Strona główna » Obyczajowe i romanse » Osobliwość a przedsiębiorczość

Osobliwość a przedsiębiorczość

4.00 / 5.00
  • ISBN:
  • 978-83-63773-82-3

Jeżeli nie widzisz powyżej porównywarki cenowej, oznacza to, że nie posiadamy informacji gdzie można zakupić tę publikację. Znalazłeś błąd w serwisie? Skontaktuj się z nami i przekaż swoje uwagi (zakładka kontakt).

Kilka słów o książce pt. “Osobliwość a przedsiębiorczość

 

To nowy projekt, nawiązujący do działalności edukacyjnej jego pomysłodawców: Roberta Kroola i Jarosława Sikory, skierowany do licealistów i studentów.

Twórcy są przekonani, że oprócz wiedzy i sprawności merytorycznej obecnie coraz większe znaczenie odgrywają umiejętności praktyczne.Dlatego projekt LifeSkills to nie tylko seria książek, ale i intensywny program szkoleniowy.

Projekt LifeSkills kształtuje u przyszłych liderów społeczności cztery grupy kompetencji:

1. Pomysłowość, a twórczość i przedsiębiorczość,
2. Logika, a przenikliwość i czujność,
3. Samodzielność, a współdziałanie,
4. Komunikacja a erystyka, dialektyka i retoryka.

Robert Krool
W prestiżowych rankingach magazynu „ThinkTank” (badania wsparte danymi z Instytutu Monitorowania Mediów oraz firmy Google) od lat uznawany za jednego z najbardziej cenionych doradców biznesowych w Polsce. Biegły sądowy z zakresu reorganizacji i restrukturyzacji oraz strategii i oceny ryzyk prowadzenia przedsiębiorstw.
Autor siedmiu książek, w tym bestsellerów Wolni i zniewoleni oraz Standardy Kierowania Zespołem Handlowym.
Ma za sobą 25 lat doświadczeń w prowadzeniu własnych firm oraz coachingu, przeszkolił ponad 500 tysięcy specjalistów i menedżerów. Pomysłodawca opartej na wolontariacie, ogólnopolskiej akcji społecznej skierowanej do młodzieży, promującej wiedzę o przedsiębiorczości – Projekt 21; współtwórca programu rozwoju talentów High Flyer. Od wielu lat związany z edukacją profesjonalną młodzieży i rodziców; jako tutor wskazuje obszary wspólne dla działalności rodzicielskiej i menedżerskiej. Autor szeregu programów edukacyjnych. www.krool.org

U jednych Robert Krool budzi niepokój, a innych budzi ze snu. Należy do najbardziej wpływowych doradców biznesowych w Polsce, co potwierdzają nie tylko rankingi, ale i jego „osobliwe” publikacje, które biją po oczach logiką, rzadko współcześnie spotykaną. – dr Adam Mokrysz, członek zarządu Grupy Mokate


Polecane książki

  Kolejna oparta na faktach książka kontrowersyjnego dokumentalisty. Mezrich kunsztownie rekonstruuje dzieje najbardziej romantycznej i brawurowej kradzieży ostatniego stulecia. Zaczyna się niewinnie. W ręce Thada Robertsa trafia folder informujący o naborze na prestiżowy staż w Centrum Lotów Kosmic...
W dziennikach pisanych w gettach i obozach powtarza się ten sam motyw: bezradności słów i języka. Nie ma pojęć, za pomocą których zło i cierpienie dają się wyrazić. Każde znane słowo jest zbyt ograniczone, zbyt wyświechtane, nieadekwatne. Na tym tle reportaże Pereca Opoczyńskiego są dokumentem niezw...
Jest to pierwsza w Polsce publikacja przedstawiająca praktyczne aspekty badań naukowych prowadzonych nad polityką pieniężna w banku centralnym. W książce ograniczono, w stosunku do artykułów źródłowych, stronę formalną, tak by stała się bardziej przystępna dla czytelnika. Książka zawiera zarówno sze...
W jakiej sytuacji możemy oceniać moralność człowieka lub jej brak? Czy mężczyzna pracujący jako strażnik przy mordowaniu Żydów w komorach gazowych pozbawiony jest wyższych uczuć? Czy kobieta dobrowolnie oddająca się Niemcowi podczas II wojny światowej jest zdrajczynią? Czy siostra uwodząca siostrze ...
Doktor Nicholas Macpherson podejmuje pracę w małym szpitalu australijskim, by odzyskać równowagę psychiczną po misji w Afganistanie. Cierpi na zespół stresu pourazowego, w życiu prywatnym też mu się nie powiodło. Po nieprzyjemnym rozwodzie uznaje, że nie jest stworzony do małżeństwa. G...
Ta książeczka przeniesie dzieci do baśniowej krainy zwanej Krasnalowem, zamieszkanej przez pomysłowe skrzaty, którym przewodzi król Krasnolud Wielki. W Krasnalowie mieszka również olbrzym Ojejek, serdeczny przyjaciel całej skrzaciej społeczności, któremu zawsze, ale to zawsze przytrafiają si...

Poniżej prezentujemy fragment książki autorstwa Robert Krool

Re­dak­cja: Han­na Ja­wo­row­ska-Błoń­ska

Pro­jekt okład­ki: Mi­chał Du­ła­wa

Re­dak­cja tech­nicz­na: Pa­weł Żuk

Co­py­ri­ght © Ro­bert Kro­ol

© Co­py­ri­ght for the po­lish edi­tion

by Wy­daw­nic­two Stu­dio EMKA

War­sza­wa 2012

Wszel­kich in­for­ma­cji udzie­la:

Wy­daw­nic­two Stu­dio EMKA

ul. Kró­lo­wej Al­do­ny 6, 03-928 War­sza­wa

tel./fax 22 628 08 38,616 00 67

wy­daw­nic­two@stu­dio­em­ka.com.pl

www.stu­dio­em­ka.com.pl

ISBN 978-83-63773-09-0

Wszel­kie pra­wa, włącz­nie z pra­wem do re­pro­duk­cji tek­stów i ilu­stra­cji w ca­ło­ści lub w czę­ści, w ja­kiej­kol­wiek for­mie – za­strze­żo­ne.

Skład i ła­ma­nie: www.an­ter.waw.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

De­dy­ku­ję tym, któ­rzy bar­dzo chcą,

ma­rzą, wi­zu­ali­zu­ją oraz na­śla­du­ją.

I nic z tego nie wy­ni­ka…

Au­tor

Bo­ga­te, ocie­ka­ją­ce prze­py­chem dzia­do­stwo…

Oto szczyt ma­rzeń ogra­ni­czo­ne­go czło­wie­ka.

Wstęp

En­tu­zja­stycz­ne przy­ję­cie Pro­jek­tu 21 (www.pro­jek­t21.eu) wy­my­ślo­ne­go przez Ro­ber­ta Kro­ola uzmy­sło­wi­ło nam wszyst­kim, że wie­dza na te­mat przed­się­bior­czo­ści jest do­brem de­fi­cy­to­wym. Po­cząt­ku­ją­cy przed­się­bior­ca czy stu­dent kon­cen­tru­je się głów­nie na na­śla­do­wa­niu zna­nych przed­się­bior­ców. Lub go­rzej, kon­cen­tru­je się na ich do­rob­ku. To pro­wa­dzi do­ni­kąd. Oso­bo­wo­ści nie moż­na na­śla­do­wać. In­spi­ro­wa­nie się czy­jąś przed­się­bior­czo­ścią ozna­cza zu­peł­nie coś in­ne­go. Przed­się­bior­czość zda­niem Kro­ola za­kła­da te­sto­wa­nie wła­snych po­my­słów, ich róż­nych wa­rian­tów, a na­wet mo­de­li biz­ne­so­wych. To wnio­ski zdo­by­te na dro­dze do osią­ga­nia wła­snych efek­tów, ale też i do­zna­wa­nych po­ra­żek. Praw­dzi­wie au­tor­skiej dro­gi. Na­śla­do­wa­nie in­nych w biz­ne­sie spraw­dza się… rzad­ko.

W książ­ce tej czy­tel­ni­ka z pew­no­ścią za­in­try­gu­ją kwe­stie oso­bli­wo­ści i przed­się­bior­czo­ści. Je­śli cho­dzi o pierw­sze po­ję­cie Ro­bert Kro­ol nie od­wo­łu­je się do dzie­dzi­ny współ­cze­snych me­diów, gdzie ta czy inna oso­ba sta­no­wi me­dial­ną oso­bli­wość (ro­zu­mia­ną jako dzi­wac­two). Przy­wo­łu­jąc je na kar­ty swej książ­ki na­wią­zu­je do astro­no­mii, gdzie oso­bli­wość ozna­cza ob­szar, w któ­rym przy­spie­sze­nie gra­wi­ta­cyj­ne lub gę­stość ma­te­rii osią­ga­ją nie­skoń­czo­ne war­to­ści. We­dług fi­zy­ków oso­bli­wość po­win­na ist­nieć na po­cząt­ku Wiel­kie­go Wy­bu­chu, któ­ry naj­pew­niej dał po­czą­tek Wszech­świa­to­wi, jaki dziś zna­my. To wła­śnie nas in­te­re­su­je: Co było na po­cząt­ku?, Co musi się stać, ja­kie mu­szą zo­stać speł­nio­ne wa­run­ki, aby na­stą­pił wiel­ki wy­buch w na­szym ży­ciu?, Co musi się stać, aby wszyst­ko mo­gło się zmie­nić?, Aby wszyst­ko mo­gło się stać na nowo? Od­po­wie­dzi będą za­ska­ku­ją­ce. Gdyż wie­le z tych spraw oscy­lu­je wo­kół re­al­nych w na­szym spo­łe­czeń­stwie „czar­nych dziur” na tle wie­dzy. Zda­niem au­to­ra dziś lu­dzie za­miast wie­dzy wy­bie­ra­ją opi­nie i po­glą­dy.

Dru­ga kwe­stia to przed­się­bior­czość. Ro­bert Kro­ol in­ter­pre­tu­ję ją w spo­sób naj­szer­szy z moż­li­wych: jako otwar­tą po­sta­wę wo­bec ży­cia. Przy­jąw­szy ta­kie po­dej­ście mo­że­my od­no­sić suk­ce­sy na wszel­kich po­lach, a biz­nes jest tyl­ko jed­nym z nich. W jaki spo­sób po­bu­dzać w so­bie prze­ni­kli­wość? Jak cie­szyć się po­my­sło­wo­ścią? Czy war­to czuj­ność uczy­nić swo­im ce­lem i dla­cze­go na­le­ży uni­kać uśpie­nia? Ro­bert twier­dzi, że war­to na ta­kie py­ta­nia od­po­wia­dać. Bo przed­się­bior­czość to sen­sow­na dro­ga do sa­mo­re­ali­za­cji.

Ni­niej­sza książ­ka jest zbio­rem in­te­lek­tu­al­nych in­spi­ra­cji skie­ro­wa­nych przede wszyst­kim do tych, któ­rzy się za­sta­na­wia­ją. Do tych, któ­rzy nie zde­cy­do­wa­li jesz­cze czy roz­po­cząć sa­mo­dziel­ną dzia­łal­ność go­spo­dar­czą, czy nie, i nadal tkwią w kor­po­ra­cjach lub na uczel­niach. Za­war­te w niej prze­my­śle­nia mogą być przy­dat­ne rów­nież tym, któ­rzy de­cy­zję już pod­ję­li, ale do­pie­ro roz­po­czę­li wę­drów­kę na dro­dze do sa­mo­re­ali­za­cji w biz­ne­sie, spo­rcie, edu­ka­cji, opie­ce zdro­wot­nej lub w wol­nych za­wo­dach.

