama urodziła Michała. Pamiętam, jak babcia powiedziała: „A mogła być na świecie cała trójka”. Wtedy przemknęło mi przez myśl, że było jeszcze jedno dziecko, ale wiadomo, ośmiolatka nie zastanawia się nad takimi sprawami zbyt długo.

Co roku jeździliśmy z rodzicami na Mazury. Kochamy jeziora i żeglowanie, a ojciec uwielbia być kapitanem. Kiedy miałam siedemnaście lat, zdarzył się wypadek. Razem z kilkoma nastolatkami, znajomymi z innych łodzi, rozpaliliśmy ognisko i długo rozmawialiśmy o naszych sprawach. Była piękna noc i pełnia księżyca. Ktoś rzucił hasło, żeby popływać. Byłam zawsze świetną pływaczką, więc bez zastanowienia wskoczyłam do wody. Płynęłam najszybciej i wyprzedziłam wszystkich. Nie zdawałam sobie sprawy, jak daleko jestem od brzegu. Głupia chęć popisania się pchała mnie do przodu. W tym czasie pozostałe osoby zdążyły już zawrócić. Nagle księżyc skrył się za chmurami i zrobiło się bardzo ciemno. Kiedy zorientowałam się, że jestem w wodzie zupełnie sama, naprawdę nie było mi do śmiechu. Zawróciłam, ale złapał mnie skurcz. Zaczęłam tonąć.

Życie zawdzięczam przytomności mojego taty, który przyszedł zobaczyć, jak się sprawujemy. Kiedy dowiedział się od mocno wystraszonych nastolatków, że zostałam sama w wodzie i prawdopodobnie jestem daleko od brzegu, błyskawicznie zorganizował łódkę i popłynął w moją stronę. Płynął z kolegą, który miał dużą latarkę i oświetlał tę straszną ciemność. Ojciec z daleka zauważył ruch i moją szamotaninę. Jednak potrzebował czasu, żeby się do tego miejsca zbliżyć. Wskoczył do wody, wyciągnął mnie i zrobił sztuczne oddychanie.

Muszę potwierdzić, że w momencie śmierci widzimy film z całego życia. Mój nie był zbyt długi, miałam przecież ledwie siedemnaście lat. Zaszokował mnie tym, że na jednym z ostatnich kadrów zobaczyłam siebie jako niemowlę.

Znajdowałam się w pomieszczeniu, gdzie stało kilka inkubatorów. Leżałam w jednym z nich, a raczej leżało tam moje ciało. Ja unosiłam się połączona z nim czymś, co nazwałabym błyszczącym sznureczkiem. Oprócz siebie widziałam jeszcze troje dzieci. Dwójka z nich miała większe ciała i nie unosiła się nad nimi. W rogu pokoju stał inkubator z moją siostrą. Wiedziałam, że to ona, i zaczęłam się z nią komunikować. Bała się, ponieważ traciła energię i połączenie z ciałem fizycznym. Rzeczywiście ciało w inkubatorze zrobiło się sine. Byłyśmy „chmurkami” połączonymi z ciałem za pomocą tych sznureczków. Jej połączenie zanikało, zupełnie jakby sznurek się rozpuszczał. Powiedziała mi, że teraz się nie udało, ale jeszcze się spotkamy. Zniknęła, po prostu rozpłynęła się w powietrzu, a ja nie mogłam nic zrobić. Obserwowałam, jak do pokoju wpadła pielęgniarka i lekarz. Widziałam moją mamę ubraną w okropną koszulę nocną, mdlejącą na szpitalnym korytarzu. Czułam się po prostu okropnie. Nagle wszystko się skończyło i ogarnęła mnie ciemność.

Kiedy po interwencji taty znalazłam się na brzegu i odzyskałam przytomność, długo nie mogłam dojść do siebie, zwłaszcza psychicznie. Zbierałam w sobie odwagę i dopiero po powrocie do domu zapytałam rodziców, czy miałam siostrę i czy ona umarła w inkubatorze. Opowiedziałam im też, co przytrafiło mi się w wodzie. Zwłaszcza o moim „filmie”. Mama długo płakała, ale w końcu potwierdziła, że to, co widziałam na moim „filmie”, jest zgodne z prawdą. Nawet ta okropna koszula nocna była prawdziwa. Rozumiem, że rodzice chcieli mi oszczędzić przykrości i nie wspominali o Agacie, ale w pewnym sensie odebrali mi kawałek życia. Zawsze bardzo zazdrościłam koleżankom, które miały siostry.

Zastanawiam się czasami, co miała na myśli Agata, mówiąc, że jeszcze się spotkamy. Czy chodziło jej o kolejne życie, a może wróci do mnie jako moja córka?

Jest to doprawdy poruszająca historia. Tajemnica objawiona na krawędzi śmierci, wiodąca do głęboko skrywanej prawdy. Film lub, jak mówią niektórzy, pokaz slajdów, stanowiących jedyny w swoim rodzaju przegląd najważniejszych wydarzeń naszego życia, to dość powszechny motyw towarzyszący wydarzeniom z pogranicza śmierci. Przykład Magdaleny udowadnia, że nie jesteśmy w stanie ani weryfikować tego przekazu, ani zapomnieć czegoś, co wydarzyło się po tej stronie. Jesteśmy składową wszystkich wydarzeń, w równym stopniu tych świadomie zakodowanych, jak i nieświadomie wypartych. Być może taka retrospekcja pozwala nam zbliżyć się do Prawdy rozumianej jako wyzwolenie.

Trudno przewidzieć, kiedy, w jakim czasie i w jakiej rodzinnej konfiguracji spotkają się obie siostry, niemniej więź, która między nimi powstała, może być na tyle silna, że zgodnie z ich wolą zostanie odtworzona. Wydaje się, że dusze świadomie wybierają sobie dom. Motywy tych wyborów nie są dla nas zrozumiałe, ponieważ nie wiemy, jakimi przesłankami się kierują. Zapewne cokolwiek robią, uwzględniają w tym swoje potrzeby.

Rodzinne tajemnice nigdy nie są dobre. Skrywanie sekretów ma swoją cenę, generuje bowiem nieustające napięcie, które może przyjmować różne formy. Mniej lub bardziej świadomie krąg wtajemniczonych oddala się bądź izoluje od osoby nieświadomej istnienia owego sekretu. Poza tym, kiedy tajemnica ujrzy światło dzienne, powstają pretensje i żal do tych, którzy coś przed nami ukryli. Bycie rodziną nie polega przecież na dzieleniu się tylko tym, co miłe, przyjemne i łatwe. W tym wypadku Magdalena została odizolowana od swojej bliźniaczki, od faktu jej istnienia i śmierci. Wydaje mi się, że warto pamiętać, iż nie tylko posiadanie czegoś lub czyjaś obecność mają istotny wpływ na życie i charakter danego człowieka. Nieobecność kogoś ważnego lub brak czegoś istotnego mogą oddziaływać równie silnie.

*

Przedstawię jeszcze jedną relację, którą otrzymałam od Jacka.

Pochodzę z nieco zwariowanej, ale bardzo kochającej się rodziny. Uprawiamy wolne zawody, jesteśmy aktywistami w ruchach alternatywnych i artystami. Zawsze wydawało mi się, że nie mamy przed sobą tajemnic, że nie ma dla nas tematów tabu. Cóż, każdy ma jednak swoje wewnętrzne zahamowania. Chciałem przedstawić Pani pewne zdarzenie, które miało na mnie ogromny wpływ i chyba dopełniło moje wyobrażenie o własnej osobowości.