Za­pra­szam czy­tel­ni­ków do kra­iny praw­dzi­we­go roz­wo­ju. Znaj­dzie­cie tu wie­le prak­tycz­nych po­my­słów, na­da­ją­cych się do na­tych­mia­sto­we­go za­sto­so­wa­nia. Ale jesz­cze istot­niej­sze jest, że książ­ka po­ma­ga w zro­zu­mie­niu za­sad rzą­dzą­cych świa­tem przed­się­bior­czo­ści i w nim obo­wią­zu­ją­cych oraz nie­oczy­wi­stych re­la­cji mię­dzy­ludz­kich. Dzię­ki do­świad­cze­niu au­to­ra (Ro­bert jest w przeded­niu ju­bi­le­uszu 25 lat dzia­łal­no­ści na wła­sny ra­chu­nek) bę­dzie­cie le­piej przy­go­to­wa­ni do star­cia z rze­czy­wi­sto­ścią.

dr n. med. Ja­ro­sław Si­ko­ra

le­karz i przed­się­bior­ca,

twór­ca Kur­su Si­ko­ry

– Ma­tu­ra Wy­so­kich Lo­tów

War­sza­wa, li­sto­pad 2012

Od autora

Wie­lu z nas pro­wa­dzi ogra­ni­czo­ne ży­cie

nie dla­te­go, że mu­si­my, ale dla­te­go,

iż wy­da­je nam się, że nie mamy

in­ne­go wyj­ścia…

Wol­fgang Ama­de­usz Mo­zart całe ży­cie ucie­kał przed wie­rzy­cie­la­mi. Gri­sza Pe­rel­man roz­wią­zał hi­po­te­zę Po­in­ca­régo, jed­no z więk­szych wy­zwań ma­te­ma­tycz­nych. I tyle. Poza tym jest od­lud­kiem. Nie pra­cu­je, miesz­ka z mat­ką w klit­ce w Pe­ters­bur­gu i po­dob­no z ni­kim się nie kon­tak­tu­je. Nie chce na­wet przy­jąć mi­lio­na do­la­rów na­gro­dy za swo­je do­ko­na­nie. Nie od­po­wia­da na ofer­ty pra­cy z ca­łe­go świa­ta. Wie­lu wy­bit­nych spor­tow­ców nie jest w sta­nie skle­cić jed­ne­go zda­nia, i gdy­by nie sport zo­sta­li­by uzna­ni za lo­kal­nych pół­głów­ków. Po­zna­łem set­ki pra­cow­ni­ków na­uko­wych, aka­de­mic­kich, któ­rzy szczy­ci­li się bar­dzo wy­so­kim wy­ni­kiem w te­stach na in­te­li­gen­cję (przy­na­leż­no­ścią do Men­sy itp.) lub ogrom­ną wie­dzą w ob­ra­nej dzie­dzi­nie aka­de­mic­kiej, jed­nak oka­za­li się ludź­mi cał­ko­wi­cie bez­rad­ny­mi za­wo­do­wo, a nie­rzad­ko i ży­cio­wo. Wie­lu z nich po­zo­sta­je zu­peł­nie śle­py­mi na nada­rza­ją­ce się oka­zje, da­ją­ce moż­li­wość rze­czy­wi­ste­go wy­ko­rzy­sta­nia lub za­go­spo­da­ro­wa­nia wie­dzy, jaką dys­po­nu­ją. Że o zre­ali­zo­wa­niu ma­rzeń nie wspo­mnę…

A przed­się­bior­ca? To nie ase­ku­rant i mi­ło­śnik cie­płych po­sa­dek, po­zba­wio­ny mło­dzień­cze­go en­tu­zja­zmu. To god­ny uwa­gi czło­wiek z pa­sją, nie­stan­dar­do­wy ory­gi­nał, cho­dzą­cy po swo­je­mu i do­pi­na­ją­cy swe­go. Jak pio­nier, któ­ry nie za­mie­rza iść wy­dep­ta­nym szla­kiem i prze­cie­ra zu­peł­nie nową, lep­szą dro­gę! Ste­reo­typ przed­się­bior­cy-dziad­ka le­śne­go, zgod­nie z któ­rym ma on tyl­ko cele i pa­sje eko­no­micz­ne, przy­po­mi­na nie­od­par­cie tra­gi­ko­micz­ną po­stać Char­le­sa Du­el­la. Ów słyn­ny szef Biu­ra Pa­ten­tów i Zna­ków To­wa­ro­wych USA w 1899 roku zło­żył wnio­sek o li­kwi­da­cję swo­je­go urzę­du i uza­sad­nił to stwier­dze­niem: „Wszyst­ko, co moż­na wy­na­leźć, jest już wy­na­le­zio­ne”.

Teo­ria, że przed­się­bior­czość to do­me­na eko­no­mii i biz­ne­su jest tak samo błęd­na, jak – nie tak od­le­gła – wia­ra oby­wa­te­li Świę­te­go Ce­sar­stwa Rzym­skie­go, że Zie­mia jest pła­ska. Za­kła­da­nie wła­sne­go biz­ne­su, dzia­łal­ność go­spo­dar­cza to po pro­stu pew­ne for­my praw­ne, na­rzę­dzia po­dat­ko­we, któ­rym trze­ba spro­stać, by re­ali­zo­wać cele za­wo­do­we i wy­ko­ny­wać pra­cę. Dziś cele za­wo­do­we wy­zna­cza so­bie pra­wie każ­dy – to już po­wszech­ny stan­dard. Cze­go bra­ku­je lu­dziom za­sta­na­wia­ją­cym się nad swo­ją pra­cą i ży­ciem? Dłu­go­fa­lo­we­go sta­wia­nia so­bie ce­lów oso­bi­stych, ro­dzin­nych (in­we­sty­cje w sie­bie, oto­cze­nie, dzie­ci itd.), a tak­że pla­no­wa­nia spraw zwią­za­nych z pra­gnie­nia­mi ser­ca, du­szy oraz po­trze­ba­mi in­te­lek­tu i cia­ła.

Wska­zu­jąc na „przed­się­bior­czość”, mó­wiąc i pi­sząc na ten te­mat za­chę­cam do cze­goś więk­sze­go, szer­sze­go i głęb­sze­go! Do by­cia sobą, a nie czło­wie­kiem, ja­kie­go chcą z nas zro­bić inni, lub już zro­bi­li, za na­szym ci­chym przy­zwo­le­niem. Wska­zu­ję: zrób ze swe­go ży­cia dzie­ło sztu­ki! Uczyń to jed­nak po swo­je­mu: jako spe­cja­list­ka, ogrod­nicz­ka, czy mi­strzy­ni kuch­ni, me­ne­dżer, na­uko­wiec, spo­łecz­nik, ar­ty­sta, bu­dow­la­niec, pi­sar­ka, po­li­tyk, wy­kła­dow­ca, hy­drau­lik lub spor­to­wiec. Jako biz­nes­men też, nie­ko­niecz­nie ogra­ni­cza­jąc się do ce­lów eko­no­micz­nych! By­cie do­brym w tym, co się czy­ni, co­kol­wiek by to było, jest klu­czo­we. I jed­no­cze­śnie bar­dzo da­le­kie od sta­nia się eko­no­micz­nym klo­nem przed­się­bior­czych teo­rii ro­dem z la­mu­sa.

Je­śli jed­nak je­steś prze­ko­na­ny, że geny kon­tro­lu­ją two­je ży­cie i my­ślisz, że nie masz wpły­wu na to, ja­ki­mi ge­na­mi ob­da­rzo­no cię przy po­czę­ciu, masz nie­złą wy­mów­kę, by uwa­żać się za ofia­rę dzie­dzicz­no­ści. Sta­tus ofia­ry, to su­per­po­zy­cja dla wie­lu z nas. Je­śli zaś nie ge­ne­ty­ka jest przy­czy­ną mar­ne­go losu, to moż­na się­gnąć po re­li­gię, twier­dząc: „Wszyst­ko w rę­kach Boga” albo: „Bę­dzie, jak Bóg da”! Tu­dzież ewen­tu­al­nie: „Ja łażę, jak Je­zus każe…”. Świat jest prze­peł­nio­ny ludź­mi ży­ją­cy­mi w cią­głym stra­chu, iż pew­ne­go nie­spo­dzie­wa­ne­go dnia ich wła­sne geny lub ich do­bro­tli­wy oj­ciec Bóg, zwró­cą się prze­ciw­ko nim. Wie­lu wie­rzy, że są ze­ga­ro­wy­mi bom­ba­mi lub grzesz­ni­ka­mi przez uro­dze­nie. Peł­ni nie­pew­no­ści cze­ka­ją aż zo­sta­ną po­ka­ra­ni no­wo­two­rem lub inną cho­ro­bą, po­dob­nie jak zda­rzy­ło się to ich mat­kom, oj­com, bra­ciom czy sio­strom. Do tego do­cho­dzi jesz­cze wia­ra w prze­zna­cze­nie i przy­pi­sy­wa­nie mi­nio­nym zda­rze­niom je­dy­nej słusz­nej stra­te­gii – z góry usta­lo­ne­go ich sen­su i po­rząd­ku. Czy pró­bu­ją zro­bić to samo wo­bec przy­szłych wy­da­rzeń? No wła­śnie…. A nie­po­ro­zu­mie­nie z ko­re­la­cją i przy­czy­no­wo­ścią za­czy­na się już pod­czas de­ba­ty o fak­tycz­nej przy­czy­nie, któ­ra spo­wo­do­wa­ła na przy­kład cho­ro­bę, ja­kieś zda­rze­nie lub wy­pa­dek. Bo zu­peł­nie czym in­nym jest ko­re­la­cja zda­rze­nia z in­nym zda­rze­niem. W tym dru­gim przy­pad­ku nie ma mowy o sile kon­tro­lu­ją­cej. Tyl­ko o spra­wie sko­re­lo­wa­nej! Za­sta­nów się więc do­brze: kogo słu­chasz? I od­po­wiedz so­bie szcze­rze. Wiedz przy tym, że wy­lą­du­jesz nie gdzie in­dziej, ale bli­sko tego, kogo słu­chasz. Je­śli jest to ofia­ra lub fa­na­tyk ja­kiejś ide­olo­gii, upodob­nisz się do nie­go. Sta­niesz się taki jak on. Za­daj so­bie więc py­ta­nia: „Gdzie chcę być? Ja­kim czło­wie­kiem chcę być? Ja­kim fa­chow­cem w przy­szło­ści?”. I pod­kre­ślam: mo­żesz BYĆ, chciej BYĆ i już star­tuj w upra­gnio­nym kie­run­ku, by roz­wi­nąć się w peł­ni i iść swo­ją dro­gą.

Przy­zna­ję otwar­cie, że je­stem bar­dzo wy­czu­lo­ny na stwier­dze­nia typu: „To jest nie­moż­li­we!”. Hi­sto­ria na­szej cy­wi­li­za­cji po­twier­dza, że zwo­len­ni­cy „nie­moż­li­we­go”, ci sprzed 100, 15, a na­wet pię­ciu lat, współ­cze­śnie mo­gli­by ob­cho­dzić świę­to swej igno­ran­cji czy ra­czej aro­gan­cji. Przy­po­mnij­my lor­da Ke­lvi­na. Ten bar­dzo mą­dry, zna­ny i po­wa­ża­ny fi­zyk, ma­te­ma­tyk, przy­rod­nik, był przy­zwy­cza­jo­ny do au­to­ry­ta­tyw­ne­go in­for­mo­wa­nia oto­cze­nia o swo­im ge­niu­szu. Pod ko­niec XIX wie­ku stwier­dził w spo­sób bar­dzo ja­sny: „Ma­szy­ny la­ta­ją­ce cięż­sze od po­wie­trza są po pro­stu nie­moż­li­we do skon­stru­owa­nia”. Nie mi­nę­ło na­wet 10 lat i po­wa­ża­ny na­uko­wiec zo­ba­czył na wła­sne oczy cał­ko­wi­tą klę­skę swo­ich po­glą­dów, któ­rą za­fun­do­wa­li mu bra­cia Wri­ght. Czy to ko­niec kom­pro­mi­ta­cji Ke­lvi­na? Nie. Nie­zra­żo­ny jed­ną po­raż­ką, w dal­szym cią­gu hi­ste­rycz­nie in­for­mo­wał wszyst­kich o swo­ich mą­dro­ściach. Stwier­dził mię­dzy in­ny­mi, że „pro­mie­nie Roe­ntge­na ja­ko­by prze­świe­tla­ją­ce cia­ło są naj­zwy­klej­szą mi­sty­fi­ka­cją”. Fi­nał spra­wy zna­cie. Nig­dy za­tem nie mów „nig­dy”; nig­dy nie mów „nie­moż­li­we”. In­a­czej zbu­du­jesz tyl­ko ża­ło­sny po­mnik wła­snej aro­gan­cji.

Ta ostat­nia, jak sam za­ob­ser­wo­wa­łem, ma­le­je nie wraz z wie­kiem, ale z do­świad­cze­niem i roz­wo­jem czło­wie­ka. Na ten przy­kład w szko­le na­uczo­no nas nie­wie­lu po­trzeb­nych rze­czy. Na­to­miast wie­lu nie­po­trzeb­nych, któ­re po­tem w dal­szym ży­ciu sta­ją się ba­la­stem. Wpa­ja­no w nas mię­dzy in­ny­mi, że dzię­ki cięż­kiej pra­cy moż­na zajść da­le­ko, stać się nie­za­leż­nym, mą­drym oraz bo­ga­tym. Wy­ni­ka­ło­by z tego, że naj­bo­gat­si i naj­szczę­śliw­si lu­dzie to gór­ni­cy, hut­ni­cy, stra­ża­cy i po­li­cjan­ci…

W na­szych, obo­wiąz­ko­wych, szko­łach uczy się wszyst­kie­go tego, co tak na­praw­dę w ogó­le nie przy­da­je się w ży­ciu. Czy przy­da­je się bie­gła zna­jo­mość ana­to­mii pan­to­fel­ka? Czy po­trzeb­na jest zna­jo­mość bu­do­wy morsz­czy­nu pę­che­rzy­ko­wa­te­go? A może świat zba­wi na­sza wie­dza na te­mat cheł­bi mo­drej? Dla nie­wta­jem­ni­czo­nych, cheł­bia to krąż­ko­pław z typu pa­rzy­deł­kow­ców. Tego moż­na się do­wie­dzieć w pol­skiej szko­le i wie­lu in­nych rze­czy.

Jed­no­cze­śnie w szko­le bo­le­śnie bra­ku­je przed­mio­tów, dzię­ki któ­rym moż­na by­ło­by uczyć się pod­sta­wo­wych umie­jęt­no­ści: psy­cho­lo­gii suk­ce­su i po­raż­ki, bu­do­wa­nia szczę­śli­wych du­cho­wo związ­ków, pla­no­wa­nia do­bro­by­tu w ży­ciu i osią­gnię­cia po­myśl­no­ści w pra­cy za­wo­do­wej. Dla­te­go wie­lu do­ro­słym bra­ku­je przed­się­bior­czo­ści i prze­ni­kli­wo­ści w my­śle­niu o swo­im ży­ciu. Zaś cwa­niac­two i po­dejrz­li­wość, w nie­któ­rych śro­do­wi­skach po­wszech­ne, to kiep­skie sub­sty­tu­ty tych cech. Na­to­miast ob­wo­ły­wa­nie in­te­li­gen­cji, w tym wskaź­ni­ka IQ, wszech­mo­gą­cym spraw­cą suk­ce­su, na­le­ży do naj­bar­dziej głu­pich prze­ko­nań, z ja­ki­mi się spo­tka­łem. Świat za­chod­ni ma już za sobą epo­kę bez­kry­tycz­ne­go za­ufa­nia do te­stów IQ i wia­ry w to, że war­tość umy­słu czło­wie­ka da się usta­lić tak samo ła­two, jak ob­wód w pa­sie, wagę cia­ła lub jego tem­pe­ra­tu­rę. W na­szej czę­ści UE jed­nak prze­cięt­ny oby­wa­tel da­lej uwa­ża, że do­bre stop­nie (po­twier­dza­ją­ce wy­so­ki IQ!) oraz wzo­ro­we za­cho­wa­nie, w tym pod­dań­stwo wo­bec kie­ra­tu pe­da­go­gów, sta­no­wią szan­sę na uda­ne ży­cie. Ale czy zdo­by­cie wie­dzy z ja­kie­goś za­kre­su, zda­nie eg­za­mi­nów jest rów­no­rzęd­ne z umie­jęt­no­ścią wy­my­śle­nia i wy­ko­na­nia cze­goś sa­me­mu?

Wła­śnie to py­ta­nie za­da­ję so­bie od bli­sko 30 lat. Moje ob­ser­wa­cje, re­flek­sje i wnio­ski mogą cza­sa­mi wy­da­wać się dziw­ne. Wy­ni­ka to z fak­tu, że orę­do­wa­ne przez wie­lu „po­dą­ża­nie do źró­dła” ro­zu­miem kon­kret­nie jako: po­dą­ża­nie pod prąd! To prze­świad­cze­nie nie opusz­cza mnie od lat. Pa­trzę do­oko­ła i co wi­dzę? Że, za wspól­ne pie­nią­dze, kształ­ci­my i cer­ty­fi­ku­je­my lu­dzi, któ­rzy po­tem (czę­sto do koń­ca ży­cia) drep­czą w miej­scu. Wresz­cie wy­dep­tu­ją so­bie w zie­mi dziu­rę, z któ­rej na­wet nie wi­dać ich głów. Z ta­kiej per­spek­ty­wy nig­dy nie zo­ba­czą słoń­ca, ale cią­gle wi­dzą dno. Zgod­nie z za­sa­da­mi ko­mu­ny i bie­dy, nie dzia­ła się sys­te­mo­wo na ko­rzyść lu­dzi am­bit­nych i peł­nych ini­cja­ty­wy. Prze­ciw­nie, wy­cho­wu­je się sta­da prze­cięt­nia­ków, my­ślą­cych zgod­nie z uczel­nia­ną lub kul­tu­ro­wą dok­try­ną, a nie­rzad­ko i nie­udacz­ni­ków, któ­rzy jak le­min­gi mają w so­bie in­stynkt sa­mo­bój­stwa. Lub zwy­czaj­nie au­to­de­struk­cji. Za­miast bu­do­wać, cią­gle bu­rzą. Dzie­ło in­nych? Cza­sem tak, ale przede wszyst­kim ka­stru­ją sa­mych sie­bie… A to z ra­do­ści two­rze­nia, a to z sa­tys­fak­cji ży­cio­wej. Jak im się to uda­je? To pro­ste. Są w tym kie­run­ku wy­szko­le­ni!

Jed­nak je­śli je­steś tego wszyst­kie­go świa­dom, mo­żesz za­cząć się re­ali­zo­wać. Nie­waż­ne ile masz lat. W każ­dym okre­sie ży­cia mo­żesz roz­po­cząć swo­ją dro­gę oso­bi­stej przed­się­bior­czo­ści, okre­ślić swój styl ży­cia i zna­leźć po­mysł na sie­bie. Po­cząt­kiem tej dro­gi są za­wsze zwy­kłe ma­rze­nia. Resz­ta to już ich kon­se­kwen­cje… Może nie zdą­żysz zro­bić wszyst­kie­go, waż­ne, że za­czniesz ro­bić to, cze­go nie bę­dziesz póź­niej ża­ło­wał.

Jest to two­ja po­dróż ku oso­bi­stej sa­tys­fak­cji i wła­snym ko­rzy­ściom, któ­ra nig­dy się nie koń­czy. Bo praw­dzi­wym ce­lem jest po­dróż, a nie jej fi­nał.

Nie war­to łu­dzić się, że na swo­jej dro­dze na­po­tka­my czło­wie­ka, któ­ry da nam wszyst­ko, co jest nam po­trzeb­ne i cze­go pra­gnie­my. Ta­kich osób nie ma. A wła­ści­wie jest jed­na – każ­dy z nas może być dla sie­bie ta­kim czło­wie­kiem. Nie oszu­kuj­my się jed­nak – nie ma to nic wspól­ne­go z cza­ra­mi, któ­ry­mi moż­na na­pra­wić świat. Współ­cze­śnie wia­ra w moż­li­wo­ści czło­wie­ka zo­sta­ła za­stą­pio­na tzw. wia­rą w ab­so­lut. Jed­nak, w du­żym uprosz­cze­niu, Wszech­mo­gą­cy i Wol­ność to dwa prze­ciw­staw­ne so­bie po­ję­cia. To Wol­ność – a nie co in­ne­go lub ktoś inny – jest naj­wyż­szą war­to­ścią dla czło­wie­ka. I przy­zna­ję, że nie po­dzi­wiam przed­się­bior­czo­ści ide­olo­gów, ka­pła­nów oraz in­nych oszo­ło­mów kreu­ją­cych in­te­lek­tu­al­nie moc­no po­dej­rza­ne wi­zje i war­to­ści.

Jak zresz­tą moż­na im uwie­rzyć? Wszel­kie wie­rze­nia tego ro­dza­ju opar­te są na szczu­ciu jed­nych lu­dzi prze­ciw­ko dru­gim. Tak rzad­ko zda­rza­ją się my­śli­cie­le, któ­rych stać na ta­kie stwier­dze­nia, jak Gra­ha­ma Gre­ene’a: „Jako ka­to­lik dzię­ku­ję Bogu za he­re­ty­ków. He­re­zja to tyl­ko inne okre­śle­nie wol­no­ści my­śli”. Tak na­praw­dę he­re­zja jest tę­pio­na przez wszyst­kich dzier­ży­cie­li wła­dzy ob­ja­wio­nej. We­dług nich jest tyl­ko je­den Bóg i tyl­ko jed­na słusz­na do nie­go dro­ga, nie ma więc mowy o ja­kich­kol­wiek ne­go­cja­cjach. Jako wy­znaw­ca nie je­steś upo­waż­nio­ny, żeby my­śleć, ani, tym bar­dziej, żeby wąt­pić! Po­sta­wa nie­wier­ne­go To­ma­sza jest prze­cież dla chrze­ści­jan sy­no­ni­mem nie­wła­ści­we­go scep­ty­cy­zmu – wo­bec spra­wy, w któ­rą na­le­ży uwie­rzyć bez za­strze­żeń. A po­win­no być zgo­ła od­wrot­nie! Prze­cież ten fa­cet chciał twar­dych do­wo­dów, my­ślał ra­cjo­nal­nie, tak jak obec­nie my­śli­my nie­mal­że wszy­scy. Tak my­ślą rów­nież ci, któ­rzy mie­nią się naj­więk­szy­mi bo­ży­mi słu­ga­mi. Na ile więc wy­obraź­nia po­zwa­la nam wy­ko­rzy­stać otrzy­ma­ne in­for­ma­cje od in­nych? Za­wsze prze­cież każ­da oso­ba, któ­ra ośmie­li się gło­sić, że mia­ła lub ma z Bo­giem czy in­nym bó­stwem kon­takt, któ­re­go in­sty­tu­cje ko­ściel­ne nie są w sta­nie kon­tro­lo­wać, jest przez nie trak­to­wa­na jak zwy­kły oszust. Ra­cjo­nal­nie i po­dejrz­li­wie ba­da­ją każ­dy aspekt ob­ja­wie­nia/wi­dze­nia. Jak więc moż­na wie­rzyć lu­dziom, któ­rzy jed­no mó­wią, a dru­gie ro­bią? Tu upa­tru­ję fe­no­me­nu Ka­ro­la Woj­ty­ły, któ­ry nie­zmien­nie twier­dził, że „wszyst­kie dro­gi pro­wa­dzą w tym sa­mym kie­run­ku”.