Byłem najstarszy z rodzeństwa. Przy porodzie asystowała położna, czyli ciotka Mika (siostra mojego ojca), z którą moją mamę Basię łączy przyjaźń na śmierć i życie. Dodam, że Mika jest typem hipiski, która wierzy w siły natury i to, że różne rodzaje energii mają wpływ na nasze życie. Przez dwadzieścia jeden lat nie wiedziałem, jak dramatycznie wyglądały moje narodziny, nikt mi o tym nie mówił. Mika i moja mama zawarły pakt milczenia i były w tym bardzo konsekwentne. Wszystko wyszło na jaw, kiedy moje życie zawisło na włosku. Zaczęło się od banalnego z pozoru przeziębienia, które przeszło w zapalenie płuc, a następnie w sepsę. Wylądowałem w szpitalu, miałem wysoką gorączkę i kilka razy straciłem przytomność. Wreszcie zapadłem w śpiączkę. To był bardzo dziwny stan między życiem a śmiercią. Kiedy byłem w śpiączce, poczułem, że odklejam się od ciała i wędruję po szpitalu. Podczas tej wędrówki spotkałem dziewczynę, która powiedziała mi, że jest moim opiekunem astralnym. Sam nie wiem, dlaczego cała ta sytuacja wydawała mi się tak naturalna. Nic mnie nie dziwiło, chociaż w zasadzie powinno. Zapytałem ją, czy umarłem, a ona odparła, że raz już umarłem, ale tym razem nic mi nie grozi. Nie rozumiałem jej i zacząłem zadawać pytania. Odparła, że wyzdrowieję i za sześć godzin obudzę się ze śpiączki. Chciałem wiedzieć, co miała na myśli, mówiąc o mojej śmierci. Zamiast odpowiedzi jednym ruchem ręki „wyczarowała” ekran i pokazała mi moment narodzin. Trudno znaleźć właściwe słowa, ale znalazłem się w tym „filmie”. Widziałem mamę. Była oczywiście młodsza, ale wyglądała na bardzo zmęczoną. Unosiłem się nad lekarzem robiącym masaż serca niemowlęciu. Dziecko (to byłem ja) leżało na jakimś stoliku. Ciotka Mika biegała między tym stolikiem a łóżkiem, gdzie leżała moja mama. W pewnej chwili lekarz po prostu zaklął i odszedł ode mnie. Mama zemdlała, a ciotka jak zahipnotyzowana wpatrywała się w okno. Wszystko to wyglądało surrealistycznie. Chciałem opuścić to miejsce, ale byłem nadal połączony z małym ciałkiem. Nagle nad moją niemowlęcą główką pojawiło się światełko. Wyglądało jak płomień świecy. Usłyszałem głos: „Masz żyć, to druga szansa”. Poczułem szarpnięcie, bynajmniej nie delikatne, i znalazłem się w tym małym ciałku. Mika odwróciła się, zobaczyła u noworodka oznaki życia, wzięła mnie na ręce i zaniosła do mamy. Darła się wniebogłosy: „Żyje, on żyje!”. Było mi dobrze.

Ocknąłem się na szpitalnej sali w swoim dorosłym ciele, obok mnie siedziała Mika, która chyba już tradycyjnie wrzaskiem zawiadomiła wszystkich, że odzyskałem przytomność. Długo biłem się z myślami, czy poruszyć temat moich narodzin, czy opowiedzieć mamie o tym, co przeżyłem w śpiączce? Zwyciężyła ciekawość.

Jacek z uporem drążył temat, dopytując mamę i ciotkę, jak wyglądały jego narodziny. Opowiedział też obu kobietom, co zobaczył, kiedy leżał w śpiączce. Mama potwierdziła, że był reanimowany, ale zarzekała się, że niewiele więcej pamięta. Owszem, uzgodniła z ciotką, że nie będą o tym nikomu mówiły, głównie ze względu na babcię Jacka, a matkę Miki, która była osobą niezwykle przesądną i zapewne w tym zdarzeniu doszukiwałaby się Bóg wie jak złowieszczego przesłania, swoim defetyzmem zatruwając życie całej rodzinie. Ciotka była bardziej wylewna i podała więcej szczegółów:

Jeśli chodzi o twoje narodziny, to można powiedzieć, że wszystko poszło nie tak, jak powinno. Poród zaczął się trzy tygodnie przed terminem, akcja na przemian postępowała i zanikała, po prostu było ciężko. Baśka to dzielna kobieta, ale po osiemnastu godzinach zaczęła tracić siły. Kiedy wreszcie wydała cię na świat, byłeś siny i nie oddychałeś. Lekarz, który się tobą zajmował, to świetny specjalista, jednak nie był w stanie ci pomóc. Kiedy mi powiedział, że nic się już nie da zrobić, po prostu krew się we mnie ścięła. Basia w pierwszej chwili nie wiedziała, co się dzieje. Zapytała, dlaczego nie płaczesz. Oparła się na łokciach i szukała cię wzrokiem. Zobaczyła, że lekarz odchodzi, a ty nie dajesz znaku życia, i wtedy zasłabła. Ja stałam jak słup soli, wpatrywałam się w księżyc, a że była pełnia, widać go było doskonale. Wzywałam wszystkie znane mi boginie i prosiłam je o łaskę dla ciebie. Pamiętam, że poczułam podmuch ciepła i miałam wrażenie, jakby coś uderzyło mnie w ramię. Obróciłam się, a ty ruszałeś rączkami i oddychałeś. Nie wiem, co się wtedy stało. Po prostu cieszę się, że żyjesz.