Pierw­szym kro­kiem jest więc uświa­do­mie­nie so­bie, że przy­szłość za­le­ży przede wszyst­kim od nas. A klu­czo­wą spra­wą jest te­raź­niej­szość. To tu mu­si­my być obec­ni. To tu mu­si­my być prze­bu­dze­ni i wol­ni. Tyl­ko my sami mo­że­my so­bie po­móc, mu­si­my więc zmie­niać sie­bie, a nie in­nych i cały świat. My sami po­win­ni­śmy być so­bie przy­chyl­ni, na in­nych nie ma co li­czyć. Na tym za­sa­dza się obec­ność w rze­czy­wi­sto­ści.

Obo­wią­zek szkol­ny, jaki wpro­wa­dzo­no pod ko­niec XIX wie­ku, był wy­ni­kiem re­wo­lu­cji prze­my­sło­wej, a nie fi­lan­tro­pii. Za­ist­nia­ła po­trze­ba ma­so­we­go za­trud­nia­nia do ob­słu­gi ma­szyn w mia­rę wy­kształ­co­nych ro­bot­ni­ków, a nie ge­niu­szy. Ta sama po­trze­ba sta­ła się im­pul­sem do po­wsta­nia pierw­sze­go te­stu na in­te­li­gen­cję typu IQ. Po­dob­no na proś­bę władz Pa­ry­ża psy­cho­log Al­fred Bi­net i le­karz The­odo­re Si­mon opra­co­wa­li w 1905 roku test dia­gno­zu­ją­cy dzie­ci opóź­nio­ne w roz­wo­ju. Otrzeź­wie­nie przy­szło po wie­lu, wie­lu la­tach te­sto­ma­nii, ale jak wi­dać nie wszę­dzie. Od lat ob­ser­wu­ję lu­dzi, któ­rzy nic nie wie­dzą o tych te­stach, a na­wet o zwią­za­nych z nimi wy­mo­gach, lecz swo­ją wia­rą w nie biją na gło­wę sa­mych ich twór­ców i licz­ny per­so­nel ob­słu­gu­ją­cy „biz­nes te­stów na in­te­li­gen­cję”. I temu per­so­ne­lo­wi uda­ło się prze­ko­nać mi­lio­ny lu­dzi, że suk­ces ży­cio­wy za­le­ży od wy­so­ko­ści IQ! Fak­tem jest jed­nak, że nie sta­ło­by się to bez udzia­łu sa­mych za­in­te­re­so­wa­nych. Bo je­śli ktoś nie uwie­rzył­by, to ten cud nie miał­by miej­sca. Jako lu­dzie „idą­cy pod prąd” pa­mię­taj­my, że tyl­ko kłam­stwo wy­ma­ga ofia­ry z „wia­ry”, bo praw­da jest pro­sta i oczy­wi­sta…

Nie mo­żesz za­tem do­bi­jać sam sie­bie ta­ki­mi za­bo­bo­na­mi. Wia­ra w IQ może cię zdo­ło­wać, po­dob­nie jak wia­ra w prze­zna­cze­nie. A je­że­li nie bę­dziesz w do­brym sta­nie psy­cho­fi­zycz­nym, to nie ru­szysz z miej­sca. Więc je­śli nie za­dbasz o wła­sne do­bre sa­mo­po­czu­cie, to nie po­mo­żesz ani bli­skim, ani two­jej ka­rie­rze, ani ca­łe­mu świa­tu. A już na pew­no nie po­mo­żesz swo­je­mu szczę­ściu. Uwa­żam, że jed­nym z naj­więk­szych od­kryć ja­kie uczy­nił czło­wiek, i jed­ną z naj­więk­szych dla nie­go nie­spo­dzia­nek, jest una­ocz­nie­nie, że może on uczy­nić to, o czym ze stra­chem są­dził, że nie po­tra­fi uczy­nić.

Ro­bert Kro­ol

PS Żeby uła­twić czy­tel­ni­kom wy­pra­co­wa­nie wła­sne­go po­glą­du na te­mat po­ru­sza­nych spraw, na po­cząt­ku każ­de­go roz­dzia­łu przy­ta­czam au­ten­tycz­ną roz­mo­wę, któ­ra jest przy­czyn­kiem do dal­szych roz­wa­żań. Są to roz­mo­wy z eks­per­ta­mi, przed­się­bior­ca­mi, czy­tel­ni­ka­mi mo­ich ksią­żek, ko­re­spon­den­ta­mi lub po pro­stu zna­jo­my­mi. Ze wzglę­du na ich szcze­ry cha­rak­ter, dane roz­mów­ców i oma­wia­nych zda­rzeń zo­sta­ły zmie­nio­ne, na­to­miast treść roz­mo­wy za­wsze jest au­ten­tycz­na.

Mu­si­my do­pie­ro na­uczyć się sztu­ki ży­cia w świe­cie prze­sy­co­nym nad­mia­rem in­for­ma­cji.

A tak­że, jesz­cze trud­niej­szej, sztu­ki przy­ucza­nia in­nych do ży­cia w ta­kich wa­run­kach.

ROZDZIAŁ IKażdy ma swój talerz,czyli oznaczeniu dziedzictwa kulturowego

Uczyć się, od­uczać i uczyć na nowo… Ci, któ­rzy tego nie po­tra­fią, są anal­fa­be­ta­mi XXI wie­ku.

Alvin Tof­fler

Anna, mło­da ko­bie­ta. Miesz­ka poza Pol­ską. Po­nad 12 lat pra­co­wa­ła w re­stau­ra­cjach i klu­bach. W koń­cu otwo­rzy­ła klu­bo­re­stau­ra­cję na pe­ry­fe­riach śród­mie­ścia jed­nej ze sto­lic w UE. Roz­mo­wa od­by­ła się w rok po otwar­ciu klu­bu, a jej dru­ga część na­stą­pi­ła pół­to­ra roku póź­niej.

Ro­bert Kro­ol: Je­steś zła?

Anna: Że otwo­rzy­łam i za­dłu­ży­łam się po uszy? Tak! Bar­dzo.

Na sie­bie? Na in­nych? Na co?

My­ślę, że gdy­bym się nie za­dłu­ży­ła, a swo­je oszczęd­no­ści trzy­ma­ła da­lej na kon­cie, to wsta­wa­ła­bym szczę­śli­wa i szła do pra­cy, a po­tem mo­gła­bym w do­brym na­stro­ju iść na im­pre­zę lub spo­koj­nie de­lek­to­wać się wie­czo­rem z przy­ja­ciół­mi. Te­raz mam tyl­ko zmar­twie­nia. Tak, je­stem zła jak osa. Czu­ję się jak nie­wol­nik.

Kto cię na­mó­wił do za­ło­że­nia wła­snej knaj­py? Kto cię mo­ty­wo­wał? Po­pę­dzał, za­chę­cał w ja­ki­kol­wiek spo­sób?

Sama się mo­ty­wo­wa­łam i po­pę­dza­łam. I chy­ba przy­ło­ży­li się do tego nie­któ­rzy zna­jo­mi. Opo­wia­da­li o nie­za­leż­no­ści fi­nan­so­wej, o by­ciu wła­ści­cie­lem, jak o czymś, bez cze­go w ogó­le nie war­to żyć. A tu kom­plet­na ma­sa­kra. Kel­ne­rzy krad­ną, choć nie są z Pol­ski. Szef baru kom­bi­nu­je na każ­dym kro­ku, mimo że zna­jo­my. A kuch­nia co chwi­lę się zmie­nia, bo wy­rzu­cam ko­lej­ne­go ku­cha­rza – za­wsze za to samo: bez­myśl­ność, mar­no­traw­stwo, zło­dziej­stwo. Klien­ci i owszem są, ale to, co zo­sta­je z mie­sięcz­ne­go utar­gu, to mniej niż uzbie­ra­łam z na­piw­ków jako su­per­kel­ner­ka. Mój chło­pak miał być sze­fem kuch­ni, ale po mie­sią­cu pra­cy ska­pi­tu­lo­wał – jest nie­złym ku­cha­rzem, nie ra­dził so­bie jed­nak z ludź­mi. Za­trud­niasz ko­goś, ufasz mu, a po­tem oka­zu­je się, że to kom­plet­ny kre­tyn i oszust, tyle że z krzy­ży­kiem na szyi…

Masz do sie­bie pre­ten­sje? Żal? Czy może po pro­stu dziś jest gor­szy dzień?

Gdy­bym wie­dzia­ła, czym to pach­nie, nikt by mnie na­wet na siłę nie za­cią­gnął do pro­wa­dze­nia wła­snej knaj­py. Wszy­scy chcą cię okraść. Chwi­la nie­uwa­gi i już za nią pła­cisz. Wiesz, co jest naj­gor­sze? Że mu­szę się z tym bo­ry­kać sama. Mój przy­ja­ciel wy­je­chał do pra­cy do in­ne­go kra­ju. Ja wsa­dzi­łam tu oszczęd­no­ści swo­je­go ży­cia. Je­stem uzie­mio­na. Do tego kre­dyt – do­kład­nie dru­gie tyle ile da­łam od sie­bie, czynsz co mie­siąc, kosz­ty le­asin­gu sa­mo­cho­du do­staw­cze­go, opła­ty za ener­gię, plus pen­sje i oczy­wi­ście ra­chun­ki za to­war od do­staw­ców, ne­go­cja­cje za­mó­wień, re­kla­ma­cje itd. Wszyst­ko na mo­jej gło­wie. Zo­sta­je mi le­d­wo na opła­ce­nie miesz­ka­nia. Nie mam cza­su dla przy­ja­ciół. Nie mam cza­su dla ro­dzi­ny. Nie mam cza­su, by za­dbać o sie­bie. Kła­dę się spać o 04.00 nad ra­nem, wsta­ję o 10.00 rano, i tak co­dzien­nie. W nie­dzie­lę od­sy­piam cały ty­dzień. I po co mi to?

Nie wiem. Ale my­ślę, że so­bie po­ra­dzisz. Prze­cież to było two­je ma­rze­nie…

To kosz­mar nie ma­rze­nie. Przy udzia­le in­nych mo­ty­wo­wa­łam się jak idiot­ka: „Bądź in­we­sto­rem! Bądź wła­ści­cie­lem! Bądź cool!”. A naj­le­piej – bądź bo­ga­ta i po­sia­daj wszyst­ko, bo tak jest cool! To okrop­ne do­świad­cze­nie. Ty czę­sto mó­wisz o sty­lu ży­cia, ale ten mój obec­ny jest do bani. Cał­ko­wi­cie. Nie wiem, ile to po­trwa!? Nie wiem, ile wy­trzy­mam!? I na­wet sama nie wiem, po co!?

A jak są­dzisz, na czym znasz się naj­le­piej? Co jest two­ją moc­ną stro­ną?

Or­ga­ni­za­cja pra­cy. By­łam sze­fem sali przez dłu­gie lata, pra­co­wa­łam z sze­fem kuch­ni, z któ­rym wspól­nie mie­li­śmy otwo­rzyć knaj­pę, ale nie do­stał kre­dy­tu. Po­tem się też oka­za­ło, że nie ma wła­snych pie­nię­dzy. Po­tra­fię po­ukła­dać ze­spół i jego zmia­ny go­dzi­no­we, do­sta­wy, za­pla­no­wać kar­tę/menu, por­cje dla kuch­ni, do­brze wy­cho­dzi mi wszyst­ko, co zwią­za­ne jest z lo­gi­sty­ką i ob­słu­gą klien­ta. Nie­ste­ty nie ra­dzę so­bie z wy­szu­ki­wa­niem i do­bo­rem lu­dzi. Po­tra­fię też świet­nie ob­słu­gi­wać klien­tów. Ale nie umiem pra­co­wać sama. Wiesz, za­mknąć się w biu­rze i sie­dzieć w kwi­tach, dzwo­nić i pi­sać e-ma­ile… To mnie roz­wa­la. Nie lu­bię krzy­czeć na lu­dzi. Nie lu­bię się kłó­cić. Nie lu­bię, jak ktoś chce mnie okraść na żyw­ca. To dla mnie za trud­ne.

A skąd te umie­jęt­no­ści, któ­re wy­mie­ni­łaś?

Kupę lat sie­dzę w ga­stro­no­mii. Na pierw­szym roku stu­diów wy­je­cha­łam z Pol­ski i zde­cy­do­wa­łam, że zo­sta­nę tu­taj. Naj­pierw pra­co­wa­łam za ba­rem. Po­tem przy sto­li­kach i tak po­szło…

Cof­nij­my się w cza­sie. Za­wsze by­łaś sa­mo­dziel­na, zga­dza się? A kto miał na cie­bie wpływ w okre­sie do­ra­sta­nia? Ja­kie sy­tu­acje mo­gły na cie­bie od­dzia­ły­wać? Po­wiedz, na­wet je­śli wspo­mnie­nia by­ły­by nie­mi­łe.

Oj­ciec za­ra­ził mnie mo­de­lar­stwem. Po­cząt­ko­wo były to szy­bow­ce ze sklej­ki. Po­tem z pla­sti­ku, po­tem mo­de­le z sil­ni­kiem. Pre­cy­zyj­na ro­bo­ta. Czę­sto pra­co­wa­łam w nocy – do­pa­so­wy­wa­łam, kom­bi­no­wa­łam, kle­iłam i tak w kół­ko. Były mo­men­ty smut­ku, ale i ra­do­ści, kie­dy mo­del utrzy­my­wał się w po­wie­trzu i ro­bi­li­śmy z oj­cem zdję­cia. To trwa­ło po­nad 10 lat, tym mo­de­lar­stwem zaj­mo­wa­łam się od czwar­te­go czy pią­te­go roku ży­cia. Prze­sta­łam na dwa lata przed ma­tu­rą. Za­wró­ci­ła mi w gło­wie pierw­sza mi­łość. Wsty­dzi­łam się tego za­ję­cia. I tak po­szło w od­staw­kę…

Za­tem ro­bo­tę pre­cy­zyj­ną, tro­chę ar­ty­stycz­ną i tro­chę in­ży­nier­ską, masz w ma­łym pal­cu. A w klu­bie pew­ne spra­wy ogar­niasz jak mistrz: plan do­staw, por­cje w kuch­ni, plan pra­cy na zmia­nach, de­ko­ra­cje i uroz­ma­ice­nia sma­ku dnia – to dla cie­bie nor­mal­ka. Zga­dza się? Kło­po­ty spra­wia­ją ci re­la­cje z ludź­mi, czy do­brze zro­zu­mia­łem?

To moja bo­lącz­ka. Wszyst­ko inne przy­no­si mi dużo ra­do­ści. Znam się na tym. Wiem, cze­go chcę. Ale z ludź­mi nie daję rady. Zna­czy, jak ktoś już pra­cu­je i jest OK, to nie ma pro­ble­mu. Je­ste­śmy ze­spo­łem. Ale jak ktoś kom­bi­nu­je, wiesz, przy­no­si zwol­nie­nie le­kar­skie, a de fac­to za­ra­bia gdzie in­dziej na czar­no, wy­no­si, jest no­to­rycz­nie zmę­czo­ny i nie chce mu się, oka­zu­je klien­to­wi znie­cier­pli­wie­nie lub aro­gan­cję… Nie umiem so­bie w ta­kich sy­tu­acjach ra­dzić.

Zna­czy, że masz nad czym pra­co­wać. I wia­do­mo, o co cho­dzi. Są­dzisz, że moż­na się tego na­uczyć? Może wgry­ziesz się w kil­ka ksią­żek, po­szpe­rasz w in­ter­ne­cie? Wiesz stu­dia, to nie­koń­czą­ca się hi­sto­ria u do­ro­słych lu­dzi.

Ni­cze­go nie je­stem pew­na. Wróć­my do roz­mo­wy kie­dy in­dziej… W tej chwi­li mam mę­tlik w gło­wie. Ty po­tra­fisz na­mie­szać… Je­stem wy­czer­pa­na i prze­mę­czo­na. Wy­bacz.

Mi­nę­ło pół­to­ra roku.

Ro­bert Kro­ol: Spra­wiasz wra­że­nie spo­koj­nej i zde­cy­do­wa­nej. Naj­gor­sze za tobą?

Anna: Przede mną. Ale sta­wię temu czo­ła. Knaj­pę w koń­cu od­stą­pi­łam pew­ne­mu mał­żeń­stwu, któ­re lu­bi­ło się u mnie sto­ło­wać. Dłu­gów już nie mam. Czyn­szu nie pła­cę. Nie cią­ży na mnie od­po­wie­dzial­ność za lu­dzi, pen­sje, do­sta­wy, czy­jeś hu­mo­ry itd.

Czy to ozna­cza, że wró­ci­łaś do mo­de­lar­stwa? A może za­czę­łaś my­śleć po swo­je­mu? Jak przed­się­bior­ca-mo­de­larz?

Wra­cam do mo­de­lar­stwa. W każ­dą nie­dzie­lę na sta­wie w par­ku pusz­czam mo­de­le wod­ne. Ale do­pie­ro od mie­sią­ca. Od piąt­ku do so­bo­ty „usta­wiam ob­słu­gę knajp” dla ob­cych wła­ści­cie­li. W każ­dej spę­dzam dwa dni, jako co­ach/tre­ner. Pie­nię­dzy mam zno­wu tyle, że mogę od­kła­dać. A przede wszyst­kim – bu­dzę się rano z uśmie­chem. Mam czas na czy­ta­nie. Je­stem szczę­śli­wa. Choć nie­za­ko­cha­na.

Czy w naj­bliż­szym cza­sie cze­ka cię pod­ję­cie ja­kiejś waż­nej de­cy­zji? Na­po­mknę­łaś…

Tak. Mu­szę się zmie­rzyć z waż­ną ofer­tą. Je­den ze zle­ce­nio­daw­ców chce mnie za­kon­trak­to­wać jako me­ne­dże­ra za­rzą­dza­ją­ce­go w swo­jej re­stau­ra­cji w cen­trum mia­sta. Idę na pró­bę na okres dwu mie­się­cy w peł­nym wy­mia­rze, od po­nie­dział­ku do so­bo­ty. Do tej pory przez ostat­nie trzy mie­sią­ce by­wa­łam tam dwa dni w ty­go­dniu jako co­ach.

Ro­zu­miem, że za­czę­łaś my­śleć jak mo­de­larz i przed­się­bior­ca? Ja­kieś kon­kre­ty? Zmia­ny w spo­so­bie my­śle­nia?

Same kon­kre­ty. Fak­tycz­nie, za­mi­ło­wa­nie do mo­de­lar­stwa wy­kształ­ci­ło pew­ne moje moc­ne stro­ny, za­le­ty, któ­re mogę wy­ko­rzy­stać w pra­cy. Ale nie po­win­nam zaj­mo­wać się za­trud­nia­niem i zwal­nia­niem lu­dzi, róż­ny­mi for­mal­no­ścia­mi czy ne­go­cja­cja­mi z do­staw­ca­mi. Zro­zu­mia­łam to. Po na­szej ostat­niej roz­mo­wie mia­łam w gło­wie groch z ka­pu­stą. Może jako ko­bie­ta bar­dziej prze­ży­wa­łam róż­ne sy­tu­acje. Bo ko­bie­ty nie ucie­ka­ją od pro­ble­mów. Po ja­kimś cza­sie za­czę­łam uświa­da­miać so­bie, że to, co mi po­wie­dzia­łeś, w ja­kimś sen­sie, choć w in­nej for­mie, mó­wił mi tak­że oj­ciec. Na­gle do­strze­głam więc oka­zję w nie­po­zor­nej – w za­sa­dzie co­dzien­nej – roz­mo­wie z pew­ny­mi sta­ły­mi klien­ta­mi. Mó­wi­li, że świet­nie się czu­ją w moim klu­bie, że przy­cho­dzą dwa, trzy razy w ty­go­dniu, do­brze się ba­wią i że mi za­zdrosz­czą, po­nie­waż stwo­rzy­łam tak świet­ne miej­sce. Wresz­cie do­tar­ło do mnie, że uty­ski­wa­nie na swój los nie ma sen­su. Je­stem jak ten bied­ny, nie­ku­ma­ty Mek­sy­ka­nin, któ­ry spo­ty­ka szczę­śli­wych tu­ry­stów u sie­bie w wio­sce. Za­py­zia­łej, bied­nej prze­cież wio­sce. „Co ro­bią tu tu­ry­ści?” – za­sta­na­wia się ten Mek­sy­ka­nin i nic z tego nie ro­zu­mie. Tak się czu­łam pa­trząc na tę parę. On, księ­go­wy przed eme­ry­tu­rą, ona rześ­ka i młod­sza od nie­go ka­dro­wa – ide­al­ni do za­dań zwią­za­nych z pro­wa­dze­niem in­te­re­su ga­stro­no­micz­ne­go. Pod­pi­sa­łam z nimi kon­trakt na od­stęp­ne miej­sca i mie­nia oraz na po­moc co­achin­go­wą przez okres sze­ściu mie­się­cy. Po­tem prze­dłu­ży­li­śmy umo­wę bez­ter­mi­no­wo, bo oka­za­ło się, że i dla mnie, i dla nich jest to ge­nial­ne roz­wią­za­nie. Zro­zu­mia­łam, że je­stem mo­de­lar­ką. I to jest moja siła. Na tym ma po­le­gać moje przed­się­bior­cze my­śle­nie. Mam czas dla przy­ja­ciół. Mam zno­wu przy­ja­ciół. Trosz­czę się o sie­bie. Czy­tam książ­ki.

Ro­zu­miem, że praw­ni­cze, a nie mo­ty­wa­cyj­ne? Bo na ja­kich za­sa­dach chcesz pod­pi­sać kon­trakt z tą nową re­stau­ra­cją?

Po pierw­sze jako pod­miot, a nie jako oso­ba. Po dru­gie tyl­ko na za­kres za­dań, na ja­kich się znam. Po trze­cie… Opcje pre­mio­we na wzro­sty ob­ro­tów i cele zy­sku. Udzia­łów nie po­trze­bu­ję. Wła­ści­ciel­ką już by­łam. Te­raz czas na przed­się­bior­czość!

A pre­stiż by­cia wła­ści­cie­lem?

Tę ba­jecz­kę już zro­zu­mia­łem. Or­ga­no­lep­tycz­nie i na wła­snej skó­rze! Ży­czę wie­lu wra­żeń tym do­ro­słym, któ­rzy jesz­cze lu­bią baj­ki. A jest ich spo­ro do­oko­ła. Przy oka­zji po­zdrów ode mnie tych wszyst­kich idio­tów, któ­rzy pi­szą książ­ki pod ty­tu­łem „Jak zo­stać ren­tie­rem w dwa lata?”, i ro­bią nor­mal­nym lu­dziom wodę z mó­zgu…

Je­że­li cho­dzi o edu­ka­cję w dzie­dzi­nie przed­się­bior­czo­ści, bar­dzo ła­two do­strze­gal­na jest pew­na gra­da­cja. Na pierw­szy rzut oka nie jest ona być może oczy­wi­sta, lecz je­śli ze­chcesz do­wie­dzieć się cze­goś wię­cej o zna­nych ci przed­się­bior­cach, za­uwa­żysz, że każ­dy z nich prze­cho­dził przez kil­ka eta­pów tej prak­tycz­nie zo­rien­to­wa­nej edu­ka­cji.