W dobie przeszczepów serca i zabiegów mikrochirurgicznych poród wydaje się aktem fizjologicznym niesłychanie wręcz banalnym. Ot, codziennie na świecie rodzi się mnóstwo dzieci i nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Tymczasem od momentu kiedy plemnik łączy się z komórką jajową aż do pełnego ukształtowania się istoty zdolnej do autonomicznego życia poza organizmem matki jesteśmy świadkami cudu. Poród jest jego zwieńczeniem, tak w sensie fizycznym, jak i duchowym.

Doświadczona położna podzieliła się ze mną taką refleksją:

Kiedy rozpoczyna się poród, mam wrażenie, że uczestniczę w jedynym w swoim rodzaju misterium życia. Chociaż od strony fizjologicznej poród został opisany na wszystkie możliwe sposoby, uważam, że występuje jednak pewna niepowtarzalność, coś nieuchwytnego, czego nie potrafię zdefiniować. Zupełnie jakby matka i dziecko stanowili drużynę, która albo doskonale współpracuje, albo w niezrozumiały dla mnie sposób ze sobą walczy. Czasami dziecko zachowuje się tak, jakby nie chciało za nic w świecie opuścić łona matki. Poród jest aktem całkowicie nieprzewidywalnym, nigdy nie wiadomo, jak się sprawy potoczą. Podczas pracy mam zawsze w głowie takie słowa: „Kiedy otwierają się drzwi życia, wiedz, że i drzwi śmierci są uchylone”. Dlatego jestem czujna.

Poród zawsze niesie ze sobą pewne ryzyko i dlatego warto należycie doceniać jego szczęśliwy finał. Bądźmy wdzięczni, ponieważ w ten sposób przyciągamy dobro.

*

Z relacji zamieszczonych w tym rozdziale wynika, że między ciałem fizycznym a duszą istnieje rodzaj więzi. Możemy łatwo domyślić się, kiedy ona zanika, natomiast niejasna pozostaje sytuacja, na jakim etapie powstaje. Istnieje kilka koncepcji i myślę, że nie od rzeczy będzie, o nich wspomnieć.

Platon mówił o „upadku duszy do ciała” i uznawał ciało za swego rodzaju więzienie duszy. Nie precyzuje, kiedy dochodzi do animacji embrionu ludzkiego, wspomina po prostu o łączeniu się duszy z ciałem formowanym w łonie matki. Z kolei Arystoteles twierdzi, że embrion może otrzymać ludzką duszę dopiero wtedy, gdy sam osiąga w pełni ludzką formę. Chrześcijaństwo postawiło takiemu postrzeganiu animacji embrionu stanowcze weto, uznając, że obie substancje (duchowa i fizyczna) są nierozerwalnie połączone od chwili poczęcia. Jest to tak zwana animacja jednoczesna. Stanowisko to jest utrzymywane po dziś dzień, co wiąże się z potępieniem aborcji i eksperymentów na ludzkich embrionach, a także zapłodnienia pozaustrojowego. Inne wielkie religie są w tej kwestii bardzo podzielone. W judaizmie płód ludzki nie ma tego samego statusu jak w pełni ukształtowany człowiek. Jest to zalążek „potencjalnego życia” i dopiero kiedy opuszcza łono matki, jego ludzkie prawa stają się oczywiste i niezbywalne. Zatem kwestia połączenia ciała z duchem schodzi niejako na dalszy plan, chociaż oczywiście ortodoksyjni Żydzi są przeciwnikami aborcji. Islam ma wiele odłamów i rodzi to oczywiście głębokie podziały doktrynalne, niemniej spotkać można opinie, że do animacji zarodka ludzkiego dochodzi pod koniec czwartego miesiąca ciąży. Religie Dalekiego Wschodu w związku z wiarą w reinkarnację nowe ciało traktują jedynie jako „ubranie” w ziemskim życiu. Najważniejsze jest osiągnięcie oświecenia, czyli mokszy, i wyjście z koła samsary.

W literaturze ezoterycznej również nie brakuje różnych, czasami przedziwnych interpretacji i definicji tego szczególnego momentu. Spotkać można opinie, że do połączenia dochodzi już w siódmym dniu od zapłodnienia. Według innych dusza w pełni spaja się z ciałem w momencie pierwszego oddechu.

Myślę, że najważniejsza jest