Etap pierw­szy, pod­sta­wo­wy. Grun­tem pod ca­łość kon­struk­cji są nie­ucze­sa­ne fan­ta­zje, ma­rze­nia, sny. Ge­ne­ral­nie rzecz bio­rąc – my­śle­nie wy­cho­dzą­ce poza co­dzien­ność, z jaką mamy cią­gle do czy­nie­nia. Nic nie od­róż­nia cię bar­dziej od in­nych i nic nie po­mo­że ci bar­dziej pójść swo­ją dro­gą tam, gdzie na­praw­dę chcesz dojść, jak two­ja fan­ta­zja, two­je my­śli i two­ja twór­czość. Ma­rze­nia to pier­wia­stek, któ­ry no­sisz w so­bie i nie ma go nikt inny, tyl­ko ty. I na tym war­to się skon­cen­tro­wać. Cho­dzi o to, by ma­rze­nia, fan­ta­zje, za­mie­niać póź­niej na po­my­sły. I uży­wać do tego swo­je­go „ta­le­rza”. A co to jest? Już wy­ja­śniam.

Każ­dy z nas skądś przy­cho­dzi.

Każ­dy ma ro­dzi­nę po­cho­dze­nia, na­wet je­śli wy­cho­wał się w sie­ro­ciń­cu czy w ro­dzi­nie za­stęp­czej. Każ­dy do­ra­stał w okre­ślo­nym śro­do­wi­sku i do­stał swój „ta­lerz”, bez wzglę­du na to, czy mu się on po­do­bał, czy nie. I czy od­po­wia­da­ła mu jego za­war­tość, czy nie. Czy był z nie­go za­do­wo­lo­ny, czy też może nie do koń­ca. Ten „ta­lerz” ma ogrom­ne zna­cze­nie – to swo­iste dzie­dzic­two kul­tu­ro­we, a ma­rze­nia o wyj­ściu poza nie­go mogą sta­no­wić na­sze moż­li­wo­ści.

„Ta­lerz” to pew­na sta­ła, od któ­rej za­czy­na­my kształ­to­wać swój póź­niej­szy los, w du­żej mie­rze od nie­go uza­leż­nio­ny. Oto przy­kład. Je­den z mo­ich klien­tów, in­ży­nier, jest przed­się­bior­cą. Jego dzia­łal­ność po­le­ga na ko­or­dy­no­wa­niu pro­duk­cji dla klien­ta, we­dług stra­te­gii, któ­rą sam uprzed­nio przy­go­to­wał. Chy­ba każ­dy, kto oce­niał­by wy­ni­ki fir­my i ma­ją­tek oso­bi­sty jej wła­ści­cie­la, stwier­dził­by dość szyb­ko: „Tak, to czło­wiek suk­ce­su. Bez dwóch zdań”. Lub: „Ta­kie­mu to żyć, nie umie­rać”. Lub się­gnął­by po inne, rów­nie traf­ne mą­dro­ści lu­do­we albo aka­de­mic­kie, w ro­dza­ju: „No tak, in­ży­nier rów­na się do­kład­ność oraz pre­cy­zja”.

Ja­kie wnio­ski mo­że­my wy­cią­gnąć z tego, co na­pi­sa­łem po­wy­żej? God­ne za­pa­mię­ta­nia.

Otóż nie bar­dzo wie­my, we­dług ja­kiej ska­li oce­niać suk­ces. Ge­ne­ral­nie, nie jest to oczy­wi­ście pro­blem wy­łącz­nie lu­dzi współ­cze­snych.

Wy­star­czy po­pa­trzeć, jak trud­no było oce­niać suk­ce­sy i wiel­kość państw. Gi­gan­tycz­na Per­sja rzą­dzo­na przez dy­na­stię Ache­me­ni­dów mia­ła być naj­po­tęż­niej­szym im­pe­rium w sta­ro­żyt­no­ści i trwać po kres dzie­jów. Traf zda­rzył, a nikt go nie prze­wi­dział, że ar­mia ma­ce­doń­skich chło­pów, na cze­le z bez­czel­nym nie­okrze­sań­cem Alek­san­drem, w trzech bi­twach roz­bi­ła całą moc tego pań­stwa. Per­sja oka­za­ła się ko­lo­sem na gli­nia­nych no­gach, któ­ry padł w cią­gu trzech lat. Nie in­a­czej było z po­tę­ga­mi hi­sto­rycz­ny­mi bliż­szy­mi nam w cza­sie. O hi­tle­row­skich Niem­czech mó­wi­ło się jako o ty­siąc­let­niej Rze­szy, a o Związ­ku Ra­dziec­kim jako naj­bar­dziej nie­znisz­czal­nym pań­stwie w dzie­jach ludz­ko­ści. Dziś po obu pań­stwach zo­sta­ły już tyl­ko smut­ne wspo­mnie­nia.

Wra­ca­jąc do mo­je­go klien­ta mo­że­my za­uwa­żyć, że oce­na suk­ce­su jed­nost­ki jest rów­nie trud­na i dziś tak­że nie po­tra­fi­my jej do­ko­ny­wać. Nie wi­dzi­my związ­ków przy­czy­no­wo-skut­ko­wych, gdyż nie zna­my „ta­le­rza” twór­cy suk­ce­su, a nie­rzad­ko nie wie­my na­wet, że na­le­ży go po­znać. Osta­tecz­nie tyl­ko wte­dy być może po­tra­fi­li­by­śmy wy­cią­gnąć wła­ści­we wnio­ski – przede wszyst­kim dla sa­mych sie­bie.

Ma­rek uro­dził się na Ślą­sku. W tak zwa­nej nor­mal­nej ro­dzi­nie – oj­ciec pra­co­wał w fa­bry­ce, był ak­tyw­nym dzia­ła­czem daw­ne­go PZPR, peł­nił funk­cje kie­row­ni­cze śred­nie­go szcze­bla; mat­ka pra­co­wa­ła w ka­drach. Dwo­je ro­dzeń­stwa. Po szko­le pod­sta­wo­wej Ma­rek ukoń­czył tech­ni­kum. Po­li­tech­ni­ka za­ję­ła mu sie­dem lat. Po­tem tra­fił na drob­ne kie­row­ni­cze sta­no­wi­sko do tej sa­mej fa­bry­ki, w któ­rej za­trud­nio­ny był oj­ciec. I tak upły­nę­ło kil­ka lat, aż pew­ne­go dnia wpadł na po­mysł, by za­ło­żyć wła­sną fir­mę. Obec­nie jest żo­na­tym męż­czy­zną, ma dwój­kę dzie­ci. W taki spo­sób mniej wię­cej moż­na by skwi­to­wać jego ży­cio­rys. Jed­nak na „ta­le­rzu”, jaki otrzy­mał z ro­dzin­ne­go domu, znaj­do­wa­ły się trzy bar­dzo istot­ne po­tra­wy.

Mat­ka od naj­młod­szych lat uczy­ła go li­czyć wszyst­ko, co moż­li­we było do po­li­cze­nia. Ile de­sek jest po­trzeb­nych do wy­bu­do­wa­nia sza­fy w piw­ni­cy? I ile drzew trze­ba bę­dzie ściąć na te de­ski? No świet­nie, a ile ki­lo­gra­mów ziem­nia­ków zje­my w tym roku? No do­brze, a ile ja­błek bę­dzie­my po­trze­bo­wać w przy­szłym roku? Ta mo­men­ta­mi bar­dzo fra­pu­ją­ca za­ba­wa (choć, jak przy­znał, nie na­le­ża­ła do jego ulu­bio­nych) wy­ćwi­czy­ła w nim umie­jęt­ność po­li­cze­nia do­słow­nie wszyst­kie­go. Nie li­czył naj­szyb­ciej spo­śród ko­le­gów, ale za­wsze sta­rał się wy­ka­zać pre­cy­zją. Oj­ciec z ko­lei miał dziw­ny oby­czaj: za­bie­rał syna na wszyst­kie kon­wen­ty, na­ra­dy par­tyj­ne, z któ­rych do­ra­sta­ją­cy Ma­rek mu­siał spo­rzą­dzać, naj­czę­ściej non­sen­sow­ne, pro­to­ko­ły. Kto co po­wie­dział? Co za­pro­po­no­wał? Ma­rek nie raz się bun­to­wał, lecz oj­ciec, sil­ny męż­czy­zna, był nie­ugię­ty. W póź­niej­szym okre­sie ocze­ki­wał na­wet pro­to­ko­łów spo­rzą­dza­nych na ma­szy­nie do pi­sa­nia.

Jak moż­na się spo­dzie­wać ro­dzi­ce wy­twa­rza­li w domu spe­cy­ficz­ną at­mos­fe­rę. Albo kłó­ci­li się, albo… no wła­śnie. Spę­dza­li czas osob­no, wy­ry­wa­jąc so­bie Mar­ka i jego ro­dzeń­stwo po to, by ten­den­cyj­ny­mi opo­wie­ścia­mi prze­chy­lić sza­lę wszel­kiej ra­cji i ży­cio­wej spra­wie­dli­wo­ści na swo­ją stro­nę. Jak za­uwa­żył Ma­rek, „było to nie tyl­ko ob­cia­cho­we, ale i mę­czą­ce”. I za­bie­ra­ło wie­le cza­su. A mógł­by prze­cież prze­zna­czyć go na grę w pił­kę z kum­pla­mi lub zwy­czaj­nie po­szu­kać ja­kiejś dra­ki, na przy­kład w opusz­czo­nej ko­tłow­ni. Tym­cza­sem trze­ba było nie tyl­ko wy­słu­chi­wać mat­ki lub ojca, ale jesz­cze ba­wić się w spo­wied­ni­ka, psy­cho­te­ra­peu­tę, a nie­rzad­ko roz­jem­cę.

Dzie­dzic­two kul­tu­ro­we Mar­ka nie wy­ni­ka więc wprost z tego, ja­ki­mi ludź­mi byli jego ro­dzi­ce czy z ich po­glą­dów, któ­re mógł prze­jąć, lub też z naj­waż­niej­szych war­to­ści, ja­kie uzna­wa­li i chcie­li mu prze­ka­zać. Skła­da się w bar­dzo po­waż­nej mie­rze z umie­jęt­no­ści wy­nie­sio­nych z trzech „za­jęć fa­kul­ta­tyw­nych”, ja­kie świa­do­mie, bądź nie­świa­do­mie, za­fun­do­wa­li mu mat­ka i oj­ciec. A mia­no­wi­cie: li­cze­nia wszyst­kie­go do tyłu i do przo­du; skru­pu­lat­ne­go pro­to­ko­ło­wa­nia na­rad oraz spo­tkań; słu­cha­nia o pro­ble­mach i do­strze­ga­nia w nich ob­sza­rów kon­struk­tyw­nych, a na­stęp­nie po­dej­mo­wa­nia dzia­łań roz­jem­czych. Nie dość tego. Trze­ba pa­mię­tać, że wszyst­kie te ćwi­cze­nia były w umy­śle Mar­ka obar­czo­ne trud­ny­mi sta­na­mi emo­cjo­nal­ny­mi: nie­chę­cią, cier­pie­niem, po­czu­ciem mar­no­wa­nia cza­su itd.

Sko­ro już do­strze­gli­śmy ten kul­tu­ro­wy bu­kiet na „ta­le­rzu” Mar­ka, mo­że­my przejść do dru­gie­go eta­pu edu­ka­cji prak­tycz­nej w dzie­dzi­nie przed­się­bior­czo­ści. To etap po­sia­da­nia oraz pre­zen­to­wa­nia wła­sne­go zda­nia. Kie­dy Ma­rek za­czął je bu­do­wać – już jako do­ro­sły, a po­tem jako oj­ciec – od­krył ze zdu­mie­niem, że ma­rze­nia są waż­ne, ale bez tych trzech wy­żej opi­sa­nych, a wy­nie­sio­nych z domu zdol­no­ści, nie był­by w sta­nie do­strzec ota­cza­ją­cych go oka­zji. Nie mó­wiąc o ich wy­ko­rzy­sta­niu. Czy ktoś pod­su­nął mu po­mysł na fir­mę? No cóż, to może zro­bić każ­dy. Wszy­scy sły­sze­li­śmy ta­kie kon­cep­ty nie raz i nie dwa. Ale aby do­cze­ka­ły się re­ali­za­cji mu­szą tra­fić na po­dat­ny grunt. Do­daj­my – grunt kul­tu­ro­wy.

Do peł­ni ob­ra­zu bra­ku­je jesz­cze trze­cie­go eta­pu edu­ka­cji prak­tycz­nej. Jest nim te­sto­wa­nie swo­ich po­my­słów, w tym wła­sne­go zda­nia – czy­li cięż­ka pra­ca. Po­wiedz­my od razu: pra­ca in­te­lek­tu­al­na. Na ile za­tem suk­ces przed­się­bior­cy jest przy­pad­kiem, a na ile po­mysł tra­fił na po­dat­ny grunt? To waż­ne py­ta­nie, na któ­re po­sta­ram się od­po­wie­dzieć w dal­szej czę­ści książ­ki.

A czy waż­ny jest czas star­tu przed­się­bior­stwa? Oczy­wi­ście, czas jest bar­dzo waż­ny, ale to te­mat na osob­ną książ­kę. W wy­pad­ku Mar­ka był istot­ny, po­nie­waż roz­po­czął swo­ją dzia­łal­ność w mo­men­cie trans­for­ma­cji ustro­jo­wej w Pol­sce. Jego szan­se na suk­ces sza­co­wał­bym na 50 pro­cent. Gdy­by za­czy­nał obec­nie, miał­by, z grub­sza li­cząc, może 5 pro­cent szans. W tam­tym okre­sie w dzie­dzi­nie, na któ­rą się zde­cy­do­wał, nie było prak­tycz­nie żad­nej kon­ku­ren­cji. Mógł na­rzu­cać ceny, ta­nio za­trud­niać lu­dzi, ni­skim kosz­tem bu­do­wać od­dzia­ły itd.

Mamy tu do czy­nie­nia z sil­nym związ­kiem uwa­run­ko­wań kul­tu­ro­wych Mar­ka, z oko­licz­no­ścia­mi ryn­ko­wy­mi (nie do od­two­rze­nia) oraz z pew­nym po­my­słem, jak otwar­cie fir­my i jej roz­wój. A co wi­dzą lu­dzie?

Tyl­ko to ostat­nie, to zna­czy roz­wój czy­li suk­ces. Jak­by byli śle­pi, a może ich spo­strze­ga­nie jest po pro­stu po­wierz­chow­ne. Szko­da, bo idee przed­się­bior­czo­ści wy­ra­sta­ją na grun­tach znacz­nie bar­dziej dziw­niej­szych, nie­oczy­wi­stych i co naj­waż­niej­sze – od­le­głych w cza­sie.

Czy­ta­jąc o suk­ce­sach zna­nych spor­tow­ców, mu­zy­ków, a tak­że wiel­kich lu­dzi po­li­ty­ki, biz­ne­su czy in­te­lek­tu­ali­stów, za­wsze za­da­wa­łem so­bie py­ta­nia: Ile w tych opi­sach jest mi­to­lo­gi­zo­wa­nia, ile po­wło­ki me­dial­nej, i gdzie ukry­wa się praw­da?, Jak od­dzie­lić in­fan­tyl­ne baj­ki o prze­zna­cze­niu od „ta­le­rza”, któ­ry tra­fił na swo­ją oka­zję?, Jak po­dejść do spra­wy an­tro­po­lo­gicz­nie? Bo zer­ka­jąc na fak­tycz­ne ży­cio­ry­sy ta­kich gwiazd mu­zy­ki pop, jak Chri­sti­na Agu­ile­ra, Ju­stin Tim­ber­la­ke, czy Brit­ney Spe­ars, do­wie­my się, że ich ob­ja­wie­nie się świa­tu w na­sto­let­nim wie­ku było kon­se­kwen­cją dro­gi ob­ra­nej w wie­ku dwu, trzech lub czte­rech lat. Kie­dy in­dziej bar­dzo chęt­nie ka­tu­je­my się hi­sto­ria­mi o dzie­ciach-ge­niu­szach, o wy­bit­nych mło­dych po­li­ty­kach czy spor­tow­cach. Ale nie ma nic za dar­mo. Wy­star­czy się­gnąć do wy­da­nej nie tak daw­no au­to­bio­gra­fii An­dre Agas­sie­go, w któ­rej w dra­ma­tycz­ny spo­sób pi­sze o tym, jak bar­dzo za­wsze nie zno­sił te­ni­sa i jak bar­dzo cier­piał, zmu­sza­ny przez ojca do mo­no­ton­nych tre­nin­gów. Po lek­tu­rze tej książ­ki zu­peł­nie in­a­czej pa­trzy­my na uśmiech­nię­te­go Agas­sie­go, ta­śmo­wo wy­gry­wa­ją­ce­go tur­nie­je te­ni­so­we na ca­łym świe­cie. A przy­najm­niej po­win­ni­śmy pa­trzeć in­a­czej, je­śli nie bra­ku­je nam ro­zu­mu…

Oka­zu­je się bo­wiem, że wszyst­ko za­czy­na się od dro­gi wy­zna­czo­nej przez ro­dzi­ców, któ­rzy mie­li am­bi­cje zwią­za­ne z dzieć­mi albo po pro­stu dali im tyl­ko to, co mo­gli za­ofe­ro­wać.

Tak jak ro­dzi­ce Mar­ka. Tyl­ko to i nic wię­cej. Cza­sem zda­rza się, że ro­dzi­ce nic nie dają lub po pro­stu ich nie ma. Ale jed­nak za każ­dym ra­zem oka­zu­je się, że to „nic” coś ozna­cza. Jak rów­nież to, że ich nie ma. I to jest ta ukry­ta praw­da.

Zu­peł­nie in­nym przy­kła­dem jest ży­cio­rys wspól­nicz­ki Mar­ka, któ­ra do­łą­czy­ła do nie­go w pew­nym mo­men­cie roz­wo­ju fir­my, a po pię­ciu la­tach na­stą­pi­ło roz­sta­nie. Po­zna­łem ją, gdy Ma­rek zgło­sił się do mnie z pro­ble­ma­mi or­ga­ni­za­cyj­ny­mi. Ma­rio­la wpro­wa­dza­ła za­męt w ze­spo­le za­rząd­czym, mimo iż zbu­do­wa­ła sa­mo­dziel­nie nową bran­żę klien­tów, a tym sa­mym całe spek­trum no­wych marż, co mia­ło istot­ny wpływ na losy i roz­wój spół­ki. Jed­nak jej za­cho­wa­nia ule­gły zmia­nie, kie­dy po kil­ku la­tach bar­dzo in­ten­syw­ne­go bu­do­wa­nia ryn­ku na­sta­ła era zwy­czaj­ne­go za­rzą­dza­nia, sta­bi­li­za­cji i… roz­wa­żań o przy­szło­ści.

Spe­cy­ficz­ne za­cho­wa­nia Ma­rio­li ob­ja­wi­ły się do­pro­wa­dza­niem do kon­flik­tów; upar­cie twier­dzi­ła, że spół­ka po­dą­ża ku prze­pa­ści, a ja­kie­kol­wiek wi­zje i stra­te­gie nie mają sen­su; uwa­ża­ła, co waż­ne, że na­le­ży przede wszyst­kim skon­cen­tro­wać się na do­tych­cza­so­wych ru­chach i tyl­ko je kon­ty­nu­ować. By nie rzec: po­wta­rzać! Każ­da pró­ba roz­mo­wy o przy­szło­ści koń­czy­ła się de­pre­sją, wy­rzu­ta­mi, kry­ty­ką i zni­ka­niem Ma­rio­li bez wie­ści na trzy, czte­ry dni, a cza­sem na­wet na cały ty­dzień.

Roz­sta­nie się wspól­ni­ków było nie­unik­nio­ne i w grun­cie rze­czy roz­po­czę­ło się wpierw w sfe­rze emo­cjo­nal­nej, po­tem in­te­lek­tu­al­nej. Moje po­ja­wie­nie się w fir­mie za­ini­cjo­wa­ło już pro­ces for­mal­ny. Jed­nak naj­bar­dziej za­in­te­re­so­wa­ła mnie po­sta­wa Ma­rio­li i uni­ka­nie roz­mów o przy­szło­ści, nie­wy­tłu­ma­czal­ne, bio­rąc pod uwa­gę jej wy­kształ­ce­nie, in­te­li­gen­cję, a tak­że wie­dzę prak­tycz­ną. Coś po­wo­do­wa­ło jed­nak, że nie była w sta­nie pod­jąć na­wet roz­wa­żań o co­dzien­nej pra­cy za­rząd­czej, pla­ni­stycz­nej. Na­to­miast z peł­nym za­an­ga­żo­wa­niem rzu­ca­ła się na tzw. „pro­jek­ty wia­tra­ki”, któ­re wy­stra­szy­ły­by każ­de­go Don Ki­cho­ta, po­nie­waż biz­ne­so­wo nie ro­ko­wa­ły żad­nych szans. Ona twier­dzi­ła rzecz ja­sna in­a­czej, zaś licz­by – jak za­zna­cza­ła – ni­cze­go nie do­wo­dzą. Po­mi­jam fakt, że w pew­nym mo­men­cie by­łem dla niej wro­giem nu­mer je­den – z taką rolą na pew­nym eta­pie mo­jej pra­cy w fir­mach zdą­ży­łem się już oswo­ić. Na­stęp­ne eta­py są cie­kaw­sze.

Po­ja­wi­łem się na ze­bra­niu za­rzą­du, po­nie­waż otrzy­ma­łam zle­ce­nie od głów­ne­go udzia­łow­ca, Mar­ka, na­kre­śle­nia stra­te­gii roz­wo­ju dla spół­ki oraz kon­kret­nych pro­jek­tów stra­te­gicz­nych (in­we­sty­cji) na pięć lat do przo­du. Po kil­ku nie­uda­nych pró­bach zin­te­gro­wa­nia za­in­te­re­so­wań Ma­rio­li ze stra­te­gią spół­ki od­kry­łem, że jest ona świet­nym me­ne­dże­rem ope­ra­cyj­nym, ale nie stra­te­gicz­nym, i że pre­zen­tu­je od­mien­ny sto­su­nek do pie­nią­dza niż Ma­rek. Osta­tecz­nie na­stą­pi­ło to, co było nie­unik­nio­ne – roz­sta­nie. Ma­rek spła­cił jej udzia­ły w spół­ce.

Pew­ne­go dnia otrzy­ma­łem od Ma­rio­li e-ma­ila z za­py­ta­niem, czy znam ko­goś, kto mógł­by z nią po­pra­co­wać in­dy­wi­du­al­nie nad jej ka­rie­rą. Za­pro­po­no­wa­łem kil­ku eks­per­tów płci żeń­skiej, ale Ma­rio­la zde­cy­do­wa­ła się na czte­ry spo­tka­nia dia­gno­stycz­ne ze mną. Do­wie­dzia­łem się o jej „dzie­dzic­twie kul­tu­ro­wym” znacz­nie wię­cej, dzię­ki cze­mu mo­głem na­pro­wa­dzić ją na „jej oso­bi­stą ścież­kę przed­się­bior­czo­ści”. Czy z tego sko­rzy­sta­ła? Nie wiem. In­te­re­so­wa­ło mnie zu­peł­nie coś in­ne­go.

Na­le­ży za­cząć od tego, że w pod­sta­wów­ce Ma­rio­la była wzo­ro­wą uczen­ni­cą oraz kla­so­wym li­de­rem, w czym nie­ma­łe za­słu­gi mia­ła jej mama na­uczy­ciel­ka, mimo iż uczy­ła w in­nej szko­le. Gdy Ma­rio­la koń­czy­ła ósmą kla­sę pod­sta­wów­ki za­an­ga­żo­wa­nie mat­ki usta­ło z przy­czyn zdro­wot­nych. Nie­dłu­go po­tem zmar­ła. Dal­sze lata Ma­rio­li to za­miesz­ki­wa­nie ze sfru­stro­wa­nym oj­cem, za­ra­bia­ją­cym na ży­cie jako tak­sów­karz. Ma­rio­la z tru­dem zda­ła ma­tu­rę, a stu­dia prze­rwa­ła po trze­cim roku, po­nie­waż za­szła w cią­żę. To był jej spo­sób na wy­pro­wa­dze­nie się od ojca do męża, któ­ry jed­nak bar­dzo szyb­ko znik­nął. Jak mat­ka. Wy­je­chał za gra­ni­cę, nie po­zo­sta­wia­jąc za sobą żad­nych śla­dów. Dziec­ko zo­sta­ło z Ma­rio­lą. I sta­ło się mo­ty­wa­cją, by za­cząć za­ra­biać pie­nią­dze jako han­dlo­wiec. Ma­rio­la wy­ka­za­ła się bar­dzo dużą przed­się­bior­czo­ścią, osią­ga­ła spo­re do­cho­dy. Za­re­je­stro­wa­ła dzia­łal­ność go­spo­dar­czą, jej kom­pe­ten­cje i ob­ro­ty suk­ce­syw­nie ro­sły. Mar­ka po­zna­ła jako pod­wy­ko­naw­ca dla jego fir­my. Prze­strzeń jej „ta­le­rza” za­wie­ra­ła się w su­mie w dwóch po­ję­ciach, ukształ­to­wa­nych po­przez roz­mo­wy z oj­cem i prze­my­śle­nia po śmier­ci mat­ki – umiesz li­czyć, licz na sie­bie (ugrun­to­wa­ne na do­da­tek przez znik­nię­cie pierw­sze­go męża – ojca dziec­ka), oraz – nie ma sen­su mieć ocze­ki­wań wo­bec ży­cia ani ro­bić pla­nów, bo (śmierć mat­ki i na­głe odej­ście męża) nie mamy wpły­wu na ży­cie, to ono ma swo­je pla­ny wo­bec nas. Na to wszyst­ko skła­da­ło się wie­le trud­nych, de­struk­tyw­nych roz­mów z oj­cem, krew­ny­mi, i tyl­ko ta­kie „czar­ne roz­mo­wy” mia­ły po­tem, w do­ro­słym ży­ciu, dla Ma­rio­li zna­cze­nie oraz sens.

Sta­ły się jej trwa­łym uwa­run­ko­wa­niem i po­trze­bą. Ma­rio­la nie zno­si­ła my­śle­nia o kon­ty­nu­acji zda­rzeń. Kon­ty­nu­acja w jej ży­ciu ozna­cza­ła ra­czej nie­ustan­nie zry­wa­ną cią­głość oso­bi­stych prze­ko­nań. Uosa­bia­ła nie­cią­głość. Do­rad­ca, co­ach, któ­ry na moim miej­scu „chciał­by do­brze” w opi­sa­nych oko­licz­no­ściach kul­tu­ro­wych, wy­zna­czył­by so­bie sy­zy­fo­wą pra­cę albo sa­mo­za­gła­dę, je­śli cho­dzi o ewen­tu­al­ną in­te­gra­cję wspól­ni­ków. Za­czą­łem ro­zu­mieć, że byłą już wspól­nicz­kę Mar­ka in­te­re­so­wa­ło tyl­ko to, co po­twier­dza i umac­nia tezy z jej „ta­le­rza i bu­kie­tu kul­tu­ro­we­go”. Uwiel­bia­ła trud­ne roz­mo­wy, z któ­rych nic nie wy­ni­ka­ło i w któ­rych po­ja­wia­ły się „czar­ne py­ta­nia” bez od­po­wie­dzi. Jak­by ich ce­lem było cią­głe po­szu­ki­wa­nie, a nie znaj­do­wa­nie od­po­wie­dzi. Przy czym, obiek­tyw­nie rzecz uj­mu­jąc, py­ta­nia w za­sa­dzie nie mia­ły na­tu­ry py­tań, lecz pre­ten­sji, któ­re szu­ka­ły za­dość­uczy­nie­nia we wszyst­kim i we wszyst­kich do­oko­ła. Klu­czo­wym stwier­dze­niem Ma­rio­li pod­czas roz­mów, tłu­ma­czą­cym w grun­cie rze­czy jej pro­blem było: „Nie ro­zu­miem”. Ani Ma­rek, ani ja, ani stra­te­gia spół­ki i jej współ­pra­cow­ni­cy, nie mie­li żad­ne­go zna­cze­nia, gdyż Ma­rio­la, poj­mo­wa­ła tyl­ko dwie spra­wy: „je­stem zu­peł­nie sama” i „nie mam żad­ne­go wpły­wu na ju­tro”. Po dru­giej stro­nie zaś stał Ma­rek: po­li­czę po­trze­by klien­tów i zwią­za­ne z tym ry­zy­ka w ko­lej­nych la­tach; przed­sta­wię to w for­mie pi­sem­nej i za­bez­pie­czę for­mal­no­ści; po­tem bę­dzie­my spo­koj­nie roz­ma­wiać o stra­te­gii – coś z tego musi się na­ro­dzić. Dwie prze­ciw­staw­ne po­sta­wy ży­cio­we.

Pod­czas ostat­nie­go spo­tka­nia z Ma­rio­lą dys­ku­to­wa­li­śmy o jej po­sta­wie i po­sta­wie Mar­ka, a na ko­niec Ma­rio­la stwier­dzi­ła: „Dużo z tego nie ro­zu­miem, ale sko­ro Ma­rek mnie spła­cił, to nie zro­bi­łam prze­cież błę­du…”. Nie by­łem za­sko­czo­ny.

Pod­su­mo­wu­jąc opi­sa­ną hi­sto­rię współ­pra­cy Mar­ka i Ma­rio­li, a tak­że ten roz­dział, chcę wy­raź­nie na­pi­sać, że nie moż­na mó­wić o po­peł­nie­niu błę­dów w ta­kich sy­tu­acjach. Wy­stę­pu­ją ra­czej nie­do­pa­so­wa­nia kul­tu­ro­we, któ­re nie mają nic wspól­ne­go z kom­pe­ten­cja­mi, wy­kształ­ce­niem czy do­brą wolą da­nych osób. Za­sta­na­wia­jąc się nad przy­czy­na­mi czy­ichś osią­gnięć na­le­ża­ło­by spoj­rzeć przez filtr an­tro­po­lo­gicz­ny. Nie­mniej jed­nak tony prze­czy­ta­nych ksią­żek o suk­ce­sie i przed­się­bior­czo­ści przy­wo­dzą mi na myśl jed­ną, do tego głu­pią, hi­sto­rię o czło­wie­ku, któ­ry nie po­tra­fił się ni­czym ucie­szyć i do­stał na uro­dzi­ny psa. Kar­cił go za wszyst­ko i bił przy każ­dej spo­sob­no­ści, bo chciał, by pies nie cie­szył się i nie ma­chał ogo­nem. Ale pies za­wsze, przed bi­ciem i po bi­ciu, ma­chał ogo­nem. Więc po pew­nym cza­sie czło­wiek ów ob­ciął psu ogon, aby prze­stał nim ma­chać. Jak się moż­na spo­dzie­wać nie osią­gnął skut­ku – pies da­lej się cie­szył i… ru­szał z ra­do­ści ki­ku­tem.

Je­śli od­nie­sie­my tę hi­sto­rię do rasy ludz­kiej, to trze­ba stwier­dzić, że sami so­bie ob­ci­na­my ogo­ny. Sami się znie­wa­la­my, na przy­kład nie po­zwa­la­my so­bie stać się przed­się­bior­czym, a swo­je nie­po­wo­dze­nia uza­sad­nia­my czyn­ni­ka­mi ze­wnętrz­ny­mi. Co jest tak samo na­iw­ne i płyt­kie, jak opo­wia­da­nie lu­dziom cier­pią­cym na strach przed rze­czy­wi­sto­ścią, w któ­rej żyją, o ob­ja­wie­niach i prze­zna­cze­niu. Ta­kie le­kar­stwo bywa gor­sze od cho­ro­by. Bla­ise Pas­cal za­uwa­żył on­giś, że czło­wiek wy­raź­nie stwo­rzo­ny jest do my­śle­nia. To jed­nak tyl­ko część jego mą­dre­go spo­strze­że­nia. Nie mniej istot­ne jest bo­wiem we­dług Pas­ca­la to, że po­rzą­dek my­śli jest taki, aby za­czy­nać od sie­bie.

Naj­pierw na­le­ży więc po­znać sa­me­go sie­bie.Zro­zu­mieć swo­je lęki.Swo­je ba­la­sty kul­tu­ro­we, w tym swój„ta­lerz”.

Bo może się oka­zać, że w na­szej pod­świa­do­mo­ści tkwią wy­nie­sio­ne z ro­dzin­ne­go domu na­tręc­twa lub bra­ki, z cze­go nie zda­je­my so­bie do koń­ca spra­wy. A gdy­by się­gnąć w nie głę­biej, moż­na na nich zbu­do­wać coś po­zy­tyw­ne­go. Coś osią­gnąć. Z dru­giej stro­ny, za­nim wy­ru­szysz na woj­nę ze swo­im dzie­dzic­twem kul­tu­ro­wym, któ­re tkwi w to­bie, zba­daj do­kład­nie, co znaj­du­je się na two­im „ta­le­rzu”. Może się bo­wiem oka­zać, że uga­niasz się za czymś, co dla cie­bie nie jest do­stęp­ne. Choć tak atrak­cyj­nie wy­glą­da. Każ­dy z nas zna na przy­kład fa­ce­tów, któ­rzy bar­dzo przy­pad­ko­wo za­ro­bi­li tro­chę pie­nię­dzy i za nie ku­pu­ją so­bie sta­tus/wi­ze­ru­nek sam­ca alfa. To przy­cią­ga do nich okre­ślo­ne pięk­no­ści, a do ich ży­cia luk­su­sy… Nie­ste­ty po­zy­skać coś, ku­pić, to jed­no, a utrzy­mać przy so­bie to zu­peł­nie inna spra­wa. Ktoś, kto uda­je sam­ca alfa, ale fak­tycz­nie nim nie jest, nie spraw­dzi się na dłuż­szą metę w tej roli, po­nie­waż ona do nie­go nie pa­su­je. Nie utrzy­ma więc przy so­bie ani non­sza­lanc­kich pięk­nych ko­biet, ani eks­klu­zyw­nych sa­mo­cho­dów, ani też luk­su­so­wych do­mów, klu­bów oraz in­nych obiek­tów roz­pa­la­ją­cych fan­ta­zję. Przy­kład do­ty­czy męż­czyzn, ale po­dob­ne sy­tu­acje mo­że­my ob­ser­wo­wać na co dzień, w od­nie­sie­niu do obu płci. Wy­star­czy ro­zej­rzeć się do­oko­ła. A po­tem spoj­rzeć bar­dziej prze­ni­kli­wie…

ROZDZIAŁ IIPlan bitwy,czyli czas na ciebie

Lu­dzie uwa­ża­ją, że ży­cie po­chła­nia sta­now­czo zbyt wie­le cza­su.

Sta­ni­sław Je­rzy Lec

Aga­ta, lat 55. Bie­gły re­wi­dent. Dok­tor nauk eko­no­micz­nych, trój­ka dzie­ci. Do 48 roku ży­cia pra­co­wa­ła na­uko­wo. Pew­ne­go dnia trza­snę­ła drzwia­mi uczel­ni. Za­nim ją opu­ści­ła, wzię­ła udział w ze­bra­niu, na któ­rym wy­gar­nę­ła to­wa­rzy­stwu na­uko­we­mu bez­czyn­ność, bez­rad­ność i… bez­myśl­ność. Otwo­rzy­ła wła­sną fir­mę usłu­go­wą. Po­że­gna­ła się z mę­żem. Od tej pory jeź­dzi po świe­cie z wy­kła­da­mi i do klien­tów.

Ro­bert Kro­ol: Jak za­czę­ła się two­ja ka­rie­ra na­uko­wa?